:: Eden :: Rajskie miasto




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next   

Opuszczony dom.    Pisanie by Nathair on Sob Kwi 05, 2014 8:47 pm
{Opis kiedyś będzie. Serio...}



Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Nathair on Nie Kwi 06, 2014 11:56 pm
W Edenie można było znaleźć bardzo wiele takich opuszczonych chatek. Dawniej zamieszkiwane przez anioły, aczkolwiek od czasu zniknięcia Boga, wielu skrzydlatych opuściło swój dotychczasowy dom by rozprószyć się po świecie. To miejsce było jednym z nich. Wciąż w dobrym stanie, chociaż nadszarpnięte już przez czas. Aczkolwiek przynajmniej było tutaj sucho i w miarę ciepło. Nathair po swej długiej i ciężkiej wędrówce wreszcie mógł zrzucić z siebie ciało Knypka. Cóż, podróż do najprzyjemniejszych nie należała. Pomimo swej rasy, wielu cudownych mocy, to jednak jego siła fizyczna do najwybitniejszych nie należała. Podszedł do zakurzonej kanapy i zrzucił na nią Ailena, wprawiając kurz w powietrze. Nathair zakaszlał i zaczął machać energicznie dłonią, by odgonić od swojego nosa drażliwą chmurę. Oczywiście nie bawił się w ostrożności i delikatności w obsłudze ciała chłopaka. Jego zadaniem było przyniesienie w bezpieczne miejsce bruneta i ewentualnie siedzenie przy nim. Chociaż... W zasadzie to nawet nie wiedział jak długo tutaj ma siedzieć. I co ma właściwie robić. Dostał krótkie polecenie, by zabrać Ailena i w sumie to wszystko. Chociaż istniała szansa, że Knypek się obudzi i sobie pójdzie. Tak, to też byłoby idealne rozwiązanie.
Odłożył gdzieś na bok swój miecz i rozejrzał się po pomieszczeniu. Meble były w stanie praktycznie nienaruszonym. Tylko ten cholerny kurz... Podszedł do szafek i je otworzył. Właściwie nie wiedział co szuka. Czegoś dojedzenia, aczkolwiek karmił się raczej fałszywą nadzieją na znalezienie tutaj jakichkolwiek puszek. Trzasnął mocno drzwiczkami zirytowany zaistniałą sytuacją. Powinien być przy boku Ryana, a nie bawić się w jakąś cholerną, uskrzydloną opiekunkę.
Podszedł do Ailena i przykucnął przy nim, uśmiechając się złośliwie. Wyciągnął rękę w jego stronę i dźgnął go w policzek. W sumie nigdy nie widział go w takim stanie. Ktoś musiał nieźle mu dokopać. Zachichotał głupowato i ponownie go dźgnął. Raptownie podniósł się i zgrabnie wskoczył na kanapę. Usiadł okrakiem na chłopaku i złapał go za buzię, którą zaczął rozciągać.
- Ale masz głupkowaty wyraz gęby teraz~. - powiedział radośnie parskając przy tym głośniejszym śmiechem. Szkoda, że nie miał niczego, czym mógłby pomazać jego twarz. A potem zwijać się ze śmiechu, kiedy Ailen odkryłby jakie nosi na swej mordeczce arcydzieło. Bo Nathair taki dojrzały był. Tak bardzo.


// Wybacz, ale nie umiem zaczynać ._.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Gość on Pon Kwi 07, 2014 6:03 pm
Smród klątwy ciągnie się za każdym, kto jej uświadczył i w tym przypadku reguła została zachowana.
Przez całą drogę od domu Ryana Nathair mógł zauważyć gdzieniegdzie pojedynczą żabę, lecz z czasem zrobiło się ich więcej. Ostatecznie dwójka postaci została otoczona przez te cholerne płazy. Na początku nie musieli zwracać na to uwagi, bo niewinne stworzenia przecież są niegroźne i nikomu nie wadzą. Do czasu.
W pewnym momencie wylazło ich tyle, że już nie mogli ich ignorować. Kumkanie skutecznie zagłuszało ciszę, a także każde słowo, które mogłoby wydostać się z ich ust. Zza każdego rogu wystawały błoniaste łapy, a z każdego kąta patrzyły na nich wyłupiaste ślepia. Żab było od cholery i jeszcze trochę. Duże, małe, jaskrawe, szare, egzotyczne, ropuchy. Wszystko. I wszystko postanowiło zacząć kicać wkoło. Istny cyrk.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Ailen on Pią Kwi 11, 2014 4:31 am
Podróż do najprzyjemniejszych nie należała? Mało powiedziane. Dla kogoś takiego jak Ailen, który znalazł się w tak okropnej sytuacji, cały dzisiejszy dzień był koszmarem. Pobito go, okradziono, upokorzono, przezwano.. a na koniec jeszcze zrzucono jak jakiś worek ziemniaków. Czy on wam wszystkim wygląda jak rzecz? Otóż nie. Kurt bynajmniej do szerokiej kategorii przedmiotów się nie zaliczał, a sam zamierzał zemścić się na wszystkich, którzy w czasie, kiedy był najsłabszy, okazali się totalnymi chujami. Znaczy.. odliczając z tego Ryana, z którym lepiej mieć w miarę dobre stosunki, a jak nie dobre, to chociaż neutralne. Wolałby nie mieć na pieńku ze swoim panem, który budził grozę w osobach, które ledwie go znały, a prywatnie wyrabiał sobie jeszcze gorsze zdanie. Ailen żył w jego towarzystwie całkiem długo i przez te okropne osiemnaście lat, Jay nie wyrobił sobie u Kota żadnej innej opinii, niż tylko pierdolniętego na łeb skurwiela, którego mimo wszystko trzeba poważać. To chyba o czymś świadczy, prawda? Tak czy siak czarnowłosy był nieźle zdenerwowany takim obrotem spraw i gdyby nie osłabienie, które teraz na siłę spychało go do stanu nieświadomości, na pewno prychałby i warczał, jak jakieś rozgniewane zwierzę, którym na dobrą sprawę w sumie był… w jakimś tam sporym procencie.
W końcu miał chwilę aby odsapnąć. W Edenie wydawało się być trochę cieplej, niż w Desperacji, a dom, w którym przebywali przynajmniej zatrzymywał chłodny wiatr, który w chacie jego pana swawolnie przelatywał przez wszelkie dziury, smyrając go dodatkowo po mokrym tyłku. Jednak Kot wyglądał trochę gorzej, niż tylko jak przemoczony, trochę poobijany chłopczyk. Sama twarz Ai’a wydawała się aż krzyczeć, aby oderwać od niej wzrok, nawet pomimo troskliwych starań Ryana, aby jakoś mu tą gębę ogarnąć. Miał wielkie limo po jednym okiem, rozerwaną skórę nad brwią, pęknięte wargi, których strumień krwi brzydko zaschnął na ustach, uniemożliwiając dalsze wypływanie posoki z rany, a na dodatek jego policzki były pełne w zadrapaniach i lekko zapadnięte. Naprawdę dawno nie jadł niczego porządnego, co zresztą byłoby widać nawet i na lekko wystających żebrach, gdyby nie bluza jego pana, którą dostał od niego w „prezencie”. No i jeszcze ta złamana ręka. Prowizoryczny opatrunek i usztywnienie zdawały się sprostać wymaganiom Ailena, acz nawet one nie były na tyle silne i dopracowane, aby uniemożliwić odczuwanie bólu. Zresztą.. było trochę trudno, skoro miotali nim jak szmacianą laleczką, zrzucając na kanapę zupełnie bez szacunku. Halo! On jeszcze dycha! I czuje ból. Jeśli nie chcesz, żeby potem czuł wkurwienie, lepiej przestań.
Grymas bólu wszedł na twarz Kota, który od jakiegoś czasu przestał zwracać uwagę na zimno. Owszem, dalej dygotał jak tańcząca na galaretce chihuahua, ale cierpienie wywołane odniesionymi ranami wydawało się przewyższać chłód. Delikatnie rozchylił oko, nieprzyozdobione paskudnym limem i słabo zerknął na mordę anioła, który chyba znalazł sobie w nim nową rozrywkę.
Damom nie przystoi. – szepnął, na chwilę obecną nie czując się na siłach, aby odpowiadać głośniejszym tonem. Odkąd stracił przytomność w chacie szarookiego, jakoś w ogóle czuł się strasznie osłabiony. Mimo to, nic nie stało według niego na przeszkodzie, aby dalej wykazywać się złośliwością względem Nathair’a. Widział i nawet czuł, że ten siedzi na nim okrakiem – przy okazji trochę utrudniając oddychanie i napierając na złamaną rękę, co Kot odebrał cichym jęknięciem – a przecież żadna szanująca się kobieta, nie powinna się tak zachowywać, prawda? - Kurwa.. ale boli.. – dodał po chwili równie cicho, delikatnie zwracając łeb na bok, aby zorientować się, gdzie się właściwie znajdują. Nigdy nie był w tym miejscu, więc zaraz wrócił słabym spojrzeniem do Anioła, zadając mu jednocześnie nieme pytanie. Gdzie ja do jasnej cholery jestem?
… i w tym samym momencie w końcu zwrócił uwagę na kumkanie, które rozchodziło się po całym pomieszczeniu. Geniusz Nathair przyprowadził go do jakiejś chaty nad bagnem? Co się dziejeee?

_________________
This is true Liberty when free born men,
Having to advice the public may speak free,


Which he who can, and will, deserv's high praise,
Who neither can nor will, may hold his peace;
Who can be juster in a State than this?



Ailen
-----------
Chart     Opętany

avatar

Liczba postów : 1813

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Nathair on Pią Kwi 11, 2014 5:32 pm
Och, Ailen zaczynał się budzić. I gdyby Nathair posiadał ogon, zapewne właśnie radośnie zamachałby nim. Bo co jak co, ale nasz mały skrzydlaty kurczak nienawidził nudy. Musiał coś robić a nie bezproduktywnie gnić bez wyraźnego celu. A skoro chłopak się budził to zawsze istniała szansa, że będzie ciekawiej niż przed chwilą, prawda? Uważnie przyglądał się jak kolejno oznaki bólu wpływają na jego pokiereszowaną twarz. Na krótki moment skrzydlaty zmarszczył brwi, ponownie zaprzątając sobie głowę faktem, że ktoś tak go załatwił. Nie sądził jednak, żeby knypek sam mu o tym powiedział. Nawet, jakby anioł zapytał. Bo w sumie po  co mu coś takiego do wiadomości? Ruszyłby w szaleńczy pościg za nimi mając na twarzy wypisaną chęć zemsty? To nie natura Nathaira. Pomimo jego całej sympatii do Ailena. Która właśnie została wystawiona na ciężką próbę.
Na skroni anioła pojawiła się żyłka irytacji, która zapulsowała niebezpiecznie. Damom? Och, on mu zaraz da damę. Złapał go za bluzę i pociągnął do siebie bliżej, tak, żeby jego twarz znalazła się na równej wysokości co Nathaira.
- Jak Ci zaraz przestawię facjatę knypku to zaraz odszczekasz te słowa! – warknął mrużąc przy tym niebezpiecznie oczy. Brakowało jeszcze jakiegoś garnka pod ręką, który poszedłby w ruch. Puścił jednak Ailena i zeskoczył z niego, orientując się,  że siedząc na jego ciele zadaje mu ból. Nie, żeby go to nie rajcowało, ale jakoś tak stracił zainteresowanie. Póki co. Wydał z siebie cichy pomruk niezadowolenia i założył ręce z tyłu głowy. Właściwie dostał polecenie zabrania Ailena z tamtego miejsca. Nie było nic powiedziane o tym, że ma tu siedzieć i zajmować się nim. A gdyby tak go tutaj zostawić? A samemu wrócić do Ryana i sprawdzić czy wszystko u niego gra? Tak, to zdecydowanie był dobry plan. Aż się uśmiechnął na samą myśl o tym. A Ailen niech sam sobie radzi, o. Skierował swoje kroki w stronę wyjścia, jednakże zamiast obwieścić, że zostawia go tutaj samego a ten niech wraca do domu nawet pełzając, dodał zupełnie coś innego.
- Wrócę wnet z jakimś żaaaarciem. – mruknął i co nie było kłamstwem. Naprawdę zamierzał udać się na tereny Edenu w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia. Kości Ailena aż uwierały Nathaira kiedy na nim siedział. Co on, w ogóle się nie odżywiał? Nie, żeby Nathair jakoś szczególnie przejmował się jego losem. Ale powiedzmy, że miał dzisiaj szczególnie dobry i szczodrobliwy dzień. O tak, nazwijmy to właśnie w ten sposób. W sumie ciekawe gdzie o tej porze roku znajdzie coś zjadliwego. Może jakieś inne anioły chętnie się podzielą swoimi zapasami kiedy Nathair przedstawi im sytuację w jakiej się znalazł. Albo ewentualnie coś podwinie. To nie grzech bo robił to w dobrej wierze! Przecież chciał pomóc potrzebującemu. Raptownie się zatrzymał czując, że coś mu siedzi na bucie. Żaba. Kolejna? Najpierw te u Ryana w domu, potem przez całą drogę napotykał kolejno te płazy. Co to za ich jakiś wysyp? Może to przez ten czerwony, dziwny deszcz.
- Te, Knypek, widziałeś kiedyś latającą żabę? -  zapytał Nathair  śmiejąc się cicho pod nosem. Podniósł nogę, na której usiadła sobie żabka i pstryknął w nią tak, że ta poleciała na niemal połowę pokoju, oczywiście bezpiecznie lądując. Chłopaczyna wyszczerzył się szeroko jakby to był co najmniej dobry żart. Mina szybko mu jednak zrzedła, gdy ujrzał całe stado żab, które wpatrywały się w niego i zaczęły głośno kumkać. Nathair poruszył bezdźwięcznie swoimi ustami i zaczął się cofać, aż w niemal błyskawicznym tempie wrócił do kanapy, na którą wskoczył. Nie, Nathair nie bał się żab. Ani też nie brzydził, po prostu… za dużo ich było. To było tak bardzo niewiarygodne, aż poczuł jak wzdłuż jego kręgosłupa przebiega nieprzyjemny dreszcz.
- Z…zrób coś z nimi – jęknął Nathair łapiąc za rękojeść swojego miecza i ściskając go wpatrywał się w żabią armię, która zbliżała się powoli w ich stronę. To nie mogą być zwykłe kumaki. To musi być czyjaś sprawka, tak, zdecydowanie.  Z tym, że ktoś ma naprawdę chore poczucie humoru, że wysyła na porządnych obywateli żaby.


Ostatnio zmieniony przez Nathair dnia Wto Gru 16, 2014 7:51 pm, w całości zmieniany 1 raz

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Ailen on Nie Kwi 13, 2014 2:16 am
Ailen raczej nie byłby zadowolony z możliwości oglądania merdającego ogona swojego aktualnego rozmówcy (i przede wszystkim opiekuna), szczególnie gdy sam znajduje się w takiej sytuacji. On w tym wszystkim widział naprawdę mało powodów do radości. Owszem żył, był chyba bezpieczny – a przynajmniej bezpieczniejszy niż w domu Ryana – i generalnie zaczynało mu być coraz cieplej, ale cierpienie jakiego dzisiaj musiał doświadczyć zdecydowanie przysłaniłoa te wszystkie pozytywne strony, zmuszając je do zejścia na bok i skulenia się w cieniu. Bolało, piekło, zgrzytało, burczało.. no kurna, pełen pakiet uczuć, których Kot wręcz nie znosił. Nikt nie przepada za złamanymi kończynami, a chłód gryzący w tyłek i wszechobecne mokre gatki, to już osobista uraza Ailena. Jako pół-mruczek nie znosił wilgoci. No i głód. Nie jadł od tylu dni, a u swojego pana nie dostał nawet możliwości, żeby napić się jebanej wody, żeby trochę oszukać swój żołądek. Gdzie tu wyraźne pozytywy? Może Kurt faktycznie myślał trochę zbyt pesymistycznie, ale co mu się dziwić? Nie każdego dnia zostaje się poturbowanym, więc zwyczajnie nie jest przyzwyczajony do takiego obrotu spraw.
Ouch! – jęknął cicho, gdy Anioł złapał go za bluzę. I tak była cholernie za duża, więc nie szarpnęła jego ciałem zbyt mocno, ale to pociągnięcie wystarczyło, aby wywołać piorunujący ból w prawych przedramieniu. Rasa, która reprezentował różowowłosy chyba powinna słynąc ze swej delikatności i opiekuńczości, prawda? Według Kota, Nathair właśnie dawał w tym zakresie dupy. – Nie dotykaj ręki. – szepnął, zbierając w sobie siły po ostatniej fali cierpienia. Dalej był wyraźnie osłabiony i chyba minie trochę czasu, zanim w pełni nabierze sił. Musiałby się też najpierw przespać i zdecydowanie wrzucić coś na ząb. Wydał z siebie westchnienie ulgi, gdy w końcu kurczak postanowił z niego zleźć. Wydawał się Ailenowi strasznie podenerwowany, a zarazem trochę znudzony. W sumie.. nie dziwił mu się. Choć ich rozmowy w gruncie rzeczy zamykały się tylko na obelgach, urozmaicanych rzucanymi przedmiotami, Ai trochę tego patałacha znał. Posiadał o nim podstawową wiedzę, jak chociażby taką, że Anioł jest stróżem Ryana, a nie jego. Pewnie zdecydowanie bardziej wolałby być teraz u boku tego szarookiego skurwiela, niż z nim, ale.. w sumie im dłużej się nad tym rozwodził tym bardziej zaczynało go to nie obchodzić. Walić to. Nathair ma go nakarmić, kurna.
- Byle szybko. Jestem głodny. – odparł ledwo co słyszalnym tonem, który pomimo osłabienia i tak brzmiał w ten charakterystyczny dla Ailena, szczeniacki sposób. Niewdzięczny, mały gnojek. Nathair’a traktował w tym momencie jak służbę, choć może nie było tego aż tak bardzo widać, szczególnie, że Kurt wyglądał w tym momencie jak siedem nieszczęść albo jakieś umierające dziecko. Ba, nawet wzrok mu się trochę zgorszył, ale nie na tyle, aby nie zauważyć zbierających się wokoło żab. Zresztą słuch miał póki co morowy, a kumkanie nie mogło umknąć jego uwadze. – To miało mnie zabawić? – zapytał z kpiną i gdyby tylko nie miał rany na brwi, na pewno uniósłby jedną z nich w pogardliwym, złośliwym geście. No, może latające żaby nie są w tej chwili odbierane przez Ailena jako szczególnie zabawne, zwłaszcza, że zaczyna się ich zbierać cała horda. Pięknie, a on nawet nie może uciekać. Ba, stanąć na nogi nie potrafi. Jak on się teraz wybroni przed demonicznymi płazami?
Boisz się żab, ciole? – zapytał po chwili, o dziwo siląc się na trochę głośniejszy ton. Co prawda i tak cichł na końcu zdania, ale jakoś to wszystko zło. Czuć postępy! – Nie wiem gdzie nas zaprowadziłeś, ale może wylazły z jakiegoś pobliskiego bagna. – podjął, nie mając siły dłużej naśmiewać się z nieudolności Nathaira. Cóż, jemu też wydawało się to trochę dziwne, ale w chwili obecnej zdecydowanie nie czuł powinności odczuwania strachy. Co najwyżej dyskomfort.

_________________
This is true Liberty when free born men,
Having to advice the public may speak free,


Which he who can, and will, deserv's high praise,
Who neither can nor will, may hold his peace;
Who can be juster in a State than this?



Ailen
-----------
Chart     Opętany

avatar

Liczba postów : 1813

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Nathair on Pią Kwi 18, 2014 7:36 pm
Czy aby przypadkiem dzieciak się nie zapominał? Nathair nie był jego chłopcem na posyłki. Ba. Nawet Ryana. To, że nie raz go słuchał, nie oznaczało, że anioł wykonywał kogokolwiek rozkazy. Działał tak, jak chciał i jak mu odpowiadało. Właściwie można to było nazwać jego dobrą wolą, a nie przymusem. Zerknął na Ailena mając ochotę złapać go za szmaty i wywlec na zewnątrz, wsadzić w łapę dzidę i kopnąć między pośladki, by sam ruszył swoje pobite zwłoki i udał się na polowanie czegoś zjadliwego. Aczkolwiek zdusił to w sobie, skupiając się na innym istniejącym problemie. Zerknął na żaby i skrzywił się nieprzyjemnie. Nawet, jakby znajdowali się na jakimś cholernym bagnie to przecież taka ilość kumkających gnojków była nienaturalna. A co dopiero w miejscu oddalonym od mokradeł. Ba! Byli w Edenie, gdzie wszystko miało swój ład i porządek.
Nathair odwrócił się w stronę Ailena a jego gębę wykrzywił szeroki, nieco kpiący uśmieszek.
- Ailen. No to co? Smacznego~ Podano do stołu! – powiedział rozbawiony Nathair rozkładając przy tym w iście teatralny sposób swoje ręce. Byłby nawet na tyle łaskawy, że nazbierałby drewna i pomógł mu rozpalić małe ognisko, by chłopak mógł skosztować przepysznych, pieczonych żabich udek. Jednakże żarty żartami, ale robiło się coraz mniej przyjemne. A odgłos cholernego kumkania powoli zaczynał wwiercać się w mózg chłopaka powodując irytujące pulsowanie pod czaszką. Mogłyby się wreszcie przymknąć i poszukać sobie jakiegoś innego, nowego lokum. Nathair wyciągnął rękę i pstryknął palcami, wypuszczając z nich cieniutką wiązkę elektryczności, która to uderzyła z cichym sykiem tuż przed płazem. Oczywiście nie zamierzał jej zabijać. Był w końcu aniołem. Nie można było zabijać niewinnych stworzeń, które nie zagrażały jego życiu. A póki co Nathair nie czuł się zagrożony, a jedynie podirytowany. Kolejne pstryknięcie, a potem następne. W efekcie końcowym drewniana podłoga była pokryta wieloma ciemnymi, śmierdzącymi spalenizną plackami. Ale i przy tym chłopak szybko stracił zainteresowanie. Bądź co bądź w końcu będzie musiał oczyścić chatkę z tych małych choler.
Właściwie to nawet już się podnosił, gdy słowa jego towarzysza skutecznie go uziemiły. Nathair gwałtownie odwrócił głowę w jego stronę, niemalże sztyletując na wylot jego i tak już poobijane ciało.
- Morda zakapiorze! Wcale a wcale się nie boję! – syknął wyciągając w jego stronę rękę i sprzedając mu urocze trzepnięcie w tył głowy. A na potwierdzenie jego słów zeskoczył z kanapy na podłogę i się odwrócił. Jakby prezentował się Wymordowanemu. Oczywiście mała żabka skorzystała z tego i od razu wskoczyła na stopę anioła. Ten jednak machnął nią tak, że fruwający płaz wylądował na głowie Ailena. Nathair parsknął głośnym śmiechem jakby właśnie oglądał całkiem niezłe przedstawienie.
- Ponadto nie zabrałbym Cię na jakieś Hasiowi a do samego Edenu, więc nie narzekaj. I jak taki cwany jesteś to sam zrób coś z tymi żabami. – mlasnął nieco urażony ale też i znudzony. Kolejna żabka, tym razem na jego spodniach uczepiona. Złapał ją palcami i rzucił w stronę Ailena z jednym słowem: Reflektuj~ Och Nathair. Tyle śmiechu z biednego Ailena.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Ailen on Nie Kwi 27, 2014 1:49 am
Obecność żab w tym momencie była dla niego tak samo ważna, jak fakt istnienia czegoś takiego jak tapeta na ścianę. Tak, głębokie porównanie, ale sens zachowany; płazy w ogóle go nie obchodziły, bo miał trochę większe zmartwienia na głowie. Było mu słabo i źle, a obecność Nathaira wcale nie przynosiła mu ulgi w cierpieniu. Zniewieściały nawet się nie przykładał do swojego anielskiego obowiązku pomocy innym, przez co Kurt czuł, że za chwilę odleci. Mimo wszystko, było mu trochę lepiej niż w domu pana. Może i przy nim czuł się bezpieczniej (co swoją drogą jest zabawne), ale Eden wydawał się znacznie cieplejszy niż Desperacja. Brak zimnego wiatru, owiewającego chatę był sporym plusem. To miejsce obiecywało znacznie większe szanse na szybkie wyzdrowienie, a przy okazji chroniło go od śmierci z rąk Zdziczałych. Fakt, jest to dalej prawdopodobne, ale na ziemiach anielskich pewnie i tak nieczęsto dochodzi do rozlewu krwi. Jedyne co musi znieść to obecność tego dupka z różowym łbem, na którym został zmuszony polegać… choć w głębi duszy miał nadzieje, że nie na długo. Może jak się prześpi, rano wstanie tak ozdrowiały, że od razu spierdzieli przez okno, zostawiając po sobie tylko chmurkę kurzu i pyłu? Eh.. niemożliwe. Przy odrobinie szczęścia będzie mógł mówić bez większego wysiłku i samodzielnie ustawić się w pozycji siedzącej, ale na pewno nie zdobędzie się na bieg.
Śmieszne w chuj. – odparł, patrząc na niego jak na kompletnego idiotę. Wzrok podpatrzył u Ryana, więc trzeba przyznać, że robił wrażenie, nawet pomimo podbitego oka i rozciętej brwi. Głos dalej miał raczej słaby, ale przynajmniej po odzywkach słychać, że na razie jest przytomny i w miarę logicznie myślący. Może i wygarnąłby Nathairowi, że nie jadł od kilku walonych dni i jakoś nie jest w nastroju do żartów, ale po co niepotrzebnie kłapać jęzorem? Jeszcze przemieniłoby się to w bitwę na „kto kogo bardziej obrazi”, a na to już wybitnie nie miał już siły.
Został trzepnięty. Serio? Kopiesz leżącego! Oczywiście wielkiej krzywdy mu nie zrobił. Właściwie żadnej szkody mu nie wyrządził, ale za to trochę zdenerwował. W dużej mierze dlatego, że nie był w stanie mu oddać, a cholernie go korciło, żeby przeprasować mu gębę gorącym żelazkiem. A potem żaba.. i to tak prosto w twarz. Może i nie miał siły, żeby się podnieść, ani żeby wykonać jakiś unik, ale na strzepnięcie płaza jeszcze był gotowy się potrwać. Pokracznie wywinął prawą ręką, ściągając z siebie ten pomiot szatana, uważając, aby przypadkiem nie poruszyć złamanym przedramieniem. Zaraz posłał nienawistne i śmiertelnie poważne spojrzenie aniołowi.
Jeśli z tego wyjdę, obiecuję Ci zemstę. – syknął oblewając go rozgniewanym spojrzeniem. Przez chwilę jego dotychczas brązowe tęczówki zapłonęły wściekłą żółcią kocich ślepi, ale nie na długo, bo Ai szybko w furię nie popada. Co innego z irytacją, he. Tak czy siak nie zdarza mu się rzucać słów na wiatr, więc Nathair mógł się przygotować na odzew ze strony Kota. Szczególnie, że naprawdę wydawał się nie żartować. Nawet pomimo odniesionych ran, dalej sprawiał wrażenie zimnego jak lód i oschłego jak.. jak suchar kurna. One są suche…- Whatever.
Jesteś taki kochany, że zabrałeś mnie do Edenu. – fuknął sarkastycznie, dziwnie cichnąc na końcówce zdania. Kumkanie, które dobiegło do jego uszu też wydawało mu się trochę niedopuszczalne, ale przez stępione zmysły i tak ogarnęła go senność. – Po prostu je zignoruj i idź po jedzenie. – rozkazał, zerkając półprzytomnie na żabę na swoich spodniach. Zapierdolę go.

_________________
This is true Liberty when free born men,
Having to advice the public may speak free,


Which he who can, and will, deserv's high praise,
Who neither can nor will, may hold his peace;
Who can be juster in a State than this?



Ailen
-----------
Chart     Opętany

avatar

Liczba postów : 1813

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Nathair on Nie Kwi 27, 2014 9:23 pm
Nathair miał to do siebie, że wielu rzeczy nie brał na poważnie. Po prostu rzeczy, które nie dotyczyły bezpośrednio Ryana traktował bardziej machnięciem ręki. I w sumie nie przejmował się aż tak bardzo tym wszystkim, co go otaczało. Czasami sprawiał wrażenie dzieciaka, który jeszcze nie dorósł do życia, które zostało mu powierzone.
Spojrzał nieco znudzonym wzrokiem na mniejszego chłopaka i w dość obsceniczny sposób po prostu ziewnął, w ten sposób okazując, jak bardzo go to wszystko interesuje. I fakt, że mały kot groził mu niemal wprost w twarz. Po chwili jego znudzone oblicze zastąpił szeroki uśmieszek widząc cały ten chłód i oschłość. Anioł wyciągnął swoją rękę i poklepał dwa razy Ailena po głowie, jak małego chłopczyka.
- Tak, tak. Tylko najpierw urośnij parę centymetrów. – rzucił wesoło szybko zabierając rękę, na wypadek gdyby Ailen postanowiłby zostawić na jego ręce ślad po zębach. Zaśmiał się kpiąco łapiąc za rękojeść swojego miecza i przerzucił go przez ramię, odwracając się plecami do chłopaka na kanapie. Skierował swoje kroki w stronę drzwi, unikając przy okazji kumkających płazów, które nadal kręciły się pod jego nogami. Przystanął jednakże słysząc jego ostatnie słowa. Odwrócił głowę zerkając ponad swoje ramię, mrużąc przy tym oczy.
- Nie zapominaj się szczeniaku. Rozkazywać możesz komuś innemu, ale z pewnością nie mnie. Trochę więcej pokory skoro jesteś w tym momencie w pełni zależny ode mnie. – warknął Nathair dość nieprzyjemnie. Wszystko miało swoje granice, tak jak i jego cierpliwość. Skoro Ailen tak ochoczo rozkazywał mu, niech siedzi tu sam z żabami i gnije z głodu. Nathair odwrócił się i najzwyczajniej w świecie zostawił chłopaka. Nie miał zamiaru biegać na jego rozkazy. Za kogo ten szczyl się uważał? Za jakiegoś pieprzonego króla? Niedoczekanie. Nawet Nathair miał swoją dumę. Zamierzał wrócić do Desperacji i odnaleźć Ryana. A co się stanie z Ailenem to już nie jego sprawa. Wszakże wykonał swoje polecenie i zabrał małego z domu jego podopiecznego. I tutaj kończy się jego zadanie. Mógł z czystym sumieniem wrócić do siebie. A nie, bawić się w pieprzoną niańkę. I jeszcze słuchać rozkazów. Co on? Cholerny chłopiec na posyłki, czy jak?
Aczkolwiek nogi anioła same poniosły go w głąb Edenu. Narzekając pod nosem spróbował zdobyć coś do jedzenia. Jednakże nie spodziewał się, że będzie to aż tak ciężkie. Okazało się, że przeleciała spora chmara szarańczy nad Edenem, zjadając wszystko, co napotkała na swojej drodze. Ostatnio coraz dziwniejsze rzeczy się działy. Nawet skrzydlaci byli zaniepokojeni anomaliami. Najpierw jakiś czerwony deszcz, potem żaby a teraz szarańcza. A co za tym idzie naprawdę było ciężko z jedzeniem.
W efekcie końcowym Nathair powrócił dopiero bardzo późno w nocy, kiedy było już naprawdę ciemno. Bez znaczenia czy Ailen spał czy też nie, rzucił mu na kolana worek, w którym znajdowało się parę podgniłych owoców, ewentualnie przy okazji budząc go.
- Teraz jesteś moim dłużnikiem. I będziesz żył ze świadomością, że gdyby nie ja, to w tym momencie zdychałbyś z głodu. – powiedział cicho, niemal beznamiętnym tonem. Prychnął cicho i usiadł pod ścianą, z dala od Ailena. Czuł się nieco zmęczony a na domiar nadal podirytowany tym, jak młody go potraktował. Nathair zamknął oczy na moment, zamierzając się wyciszyć, a może nawet i przespać. Jeśli Ailen nie będzie chciał jeść, no cóż, jego problem. W sumie Nathair naprawdę musiał się natrudzić, żeby zdobyć to, co przyniósł. Zaczynało robić się coraz mniej ciekawie.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Ailen on Nie Kwi 27, 2014 11:50 pm
Nie pierwszy raz ktoś traktuje go jak dzieciaka. W sumie nie ma się co dziwić, bo w końcu wygląda na totalnego gówniarza. Nawet kiedy jeszcze prowadził żywot zwykłego człowieka, był uważany za zdecydowanie zbyt niskiego jak na swój wiek. Ba, w obecnych czasach piętnastoletni chłopcy potrafią sięgać nawet metra osiemdziesiąt. W końcu właśnie w tych okresie następuje nagły wzrost ciała, a te niegdyś rozwydrzone dzieciaki, małymi kroczkami zbliżają się do uzyskania tytułów pełnoprawnych mężczyzn. Swój bilet do dorosłości Ai niestety miał dostać z opóźnieniem, bo nawet we własnej klasie robił za krasnala; większość dziewczyn była od niego wyższa! Było to dla Kota – a tamtejszego Kurta – bardzo niesprawiedliwe, bo w swojej rodzinie nie miał osób dotkniętych taką karłowatością. Jego matka miała powyżej metra siedemdziesiąt, a ojciec wydawał się wyrośniętym facetem; niby z nimi nie mieszkał, ale czarnowłosy wnioskował tak po zdjęciach. Uroczy gimnazjalista ze wzrostem bachora z podstawówki. Może być coś gorszego? Jasne. Desperacja. Czyli miejsce, które raz na zawsze odebrało mu możliwość nagłego wzrostu. Ba, w ogóle szansę jakiejkolwiek normalnej zmiany. Zamiast zarostu i głębokiego, basowego głosu, dostał kocie kły i przerażające, oślepiająco żółte oczy. Czy była to była sprawiedliwa wymiana..?
Zmarszczył nos kiedy tylko poczuł rękę Anioła na swojej głowie. O tak, świetnie. Jeszcze wytarmoś za policzki i wepchnij lizaka do buzi. Już dzisiaj został tak potraktowany i raz mu wystarczy. Nie trzeba było mówić, że na uwagę o wzroście jeszcze bardziej się zdenerwował. Nathair ciągle mu to wypominał, a tak jak dla niego najwyższą obrazą było nazywanie go babą, tak Kot nie mógł znieść czepialstwa o jego drobną posturę. Kłócili się o te słabe punkty niemal przy każdym spotkaniu i zawsze kończyło się to przedmiotami wprawianymi w ruch. Piosenkę „I Believe I Can Fly” zaczęły śpiewać kapcie, długopisy, kwiaty, kamienie.. cokolwiek co znajdowało się w najbliższym otoczeniu. Trzeba jednak przyznać różowemu Aniołkowi, że całkiem dobrze znał Ailena. Natychmiast zabrał rękę, co faktycznie uchroniło go od nieprzyjemnej pamiątki, bo tuż przed jego palcami szczęknęły kły Kota, a on z pomrukiem niezadowolenia, musiał się pogodzić z faktem, że tym razem był za wolny.
Może mam Ci jeszcze zacząć bić pokłony? – fuknął obrzucając go zdecydowanie nieprzyjemnym spojrzeniem. Faktycznie powinien być mu teraz cholernie wdzięczny, bo poniekąd ratuje mu życie, ale w chwili obecnej nie jest w stanie myśleć o tej sytuacji w ten sposób. Według niego znalazł się tutaj tylko przez kaprys Ryana, który pewnie i tak chciał mieć go po prostu z głowy. Nikt tutaj nie dbał o jego dobro, a Ai był tego w pełni świadomy i absolutnie niezdziwiony takim stanem rzeczy. Desperacja trwale odebrała mu wiarę w dobro innych istot. Co prawda dalej lubił skrzydlatych, bo akurat w ich nieskazitelną naturę wierzył, ale Nathair przecież nie był aniołem. Był kurczakiem. Kurczakiem z różowymi piórami i damską buźką.
Wyszedł. Chwała panu? Nie, nie ma pana. Pan numer jeden nie istnieje, a pan numer dwa ma spotkanie rodzinne. Ailen przez krótką chwilę wgapiał się rozeźlonym spojrzeniem w drzwi przez które wybył Skrzydlaty, jakby obawiając się, że za niedługo znowu ujrzy jego gębę. Dupek go zostawił.. z bandą żab. Momentalnie zwrócił ku nim wzrok i choć obraz był strasznie mętny, potrafił dostrzec, że jest ich w cholerę dużo. Zresztą, czuł je. Obrzydliwy, bagnisty zapach. Może mu się polepszyło, że nagle zaczął zwracać uwagę na ten odór? Nie, raczej nie. Tak czy siak westchnął cierpiętniczo, zdając sobie sprawę, że został zdany na siebie. Nie wiedział czy różowy jeszcze wróci czy może faktycznie spisał go na śmierć. Był taki głodny.. normalnie od razu by wybył i pobiegł pędem do swojego domu, ale.. jest na to za słaby. Powinien się przespać. Zamknął oczy i natychmiastowo odpłynął, ignorując uparte kumkanie jego przymusowych towarzyszy i drżenie całego ciała, które co prawda i tak powoli zaczynało ustępować.
Miał sen. Co mu się śniło? Jelenie. Nie pytać. Tak czy siak w samej końcówce dostał z kopyta, co po nagłym przebudzeniu okazało się być workiem z nieświeżymi owocami, które łaskawie przyniósł mu Nathair.
Eeeh? – jęknął podnosząc się do pozycji siedzącej. Przetarł sennie oczy i spoglądał półprzytomnie to na worek, to na Aniołka. – Co to jest? – tak bardzo nieogarnięty ton głosu. Nie przerywa się kotom drzemki, ale w sumie czuł się trochę lepiej. Pomijając rozkwaszoną mordę i złamaną rękę, wyglądał całkiem dobrze… ta. Tak dobrze jak te owoce, które teraz wyjął i powąchał. – Paskudne. – skomentował krótko. Mimo wszystko jego głos nie był nasycony pełną odrazą, a brzmiał raczej jak takie stęsknione „dziękuję!”. Natychmiast porwał się za jedzenie, trochę się krzywiąc przy kolejnych kęsach. Nie smakowały szczególnie dobrze.

_________________
This is true Liberty when free born men,
Having to advice the public may speak free,


Which he who can, and will, deserv's high praise,
Who neither can nor will, may hold his peace;
Who can be juster in a State than this?



Ailen
-----------
Chart     Opętany

avatar

Liczba postów : 1813

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Nathair on Pon Kwi 28, 2014 1:43 am
Nathair uchylił leniwie jedną z powiek i spojrzał w ciemności na chłopaka. W sumie… przydałoby się nieco światła w tej norze. Podniósł się i przeszedł przez pokój, kierując się do prowizorycznej kuchni w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu pomóc. Przeszukiwał praktycznie wszystkie możliwe szafki, aż wreszcie na coś natrafił. A że był Kurczakiem spod szczęśliwej gwiazdy to znalazł zarówno i świece jak i zapałki. Ha! A co, na bogato. Wrócił do pokoju i rozstawił cztery świece w mniej więcej tej samej odległości od siebie, po czym zaczął odpalać zapałki. Niestety niektóre były skażone zgnilizną, przez co dopiero za trzecim razem udało mu się wydobyć mały płomyk. Kolejne świece odpalił od siebie i już po chwili w pokoju odegnano ciemność nikłym światłem świec.
Nie ma nic do jedzenia. W prawie całym Edenie. Jakaś cholerna chmara szarańczy przeczołgała się i zżarła wszystko, co napotkała na swojej drodze. – odparł Nathair prostując się i przeciągając, wpatrując się przez krótką chwilę w migoczący płomyk świecy. No i masz. Utknął w tym zakurzonym, rozpadającym się domku z Ailenem. No normalnie żyć, nie umierać. Miał ochotę podejść do ściany i zacząć w nią walić głową z tej radości.
Kumkanie.
No tak, jakby mógł zapomnieć. Przecież nie byli tutaj sami. Mieli sporo dodatkowych gości. Ale i cierpliwość Nathaira się wyczerpała jeśli chodzi o płazy. Może i był aniołem. Może był uczony miłości do wszelakiej żywej istoty stąpającej po tej ziemi, no ale nie przesadzajmy. Chłopak podszedł do drzwi i otworzył je na oścież wypraszając żaby. Oczywiście, że te same nie posłuchają toteż podważając je swoim mieczem wynosił małe, kumkające zarazy na zewnątrz. W efekcie kiedy Ailen wreszcie skończył jeść, pokój został niemal praktycznie w pełni wysprzątany od nieproszonych gości.
Zerknął na Ailena i westchnął cicho. Podszedł do drugiego worka, który przytachał ze sobą. Wyciągnął trzy małe butelki z wodą. Jedną rzucił w stronę Ailena, drugą sobie zatrzymał. A trzecia miała mieć zupełnie inne przeznaczenie.
Złapał za jedną z zasłon i szarpnął. Żabki podtrzymujące materiał puściły i ten już po chwili opadł na podłogę. Nathair chwycił za miecz i przeciął zasłonę na pół, a potem zrobił to samo z połówkę. Powtórzył czynność parę razy, by wreszcie otrzymać materiał średniej wielkości.
Musisz się przemyć. – mruknął odkręcając trzecią butelkę wody i wylewając jej trochę na materiał. Właściwie to nic nie sugerował. Z pewnością nie to, że chłopak pewnie się nie mył, tylko, że powinien się odświeżyć. Po prostu. Bez jakiegokolwiek podtekstu i złośliwości. Podszedł do niego podając mu zmoczony materiał.
I lepiej nie korzystać z naturalnej wody. Zauważyłem, że wszędzie jest ta cholerna czerwona ciecz. Nawet zbiorniki wody są tak zabarwione. – mruknął z dziwnym zastanowieniem. W sumie naprawdę działo się coś złego. To wszystko nie miało największego sensu, chociaż kiedy składało się w jedną całość to zapewne było w jakimś stopniu ze sobą powiązane. Aczkolwiek co było tego źródłem to nie miał pojęcia. Zresztą, nawet anioły wyższe hierarchią z tego co się dowiedział niezbyt wiedziała o co w tym wszystkim chodzi. Wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na Ailena z uniesioną brwią. No tak, ciekawe jak sobie poradzi z jedną ręką. Westchnął ciężko i sięgnął do jego bluzy, unosząc ją nieco ku górze.
Pomogę Ci. – mruknął zamierzając ściągnąć jego bluzę. Jeśli Ailen się opierał to Nathari użył siły. No cóż, w tej chwili przewyższał go siłą i sprawnością fizyczną. Po walce albo i nie, kiedy wreszcie Ailen nie miał na sobie góry, przycisnął mokrą szmatę do ciała chłopaka i zaczął go obmywać. I zaskakująco robił to delikatnie. Taki Kurczak pomocny.


// Co do lizaka... xD Kurczak.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"





Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 12163
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Opuszczony dom.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: Eden :: Rajskie miasto