Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 14 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14

Go down

Pisanie 13.07.20 19:40  •  Warsztat Smolistej Hydry - Page 14 Empty Re: Warsztat Smolistej Hydry
Patrzył na niego lekko spode łba, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Zamiast odpowiedzi dla pytań Smoka (nawet jeśli były retoryczne), miał własne pytania, których nie miał ochoty zadawać, co tak jakby utrudniało całą idee prowadzenia konwersacji. Yury zadał sobie trud rozmowy z nim w mieście, przywleczenia go tu przez drogę, którą trudno było nazwać wygodną autostradą. Ego po prostu nie mógł czegoś zrozumieć. Był tu, prawda? Zadeklarował się, że będzie robił co mógł, tym bardziej, że rzeczywiście dano mu wybór. A teraz stali tu obydwaj i... Yury mu dokuczał. Po prostu mu dokuczał. Nie, żeby wcześniej był ostoją uprzejmości. Nie spodziewał się Matt, że akuratnie tu, w obcym i niebezpiecznym miejscu, zacznie go to konfundować. Kiedy pokazał kieł na łańcuszku, Matt nawet nie musiał sięgać daleko pamięcią robiąc szybką analizę swoich wspomnień i uczuć, żeby stwierdzić, że nic szczególnie się w jego życiu nie zmieniło. Gdziekolwiek nie był i gdzie by nie polazł, z kłem czy bez kła, zawsze był i będzie intruzem. Mimo to, zerknął na wisior, słusznie podejrzewając, że jak większość gangów i tego typu... organizacji, musiał być tu jakiś rytuał przyjęcia i udowodnienia swojej wartości. Zmęczone westchnięcie irytacji zostawił w sferze własnych myśli.

- Umm, o-owszem? Jestem w kompletnie nowym miejscu, przepraszam bardzo, że chcę wiedzieć co gdzie jest - mruknął. Machnął ręką, że dobra, da sobie radę. Warsztat był dziwnym, fascynującym miejscem, szczególnie dla jego przyzwyczajonego do porządku i dobrobytu stanu umysłu. Miał wrażenie, że odkąd postawił nogę na desperacji, do mózgu wlazł mu mały goblin, który miotłą szturchał mu mózg, zmuszając do poszerzania horyzontów. Nie spodziewał się tego w ogóle, ale czuł się dziwnie nie wiedząc co jest dookoła niego. Miał przecież zdobywać pewność siebie czy inny bullshit, a temu sprzyjały wycieczki krajoznawcze. Może był to dobry znak. W M3 nie znał żadnych swoich sąsiadów z drzwi obok i nie miał pojęcia co jest za rogiem jego własnego wieżowca. W zasadzie, chętnie zacznie robić cokolwiek, żeby zająć ręce i myśli. Podejrzewał, że może mieć ich sporo (myśli, nie rąk), więc warto bazować je na jakimkolwiek doświadczeniu eksploracji poza zaglądaniem w kąty warsztatu.

