Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Go down

 Pomyłki. To na nich bazował świat.
 – Pani Kevorkian, tak mi pani brakowało – żywo machająca dłoń podniosła oczy patolog znad popielniczki, w którą uparcie wlepiała wzrok od dobrych kilku minut. Żaden z tkwiących tam papierosów nie odnowił się w cudownie magiczny sposób.
 Kolejna pomyłka.
 – Nie sądziłam, że przeniesienie do innego miasta aż tak na mnie wpłynie, a tu proszę! – kobieta zaśmiała się serdecznym głosem. Przez krótką chwilę Mayhem walczyła z chęcią uniesienia brwi, lecz ostatecznie odetchnęła tylko w ciszy i przesunęła dłonią po kieszeni płaszcza. Powinna mieć tam opakowanie...
 ... papierosów. Których nie było.
 – Mieli wspaniały szpital, choć nie tak dobrze wyposażony, jak nasz. Reszta pielęgniarek tak ciepło mnie przyjęła! Cały czas się bałam, że nie dam rady wpasować się w towarzystwo i cały rok spędzę w samotności, a tu proszę! Choć muszę przyznać, że ludzie mają rację, mówiąc, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – zamachała dłonią i uśmiechnęła się serdecznie. – Ależ się rozgadałam! Niech pani lepiej opowiada co słychać tutaj. Mąż nadal pracuje nad rakietą?
 Barwne oczy patolog uniosły się na młodą dziewczynę.
 Kącik ust drgnął w nieprzyjemnym uśmiechu.
 – Mój mąż zaginął dwa lata temu.
 Nie wiedziała, z czego cieszyć się bardziej – ze zmieniającej wyraz twarzy swojej samozwańczej rozmówczyni, czy może z ciszy, która między nimi zapadła.
 – Ja bardzo... – zaczęła, ale Mayhem ucięła jej słowa machnięciem ręki.
 – Nie musisz. Stało się, nieważne – wstała od stołu, kierując się do wyjścia z zamiarem odnalezienia najbliższego kiosku. Jeśli miała przetrwać ten dzień do końca, to potrzebowała odpowiedniej dawki nikotyny.
 Pomyłką było wyjście rano z domu.

 Wylądowała znów w prosektorium. Nie poszła tam świadomie, nogi same ją zaniosły. Być może potrzebowała towarzystwa tego, co nigdy jej nie opuszczało – trupów.
 Idąc kostnicą, dotykała zimnych drzwiczek. Wzrokiem przemykała po zwisających kartkach z imionami, ale nie poświęcała im szczególnej uwagi, chodziło tylko o chłód bijący od stali i cisza panująca w całym budynku. Było już późno, nie miała pojęcia, kiedy umknęły te wszystkie godziny, lecz mogłaby przysiąc, że gdy przekraczała próg budynku, za oknami wciąż świeciło słońce. Teraz przez drobne okienko pomieszczenia wpadał jedynie blask księżyca.
 Kiedy to minęło?
 Dwa lata...
 Kolejna etykietka uderzyła w wierzch dłoni. Patolog skierowała leniwe spojrzenie ku zapisanemu przez lekarzy imieniu. W pamięci coś przeskoczyło, zazgrzytało, lecz nim zdążyła złapać wspomnienie, to zniknęło rozproszone nagłym skrzypnięciem dobiegającym z korytarza. Pomyślała, że to któryś z pracowników zapomniał kluczy, lecz wykluczyła tę opcję po zerknięciu na godzinę.
 Nie mając absolutnie nic do stracenia, wyszła za drzwi kostnicy.
                                         
Mayhem
Naukowiec
Mayhem
Naukowiec
 
 
 

GODNOŚĆ :
Mayhem Kevorkian


Powrót do góry Go down

   Miał dość ciągłego napięcia.
   Powierzchownie nic się nie zmieniło. Matka jak co rano serwowała im śniadania. Harumi wychodziła na zajęcia. Momoji niknęła wśród innych dzieci w podstawówce. A jednak czuć było elektryczne powietrze; trzaskało między ich spojrzeniami, trzaskało między palcami zaciskającymi się w pięści. Nie mógł znieść twarzy matki, gdy krzywiła się znów kładąc o jeden talerz za dużo. Nie mógł znieść widoku roztargnionej Harumi, która zamilkła na dobre. Nie mógł dłużej okłamywać Momoji.
   – Strasznie mi przykro, stary – mówili w szkole, klepiąc go po ramieniu. Nie było im przykro. Nie rozumieli tego, bo tak naprawdę nie chodziło o samą stratę. O fakt, że odcięto jakąś część jego samego, pogrzebano ją i zmuszono, by żył dalej, jakby nic się nie stało. Wierzyli, że to się lada moment unormuje. Prędzej czy później człowiek otrząsa się z tragedii. Wstaje z kolan, rozprostowuje zastałe mięśnie – i robi krok naprzód. Ogromny krok w stronę zmiany.
   Ale nie pojmowali, że nie mógł iść dalej, jeszcze nie. To była niedokończona, dziwna rzecz. Nie ufał ani jednemu słowu policji. Kłócił się z nimi i dostrzegał dziwny błysk w ich oczach, kiedy próbowali go uspokoić.
   – Rūka, przestań. Nie widzisz, że to nic nie da? – żądała matka surowym głosem. – To mu życia nie przywróci.
   Opadał z sił, wyrywał jeszcze ramię z uchwytu stróża prawa. Rzucał matce spojrzenie z ukosa, a potem niknął w swoim pokoju, wieńcząc bunt trzaskiem drzwi. Wiedział, że zachowuje się jak dupek. Jak mógł jednak odpuścić?
   Takeshi nie umarł.
   Nie takim sposobem.

   Jeszcze nie wiedział jakim, ale – oczywiście – to nie grało roli. Zbyt wiele puzzli do siebie nie pasowało i już jego w tym głowa, aby znaleźć zagubione części. Wiedział, że działa zbyt pochopnie. Nie obmyślił planu, nie miał nawet zalążka pomysłu na to, co powinien zrobić, aby dowieść swego. Jedynym faktem, którego się trzymał, był ten, że dłużej nie wytrzyma siedząc w ciasnym pokoju o ścianach zbyt cienkich, aby nie wyłapać szlochu matki.
   Wiem, że nie zginąłeś w wypadku, Take. Palce ujęły daszek czapki, aby nasunąć ją bardziej na czoło. Szedł wystarczająco szybko, aby przebyć połowę placówki żwawym krokiem i dostatecznie wolno, aby (według własnych krytycznych) nie wydawać się podejrzanym. W pustym holu odbijały się przytłumione kroki; gonił go jednak czas. Wiem, że jak nikt inny dbałeś o bezpieczeństwo.
   Dokładnie taki był – zbyt stabilny, aby runąć przez byle niedopatrzenie. Jak budynek o masywnych fundamentach. Dlaczego w ogóle nie zrobili sekcji? Dlaczego...
   Następne pytanie rozbiło się w drobny mak niczym szkło w kontakcie z piłką. Rūka poczuł jak z impetem obija się o coś miękkiego i tylko cudem utrzymuje równowagę. Stopy cofnęły się o dwa kroki, wzrok uniósł z podłogi. Przez piekielnie długą sekundę cały świat zawęził się do prostokątnego identyfikatora zaczepionego klamrą o kieszeń kitla. Mayhem Kevorkian?
   – O cholera...


Either God doesn't exist or he's unimaginably cruel. FeJ60nA
Either God doesn't exist or he's unimaginably cruel. Rsi4xQ3
yeah
i'm ready
                                         
Kyōryū
Wojskowy
Kyōryū
Wojskowy
 
 
 

GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down

  Wychodząc na korytarz, spodziewała się dosłownie wszystkiego – zagubionej recepcjonistki, ekipy sprzątające, włamywaczy albo grupy młodzików, którzy postanowili przejść przez test odwagi i spędzić nos w kostnicy.
  Zamaszystym ruchem ręki odgarnęła pasmo włosów z twarzy; kosmyki zafalowały w powietrzu i opadły na plecy kobiety, gdy ona przywdziewała na twarz ten sam co zawsze kamienny wyraz. Z początku traktowała nim obcych, a po zniknięciu męża już każdego. Dawno temu zapomniała czym tak naprawdę był uśmiech, lecz jednocześnie nie wydawała się tym nazbyt przejęta. Lodowate oblicze i tam razem miało jej pomóc zaradzić sytuacji.
  Skruszyło się jednak na proch, gdy tylko spojrzenie napotkało sylwetkę błądzącego... no właśnie, kogo? Był za młody na pracownika, wyglądał zbyt porządnie na włamywacza, a do głupiego wyzwania brakowało znajomych. Może czekali na zewnątrz? Nie, raczej nie. Był dzieciakiem. Najwyraźniej nieco zagubionym.
  Kevorkian zatrzymała się wpół kroku, mierząc całą jego sylwetkę czujnym spojrzeniem. Na niezachwianym licu pojawiła się zmarszczka konsternacji ściągająca obie brwi bliżej siebie.
  Przez chwilę nie widziała co powiedzieć...
  ... niemniej, gdy w końcu się odezwała, można by sądzić, że jej głos ciął szkło.
  – Cholera to mało powiedziane – zaczęła zaskakująco spokojnie, choć wzrok miała twardy. – Zdajesz sobie sprawę, na jakim terenie jesteś? I że – prawdopodobnie – wszedłeś tu bez pozwolenia? – cmoknęła niezadowolona, kierując tęczówki na umiejscowione na ścianach kamery. Tyle tu tego wszystkiego i nikt nie zareagował? Co robiła ochrona, co z systemem alarmowym? Po co to wszystko, skoro nic nie działało, jak trzeba.
  Wyciągnęła rękę z kieszenie kitla i chwyciła chłopaka za ramię, obracając w przeciwnym kierunku.
  – Masz szczęście, że trafiłeś akurat na mnie – mruknęła, palcami wolnej ręki dotykając twarzy; wyglądała na zmęczoną. – Mnie osobiście nie obchodzi powód, dla którego się tu znalazłeś, ale zarządca budynku może nieco inaczej patrzeć na sprawę, więc lepiej będzie, jeśli jak najszybciej stąd znikniesz, rozumiemy się?

Generalnie kajam się za tego posta... jest okropny i nie mam nic na jego usprawiedliwienie. No ale następny powinien być lepszy.
                                         
Mayhem
Naukowiec
Mayhem
Naukowiec
 
 
 

GODNOŚĆ :
Mayhem Kevorkian


Powrót do góry Go down

   Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc i choć setki wytłumaczeń kłębiło mu się teraz po głowie, żadne nie przedarło się przez ściśnięte gardło. Jak na złość w krtani zaległa gula, twarda jak kamień, uniemożliwiająca mówienie albo chociaż nieporadne mamrotanie. Wpatrywał się więc w identyfikator, w poważną podobiznę kobiety, zamkniętą w prostokątnym okienku; i w napisy składające się na jej imię. Mayhem. Coś mu to mówi, ale co dokładnie? Jakiś artykuł czy raczej zwykły zbieg okoliczności? W M3 roiło się od zagranicznych nazwisk; to mógł być zwykły przypadek, a przez stres
   (złapali mnie, SZLAG)
   psychika podsuwała najprostsze rozwiązania. Zaczynał się naprawdę denerwować.
   Uniósł nagle wzrok, a do uszu, wcześniej zatkanych, dotarł oschły ton kobiety. Zacisnął wtedy zęby; linia szczęki natychmiast się wyostrzyła, zdradzając wzbierające w chłopaku nerwy. Czy zdawał sobie sprawę? Do jasnej cholery, tak. Aż za dobrze wiedział gdzie jest i gdyby tylko nie chwyt niewidzialnych rąk brutalnie obejmujących szyję, bez dwóch zdań powiedziałby jej, że gdyby miał wybór, nigdy nie postawiłby tutaj swojej nogi.
   Nigdy nie wymknąłby się z domu, wychodząc przez okno pokoju. Nigdy nie naciągnąłby na głowę czarnej czapki z daszkiem w jakimś głupim, oklepanym motywie filmowym, jakby łudził się, że tyle wystarczy, aby na kamerach nie zarejestrowano jego twarzy. Nigdy nie musiałby znikać z żadnego miejsca.
   Z cichym charknięciem spróbował się jej wyrwać. Szarpnął ramieniem, wykrzywiając usta w rozdrażnieniu, jakby to ona była intruzem albo jakimś przeciwnikiem w grze, który usilnie przeszkadza głównemu bohaterowi w przebyciu drogi do następnego pomieszczenia.
   – Proszę mnie puścić – syknął nagle, sam zaskoczony tym, jak żałośnie zabrzmiał jego głos. Nie tylko złamał mu się wpół, ale było w nim coś szaleńczego; tonacja osoby gotowej popełnić zbrodnię.
   Już wtargnął na ściśle strzeżony teren. To nie mówiło samo za siebie?
   Położył rękę na jej dłoni, próbując wcisnąć kciuk pod jej palce. – To niesprawiedliwe – rzucił mimowolnie, robiąc krok w bliżej nieokreślonym kierunku. – On tutaj jest, dokładnie za rogiem – w kostnicy; zimny, nieruchomy, martwynie może mnie pani stąd wyrzucić. Niech mi pani pomoże... w tej sprawie jest coś dziwnego, wszyscy to wiecie.


Either God doesn't exist or he's unimaginably cruel. FeJ60nA
Either God doesn't exist or he's unimaginably cruel. Rsi4xQ3
yeah
i'm ready
                                         
Kyōryū
Wojskowy
Kyōryū
Wojskowy
 
 
 

GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down

  – Proszę mnie puścić
  – Ja natomiast prosiłam o wyjaśnienia i jak widzisz, również nie dostałam tego, co sobie akurat wymarzyłam – odparła niezbyt zadowolona z kierunku, jaki obierała ta sytuacja. Miała nadzieję, że przyłapany dzieciak najzwyczajniej w świecie spanikuje i nawet nie pomyśli o sprzeciwie; w głowie już widziała krótką drogę do wyjścia, podczas której sprawiłaby mu szybką reprymendę.
  Ale nie. Jak wiało, to zawsze w twarz.
  Westchnęła zmęczona. Po co w ogóle tu przychodziła?
  – Kto, na miłość boską? Jestem tu tylko ja i ty, cała reszta to trupy – wytknęła i mimo iż zwykle zachowywała profesjonalną minę bez względu na wszystko, to tym razem drobna nuta złości pobrzmiała w jej głosie. – Chodź ze mną – Nie czekała na odpowiedź. Nie pozwoliła też wyciągnąć ramienia z uścisku. Po prostu zaciągnęła go korytarzem naprzód, choć zamiast do wyjścia rekrut trafił do pomieszczenia, które wyglądało jak drobny pokoik służący krótkim przerwom na lunch.
  Kevorkian nic nie mówiła, przez całą trasę zbierając myśli. Na miejscu sięgnęła do szafki, wyciągając zeń kubek, który po chwili napełniła wodą.
  Naczynie wylądowało w dłoniach chłopaka.
  – Wypij, odetchnij i wyjaśnij, co tu robisz. Najlepiej od początku i nie mów zagadkami, bo niczego nie zrozumiem – Palcami dotknęła twarzy, powoli rozmasowując skórę. – Ktoś kazał ci tu przyjść, to jakiś głupi żart? A może jesteś pod wpływem alkoholu lub narkotyków?
  Nie żartowała z niego, w ogóle nie było jej do śmiechu. Każde z zadanych pytań miało w sobie śmiertelną powagę, lekarski profesjonalizm. Rozumiała szczeniackie wygłupy i próbę zaistnienia wśród rówieśników, lecz musiała znać motywację stojącą za działaniami stojącego naprzeciw młodzieńca, jeśli miała mu w jakikolwiek sposób pomóc. Na razie jednak bredził jak fanatyk zaczerpniętych w internecie teorii spiskowych, przez co patolog była gotowa sięgnąć po telefon i zawiadomić odpowiednie służby. Nie chciała angażować w to policji ani w ogóle nikogo więcej, ale zachowanie ciemnowłosego wydawało jej się co najmniej niepokojące.
  Dodatkowo prześladował ją mętlik w głowie. Im dłużej patrzyła na jego lico, tym większe miała wrażenie, że powinna go znać. Skąd jednak? Był tylko dzieciakiem, który głupim przypadkiem napatoczył się na prosektorium, gdy i ona w nim była. Ni mniej, ni więcej.
  Dlaczego więc chciała zaciskać dłonie w pięści, ilekroć na niego spoglądała?
  – Napijesz się, otrzeźwisz trochę umysł i zaprowadzę cię do wyjścia, w porządku? Więcej się tu nie plącz, a ja nie wyciągnę żadnych konsekwencji z tej wpadki – Dotychczas lodowy ton nieco złagodniał; wrogość również zniknęła z lica kobiety zastąpiona marną próbą wykrzesania z zastałych mięśni pokrzepiającego uśmiechu.
                                         
Mayhem
Naukowiec
Mayhem
Naukowiec
 
 
 

GODNOŚĆ :
Mayhem Kevorkian


Powrót do góry Go down

   Mimo rosnącej paniki spiorunował ją wzrokiem. Spod zaokrąglonego daszka czapki wychynęły ciemne oczy; czarne w półmroku holu. Taki właśnie był. Niestabilny. Zbuntowany. Był wszystkim tym, czego nie rozumieli. Był pomiędzy. Już nie dziecko, nie niewinna dusza, której wszystko powinno się wybaczyć – bo to pierwsze razy, to pierwsze błędy, nauki. Ale też nie dorosły, jeszcze nie. Miał w sobie zbyt wiele dogasających ambicji, planów. Za dużą wolę walki o sprawy, których nie pojmował, a które stanowiły fundament dla jego charakteru. Jak nic innego chciał się wyrwać, wrzasnąć. Chciał, żeby wszyscy na niego spojrzeli, jakby dookoła zgasły światła i tylko nad jego głową włączył się reflektor. Chciał im powiedzieć to, czego nie wysłuchała matka; każde słowo przemilczane przy Harumi i Momoji. Chciał, żeby go zrozumiano. Żeby mu pomogli.
   Nie mógł tego jednak zrobić i ta świadomość doprowadzała go do frustracji. Zwarte zęby zazgrzytały, gdy kobieta zabrała głos.
   – Ja natomiast prosiłam o wyjaśnienia...
   Nie.
   Wcale nie.
   Raptem przed sekundą zaznaczyła, że nic ją to nie obchodzi. Miał wyjść i nie oglądać się za siebie, bo to wielkie szczęście, że trafił na nią – niezainteresowaną albo może po prostu zmęczoną zbyt długim dniem?
   Znów się szarpnął, ale jej uścisk był zbyt mocny, co w sumie wydawało się śmieszne. Nie był od niej silniejszy? Krucha, z wiszącym na niej kitlem, była cieniem osoby. A jednak dawała radę, więc co się z nim u licha stało? Skąd ten spadek energii? Mruknął coś pod nosem, kiedy zaczęła go prowadzić holem. Nie uspokoił się, mogła to wyczuć pod palcami, które zaciskała na twardych, spiętych mięśniach. Rozglądał się ukradkiem na boki, samemu nie wiedząc czego właściwie szuka. Na żadnej z tych nieskazitelnie białych ścian nie napisano instrukcji na to co zrobić w wypadku nakrycia.
   Uderzył biodrem w krzesło, kiedy wpakował się do pokoiku. Natychmiast obrócił się frontem do kobiety i jak na autopilocie odebrał od niej kubek z wodą.
   – Co? – sapnął, ściągając ciemne brwi. – To poważna sprawa – dlaczego więc padło pytanie o narkotyki? Alkohol? Bo drżały mu ręce?
   Rūka odstawił kartonowe naczynie na stolik i poruszył nadgarstkiem, jakby próbował ruchem ręki objąć cały zostawiony za drzwiami korytarz.
   – Dwa dni temu do prosektorium trafił mój brat. Według raportów jechał nieregulaminowo, bez kasku, ale to niemożliwe. Rozumie pani? To niemożliwe, bo Takeshi był najbardziej zorganizowaną i odpowiedzialną jednostką. Zresztą, wszyscy go tu znali, na litość boską, dlaczego nikt nie pomyślał, że to do niego nie pasuje? – Dlaczego nikt nie wstawił się za jego betonowym profesjonalizmem? Nie miał tu żadnych bliższych kolegów? Znajomych? Choćby zazdrosnych współpracowników, którzy nienawidzili jego systematyczności i uporu w sprawie zasad? – Proszę o dwie minuty, nie więcej. Potem sobie pójdę i nigdy mnie już nie zobaczycie.


