Strona 22 z 22 Previous  1 ... 12 ... 20, 21, 22

Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Jaskółka on 12/5/2018, 21:18
Wpatrywał się w niego bez wyrazu. Pomimo nagłego wzrostu agresji w rudowłosym, Tsukishimaru nie drgnął nawet o milimetr. Nie stanowił dla niego żadnego zagrożenia. Nie w tym momencie. Nie w stanie, jaki aktualnie prezentował. Normalnie Tsuki uważałby na dobór słów i trzymał się od Pradawnego dalej, doskonale zdając sobie sprawę z jego wyższości nad nim. Ale teraz? Teraz przypominał jedynie cień swojej normalnej potęgi.
Żałosne.
- Wiesz, że twoje rozkazy nie robią na mnie wrażenia i nie sprawią, że pochylę karku, lecąc je wykonać. - usta wreszcie drgnęły, nieśmiało unosząc się ku górze. - Nie za darmo. - dodał ciszej. Nie spuszczał spojrzenia z niego. Wyłapywał każdy skurcz mięśnia, każdą mimikę, każdy oddech i każde spojrzenie.
Wykrwawia się. I jeżeli dalej będzie się tak emocjonował, a będzie na pewno, umrze nim słońce zajdzie.
A dzień chylił się powoli ku końcowi.
- W końcu Smoki to biznes, czyż nie, Shane? Każdy robi pod siebie. Jesteś naszym tylko pracodawcą, co? - rzucił sucho nawiązując do słów wielu innych członków, którzy tak postrzegali DRUG ON. Zresztą, on sam nigdy jakoś szczególnie nie przywiązywał się do nikogo tutaj. Nie tyle co nie chciał, ale też nigdy nie dawano mu szansy. Spojrzenia świadczące o tym, że mają do czynienia z niedoświadczonym gówniarzem, co mijało się z prawdą szerokim łukiem, skutecznie zniechęcało wymordowanego do zacieśniania jakichkolwiek więzów.
Przecież wiesz o tym, Shane. Doskonale wiesz.
- A moje usługi nie są aż tak tanie. Tak więc co zrobisz, Shane? Sam po nią wyruszysz? Przecież wiesz, że nie wytropisz jej. A nawet jeśli, to za późno. A gdy to już zrobisz, to nie dotrzesz do niej. Umrzesz. Umrzesz w drodze, bądź w starciu z innym. Już umierasz. - dodał prychając pod nosem. W sumie ciężko było patrzeć na niego prezentującego się w takim stanie, pozbawionego racjonalnego myślenia. Co jak co, ale dla niego to właśnie on stanowił ostoję Smoków. Gdyby tak nie było, nie nadawałby się na dobrego przywódcę.
A nadawał.
Problem jednak leżał w jego arogancji oraz dumie, którą kipiał. Bywały momenty, kiedy trzeba było pomyśleć o czymś innym, spojrzeć na niektóre sprawy nie przez swój własny pryzmat, a przekalkulować na chłodno. A tego rudowłosemu aktualnie brakowało.
- Pomyślałeś o niej? - zapytał cicho, choć na tyle głośno, by drugi mężczyzna wyraźnie go dosłyszał.
- Nawet jeżeli jakimś cudem odnajdziesz ją i czołgając się przyprowadzisz ją tutaj, umrzesz. Pomyślałeś co dalej będzie z nią? Chyba nie sądzisz, że wśród Smoków znajdzie się jakaś zastępcza niania dla niej. Umrze. Zostanie porzucona, sama sobie i też umrze. - warknął, a w jego jasnych oczach pojawił się błysk złości. Nie tylko ją porzucisz, idioto. Ale nas również.
Odetchnął cicho przez nos zadzierając lekko głowę do góry, wpatrując się przez chwilę w niebo.
- Wybrałeś mnie, bo ufasz moim umiejętnościom na tyle, by wiedzieć, że złapię trop. - przeniósł spojrzenie na wymordowanego.
- Tak więc schowaj dumę do kieszeni i zaufaj mi też w innych kwestiach. Wezmę od ciebie to zlecenie. Złapię trop, znajdę ją i przyprowadzę do ciebie. Ale w ramach zapłaty, ty wrócisz do siebie i dasz odpocząć ciału. Zregenerujesz się. Nie chcę, by Smoki patrzyły na śmierć kolejnego przywódcy. Nie chcę znowu kolejnego grzebać. Obiecuję ci to. Że przyprowadzę ją do ciebie, Shane. - uśmiechnął się lekko, a potem spojrzał za siebie, w stronę migocących w oddali drzew.
- Ponadto spowalniałbyś mnie w swoim aktualnym stanie. Bez ciebie będę poruszał się szybciej i ciszej. W końcu chowam się w cieniu. - usta drgnęły lekko, wykrzywiając się w delikatnym uśmiechu.
- Nie wrócę bez niej. Zaufaj mi w tej kwestii, jak ufasz moim umiejętnościom. Umowa? - wyciągnął dłoń w jego stronę.