Drgnął mimowolnie, jak w większości przypadków na zbyt szybki w jego mniemaniu ruch w wykonaniu Yurego, kiedy ten zamknął przestrzeń pomiędzy nimi, podchodząc blisko, zbyt blisko. Nie wiedział czy to dobrze czy źle. Ręka Yurego zatrzymała się w połowie drogi, serce Matta zatrzymało się na sekundę. Zadarł lekko głowę, aż spotkali się spojrzeniem. Po chwili milczenia, ale krótkiej, ostatecznie nie chciał przecież marnować niczyjego czasu, uśmiechnął się.
- Och, banda krwiożerczych bestii. Mówisz, że będzie ktoś gorszy od ciebie? - spytał przekornie, podnosząc brew do góry. Yury nie musiał się martwić o swoją pozycję w światopoglądzie Ego, obydwoje o tym wiedzieli. Także można było się spierać czy w tym przypadku „gorszego” znaczyło „lepszego”, ale to fraudowska zabawa na inną okazję. Ale ten uśmiech, och ten uśmiech. To był jeden z tych dziwnych uśmiechów, które nie powinny pojawiać się na twarzy kogoś w jego sytuacji, ale jednak tam był - niemal zniecierpliwiony, podekscytowany, rozbawiony. Szok zmiany z jednej skrajności - technologicznie zaawansowanego pseudo-utopijnego miasta, targanego konfliktami i tajemnicami znanymi tylko wtajemniczonym - do drugiej, twardej i okrutnej, wymagającej wejścia w kompletnie nowy zestaw reguł otoczenia, postawił go w próżni. Jedyne co zostało to samo, tak jak się spodziewał, był ból i choroby. I zaczęły one reagować inaczej niż zazwyczaj. Nowe akwarium, woda, nowe rybki, nowe bodźce, nowe reakcje. Mógł nie wyglądać jakby chciał się dostosować, ale robił to mimowolnie. I coś zdążyło już pęknąć, może w czasie podróży, może na wskutek któregoś słowa Yurego, może przez jakąś samotną niesprecyzowaną emocję, którą poczuł zanim wczoraj zasnął w brudnym materacu na podłodze na tyłach warsztatu. Teraz, kiedy zadawał to pytanie, brzmiał jakby... jakby nie mógł się doczekać kolejnego katharsis przerażenia. Mało mu było? Traumy z obydwu miast już nie wystarczały? Strata bliskich osób, dramy w ciemnych zaułkach, dlaczego to sobie robił, ile przyszło samo, na ile sam dawał się wciągnąć. Przy spotkaniu z Apokalipsą zachłysnął się boleśnie światem potworów, wynaturzeń i nieznanego. Brakowało mu reakcji tworzących emocji zdolnych wydobyć go, choćby na chwilę, z morza rozczarowania, smętnej obojętności i smutku?
Najgorsze było to, że nie zdawał sobie z tego sprawy. I prawdopodobnie wcale nie chciał. Jeśli była gdzieś nikła szansa, że zazna jakiegokolwiek spokoju i satysfakcji z egzystencji bez mentalnego odjazdu z biletem w jedną stronę ku otchłani specyfiki szaleństwa Desperacji, chętnie ją weźmie. Och, tyle jeszcze przed nim.

Normalni ludzie idą na terapie, biorą leki, i zazwyczaj to pomaga. Ale broń boże, żeby miało to pomóc Mattowi. Nie lubił swoich terapeutów i tego, że grzebali mu uczuciach i głowie, interpretując wszystko na opak. Ambiwalentny stosunek do medykamentów odbijał się fatalnie na jego zdrowiu psychicznym i fizycznym. W zależności od humoru żarł je jak cukierki albo żegnał wszystkie dawki w wirze muszli toaletowej. Może trzeba było słuchać terapeutki. Ostatecznie teraz stał tu, spłoszony i głęboko skrycie nieumyślnie zachwycony. Gdyby tylko pani doktor wiedziała co się dzieje w jego głowie, jej długopis w tempie karabinu maszynowego smarowałby notatki do pracy profesorskiej.



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie 24.10.21 21:42  •  Warsztat Smolistej Hydry - Page 14 Empty Re: Warsztat Smolistej Hydry
Schody wieży ciągnęły się w nieskończoność. Nie był to pierwszy raz, kiedy dostawał kolki idąc do własnego warsztatu. Tak, własnego. Teraz był to jego warsztat i był skłonny zaminować cały korytarz i schody, jeśli ktoś chciałby go wyciągnąć ze środka siłą. Pomimo zmęczenia, jęczących z przeciążenia łydek i zadyszki, cieszył się, że jego kącik był wysoko i daleko od innych ważnych części Smoczej Góry. Dawało mu to imitację bezpieczeństwa. Zdawał sobie sprawę, że była to tylko iluzja. W przeciwieństwie od niego każdy mógł się tu wdrapać raz-dwa, ale jego drzwi nie były nigdzie nikomu po drodze, rzadko więc miewał jakichkolwiek przypadkowych gości.

