:: Centrala :: Historie

Go down



STRESZCZENIE HISTORII:
Spoiler:
Marcelina urodziła się sto siedem lat temu w jednej z wiosek w okolicach Nowej Desperacji (ona nazywa to miejsce Starą Desperacją - obecnie bowiem nie ma tam żadnej osady). Była zwykłym człowiekiem, żyła spokojnie, pobierała nauki zielarskie u pradziadków. Pewnego razu (Marcelina miała wtedy czternaście lat) na jej wioskę najechali s.spec, wojskowi i prawdopodobnie hycle, którzy poszukiwali wymordowanych jako obiektów doświadczalnych. Gdy ugaszono ogień oddziały wkroczyły na zniszczoną, wyjałowioną glebę i schwytali nowonarodzonych wymordowanych (ha, jak to brzmi!). Marcelina udawało martwą, tarzając się w popiele i leżąc na znak pod grubym drzewem. Gdy wszystko ucichło uciekła, popadając w depresję i nałóg - alkohol oraz narkotyki. Niecałe pół roku później, niedługo przed jej piętnastymi urodzinami trafiła na wędrowną grupkę bandytów, skrzywdzonych przez los podobnie jak ona. Wśród nich był jej dwudziesto-dwu letni kuzyn, Dżerard. Dołączyła do szajki, którą zwano szakalami - od tej pory trzymali się razem, a napędzani złością oraz frustracją urządzali burdy we wszystkich odwiedzanych lokalach i tłukąc się z każdą napotkaną bandą. Marcelina weszła w związek z Hadrianem, starszym o siedem lat od niej upadłym aniołem i hersztem szajki, awansując na stanowisko współprzywódcy. Szakale zaczęły odwiedzać coraz częściej podziemne ringi; gdy jeden z nich zginął w ostatniej rundzie postanowili przekroczyć mury miasta-3 i spróbować szczęścia tam. Marcelina miała wtedy dwadzieścia lat.
Szakale na wzór pomysłu Marceliny przez następne cztery lata napadali na bogate dzielnice. W pewnym momencie wymordowana i upadły anioł zapragnęli stabilizacji - kupili mieszkanie, ta zrobiła kurs medyczny i zielarski i rozpoczęła pracę w salonie tatuażu Shallow'ink; on próbował swych sił jako wykidajło w barach. Niestety, życie przepełnione adrenaliną nie pozwoliło o sobie zapomnieć i dwójka szybko, bo już po roku powróciła do starych nawyków. Zabawa skończyła się, gdy trzy lata później, w czasie ostatniej akcji szajki szakali Hadrian zginął, zastrzelony przez jednego ze s.spec (jak się później okazało - był to jego ojciec). Marcelina miała dwadzieścia osiem lat, gdy trafiła do laboratorium s.spec, gdzie przez rok była trzymana w celi wraz z - uwaga - bratem bliźniakiem Hadriana, Lokstarem. Dwójka zaprzyjaźniła się; wymordowana widziała we współwięźniu Hadriana, co z jednej strony koiło, z drugiej jeszcze mocniej raniło. Wtedy złożyła modły do zapomnianego Boga zemsty i sprawiedliwości, przerodzonego w demona, czarnego jaguara - Aragota, który wysłuchał ją i w zamian za jej duszę dał jej moce oraz grupę mar, które pomogły jej wydostać się z budynku. Cele otworzył Hex - ratował wtedy inną wymordowaną, bliską sąsiadkę Marceliny - Dimness. Marcelina dowiedziała się o tym wiele lat później, gdy przypadkowo spotkała Hexa i porozmawiała z nim.
Marcelinę długo, bo aż dwadzieścia lat gnębiła głęboka amnezja, teraz jednak pamięta całe swoje życie. Po dwudziestu latach błądzenia po desperacji, dołączania do gangów i próby własnych sił w handlowaniu własnoręcznie zbieranymi ziołami odnalazła Dżerarda i postanowiła założyć z nim kasyno - udało im się to po pięciu latach zbierania pieniędzy i remontowania lokalu. Następnie przywędrowała do miasta-3, powołując na nowo szakali i dalej, wraz z nimi napada na bogate dzielnice. Łupy przemyca i sprzedaje na desperacji, pozostałości zostawia w kasynie jako fanty. Obecnie liczy sobie sto sześć lat i zamieszkuje swoje kasyno, co jakiś czas odwiedzając miasto-3, gdzie nadal ma swoje mieszkanie.

ROZDZIAŁ I
Miejsce urodzenia

"Jestem Marcelina. Takie imię nadali mi moi rodzice, para cholernie kochających się ludzi z niezwykle rzadkim w tych czasach darami - ojciec miał niecodzienne, dobre serce, z ust matki zaś nigdy nie schodził ciepły i życzliwy uśmiech. Mieszkaliśmy w jednym z najobrzydliwszych miejsc, jakie można było sobie wyobrazić - w Nowej Desperacji. Bród, smród i choroby były tu na porządku dziennym. Medyków nie mieliśmy zbyt wielu, dlatego wszyscy próbowali opanować najprostsze podstawy medycyny i zielarstwa. Zdecydowanie najlepszym znachorem w okolicy był mój pradziadek, sędziwy, zgarbiony pan o siwej brodzie sięgającej pępka, Teodor. Mnie nauczył prawie wszystkiego. Z początku byłam przytłoczona ogromem wiedzy, którą starał się wtłoczyć brutalnie w mój biedny, młody i zbuntowany umysł. Byłam nastawiona na zabawę, teraz jednak, z perspektywy czasu widzę, jak bardzo te nauki przydały mi się w życiu. Niestety, pradziadek umarł, gdy miałam jedenaście lat. Nadal żyła jednak prababka, Felicja, którą w wiosce nazywano szamanką, druidką, czasami nawet i wiedźmą. Była doskonałą zielarką, a oprócz tego kryła sekret, który zdradziła tylko mi, mojej matce Anastazji i swojej córce a mojej babce, Jagodzie. Felicja była anielica, ha! I to nie byle jaką - upadłą anielicą, strąconą z niebios, wyrzuconą z Edenu. Nigdy nie powiedziała, dlaczego, podejrzewam jednak, że to przez miłość do człowieka, mojego pradziadka Teodora. I ona, surowa, acz sprawiedliwa kontynuowała moją edukację zielarską. Po długim czasie zrozumiałam, że sztuka ta, wpajana mi przez prababkę Felicję to coś, co uspokaja mnie i mój zmęczony życiem umysł, ciągle zaganiany przez rozbiegane w różnych kierunkach myśli. Sama garnęłam się do nauki. Już w wieku trzynastu lat mogłam poszczycić się niespotykanymi w okolicach wiedzą na temat wielu rodzajów roślin i ziół.
Nie skończyłam nawet czternastu lat, gdy wioskę otoczyły wysokie jęzory płomieni. To było tak cholernie dawno! Dziewięćdziesiąt jeden lat temu... pamiętam ten widok tylko przez mgłę, wiem jednak, że pożar, który pochłonął dziesiątki istnień, ludzi, którzy otaczali mnie na co dzień, moich rodziców, moją najlepszą przyjaciółkę, został podłożony przez oddział s.spec. Widziałam, jak ogromne, czarne, opancerzone samochody okrążają nas i pilnują, by nikt z palonej wioski nie uciekł żywy. Mi też się nie udało...
