Strona 45 z 46 Previous  1 ... 24 ... 44, 45, 46  Next

Go down


Re: Bar

Pisanie by Arcanine on 3/4/2018, 04:17
Jasne brwi ściągnęły się ku sobie, gdy usłyszał najbanalniejsze z pytań, na które nawet nie musiał konstruować tłumaczeń. Wystarczyło spojrzeć na czarne cienie pod oczami, niewiele różniące się od rozmytego makijażu połowy dziwek Desperacji; na poszarzałą twarz i włosy w nieładzie. W odpowiedzi mógł mu sprezentować co najwyżej ironiczny grymas — i zrobiłby to, gdyby kuzyn nie był ślepy jak kret.
Mniej więcej tak jak wyglądam — mówił nie odrywając badawczego spojrzenia od rąk kuzyna. Miał do czynienia z tworem, który niejednokrotnie go zaskakiwał. Wyrobił sobie na tyle dziwną opinię o Arthurze, że trzymał przy nim gardę nawet przy tak niezobowiązujących spotkaniach jak obecne. — A mam nadzieję, że wyglądam jak gówno, żeby nie zniekształcać faktów. Wiesz, że nie lubię cię okłamywać. — Mimo szczerości, w jaką się uzbroił, w tonie łatwo dało się wyłapać jad. Wkradła się demonstracyjna podejrzliwość i brakowało tylko tego, by Wilczur z rozbawieniem zapytał, po jaką cholerę zaczyna podobny — bzdurny — temat. Ile razy w ciągu ich długoletniej znajomości Adrich w pełnym zatroskaniu pytał co u niego?
Soczyste kurwa zero.
Z jakiej więc racji nagle miało mu się odmienić? Obdrapane do czerwonej tkanki palce wymordowanego zastukały w blat stołu; wybił nieznany rytm zdradzając rosnące zniecierpliwienie. Tym się różnili. Arthur potrafił czekać. Kryć się w cieniu i słuchać godzinami, cedzić wartościowe informacje od byle jakich plotek. Grow nie. Stał po przeciwnej stronie barykady i walił w drzwi tak długo aż nie wypadły razem z zawiasami — nie znosił czekania i nawet teraz, w obliczu neutralnego spotkania, wydawało mu się istną torturą.
Ty musisz czuć się wyśmienicie — podjął temat po chwili, która wydawała mu się kolosalnie rozciągnięta w czasie — a była może sekundą lub dwiema. Zamilkł zaraz po tym, bo do ich stolika kuśtykając podchodziła kelnerka. Jej sztywny od brudu fartuch poplamiony był zastygłym już piwem — zapewne zwykłymi szczynami, jakie Bob często wciskał niezbyt kojarzonym mieszkańcom Apogeum.
W duchu Grow poczuł uwielbienie do starego, nieodłącznego obrazka Przyszłości — cholernego barmana, który innym podawał rozmiękczony wodą alkohol, ale nigdy nie zrobił tego wobec niego. Kiedy więc grube spody szklanek stuknęły o drewno ich stolika, Wilczur był pewien, że przynajmniej coś dobrego wynikło ze spotkania z kuzynem.
Piersiasta kelnereczka nawet nie czekała na oklaski. Zawinęła się równie sprawnie, co podeszła do ich stolika, zostawiając tę dwójkę samą sobie. Grow natomiast, z jakąś chorą upartością osła, nie spuszczał wzroku z członka rodziny.
Co ty przede mną ukrywasz, Adrich?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arthur on 7/5/2018, 20:04
Starasz się jak możesz, chcesz być grzeczną, puszystą kulką, a tu jeszcze próbują węszyć jakiś podstęp. No jak tak można? Nawet nie docenią faktu, że się martwisz, czego w sumie nigdy nie robisz, bo i po co zawracać sobie głowę takimi pierdołowatymi informacjami. Strata miejsca na ludzkim dysku twardym. Niemniej jednak, raz w życiu Adrichowi zależało. W końcu rzadko miewał całkiem znośny humor i do tego jeszcze okazję do spotkania się z ostatnią tolerującą go na tej Ziemi istotą. Jako tako. Nigdy nie słyszał od Wilczura słów „zabij się”. Nie dosłownie, nie wprost.
W sumie wykonanie tego rozkazu jako bodajże jedyne najpierw by rozważył przed wypełnieniem.
Wyglądałeś już gorzej – rzucił krótko. Z jednej strony można to brać za komplement, ale biorąc pod uwagę bezpośredniość kurdupla, prędzej po prostu stwierdził fakt. Uważnie zlustrował wzrokiem Growiego, starając się określić jego stan. Musiał przyznać, że rzeczywiście dobrze z nim być nie mogło. Jak długo nie przespał porządnego minimum 8 godzin? Kiedy ostatnio zjadł coś porządnego albo spędził choć jeden dzień bez nerwów? Ale czy w ogóle ich przywódca znał jeszcze pojęcie bezstresowego życia choćby przez parę godzin?
Nie aż tak. Czasem mnie łupie w ramieniu, pewnie jakaś śrubka się obluzowała, ale jest całkiem znośnie. Może się nie rozpadnę, dzięki za troskę – wyszczekał, odchylając się na krześle i obserwując kelnerkę z tajemniczym uśmieszkiem godnym Mona Lisy. Zielone ślepia śledziły ją, zwłaszcza gdy lekko pochyliła się stawiając kufle. Pionowe źrenice odrobinę rozszerzyły się na kilka krótkich sekund. Nieznacznie, ale wciąż zauważalnie. Zaraz po odprowadzeniu jej kawałek w drugą stronę, wyprostował się na krześle i oparł łokieć o blat.
Raz w życiu byś przestał spinać poślady i się trochę rozluźnił. Masaż ci zrobić czy jak? – burknął w stronę kuzyna. Nie zamierzał go przecież obciążać kolejnymi dziesięcioma kilogramami raportów, bo i tak nigdy ich nie robił. Potem go najwyżej Pudel o nie ścigał tak długo, aż Arthurowi nudziło się uciekanie przed nim. Pewnie tylko dzięki temu wciąż pamiętał jak pisze się rozbudowane zdania. Nawet zbyt wielu przydatnych dla DOGS informacji nie miał przy sobie.
Wyciągnął żółtą karteczkę i podsunął Wilczurowi.
Ostatnio widuję sporo łajz ze Specu na naszych terenach. – Mruknął. Nie podobało mu się, że żołnierze pojawiają się na Desperacji w większych ilościach. Nie podejmowali jednak wyraźnie wrogich akcji, ale mimo wszystko na kartce zaznaczył wszystkie lokacje, w których widział większe grupy. – I ostatnio wszystkie religijne świry wracały nagle w swoje góry. Nie wiem co mogą kombinować, pewnie nic ważnego.
Wężowy uniósł ciężkawe naczynie i pociągnął dwa łyki. Nigdy nie przepadał za żadnym wyznaniem, ale starał się je tolerować i ignorować tak długo, jak długo nie właziły mu w drogę i nie próbowały nawracać na siłę.


Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ


They can take my heart, they can take my breath
When they pry it from my cold, dead chest!
avatar





Arthur
Ratlerek     Poziom E
GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arcanine on 17/5/2018, 19:32
„Przestań spinać poślady”.
HUK!nęło, gdy zarzucał nogi na stół, eksponując potężne buciory. Uniósł po tym brwi, jakby planował dorzucić tekst w stylu: „nawet nie wiesz ile osób ma tatuaż na gębie dzięki tym podeszwom, a ty mi się każesz rozluźniać?”. Coś go powstrzymało i tym czymś było prawdopodobnie piwo. Ta złocista konsystencja dla wielu smakowałaby jak miód, ale Grow wyczuwał tylko gorzkość. Objął palcami ciężkie naczynie i podniósł do ust, żeby wychylić duży haust.
Rzadko pił, nie miał na to czasu. Poza tym towarzystwo bywało irytujące, a promile we krwi tylko dolewały oliwy do ognia, kiedy zaczynał się wkurwiać i przyspieszały cały proces. Teraz też czuł, że jest na granicy. Tolerował kuzyna; Adrich był jedyną osobą łączącą go z poprzednim życiem. Pamiętał ich wypady do lasu i konne wyścigi, ale jakkolwiek bogatej kartoteki nie mieli, tamten okres został kategorycznie zakończony. Los postawił kropkę i przewrócił kartkę.
Nie było więc zbyt wielu rzeczy przez które Growlithe czuł się tutaj komfortowo. „Przyszłość” to dobre miejsce, ale to wciąż neutralny grunt — na tyle, na ile bywają neutralne grunty na Desperacji. Przychodzili tu ludzie różnych frakcji i o różnych intencjach; a z żółtą chustą przewieszoną przez szlufkę spodni z widocznym wilczurem na spranym tle tkaniny był jak neonowy bilbord dla wszystkich, którzy szukali herszta DOGS.
Tu jestem, wy cwele. Spity i rozluźniony. Idealny cel, no nie?
Grow obrócił naczynie, przyglądając się hartowanemu szkłu. Słuchał Arthura, ale zdawał się tym mało zainteresowany. Podniósł wzrok dopiero wtedy, gdy po stole przesunęła się karteczka.
Białowłosy zatrzymał dłoń na kuflu i usadowił się wygodniej na krześle, które wciąż okupywał w pozycji wylegującego się na tarasie szeryfa miasteczka. Oderwał opuszki od zimnej powierzchni i złapał za papier. Nie otworzył jego skrzydełek, po prostu obracał w palcach jak monetę.
Rozumiem — przytaknął niezadowolony, raz jeszcze obrzucając znużonym spojrzeniem wnętrze baru. Bob pucował jakieś naczynie z natarczywością, która w ogóle nie pasowała do jego wyalienowanej mordy. Patrzył gdzieś w przestrzeń, w kierunku drzwi, które cały czas otwierały się i zamykały, wpuszczając i wypuszczając nowych gości. Zapachy się za sobą mieszały i Wilczur szybko zdał sobie sprawę, że gdyby wparował tu ktoś nowy, pewnie ledwo by to wychwycił. Mdła woń starych perfum używanych przez kobiety i potu wytwarzanego przez zasiedziałych mężczyzn — tego nie dało się tak łatwo odcedzić od dopiero co przybyłych aromatów.
Wziął jeszcze jeden solidny łyk alkoholu.
Bez tego byłoby ciężko.
Może pogadajmy o tobie? — rzucił, kiedy odstawił kufel w bezceremonialnym stuknięciem. Nadal nie otworzył kartki, ale wcisnął ją w kieszeń spodni. — Przecież nie spotkaliśmy się tu w interesach. Znikasz na miesiące, wracasz jakby nigdy nic. Zachowujesz się dziwnie, a potem znów normalnie. Jak to w końcu jest, proszę pani? — Oparł łokieć o stół. Siedział w zasadzie bokiem, z przekręconym krzesłem i oparciem wżynającym się w plecy. Ale nie narzekał. Całą uwagę poświęcił zakazanej gębie kuzyna. — Coś cię teraz dręczy, Adrich?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arthur on 30/5/2018, 10:04
Już dawno przestał się przejmować smakiem na tych podłych terenach. Czasem wystarczyło, żeby mocno potrzepało zamiast smakować, innym razem żarcie miało posilić, a nie rozpieszczać podniebienie. Gdyby był wybredny, zdechłby już dawno pod jakimś kamieniem z głodu i pragnienia, zwłaszcza biorąc pod uwagę to jak zmieniły się jego zmysły po transformacji w jakąś zwierzopodobną "abominację". Fakt, że mógł narzekać na jakość, ale wiedział też, gdzie nie spróbują go otruć. I takim właśnie w miarę miłym, choć mimo wszystko trochę obrzydliwym miejscem był Bar Przyszłość. Nie był rozpieszczony za życia, nawet jeśli miał prawie wszystko czego sobie mógł zażyczyć - teraz również nie planował bycia bachorem tupiącym nóżką na to, że kasza jest zbyt szara, a kotlet przed chwilą jeszcze radośnie brykał po podwórku.
Odsuwał od siebie poprzednie życie, starając się o nim nie myśleć, ale jednocześnie nie pozwalając by spadło w przepaść niepamięci. Niektóre z tych wspomnień były zbyt cenne, żeby tak po prostu je wyrzucić i stracić na zawsze. Wielokrotnie pamięć płatała mu figle, wymazywała niektóre fragmenty, czasem zabierała wszystko, ale zwykle oddawała. Wątpił w to, że kiedyś świat znowu będzie śliczny, w miarę bezpieczny, pełny zielonych roślin, które nie odgryzą przechodniowi głowy, ale miał przed sobą wieczność, o ile sąsiad nie zagryzie go we śnie, bo znalazł ładniejszy kamyk od niego. Przez tą wieczność można byłoby powspominać, ponarzekać "kiedyś to było kurrrła". A nawet jakby przyszły bachory po alimenty to mógłby najpierw opowiedzieć im historię swego życia jak to kiedyś z wujkiem Grołim wyrywali Włoszki. Pewnie nawet by nie wiedziały co to te Włoszki i stwierdziłyby, że im coś odpierdzielało zdrowo z mózgiem, no ale...
Arth rzucał się w oczy chyba równie mocno co przywódca gangu, choć wcale rzucać się nie chciał. Starał się być jak najmniej zauważonym, co w jego wypadku nie było zachowaniem osobliwym, wręcz przeciwnie - nigdy nie wychylał się bardziej niż musiał. Dziwne jak bardzo różnił się od tej dość wybuchowej istoty jaką był niegdyś. Setki lat temu bardziej przypominał siedzącego obecnie naprzeciwko kuzyna. Nie miał prawie nic cierpliwości, wszędzie było go pełno, a jak ktoś powiedział coś nie tak, mógł bardzo szybko pożegnać wychodzące na spacer zęby. Poprzedni charakter objawiał się dopiero w walce, ewentualnie jak już się jakimś cudem wściekł. Był jednocześnie znośnej jakości szpiegiem i dobrą maszynką do mordowania.
Fioletowy jęzor smagnął powietrze, rozdzielając sporo zapachów od siebie. Kwaskowate zdechlaki, zdechlaki przypominające w smaku zwiędłe kwiatki, zdechlaki, które najwyraźniej poprzedniego wieczoru spały w chlewiku z trzodą, człowiek... Tu blondas uniósł łeb i zerknął w kierunku tego normalnego zapachu. Zainteresowanie nie trwało długo, ale normalni, zdrowi ludzie zawsze byli chwilową ciekawostką turystyczną. Zawsze trzeba być czujnym, bo nawet wojacy Specu nie zawsze pachnieli świeżo i tak samo jak M-3.
- O mnie? - powtórzył, wracając wzrokiem do piegowatego. - Nie wiedziałem, że to randka. Umalowałbym się - zażartował i uśmiechnął się, ale zaraz znowu spoważniał. Nikomu nie mówił co robił kiedy znikał. Nawet Skoczkowi, który dorwał go kiedyś w ciemnym korytarzu, zmordowanego i bardziej zdechłego niż zwykle, wcisnął jakiś kit, choć nawet w ironicznym i rzuconym na odczepne tekście było sporo prawdy. - Wiesz... Jak mama zaprosi na herbatkę to ciężko odmówić. - Mruknął i pociągnął spory łyk z kufla. Jego wzrok stał się nieco bardziej pusty, jakby zwiał gdzieś myślami i oderwał się od teraźniejszości. - Ona jakoś przetrwała. Tylko jest kompletnie dzika. Próbowałeś ty kiedyś przejść piechotą do Europy i w drugą stronę? - wymamrotał półzrozumiale. Sięgnął po stary łańcuszek skryty pod koszulką, zawieszony na szyi. Otworzył okrągły medalik i spojrzał do środka. Przyjrzał się dwóm zdjęciom - siostry oraz rodzicielki, starym, mocno wyblakłym obrazom, które trzymały się tylko dlatego, że nikt nie zdejmował szybek, pod którymi się znajdowały. Po tylu latach rozsypałyby się, gdyby próbowało się je wyciągnąć. - Ayi za to nie widziałem już... Rok. Albo dwa. Powinienem się chyba przejść do Miasta i skończyć prosić tylko wywlec ją za tą blond szopę do nas - zatrzasnął stare wieczko i zacisnął przedmiot w dłoni. Dopiero teraz znowu zielone tęczówki po raz kolejny powróciły do Wilczura. Zwężone, nieruchome źrenice wskazywały na to, że gdyby spotkał siostrę, tym razem nie byłoby próśb, a rękoczyny.


Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ


They can take my heart, they can take my breath
When they pry it from my cold, dead chest!
avatar





Arthur
Ratlerek     Poziom E
GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arcanine on 3/6/2018, 23:40
Wpatrywał się w jakiś martwy punkt przed sobą, odbiegając do czasów sprzed apokalipsy, gdy ziemie kontynentów naszpikowane były budynkami, a nie ruinami miast. Gdy Włochy stanowiły centrum hucznej kultury, obejmującej najlepsze kawy na świecie i pizze z miękkim serem. Prawie słyszał charakterystyczną mowę mieszkańców, wykłócających się o ceny albo o powiadających o zabytkowym koloseum — teraz już pewnie zrównanym z glebą. Growlithe był pewien, że Włochy nie istnieją. Nie w formie, którą zapamiętał. Nie miały w sobie już nic, żadnej gondoli przepływającej przez kanały, ani lokalu z najlepszą kawą na świecie. Zastanawiał się przez moment, co zastałby w Londynie. Zabierał tam kuzyna do klubów, pokazywał mu diabelski młyn i tłumaczył skąd się wziął ruch lewostronny. Teraz był tam tylko gruz. A jego rodzice pochowani pod nim. Garet zapewne też. Leżał być może blisko Franceski, Moriego i Angeliki. Wilczur w każdym razie nie wyobrażał sobie tego, by którekolwiek z jego dawnych przyjaciół, miało się szwendać po świecie jako przymulona bestia. Według niego nie żyli. Nie zakładał w ogóle innych opcji.
  — Ayi za to nie widziałem już...
  To go otrzeźwiło. Przymrużył gwałtownie powieki i spojrzał na Arthura. Przyglądał mu się tak, jakby powiedział coś niestosownego, wyjawił sekret, o którym nie miał prawa choćby myśleć. Oboje kochali Ayę, każdy na swój sposób, choć od dawna stanowiła wspomnienie i nie kwalifikowała się już jako stały element ich życia. Adrich widział ją, być może, nawet dwa lata temu. A Grow?
  Zastukał palcami w kufel, który nadal obejmował dłonią. Pamiętał wygląd kuzynki jak przez matową szybę. Wiedział, po prostu wiedział, że miała długie blond włosy, które często dotykał, kiedy była małym dzieckiem, a które stanowiły świętość, gdy dorosła. Nie potrafił przypomnieć sobie za to koloru jej oczu ani zapachu skóry. Nie znalazł w rejestrze ostatniego wydarzenia, jakie z nią wiązał. Była odległym, zamazanym punktem, gdzieś na końcu drogi w jego umyśle. Ale pamiętał, jak wiele dla niego znaczyła i jak wiele by dał, aby obecna sytuacja w ogóle nie miała miejsca. Nie zdejmując ciężkiego wzroku z kuzyna, czekał na coś do ostatniej sekundy. Na jakieś słowa, które mogłyby zmienić bieg wydarzeń, a które nigdy nie padły. Zamiast tego...
  — Powinienem się chyba przejść do Miasta...
  — Nie — wciął się tonem, którego używał do rozkazów, choć nie to było teraz jego zamiarem. Twarda nuta nadała mu jednak powagi, której tak brakowało przez początek rozmowy. — To nie będzie potrzebne — zapewnił, zdejmując wreszcie nogi ze stołu. Jeszcze nim buty opadły na podłogę, powietrze zdawało się przybrać na wadze. Osiadało na ramionach, głowie i plecach jak prawdziwy ciężar i być może dlatego Grow pochylił się nieco nad stołem. Wysunął dłoń z ucha szklanego naczynia i skrzyżował ramiona na blacie. Wsparł się wtedy na rękach i jeszcze sekundę smakował słowa, które miał wypowiedzieć. Wydawało mu się, że zabrzmią jak obelga.
  — Aya nie żyje. — Tak właśnie było. Mówił cicho, jakby przekazywał mu tajemnicę niedostępną dla innych śmiertelników. Dwukolorowe spojrzenie jakby się zmieniło; w oczach zamigotał błysk, który prędko przygasł. Równie dobrze mógł być niefortunną grą świateł i niczym więcej. — Od kilku miesięcy co najmniej. To potwierdzone informacje. Nie masz kogo wyciągać, Arth. Odpuść.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arthur on 5/6/2018, 21:59
Ruiny te byłyby zapewne dużo piękniejsze gdyby nie plączące się po nich bestie, włażący wszędzie pustynny piasek i żar lejący się z nieba. Może jakby jeszcze rosły tam jakieś rośliny, które nie próbują zeżreć każdego, łącznie ze sobą nawzajem, albo chociaż nie groziłyby zawaleniem się na głowę biednemu turyście... Ale choć z półwyspu słynącego z dziwnie gestykulujących, wiecznie „kłócących się” ludzi, z kraju zmieniającego strony w wojnach na taką, która lepiej pasuje do sytuacji nie zostało już nic tak samo jak i z innych miejsc pięknych przed apokalipsą, Arthur nadal uważał tamto miejsce za dom. Nawet, jeśli jeszcze przed śmiercią wyprowadził się stamtąd, a więcej czasu żył na obcej ziemi. W dodatku wciąż uwielbiał podróże, nawet jeśli obecnie nie były za wygodne, szybkie i przyjemne.
Dokładnie pamiętał wygląd każdej z sióstr, choć tylko jedna dotrwała do tych pięknych czasów utopijnych miast-baniek. Jedna, o której wiedział. Pozostałą dwójkę uznawał jednak za tak martwe jak tylko mogło się dać, bo nigdy się nimi aż tak nie przejmował. Ani matkującą im starszą, ani też młodszą donosicielką. Nawet nie pamiętał ich imion, ale wygląd jakoś się utrzymał. Liczyło się tylko jego lustrzane odbicie, starsze o kilka minut, różniące się tylko płcią. Jak się odpowiednio ubrali i stanęli to byli nie do odróżnienia – dopiero kilkaset lat później czas wyraźnie wyrył różnice. On okazał się niższy, ona nie rzucała się w oczy przez brak widocznych cech zwierzęco-roślinnych. I tak byli do siebie całkiem podobni, ale już nie identyczni. Nawet człowieczki w białych kitlach byli zdumieni tym, jak ich DNA było jednocześnie tak podobne i tak różne. Ale te człowieczki zawsze znaleźli sobie powód do narzekania. Taka już rola człowieczków, w końcu ich życie kończyło się w średnio osiemdziesiąt lat. Czasem dożywali setki, a nadal wiedzieli niewiele.
– Nie.
Zielonooki wyprostował się nagle, jakby był gotowy do rozkazu. Wilczur był jedyną osobą, której słuchał, która mogła mu wydać rozkaz, do którego w ogóle pomyślałby o zastosowaniu się. To już był niemalże odruch – czekać aż otrzyma zezwolenie na rzucenie się komuś do gardła, zadeptać, zagryźć, udusić. Fakt, że nie zawsze wykonywał rozkazy zgodnie z planem, ale znajdował sposób na wykonanie zadania. Jakże mógłby zawieść szefa?
Tym razem jednak nakaz się nie pojawił, choć kuzyn nadal wyraźnie roztaczał atmosferę powagi. Ciężkiej powagi. Trochę gryzło po kostkach. Może to po prostu wygłodniały kot Boba...
– Aya...
Promyk nadziei w ciemnym tunelu, może skitrała się gdzieś od jakiegoś czasu w kryjówce i wyraźnie go unikała, żeby tylko nie rzucił jej w twarz „a nie mówiłem?”. Nadzieja pojawiła się nawet w jego ślepiach, to samo oczekiwanie na wieści, co za każdym razem kiedy ktoś wspominał, że odwiedził ją w jej małej kwiaciarni.
– ...nie żyje.
I promyk stał się pędzącym przez ciemny tunel pociągiem, a nadzieja poszła uprawiać dziką miłość w krzakach. Pewnie potem urodzi kilku głupich, w końcu lubiła być matką.
Wszelkie emocje opuściły jego twarz, która na raz pobladła jeszcze bardziej niż była naturalnie. Powtarzał w myślach te trzy słowa, ale za każdym powtórzeniem było to coraz trudniejsze, jakby jakaś niewidzialna siła ścisnęła mu te jego resztki mózgu i blokowała przepływ informacji. Wąskie do tej pory źrenice rozszerzyły się dziwnie, wgapiając pusto w Growa. Wmurowało go. Niemalże dosłownie. Na pewno konkretnie zatkało. To nie była informacja, której się spodziewał, ale kopnęła go w zadek tak mocno, że nawet nie pomyślał o weryfikacji, czy ta parszywa morda przed nim właśnie go w coś nie wkręca. Z tego się nie żartowało.
Dopiero po dłuższej chwili poczuł, jak coś ścieka po jego policzkach. Zawsze podejrzewał, że ewolucja pozbawiła go kanalików łzowych, a teraz okazało się, że siedziały na swoim miejscu i nawet jeszcze potrafią działać. Nie kontrolował jednak tego nadmiernego ubytku wody z organizmu, ignorował go, tak jak do tej pory starał się ignorować wszystko, co zamknął głęboko w sobie.
Był jak jebany mnich tybetański z jednego powodu o wzroście metra sześćdziesiąt.
Teraz ten powód wyparował.
A nie zawsze przecież był mnichem.
Poczuł się tak, jakby usiadła na nim wielka ropucha z Edenu. Coraz trudniej było myśleć za siebie, sterować swoim własnym ciałem. Fioletowy język wściekle trzasnął powietrze, a choć zwykle go nie czuł, teraz stał się jeszcze bardziej obcy. Pustka mieszała się ze znajomym uczuciem, które tak uwielbiał, kiedy był sam. Zanim znów zobaczył jej uroczą twarz. Wściekłość wydzielała swoje miejsce, wydostając się powoli z klatki, na nowo uklepując swoje miejsce przy kominku.
Zamorduję wszystkich z Miasta... – wyszeptał, wbijając pusty wzrok w stolik. W jego głosie nie brzmiało nic. Był pozbawiony czegokolwiek, załamywał się, ochrypł nieco. Ślepia zerknęły do góry, zerkając zza okularów na Wilczura. Wargi poruszyły się, tworząc coś w rodzaju uśmiechu, ale jednocześnie groźnie odsłaniając wężowe kły. – ZROBIĘ IM W TYM JEBANYM BURDELU PIERDOLONY RAGNAROK! – charknął gardłowym, zwierzęcym głosem, przestawiając się na angielski. W tym samym momencie świsnęło, błysnęło w słabym świetle i w wysłużony blat wbity został z impetem sztylet. Tak głęboko, że ten, który by go wyciągnął, stałby się kolejnym Królem Arturem i mógłby nazwać ten kawałek blachy Excaliburem. A jeśli kogoś do tej pory irytował wysoki głosik kurdupla, to miałby miłą dla ucha odmianę.
Oddychał ciężko. Coś dźgało go w klatce piersiowej, ale nie zwracał na to uwagi. Równie dobrze mógłby to być jakiś wymordowany ze stolika obok. W tym momencie liczyło się tylko patroszenie, rozlewanie krwi litrami, zmniejszenie populacji ludzkiej w M-3 do zera. Nieważne czy wojskowy, naukowiec, matka z dzieckiem czy ucywilizowany Mietek spod monopola. Każdy oberwie po równo.
Adrich dawno nie wpadł w taką wściekłość jak teraz. Bardzo dawno. Zacisnął palce lewej dłoni na blacie tak mocno, że zbielały. Zacisnął zęby. To nie była tylko jego wina. Winni byli też śmiecie z cholernego M-3.


Ostatnio zmieniony przez Arthur dnia 8/6/2018, 22:45, w całości zmieniany 1 raz


Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ


They can take my heart, they can take my breath
When they pry it from my cold, dead chest!
avatar





Arthur
Ratlerek     Poziom E
GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arcanine on 8/6/2018, 15:33
Domyślał się w czym rzecz, choć nigdy nie był mistrzem dedukcji. Niewielu uwierzyłoby zresztą w to, że gdy sam otrzymał informacje o śmierci kuzynki, zareagował bardzo podobnie do Adricha. Był równie wściekły i równie pusty w środku. Łapał za meble i roztrzaskiwał w drzazgi stoły, krzesła i naprędce sklecone ze sobą deski, długo dłużące jako regały lub szafki. Podłoga wyłożyła się pozostałościami po tym, co akurat wpadło mu w ręce. Nie widział faktycznego pleneru — jednego z pomieszczeń w siedzibie DOGS. Widział gęby bez twarzy, umundurowane manekiny, które chwytał i roztrzaskiwał w mak. Javier, pies, który przyniósł mu list od łowcy pilnującego Ayę, uciekł z podkulonym ogonem. Nikt tego dnia nie wchodził mu w drogę.
  Teraz już ochłonął. Ból wciąż wykręcał trzewia na myśl o zniknięciu kogoś tak ważnego, jednak ciało przestało samoistnie się poruszać. Oczy nabrały chłodu, jakby ktoś wpuścił w tęczówki o ciepłych, letnich barwach, zimną wodę, prędko zamieniającą się w lód. Ślepiami przyglądał się reakcji kuzyna, póki co czekając.
  Growlithe stopniowo dochodził do przeświadczenia, że jego rozmówca — z którym przeżył przecież ponad tysiącletnią tułaczkę po świecie — nie dostrzegłby prawdy, nawet gdyby nagle wpadła roztańczona do Przyszłości, na czele orkiestry złożonej z bębnów, trąbek i talerzy, śpiewając donośnym głosem: „jestem prawdą!”, przygrywając sobie na tamburynie. Bo prawda była taka, że jego reakcje niczego nie zmienią. Nie sprawią, że Aya nagle wstanie, otrzepie białą sukienkę z kurzu, poprawi włosy, a potem spojrzy na niego tym swoim wzrokiem mówiącym: „tylko się nie waż, Arthie”.
  Mógł ich naprawdę pozabijać. Wysadzić całe miasto albo wstrzyknąć do ich pitnej wody wirusa X, który odwaliłby robotę za niego. Mógł pewnego dnia zniszczyć — w sumie cholera wie jak, ale nie byłby pierwszym, który próbował — szkło, które odgradzało mieszkańców M3 od oparów. A potem patrzeć jak powoli przesiąkają tym, czego tak śmiertelnie się obawiali.
  Wilczur nawet nie drgnął, gdy tuż przed jego nosem świsnął nóż. Nie odwrócił wzroku i nie spojrzał na wbite aż po rękojeść ostrze; oczy nieruchomo wpatrywały się w twarz jasnowłosego. Arthur tracił nad sobą panowanie, zaczynał się trząść i wykrzywiać, jakby jego żyły zaczęły płonąć. I może właśnie tak było.
  Coraz więcej głów odwracało się w ich stronę. Na początku ludzie zerkali tylko ukradkiem, żeby móc w każdej chwili udawać, że zajmują się swoimi sprawami. Ale teraz nie było już sensu, by odgrywać rolę niezainteresowanych. W rogu baru jeden z mężczyzn przypominał tykającą bombę.
  — … RAGNAROK!
  — Nie, nie zrobisz — zaznaczył natychmiast Wilczur, wreszcie prostując ramiona. Twarz miał skrytą do połowy przez głęboki cień; widać było przede wszystkim usta ułożone w rozdrażnieniu i co jakiś czas połyskujące w półmroku ślepia. — Nie dasz im rady. Tego chcesz? Zginąć pod murami, zdechnąć od strzałów? — zniżył ton, jakby naprawdę wierzył, że mimo tego przebije się przez otaczający Adricha kokon furii. — A może planujesz się przekraść i paść na głównym placu? Wtargnąć do jej kwiaciarni i dać nauczkę wszystkim rabatkom, które hodowała? Nie bądź głupszy niż musisz być.
  Arth.
  Nie wypowiadał jego imienia. Nie teraz, gdy tak wiele par uszu wchłaniało ich słowa jak gąbka wodę.
  Mimo niezmiennej postawy Wilczur był przygotowany, aby wstać od stołu i złapać Adricha. W sumie był przygotowany także na to, by złamać stół, przeskoczyć ponad zawalonymi połówkami i zgarnąć krewniaka sprzed nosa zaskoczonego gościa Przyszłości, który akurat nawinąłby się pod nóż niskiego wymordowanego. Znał kuzyna wystarczająco, by umieć przewidzieć przynajmniej niektóre jego zachowania. Jak zareaguje teraz? Przesiąknie bólem, rzuci się w niszczycielski wir? Rozgromi wszystko, na co tak wiernie pracował Bob, stratuje każdą bestię, która stanie mu na drodze, dotrze do murów... i dalej co? Cokolwiek mieścił scenariusz Growlithe napinał mięśnie, gotów powstrzymać go przed jego realizacją. W ostatnim akcie i tak by umarł. Wojsko przerobiłoby go na papkę, wtarło w Desperację. Nie mógł na to pozwolić. Adrich był mu jeszcze potrzebny. Poza tym...
  — Potrzebujesz nas — powiedział już na głos, odsuwając na bok hartowane szkło. W środku nie było nawet kropli alkoholu. — Chcę się dowiedzieć jak to mogło wyglądać. Kto w tym uczestniczył. Kto... — zawahał się, ale tylko na sekundę — położył na niej ręce. Dorwać go. Po swojemu. Jeszcze nie teraz. Teraz mury są zbyt wysokie i potężne, ich technologia za bardzo rozwinięta, a my wciąż dzicy i niespokojni. Bob!
  Kiedy Grow krzyknął ponad tłumem, ludzie znów poodwracali spojrzenia, zajęli się sobą. Bob uniósł w tym samym momencie głowę i kiwnął nią, jakby ważyła dziesięć kilo. Chwilę później do ich stołu podeszła — choć bardziej zakradła się — ta sama blondyneczka. Nie kręciła już biodrami i nie uśmiechała się pomalowanymi przez jeżyny ustami. Postawiła dwa naczynia po brzegi wypełnione trunkiem i usunęła się bezgłośnie.
  Wilczur oparł rękę o wiekowy kufel i pchnął go. Szkło szurnęło po drewnie, zatrzymując się w połowie swojej drogi.
  — To coś mocniejszego. Nie tak mocnego, byśmy mogli już teraz wstać i wykonać wyrok za ich arogancję. Ale wystarczającego, żebyś się uspokoił. I pomyślał nad strategią.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arthur on 8/6/2018, 23:49
Chciał rozszarpać teraz każdego dookoła, rozwalić co tylko widzą oczy, kąsać, tłuc, rozrywać gardła i wydrapywać ślepia. Miał ochotę zdemolować to miejsce i każde następne, w którym się znajdzie, tak długo aż nie padnie z wycieńczenia. A potem zrobić to jeszcze raz. I tak w kółko, powtarzać aż do śmierci – wszystkich dookoła albo jego samego, cokolwiek zdarzyłoby się pierwsze. Jego załamania nerwowe miały to do siebie, że nie chciał się zabić jak ostatnie emo, ale posłać do piachu jak najwięcej osób przed sobą. Nie wiadomo co gorsze...
Nie było nadziei, że szybko mu przejdzie. Nie było nadziei, że w ogóle kiedykolwiek to nastąpi. Zanim ponownie pojawiła się w jego życiu po setkach lat samotności, nie był zbyt rozmowny... i ludzki. Kierował się tym, co mówił mu zwierzęcy instynkt, nie słuchał nawet Growa, gdy ten znalazł go totalnym przypadkiem. Nie zaatakował go wtedy chyba tylko dlatego, że pachniał odrobinę znajomo i jakoś rozpoznał w nim członka rodziny. I nawet wciągnięcie go do gangu, trochę na siłę, nie do końca mu pomogło. Do tej pory zresztą wolał samotność. Dopiero po spotkaniu siostry naprawdę się ogarnął, a zmiana nastąpiła o sto osiemdziesiąt stopni. Choć nikomu o tym nie mówił, bał się powrotu do tego, z czego udało mu się wyjść. Bo to dopiero było piekło.
Taktyczne myślenie naprawdę do niego nie pasowało. Najpierw zabijał, potem pytał, wbijał w środek akcji jak cholerne kamikadze, najczęściej nic sobie nie robiąc, zupełnie jakby jakaś tajemnicza siła chciała osłonić go przed krzywdą. Ale wszyscy wiedzieli, że wbicie tak do tego paskudnego świata przypominającego śniegową kulkę wymaga czegoś więcej niż kilograma szczęścia i dobrego duszka łażącego za tobą jak cień. Ile to razy wpadali przez mury całym stadem, wybijali co musieli i ewakuowali się, w liczebności mocno ograniczonej. Przecież usunęli ze stołka kilku dyktatorów, głównodowodzących i innych ważnych osobistości. Ale nigdy sami. Jednostka za murem znaleźć mogła jedynie śmierć, ale w stadzie, zwłaszcza wspomaganym przez sojusznika, jednostka mogła więcej. Nawet zatruwanie źródeł dla samotnika mogłoby zakończyć się bardzo bolesną klęską.
Zwalczał wirusa, kontrolował go jakoś, ale teraz opuściły go siły potrzebne do utrzymania tej cholery. Choroba dostała lekko uchyloną bramkę do przejmowania kontroli, a bez walnięcia jej w mordę nie będzie kryła się po kątach. Zwłaszcza, że nie widziała świata od tak dawna. Kto nie skorzystałby z okazji bezproblemowego wydostania się w więzieniu, w którym siedział kilkadziesiąt lat, tęskniąc za tym, co za kratami?
Źrenice znów stały się pionowymi szparkami, odsłaniając morze jadowitej zieleni, która jeszcze chwilę temu była tak spokojna i odrobinę tylko odstawała od naturalnej barwy zielonych, ludzkich oczu. Mokre krople wypływały jeszcze co jakiś czas, dążąc w dół śladem wydrążonym przez swoje poprzedniczki, zbierając się na podbródku i stamtąd lecąc radośnie przyciągane grawitacją w dół.
Gryź. Kłamie. Rozszarp. Zrobisz to, syczało coś za uchem. Haczykowate kły wysunęły się, opierając na bladej wardze. To Jonathan, sprzeciwiło się jego człowieczeństwo. Dobrze chociaż, że jeszcze rozdzielał przyjaciół od wrogów. Ale jak długo? Nawet teraz resztką sił powstrzymywał się przed rzuceniem kuflem w tą piegowatą mordę, bo na drugi koniec stolika akurat jeszcze by przy swojej ślepocie i wściekłości trafił. Druga sprawa, że Wilczur mógł być na to przygotowany, a na pewno był, więc gadzina w cel by ostatecznie nie trafiła.
Chcessssssz ssssię założyć? – wysyczał, mrużąc oczy. Może i nie chciał umierać, ale w tym momencie nie myślał na tyle logicznie, żeby wpaść na to, że wcale nie musi przebijać się przez żołnierzy i cywili sam, bo jest na tym plugawym świecie sporo osób, które dla czystej przyjemności poszłyby z nim. Nie było chyba osoby na Desperacji, która nie połasiłaby się na łatwe zasoby zabrane tym, którzy ich „nie potrzebowali”. Słowa zdecydowanie nie pomagały, choć może i te niewypowiedziane imię dotknęłoby jakiś za mocno rozkręcony trybik. Z drugiej strony, jeśli ktoś z zainteresowanych podsłuchiwaniem go nie kojarzył z wyglądu, to lepiej, że nie znał imienia. Żadnego, nawet w oryginalnym brzmieniu.
Istniały tylko dwie rzeczy potrafiące zredukować jego szał do zera. Pierwszą była osoba, Evendell, która potrafiła się przebić przez ten „kokon furii”. Nikt nie wiedział jak to robi. Druga rzecz była niematerialna i była to muzyka. Ale nie jakaś tam pierwsza lepsza, trzeba było zmusić wkurzonego kurdupla, żeby sam coś zagrał, bo tylko na tym się skupiał. A im dłużej był na czymś skupiony, tym bardziej potrafił się automatycznie ogarnąć. Problem tkwił w tym, że nie było tu ani ich gangowej maskotki ani tym bardziej biednych, styranych skrzypiec Ratlerka. I wątpliwe, żeby ktoś tu nagle je miał, bo kto dbałby o talenty muzyczne, jeśli bardziej liczyło się przetrwanie i zdolność do zdobywania żarcia. Shiet happens.
Coś pyknęło cicho. Była to zapewne jedna z kości, która nie wytrzymała presji i poddała się. Słabeusz. Arthur nawet nie przejął się jakimś tam smutnym elementem jego ciała, który postanowił stchórzyć. Nie mógł odczuwać sygnałów zastępujących ból fizyczny, jeśli w psychice właśnie ktoś próbował jednocześnie pociąć go na kawałki, spalić żywcem i ogólnie zrobić mnóstwo nieprzyjemnych rzeczy.
Wkurw przez całą sekundę zamienił się w lekkie zainteresowanie. Blondyn nawet na chwilę przechylił delikatnie głowę, jakby naprawdę dotarły do niego słowa wypowiedziane przez ostatniego żywego członka rodziny (nie licząc matki pieprzniętej przez wirusa bardziej niż on kiedykolwiek był). Zaraz jednak wydobył z siebie warkot wyraźnie dający znać, że głośne dźwięki nie są tym, czego chciałby teraz słuchać. Miał nawet wrażenie, że cały lokal zrobił się cichszy niż zwykle, choć równie dobrze mogła to być zasługa jego izolowania się coraz bardziej od wszystkiego co go otaczało. Wciąż dobrze pamiętał te uczucie jakby znajdował się tuż pod powierzchnią wody. Niewyraźne głosy, ciężkie do zrozumienia, szydercze szepty, urywany śmiech.
Jesteś słaby, zaszydził głos. Arth wsunął się bardziej w ścianę, kiedy kelnerka podeszła. Pewnie była przyzwyczajona do niezbyt przyjaznych klientów, ale mimo to podchodzenie do nich wymagało sporej odwagi. Zabij. Zabij. Zabij.
Syknął ostrzegawczo, żeby tylko nie próbowała podejść bliżej niż wystarczyło do stawiania naczyń. Nie chciał nikogo zabijać. Nawet tego biednego stolika, który został potraktowany brutalnie, a przecież przez tyle lat nosił miano jego ulubionego. I żeby tak własnego przyjaciela...
Spojrzał pusto na kufel, wyciągnął parę razy rozwidlony język. Zapach zawartości nie smakował podejrzanie, nie było czuć ewentualnych zagrożeń, ale nie znaczyło to, że czegoś w środku nie było. Przez chwilę miał ochotę zrzucić to w cholerę na podłogę, pozwolić szkłu rozprysnąć się dookoła, a płynowi rozlać i obryzgać im nogi. Walczył ze sobą. Jeszcze próbował. Cokolwiek jednak by nie było w środku, ostatecznie Ratler złapał w dłoń naczynie, uniósł, od razu wypił połowę zawartości. Czego by mu nie dali, musieliby dać tego dużo, żeby potrzepało. Może i był kurduplem, ale bardzo wytrzymałym. Zaraz po tym jak stuknięcie oznajmiło odstawienie drugiej połowy, głos znów zaczął kąsać, coraz dotkliwiej, rozdrapując rany, wyciągając wspomnienia, przywołując obrazy. Obrazy na tyle żywe, że aż wydawały się prawdziwe. Pachniały nią. Przemawiały jej głosem. Palce wsunęły się w sprane włosy, zacisnęły, kiedy sylwetka skuliła się, walcząc z tym wszystkim. Zamknięte oczy wyprodukowały kilka kolejnych porcji łez, które cicho skapnęły na blat. Ale szyderczy głosik źle dopasował zbiór wspomnień. Głosy i dźwięki ułożyły się we wspomnienie sprzed setek lat, kiedy próbował nauczyć Ayę grać. Prawa ręka wysunęła się i położyła na stoliku, palce bezgłośnie poruszyły się w teoretycznym nieładzie. Złość zdawała się powoli zanikać z twarzy. Co prawda zastępowała ją pustka, ale wciąż to lepiej niż próba rozwalenia wszystkiego dookoła.
Nie chcę znowu zdziczeć – odezwał się cicho i dostosowując sylaby do niemych ruchów dłoni. Nie otwierał oczu. Tak było łatwiej skupić się na dźwięku. Obrazy zniknęły, ale wciąż słyszał ten dźwięk. E, dis, powtórka, znowu e, całkiem łatwe na jedną rękę. Nie potrafiła nawet tego. A on się wiecznie łudził, że da radę. – To straszne, Grow. To boli – i nie mówił o bólu fizycznym. Brzmiał dziwnie monotonnie, ale nie warczał. Chrypiał dość mocno, jakby struny głosowe niekoniecznie chciały wydawać ludzkie dźwięki. Było mu nagle wszystko jedno, byleby tylko zająć myśli. Pustka w głowie była znacznie lepsza niż ten natłok wrogich myśli. Myśli, które zdecydowanie nie należały do niego.


Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ


They can take my heart, they can take my breath
When they pry it from my cold, dead chest!
avatar





Arthur
Ratlerek     Poziom E
GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arcanine on 21/6/2018, 23:31
Czuł się jakby wystawiono jego cierpliwość na publiczny lincz. Ledwo potrafił sprostać tej próbie. Być może dawny on — noszący uprasowane, świeże koszule Jonathan O'Harleyh — wiedziałby jak zareagować i przyszłoby mu to wręcz naturalnie. Stworzyłby wokół Arthura pole, które stopniowo, lecz stanowczo, uciszałoby jego ból. Jednak obecne „ja” — te będące Wilczurem, hersztem DOGS — nie tylko było pewne, że nie kiwnie palcem, aby ulżyć kuzynowi w cierpieniu. Grow trzymał już w garści sól i tylko czekał na kluczowy moment, by sypnąć nią w rany Adricha.
  Pielęgnuj tę nienawiść – szeptały głosy w głowie. Pielęgnuj. To go ukształtuje. Ten wyjątkowy raz Grow zgadzał się z marami. Czy Arthur potrzebował więcej ran? Brutalnych złamań, kwasu wpuszczonego w żyły? Pewnie nie.
  Wilczur w spokoju śledził kolejną diamentową łzę. Odbił się od niej poblask pobliskiej lampy zawieszonej na rudym od rdzy haku. Wyżłobiła drogę w brudzie, zostawiając na policzku blondyna ciemną, mokrą smugę.
  Jesteś żałosny, splunął jakiś głos. Żałosny, Adrich. To tylko jakaś mała lala.
  — Nie chcę zdziczeć... to boli...
  Świsnęło.
  Powietrze wypełniło się gwałtownym dźwiękiem, jakby wiatr dmuchnął w wyrwę. Chwilę potem rozległ się trzask.
  Palce, zniszczone przez szramy, obejmowały silnie rękojeść noża, który aż do teraz stanowił wyzwanie dla wielbicieli Excalibura. Chciał, by po blacie stołu niespiesznie, wręcz leniwie, rozchodziła się plama krwi, jednak trafił w metal.
  Wilczur w pewnym momencie złapał za nóż i przebił jego ostrzem dłoń Adricha, przyszpilając jego rękę do nieoszlifowanego drewna. Ból fizyczny nie istniał, był tylko mgiełką na dnie pamięci. Ale przyciskając jego rozcapierzoną dłoń do blatu miał pewność,że skupi zainteresowanie kuzyna na sobie.
  To boli...
  — Widzę, Ratlerze.
  Suchy, twardy ton przeszył czaszkę siedzącego naprzeciwko karła. Docierał do niego? Wątpliwe. Ale naprawdę widział — dostrzegał jego zieleniejące tęczówki, jakby ktoś poddał kolor jego ślepi wyostrzeniu i nasyceniu. Każda plamka i żyłka, jasna obręcz wokół pionowej źrenicy. Widział przemawiającą przez członka rodziny furię. I desperację. Arthur był gotów rozszarpać każdego i nie ulegało wątpliwościom, że kwalifikacje w tej materii przeszedł nawet Jace.
  — Czy ty pamiętasz jeszcze Ayę, Arth? — zszedł do szeptu, ale i tak wiedział, że trafi do blondyna silniej, niż kiedy podnosił głos. Wcisnął mocniej oręż w podniszczoną stal, nadal szukając jego spojrzenia. — Jaka ona była? Jaka była zanim zniszczyło ją M3?


Ostatnio zmieniony przez Arcanine dnia 24/6/2018, 17:46, w całości zmieniany 1 raz


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arthur on 24/6/2018, 13:38
Każdy, kto znał jego „poprzednią wersję”, wiedział jak to się teraz skończy. Nigdy nie dawał do siebie dotrzeć, zamykając się w sobie i otaczając niskim jak on murkiem mamtowdupizmu. Nie zależało mu na kontaktach z drugim człowiekiem i być może właśnie to było jego problemem. Był tak do tego przyzwyczajony, że nawet kiedy już otworzył się przed własną siostrą, nie mówił jej wszystkiego jak niegdyś. A jeszcze na dodatek schrzanił sprawę i nawet ją zaniedbał, jedną z niewielu stworzeń, które nie miały go dość po trzech minutach. Czuł się okropnie z faktem, że nie doszłoby do tego, gdyby tylko spędzał z nią więcej czasu i wreszcie przekonał do dokonania jedynego słusznego wyboru. I tak jak nigdy o siebie nie dbał, tak teraz pewnie będzie jeszcze bardziej kamikadzowaty niż zazwyczaj. Kim miałby się teraz „opiekować”? Growem, który znacznie lepiej radził sobie w życiu?
Głosy dookoła rozmyły się tak, jakby blondyn słuchał ich spod wody czy siedząc w studni. Skupianie się na kilku rzeczach jednocześnie nie było raczej dla niego, a teraz stawało się to jeszcze trudniejsze. Mógł albo słuchać otoczenia, ale chcieć zabić każdego w zasięgu wzroku, albo olać to, co działo się w tle, próbować uciszyć żmiję podsuwającą mu coraz gorsze pomysły. Ale nawet tego najwyraźniej nie było dane mu zrobić, bo ręka dała mu sygnał, że odmawia wydawania sygnałów. Szczerze mówiąc, to nawet Ratler wolałby zobaczyć czerwoną plamę pełną zielonych kropelek gotowych do przeżarcia stołu na wylot razem z blachą, która ośmieliła się go tknąć. Miał znaleźć jakiegoś jelenia, który zrobi mu przegląd, ale teraz to będzie już konieczność. Widzicie państwo, jak kochany kuzyn o niego dbał?
Ślepia patrzyły na nóż półprzytomnie, Adrich przywiesił się nieco, ale restart systemu na szczęście nastąpił w znośnym czasie. Na początku chciał przywalić w mordę Wilczurowi, ale to byłoby mało oryginalne, skoro chciało tego pół Desperacji. Nie przychodziły mu też do głowy żadne sensowne wiązanki wyzwisk przeplatanych wstążką wulgaryzmów. Był zdenerwowany, wręcz wkurwiony, ale coś powstrzymywało go przed wyrażeniem tego. Poruszył nieznacznie nosem, odkrywając, że stracił kontakt z całą dłonią. W takich momentach żałował, że wolał lekki materiał zamiast wytrzymałego. Słysząc swój głos, uniósł głowę, patrząc prosto w niebiesko-żółte oczy. Na chwilę źrenice rozszerzyły się dość wyraźnie, ale zaraz znów powróciły do „normalności”. Czy pamiętał? Jakim byłby bratem, gdyby nie zachował wspomnień o bliźniaczce takiej, jaka powinna być...
Raz prawie wypatroszyła kolesia za skomentowanie jej wyglądu... – mruknął. Nie dodał jednak, że biedak i tak nie dożył następnego poranka, a ktoś znalazł go potem z radosną kreską na całej szerokości szyi. – I dużo o tobie gadała – przechylił lekko głowę, niespodziewanie położył lodowate palce na dłoni trzymającej ostrze. Wzrok zniżył się nieco, choć wciąż pozostawał w obrębie twarzy. Podobno piegowaty jegomość wydawał się mieć wiecznie gorączkę, ale Arth nigdy tego nie czuł. Nawet teraz pod palcami wyczuwał jedynie fakturę skóry, pozbawioną dla niego temperatury. Chyba każdy w rodzince był pod jakimś względem kopnięty. Jemu akurat bozia poskąpiła receptorów, więc nie miał pojęcia czym jest ból fizyczny, ciepło, zimno. W nagrodę mógł chodzić połamany i przetrącony, cierpiąc sobie głęboko w serduszku, bo ból psychiczny nadrabiał to, czego nie mógł czuć fizycznie. – Jakie to ma znaczenie? Przecież już więcej nie spojrzy na ciebie maślanymi oczkami, zadręczając się, że jesteście spokrewnieni. Była jak lis w kurniku, a nie jak kwoka na grzędzie. Co z tego, skoro przerobili ją na rosół? – prychnął.


Japoński | Włoski | Voice | | ಠ_ಠ


They can take my heart, they can take my breath
When they pry it from my cold, dead chest!
avatar





Arthur
Ratlerek     Poziom E
GODNOŚĆ :
Zło przeklęte w kurdupla zaklęte.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Arcanine on 26/6/2018, 00:12
Jakaś jego część — zapewne ciągle „ludzka”, bo tylko ona miała w sobie taki procent spierdolenia  — zazdrościła Adrichowi. Wylał dziś więcej łez niż niejedna matka nad grobem dziecka, przewaliło się przez niego tyle emocji, że trudno uwierzyć, by taka ilość zmieściła się w niewielkim, wychudłym ciałku. W całym tym huraganie Arthur nasycał się jednak emocjonalną utratą bliźniaczki. Atakowały go wspomnienia, raniła świadomość, że już nigdy jej nie ujrzy. Zaprzepaścił szansę — i był tego w pełni świadom. Choć Wilczur również zareagował gwałtownie na wieść o kuzynce, cały żal uleciał bardzo szybko. Nie potrafiłby teraz zapaść się w sobie i zasmucić. Taki obraz wydawał mu się idiotyczny i nie na miejscu.
  Zsunął dłoń z rękojeści, przyglądając się palcom ułożonym na grzbiecie własnej ręki. Dotyk blondyna... kiedy ostatnio go odczuwał? Nie chodziło o przelotne klepnięcie w ramię w trakcie wykonywania misji, ani o przypadkowe otarcie się bokiem o bok, gdy przeciskali się obok siebie w zbyt ciasnym przejściu. Kiedyś specjalnie kładł rękę na głowie kuzyna, by bez słów przekazać podziw dla dokonań  jego kilkuletniej wersji. Ale od tego czasu minęło tysiąclecie. Poza tym była tam też Aya. A ona zawsze ich motywowała.
  — Prawie jej nie pamiętam — przyznał, zabierając dłoń do siebie i odwracając wzrok, jakby powiedzenie tego było równoznaczne z wystawieniem na stół spisu swoich słabości. Wilczur nie znosił emocjonalnych tematów. Nie umiał się wypowiadać w takich kwestiach, zaczynał się irytować i w końcu wybuchał; ta kurewska bezsilność rozsadzała mu nerwy.
  — Nie porównałbym jej do lisa. Była zbyt...delikatna. Szept w umyśle też wydawał się bez sensu. Naraz sam już nie wiedział czy obraz, który wciąż trzymał w tyle pamięci, miał jakieś pokrycie z tym jaka była naprawdę. Zawsze spoglądał na nią oczami starszego kuzyna, który trochę z rozbawieniem, a trochę z młodzieńczym znużeniem doświadcza zabaw i rozmów z o wiele młodszymi od siebie krewniakami. Nawet gdy dorosła i stała się charakterniejsza umysł nałożył na nią jakiś filtr, który bez względu na wszystko sprowadzał jej ruchy i słowa do ich niewinnych wersji.
  Może wcale taka nie była? Może serio dusiła się w M3 będąc otoczoną przez jagnięta?
  Białowłosy skrzywił się lekko.
  — Nie poradziłaby sobie na Desperacji. — Usłyszał swój własny głos. Mocny i stanowczy; pewny tego, co wypowiadał. — Nie była stworzona do życia tutaj. W mieście miała przewagę. To my robiliśmy błąd.
  To my naraziliśmy ją na niebezpieczeństwo. Ty to zrobiłeś, Arth.
  Grow zastukał palcami w drewno stołu. Jakaś jego część — ta nieludzka, dominująca — pragnęła wypowiedzieć myśli na głos, jednak ostatecznie zachował oskarżenia dla siebie. Wolał, przynajmniej na razie, by cały gniew spadł na S.SPEC. Byli, oczywiście, winni całemu zajściu. To oni wykonali egzekucję. Prawie na pewno robili też grosze rzeczy przed nią. Poza tym niewykluczone, że rozgryźli tożsamość łowcy, który co jakiś czas doglądał Ayę i na podstawie tego postanowili ją dorwać. Jeśli tak by było to ani on, ani siedzący naprzeciwko wymordowany, nie mieli nic wspólnego z jej śmiercią. Podświadomość Wilczura uważała jednak, że wszystkiemu winne były te nieliczne momenty, w których on lub Arthur przemykali pod nocnym niebem do Świata-3. Może któryś z nich znalazł się w rogu kadru z rejestru kamer. Lub jakiś dziwny, nowy czujnik technologiczny... Nie. Nieważne.
  Grow zamówił kolejną porcję alkoholu.
  Bez niego będzie trudno.
  — Co zamierzasz zrobić?


Ostatnio zmieniony przez Arcanine dnia 30/6/2018, 13:24, w całości zmieniany 1 raz


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E
GODNOŚĆ :
Wilczur.


Powrót do góry Go down


Re: Bar

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 45 z 46 Previous  1 ... 24 ... 44, 45, 46  Next

Powrót do góry