Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «
  • 20/02. Odbyło się kolejne losowanie chorób. Sprawdź czy twoja postać wciąż jest zdorwa!
  • 20/02. Zapoluj na niedźwiedzia babilonskiego.
  • 13/02. Kto sieje mak, ten zbiera wiernych. Wypowiedz się na temat KNW!
  • 11/02. W profilu, w zakładce Contact, pojawiło się nowe pole dla chętnych: discord.
  • Trwają zapisy na bal walentynkowy! Zgłoś się z osobą towarzyszącą.
  • 05/02. Co z organizacją Drug-on? Zaproponuj.

Go down

Pisanie on 28.01.20 0:39  •  Take the risks.  Empty Take the risks.










CHRISTINE ― CHRIS ― 21 lat ― 181 cm ― 75 kg ― wagabunda


Milczała. Zaciskała czerwone jak ogień wargi w wąską linię, aż usta nie przypominały starej blizny; wspomnienia po krzywym ostrzu przecinającym twarz. Oczy, uniesione, bez echa przerażenia wpatrywały się w rozmówcę; skrzyły się jak cekiny na królewskich płaszczach, jak gwieździste, nocne niebo – bez chmur, których tak wiele w Lyrivii. Patrzyła dumnie. Nie jak zwykła, lękliwa dziewka. Nie jak matka domu, która potulnie słucha swego męża, która bez krzty własnego zdania wykonuje zlecone przezeń zadania. W jej spojrzeniu było wszystko to, czego nie cierpiano. Była pogarda. Determinacja. I wyższość.
  Nie mógł tego znieść.
  Zadarte w górę ramię naprężyło się. Świsnęła ręka. Rozległo się głuche plaśnięcie; dziwny, nienaturalny, brutalny dźwięk w samą pełnię. Na opalonym policzku wykwitł czerwony kwiat; plama rozrastała się, sięgnęła żuchwy.
  A ona, mimo uderzenia, milczała. Pozwalała ciszy na nowo zalegnąć między nimi. Pozwalała, aby sądził, że wygrał, choć wiedziała, że to uparte, to nieznośne nicniemówienie było dlań najgorsze – chciał, aby wrzeszczała, wyrywała się, aby splunęła prosto na niego. Chciał mieć rzeczywisty argument.
  Wiedząc to, była cicho. Nikt i tak by jej nie usłyszał.
  A ona...
      jakże ona kochała jego tak słabą, tak żałosną nienawiść.



— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.01.20 1:06  •  Take the risks.  Empty Re: Take the risks.










DRAGON QUEEN ― SHURI ― 16 lat ― 161 cm ― 52 kg ― wiwerna


 Zawsze miała w sercu dobro. Skorumpowane otoczenie, żądni wdzięków i bogactw kosztowni goście oraz królewskie rodziny wypełnione przepychem i ułuudą nie mogły tego zmienić. Wychowana w idei miłości nie uległa zepsuciu świata, brnąć przez życie ze szczerym uśmiechem na licu. Zawsze jej go zazdroszczono, zawsze próbowano jej go odebrać pogardą i kłamstwem. Potrafiła być jednak ponad resztą, jednocześnie pozostając równie drobną.
 Młody wiek ani status w niczym jej nie ograniczały; szła przez życie szerząc miłość, pokój oraz szacunek.
 Kochała całe królestwo, a królestwo kochało ją.


Take the risks.  Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Take the risks.  Q1-1528134252
Take the risks.  Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 28.01.20 1:25  •  Take the risks.  Empty Re: Take the risks.
Oddychała ciężko; przez nos, choć – kiedy się potykała – z głębi płuc wyrywał się przeciągły syk; wykrzywiał jej wargi, marszczył brwi. Nie potrafiła ustalić jak długo ucieka. Dziś słońce jeszcze dobrze nie wzeszło, a nogi już niosły ją przed siebie. Drżały w kolanach, ale tak naprawdę – głównie ich nie czuła. W nocy padało. Kolejne oberwanie chmury. Teraz, przez wszechobecne gorąco, temperatura była nie do zniesienia. Przy brzegu lasu, na polnej drodze, stopy zapadały się w miękkiej, śliskiej ziemi. Kiedy wybiegła na kamienną ścieżkę, zostawiła po sobie ślady butów; im dalej, tym mniej widoczne. Bluzgała na swoją chciwość i – jednocześnie – modliła się do bogów, aby zesłali jej cud.
  Na litość boską, kiedy ICH coś zeżre? Nie mogli jej gonić całą wieczność! Nawet ta przeklęta lyriviańska straż nie była tak uparta.
  – Nie sięgacie mi do pięt, kurwisyny – wysapała wściekle, strzelając roziskrzonymi oczami na boki. Dostrzegła wtedy zarys starej budowli. Kaplicę wzniesiono na samym szczycie wzgórza; nagiego i dziwnie pustego dookoła.
  Pobiegła tam jednak.
  Nie będą jej szukać w tak oczywistym miejscu.
  Wiedzieli, że była zbyt dobra, aby popełnić tak podstawowy błąd.

Kaplica nie miała dachu. To, co z niego zostało, leżało u jej stóp. Setki rozbitych dachówek, spomiędzy których wystawała trawa, osty i podbiał. Idąc po ruinach pod podeszwami czuła nierówności. Każdy kant kamiennych szczątków ranił jej nogi.
  Nie miała czasu.