Ostatnie chwile, jakie pamiętam z tamtych strasznych godzin to upadające na mnie, płonące drzewo. Nie przygniotło mnie, udało mi się w odpowiedniej chwili wytoczyć z ton popiołu, w które wpadłam. Pruchniejące już drzewo, na którym często huśtałam się ze znajomymi dzieciakami uderzyło jednak o budynek, który - jako jeden z niewielu - miał w oknach szyby. Gruba, ostro zakończona gałąź zbiła jedną z nich, kawałek zaś wbił się prosto w moją klatkę piersiową. Nastała ciemność, nie czułam nawet bólu... Gdy się obudziłam, leżałam dalej tam, za stertą zwalonego drzewa, z kawałkiem zakrwawionego szkła obok siebie. Nie wiem, ile tam leżałam, widziałam jednak po sobie, że coś jest nie tak. Miałam kocie uszy, ogon, czułam lekko wystające kły a wszystkie zmysły wyostrzyły mi się niesamowicie, przez co nie mogłam spokojnie funkcjonować przez następny tydzień. Nadmiar bodźców, których wcześniej moje słabe, niemal nic nie warte zmysły człowiecze nie odbierały.
Słyszałam ich krzyki. Nie mogłam biec, ledwo przebierałam nogami co chwilę potykając się i upadając. Widziałam jeszcze kilku, podobnych do mnie. Widziałam mojego najbliższego, młodego sąsiada, Rafaela. Od zawsze mi się podobał, ciemnooki skurwiel z rudą brodą i bujną czupryną. Teraz nie przypominał tego samego chłopaka, nie miał jednej ręki, a na drugiej wyrastały mu jakieś pożółkłe kolce. Podobny kolec wystawał mu z czoła i z prawego kolana. Upadłam więc szybko, wiedząc, że wyglądając tak nie mogę tu pozostać i udawać martwą. W tamtym momencie zbyt się wyróżniałam, coś jednak podpowiadało mi, że wydostać się z tego terenu będzie mi niezwykle trudno. Wskoczyłam więc w najbliższą kupę popiołu, wytarzałam się w niej dokładnie i tak zostałam, starając się nie kaszleć. Zwinęłam się w kłębek, by nikt mnie nie dostrzegł. Plan się udał - po kilku godzinach, gdy nie słyszałam już żadnych krzyków czy odgłosów strzelania ruszyłam przed siebie. Łzy spływały po policzkach, nie wydałam z siebie ani jednego dźwięku. Nie mogłam nawet oddychać, bałam się wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.

ROZDZIAŁ II
Szajka szakali

W końcu dotarłam do granicy z gęstym lasem. Zastanawiałam się, czy i w innych osadach wojskowi odjebali podobną masakrę, z wrodzonej ostrożności nawet nie pomyślałam o zawitaniu do żadnej z nich. Długo tułałam się po lesie, zbierając potrzebne zioła na opatrzenie ran i uśmierzenie bólu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Nie odmówiłam używek, gdy trafiłam do opanowanych przez dzikie pnącza i winorośla ruin jakiegoś wieżowca i trafiłam na małą, liczącą sześć sztuk grupkę włóczykijów. Wtedy pierwszy raz ujrzałam jego, Hadriana. Serce zabiło mi wtedy mocniej... jemu też.
Hadrian był upadłym aniołem o niezwykle silnej i charyzmatycznej osobowości. To on był przywódcą bandy, do której zostałam przyjęta. Nie wiedziałam z początku, czemu poświęcał mi tyle uwagi. Nie chciał zdradzić mi swojej historii, dlatego i ja starałam się opowiedzieć swoją w jak najkrótszej wersji. Nie zamierzałam długo rozpamiętywać tamtych strasznych wydarzeń w mojej wiosce. Przyjęłam, że upadły anioł również kogoś i coś stracił, że i on miał skazę w sercu. Chciałam wierzyć, że jesteśmy bratnimi duszami.
Alkohol stał się antidotum na cierpienie, samotność i tęsknotę. Żyłam tak przez pięć lat, tułając się z utworzoną przez Hadriana bandą. Było nas ostatecznie jedenaścioro. Frustracja i dno, w które wpadliśmy ujście znalazła w agresji - odwiedzaliśmy bary i inne dostępne na desperacji lokale tylko po to, by rozpętać burzę i wyładować negatywne emocje. Część z nich była wymordowanymi uciekinierami z innych wiosek, które spotkały podobny los. Odwiedzaliśmy podziemne ringi, zawsze jako pierwsi wchodziliśmy na arenę, krzycząc i plując. Wołano na nas Szakale.
Pierwszy raz pomysł o przekroczeniu murów miasta-3 padł z ust Hadriana. Pomysł o założeniu szakalej szajki był jednak mój, został on przyjęty z niesamowitym entuzjazmem u większości załogi. Niestety, dwie osoby, zbyt słabe na takie zmiany opuściły nas, kolejne dwie utraciliśmy w czasie szturmu jakiejś zakaźnej choroby a jedna, najmniej rozważna zginęła na arenie. Pozostało nas sześcioro. To ja zostałam przywódczynią szajki, dzierżyłam dumnie równe stanowisku z Hadrianem. Już wtedy wiedziałam, że go kocham.
Napadaliśmy na bogate dzielnice i dzieliliśmy łupy po równo. Po sześciu latach działalności każde z nas mogło kupić własne mieszkanie i postarać się o sfałszowane dokumenty. Ja oraz upadły anioł wiliśmy powoli własne, przytulne gniazdko gdzieś na obrzeżach miasta. Hadrian planował zakończyć niebezpieczną działalność i zająć się legalną pracą - i ja szybko znalazłam inne zajęcie, przez długi czas będąc tatuatorką w Shallow'ink.  
Niestety, my już w tym utonęliśmy. Szajka spotykała się nadal, nadal agresywna, nadal gorączkowo szukając adrenaliny i akcji. Dlatego wróciliśmy do wzbogacania się cudzym kosztem i nadal urządzaliśmy polowania, zawsze zakończone większym bądź mniejszym łupem. Pamiętam naszą ostatnią akcję. Jeden z nas zdradził nas, zostawił na rozstrzelanie. Trafiony został Hadrian, prosto w serce. Dalej mam przed sobą ten widok, nie mogłam wydać z siebie dźwięku, a gdy złapałam go za rękę i mocno ścisnęłam dłoń poczułam piekącą łzę spływającą po policzku. Gdyby nie Erin, która odciągnęła mnie od płonącego już, umierającego anioła z pewnością sama zostałabym pożarta przez płomienie Hadriana bądź ewentualnie roztrzelana przez nadchodzących wojskowych. Pamiętam tę akcję do dziś i wiadomości o całej sytuacji, które słyszałam później w tv. (dla chętnych szczegółów zapraszam tutaj). Po Hadrianie została mi tylko blizna nad brwią i rewolwer Harley, którego oddałam Lokstarowi. Stwierdziłam, że w jego rękach norweski rewolwer, będący bliźniakiem mojej Billie Jean przeżyje większą świetność, niż w moich.
Pamiętam twarz tego, który z radością bijącą z oczu patrzył na upadającego Hadriana, który w tamtym momencie rozłożył swoje czarne skrzydła. Te same skrzydła, które otulały mnie w zimne wieczory, chroniły przed złem tego świata, które swoją delikatnością muskały mnie po policzku i łaskotały po nagich żebrach. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by pomścić osobę, którą tak kochałam. Ponownie utraciłam cząstkę siebie, wyrwano mi ją boleśnie i bez znieczulenia. Byłam bezsilna. Właśnie dotykam blizny, która wtedy była świeżo rozciętą, głęboką raną zadaną rzucanym ostrzem. Krew zalała mi oczy, nie wiedziałam, gdzie mam uciekać, w końcu rzuciłam się w ciemność... jak się okazało, wpadłam prosto w ich łapy, z ogromu przeżyć bowiem moja iluzja po prostu zniknęła. Wymordowanego w środku miasta-3 czekają dwa wyroki - śmierć albo laboratorium. Dla mnie wybrano to drugie, chociaż w tamtych chwilach pragnęłam pierwszą opcję.