Either God doesn't exist or he's unimaginably cruel. FeJ60nA
Either God doesn't exist or he's unimaginably cruel. Rsi4xQ3
yeah
i'm ready
                                         
Kyōryū
Wojskowy
Kyōryū
Wojskowy
 
 
 

GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down

  – To poważna sprawa.
  Co do tego nie miała wątpliwości. Dzieciak, który zdecydowanie zbyt późną porą wszedł do budynku mieszczącego prosektorium... nie, pora nie miała znaczenia. Sytuacja nie uległaby absolutnie żadnej zmianie, gdyby za oknami było widno. Jedynie może takiej, że intruza złapałby strażnik, a nie pracująca patolog.
  W ogóle nie powinno go tu być.
  Zaczął jednak mówić. Problem w tym, że im więcej słów padało, tym większy mętlik powstawał w głowie pani doktor. Chciała mu powiedzieć, że do prosektorium ciągle ktoś trafiał – bracia, siostry, matki, ojcowie, wszyscy. Zatrzymał ją jednak w połowie myśli, wypowiadając imię wspomnianego brata. Wraz z zaserwowanym opisem w głowie zamajaczył obraz, niewyraźna twarz; w ostatniej chwili złapała brzegi portretu i dmuchnęła w zaschniętą farbę, pozbywając się z niej grubej warstwy osiadłego kurzu. Plakietka, której dotykała jeszcze przed kilkoma minutami...
  Brwi ściągnęły się ku sobie, a twarz wykrzywiło zastanowienie.
  Na krótką chwilę zapadła cisza, ale nie trwała wystarczająco długo, by poukładać wszystko w spójną całość.
  – Nie. Nie ma nawet takiej opcji – odparła stanowczym tonem, choć wzrok miała skryty za chwilowo przymkniętymi powiekami. Dłoń powędrowała do twarzy, gdzie opuszki zetknęły się z jasną skórą. – Przychodzisz tu o tak późnej godzinie i chcesz wejść do kostnicy, żeby obejrzeć ciało martwego brata... Wróć o normalnej godzinie i z rodzicem, wówczas będziesz miał do tego prawo. Na ten moment – wykluczone.
  Szemrana teoria na temat śmierci Takeshiego siedziała jej w głowie jak upierdliwy dżingiel z reklamy – próbowała się go pozbyć wszelkimi sposobami, ale żaden nie był wystarczająco skuteczny, cholerstwo zawsze wracało. Czemu w ogóle zawracała sobie tym głowę? Miała przecież znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia.
  Kątem oka, niepozornie, spojrzała na przymocowaną u sufitu kamerę. Lśniąca czerwienią lampka wskazywała, że urządzenie działało bez zarzutu, wyłapując zarówno dźwięk i obraz, wszak technologię mieli nowoczesną.
  – Posłuchaj mnie – zaczęła nagle, siląc się na spokojny i łagodny ton. – Jesteś świeżo po stracie brata, więc widzisz wszystko dookoła w ciemnych barwach. Masz pełne prawo do żałoby i złego samopoczucia, ale to nie znaczy, że ktoś coś uknuł. Wypadek to wypadek, chłopcze. Niektórych rzeczy nie przeskoczysz, w końcu jesteśmy tylko ludźmi – Kończąc mówić, wyciągnęła dłoń, układając ją na ramieniu chłopaka, tym razem subtelnie, nieinwazyjnie. Dotyk miał dodać mu nieco otuchy. Taki przynajmniej by zamiar.
                                         
Mayhem
Naukowiec
Mayhem
Naukowiec
 
 
 

GODNOŚĆ :
Mayhem Kevorkian


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down


 
Nie możesz odpowiadać w tematach