– Sprawdzę – zakomunikował niski głos, kiwnięciem ramienia biorąc ze sobą dwóch rosłych, beztwarzowych mężczyzn z przybocznej straży. Szli pewnie, w ciężkich zbrojach, z mieczami obijającymi się o łydki. Rękojeści, owinięte ciasno czarną tkaniną, przypominały o przynależności do Smoczej Straży. Gorąco żołnierzom także dokuczało, ale stojące nieopodal konie zapewniały żwawsze tempo w trasie. Były użyteczne aż do wczorajszej nocy, gdy deszcz zmiękczył glebę.
  Przywódca gwardzistów wspiął się na pagórek i pchnął stare drzwi. Były wyłamane z zawiasów i dało się je przestawić jedynie na kilkanaście, może dwadzieścia centymetrów. Nie bez trudu wślizgnął się do środka. Za nim podążyło dwóch towarzyszy.
  – Nie ma jej – syknął rozdrażniony, rozglądając się dookoła raz jeszcze. Wysokie ściany, w porównaniu do dachu, sprostały architektonicznemu zadaniu.
  – Gdzie, na litość pana, mogła uciec ta ruda zdzira?
  – Ominęła kaplicę i pobiegła dalej? – zasugerował jeden z żołnierzy, kopnięciem przesuwając leżącą tuż przed czubkiem buta cegłę.
  – Psy złapały trop, prowadził tutaj. Dziwka znów wyparowała. – Rozległ się głośny dźwięk nabieranej śliny. Potem splunięcie. – Cholerna wiedźma. Mówiłem by ją spalić... niech ją tylko dorwę w swoje ręce...

... to co, ty zatłuszczony kurwiszonie? – warknęła w myślach Chris, zgrzytając zębami. Słyszała każdy ich krok. Czuła niemal. Gdy przemieszczali się, klapa do podziemi uginała się pod ich ciężarem; z jej desek sypał się piach.
  Pochyliła głowę, na którą opadły drobinki kurzu. Przytłumione głosy hardo wyzywały jej postać. Od ladacznic, oczywiście. Od przeklętych diabłów. Od czerownic – nic nowego. Trzęsła się z nienawiści. Z poczucia niesprawiedliwości.
  Słyszała tyle dobrych słów o Lyrivii. Dostrzegała prawdziwy podziw w spojrzeniach przybyszy zza Rozległego Morza. Z niektórymi rozmawiała, zaskoczona ich bezgranicznym uwielbieniem do ciepłego klimatu wyspy, do nadbrzeżnych plaż. Jak mogli nie dostrzegać skazy na tym klejnocie? Nie widzieć wyrwy w drogocennym kamieniu; wyrwy, w którą wpuszczono jad?
  Wszyscy kochali królestwo. Pałali miłością do dobrotliwego króla. Do jego pięknej, usłużnej córki – królewny, pani smoków. Oślepieni tak płomiennym uczuciem zapominali, że miasta wyrastały na popiołach. Że na obrzeżach wciąż łapano młode kobiety za szczęki, pchnięciem posyłano na łoża. Udawali, że nie widzą pokraśniałych od uderzeń policzków. Łez cieknących ciurkiem. Byli głusi na prośby, BŁAGANIA.
  Przesunęła palcami po twarzy. Opuszki prześlizgnęły się po długiej, krzywej szramie przecinającej nos.
  Wrzeszczał swoim zachrypniętym od trunku głosem, że wykole jej oczy. Ślepia szatana. Złote jak sam ogień. Gdyby w porę się nie uchyliła...
  Przeklęła bezgłośnie, ucinając wspomnienie. Widok nabrzmiałego od gniewu oblicza rozmył się, zastąpiła go ciemność. Ręka oparła się z powrotem o ścianę; nad głową wciąż dudniły kroki, nadal posykiwały rozkazy. Ale tutaj, w piwnicy, czuć było lekki podmuch wiatru.
  Po omacku ruszyła przed siebie, przyciskając do piersi...

  – Sądziłem, że przegapisz to widowisko! – szept Oliviara brzmiał jak pomruk; subtelny, koci. Cały był taki. Przypominał drapieżnika, stawiając powolne, bezszelestne kroki – stopa za stopą. Wpierw pięta. Potem palce. Nikt nigdy nie wiedział o jego obecności. Chyba że tego chciał.
  – Nie przegapiłabym tego. – Choć na głowę dziewczęcia naciągnięty był głęboki, czarny kaptur, widać było czerwoną smugę ust, które wykrzywiły się w ironicznym uśmiechu. – Niecodziennie jaśnie królewna Lyrivii objawia się zwykłemu pospólstwu.
  Oliviar przekrzywił lekko głowę i choć gest ten dla wielu nie znaczył nic, dla Christine oznaczał aż nazbyt wiele. Jej towarzysz (mogła go tak nazywać?) bez słowa wyrażał zaskoczenie.
  – Lyrivia potrzebuje silnego sojusznika – rzucił tonem, który tylko ona usłyszała. – To wielkie poświęcenie ze strony Shuri. Nie słyniemy z uległości ani pozorowanych małżeństw.
  Plac, wypełniony po brzegi hołotą, przypominał Chris rój os. Wszędzie szmery, bzyczenie – jeden wielki organizm stworzony ze słów, plotek, z wyrazów podziwu i śmiechów.
  Ona się nie śmiała.
  Patrzyła poważnie przed siebie; oczami złotymi jak ślepia smoków. I była ciekawa co powie król, co powie jego córa... była ciekawa jak zareaguje lord Argon, pan Żelaznych Ziem, któremu obiecano smocze jajo.
  Jajo, które zalegało na dnie skórzanej torby, której pas jak nigdy wcześniej ciążył na ramieniu rudowłosej.



— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 29.01.20 1:32  •  Take the risks.  Empty Re: Take the risks.
 Dzień był wybitnie gorący. Nie pamiętała, kiedy ostatnio temperatury podskoczyły do tego stopnia i mimo iż w Lyrivii żar lejący się z nieba nie był niczym nienormalnym, to coś wydawało jej się dziwne. Już otwierając rankiem oczy, miała wrażenie, jakby do rąk dano jej puzzle z niepasującymi elementami. Odepchnęła to uczucie na bok, gdy tylko w drzwiach jej sypialni zawitała służba.
 Nigdy nie ulegała królewskim schematom. Zamiast posłusznie stać w miejscu, gdy chciano pomóc jej założyć odzienie, ona odbierała tkaniny, prosząc, by nie kłopotali sobie głowy błahostkami. Arystokracja wysługiwała się pracującymi w zamkach aż nazbyt często, wychodziła więc z założenia, że do wykonania podstawowych czynności nie musiała kłopotać nikogo więcej poza samą sobą.
 – Pan ojciec przysłał panience odpowiednie szaty. Nalegał, by to właśnie one zostały dziś przez panienkę założone – skruszony głos kobiety odzianej w ciemną suknię rozbrzmiał w pomieszczeniu. Shuri miała wrażenie, że przez gęstość powietrza nie było jej w ogóle słychać. Długo stała w miejscu, opierając dłonie na kamiennym parapecie. Wyglądała przez okno, pozwalając porannym promieniom muskać nagość ciała.
 Westchnęła.
 – Tak wiele razy prosiłam, byś zwracała się do mnie po imieniu – odwróciła się w końcu, konfrontując zawstydzoną dziewkę z przyjaznym uśmiechem. – Od dziecka jesteś u mego boku. Nie wyobrażam sobie, byś traktowała mnie inaczej, niż jak równą sobie – Yntema podkręciła szybko głową. Ręce wyciągnęła przed siebie, przedstawiając oczom księżniczki wspomniane odzienie. Gest ten wyrwał kolejny ciężki oddech z płuc, ale tym razem nie powiedziała już ani słowa.
 Odesłała pomocnicę i usiadła znów na miękkich futrach ułożonych na zaścielonym łóżku. Ułożoną na udach szatę oglądała z rezerwą, ale nie dlatego, że coś było nie fakt. Sam cel, dla którego wysłano jej akurat takie odzienie napawał Shuri przygnębieniem.
 Zacisnęła zęby i wstała.
 Strój składał się... Z braku stroju. W głównej mierze. Drobne skrawki materiału łączące ręcznie plecionymi, ozdobnymi sznureczkami zakrywały najbardziej intymne miejsca, ale poza tym skóry nie zasłaniało nic. Nie czuła się z tym źle, w Lyrivii takie rzeczy noszono na porządku dziennym. Problem leżał w człowieku, dla którego kazano jej się tak ubrać.
 Po porannej toalecie wyszła z pokoju pełna werwy. Ten dzień był wszak ważny dla kogoś innego.
 – Ojcze, lordzie Gorton – skłoniła się obu mężczyznom na sekundę po przekroczeniu progu komnaty do narad. Zwykle nie pozwalano jej tam wchodzić, lecz dzisiejszy dzień był szczególny i wiedziało o tym całe królestwo. – Co się stało?
 Pojawiła się między nimi na nagłe wezwanie.
 – Shuri – zaczął jej ojciec. Głos miał poważny, wręcz ponury; również lico naznaczyły ślady głębokiego zamyślenia. Złapał ją nagle za rękę i ściągnął bliżej. Spojrzała zaskoczona wpierw na odzianego w dowódcę Smoczej Straży, później na króla. – Nie chciałem cię niepokoić w dniu zaręczyn, lecz stało się coś niedobrego. Ludzi wracających z Martwych Równin napadnięto. Nikt nie ucierpiał, lecz wiezione przez nich jajo zostało skradzione. Lord Gorton postawił już straże w stan pełnej gotowości, od samego świtu przeszukują ulice i domy, lecz bezskutecznie.
 Ręce dziewczyny opadły w dół. Opadł również cały wątpliwy entuzjazm, który jakimś cudem zdążyła w sobie nagromadzić przez czas spędzony na spacerowaniu korytarzami.
 Zmrużyła powieki i zacisnęła dłonie w pięści, nie chcąc pozwolić skumulowanej przez ostatnie sekundy złości wylać się poza drobne ciało. To jajo i dojrzewający w niej smok od samego początku należał do niej. Dostała go w podarku w dniu urodzin jak każdy w tej rodzinie. I tylko ona jedna straciła swojego podopiecznego, jeszcze nim zdążył się wykluć. Doskonale pamiętała dzień, w którym obwieszczono nowinę oraz sroga i jedyną w całym życiu kłótnię, którą przeprowadziła z ojcem. Zgorzknienie nie opuściło jej po dziś dzień.
 – Pozwól mi dosiąść Baleriona. Tylko na krótką chwilę, bym mogła poszukać jaja – poprosiła nad wyraz grzecznie, choć w głosie nie zabrakło nuty żalu. – Nie zajmie mi to wiele czasu, zdążę wrócić, zanim...
 – Dość – przerwał jej król. – Dowódca Straży ma wszystko pod kontrolą. Chyba nie wątpisz w możliwości lorda Gortona?
Pokręciła głową. Nie było sensu sprzeczać się ze słowami ojca. Nie dziś. Zacisnęła więc jedynie szczęki i skinęła sztywno głową. Ojciec – jak zwykle, gdy widział złość córki – położył dłoń na jej głowie i zmierzwił ciemne kosmyki. Nie potrafiła rozluźnić zastygłych mięśni mimo wszelkich starań.
 – Idź się przygotować – zapadające między nimi polecenie wyprowadziło dziewczynę z pomieszczenia. Normalnie dziwiłaby się milczeniu chorążego ojca, lecz buzujące w organizmie rozdrażnienie nie pozwalało ocenić sytuacji z rozwagą.
 Wyszła z komnaty, trzaskając za sobą drzwiami.
 Tylko w ten sposób mogła wyrazić bunt.

 Mogłaby przysiąc, że na placu zebrała się cała Lyrivia. Mimo żaru płynącego od słońca każdy jeden mieszkaniec miasta przyszedł oglądać, jak zapinano jej na szyi czarny płaszcz. Materiał był długi, ale bardzo zwiewny. Wszerz wyszyto rozpostarte na całą szerokość białe, smocze skrzydła; gdy płaszcz powiewał, wzory napawały wrażeniem, jakby księżniczka miała zaraz odlecieć.
 Gdzieś w tle rozbrzmiał ryk Baleriona.
 Shuri przeklęła cały cholerny świat. Mogła teraz siedzieć na jego grzbiecie i szukać własnego smoka. Nie przejmować się niczym ani nikim. A już szczególnie nie...
 – Lord Argon, władca Żelaznych Ziem – oznajmił ktoś podniosłym głosem, przedstawiając rosłego mężczyznę całemu królestwu. Ciemnowłosa patrząc na niego nie czuła niczego prócz obrzydzenia i złości. Przyklejony do ust uprzejmy uśmiech stał się maską, za którą ukryła rój buzujących myśli. Nie jemu należała się ręka księżniczki, nie jemu należało się królestwo i nie jemu – przede wszystkim – należały się smoki. Wyglądał na obleśnego w każdym calu. Parszywy, przyprawiający o mdłości uśmiech, małe, koralikowate oczy, które ledwie wystawały spod opadających powiek. Napompowane krwią, tłuste policzki, palce grubości podawanej na talerzach kiełbasy... Nie wyobrażała go sobie na koniu i w lśniącej zbroi. Lord Argon pasował jedynie na obszerne krzesło ustawione przy obficie wyłożonym stołem, ale na pewno nie na wierzchowca. Absolutnie nie na smoka.
 Materiał okrywający nagie plecy księżniczki zaszeleścił, podniesiony nagłym zrywem ciepłego wiatru.
 – Lordzie Argon, to zaszczyt gościć cię w Lyrivii. Witam cię w imieniu swoim, całego królestwa oraz mojego pana ojca, który nie jest tu obecny z wiadomych ci już przyczyn – mówiła bardzo spokojnie i uprzejmie. Uniesioną dłoń przytknęła do piersi w miejscu serca. – Ogromnie ubolewamy nad stratą, która dotknęła zarówno ciebie, jak i nas. Cała Smocza Straż dokłada wszelkich starań, by odnaleźć jajo – nienawidziła wypowiadanych własnymi ustami słów. Brzmiały jak trzeszczące zawiasy i smakowały trucizną. Wiedziała jednak, że za konsekwencję za nawet najmniejszy objaw niechęci poniesie całe królestwo. Ojciec włożył zbyt wiele pracy w sojusz, by miała go zaprzepaścić jednym krzywym spojrzeniem. Była cholera, księżniczką.
 W dniu urodzeń zobowiązano ją do czynów, których miała nadzieję nigdy nie wykonywać.
 Przemknęła wzrokiem po tłumie. Wszyscy ci ludzie liczyli na sojusz. I mimo iż sama wątpiła w użyteczność Żelaznych Ziem, to mieszkańcy wydawali się zadowoleni. Do końca miała nadzieję, że Lyrivia będzie umieć walczyć sama o siebie, że pokaże światu swoją niezależność i potęgę. Widziała siłę w swoich ludziach. W synu pasterza, w zielarce, w opiekunce sierot, w chłopaku stojącym przy drzewie i w dziewczynie, która kryła oblicze pod cieniem kaptura.
 Nikt nie miał prawa nazywać ich słabymi.
 Oblepiona potem dłoń wyrwała ją z zamyśleń. Tłuste palce dotykające lekkim muśnięciem biodra podniosły wzrok Shuri na stojącego nagle zbyt blisko mężczyznę. Znacznie nad nią górował, lecz nie wydawała się onieśmielona.
 – To żaden problem – oznajmił nagle. – Rycerze Żelaznych Ziem dołączą do poszukiwań. Chciałbym, by lód mojej przyszłej żony dostrzegł mą dobroć – krzywy uśmiech podniósł wargi lorda zza dalekich wód. Cuchnęło mu z ust rybami i solą, więc Shuri wygięła usta w uprzejmym wyrazie i ręką wskazała mu drogę do komnat, w których mógł odpocząć.
 Balerion rozbrzmiał zza gór po raz kolejny. Wydawał się dziś wyjątkowo niespokojny. Nie mogła go winić.
 – Mieszkańcy Lyrivii – zwróciła się nagle do poddanych. – Dzisiejszego ranka, tuż przed świtem zostało skradzione smocze jajo. Sprowadzono je do nas na przyjazd władcy Żelaznych Ziem, miało zostać mu podarowane w postaci prezentu ślubnego, lecz zaginęło. Jeżeli którekolwiek z was posiada informacje lub chciałoby dołączyć się do poszukiwań, proszę o bezpośredni kontakt z królewską strażą.
Do diabla ze strażą, myślała pełna goryczy. Gdyby nie rola, którą kazano ją odgrywać, już dawno biegałaby ulicami miasta lub szybowała wysoko ponad chmurami, biorąc sprawy we własne ręce. Nienawidziła bierności.
 Raz jeszcze powiodła spojrzeniem czekoladowych oczu po tłumie. Zmartwiony wzrok zatrzymała na rudych kosmykach wystających spod materiału kaptura.
 W takt ostatnich słów dziewczyny rozbrzmiały również metaliczne odgłosy kroków. Rycerze wlali się między tłum, czekając na ewentualnych kandydatów, na informacje. Obserwując w ciszy, ale z uwagą.


Take the risks.  Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Take the risks.  Q1-1528134252
Take the risks.  Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 13.02.20 23:21  •  Take the risks.  Empty Re: Take the risks.
   Chris doskonale orientowała się w swoim beznadziejnym położeniu; widziała różnicę między sobą a którymkolwiek człowiekiem na dworze. Na twarzach zebranych dostrzegała niegasnącą miłość, służalcze uwielbienie. Daliby się kroić i mimo bólu dziękowaliby królowi za jego dobroć. Głupota osaczyła ich umysły, skurczyła je do ziarnka maku. Nic nie wiecie, szepnęła do nich, choć słowa nigdy nie wymknęły się poza obręb myśli. Spod ciemnego kaptura przypatrywała się balkonowi, na którym prężyła się sylwetka pana lyriviańskich ziem. Nic, wy głupie owce.
   Nie planowała tego – naprawdę. Kiedy natrafiła na rewelacyjnie zorganizowany obóz Smoczej Gwardii, naszła ją ochota by uciec chyłkiem kuląc pod siebie ogon. Wtedy jej jeszcze nie spostrzegli, miała więcej niż sto procent szans na pozostawienie ich w tyle – nie wyrządzając szkody ani sobie, ani im. Polowała na Martwych Równinach od kilku tygodni i wiedziała, że tak czy inaczej będzie zmuszona się wynieść. Wieści roznosiły się zbyt prędko i wkrótce królewscy żołnierze zjawiliby się nie tylko przelotem, a z wystosowanym rozkazem pozbycia się dewiantki grasującej nielegalnie na tych terenach. Musiała jednak jeść.
   Co ją wtedy zatrzymało?
   Pluła sobie w twarz za podjęte ryzyko. Nienawidziła kwasu zalewającego wyczerpane od biegu mięśnie. Nienawidziła oddechu wymykającego się z płuc, gdy ostatkiem sił umykała strzałom i nożom. Jednocześnie czuła się wolna. Wreszcie świadoma tego, jak wiele potrafi osiągnąć. Jak kruche są podstawy Lyrivii mimo smoków broniących ram królestwa.
   Cóż zrobią bez przetargowego prezentu?
   Krwiste wargi lekko się wykrzywiły. Dostrzegł to jedynie Oliviar, kątem oka wychwytując ten niewielki skrawek oblicza Chris. Sam zacisnął usta, ale nic nie powiedział. Może nawet chciał, ale wrzawa jaka nagle wybuchła na dziedzińcu, cofnęła go o krok. Plecami przylgnął ciasno do ściany i wbił spojrzenie prosto w księżniczkę.
   Chris także tam patrzyła, choć głębokie nakrycie głowy rzucało cień na jej twarz; cień, który, niemal pełną czernią, osłaniał oczy i część nosa. Jedynie uśmiech – tylko on czaił się w kącikach ust, widoczny dla tych, którzy nie traktowali Shuri jak bóstwa.
   Źrenice zebranych reagowały jednak na córkę króla jak opiłki na magnes. Jeden jej krok i każda para oczu przeskakiwała o milimetr, aby nadążyć za ruchem.
   Skórzana torba, ogromna i ciężka, grzała udo Chris. Jajo wewnątrz było gorące, niemal paliło. Kiedy je oglądała – co zrobiła tylko przez sekundę, przez dosłownie ulotną chwilę – pulsowało od środka złotym blaskiem. Musiała owinąć je w stare szmaty, aby świetliste, rytmiczne bicie nie prześwitywało przez czarny materiał.
   Stała tutaj, ramię przy ramieniu z jednym z królewskich najemników, wśród wiernych Lyrińczyków, stojąc idealnie naprzeciw zwracającej się do tłumu królewny – i nikt, do diabła, NIKT nie mógł jej odebrać rozbawienia narastającego w przełyku.
   Nawet słowa Shuri, wywołujące oburzenie u innych, nakazujące Chris stłamsić w sobie wesołość, aby nie rzucać się w oczy, nie wydać się dziwną, nie zdradzić się – nawet one nie były w stanie zobojętnić miny.
   Chris usłyszała jak Oliviar gwałtownie wciąga powietrze, a chwilę później, prawie bezgłośnie, szepcze w przestrzeń:
   – Niemożliwe... ślubny prezent? – A zaraz potem, obracając głowę, zerknął w bok na swoją towarzyszkę: – Na litość Iosa, to opóźni ślub!
   – Wielka szkoda, prawda? – podchwyciła Chris, przykładając rękę do warg. Mrowiły ją. Uspokój się, do diabła! Nawet Oliviar byłby chętny, aby oddać twój łeb lyriviańskiej straży!
   – Szkoda? – podjął kompan, nie tłumiąc rozdrażnionego westchnięcia. – To prawdziwa tragedia! Kto miałby czelność? Gdybym się dowiedział, złapałbym za szmaty i sam zawlókł pod buty gwardzistów!
   Ostatnie słowa warknął, rzucając ogniste spojrzenie prosto w puste miejsce. Rozejrzał się jeszcze za Chris, ale dziewczyny nigdzie nie było.
   – Znika najpierw jajo, teraz ona. Szlag by i ciebie, Chris!

[…]

   Późny wieczór był niemożliwie cichy. Chris siedziała na parapecie, przyglądając się jak połowa nieba staje się granatowa, a druga – której ostatkami sił towarzyszyło słońce – mieni się głęboką czerwienią, żółcią i fioletem.
   Skrzyżowała nogi w kostkach, przegryzając twarde jabłko. Na kolanach trzymała torbę, luźno.
   Gdy zbyt mocno przyciskała ekwipunek do ciała – parzyło ją, jakby obejmowała zdjęty z paleniska garniec.

[…]

   Ze swojej siedziby miała doskonały widok na prężący się na górze zamek. Gdy mrużyła oczy i wytężała wzrok dostrzegała nawet zarys balkonu, na którym wygłoszono przemówienie.
   Musiała przyznać, że ją zaskoczyli.
   Nie tak, jak ona ich, kradnąc smocze jajo sprzed nosa uzbrojonych po zęby żołnierzy. Ale dość mocno.
   Nie zakładała, że przyznają się do porażki. Co ich do tego pokusiło? To, że lud liczył na jak najszybsze zamążpójście młodej królewny, a bez ofiary dla pana Żelaznych Ziem było to niemożliwe albo uwłaczające? Czy może król obawiał się, że smocze jajo jest już stracone – ale mimo tego żywił nadzieję i to skusiło go do tak radykalnego odsłonięcia się? Choć mieszkańcy uwielbiali króla, wciąż byli tu tacy, którzy spluwali na herb Lyrivii. To właśnie oni rozniosą plotki. Zaczną przypominać; wytykać błędy. Rozlegną się szepty nad kuflami pełnymi piwa; Smocza Straż nie jest taka dobra, skoro nie uchroniła najcenniejszego skarbu królestwa, prawda?  
   Chris zmarszczyła brwi, uchylając lekko torbę. Chusty, którymi mocno owinęła zawiniątko, nie przepuszczały złocistej poświaty – wiedziała jednak, że gdyby odciągnęła materiał, dostrzegłaby rytmiczne pulsowanie światła.
   – Co mam z tobą zrobić, maleńki? – wymamrotała, przesuwając palcami po grubej tkaninie. Rozchylone usta zamarły w następnym słowie. Miała tyle wątpliwości – i nikogo, z kim mogła się nimi podzielić. Teraz, gdy wreszcie się odważyła, kolejne pytanie zastąpił odgłos głośnego walenia do drzwi.
   Psia ich mać.
   Straże?
[…]

   Chaos zarzucił łbem, gdy ściągnęła wodze, zatrzymując go w miejscu. Z pyska konia wyrwało się chrapnięcie, gdy uniósł się na tylnych nogach, a potem gwałtownie opadł przednimi na bruk.
   Chris obejrzała się za siebie.
   Z knajpy Pod Wilczym Kłem wymknęła się cicho. Ile potrzebowali, aby zorientować się, że walili w drzwi pustego pokoju? Ile dali karczmarzowi, aby sprzedał jej rysopis?
   Czy to w ogóle była straż?
   Może Oliviar, potrafiący wytropić ją z każdego zakątka świata?
   Była przewrażliwiona?
   – Nie mamy czasu, Chaosie – szepnęła do wierzchowca, gładząc oprawioną w rękawiczkę dłonią po smukłej, czarnej jak ebonit szyi zwierzęcia. Koń znów uniósł łeb, a potem opuścił go szybko; zastrzygł uszami. – Wiem, co mamy zrobić.
   Potem uderzyła piętami w boki rumaka i pognała przez las prosto w stronę głębin Lyrivii.
   Musiała tylko wydostać się z miasta.



— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
                                         
Arcanine
Wilczur     Poziom E
Arcanine
Wilczur     Poziom E
 
 
 


Powrót do góry Go down

Pisanie on 18.02.20 2:30  •  Take the risks.  Empty Re: Take the risks.
  Była pewna, że znajdą się chętni do pomocy. Nie podejrzewała jednak, że będzie ich aż tak wielu.
  Z mieszanymi uczuciami obserwowała mieszkańców miasta tłumnie garnących się do straży. Wiedzieli coś? Wątpiła. Chcieli pomóc z dobroci serca mimo braku narzędzi? Szczerze w to wierzyła.
  Obejrzała się przez ramię.
  Lord Gorton, dowódca Smoczej Straży, stał niedaleko niej. Długo nie odrywała od niego spojrzenia, mając nadzieję, że mężczyzna w jej oczach dostrzeże żal, który kłębił się w nich od ostatnich kilku miesięcy. Mogła być teraz gdzieś indziej, gdziekolwiek. Wysoko w przestworzach, daleko od zamku na równinach i w lasach, które zamieszkiwały hodowane przez jej rodzinę smoki. Mogła sprawdzać, czy wciąż żyje im się dobrze, czy mają wszystkiego pod dostatkiem. Mogła też pomagać w królewskiej stajni lub przy ogrodach; drzewa brzoskwiniowe pewnie już obrodziły, gałęzie właśnie w tym momencie mogły uginać się od ciężkich owoców.
  Westchnęła.
  – Księżniczko...? – podłapał chorąży jej ojca, postępując krok naprzód, dłoń kładąc w gotowości na skórzanej rękojeści ogromnego miecza. Zachodziła w głowę, jakim cudem jego ramiona nie uginały się pod ciężarem stali.
  – Nawet ty nie będziesz w stanie przekonać ojca, mam rację? – zaryzykowała pytanie, pozwalając dowódcy chwycić się pod ramię. Poprowadził ją naprzód, wszak nadano jej obowiązek oprowadzenia przyszłego męża po zamku. Na samą myśl brały ją wymioty.
  – Shuri – odezwał się dopiero gdy wkroczyli w cisze kamiennych korytarzy. Skała, z której wybudowano budowlę, ciepłem dorównywała żywym organizmom. Całkiem, jakby pod wierzchnią warstwą płynęła gorąca krew. – Dobrze wiesz, jaki potrafi być uparty. Kazał wszystkim mieć cię na oku. Nie pozwoli ci się wymknąć, żeby szukać jaja lorda Argona – głos miał ciepły, taki, jakiego nikt inny nie mógł uświadczyć w jego towarzystwie. Chciał zapanować nad młodzieńczą, skorą do buntu naturą Shuri, choć w głębi duszy nie był pewien, czy to w ogóle możliwe.
  Dziewczyna zagryzła wargę. Skinęła sztywno głową i wyplątała rękę z uścisku strażnika, by szybkim krokiem przemknąć wzdłuż korytarza. Zatrzymała się dopiero na zakręcie, przez ramię posyłając opiekunowi chłodne spojrzenie.
 – Jajo nie należy i nigdy nie będzie należeć do lorda Argona. Jest moje, zawsze było.

[…]


  Nienawidziła go. Szczerze go nienawidziła. Nie wiedziała jedynie, co odrzucało ją najbardziej – jego głos, jego pycha, jego zachowanie, czy może jego dotyk; stale kładł na niej łapska, lecz odnalazł w sobie na tyle rozumu, by robić to w taki sposób, żeby nie mogła odmówić, strząsnąć jego łapska. Przesuwał dłonią po jej włosach, łapał za ramię, dotykał boku i subtelnie obejmował. Skórę miał oblepioną potem, najwyraźniej klimat Lyrivii niezbyt mu służył.
  Nigdy nie czuła się tak brudna.
  – To twoja komnata, lordzie Argon. Została starannie wysprzątana i przygotowana na wizytę. Wszystkie twoje rzeczy są już w środku – powiedziała, gdy wraz z przyszłym mężem dotarli pod odpowiednie wrota. Jako pierwsza nacisnęła ciężką, mosiężną klamkę, przepuszczając jednak mężczyznę przodem. Jego małe, paciorkowate oczka przemknęły po całej sylwetce Shuri, gdy mijał ją w przejściu.
  Chciała się wzdrygnąć.
  – Może zechciałabyś obejrzeć wnętrze komnaty wraz ze mną? – mogłaby przysiąc, że się oblizał. – Przyszli małżonkowie powinni zawiązywać relację od samego początku – splecione w palcach dłonie oparł na wydętym brzuchu.
  Ile zaserwowanej godzinę wcześniej kolacji pożarł?
  Ciekawe, czy ostały się jakieś ostatki dla reszty gości.
  – Wybacz mi, lordzie Argon, lecz mam obowiązki, które muszę wykonać. Ojciec byłbym niepocieszony, gdybym opuściła którekolwiek z zajęć – odparła uprzejmie. Od razu poczuła się wdzięczna wszystkim nauczycielom, którzy pokazali jej jak przemawiać w roli księżniczki. Odpowiedni ton, subtelny gest, delikatne dygnięcie i skinienie głowy.
  – Twój pan ojciec na pewnie nie będzie miał nic przeciwko, gdy osobiście go poproszę.
  Był uparty, musiała mu to przyznać.
  Nie wiedział jednak, że trafiła mu się twarda zawodniczka.
  – Wybacz mą śmiałość, lordzie, lecz myślę, iż ojciec nawet w takim przypadku nie ulegnie. Muszę cię przeprosić, niemniej życzę udanego spoczynku. Kolacja zostanie dostarczona do twojej komnaty, gdy nadejdzie odpowiednia pora.

[…]


  Czekała do zachodu słońca. Gdy tylko złoty okrąg zaczął ubierać niebo w fiolety, czerwienie i pomarańcze, księżniczka zaczęła działać.
  Wyciągnęła szatę; pierwszy lepszy płaszcz, czarny i prosty. Taki, w którym nikt nie zwróciłby na niej większej uwagi.
  Nasunęła kaptur na głowę i pomknęła wzdłuż korytarzy.
  Szła w pośpiechu, ale zważała na każdy krok. Nie chciała żadnego przypadkowego ogona, niepotrzebni jej byli świadkowie, już i tak wystarczająco ryzykowała. Poczuła się pewniej dopiero w momencie, w którym miękka trawa musnęła nagie stopy. Rozległe pola za zamkowymi ogrodami ciągnęły się na długie kilometry. Źdźbła były soczyście zielone i delikatne, szło się po nim jak po puchatym dywanie.
  W sielankowym obrazie nie pasował tylko jeden element. Dość spory element.
  Shuri zadarła głowę, mierząc wzrokiem tyle sylwetki smoka, ile była w stanie objął spojrzeniem bestia była ogromna, o ile nie największa z nich wszystkich. Wielkością mógł przerastać nawet zamek, sama już nie była pewna.
  Wiedział, że tu była, toteż czekała w spokoju aż uchyli powieki. Była gotowa przysiąc, że jego złote ślepia składały się z płynnego złota, bo gdy tylko zobaczyła jego tęczówki, przebiegało przez nie milion ciemniejszych i jaśniejszych żyłek.
  Chuchnął w nią ciepłym powietrzem. Płaszcz załopotał na wietrze.
  – Balerionie – powiedziała nagle. Głos miała miękki i delikatny, jakby zwracała się do drugiego człowieka, a nie ogromnego potwora. Przesunął łbem po ziemi i przechylił go na bok, by mogła bez wysiłku ułożyć drobną dłoń na grzbiecie jego pyska.
  Zadowolony pomruk rozbrzmiał wśród nocnej ciszy.
  – Proszę, leć go znaleźć. Odszukaj moje jajo i sprowadź ja z powrotem – przytknęła czoło do ciepłych łusek smoka. Jego skrzydła drgnęły, a ogon smagnął z mocą w ziemię. – Przysięgam bronić je przed tym utuczonym knurem, ale proszę, odnajdź je.
  Nigdy nie wątpiła w inteligencję smoków. Balerion potwierdzał jej tę teorię od dnia, w którym przyszła na świat. Nie musiała mówić, by wiedział, co siedziało jej w głowie.
  Bestia cofnęła mordę.
  Bordowo-czarne skrzydła rozpostarły się na tle barwnego nieba i uniosły jaszczura wysoko w powietrze.

[…]


  Noc była zdecydowanie zbyt spokojna, wręcz grobowa.
  Gdzieś w tle nagle rozległ się donośny ryk Baleriona.

[…]


  Od samego świtu, jeszcze nim ptaki zdążyły stać, słyszała dźwięczenie biegnącej na dziedzińcu Smoczej Straży. Biegła więc ile tchu. Chciała zdążyć, zanim hałas obudzi służbę, lorda Argona, zanim obudzi jej ojca. Po prostu musiała być tam pierwsza.
  I rzeczywiście była.
  Gdy wpadła do wielkiej sali wypełnionej po brzegi strażą włosy miała rozwiane od biegu, oddech przyspieszony, a spojrzenie rozbiegane. Nie wiedziała, czy skupić wzrok na lordzie Gortonie, jego podwładnych, na złodzieju, czy może na...
  – Udało mu się – wyszeptała ledwo słyszalnie, spotykając oczy z leżącym na szmatach jaju. Od razu do niego podbiegła. Padła na kolana i objęła ramionami pulsującą od temperatury skorupę. Gorąco jej nie parzyło, czuła jedynie ulgę.
  Jednocześnie przepełniał ją strach, bo wiedziała, że za moment, już za chwilę wpadnie tu cała reszta. Ludzie mieszkający na zamku, król, pan Żelaznych Ziem...
  Zacisnęła wpierw powieki, później zęby.


Take the risks.  Pine_threes_f2u_by_ao_no_lupus-d9ydzfl
Take the risks.  Q1-1528134252
Take the risks.  Q2-1528134392
                                         
Rhett
Kundel     Opętany
Rhett
Kundel     Opętany
 
 
 


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down


 
Nie możesz odpowiadać w tematach