Wiem, że ostatnie dni życia Hadriana spędziliśmy w dziwnej, złej atmosferze. Byłam o coś na niego zła. Wściekła. Nie wiem, czy to dobre słowo, nadal czuję te negatywne, rozdzierające mnie od wewnątrz uczucie... czuję rozczarowanie. Przez amnezję nie mogę jednak przypomnieć sobie powodu, przez którego to dziwne wrażenie nie opuszcza mnie do dzisiaj. Mam nadzieję, że kiedyś się dowiem...
Dopiska Tak, już wiem. Ten skurwysyn mnie zdradził. Zdradził z moją przyjaciółką, która ze łzami w oczach wyznała, że Hadrian kochał tylko mnie. Nie wiem, czy mogę jej wierzyć. Hadrian, kocham Cię mimo wszystko, wróć......wróć...

ROZDZIAŁ III
Rytuał w laboratorium
Byłam trzymana w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu, karmiona marnym jedzeniem i sterydami, przez rok byłam ich zwykłym króliczkiem doświadczalnym. Zanim spostrzegli u mnie parapsychiczne zdolności traktowali moją osobę jak wszystkich innych. Potem sprawa się tylko pogorszyła. Tortury na umyśle to coś znacznie gorszego od zadawania bólu fizycznego.
Byłam tam w jednej celi z Lokstarem. Już na pierwszy rzut oka wydawał mi się boleśnie znajomy - i faktycznie okazał się być bliźniakiem Hadriana! Nie mogłam uwierzyć w to paskudne zrządzenie losu, przez dwa dni krzyczałam do ściany i biłam o nią czołem. Upadły anioł próbował mnie odciągać i uspokajać, niestety, dopiero interwencja personelu uspokoiła moje zapędy do grubych murów... będąc skrępowana przez trzy dni przemyślałam sobie wszystko i uspokoiłam. Od tamtej pory stałam się opanowana, małomówna i raczej nieufna. Nie płakałam, chociaż łzy same cisnęły się do oczu. Zaakceptowałam fakt, że widziany przede mną mężczyzna nie był Hadrianem, choć tak cholernie mi go przypominał. W końcu udało nam się nawiązać nić porozumienia. Przywiązaliśmy się do siebie. Obiecaliśmy sobie, że wyjdziemy stąd razem.
Ja dotrzymałam obietnicy.
Pewnego dnia nawiedziła mnie pewna myśl. Przypomniałam sobie te wszystkie opowieści, które opowiadała mi prababka Felicja. Oczami wyobraźni próbowałam przypomnieć sobie te wszystkie stronice ksiąg o demonach i bóstwach, które podbierałam prababce. Była upadłą anielicą, uwielbiała babrać się w tym mrocznym świecie. Odprawiłam rytuał do zapomnianego już przez świat Boga sprawiedliwości i zemsty. Boga o ciele ogromnego, czarniejszego od najciemniejszego mroku jaguara, syna babilońskiej bogini Isztar. Wiecie, co się jednak dzieje z zapomnianymi bóstwami? Stają się zwykłymi demonami, którym nie wystarczą już modlitwy i składane ofiary - one potrzebują dusz, które zaprzedadzą się im samowolnie. Dlatego właśnie oferują małą część swojej potęgi, w ten sposób kupując sobie dusze i ciąg dalszy swojej własnej egzystencji. Mój zwał się Aragot. To okazało się prawdą... wysłuchał mnie. Wyszedł z mroku najciemniejszej ściany i spojrzał mi głęboko w oczy swoimi złotymi, przerażającymi ślepiami, przeszywającymi moją duszę. Wtedy światło dzienne ujrzały mary, które przydzielił mi mój wybawca. Dotknął też mojej twarzy swoim lodowatym nosem, oddając cząstkę swojej własnej mocy. Pośród mar była jego najukochańsza Dike... czarne jaguary pomogły mi uciec; zabijały wszystkich po drodze, pozostawiając za sobą chłód, ciemność i strach. Wątek. Biegłam dwa dni, bojąc się zatrzymać i odwrócić za siebie; ścigali mnie, i chyba tylko dzięki opatrzności Aragota udało mi się uciec. Gdy w końcu upadłam, zasnęłam w kurzu i w posłaniu ze zgniłych liści na kilka długich dni, budząc się w starej klitce własnego kuzyna, Dżerarda. Od tamtej pory byłam przez s.spec długo poszukiwana, Ci jednak nigdy nie zorientowali się o mojej umiejętności przybierania iluzji, którą po jakimś czasie opanowałam już do perfekcji. Myślę, że po jakimś czasie zostałam uznana za martwą.

ROZDZIAŁ IV
Nowy początek, założenie kasyna
Jedną z osób, które nie chciały wyruszyć z nami do miasta-3 był Dżerard. Był moim kuzynem, którego nie widziałam wiele lat, wyprowadził się bowiem z wioski gdy ja nie liczyłam jeszcze ósmej jesieni. Należał do bandy już wtedy, gdy dołączyłam do niej ja. Po ucieczce z laboratorium amnezja przysłoniła mi prawie wszystko i przez długi czas przypominałam sobie poszczególne wydarzenia, popadając w coraz większą depresję. Dżerard zajął się mną, wysłuchał mnie, pozwolił się nawet wypłakać i nie żałował alkoholu. Niestety, wtedy ponownie popadłam w ten cholerny nałóg, sięgając dwa razy częściej po papierosy. Kuzyn zdradził mi swoje plany - zamierzał otworzyć kasyno. Zgodziłam się od razu!
Zajęliśmy średniej wielkości budynek, będący niegdyś małym pensjonatem. Z małą pomocą udało nam się wszystko zorganizować, wyremontować w miarę swoich możliwości i ilością posiadanej forsy, potem zatrudnić kilka osób na podstawowe stanowiska. Początki bywały trudne - liczne napady, kradzieże, bitki na terenie kasyna stawały się normą. Wtedy na pomoc przyszedł Lokstar, którego spotkałam w czasie "wakacji" w mieście-3. Został on windykatorem naszego kasyna i namówił na ponowne zwołanie szajki szakali. Zrobiłam to, odnalazłam Erin, Carla i kilkoro innych. Lokstar został tylko moim zastępcą. Na stanowisko współherszta nie mógł liczyć nikt. Niestety, nigdy nikt nie zastąpi Hadriana, nawet Lokstar - mimo jego wprawiających w automatyczny respekt umiejętności przywódczych, których nie można było też odmówić kilku innym członkom.
Dżerard zginął po wielu latach po założeniu kasyna (czyli po około trzydziestu ośmiu) w jego obronie, podobnie jak moja bestia, gryfica Atrita. Zginął przeze mnie. To ja poszczułam kasyno psami, żądna zemsty, która przysłoniła mi wtedy cały świat. Ale wiecie co? Chyba w głębi serca tego nie żałuję, chociaż ani Dżerard, ani Atrita nie zasługiwali na tę śmierć.
Gdzieś tam w głębi desperacji żyje wciąż mój ojciec chrzestny, Gonzales. Ojciec Dżerarda i brat mojej matki, którą kochał niezwykłą miłością. Podobnie jak ja odziedziczył on po Felicji wzrok wywołujący dyskomfort i lęk, a na jego plecach wciąż widać ślady po niedorozwiniętych skrzydłach. Pałamy do siebie bardzo mieszanymi uczuciami, acz z pewnością łączy nas jakaś dziwna więź...



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down

Powrót do góry