Przeszył go dreszcz, kiedy wreszcie zamknął za sobą skrzypiące drzwi (ach, ciągle zapominał je naoliwić). Był sam. Względnie bezpieczny. Na dobrą sprawę, był sam odkąd odwrócił się od Abrahama i wreszcie zostawili za sobą przeklęty szpital na Desperacji, każdy udając się w swoją stronę. Nikogo, jak okiem sięgnąć wzdłuż i wszerz, na Desperacji nie było. Słyszał tylko odległe wycia i bulgotania dzikich zmutowanych, którzy nigdy nie wchodzili w zasięg jego wzroku, nie przerywając narracyjnej bańki samotności, jakby świadomie śmiali się z jego desperackiej potrzeby bliskości. Wewnątrz Smoczej Góry widział tylko cienie postaci, kawałki łokci, włosów i plecy znikające za zakrętami, oddalające się ponurym echem kroki w ciemnościach.

Fotel skrzypnął pod jego i tak niewielkim ciężarem. Ostrożnie postawił plecak na kolanach i włożył dłonie do środka. Ach, jest. Butelka z mlekiem makowym, które wziął z kaplicy szpitala. Abraham albo nie zauważył jego braku albo zupełnie go to nie obchodziło. Na chwilę zakręciło mu się w głowie od samej myśli o ich spotkaniu, z którego właśnie wrócił. Od palców Abrahama na jego twarzy, jakby sprawdzał czy Ego istnieje, czy obydwaj istnieją. Potem wyciągnął butelkę i zakręciło mu się w głowie jeszcze bardziej. To jest to, prawda? To jest to, czego potrzebował, tak desperacko potrzebował. Chwili ulgi. Żeby przestały mu się trząść ręce, żeby złagodzić szum w głowie, łopotanie serca w piersi.
och, a na ile sądzisz, że ta jedna butelka wystarczy, co?
- Na pewno jest ich więcej. Nikt nie robi jednej butelki czegoś takiego. Ta sekta musi mieć tego więcej.
świetnie. sekta ma więcej uzależniającego białego płynu. czy ty się w ogóle słyszysz.
- Potrzebuję tego. Potrzebuję tego....
pOtRzEbUjĘ tEgO, pOtRzEbUjĘ tEgO, nie mogę na siebie patrzeć


Zacisnął palce na szyjce butelki. Potem odstawił ją na stół. Znów wziął w dłonie. Znów odstawił. Wstał, przeszedł się po warsztacie, drapiąc się po szyi, patrząc to na słabo świecącą się gołą żarówkę to na drzwi, to znów na butelkę. Wziął narzędzia i zaczął rozkręcać jakąś maszynę na części. Zostawił ją. Wziął butelkę do ręki. Odstawił. Przeszedł się po warsztacie. Jego warsztacie. Warsztacie, który kiedyś należał do Smolistej Hydry, o której chciał się dowiedzieć więcej, ale teraz należał do niego. No, należał to za dużo powiedziane, ale... Nie. Należał do niego. Bo co, ktoś tu wpadnie i go wyrzuci? Nikogo tu nie ma! Nigdzie! Nie musiał być funkcjonalny ani przydatny. Mógł się napić makowego mleka i odpędzić swoje ponure myśli, mógł udawać, że są to jego leki, że to coś pomoże. Mógł! Ha! Kto mu zabroni?
Wziął butelkę do ręki. Pomyślał o Abrahamie. Abraham był w tej sekcie, prawda? Tam mają więcej tego mleka. Odstawił butelkę. Lubił Abrahama. Nie ufał mu, ale lubił go. Miał wrażenie, że nie miał innego wyboru. Jak mógłby nie lubić jedynej osoby na całej Desperacji, która chciała z nim rozmawiać? Chciał wiedzieć co kryje się za jego słowami, ruchami, za jego smutkiem. Za jego dotykiem. Wzdrygnął się. Odłożył butelkę. Gdzie był Yury? Ufał mu, ufał w jego szczerość, ale go nie lubił. Yurego było bardzo ciężko lubić. Brakowało mu go.

Czy Miasto też było puste? Niemożliwe. Nie mogło być puste. Wyciągnął telefon, nie włączył go ani razu odkąd tu przybył z Yurym, i przez chwilę wpatrywał się w wyświetlacz. Verity. Ufał jej i lubił ją. Kliknął w kontakty i "Verity".



