Strona 46 z 46 Previous  1 ... 24 ... 44, 45, 46

Go down





Re: Bar Pisanie by Arthur on 30/6/2018, 02:47
    
Zapewne były to jedyne szczere emocje w ciągu ostatnich wielu lat. I najprawdopodobniej ostatnie na kolejne setki. Może mu wreszcie przejdzie, może nie. Czuł obrzydliwą pustkę i cisnącą za gardło samotność, choć wiedział, że przecież nie jest sam. Przede wszystkim miał sporo wrogów, ale zdarzały się też przyjazne dusze. A jakby czuł się osamotniony, to zawsze mógł sobie wyhodować wszy. Albo pchły. Ale nie o to chodziło. To tak jakby utracił cząstkę siebie, jakby zniknęło jego odbicie w lustrze czy cień. Dużo łatwiej było żyć wcześniej, po swoim odrodzeniu, nie mając świadomości, że żeński klon gdzieś tam krąży, niż wiedzieć, że zjebał po całości i ten klon już więcej nie wyszczerzy do niego zębów.
Powinien być mniej żałosny.
Gdy tylko Wilczur zabrał dłoń, spokojnym ruchem złapał za rękojeść niebezpiecznego narzędzia zbrodni, udając, że o to właśnie mu chodziło. Metal znów zgrzytnął, kiedy oswobadzał swoją biedną rękę, zaciskając zęby z trudnej do ukrycia złości. Do zabijania co popadnie raczej przydałyby się wszystkie sprawne kończyny, a raczej nie było takiego wymordowanego, który potrafiłby sobie wyrosnąć utracone elementy ciała. Chyba nawet reptilia... jaszczurkowaci nie byli tacy zarąbiści. W tym momencie jeszcze bardziej jego plan byłby samobójczy, co oznaczało wydłużenie czasu oczekiwania do krwawej masakry w środku spokojnej, szklanej kulki pełnej nudnych śmiertelników. I teraz to był powód jego wkurwienia. Jak chciał to potrafił jakiś znaleźć.
Uszkodzona ręka wylądowała na udzie. W tym momencie równie dobrze mógłby się po prostu rozmontować na części, bo mógł najwyżej zasadzić komuś z łokcia w podbrzusze. Zawsze jakaś opcja, ale niezbyt wystarczająca na świrów uzbrojonych w technologie. Może jakby zmodyfikował te bezużyteczne żelaztwo...
Ratler mógł porównać siostrę do dowolnego zwierzęcia i wciąż nie minąłby się za bardzo z prawdą. W Mieście była kwoką dumną ze swoich kurcząt-kwiatów, w laboratorium przypominała lwicę, kłapiącą szczękami na każdą parę rąk ubraną w rękawiczki, za życia bywała żmiją, kiedy kłócili się o typowo rodzinne pierdoły. Był jej bratem – jednocześnie ją cisnął i bronił przed tym, żeby tylko on miał do tego prawo. Ile to razy w szkole czy nawet już na Desperacji ktoś oberwał w szczękę z tego powodu? Był pewnie nadopiekuńczy, ale nawet to nie wystarczyło. M-3 ją za bardzo zmiękczyło, jak jajko trzymane w occie. Nie powinna tam być. Nawet, jeśli nie rzucała się w oczy, ktoś wreszcie zauważyłby, że przez lata jej wygląd się nie zmienia, ktoś przyszedłby na kontrolę, nakazał badania, choćby do jakiegoś spisu ludności czy co oni tam mieli pod tym kloszem.
Blondyn oparł nóż o stół, czubkiem do góry, lekkim zezem patrzył na czubek. Może powinien się dźgnąć w cholerę? Ciekawe co działo się po śmierci jeśli już raz się umarło. Pewnie nicość, jak zresztą całe życie wierzył. Nawet świadomość istnienia aniołów nie zmieniła jego wiary. Może to byli tylko dziwni wymordowani, wszyscy z takimi samymi cechami, umiejący jakieś dziwne rzeczy z żywiołami i takie tam. Ale nawet w nicości nie musiałby się przejmować tym, że mówiąc wprost spieprzył sprawę i doprowadził do śmierci kogoś, kto w ogóle na to nie zasługiwał. Nawet jeśli byłaby w stanie pozbawić kogoś życia, to na pewno nie z zimną krwią, jak on. I na pewno nie zdradziłaby dobrego znajomego za odrobinę żarcia. A może po prostu taki obraz o niej ukształtował się w tym jego zrytym baniaku? Zawsze miał ją za lepszą od siebie, choć nigdy nikomu się do tego nie przyznawał. Nawet, jeśli coś jej nie wychodziło, to wiedział, że w czymś innym jest trzy razy lepsza, a już na pewno z charakteru. W nicości by już jej nie spotkał. Ale nie byłoby już niczego, łącznie z cierpieniem.
Co zamierzasz zrobić?
Do Artha nagle dotarło, że przejeżdża palcem wzdłuż ostrej krawędzi, rozcinając skórę. Nie przejął się tym, jak zwykle. Milczał jeszcze przez chwilę, która dziwnie dłużyła się, choć nie trwała więcej niż kilka sekund. Zawsze był szczery do bólu, ale co właściwie zamierzał zrobić? Teraz, kiedy szepty odrobinę przycichły, a on sam był nieco mniejszym tornadkiem furii... nie był pewien.
Będę uprawiał marchew na zachodnim stoku Góry Babel – burknął bez przekonania, obserwując czerwień spływającą kroplą wzdłuż palca wskazującego. Przycisnął nieco mocniej, pogłębiając niewielkie rozcięcie. – Zdobędę więcej umiejętności starając się nie ewoluować jak jebany pikatchu, a potem zbiorę parę osób i wyrżnę ćwierć miasta, skoro nie dajesz mi iść samemu na całe – dodał, teraz już raczej bardziej na serio. Nienawistnie wwiercał wzrok w krawędź ostrza.
Pójdziesz ze mną?
Uniósł głowę i spojrzał na kuzyna. Nie oczekiwał tego, że odpowie twierdząco. Raczej... uznał, że wypada zapytać.



Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ

It comes awake and I can't control it
Hidin' under the bed
In my body in my head
Why won't somebody come and save me from this
Make it end!

No one can hear me scream
Maybe it's just a dream
Maybe it's inside of me
Stop this monster!
avatar
Arthur

Ratlerek     Opętany






GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.

Liczba postów :
846


Powrót do góry Go down





Re: Bar Pisanie by Arcanine on 30/6/2018, 13:34
    
Oglądał jakiś prędko, do przegrzania pracujący mechanizm, okryty szczelnym, nieruchomym, żelaznym kokonem. Podświadomość wiedziała, że w środku wszystkie zębatki kręcą się do utraty kształtu (były tylko częściami wirującymi tak szybko, że wyglądały jak smugi), ale z zewnątrz Arthur zdawał się być niewzruszony. Jego twarz pobladła, oczy zmatowiały, usta zastygły w bezsensownym wyrazie. Grow dawał mu czas, kupował cenne sekundy, w czasie których zdążył zamówić następną porcję trunku. Alkohol nie rozwiązywał problemów i nie dawał odpowiedzi, ale pozwalał zapomnieć o pytaniu; rzecz przydatna jak każda inna.
  Dziewczyna, słodka, niska kelnereczka, uwijała się przy nich jak cień. Mimo wyczulonych zmysłów, słuch Wilczura nie zarejestrował stuknięć, które zwykle towarzyszyły podawaniu naczyń na blat. Pracownica na te kilka chwil zamieniła się w bezszelestną, bezwonną, bezkształtną zjawę, która prześlizguje się niepostrzeżenie, zostawia co konieczne i zabiera to, co zostało już zużyte. Potem znika równie nieuchwytna.
  Białowłosy czuł ostry zapach alkoholu, który niemal wypalił gardło tuż po tym, jak przechylił szkło i wziął na raz pół przysadzistej szklaneczki. Gdy odkładał naczynie, gruby spód stuknął. Był to pierwszy dźwięk, a zaraz potem odezwał się Arthur.
  Dwukolorowe ślepia uniosły się i skoncentrowały na blondynie.
  — Będę uprawiał marchew na zachodnim stoku Góry Babel.
  Trzymają się ciebie żarty, Adrich?
  Palec wskazujący uderzył kilkakrotnie w bok szklanki; nerwicowy odruch, którego Grow nie był w stanie z siebie wyplenić. Próbował znaleźć w sobie słowa, które nie zmieniłyby się w broń i nie uderzyły w Arthura. Już i tak był popękaną szybą; starczy byle jaki nacisk, aby rozbił się na miliard kawałków. A wtedy piekło wydawałoby się rajem w porównaniu do tego, co przeżyłaby Przyszłość.
  — Pójdziesz ze mną?
  Wreszcie kącik ust Wilczura uniósł się, oszpecając krzywą mordę jeszcze bardziej. Uśmiech stanowił nieodłączony element jego wizerunku, ale rzadko bywał tak drażniący jak teraz. Czy pójdzie z nim?
  — Jesteś krwią z mojej krwi — powtórzył, odsuwając rękę od trunku i nakierowując ją na ostrze. Złapał je tak, jakby próbował uścisnąć czyjąś dłoń w akceptacji umowy, otulając tnące żelazo w silnym uchwycie. Woń krwi, niewyczuwalna do człowieka, dla nich stanowiła konkretny element w zapachach. Kiedy palce herszta DOGS się rozwarły, przez środek dłoni i wnętrze paliczków przebiegały wystarczająco głębokie linie, aby z ran wypłynęły szkarłatne krople. — Pójdę za tobą w ogień.
  Jeszcze moment przytrzymywał nadgarstek w powietrzu jakby naprawdę liczył na to, że Arthur uściśnie go, by przysięga nabrała znaczenia. Jednak Wilczur ostatecznie zabrał rękę i opuścił ją luźno na brudny blat stołu. Wzrok przetoczył się ponownie po barze, nie zatrzymując na żadnym z gości.
  — Ale też nie dam ci zginąć w bezsensownym starciu. Więc urośnij trochę, maleńki, zbierz ludzi, a ja oddam do twojej bitwy wszystkich tych, których sam już zebrałem i następnych, którzy dołączą pod mój sztandar. Dostaniesz armię, która będzie mieć szansę pomścić twoją siostrę. Pod warunkiem, że staniesz się kimś, za kim nie wstyd nam będzie podążać. A teraz... — Przysunął jedną ze swoich porcji w kierunku kuzyna, nieświadomie zostawiając na brzegu szklanej powierzchni pociągłe smugi czerwieni. Zdawało się, że patrzył w zupełnie inną stronę, choć kątem oka zerkał, przelotnie i prędko, na twarz siedzącego naprzeciwko destruktora. — Napij się. To przyćmi ból. W ogóle wszystko przyćmi.
  Spokojnie.
  Przecież tu jestem. Kto inny, jak nie ja, przypilnuje cię w tym stanie?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
26634