avatar





Jaskółka
Wiwern     Opętany
GODNOŚĆ :
Tsukishimaru


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Shane on 1/6/2018, 08:47
 Shane miał wiele za uszami, wielokrotnie dawał tego popis, jednak w swych emocjach starał się być mniej wylewny oraz ekspresyjny. W tym momencie wszelkie hamulce puściły, a nim targały wewnętrzne demony, które do tej pory trzymał mocno skute na łańcuchach. Lawina agresji ruszyła z impetem na niego, a potem przygniotła. Tkwił w pancernym, skutym zimnem sercu, starając się wygrzebać z przyćmionej świadomości.  W myślał próbował wszystkich technik uspokajających, jednak te nijak działały.
 Psy warczały.
Kłapały ostrymi zębiskami w stronę Tsukishimaru, rozwścieczone wonią jego ciała. Drażnił je. Podjudzał, a one wyrywały się gwałtownie do przodu.
„Wiesz, że twoje rozkazy nie robią na mnie wrażenia i nie sprawią, że pochylę karku, lecąc je wykonać.”
Uśmiechnął się szeroko, paskudnie na te słowa. Zaśmiał się chrapliwie, gardłowo. Nie przypominało to ludzkiego śmiechu.
 Wzruszyłem się, Tsuki. Niesamowicie. Zobacz, łezka mi się kręci aż w oku.
Szczerzył kły, kompletnie nic nie robiąc sobie z jego słów. Kolejne zdanie najemnika wprawiło go w jeszcze większe rozbawienie. Wirus odrzucił go w tył, a salwa wydobyła się z jego gardła. Oparł się o stare drzewo z tyłu przetrzymując się dłonią.
Próbuj dalej, próbuj.
Próbuj czego? Czyżby przejrzał zamiary Tsukiego? Czy Shane faktycznie stracił panowanie nad swoim ciałem, a wirus tak paskudnie z nim igrał? Być może. Ten kto choć trochę znał Pradawnego wiedział jakim typem osoby bywał. Przedstawiający obraz nijak pasował do spokoju jaki prezentował na co dzień.
Zdychaj.
 Wbił się mocniej plecami w drzewo, a wzdłuż kręgosłupa wyłoniły się kolejne kości. Wilcze wycie rozniosło się echem po lesie, a długie paznokcie wbiły w korę odrywając ją.
Dość.
Kości na plecach przybierały na wielkości. Zacisnął zęby na dolne wardze, szybko ją przegryzając.
POWIEDZIAŁEM DOŚĆ.
 Zamknął oczy, a gardło spętał skurcz. Głos zniknął we wnętrznościach.
 Wyłonił rękę z pancernego serca, w którym próbowali go zakopać. Łapał łapczywie oddech, wykopując się spod śniegu.
Pierwszy oddech należał do tych upragnionych, walczących o życie. Piekł w płuca niemiłosiernie, jednak kolejne stawały się ulgą. Koiły przełyk.
 Uchylił powieki, wściekłość zniknęła. Kości wolno zaczęły chować się pod skórą.
 Spokój.
 Zapanował spokój.
Nie daje ci zlecenia. To moje zlecenie. A ja nie chodzę w parze.
Mruknął, wolno zjeżdżając plecami po pniu. Siadł. Przeczesał zakrwawionymi dłońmi włosy.
Złap trop. Do stawki dogadamy się potem. Opatrz mnie i bierzmy się do roboty.
Nie mam dużo czasu, aby stanąć na nogi.
W końcu brzmiał racjonalnie. Stępiony umysł rozgromiła jego determinacja i silna wola.
Rozpalmy ognisko i zjedzmy twojego tygrysa.
Taki żart. Wiedział, że Tsuki raczej go nie załapie.
 Wstał z trudem, wolno poruszając barkiem. Sprawdzał i oceniał szkody. A było ich trochę. Pokładał nadzieje w nie-medyku, który musiał pozszywać go. Jego zadaniem za to było nie wpadnięcie w szał. Każdy negatywny impuls przybliżał go do własnej destrukcji. Destrukcji nad którą musiał nauczyć się zapanować, aby ta ostatecznie go nie zabiła.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Jaskółka on 27/6/2018, 21:26