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

Pisanie 25.10.21 21:35  •  Warsztat Smolistej Hydry - Page 14 Empty Re: Warsztat Smolistej Hydry
Wymagało to powściągnięcia wszystkich chęci i mięśni, żeby po ostatnim nieodebranym sygnale nie cisnąć telefonu o ścianę. Trząsł się lekko. Przełknął głośno ślinę. Bardzo powoli i bardzo ostrożnie odłożył telefon na stół. To był cenny przedmiot. Wszystko dookoła już najwyraźniej nie. Wymierzył i kopnął w pusty kanister, zrzucił narzędzia na podłogę, na moment zamieniając się w niekontrolowany kłąb aktywnej wściekłej bezsilności, która nie miała dokąd uciec, więc przemieniała się w coraz silniejszą wichurę. Zerwał resztki płachty robiącej za zasłonę, rozrzucił starannie uporządkowane kupki złomu, w których robił selekcję, posyłając swoją pracę w pył. Zadrapał się, zaciął, z dłoni leciała mu krew, oddychał coraz ciężej, a bezsilność wcale nie znikała, wręcz z każdym uderzeniem coraz mocniej przyklejała się do kości.
Wreszcie stanął po środku zdyszany, z mokrymi oczami, z dłońmi wplecionymi w rozczochrane włosy. Załkał żałośnie i skulił się w sobie, aż wreszcie kucał na podłodze, zasłaniając dłońmi usta.

Czy Desperacja była pusta? Czy tylko on oszalał. Czy Miasto było martwe? Czuł w kościach, że nieróżni się wiele od Desperacji. Skąd i po co uciekał? Czy okłamał Abrahama? Wtedy, kiedy ten spytał w kaplicy, czy jest mniej samotny? Odpowiedział wtedy bezwstydnie i prosto, że tak. Że pogodził się z sobą, że dał radę, że pracuje nad tym, że jakoś to idzie. Rozejrzał się dookoła. Czy to wyglądało jak radzenie sobie? Podciągnął nosem. Ręce ciągle mu drżały.

Przez jakiś czas nie działo się nic. Nic ważnego. Żadnej konkretnej myśli, bo bolała go głowa; żadnego sensownego gestu, bo drżały mu ręce; żadnego wspomnienia, planu na przyszłość. Po prostu sobie był, słuchając swojego nierównego bolesnego rytmu serca, żeby wreszcie zacząć myśląc o wszystkim co zostawił. Zostawił sporo. I... i nie żałował? Popatrzył na ciemność za oknem. Nie żałował. Co za różnica, gdzie jest. Żadna. A jednak kiedy popatrzył na telefon, coś przydusiło go w gardle.

Chwila słabości i zmęczenia otoczyła go miękko jak koc. Sygnał, żeby dać sobie spokój. Potrzebował tego, jego kruche posiniaczone ciało potrzebowało przystopować, jego cierpkie wnętrzności zastygnąć zamiast wić się jak poruszone wężowisko. Potrzebował się uspokoić. Sięgnął po mleko makowe. Obracał butelkę, refleksy światła od żarówki błyszczały na szkle jak złoto, jasny płyn mienił się niczym jedwab. Zniekształcona twarz patrzyła na niego z nikłego odbicia butelki. Ach, cholera. Zamachnął się i cisnął nią o ścianę.

Gdy tylko płyn i odłamki szkła rozbryzgały się dookoła, mieszając się z wszechobecnym brudem, kurzem i smołą na podłodze, poczuł ulgę. Nie zdołał nawet utrzymać krótkiego śmiechu w piersi. Nie okłamał Abrahama. Wyciągnął z plecaka roślinkę, którą wykopał z ogródka szpitala. Łagodnie przesadził ją do doniczki i postawił w oknie. To był długi dzień. Długi dzień podróży, przypadkowego spotkania z Abrahamem i dziesiątek uczuć, których nie wiedział jak nazwać. Jutro będzie lepiej. Jutro też jest dzień.

zt > Podziemne źródła



#656888 japoński
#77A680 angielski
                                         
Ego
Desperat
Ego
Desperat
 
 
 

GODNOŚĆ :
Matthew Greenberg


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 14 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14
- Similar topics

 
Nie możesz odpowiadać w tematach