Powrót do góry Go down





Re: Bar Pisanie by Arthur on 1/7/2018, 00:38
    
Żeby procenty na niego zadziałały musiał wlać ich w siebie zadziwiająco dużo jak na tak niepozorną z wielkości istotę. I niestety nie było za wiele osób, które nie padłyby na długo przed nim, więc miał do wyboru albo próbować wyciągnąć Wilczura ze swojego biura albo pić w samotności. Druga opcja była zdecydowanie gorsza, bo wtedy wyglądało się tak, jakby miało się jakiś poważny problem. No i co to za zabawa, skoro nie miało się nikogo do towarzystwa, z kogo można byłoby wyciągnąć przypadkiem jakieś ciekawostki? Poza tym, alkohol nie pytał, alkohol rozumiał. W sumie jak z czekoladą. I ukochanym kocysiem.
Zignorował wszystko do tego stopnia, że tym razem już nie zauważył kelnerki. Przyglądał się tylko zimnemu metalowi zabarwionemu szkarłatem na brzegu. W sumie może nie powinien wcześniej syczeć na biedną, postronną, biuściastą ofiarę. W końcu zawsze mogła czegoś dosypać do szklanki. Nigdy nie powinno się załazić za skórę osobie przebywającej blisko żywności. I pewnie dlatego zawsze wolał pozwolić Matyldzie połamać mu żebra przyjacielskim przytulaskiem niż starać się jej unikać albo odmówić. Zwłaszcza odmówić.
I choć rzeczywiście spróbował zażartować, myśląc o tym dłużej pomysł nie wydawał się taki zły. Raczej ciężko byłoby sobie wyobrazić go z motyką, dziubiącego grządki i wyrywając chwasty, a taki styl życia zdecydowanie do niego nie pasował (wystarczy fakt, że miał swego czasu dom w Edenie, a i tak wolał norę w Kryjówce DOGS), ale kto by go szukał w ogródku na zadupiu, sączącego owocowy koktajl i wygrzewając się w zachodzącym słońcu? No, teraz akurat O'Harleyh mógł go szukać. I nici z domku z ładnym widokiem na Desperację.
Język skosztował zapachu, a Ratler przez chwilę musiał zwalczać ochotę napicia się czegoś zawierającego znacznie mniej alkoholu. Trwało to idealnie do momentu, w którym szanowny pan szefu cofnął rękę. Kąciki ust uniosły się. Coś mu dobrze podpowiadało, że kuzyn nie odmówi obicia paru mord, ale ognia się już naprawdę nie spodziewał. Przynajmniej teraz miał pewność, że nie był sam. Tej myśli musiał się trzymać.
„urośnij trochę, maleńki”
W kącie baru rozległ się cichy, niski warkot jakby nagle wparował tam rasowy growlujący metalowiec. Zaraz jednak kurdupel znowu się uspokoił, słuchając do końca wypowiedzi mężczyzny. Czekało go sporo zmian, ale był zdolny do wszystkiego, żeby tylko dotrzeć do postawionego sobie celu. A obecnym celem było sprawienie, że ludzie będą cierpieć gorzej od niego. Chciał zgotować im piekło, a w M-3 byli jak w pułapce. Dokąd by uciekali? Poza mury? Najgorsza z możliwych opcji. Miasto było jednak na tyle ogromne, że pomoc by się przydała. Musieliby też opracować plan zależny od wielkości „armii”. Zrobienie Specom z tyłków jesieni średniowiecza było chyba marzeniem co najmniej połowy populacji wymordowanych i desperatów. Problem stanowiło tylko to, że połączenie sił ze znienawidzonym sąsiadem było mało wykonalne w niektórych przypadkach. Kiwnął lekko głową, rozumiejąc.
Zatrute? – rzucił, przyglądając się podejrzliwie zawartości. Nie czekał jednak na odpowiedź, ale wziął naczynie i wypił kilka łyków, czując oprócz niewinnie wyglądającej cieczy smak krwi. Dobry, odrobinę metaliczny, dla jego rozbudowanego zmysłu smaku jeszcze bardziej intensywny niż powinien. Odsunął szkło od siebie, zostawiając dodatkową czerwoną smugę po swoim rozciętym palcu.
Poczuł się jakoś lepiej. Spokojniej, cieplej.



Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ

It comes awake and I can't control it
Hidin' under the bed
In my body in my head
Why won't somebody come and save me from this
Make it end!

No one can hear me scream
Maybe it's just a dream
Maybe it's inside of me
Stop this monster!
avatar
Arthur

Ratlerek     Opętany






GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.

Liczba postów :
846


Powrót do góry Go down





Re: Bar Pisanie by Arcanine on 15/7/2018, 22:52
    
Ludzie w barze zdawali się podzielać nastrój dwójki wymordowanych, jakby stanowili publikę tańczącą pod rytm tego duetu. Nazwa speluny nie była przypadkowa i mieściła w sobie coś o wiele więcej niż ironiczną wstawkę. Po paru głębszych Grow zapytał kiedyś Boba skąd, do chuja ciężkiego, taka nazwa? Nie było zbyt wielu innych wariantów, które równie mocno nie pasowały. Bob wzruszył barkami. Jego sztywna od zaschniętego piwa kamizelka uniosła się i opadła wraz z ramionami.
„Wiesz co cię jutro spotka?” — zapytał krótko, a Grow przewrócił oczami i zaprzeczył. Wtedy Bob rzucił, że on też nie wie co się stanie. Bar stanowił równą niewiadomą. Tak samo niebezpieczny i nieokreślony jak nazwa którą mu nadano.
Dlatego teraz był spokój, którego Wilczur się nie spodziewał. Nie słychać było rozmów, tylko pomruki i szepty. Żadnych pobrzękiwań naczyń albo szurnięć mebli po podłodze. Dźwięki znikały równie szybko i nagle co alkohol.
— Zatrute?
Pewnie tak. — Białowłosy obrócił swoją szklankę. — Nie byłeś dla niej najsympatyczniejszy.
Tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, co?
Nie myślałeś o znalezieniu sobie do pary innego karła? To by ci mogło pomóc bardziej niż szczyny Boba.
Grow gdzieś kątem oka ujrzał przemykającą wzdłuż ściany zjawę. Mdłe światło lampy odbiło się w szklanych naczyniach, które zgarnęła kelnerka. Była wyższa od Adricha, ale o to nietrudno. Szkoda, bo dawała mu wysokoprocentowe napoje, a skoro tak, to mogła mu dać coś jeszcze. Na przykład klucze do swojego pokoju na górnym piętrze. Grow wątpił jednak, by duma kuzyna pozwoliła mu na związanie się z kimś kto patrzył na niego z góry. Bez względu na to czy była to metafora, czy nie.
O ile cokolwiek ci pomoże.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar
Arcanine

Wilczur     Poziom E






Liczba postów :
26634


Powrót do góry Go down





Re: Bar Pisanie by Arthur on 30/7/2018, 19:18
    
Bar miał durną nazwę, ale bywały gorsze na Desperacji. Choćby oni i ich "Kryjówka Rozbójników", jeszcze w dodatku czterdziestu. Grow raczej nie popylał po pustyni w turbanie, właz do podziemnych korytarzy nie otwierał się na magiczną formułkę, a samych Psów było znacznie więcej niż czterdziestu. Albo Slumsy w Apogeum. Samo Apogeum wyglądało jak slumsy, a jeszcze jej część dostała tak urokliwą nazwę. Zapytał Boba o nazwę z ciekawości, bo właściciel przybytku i tak pewnie często dostawał te pytanie. Blondyn stwierdził wtedy, że równie dobrze miejscówka mogłaby nosić miano "Baru u Schrödingera" - interes jednocześnie mógł i nie mógł upaść, a nigdy nie wiadomo czy zawartość kufla to trunek czy koci szczyn. Nie wnikał w twórczość nazwy baru. Nazwa jak każda inna, sam by pewnie lepszej nie wymyślił.
Adrich prychnął nad kuflem. Kelnerka była na tyle urocza, że mogła mu tam nawet napluć, wszystko mu było teraz jedno. Pewnie ją kiedyś przeprosi, jak najdzie go na bycie miłym. No i jeśli Bob go nie wykopie za drzwi, bo też istniała taka możliwość. Nie zdarzało się to często, bo tolerancja oraz cierpliwość barmana były na niesłychanie wysokim poziomie, ale wciąż lepiej było czasem dmuchnąć na zimne i zapobiec burdzie. Na przykład takiej, do której chyba próbował zmierzać Wilczur.
- Nie jestem karłem, ty pierdolony, niedojebany umysłowo skurwysynu - wrzasnął, wstając i ciskając kuflem o podłogę. Na co innego wskazywał poziom blatu w momencie, w którym stanął, ale gdyby komuś powiedzieć, że ten kurdupel miał kiedyś metr siedemdziesiąt to chyba zdechłby ze śmiechu pytając tylko kto go wsadził na szczudła i ile centymetrów mierzył kapelusz zatknięty na jego głowę. Jadowicie zielone ślepia wlepiły wzrok w herszta bandy, haczykowate kły ukazały się w niemej groźbie. To był jednak błąd, żeby tego dnia przychodzić w to miejsce. Mógł dać pracować w spokoju temu piegowatemu chujkowi. A tak to tylko nawrzucał swojej ciotce za darmo, rozwalił całkiem niezły kufel i pewnie w tym momencie Bob stawiał kreskę przy jego nazwisku w swoim notesiku. Ratler zawarczał, odwracając się, kopiąc jeden z większych odłamków kufla i wychodząc z wściekłością.


z/t x2 (z prośby szanownego pana Arka Dziewiątego)



Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ

It comes awake and I can't control it
Hidin' under the bed
In my body in my head
Why won't somebody come and save me from this
Make it end!

No one can hear me scream
Maybe it's just a dream
Maybe it's inside of me
Stop this monster!
avatar
Arthur

Ratlerek     Opętany






GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.

Liczba postów :
846


Powrót do góry Go down





Re: Bar Pisanie by Sponsored content
    

Sponsored content








Powrót do góry Go down

Strona 46 z 46 Previous  1 ... 24 ... 44, 45, 46

Powrót do góry


Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach