Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 12 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Next   

„Bunkrowisko”.    Pisanie by Fucker on Pon Kwi 07, 2014 10:49 am
„Bunkrowisko”
Miejsce jako jedno z nielicznych na terenie koszar uchroniło się przed skażeniem. Bunkrowisko – bo tak potocznie nazywali to miejsce żołnierze – znajdowało się w lesie. Aktualnie część betonowych konstrukcji jest już kompletnie zniszczona, a dostanie się przez nie do podziemi niemożliwe. Te, które się zachowały, wciąż mogą posłużyć za schronienie, choćby dlatego, że doskonale kamufluje je roślinność; mech, krzaki i takie tam. Ty i te twoje ambitne opisy, Take. Miejsce samo w sobie nie należy do najczęściej uczęszczanych, choćby z tego prostego względu, że mało komu chce się zapieprzać po nierównych, zarośniętych ścieżkach, na których korzenie tylko czekają, aby wyrosnąć spod nód i uprzykrzyć życie niepożądanym spacerowiczom. Na ogół spotkać można tu jakieś drobne stworzonka i ewentualne wyjątki, które wolą unikać niepotrzebnych konfliktów, chociaż mimo to byłe tereny wojska już od dawna są martwe (jak cała Desperacja).

Ważne: Jedna z kryjówek gangu CATS.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5278

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Fucker on Pon Kwi 07, 2014 6:57 pm
Pogoda była pod psem. Ciężkie krople deszczu całym batalionem postanowiły zbombardować ziemię, po tym jak wyjątkowo ciemne chmury przesłoniły niebo. Wiatr nie mógł zdecydować się, który kierunek sobie obrać, więc szastał czym popadło we wszystkie możliwe strony, przez co wędrówka stawała się jeszcze bardziej nieznośna. Jeszcze kilka godzin temu nic nie wskazywało na to, że pogoda w Desperacji ulegnie tak drastycznym zmianom. Dzień prezentował się wręcz idealnie, a załatwienie odstawionych na bok spraw akurat dzisiaj – przynajmniej jeszcze wtedy – było wręcz genialnym pomysłem. A teraz? Nawet pomimo tego, że południe było ledwie za pasem, wieczór zdawał się zbliżać wielkimi krokami, chcąc zagiąć przedział czasowy. Perspektywa wysuwania nosa poza granice swojego schronu traciła na swojej atrakcyjności. Było ciemno, zimno, mokro, a w dodatku wokoło panowała ta smętna atmosfera, która towarzyszyła kiepskiej aurze. W takich chwilach chciało się przerwać spacer i wrócić w zacisze czterech ścian lub swojej brudnej nory, ciasnej, ale własnej. Raczej nikt nie miał ochoty spacerować po tym zapyziałym grajdołku bez ubitego asfaltu, gdzie buty na każdym kroku grzęzły w błocie, a ich stan pogarszał się coraz bardziej.
Nikt poza Ryanem, oczywiście.
Pomimo przemoczonych do suchej nitki ubrań, pomimo nieprzyjemnego uczucia stąpania po grząskim gruncie, pomimo włosów lepiących się do twarzy i karku i ziębiących go w skórę jeszcze bardziej przy każdym podmuchu wiatru, brnął dalej przez teren koszar. Mówili, że cel uświęcał środki, a w tym przypadku ta teoria sprawdzała się doskonale. Przecież mógł zawrócić, mógł stwierdzić, że to bez sensu i nie zaprzątać sobie tym dłużej głowy, ale nie. Wbrew pozorom miał jakieś zasady, a te kręciły się głównie wokół odpłacania się pięknym za nadobne. Zrobiłby to szybciej, gdyby tylko własny stan mu na to pozwolił. A tak? Musiał zdusić w sobie chęć rzucenia się do gardła wrogom przy pierwszej lepszej okazji. Komuś o tym poziomie opanowania nie musiało sprawić to większego problemu, ale miał swoją dumę, która bynajmniej nie mogła zostać podkopana przez grupę narwańców i ujadającego kundla, który myślał, że jeśli wyszczerzy na chwilę lśniące kły, będzie miał przewagę. Koniec końców wyszło na to, że i tak musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Nie był typem awanturnika, a przynajmniej wieki temu postanowił działać mniej pochopnie. Tym razem chęć rozerwania się powróciła do niego wielką falą. Tak właśnie to traktował – jak rozrywkę. Nieczęsto miało się okazję poczuć przyspieszone tętno, gdy usiłowało się wybrnąć cało z sytuacji i to nie za pomocą ucieczki, a krwawej walki, w której pozornie miało się marne szanse. Nie miał pojęcia, co dokładnie czeka go, gdy tylko znajdzie się u celu, co także było doskonałą motywacją dla kogoś, kto już od dłuższego czasu znudzony był egzystowaniem. Może wreszcie miało zacząć się coś dziać?
Jak zawzięte psisko podążał za sugestią swoich zmysłów, a w powietrzu przesiąkniętym ozonem starał się wychwycić znajome zapachy przy każdym nabranym oddechu. Wiedział, że był już niedaleko. Odgarnął włosy z czoła i otarł mokry policzek ręką. Starał się unikać coraz gęściej rozrastających się gałęzi, które haczyły o jego ubranie niczym łapska nachalnych fanów, którzy koniecznie chcieli dotknąć swojego idola, by sprawdzić jak długo ich ręka wytrzyma bez mycia.
Zatrzymał się.
Zmrużone, srebrzyste ślepia przemknęły spojrzeniem dookoła, wychwytując kolejno betonowe kopuły przyprószone mchem. Zapach był intensywniejszy. Szum deszczu zagłuszał jakiekolwiek inne dźwięki, ale wciąż głośniejszy huk miał szansę się przez niego przebić. Raz, dwa, trzy. Trzy wystrzały, mierzące prosto w jeden z bunkrów, od którego ukruszyły się odłamki szarego materiału obrośniętego zieloną masą. Tak na wszelki wypadek, gdyby osoby, które znajdowały się w środku – a na pewno tam się znajdowały – zrozumiały, że to nie był przypadek. Zapuszczanie się do ich kryjówki nie było bezpieczne, biorąc pod uwagę, że znali ją lepiej, a ofiary należało wypłoszyć. Czekał.
Nie zawiedli go.
Złote ślepia otoczone czarną obwódką już po minucie wyjrzały na niego zza niewielkiego otworu. Czaił się w nich błysk satysfakcji, tak samo w głosie, który zwołał czwórkę innych towarzyszy. Reszta z nich przyjęła obecność ciemnowłosego z niedowierzaniem. Już mieli obejść go dookoła, gdy ten zerwał się do biegu w przeciwną stronę. Wyglądało to tak, jakby Jay się rozmyślił, jednak tym razem nie można było odnieść bardziej mylnego wrażenia. Potrzebował więcej miejsca. Znów spotkał się z nieprzyjemnym dotykiem gałęzi, a jedna z nich zadrasnęła jego policzek. Na całe szczęście roślinność stopniowo zaczynała rzednąć, gdy zbliżał się do polany, którą jakiś czas temu przeciął. Za sobą wciąż słyszał nachalne chlupotanie podeszew rozbryzgujących błoto. Przekleństwa, krzyki, ale także śmiechy. Aż wreszcie ogromne, czarne łapska uderzyły o ziemię, pozwalając na szybsze przemieszczenie się na środek martwej łączki, otoczonej drzewami. Gdy znalazł się w jej centrum, wyhamował zwracając się w stronę oponentów. Gardłowy ryk bestii niczym burzowy grom rozdarł ciszę, poruszając najbliższą okolicę. Kilka ptaków, które kryły się w koronach drzew, wzbiło się w powietrze, by znaleźć dla siebie nowe miejsce. Z dala od niebezpieczeństwa. Szarooki z jawną prowokacją spoglądał na wielkiego, śnieżnobiałego wilka, który właśnie pędził w jego kierunku kłapiąc wściekle pyskiem. Pozostała czwórka nie była aż tak szybka. Do rozpętania piekła pozostały cztery sekundy.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5278

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Arcanine on Wto Kwi 08, 2014 1:52 am
Gdy człowiek wychodzi z domu, ostrożnie zamyka za sobą drzwi i stawia pierwszy krok na ulicy, naprawdę nie spodziewa się, że pierwszym, co go powita, będzie rozpędzona ciężarówka. Mniej więcej takie wrażenie odniósł Growlithe, gdy wychylił nos ze swojej cholernej, podziemnej pieczary. Czarny kundel u jego boku fuknął cicho, widocznie równie niezadowolony z aktualnej pogody, ale gdy tylko jego pan ruszył w świat, wiernym krokiem pomaszerował za nim, awansując na miano nieodłącznego cienia.
Ledwie pół godziny później, dołączyła do nich również Toki – skundlona suka w typie wilka, o wyjątkowym umaszczeniu. Jej zwykle sterczące uszy teraz przylegały ściśle do czaszki, a niebieskie ślepia wodziły od skrajności w skrajność, próbując wyczuć i zobrazować nadchodzące niebezpieczeństwo, które – co stwierdził nawet sam Growlithe – faktycznie wisiało gdzieś w powietrzu. Toki była oczami, Abstract lojalnym cieniem, chroniącym tyłów, widocznie niezbyt przyjętego białowłosego. Marudna mina, jaka wykrzywiła jego usta utrzymywała się już od jakiegoś czasu, kaptur, przemókł, włosy oklapły, poskręcały się w wilgotne, przylegające do czoła, karku i policzków fale.
Ziemia pod butami chlupotała lub wydawała ciche, bulgocące wręcz odgłosy, wraz z kolejnym nagłym krokiem Wymordowanego młodzieńca, zbyt dumnego, by oglądać się za siebie i baczyć na zagrożenie, czające się tuż za plecami. Niestrudzony długą, godzinną wędrówką, wciąż brnął przed siebie, bez najjaśniejszego celu. Brak priorytetów był jednak albo tylko bardzo udanym pozorem, wykreowanym przez Jonathana, albo to Los ponownie postanowił pchnąć go w samo centrum zdarzeń.
Pewnie nie zwróciłby specjalnej uwagi na porozrzucane dookoła drzewa. Traktowałby to jako kolejny spacer, kręcenie się po Desperacji, nasłuchiwanie. Nic ponadto. Pewnie nawet lada moment a faktycznie zawróciłby na pięcie, zostawiając przygodę daleko w tyle. Cóż. Pewnie tak, gdyby nie nagły ryk, któremu zaraz zawtórował skrzek ptaszysk.
Tori warknęła ostrzegawczo w tamtym kierunku, ale gdy ponownie zerknęła na miejsce, gdzie jeszcze przed momentem przystanął jej pan, nie dostrzegła najmniejszego śladu jego obecności. Zniknął również Abstract. Suka raz jeszcze wydała z siebie gardłowy pomruk niezadowolenia, gdy nagle rzuciła się przed siebie, wpadając wprost w tnące gałęzie, rzadko porozsadzanych krzewów.

Take napisał:Do rozpętania piekła pozostały cztery sekundy.

Los napisał:Trzy...

Los napisał:Dwa...

Los napisał:Jeden...

Los napisał:...



Nad Ryanem przeskoczył czarny, zniekształcony kształt, uderzając czarnymi łapami o mokre, śliskie podłoże. Pazury pozwoliły na zachowanie równowagi, instynkt porwał ciało naprzód, zostawiając panterę dokładnie w tym samym miejscu. Drogę śnieżnego agresora zastąpił Abstract, prezentujący szereg ostrych kłów. Wystrzelił jak torpeda, pozostawiając na ziemi tylko liche wspomnienie po czepnych pazurach. W ślad za nim łąkę przecięła brązowa plama – Tori prędko udało się wyrównać bieg z towarzyszem. Szczeknęła głośno, by zaraz unieść górną wargę i rzucić się na swojego białego przodka.
Ryan mógł poczuć jak przez jego ramię przebiega chłodny dreszcz, spowodowany niczym innym, jak lodowatym, czarnym nosem ogromnego wilczura, stojącego tuż obok niego. Growlithe wyrósł jak spod ziemi, niemo witając smolistego towarzysza. Zębami drasnął jego bok, rzucając jeszcze śmiałe, harde spojrzenie. Po dwukolorowych tęczówkach przebiegł pojedynczy, radosny błysk, po którym zwolniła się wszelaka blokada. Wilk kłapnął jeszcze zębami, przegryzając deszczowe powietrze, nim ruszył pędem w stronę nadchodzących przeciwników.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 21454

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Gość on Sro Kwi 09, 2014 7:50 pm
Zdawało się, że dzisiejszego dnia jest wszystko przeciwko nim. Poczynając od samej matki natury, a kończąc na warunkach pogodowych. Z każdą kolejną sekundą, z każdym uderzeniem serca wydawało się, że deszcz się wzmaga, coraz bardziej ograniczając widoczność wszystkich obecnych na polanie. Niemiłosiernie wręcz nakazując, że muszą zdać się na pozostałe zmysły podsycane i doprawione pierwotnym, zwierzęcym instynktem. Gdzieś w oddali dało się słyszeć cichy grzmot, zwiastujące, że apogeum nieprzyjemnej pogody jeszcze nie nastąpiło. Ciężar sporego kawałka cielska powodował nieuniknione ugrzęźniecie w podmokłym podłożu. I nawet łapy wyposażone w ostre pazury nie zawsze mogły sobie poradzić z utrudnieniami, gdyż czepliwość o błoto niekoniecznie sprawdzało się. Zwłaszcza w takich warunkach.
Śnieżnobiały wilk nadciągał w stronę Ryana niczym rozwścieczony pociąg, gotowy dorwać go za wszelką cenę i zatopić swoje kły w jego ciemnym cielsku. Szybko jednak zrozumiał, że nie będzie to należało do najłatwiejszych zadań. Chwila nieuwagi i element zaskoczenia skutecznie go zatrzymały i pozostawiły czerwone ślady zębów na śnieżnobiałej łapie, kiedy z ciemności wybiegły dwa, nowe stworzenia. Pojął, że jego przeciwnik również nie będzie walczył w pojedynkę. Ale to oni nadal posiadali przewagę liczebną. A kto wie, być może i w sile. Wilk zatrzymał się gwałtownie, gdy pierwsze stworzenie, które najwidoczniej było jedynie najzwyklejszym kundlem, wyskoczyło w jego stronę. Pazury z jego łap wysunęły się, wbijając głęboko w ziemię, aczkolwiek nawet to nie uchroniło go przed poślizgiem i rozbryzgnięciem błota dookoła. Ten krótki moment zawahania, co robić dalej, przystrojony nutą zaskoczenia wystarczył, by ostre zęby jednego z psów zatopiły się w jego łapie. Wilk kłapnął niebezpiecznie kłami i szarpnął się, strącając z siebie niechcianego intruza. Po chwili tuż przy nim pojawił się drugi kundel, niestety, ten nie miał tyle szczęścia co pierwszy. Zabrakło elementu zaskoczenia, zawahania a może nawet i szczęścia czy też szybkości, gdy potężne i ostre kły zakleszczyły się na karku brązowej suki. Pisk i skomlenie rozdarły dźwięk deszczu oraz szum wiatru, który coraz mocniej poruszał gałęziami drzew w oddali. Nastąpił głuchy odgłos gruchotu, a ciało psa przestało się szamotać. Wilk szarpnął pyskiem rzucając dogorywające ciało w agonii gdzieś na bok, a kły w jego pysku lśniły teraz szkarłatem. Przez cały czas nawet na moment nie spuszczał swego spojrzenia z dwóch intruzów, króla i królowej na tej błotnistej szachownicy. Bo cała reszta to nic nie znaczące pionki. A wszystko to trwało bardzo krótką chwilę, bo zaledwie parę uderzeń serca.
Sierść na jego karku zjeżyła się, a on sam przybrał pozycję do ataku, powarkując coraz głośniej. Jednakże nie zaatakował, a na polanie pojawiła się trójka nowych graczy. Nieco spóźniona najwyraźniej nie będąca w stanie dotrzymać równego kroku dwóm, biegnącym bestiom. Ale to nie było już teraz ważne. Najwyższy z nich, mierzący niemal dwa metry wysokości mężczyzna ściskał mocno w dłoni grube łańcuchy, które pobrzękiwały cicho przy każdym jego ruchu. Na jego twarzy błąkał się dziwny, nieco nostalgiczny uśmiech, może trochę nieobecny. Stanął przy swym towarzyszu, aczkolwiek nie ruszył się dalej, jakby czekał na rozkaz, albo znak z nieba, kiedy może ruszyć do ataku. W tle natomiast majaczyły się dwie inne, zdecydowanie mniejsze sylwetki. Niestety, przez deszcz oraz ciemne chmury ciężko było dostrzec jakieś większe szczegóły, które mogłyby pomóc w opisaniu zagrożenia, jakie mogły nieść ze sobą. A na przyglądanie się nie było czasu. Bo wilk kłapnął szczęką i ruszył do ataku, wprost na potężną panterę. Czy był samobójcą? Być może.
Z lewej strony coś błysnęło. Towarzyszyło temu cichy odgłos wystrzału, by po sekundzie coś śmignęło i przestrzeliło na wylot potężną, ciemną łapę pantery. Snajper? A może coś innego czaiło się w drzewach? Nie było jednak czasu na zastanowienie się nad tym, gdyż cielsko śnieżnobiałego wilka właśnie zwaliło się na niego, a raczej uderzyło w niego. Ciepły oddech oponenta oraz ślina z jego wściekło pyska skropliła ciemną sierść, ujadając z najwyraźniejszym zamiarem zrobienia z nim to samo, co stało się parę chwil temu z psem. Pomimo praktycznie metrowej różnicy we wzroście.
Grow, jeśli nawet chciałby ruszyć towarzyszowi na pomoc, miał swoje zmartwienie na głowie. A raczej nawet dwa. Już z pewnej odległości jego wilcze oko mogło dostrzec, jak w zastraszająco szybki tempie zbliża się do niego… dziewczyna? Nie, to był chłopak. Niski chłopak z ramionami pokrytymi błoniastymi skrzydłami. Tak, to chyba były skrzydła. Ten jednak zatrzymał się przed wilczurem i machnął rękoma w stronę zwierzęcia, jakby chciał klasnąć z wielkim zamachem. Jednakże jego dłonie nie zetknęły się ze sobą, a zamiast tego wyrzucił z siebie sporą wiązkę chłodnego wiatru, który w połączeniu z deszczem wręcz oślepiał. Nie mówiąc już przelaniu wszelkie siły w łapy i pazury, by zostać na miejscu, a nie zostać zdmuchniętym z ziemi niczym jakaś słomiana laleczka. Aczkolwiek wychodziło na to, że to nie było głównym celem przeciwnika. Zmyłka? A może odwrócenie uwagi? W każdym razie nie działał sam, a w grupie. A dokładniej w towarzystwie pewnej samicy, która korzystając z okazji, że Grow skupił się na jej małym przyjacielu, doskoczyła z boku do wilka. Była zwinna i szybka, aczkolwiek Wilczur mógł ją ujrzeć. Nie był przecież jakimś tam oseskiem. Nawet, jeśli padał cholerny deszcz. Mógł uniknąć jej, zapewne śmiertelnego ciosu, ale nie mógł uciec przed nim całkowicie. Silne szczęki zacisnęły się na miękkim ciele wilczura, po czym szarpnęła się i wyrwała kawał mięsa z podudzia tylnej łapy wilka. A czerwona posoka polała się na błotniste podłoże.
W tym samym czasie śnieżnobiały wilk próbował dostać się do karku Ryana. Ewentualnie do jego gardzieli, którą miał zamiar rozszarpać. Znowu odgłos strzału. Kula śmignęła tuż obok nich, tym razem nie trafiając w nikogo. W pewnym momencie w panterę wystrzelił srebrzysty łańcuch, z zamiarem owinięcia się w okół jego szyi. Ale padało. I wszystko było mokre, a co za tym idzie, śliskie. Aczkolwiek i ta sytuacja przedstawiała sie naprawdę beznadziejnie. Kolejny błysk i grzmot, zwiastujący, że burza jest już niemal nad nimi…



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Fucker on Pią Kwi 11, 2014 12:33 pm
Przygotował się na to, że zostanie sam. W gruncie rzeczy zawsze był na to przygotowany. Jego świat kręcił się wokół egoistycznego „ja”. Kiedy inni zawodzili – a ostatecznie zawsze wychodziło, że zawodzili na pewno – on już starał się wybiec krok naprzód, działać na własną rękę, wiedząc, że to jedyna droga. Nie potrzebował publiczności, wielkich zasług, ani owacji na stojąco, gdy mu się powodziło. A powodziło się bez najmniejszych wątpliwości. Spróbuj przeżyć jebane tysiąc lat w tej popieprzonej dziczy. Gdy większość odpadała po kilku dniach, tygodniach czy nędznych latach, on dalej trzymał się na nogach i miał się całkiem nieźle. Wielu powiedziałoby, że nawet za dobrze. Ten tam z góry musiał popełnić pomyłkę tworząc tak okrutną wizję człowieka, któremu poszczęściło się, gdy wreszcie stał się tym, za co wielu go uważało – potworem. Może to miał być ostatni dzień, w którym świat miał go widzieć takim, jakim widział go przez ostatnie lata, ale nie żałował tego, że podjął taką decyzję. Teraz wręcz z chorym zapałem przyglądał się pędzącym w jego stronę oprawcom. Nawet, jeżeli deszcz utrudniał widoczność, oczami skrzywionej wyobraźni widział ich dokładnie, planując pobocznie to, co z robi, gdy już tylko wpadną mu w łapska. Nie zamierzał odpuścić. Przecież był k r ó l e m. Władca broni swojego królestwa, choćby było tylko czymś, co stworzył sam dla siebie. Niewidzialnymi murami, w których zamknął wszystkie przekonania, dumę, osobistą upartość, egoizm, zaborczość i wszystkie inne zachowania godne tyrana. Ktoś, kto naruszył tę przestrzeń nie mógł zostać potraktowany ulgowo. Oni postawili brudne buty na jego – może wcale nie takim idealnym – terenie, więc sprawa wydawała się jasna.
Nie spodziewał się żadnych niespodzianek.
Najpierw ciemny kształt, który prześlizgnął się obok. Z pyska przerośniętej pantery wydarł się ostrzegawczy pomruk. W takim zamieszaniu trudno przyjąć do wiadomości, że ktoś jeszcze może być po twojej stronie. Później dotyk na barku, który odwrócił jego uwagę w inną stronę. Jace, prawie się stęskniłem, rzucił sucho w myślach, jednak zanim Wilczur odbiegł, smolisty pysk trącił bok jego głowy. Nie minęła chwila, a sam puścił się biegiem w stronę wroga. Z potężnych łap co chwila wysuwały się pazury, grzęznące w błocie, a jednak mające zabezpieczyć Jay'a przed niefortunnym poślizgiem. Mimo to gwałtownie wyhamował, gdy kula wgryzła się w jego mięśnie i instynktownie ugiął zranioną kończynę, choć nerwy jedynie w pierwszej chwili odezwały się chórem, promieniując aż do jego barku. Na szczęście trwało to tylko kilka sekund, bo późniejszy skutek postrzału wydał się całkiem znośny. Czym był jeden, mały nabój w całej kupie mięsa?
Gdyby nie utrudniona widoczność, lepiej oceniłby stan rzeczy. Może nawet postarałby się odciągnąć krwiożerczą panią od łapy Growlithe'a wiedząc, jakie skutki uboczne niosło ze sobą bliskie spotkanie z jej zębami, ale miał teraz inny problem na głowie. A właściwie dwa problemy. Kocur szarpnął się, gdy wilk zaatakował. Jego zęby zdążyły już rozciąć skórę na jego szyi, a ciepło juchy zaczęło drażnić jego skórę. Wymordowany odbił się od ziemi przednimi łapami, przez chwilę utrzymując się wyłącznie na tych tylnych, po czym wyeksponował szpony w całej swojej okazałości. Był nieco większy od przeciwnika, więc gdy tylko zaczął gwałtownie opadać, zamierzał narazić go nie tylko na obrażenia związane z ostrymi pazurami, zanurzającymi się w ciele, ale także na przyszpilenie go swoim ciężarem do grząskiego podłoża. Oczywiście pan z łańcuchem także doczekał się swojej uwagi. Długi cień wystrzelił z traw, za swój cel obierając właśnie łańcuch. Miał opleść się wokół niego, przygnieść do ziemi i uczynić broń bezużyteczną albo przynajmniej zmusić białowłosego mężczyznę do siłowania się z nim. Być może jednak to miało zostać mu utrudnione, bo kolejna wiązka zmaterializowanej ciemności wymierzyła właśnie w niego, chcąc uszkodzić jakiekolwiek miejsce na jego ciele. Przez deszcz, który uparcie wpadał do oczu, trudno było wymierzyć sobie jakiś dokładniejszy cel. Że też dziś Matka Natura zdecydowała, że będzie przeciwko nim. Cholerne baby i ich PMS.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5278

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Arcanine on Nie Kwi 13, 2014 10:45 pm
| Wcale nie napisałem „zniekształcony kształt”... nie. |


Słysząc rozrywający ciszę pisk, dotychczas skupione na celu ślepia zmieniły swój kierunek zainteresowania. Na moment zaledwie, ale na tyle długi, by wpadł w sam środek beznadziejnej zasadzki, nie zdając sobie nawet sprawy z popełnienia podstawowego błędu. „Nie spuszczaj celu z zasięgu wzroku” - wmawiano mu uparcie tylko po to, by teraz zniszczył tę zasadę przez głupi sentyment. Uszy Growlithe'a wyłapały jeszcze dogrywające skomlenie Tori, nim oczy ponownie zwróciły się ku celowi... który aktualnie przystanął i uniósł ręce. Kły zatrzasnęły się na powietrzu, dokładnie w chwili w której łapy ugięły się, a pazury wczepiły w mokrą, śliską glebę. Ostry podmuch przeczesał sierść, zmusił ślepia do skrycia się za powiekami. Sprawnie cofnęło go jednak o dobry kawałek. Przeorał ziemię, warknął ostrzegawczo i już przygotowywał się do skoku, ale zamiast wyskoczyć przed siebie, głowa szarpnęła się nagle na bok, witając nieznajomą prezentacją białych, trójkątnych zębów.
Kły prześliznęły się tuż przed jej bokiem, rozszarpując co najwyżej gęsty deszcz. Rozległo się głośne warknięcie, prędko zastąpione przez długą salwę skomlenia, co jakiś czas zamienianego na kolejne mruknięcie bólu i wściekłości. Krew rozrzuciła się wachlarzem na zielonej trawie, prędko wsiąkając w ziemię. Piorun uderzył wprost w sam środek nerwów, roztrzaskując nagły atak bólu po całym ciele.
Potrzebował krwi.
Natychmiast.
Dwukolorowe ślepia błysnęły jeszcze, nim zza wilczura, wyskoczył wierny cień, przebiegł po jego grzbiecie i wylądował przed Jonathanem. Gdyby ktoś jednak bliżej przyjrzał się tej czynności, mógłby śmiało stwierdzić, że kształt ani razu nie zetknął się ze swoim pierwowzorem. Wilczyca pierwsze kroki przeszła dystyngowanie, zniżając przy tym swój wychudły pysk, oceniając otoczenie i powarkując cicho pod nosem. Shatarai położyła łapę na ziemi, by wtem puścić się pędem w stronę kobiety. Czarna smuga przecięła dzielącą ich przestrzeń, chcąc dotrzeć do ciała nieznajomej – nieważne czy to kłami, pazurami, czy poprzez przygniecenie szczupłą, acz rosłą sylwetką. Jace zatrząsł się, czując jak rana pulsuje bólem. Nawet nie dostrzegł jadu, który powolutku wyżerał sobie większe dojście do jego wnętrza. Skupił się bardziej na mocy artefaktu, który lśnił na jego łapie, pozwalając na stworzenie kruczych sprzymierzeńców.