W tej jednej, krótkiej chwili zaczął podważać decyzję przystąpienia do Smoków. Naprawdę zdecydował się pracować pod wodzą kogoś takiego? Kogoś, kto porzucił racjonalne myślenie, pozwalając emocjom by te zaczęły nad nim górować? A jak wiadomo, emocje były najbardziej zdradliwymi doradcami. Aczkolwiek im bardziej Shane zaczynał nad sobą kontrolować, tym bardziej Tsukishimaru odsuwał od siebie te negatywne myśli.
Wreszcie westchnął ciężko, pełen zrezygnowania. Shane był starym, upartym osłem, z którym nie było opcji wygrać. Ten jeden raz musiał odpuścić. Tak po prostu.
- Niech będzie. - odparł, przyglądając się mu przenikliwym spojrzeniem tęczówek koloru błękitnego, ale zarazem lodowatego nieba.
- Zrobię to, ale oczywiście nie za darmo. - dodał. W końcu nie jesteśmy przyjaciółmi, Shane.
- Powiedzmy, że kiedy pomogę ci złapać jej trop, ty będziesz wisiał mi przysługę. Nie teraz, spokojnie. Ale kiedyś. Z czasem przyjdę i ją odbiorę. - właściwie to nie był aż tak głupi pomysł. Posiadanie pewnego rodzaju chodów u szefa zawsze prosperowało na plus. Nawet, jeżeli to była zwykła przysługa. Coś, co dla rudowłosego mogło wydawać się niczym ważnym, dla Tsukiego mogło być cenne jak samo jego życie.
- Ale zrobimy to na moim warunkach. Po pierwsze, wyruszysz rano. Na rano dostaniesz trop. Wnet i tak się ściemni, a ty w takim stanie nie masz żadnych szans. To raz. Dwa. Masz coś, co jest nasiąknięte jej zapachem? Trzy. Chodź za mną. - powiedział cicho, odwracając się na pięcie i kierując w stronę wysuszonych szkieletów drzew. Kierował się bardziej na północ, ale nic nie mówił, nie skonkretyzował gdzie dokładnie idą. Miał nadzieję, że Shane ruszył za nim. Powinien, skoro chciał znaleźć dzieciaka.
Po jakiś dziesięciu minutach dotarli na skraj martwego lasu i zatrzymali się przed jeziorem. A raczej czymś, co kiedyś było jeziorem, a teraz wyglądało jak bajoro wypełnione rzadkim błotem.
- Rozbierz się i zmyj z siebie krew. - powiedział cicho, przerzucając przez głowę pasek torby i rzucając ją pod swoje stopy. Kucnął przy niej i odsunął klapę, po czym zaczął w niej grzebać. Woda była mętna i paskudna. Nie nadawała się do picia w żadnym wypadku. Do kąpieli jako takiej również. Ale można było się nią obmyć z gówna Desperacji, w tym krwi.
- Tylko uważaj, by nie dostała się w okolice oczu, nosa czy też ust. Masz, jak skończysz, umyj ręce i twarz za pomocą tej wody. - pomachał bukłakiem z wodą, który wytargał z torby i postawił go nieopodal.
- Nie jestem chirurgiem, więc będzie bolało, jak cię będę zszywał. I będzie brzydko. - powiedział cicho. Odwrócił się przez ramie na krótką chwilę, po czym zniknął pomiędzy drzewami. Wrócił po paru minutach niosąc chrust, który niedbale zrzucił nieopodal jeziora. Z kieszeni kimona wyciągnął zapalniczkę, by rozpalić małe ognisko.
- Musimy to zrobić przed nocą. Pospiesz się. - polecił cicho, a gorące płomienie buchnęły powoli pożerając drewno, które przyniósł ze sobą.



avatar





Jaskółka
Wiwern     Opętany
GODNOŚĆ :
Tsukishimaru


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Shane on 31/7/2018, 19:48
 Szczerze powiedziawszy, Shannona nie interesowały pobudki wstąpienia przez Tsukishimaru do  Smoków.
Równie mocno nie interesowała go opinia chłopaka na swój temat. Jednak ta rzecz, odkąd pamiętał nigdy nie spędzała mu snu z powiek. Od stuleci uczył się żyć z mianem wyrzutka, z łatką wykolejeńca. Już jako mały chłopiec; mieszkając w sierocińcu — został naznaczony na całe życie. Piętno wyrzutka, nigdy go nie odstępowało na krok. Deficyt najbliższych na tyle mu doskwierał, że zgorzkniał jak niejeden stary dziad. Pozbawiony ostatniego i zarazem jedynego zapalnika utrzymującego go w ryzach, zanikł, stając się pozbawionym współczucia mordercą.
 Mordercą, którym nigdy nie chciał być.
 Odpuszczenie przez Wiwierna było mądrym posunięciem zważając na upartość Pradawnego. Faktycznie, im starszy się robił, tym cięższej było mu przemówić do rozumu. Coraz częściej zdarzało mu się stawać bardziej impulsywnym, a zmęczenie ciągłą wewnętrzną walką odbijało się widocznie w złotych ślepiach.
Zważając na to, że jesteś tu tylko ty, raczej nie mam wyjścia.
Odparł spokojnie, myślami nieco błądząc przy swoim nagłym wybuchu agresji. Wirus dawał się we znaki  znacznie intensywniej, obawiał się czy mądrym posunięciem jest zabieranie z powrotem do Smoczej Góry Yenewelii. Przez myśl mu przez chwilę przeszło, że może powinien odprowadzić ją pod mury, jednak co dalej...? Kto kogo bardziej potrzebował? Ona — jego  czy on — ją?
Niech będzie. Wziąłem kawałek jej ręcznika. Powinno wystarczyć.
Wyciągnął z kieszeni pomięty fragment materiału, który już i tak miał parę dziur. Wpatrywał się w niebieskoszary kolor, który zapewne stał się taki po praniu w ciężkich warunkach.
Co ty możesz jej dać?
Działo się coś ostatnio w Smoczej Górze? Sporo mnie nie było.
Za długo. Obiecałeś nauczyć ją walki, przetrwania. A teraz uciekała. Przed tobą.
 Faktycznie. Uciekła.
 Poszedł za nim, jednak nie odzywał się już ani słowem — aż do momentu, w którym nie znaleźli się nad jeziorem. Opadł na ziemię, czując jak nogi same uginają się pod jego ciężarem.
No już, już, pielęgniareczko.
Mruknął, zsuwając z ramion swoją starą skórzaną kurtkę, z którą naprawdę rzadko się rozstawał. Wygrał ją w Czarnej Melancholii w karty, zastawiając wówczas cały swój dorobek — smoczy kieł i ślubną obrączkę matki. Nic więcej nie miał, jednak tej nocy wzbogacił się o kurtkę oraz kolczyk gościa, któremu chwilę wcześniej poderżnął gardło. Kolczyk, który nosił w uchu po dziś dzień.
 Rozebrany do pasa, zmył z siebie krew, a następnie zajął się twarzą. Woda sprawiła, że zaczął bardziej przypominać dawnego Shane'a, a nie rozwścieczonego psa.
Spokojnie, mam mnóstwo blizn. Większości brzydkich.
Odparł, a Tsuki mógł dostrzec szereg znamion na klatce piersiowej czy ramionach. Najbardziej charakterystyczne były blizny po postrzeleniu  - dwie tuż koło serca.
Musi boleć. Tylko dzięki temu jestem pewien, że jeszcze żyję.
Uniósł kącik ust do góry, uśmiechając się w ten dla siebie typowy sposób. Ni to cyniczny, ni to uprzejmy. Grymas imitował uśmiech.
Działaj.
Siadł naprzeciw niego, oddając się w mało sprawnie chirurgicznie ręce. Jak gdyby był to pierwszy raz.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Jaskółka on 29/8/2018, 23:04
Działo się coś ostatnio w Smoczej Górze?
- Pytasz niewłaściwą osobę. - odparł szczerze, krzyżując ręce na klatce piersiowej, wbijając przenikliwe spojrzenie w drugiego wymordowanego, nawet nie kryjąc się ze swoim taksującym wzrokiem, który omiótł niemalże całą jego sylwetkę.
- Może i brzydkie, ale wyglądasz w nich uroczo. - skomentował nieco rozbawionym tonem, rozkładając na ziemi starą, w niektórych miejscach już rozdartą albo pozszywaną w różne łaty płachtę. Kucnął na niej, kładąc obok uda wszystkie rzeczy potrzebne do prowizorycznej pierwszej pomocy.
- Chodź ruda Złośnico. - skinął głową, wskazując mu miejsce przed nim, żeby wygodnie usiadł. Zapowiadały się długie minut, być może przeistaczające się w godziny, kiedy będzie doprowadzał go do porządku. Tsukishimaru nie był medykiem, ale miał na karku wystarczająco wiele lat, by wiedzieć co nieco, aby nie zdechnąć od razu. Chociaż szkoda, że nie miał pod ręką Tyrella albo Faith. Oni z pewnością poradziliby sobie z Shanem o wiele szybciej i lepiej.
Gdy Pradawny zajął miejsce przed nim, chłopak namoczył wodą z bukłaku kawałek szmaty i przycisnął jeszcze raz do ran na plecach, a potem drugą, suchą powoli osuszył skórę.
- Wyglądają paskudnie. - mruknął sięgając po igłę i nitkę. Spojrzał na skórę po czym bez słowa ostrzeżenia rozpoczął mozolne zszywanie. Starał się być delikatny, chociaż nadal stanowczy. Mimo że starał się jak mógł, już teraz widział, że szwy będą krzywe, a w ich następstwie blizny paskudne. Niestety, do estetycznych osób nie należał, a teraz liczyło się nie piękno wymordowanego, a doprowadzenie go do takiego porządku, żeby nie zdechł tuż po ich rozstaniu.
- Wiesz, że nie bywam zbyt często w Smoczej Górze. - odezwał się nagle przerywając panującą dookoła niepokojącą ciszę.
- Ale ludzie znikają, Shane. Raven. Chashka. Cedna. Roma. Znikają i nie wracają. - przesunął miękkim materiałem po jednej z zszytych ran.
- Ciebie też nie ma. Pojawiły się plotki, szepty. Że nas porzucasz. Hej, Shane. - zarzucił delikatnie ręce na jego ramiona i objął go od tyłu, ale nadal uważając, by nie sprawić mu bólu.
- Czy jeżeli któregoś dnia zniknę... będziesz tak samo zdesperowany, aby mnie odnaleźć? Tak, jak Yenn? - wyszeptał muskając ciepłym oddechem jego ucho. Po chwili odsunął się i parsknął niemo pod nosem.
- Oczywiście, że nie. - odpowiedział za niego, biorąc się za zszywanie ostatniej rany.
- Zaraz będziesz wolny.



avatar





Jaskółka
Wiwern     Opętany
GODNOŚĆ :
Tsukishimaru


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Shane on 4/9/2018, 10:55
Pytasz niewłaściwą osobę.
Wiedział, że pytał niewłaściwą. Nie łudził się myślą, że Tsukishimaru stoi na straży prawa i porządku w siedzibie. Nie oszukiwał się, a raczej czuł przymus do potrzymania rozmowy. Nigdy nie był zbyt rozmowny, a naturalne nawiązywanie dialogu stanowiło dla niego nie lada problem. Od zawsze wolał osoby będące gadułami (w sposób umiarkowany). Wtedy nie musiał martwić się, że w pewnym momencie zapadnie niezręczna cisza, którą on będzie musiał w końcu przetrwać.
Uroczo.
Parsknął na sam dźwięk tego słowa. Wydawało mu się niemalże abstrakcyjne z zestawieniem z własną osobą. Jednak nie zamierzał tego w nijak komentować.
Spojrzał na poczynania chłopaka. Widząc, jak ten przygotowuje się do operacji, rozebrał się do pasa, zbliżając do niego. Usadowił się tuż przed Wiwiernem, obserwując cały asortyment medyczny.
Tak jak wszystko inne.
Rzucił pod nosem na trafny komentarz kompana. Chciał jeszcze rzucić jakąś kąśliwą uwagę, jednak igła szybko zasznurowała mu usta. Pomimo sporego stażu życiowego, zszywanie nie należało do najprzyjemniejszych czynności. Jednak czy mogło się równać z pociskiem naboju, który wielokrotnie dziurawił go niczym ser szwajcarski? Raczej nie.
Skrzywił się nieznacznie, kiedy Tsuki wbił ostrą igłę. Zaogniona skóra zawyła żałośnie, chwilowo spinając się. Nie planował tego, wręcz przeciwnie, stało się to tak szybko i odruchowo, że zdążył jedynie dać sobie reprymendę.
Mam ich tak dużo, że zniknął wśród reszty. Niektóre sam musiałem zszywać, więc twoje niechlujne nie będą wyjątkiem.
Odparł, nie spoglądając na jego pracę. Nie zależało mu na pięknym wyglądzie, bo czy mogło wyglądać się atrakcyjnie wśród ubóstwa i śmierci?
Wątpił.
Wiem, że niektórzy zniknęli, ale znam ich na tyle, że jeśli żyją to wrócą. Nie wiem co z tym śmiesznym pokurczem z dziwnym akcentem, ale co do reszty — czas pokaże.
Nie bardzo wiedział co mógł więcej powiedzieć w tym temacie. Nie był zbyt sentymentalny wobec kolegów z organizacji. Chociaż większość tych jednostek była bliska jego martwemu sercu i z większością łączyły go bliższe oraz intymniejsze stosunki, dlatego gdzieś z tyłu głowy miał cichą nadzieję, że coś ich spowolniło.
Nie ma mnie? Przecież jestem.
Parsknął z nikłym uśmiechem na ustach.
Przecież siedzę tu, przed tobą. Całkiem żywy.
Pojawiły się plotki, szepty. Że nas porzucasz.
Zajmijcie się lepiej zleceniami i ściąganiem długów, aniżeli rozsiewaniem idiotycznych plotek, Tsuki.
Skomentował, zauważając jak kurdupel nagle zminimalizował ich dystans. Poczuł chłód jego skóry, który w porównaniu do wiecznie gorącej skóry Pradawnego, przyprawiał o dreszcz.
Ciebie nie adoptowałem.
Odparł spokojnie. Poza tym Tsukishimaru szybko sam odpowiedział sobie na zadane wcześniej pytanie. Gdyby miał biegać za każdym zaginionym Smokiem, jego grafik wypełniłby się na dobrych kilka miesięcy do przodu, a obecność w siedzibie ograniczyła do zera.
Sam powiedziałeś, Tsuki, my Smoki, nie jesteśmy rodziną. To w rodzinie martwi się o pozostałych członków, nas łączą jedynie interesy, prawda?
Zapytał, przypominając mu ich wcześniejszą rozmowę, a raczej fragment, który Shane usłyszał oraz zapamiętał podczas ataku wściekłości.
Czując gorący oddech Wiwerna na swoim uchu, odwrócił minimalnie głowę w jego stronę i spojrzał na profil młodszego.
— Zaraz będziesz wolny.
Zawsze byłem.
Uśmiechnął się nikle, niewidocznie.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Jaskółka on 19/9/2018, 21:48
Uśmiechnął się delikatnie, chociaż z tej perspektywy rudowłosy z pewnością nie był w stanie tego dostrzec.
- Prawda. - odpowiedział na jego słowa, pociągając delikatnie igłą do góry. - Chociaż byłoby miło, gdybyś się o mnie martwił. Mógłbym poczuć się wtedy jak twój ulubieniec. - dodał parskając niemym śmiechem. Sama perspektywa czegoś takiego wydawała się tak nierealna i absurdalna, że praktycznie szarpała jego wewnętrznym ciałem w konwulsjach śmiechu.
Nie, zdecydowanie taka wizja nie pasowała do ich dwójki.
Pochylił się i odgryzł nić, prostując swoje plecy i obserwując swoje dzieło. Wyglądało całkiem zacnie, chociaż z pewnością nigdy nie zostanie chirurgiem. Ewentualnie mógłby zostać artystą abstrakcjonizmu. Klepnął lekko wymordowanego w ramie, kiedy sam się podnosił, jednakże nim stanął na nogach, oparł się obiema dłońmi o jego ramiona, pochylając lekko nad nim.
"Zawsze byłem"
- Czyżby? - zapytał cicho, ale pytanie zawisło między nimi, nie oczekując na jego odpowiedź. Dopiero wtedy zerwał z nim jakikolwiek kontakt fizyczny, stając na nogi i wrzucając wszystko do swojej torby. Sięgnął po plastikową i pogniecioną w wielu miejscach butelkę, by ją odkorkować i upić z niej trochę świeżej wody. Wziął parę łyków, następnie podał ją wymordowanemu, lekko klepiąc plastikiem w ciepły i miękki policzek rudowłosego.
- Napij się. - polecił krótko, na moment zapominając kto z ich dwójki jest od wydawania rozkazów, a kto od ich słuchania.
- Nie powinieneś ruszać się przez najbliższe parę godzin, ale znając ciebie będziesz kręcił się tak, jakbyś miał owsiki w dupie. Dlatego zrób mi tę przyjemność i nie spieprz od razu mojego pięknego dzieła, tylko przeczekaj chociaż ze dwie. - skrzywił się nieznacznie, spoglądając na niego z góry i westchnął ciężko. Wpatrywał się w jego profil przez parę dłuższych sekund, które wydawały się ciągnąć długimi minutami, wyraźnie bijąc się z myślami i kolejnymi słowami, które parzyły jego język. Z jednej strony nie powinno go to interesować, w końcu jak to oboje zauważyli - nie byli rodziną i właściwie nic ich nie łączyło, oczywiście nie licząc interesów, z drugiej zaś strony Tsukishimaru był ze Smokami na tyle długo, że niektóre rzeczy zaczynały drażnić nawet jego.
- Ej, Shane. - odezwał się nagle, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. W jasnych tęczówkach pojawił się cień, który nie zwiastował nic dobrego.
- Zamierzasz porzucić Smoki czy tym razem weźmiesz wszystko w garść? Bo widzisz, nie chcę stracić kolejnego Pradawnego. Ale jeżeli zaczniesz coś odpierdalać, zaczniesz znikać i powoli nas porzucać... - zmrużył nieznacznie oczy.
- Poderżnę ci gardło. - dodał. Shane ostatnimi czasy znikał, pojawiał się a potem znów go nie było i nikt nic nie wiedział, nikt nie znał jego miejsca pobytu. Ludzie szeptali po kątach, plotkowali. Odchodzi, ginęli, zdradzali. A potem znów Shane się pojawiał, cały w ranach, bez żadnego słowa wyjaśnienia. Nic. To go najbardziej irytowało i poniekąd nakręcało.
- To tyle. - nagle rozłożył obie dłonie na boki i wzruszył ramionami, a cała ciężka atmosfera rozmyła się w ułamku sekundy.



avatar





Jaskółka
Wiwern     Opętany
GODNOŚĆ :
Tsukishimaru


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Shane Yesterday at 14:45
Nie spodziewałem się, że zależy ci na mojej sympatii.
Syknął cicho pod nosem, czując jak igła wydostała się przez jego skórę. Zszywanie nigdy nie należało do najprzyjemniejszych zabiegów. Obojętnie, jak długo żyjesz i jak wielkie masz doświadczenie, tak zszywanie ran od zawsze było i będzie nieprzyjemne.
 Rudzielec spojrzał na profil Tsukishimaru, obserwując jak ze skupieniem i niewprawioną starannością stara się pozszywać ładnie jego paskudne rany. Chłopak naprawdę starał się. Ewidentnie zależało mu. I nawet jak bardzo zaprzeczałby, i kłamał, Pradawny widział jego lojalność w każdym pociągnięciu igłą. Ktoś mógłby zaśmiać się i wykpić, rzucić ej, gdzie ty widzisz tą dbałość o ciebie? Patrz jakie krzywe, jednak właśnie w tych krzywiznach dostrzegał całe to poświęcenie.
 A może była to po prostu gorączka?
 Oparł się plecami o chłodną ścianę i przez chwilę miał wrażenie, że usłyszał świst uchodzącej pary zza jego pleców.
Absurd.
 Napił się, nie komentując w żaden sposób zamiany ról. Najpewniej byłoby to uwarunkowane tym, że nigdy nie czuł się przywódcą. Po prostu ktoś musiał przejąć władzę. Ktoś kto był najdłużej stażem, wbrew powszechnie niechęci wśród kompanów. Prawdę mówiąc, czekał aż ktoś mu wbije nóż w plecy bądź poderżnie gardło na śnie byle by sięgnąć dłonią po stołek. W ich historii zabijanie Pradawnych wcale nie było czymś niespotykanym.
Raczej posiedzę.
Zapewnił. Nie miał najmniejszej ochoty na żadne ruchy. Chłonął spokojnie powietrze, łapiąc w płuca oddech, jak gdyby miały być jego ostatnimi. A przecież mogły...
 Wędrówka mogła okazać się wyprawą w jedną stronę. Biletem do miejsca, z którego nie wracało się.
— Zamierzasz porzucić Smoki czy tym razem weźmiesz wszystko w garść? Bo widzisz, nie chcę stracić kolejnego Pradawnego. Ale jeżeli zaczniesz coś odpierdalać, zaczniesz znikać i powoli nas porzucać...
Uśmiechnął się do siebie. Miał ochotę głośno roześmiać się na dźwięk wypowiedzianych słów, brzmiących niesamowicie absurdalnie.
To posłuchaj coś, co powiem tylko tobie i tylko raz.
Odparł, podnosząc, a raczej łapiąc za szmaty Tsukiego i mocno wgniatając go plecami w ścianę tuż obok siebie. Zbliżył twarz ku niemu, wpatrując się w jasne oczy i świdrując go złotymi ślepiami.
Smoki same mnie wykończą. Ja również pewnego dnia zniknę, bo tak będzie chciała większość. I co wtedy zrobisz?
Czuł zmęczenie całym tym burdelem. Poświęcił organizacji pół swojego życia, wolnego czasu, swojej krwi, a w zamian otrzymywał... nic.
Czemu miał się poświęcać? Skoro nikt nie robił tego samego?
Jeśli uważasz, że ciągle je porzucam, to proszę, weź berło i dzierż je. Zdecydowałem się na tą rolę, bo wiedziałem na co się piszę, jednak nie zawsze wszystko zależy ode mnie.
Puścił go.
Nie mógł być ciągle w Smoczej Górze. Braki w ludziach skutkowały, że musiał częściej uciekać poza mury aniżeli w nich siedzieć, bo gdyby w nich był Yenewelia również.
Bycie Pradawnym to bycie na świeczniku. To bycie na wiecznym celowniku. Otoczony sojusznikami, którzy czekaj...czekają aż spadniesz. A mimo to, zawsze poszedłbym po każdego. Nawet po ciebie. A czy wy również bylibyście zdolni do czegoś takiego?
 Poprawił jego ubranie.



| Wybacz, że musiałaś tak długo czekać na odpowiedź. Mam nadzieję, że chociaż post to zrekompensuje.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Ruiny fontanny

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 22 z 22 Previous  1 ... 12 ... 20, 21, 22

Powrót do góry

- Similar topics