Abstract w tym samym czasie, pozbierał się z ziemi i cicho popiskując parokrotnie starał się zapanować nad roztrzęsionymi kończynami. Ciało prędko odzyskało witalność – nie on tutaj oberwał najbardziej. Nie zwrócił uwagi na truchło leżące opodal, choć w umyśle zwierzęcia pojawiło się uczucie, porównywalne do ludzkiego smutku. Do działań nie pchało go jednak sentymentalne podejście, a intuicja, która nakazywała pomóc właścicielowi. Złote ślepia ogarnęły natychmiast polanę. Jace przesunął się za sprawą podmuchu powietrza, stworzonego przez niewielkiego chłopaka, którego pies obrał sobie za cel. Ruszył szaleńczym biegiem, pozostawiając w tyle skulone, nieruchome już ciało Tori, by zatoczyć lekki łuk i spróbować zaatakować wroga od tyłu.

Growlithe ignorując ból tylnej łapy, która z drżeniem co jakiś czas dotykała podłoża, ozdobionego już małą kałużą krwi, najwidoczniej nie zamierzał stać bezczynnie, by przyglądać się całej walce. Odrzucił łeb do tyłu, wypychając ściśnięte w płucach powietrze. Rozległo się przeciągłe, wysokie wycie, nim spomiędzy drzew i zza krzaków wypadła wataha czarnych wilków. Dokładnie czwórka dużych bydląt wyłoniła się z cieni, kierując swój bieg w stronę niebezpieczeństwa. Wilki nie były niemożliwie silne, a z pewnością potężniejszy cios był w stanie przerwać ich życie, zamieniając w czarny pył, ale ich szybkość i giętkość z pewnością mogła przysłużyć się do unikania ataków, co przedłuży ich żywotność i przydatność w walce. Dwójka z samców nagle odłączyła się od grupy, aby wspomóc Abstract'a. Jeden miał zamiar zatarasować chłopcu drogę, drugi zaś skoczyć od boku z szeroko rozwartą szczęką. Druga para zaś skoczyła na ratunek Shatarai, aby rozdzielić się i okrążyć kobietę.
Wszystko to trwało ledwie parę chwil. Parę łamliwych cierpliwość sekund. Growlithe zaś kłapnął pyskiem pełnym śliny i niesmaku, by ostatecznie wybrać drogę ku chłopakowi. Puścił się biegiem, z zamiarem podbiegnięcia i zatrzaśnięcia miękkiej skóry agresora między silnymi szczękami.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 21454

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Gość on Sro Kwi 16, 2014 2:10 am
Kolejny błysk rozdał ciemne niebo, na moment sprowadzając jasność na polankę, a sekundę później towarzyszył mu nierozłączny, potężny huk. Niczym dwóch kochanków, którzy właśnie prowadzili brutalną kłótnię. Błysk oświetlił potężną panterę, która stanęła na tylnych łapach, prezentując masywne mięśnie odznaczające się pod napiętą skórą. Śnieżnobiały wilk instynktownie cofnął się do tyłu, nie chcąc zostać wgniecionym w wilgotne podłoże. Jednakże instynkt był zbyt silny, powodują, i stworzenie rzuciło się szczękami w stronę Ryana, w chwili, gdy ciężka łapa opadła a ostre pazury rozcięły ciepłą skórę, brudząc szkarłatną krwią śnieżną sierść wilka. Wymordowany zawył żałośnie, jednakże wycie przemieniło się w głośne warczenie. Ból przemieszał się ze wściekłością. Wilk odbił się swoimi łapami od ziemi skacząc wprost na Ryana, który zdążył już opaść na cztery łapy, wgryzając się w ciemną skórę z zamiarem rozszarpania przedniego mięśnia klatki piersiowej. Z tym, że w ten sposób w pełni odsłonił swój kark…
I w zasadzie Ryan znalazłby się praktycznie w zakleszczeniu z dwóch stron, z racji drugiego przeciwnika, który to już zamachnął się potężnym łańcuchem z zamiarem powalenia go, a wręcz uduszenia. Jednakże Grimshaw zabezpieczył się w postaci zmaterializowanych cieni. Jeden z sukcesem owinął się w okół broni przeciwnika, ściągając ją w dół. Mężczyzna szarpnął się z dwa razy, jednakże na nic to było. Sięgnął do tyłu, za pas, z którego wyciągnął mały rewolwer. Najwidoczniej zamierzał zastrzelić to „coś”. Albo Ryana. Jednakże nikomu nie będzie dane poznać prawdy. W chwili, gdy ten unosił już dłoń z bronią, pojawił się kolejny cień. Niczym koszmar z dziecięcych snów przesunął się po mokrej trawie i wycelował wprost w podbrzusze mężczyzny. Krew bryzgnęła po jego nogach, dość szybko zabarwiając na ciemny kolor trawę. Po chwili krew zlała się z błotem, wsiąkając w i tak mokrą nawierzchnię. Mężczyzna spojrzał w dół niezrozumiałym wzrokiem, jakby nie wiedział, co właściwie się stało. Minęły sekundy, kiedy jego oczy zaszły bielą a on sam osunął się na ziemię dzieląc los Tori.
W tym samym momencie również Grow postanowił zaciągnąć pomocy u swych cienistych przyjaciół. Shatari wyskoczyła w stronę oponentki z zamiarem zadania jej jak największej ilości ran. Bez znaczenia czy to zębami czy też pazurami. Byleby ją spowolnić, osłabić. Jednakże kobieta była nie tylko szybka, ale też zwinna. Bez najmniejszego problemu uniknęła ataku wilczycy. Ignorując ją, ponownie doskoczyła do Growa z ponownym zamiarem zatopienia swych kłów w jego ciele. Wilczur czuł, jak z każdą mijającą sekundą ból w łapie nasila się. Pulsuje i rozprzestrzenia się dalej, sprawiając wrażenie, że prędzej czy później utraci w niej czucie. Wiedział, że musi się pospieszyć, by nie zostać jedynie mięsem i łatwą zdobyczą. Zawył, przywołując posiłki z lasu, jakkolwiek abstrakcyjnie to nie zabrzmiało. To był dobry ruch. Chłopak o błoniastych skrzydłach zwrócił swój wzrok w stronę nadbiegających wilczurów, zupełnie ignorując, że zagrożenie może znaleźć się zdecydowanie bliżej. Ostre kły Abstracta zacisnęły się na jego ramieniu, wyszarpując kawałek mięsa. Z gardła chłopaka wydarł się głośny wrzask pełen bólu. Szarpnął się, zrzucając z siebie psa i za pomocą wiatru odrzucił psie ciało na cztery metry dalej. Na całe szczęście zwierzę nie odniosło większych obrażeń aniżeli ewentualne obicie ciała. Niski chłopak zacisnął długie palce na krwawiącej ranie i zaczął się powoli cofać, a na jego twarzy wdarł się strach. Krzyknął coś do dziewczyny, lecz ta najwidoczniej nie usłyszała go. Chłopak zaczął się wycofywać, a gdy ujrzał dwie bestie zmierzające w jego stronę, odwrócił się i ruszył szaleńczym pędem przed siebie z zamiarem ucieczki z pola walki. Niestety, ból rany skutecznie spowolnił go, co właściwie robiło z niego łatwy cel. Odwrócił się ze łzami w oczach, gdy w jego stronę ruszył rozwścieczony Grow. Właściwie już niemal jego szczęki dopadły ciała chłopaka, jednakże z boku naciągnęła dziewczyna uderzając w bok wilka swoją kościstą głową. Przez ciało Wilczura przebiegł ostry ból i mógł przysiąc, że właśnie pękły jego dwa żebra. Jak nie trzy. Ta chwila dała cenne sekundy na ucieczkę rannego chłopaka, który już po chwili zniknął pomiędzy drzewami, pozostawiając za sobą spore plamy krwi. Dziewczyna przykucnęła w pozycji atakującej z ponownym zamiarem skoczenia w stronę Growa, lecz dwa cieniste wilczury skoczyły w jej stronę. Z Shatari z tyłu, której wreszcie udało się zatopić swoje kły w ciele dziewczyny. Zęby bez najmniejszego problemu przebiły skórę jej łydki, na co dziewczyna była zmuszona upaść na jedno kolano. I właściwie była w potrzasku.
Na polu walki zostało dwóch oponentów. Rannych oponentów. Aczkolwiek zarówno stan Growa i Ryana nie należał do najlepszych. Jeden przeciwnik uciekł, a drugi nadal się czai w lesie. I jest jeden trup. Co teraz?


Jakoś tak słabo ._. Wybaczcie.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Fucker on Pon Kwi 21, 2014 9:42 pm
Wilcze kły przedarły się przez jego skórę, a Ryan wyraźnie poczuł jak zatapiają się głębiej w jego klatce piersiowej, jakby ta nie doznała już wystarczająco wielu urazów. I znów ciepło krwi, która wręcz wrzała w żyłach z powodu wysiłku, było miłym odstępstwem od lodowatego deszczu, od którego sierść nieprzyjemnie lepiła się do ciała. Przestał już myśleć o tym, jak bardzo niedogodne były te wszystkie warunki, w których przyszło im toczyć zaciętą walkę. Teraz liczyły się wyłącznie cele, a jego celem było rozszarpanie gardła temu pieprzonemu wilkowi, który stał mu na drodze. Nic innego nie zaprzątało umysłu, przez który przelewała się wyłącznie opętańcza chęć mordu, która ukazywała swoje oblicze w srebrnych ślepiach połyskujących szaleństwem. Ryk tylko podsumował niezadowolenie wymordowanego, a przerośniętym cielskiem wstrząsnął spazm bólu, któremu towarzyszyło nieprzyjemne pulsowanie w skaleczonym miejscu, jednak nawet w tej chwili nie zamierzał się szarpać, wiedząc, że gwałtowniejszy ruch tylko pogorszyłby sprawę, narażając go na oderwanie pokaźniejszego płatu mięsa, niby nic nie znaczącego, ale jednak. Nie zamierzał tym razem dawać im jakiejkolwiek większej przewagi, skoro już w zupełności wystarczyła im ta liczebna i choć ta w chwili, gdy zajął się przede wszystkim swoim czworonożnym przeciwnikiem, zdążyła już zmaleć – Grimshaw nawet tego nie zauważył. Grunt, że ciężki łańcuch już się o niego nie ocierał.
Długie kły wychynęły zza zwierzęcych warg, lśniąc w całej swojej okazałości. Jeszcze wcześniej nie istniała żadna możliwość, by odpłaciły się przeciwnikowi pięknym za nadobne. Teraz miały otrzymać tę niepowtarzalną okazję, a ich posiadacz zamierzał ją wykorzystać. Gdy jego łapy wylądowały na ziemi i wyraźnie odczuł, jak częściowo zatapiają się w wilgotnym, błotnistym podłożu, schylił łeb i rozdziawił szerzej paszczę, zamierzając zacisnąć ją dopiero na boku szyi wilczego przeciwnika, jeszcze bardziej zachęcony widokiem krwi na jego ciele. Chciał, żeby było jej więcej. Chciał, żeby wylała się z niego w całości, co byłoby gwarancją tego, że już się nie podniesie. Chwila nieuwagi ze strony oponenta, a Jay już poczuł znajomy, metaliczny posmak na języku. Rozkoszowałby się nim dłużej, gdyby nie to, że mężczyzna nadal był żywy, nadal mógł się szarpać. Opętany też mógł. Uniósł jedną z łap wyżej, próbując naprzeć nią na pysk wilka i odepchnąć go od siebie albo chociaż zniechęcić do dalszego przytrzymywania go. W międzyczasie już zaczął szarpać gwałtownie łbem – paradoksalnie – niczym wściekły kundel podczas walki. Choć szczęki nie mogły zacisnąć się już mocniej na atakowanym, ciemnowłosy zachowywał się tak, jakby właśnie próbował to zrobić. Jak dzikie zwierzę, któremu w głowie wyłącznie upolowanie swojej zwierzyny, bo w końcu od tego zależało jego przetrwanie. Możliwe, że tej sytuacji nie dało przyrównać się do polowania, a walka toczyła się o to, kto właściwie stanie się drapieżnikiem, a kto ofiarą, podczas gdy obie strony chciały znaleźć się w tym lepszym położeniu. Niestety, nie było tu miejsca na żadne kompromisy ani też chodzenie na ugodę. Nikt nie wydawał się być skory ku temu, więc finał nie mógł zakończyć się powrotem do domu jednego z finalistów i wylewaniem przez niego łez z powodu tego, że okazał się nie być tym lepszym. Selekcja naturalna to suka.
Zdychaj wreszcie.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5278

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Arcanine on Czw Maj 01, 2014 10:29 pm
| „(...) Odwrócił się ze łzami w oczach, gdy w jego stronę ruszył rozwścieczony Grow. (...)” - Boże, jaki słodki. Chcę go. ._. |

Wilcze kły Shatari zatrzasnęły się na powietrzu, wraz z rozrywającym niebo piorunem. Grzmot zagłuszył ostry dźwięk, jaki wyrwał się z jej ściśniętego adrenaliną gardła. Upadła i zostawiając ziemi półkuliste szramy, zawróciła z rozwartym pyskiem, by ponownie dopaść do wroga.
Abstract instynktownie przeciął polanę i zaatakował blondyna, znajdując zaczepienie w jego wątłym ramieniu. Zęby wtopiły się w skórę jak w masło, gdy zagryzał mocno szczęki i szarpnął łbem, wyrywając mięso i brudząc glebę czerwoną cieczą. Nim jednak zdążyłby stanąć na ziemi, brutalny podmuch wiatru odrzucił go na bok. Czarne cielsko odbiło się od podłoża i przeturlało jeszcze parę razy, po drodze wypuszczając swoją nową zdobycz. Głośne warczenie nieprzerwanie komentowało każdą sekundę walki. Złote ślepia uchyliły się, gdy uderzył ostatni raz, lądując na boku. Zerwał się, czując jak płuca odmawiają posłuszeństwa. Nagła słabość wytrąciła wilczura z równowagi. Zaczął trzepotać łbem i próbował uspokoić narwany oddech.

Growlithe w tym czasie, całkowicie ignorując poczynania swojego najwierniejszego z kundli, próbował dopaść do najłatwiejszej – w jego skromnym mniemaniu – zdobyczy. I w tym przypadku zęby po prostu prześlizgnęły się, a nozdrza wyłapały intensywną woń krwi, strachu i charakterystycznego zapachu chłopca. Zdążył jeszcze tylko mruknąć, nim czyjaś głowa zmieniła jego tor ruchu, przy okazji pomagając jego kościom w całkowitym złamaniu. Zapewne, gdyby można je było teraz zobaczyć, oba (plus minus) żebra, z załamaniem psychicznym, patrzyłyby na siebie ze smutnymi minkami.
Prawa łapa omsknęła się, w ostatniej chwili czarny wilk skulił się, przeturlał, zatrzymując się na łapach, przodem do agresora. Choć chciał wstać, mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa, a on zwalił się ciężko na ziemię, idealnie na zgiętą, przednią łapę. Poruszył się jeszcze niespokojnie, tocząc pianę z pyska, nim dwie cieniste bestie, idealnie zgrały się w czasie, by uratować jego egoistyczne dupsko.
Shatarai dobiegła (wreszcie) do oponentki, chwytając jej nogę. Czarny łeb zaczął się poruszać na boki, z zamiarem wyrwania napiętych mięśni. Dwa wilki w tym czasie zaatakowały nieszczęsną dziewczynę. Jeden z boku, mając zamiar pochwycić jej przedramię i ściągnąć ją na niższą płaszczyznę, by kompan mógł dosięgnąć czarnymi kłami do jej szyi, nie bacząc absolutnie na żadne delikatności.

Skończcie z tą zdzirą – charknął Wo`olfe, zaciskając ludzkie już palce na mokrej od deszczu trawie. Brudna od ziemi twarz i ubranie, drżące od adrenaliny i bólu ciało, zaciśnięte zęby, spomiędzy których wyrywały się nuty wściekłego warczenia. Owszem. Czuł się okropnie. Jakby stado traktorów przejechało go w tę i z powrotem, pozostawiając na jego plecach czarne ślady kół. W dodatku nie mógł w żaden sposób zignorować sygnałów, które dobijały się do jego mózgu. „Boli! Boli! BOLI” - huczał mu w myślach jakiś natrętny, trajkoczący głosik, powtarzając to jak mantrę. No co ty, kurwa, nie powiesz. Growlithe nogi praktycznie nie czuł. Machnął jeszcze dłonią, posyłając dwa pozostałe cieniste bestie w ślad za blondynem. Oba wilki przeskoczyły nad białowłosym, pozostawiając go daleko w tyle i kończąc w lesie. Co chwila pociągały nosem, by złapać trop krwi i woni uciekiniera, a w efekcie – dorwać go w końcu, zaatakować i tym samym spełnić wolę pana, który aktualnie próbował wesprzeć się na łokciu.
Odgłos warczących tuż obok wilków, zapach mokrej gleby, irytujące pulsowanie w skroniach i mroczki przed oczami – to wszystko nagle zwaliło się na ramiona Growlitha, który jak na zawołanie osunął się na ziemię, wtulając ozdobiony soczystym zadrapaniem policzek w swoje przedramię. Prawdę mówiąc – nawet nie chciał znać swojego aktualnego stanu zdrowia, tego, co znajdowało się w kłach dziewczyny, ani tym bardziej nie chciałby sobie wyobrazić, jak licho musiał wyglądać, czując jak traci resztki sił wraz z kolejnymi oddechami. Poczuł jeszcze mokry, czarny nos Abstracta, trącący go w policzek, nim świat został wessany w czerń, pozostawiając tylko uporczywy stan nieświadomości i dziwne uczucie, jakby czyjeś silne palce ściskały mu krtań.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 21454

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Gość on Pią Maj 02, 2014 12:59 am
//Psst. Grow, on nie jest blondynem. Tylko rudzielcem.
Grow się wcina. Naph. Serio? Uznajmy, że Grow jest daltonistą, więc wszystko mu się mogło pomylić czy coś.


W powietrzu unosiło się nieodparte wrażenie, że koniec jest już bliski. Atmosfera zagęściła się jeszcze bardziej, sprawiając wrażenie, jakby miała zaraz udusić pozostałych żywych na polanie.
Nim Grow pozwolił, by ciemność go pochłonęła, ujrzał jak jego stworzenia dopadają dziewczyny i rozpoczynają z nią swój dziki taniec. Oponentka nie miała już siły na dalszą walkę. W jej oczach dało się ujrzeć zrezygnowanie, kiedy to zrozumiała, że to koniec dla niej. O parę chwil za późno. Mogła uciec z niskim chłopakiem w las, lecz duma jej na to nie pozwoliła. A teraz musiała zapłacić jedną z najwyższych cen. Swoim życiem. Kiedy ostre zęby zatopiły się w jej gardle, ta nawet nie wydała z siebie ostatniego krzyku. Zadarła głowę ku górze, odsłaniając szyję jeszcze bardziej. Wraz z tym gestem całkowitego poddania, oddała ostatnie tchnienie. Jej ciało miękko opadło na mokrą i zakrwawioną trawę, tonąc w swej własnej krwi. Nie poruszyła się już więcej. Jedynie wiatr od czasu do czasu poruszył jej ubraniem, sprawiając złudne wrażenie, że jeszcze żyje i zaraz się podniesie. Ale to był już koniec.
Na szachownicy pozostało para królów. W walce na śmierć oraz życie liczyła się każda sekunda, każdy ruch. Nawet najdrobniejsza pomyłka mogła kosztować życie jednego. Śnieżnobiały wilk odwrócił pysk na drobną chwilę, jakby oglądał się za uciekającym chłopcem. Kłapnął cicho pyskiem z duszonym skomleniem z powodu wbitych kłów w ciało Ryana.  I w tym momencie mógł poczuć, jak potężna szczęka jego wroga zatapia się w jego szyi. Wilk zawył i szarpnął się, ale to jedynie pogorszyło jego sytuację. Machnął gwałtownie ogonem, obijając nim o swoje ciało. Warcząc, nie chciał puścić tego, co chwycił, jednakże ciemna łapa zbyt mocno napierała na jego pysk, a szarpanie jego karku zdecydowanie mu nie pomogło. I wtem ponownie błysnęło, a śnieżnobiały wilk poleciał na ziemię. W jego pysku znajdował się mały płat zakrwawione skóry i mięsnego płata wyrwanego z ciała przeciwnika. Jednakże jego kark pokrywała jeszcze większa, zdecydowanie głębsza dziura, z której wypływała zbyt szybko krew. Wilk oddychał szybko i ciężko, łapczywie łapiąc każdy oddech. Ale było już dla niego za późno. Wpatrywał się w Ryana dziwnym, nieodgadnionym spojrzeniem. Oczy powoli zachodziły mgłą, aż wreszcie spod półprzymkniętych powiek nie było już życia. To był koniec. Jego ciało poruszyło się jeszcze przez drobną chwilę, jakby próbował się podnieść, nie chcąc poddać się i przegrać ze śmiercią. Ale życie bardzo szybko opuszczało jego ciało. A Śnieżnobiała sierść przyozdobiła karmazynowa czerwień. Jego ruchy stawały się coraz wolniejsze, aż wreszcie zastygły, otulone wiecznym snem. Na polanie został jeden żywy i jeden nieprzytomny. Ale wygrali, przynajmniej w tym momencie. Z tymi, z którymi przyszło im walczyć.
Zmieszana krew z błotem szybko wchłaniała w ziemię, jakby ta zaczęła się żywić umarłymi. A może właśnie tak było?
Chociaż… W oddali znajdował się ktoś jeszcze. Ranny uciekinier schował się wśród konarów drzew i obserwował wszystko z bezpiecznej odległości. Jego łzy mieszały się z kroplami deszczu, kiedy to oglądał masakrę jego bliskich. Wtedy jeszcze Ryan nie wiedział, że to nie koniec. Że tego dnia narodził się ktoś, kto poprzysiągł sobie dopadnięcie go, choćby za cenę swojego życia…
Deszcz jakby powoli ustawał, aczkolwiek mogło to być jedynie złudzeniem. Co prawda pozostał jeszcze jeden osobnik, który strzelał do nich z oddali, ale… Gdyby jeszcze znajdował się w pobliżu polany to z pewnością oddałby z przynajmniej parę strzałów. A tak panowała głucha cisza przerywana odgłosem uderzenia ciężki kropel deszczu. Nawet burza przeszła…



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Fucker on Pią Maj 02, 2014 3:02 am
Szarpnął łbem ostatni raz, czując jak wielki kawał mięsa odrywa się od szyi białego wilka. Choć sam fakt, że trzymał w pysku kawałek kogoś, kto w jego oczach był obrzydliwy, powinien być na tyle odrzucający, by zaraz pozbył się niesmacznego kąska, postanowił trzymać go do czasu aż jego przeciwnik nie wykrwawi się na śmierć. Choć jego oddech był cięższy od zmęczenia, a unosząca się co chwilę klatka piersiowa odzywała się tym niezmiennie rwącym bólem, od którego całe jego ciało zanosiło się krótkimi dreszczami, nie omieszkał spoglądać na umierającego wroga z widoczną wyższością w szarych zwierciadłach duszy. Pomimo ostatniego spojrzenia, jakim obdarował go wróg, nie czuł się ani trochę winny. Po prostu od początku tak właśnie miało być. Miał nadzieję na to, że gdy wymordowanego powitała ciemność, pomyślał, że popełnił błąd, rzucając się na kogoś, kto nie podkulał ogona w bezpośrednim starciu.
Plusk.
Płat wyrwanych mięśni upadł na ziemię, rozbryzgując błoto zmieszane z krwią. Opętany oblizał kły i – w uwieńczeniu tego gestu – mlasnął, jakby usiłował pozbyć się resztek smaku, który pozostał w jego pysku jako tymczasowa pamiątka po walce. Było, minęło. Pazury jeszcze raz ugrzęzły w powoli tracącym swoje ciepło ciele, tym razem lokując się w boku oponenta. Wtedy też Ryan oderwał wzrok od brudnej i mokrej sierści, by wreszcie przywiązać większą wagę do otoczenia. Najpierw zahaczył wzrokiem o ciało, które znajdowało się najbliżej, chociaż nie zdawał sobie wcześniej sprawy z tego, że udało mu się pozbyć jednego problemu. Dopiero teraz cienie, które zabezpieczały łańcuch, wreszcie rozpłynęły się w powietrzu, a jedynym wspomnieniem ich posłuszeństwa wobec ciemnowłosego pozostało przeklęte mrowienie w prawej łapie. Oznaka braku bezinteresowności. Nie mógł jednak zapomnieć o tym, że na tym polu bitwy nie był sam. Momentalnie obrócił łeb w kierunku, w którym wcześniej udał się Jace. I tam zrobiło się niepokojąco cicho. Zmrużył ślepia, usiłując przebić się spojrzeniem przez strugi deszczu. Jedynie zarys psiej sylwetki rzucił mu się w oczy. Skoro Abstract był w pobliżu, jego pan również musiał się tam znajdować. Zwierzęce uszy oderwały się od czaszki i, tym razem nie bacząc już na ulewę, starały się wyłapać jakiś dźwięk poza szumem. Na próżno. Powoli ruszył przed siebie z łbem zawieszonym na wysokości reszty ciała. Utykał, bo nerwy prawej łapy odzywały się chórem przy każdym kontakcie z ziemią. Było to uczucie podobne do odrętwienia, jednak nie miało minąć wraz z rozruszaniem kończyny i poprawieniem jej krążenia. Co jakiś czas rozglądał się na boki, niepewny tego, czy wszyscy wrogowie polegli w tej nieco nierównej walce. Doszedł jednak do wniosku, że gdyby znajdowali się jeszcze w pobliżu, zaatakowaliby od razu, zauważywszy, że w tej chwili został już zupełnie sam.
Następne kroki pokonywał już na dwóch ludzkich nogach. Wierzchem dłoni starł krew z twarzy, a i przez cały czas starał się uspokoić zbyt ciężki oddech, który zdawał się ciążyć na jego płucach z powodu otwartej rany. Teraz już nieustannie przypatrywał się już miejscu, w którym znajdował się jeden z kundli Growlithe'a. Drugi nie miał tyle szczęścia, o czym Jay przekonał się, mijając go na polanie. Jego prawdziwym celem był teraz Jonathan. Im bliżej niego się znajdował, tym bardziej brudne biało-czarne kosmyki jego włosów stawały się widoczniejsze. Przesunąwszy zdrową ręką po ramieniu, które było w nieco gorszym stanie, przyspieszył kroku, byleby jak najszybciej znaleźć się w pobliżu chyba nieprzytomnego Wilczura. Zadziwiające, że w ogóle przyszło mu do głowy, by sprawdzić stan białowłosego. W rankingu najbardziej wkurwiających osób, znajdował się w pierwszej piątce, a nie od dziś wiadomo, że takiej zarazy najlepiej szybko się pozbywać, a mimo tego, znalazłszy się i przykucnąwszy obok, bacznym wzrokiem ocenił stan przywódcy DOGS, wreszcie wyciągając także dwa palce ku szyi młodzieńca. Paskudnie wyglądające rany, nie wróżyło niczego dobrego, a jednak pod opuszkami swoich palców wyczuł wyjątkowo słabe tętno. No i masz, ten to się trzymał!
Masz pierdolone szczęście, sukinsynu.
Ostrożnie obrócił Wo`olfe'a na plecy, by zaraz po tym podnieść go z ziemi, choć tym razem przyszło mu to z niewielkim trudem. Syknął przez zaciśnięte zęby, gdy ręka i klatka piersiowa zgodnie stwierdziły, że powinien darować sobie ten zbędny wysiłek. Być może był to rozsądniejszy plan, którego – o dziwo, kurwa – nie wykorzystał. Gdy już oswoił się z nowym ciężarem, który przyszło mu taszczyć ze sobą, choć nieustannie odczuwał niewygodę z tym związaną, zaczął iść przed siebie, pozostawiając tę krwawą scenę za sobą.
    z/t + Grow.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5278

Powrót do góry Go down

Re: „Bunkrowisko”.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 12 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry