Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «
  • 07/12. Są dwie niewielkie propozycje. Jedna dotyczy schematów - wypowiedz się, druga Pustej Miski - tutaj.
  • 07/12. Fabularny romans do Bernardynów. Zerknij.
  • 05/12. Do 14 grudnia do godziny 20:00 jest czas na wznowienie wątków z przeszłości oraz alternatywnych. W razie pytań należy napisać pw do Rhetta.
  • 16/11. Zapisy na indywidualne wydarzenie dla S.SPEC. Weź udział w wyprawie!
  • 13/11. Do 17 listopada, do godziny 20:00, trwa halloweenowy plebiscyt! Zagłosuj!
  • 04/11. Kolejne ogłoszenie dotyczące zmian. Rzuć okiem.

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Go down

Pisanie on 28.07.19 23:46  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
Nie narzekał na brak wygody. Odwykł od niej dawno temu. Posłanie Yuna było mniej więcej tak wygodne, jak jego własne, czyli po przebudzeniu plecy i kark będą przeżywały katusze. Już teraz czuł twardą, niewygodną strukturę materacu, która wżynała się w jego ciało, ale nadal wolał to niż wyłożoną kurzem podłogę.
  — Dobranoc — cichy pomruk wydobył się z gardła bernardyna.  
  Zmęczenie nie przejęło od razu nad nim kontroli. Zanim zasnął, przynajmniej trzydzieści minut spędził na przewracaniu się z boku na boku w poszukiwaniu dogodniejszej pozycji. Ręce mu zdrętwiały i musiał wycofać je spod głowy, a potem nie wiedział, co z nim zrobić, gdzie je schować. Zdecydował w końcu opuścić je wzdłuż ciała. Przez kolejne półgodziny rozmyślał o starych czasach wspomnianych wcześniej przez Chińczyka, choć lwia część z nich została pokryta przez płachtę niepamięci. Rozpamiętywał jednak epizody, które przetrwały. Większość z nich dotyczyła tego, jak Yun troszczył się o innych, zwłaszcza o dzieci. Zawsze miał do nich słabość, czego bernardyn nigdy nie potrafił zrozumieć, ale nie odmawiał, gdy któremuś z podpieczonych mężczyzny działa się fizyczna krzywda. Robił wszystko, by je wyleczyć, złożyć do kupy, nie pozwalał, aby umarły od gorączki, aby rozłożyła je choroba, aby umarły na oczach Wuxiana. Wówczas nie kierowała nim dobroć, czy obowiązek, pieprzony kodeks moralny. Przynosił im ulgę w cierpieniu, bo chciał zobaczyć jak na twarzy zwykle oszczędnego w emocje cerbera pojawia się bardziej ekspresyjny wyraz. Uwielbiał jak się uśmiechał, choć robił to stosunkowo rzadko, ale kiedy to robił - dech zapierał Jekyllowi w piersi. Wtedy nie wiedział czemu tak wariował na punkcie ruchu mięśni twarzy, ale dziś jego świadomość wzrosła. Wzrosła, bo ponownie go ujrzał, bo ponownie poczuł się jak wtedy - tak samo bezradny, chwiejny na nogach, skuty kajdanami przywiązania.
  Zerknął ku swojej pogrążonej we śnie miłostce, a z ust uleciało ciche westchnienie. Oddech w kontakcie z chłodnym powietrzem przekształcił się w obłoczek pary, lecz przez panujący w pokoju mrok, doktor jej nie ujrzał. Wpatrywał się w niego do momentu, aż nie zmorzył go sen.
  Kiedy świadomość uciekła, przestał panować nad odruchami własnego organizmu, który domagał się ciepła. Odnalazł go w ciele właściciela pokoju. Doktor przyległ do pleców mężczyzny, wtulając twarz w jego kark. I w końcu znalazł zastosowanie dla rąk; objął delikatnie czarnowłosego w pasie. Tak było znaczniej cieplej i wygodniej. Na jego ustach mimowolnie ukazał się subtelny zarys uśmiechu.

  — Obudź się.
  Usłyszał czyjś oddech tuż przy ucho, ale nie zareagował.
  — Jeszcze chwila  — wymamrotał, przewracając się na drugi bok. — Albo dwie  — dodał nieprzytomnie.
  — Teraz! —  Szept przeszedł w rozkaz. Barwa głosu zabrzmiało znajomo i obco jednocześnie. Była szorstka, ale także koiła nerwy. Jekyll nie mógł zdecydować się na jedną z tych dwóch opcji.  — Wstawaj, Locklear! — Wraz z tymi słowami poczuł na gardle chłodną powierzchnie metalu. — Chcesz przegapić własną śmierć? Nie ma sprawy, ale wolałbym patrzeć ci w oczy, tak jak ty patrzyłeś w moje, gdy próbowałeś mnie zatłuc na śmierć tym przeklętym kamieniem.  
  Bernardyn w końcu otworzył oczy. Pierwszą rzecz jaką ujrzał była twarz Chińczyka. Na znajomych ustach widniał szeroki, psychodeliczny uśmiech, zaś w oczach dostrzegł mord. Wypuścił do ust nową dawkę powietrza. Było gorące, paliło go w gardło jak wyjątkowo ostra potrwa.
  — Rozpoznajesz? — zapytał, machając mu przed oczami charakterystycznym narzędziem.
  Skalpel. Lekarz dostrzegł w jego ręku  skalpel. Ostrze przyrządu chirurgicznego zalśniło w promieniach słońca które zaglądało do środka przez pozbawione szyby okno. To ten sam skalpel, który cerber wytrącił mu z ręki. Długowłosy przełknął ślinę.
  — Krótka instrukcja, Locklear. Jak usunąć serce?
  Szaleńczy uśmiech poszerzył się na wargach cerbera, kiedy wbił nóż w klatkę piersiową Jekylla. Próbował się wyrwać, ale czarnowłosy przywiązał go do metalowej konstrukcji.
  — Szarpiąc się, nic nie wskórasz. Będzie bolało bardziej.
  Spróbował krzyknąć, ale gardło odmówiło mu posłuszeństwa. Spomiędzy mocno zaciśniętych zębów uleciał jedynie cichy, stłumiony przez śmiech mściciela jęk.
  — Ja... Y-un...
  — Skup się. Zależy mi na precyzji.
  Mężczyzna bez wysiłku pogłębił ranę, pociągając zaostrzonym skalpelem wzdłuż lewej piersi. Lekarz miał wrażenie, że ktoś przyłożył mu rozgrzany pręt do skóry.
  — Chirurgicznej precyzji...

  Wrzask wydobył się z jego gardła, choć fizycznie nie uleciał z niego nawet pojedynczy dźwięk. Obudził się przepony, drżący na odrętwiałym ciele. Dyszał ciężko, jakby właśnie pokonał cały maraton w rekordowym czasie. Próbował wstać, usiądź, sięgnąć po jedną butelkę leżącą na podłodze  w skrzyni, ale ani drgnął; mięśnie przestały współpracować, a do umysłu zakradła się panika. To Yun. Na pewno on. Uśpił jego czujność. Wstrzyknął mu do krwiobiegu jakieś świństwo, a teraz zacznie się po nim mścić. Jak we śnie.
  We śnie.
  Właśnie, to był tylko sen. Tylko sen. Jeden z wielu koszmarów, który regularnie nawiedzał go nocą, jednak teraz przybrał odrobinę inną formę niż zwykle. A skurcz mięśni, niedowład ciała?
  Paraliż, znowu ten cholerny paraliż.
  Ze spojrzeniem wbitym w sufit kontemplował znajdujące się na nim skazy. Ujrzał wilgoć i schodzącą farbę. Zatęsknił za domem. Prawdziwym domem. Miejscem, gdzie był znany jako Halliwell Locklear
  Mrok panujący w pokoju został rozproszony przez światło. Nadchodził nowy dzień, a bernardyn nie mógł się ruszyć nawet o milimetr.
  Ile to potrwa? Półgodziny? Godzinę? Dwie?
  Chciało mu się pić. Chciało mu się szczać. Chciało mu się wyć.


Pokój 117 - Page 2 1D2WvZ6
                                         
Jekyll
Bernardyn     Opętany
Jekyll
Bernardyn     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Dr Jekyll, znany również jako Kyle.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 05.08.19 12:40  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
  Niepokoiła go pustka. Brak snów był jak psychiczny bezdech. Czarna przestrzeń jak śmierć. Nie śniąc umierał.
  Otworzył oczy gwałtownie, a mrok ponad jego głową rozmył się jak na życzenie. Nie mogło minąć wiele czasu. Noc nadal była gęsta i przejmująco czarna. Sklepienie pokryło się gęstymi chmurami, powietrze pochłodniało i wdzierało się do wnętrza przez dziurę w ścianie. Przemarzł na całym ciele, lecz największy chłód szalał wewnątrz jego myśli. Organizm domagał się wizji jak narkotyku, Zanim zregenerować siły przebudził się wyczerpany.
Wiesz, gdzie mnie znaleźć, Śniący...
  Opanował szarpany oddech. Przez kilka minut leżał wpatrując się wyłącznie w deski na suficie, ale fala gorąca i ścisk w żołądku zniknęły. Bez wątpienia mogło mieć z tym coś wspólnego raczenie się alkoholem po pełnym dniu wysiłku. Jedzenia przecież prawie nie tknął.
  Przekręcił się ostrożnie na bok. Skraj materaca nie pozwalał na śmielszy ruch. Centymetr po centymetrze zmienił pozycję, przenosząc wzrok na Jekylla. Niemal natychmiast znowu zaparło mu dech w piersiach. Widział przed sobą zupełnie innego człowieka. Pogrążonego w śnie, zrelaksowanego. Kącik ust wyginał mu się ku górze, jak w pewnym siebie uśmiechu.
O czym śnisz?
  Ostrożnym gestem zebrał kosmyki włosów sprzed jego twarzy i przesunął je na tył. Jakim cudem nie przeszkadzały mu w codziennych czynnościach? Nawet związane oplatały jego kark i w niekontrolowany sposób rozsypywały się wokół ramion.
  Od razu przypomniało mu się kilka dziewczynek z Nowej Desperacji, które miał okazję uczyć. Z początku nie potrafił odróżnić ich od chłopców. Matki, nawet posiadając przyjemne dla dziewczęce oka ciuchy, wolały ubierać je w obdarte, chłopięce szmaty, żeby zbytnio się nie wyróżniały. Obcinały im też włosy, zarówno dla polepszenia efektu transformacji jak i z powodu higieny. Krótkie włosy łatwiej było utrzymać w czystości, co przy Desperackich warunkach było nie lada zadaniem. Mniej więcej z tego samego powodu on też strzygł się w ten sposób.
  Wypuścił kosmyk włosów Bernardyna z dłoni, przyłapując się na tym, że miętosi go w palcach jednocześnie myśląc w jak bardzo absurdalnej sytuacji się znalazł. Apokalipsa pozbawiła ludzi skrupułów. Były zbędne w walce o przetrwanie nie mówiąc już o dążeniu ku szczęściu. Niewiele rzeczy potrafiło go zadowolić.
  Spojrzał na twarz Lockleara.
  Kiedyś traktował go jak brata. To rodziny najbardziej potrzebował. Po tym, gdy odkrył w Chinach, że żadne z dwójki jego młodszego rodzeństwa nie przeżyło pierwszej fali wirusa nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Mniej więcej wtedy właśnie dopadła go apatia w formie, którą przejawiał setki lat później i nawet teraz. Jakiegoś dnia przyłapał się na tym, że szuka zastępstwa dla ludzi, którzy odchodzili od niego, gdy potrafił jeszcze odwzajemnić uczucia. Największym problemem było to, że tamci ludzie już nie żyli. Mógł im więc przypisywać cechy ideałów, więc kiedy próbował odnaleźć ich kopie, jedynie się zawodził.
  Ulgę przynosiła tylko iluzja. Sny.
  Wyślizgnął się powoli na skraj łóżka, a potem osunął się do poziomu podłogi. Ręka kilkoma ruchami po omacku natrafiła na znajomą powierzchnię zwierzęcej maski, która idealnie pasowała na jego twarz. Oparł się plecami o ścianę i na wpół siedząco pogrążył w swoim narkotyku.
  Tym razem sen przyszedł natychmiast.

  Czas pobudki był jak pukanie do drzwi. Mógł przerwać wszystko co robi i podbiec do nich. Mógł otworzyć je natychmiast, albo czekać, skryty bezpiecznie po przeciwnej stronie w nadziei, że odgłos ustanie. Od rzeczywistości dzieliła go ich cienka powierzchnia. Wypadało otworzyć, chociażby po to, aby nie zamknąć się na wieczność w bezpiecznych czterech ścianach. Nie można było jednak przewidzieć, czy to, co leży za progiem będzie przyjemne, warte wysiłku.
  Powoli rozchylił jedno oko. Przez wąskie otwory przedzierało się ostre słońce, które przez pozbawione szyb ramy wlewało się do pokoju na potęgę. Pomieszczenie skierowane było na wschód, a ognista gwiazda unosiła się ponad horyzontem mniej więcej wtedy, gdy Yume musiał zacząć szykować się do kolejnej dostawy.
  Nieśpiesznie odłożył na bok lisią maskę i przemył twarz wodą z wiadra, która przez noc wystygła. Skrajem podkoszulka starł z niej wilgoć, a potem sam ciuch zsunął z ramion i cisnął na blat. Śniadanie w formie wczorajszej kolacji czekało tuż obok.
  — Obudź się księżniczko, mamy towar do sprzedania — oznajmił głośno, zerkając ku Jekyllowi.
  Ostatecznie oddał mu w posiadanie całą powierzchnię materaca. Bolał go tyłek i plecy. Spanie na siedząco nie było najwygodniejsze, ale w pewnym stopniu zaspokajało potrzebę odpoczynku. Dwa kroki wystarczyły, by znalazł się przy metalowej konstrukcji łóżka, pokój nie był zbyt przestronny. Spojrzał na bernardyna z góry. W jego podkrążonych oczach krył się cień pogardy.
  Usiadł ciężko na krawędzi. Materac zafalował.
  — Wiem, że mnie słyszysz. — Zaczął, opierając łokcie na kolanach i siedząc w zgarbieniu. — Minęło dużo czasu, więc myślałem, że dałeś sobie spokój. Po tym wszystkim. — Schował podbródek w zaplecionych dłoniach, ale mówił wyraźnie. Jak nauczyciel do dzieci, dorosły człowiek któremu słowa ciążą na języku. — Miałeś kurwa odwagę próbować się mnie pozbyć, ale brakuje ci jaj żeby przyznać się do uczuć? Widzę jak na mnie patrzysz. Może jesteś skromny w słowach, ale spojrzenie to co innego. — Parsknął kpiąco. — Może ty faktycznie nie masz jaj?
  Wyciągnął z bocznej kieszeni spodni skalpel. Całkowicie o nim zapomniał. Spędził z ostrym narzędziem w kieszeni całą noc i jakimś cudem nie nabawił się nowych dziur w spodniach. Teraz zaczął obracać przedmiot w dłoni. Przez moment słońce padło na płaską powierzchnię ostrza i odbiło się świetlnym zajączkiem na twarz bernardyna.
  — Pewnie dostałbyś zawału ze szczęścia, gdybym cię tkną — mówił nieprzyjemnie, a potem nachylił się w stronę blatu gdzie odłożył narzędzie. Zawisł w tej pozie, a potem wolną, chłodną od nocnego powietrza dłoń wsunął pod koszulkę Jekylla. — Na przykład tak.



cross over and turn
feel the spot don't let it burn
we all want we all yearn
be soft don't be stern

Pokój 117 - Page 2 4Y5mQC3

lullaby was not supposed to make you cry
i sang the words i meant
i sang


                                         
Yume
Opętany
Yume
Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yun Wuxian Mei


Powrót do góry Go down

Pisanie on 05.08.19 19:49  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
Paraliż ustąpił w rekordowym czasie, po upływie trzech minut. Oddech unormował się chwilę później, a wraz z tym bezwład odpuścił. Było tylko mrowienie, jakby stado mrówek urządziło sobie spacer po jekyllowym ciele. Przewrócił się na drugi bok i przymknął powieki, ale po chwili znowu przybrał poprzednią pozycje, choć tym razem nie wtulił się w plecy mężczyzny. Był zbyt przytomny, by pozwolić sobie na tak spoufalający gest.
  Wiedział, kiedy Yume się przebudził, ale ani drgnął, udając, że nadal śpij. Nie poruszył się nawet o milimetr, kiedy ten strącił mu z czoło zabłąkany, dobierający się do ust kosmyk. Zacisnął jedynie mocniej powieki, koncentrując się nad spokojnym oddechem, jednak nie wytrzymał ciężaru spojrzenie cerbera i w końcu zmienił pozycje. Zwrócił  twarz w drugą stronę, dla utrzymanie pozorów mrucząc pod nosem kilka słów, które z perspektywy Chińczyka musiały brzmieć jak bełkot śpiącego.
  Nie doczekał moment aż mężczyzna zrezygnował z łóżka i przeniósł się na krzesło. Zasnął kilka sekund po zmianie stron, a w zasadzie to zmęczenie wzięło nad nim górę. Jeżeli zależałoby to tylko od silnej woli, nie zmrużyły oko, obawiając się, że koszmar się ziści.

Świadomość stopniowo przebijała się przez zmożony sennością umysł, ale bernardyn szedł w zaparte, przedłużając moment powrotu do rzeczywistości. Dopiero po uchwyceniu dźwięki układającego się w zdanie uchylił powieki. Do pomieszczenia wdzierał się poranek. Zajrzał w ślepia bernardyn. Sprawił, że ten musiał na powrót zamknąć oczy i mrugnąć kilka razy, by przystosować przewrażliwione, skalone strzępami światłowstrętu spojówki do nowych warunków
  — Towar do sprzedania? — powtórzył nieprzytomnie, na tyle cicho, że mężczyzna tego nie usłyszał, a przynajmniej tak wywnioskował po wiem, że mnie słyszysz.
  Przetarł oczy dłońmi, ziewający przy tym. Noc nie należało do najprzyjemniejszych. Miał sine wory pod oczami i ciągle pamiętał ból, który pojawili się po tym, jak Chińczyk wbił mu skalpel w skórę. Chcąc się upewnić, że to nie okrutna rzeczywistość, powiódł ręką do lewej piersi, ale napotkał tylko suchy materiał bluzy. Odetchnął, choć chwila rozluźnienia trwała raptem kilka chwili. Znieruchomiał, kiedy z ust Yuna popłynęły kolejny tabun słów. Mocno zaciekając dłoni na bluzie, spojrzał ku niemu i od razu pożałował.
  Chciał go zabić, bo by zbyt sparaliżowanym ciężarem emocji. Łudził się, że ten czyn przyniesie ukojenie, stłumił to, co czuł względem mężczyzny. Paradoksalnie po to też sączył wysokooprocentowane trunki. Myślał, że alkohol załagodzi wszelkie objawy wścieklizny, odizoluje go od bólu. W pierwszym odruchu chciał mu to wyjaśniać. Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Wiedział, że kocham cię czy nawet pochodne tego słowa nie przecisnął się przez zważoną krtań. Poza tym w dłoni mężczyzny pojawił się skalpel. Dr przełknął ślinę, wpatrując się w lśniące w słońcu ostre.
  Koszmar przekształcał się w rzeczywistość. Zmusił ciało do ruchu, usiłował usiąść, ale cerber nie czekał na reakcje bernardyna, a ten nie zareagował w porę. Dreszcze przebiegły mu po ciele,  gdy chłodna struktura dłoni mężczyzny zetknęła się z ciepłym skrawkiem skory. Chińczyk mógł wyczuć pod opuszkami, jak praca serca doktora przyśpiesza pod wpływem tego dotyku, lecz wraz z tym pojawił się krótkotrwały bezdech i ducha, czynniki charakterystyczne dla stanu przedzawałowego.
  — I co? Spodobałoby ci się, gdybym umarł na zawał? —wycedził przez zęby. Zdecydowanie nie powinien pozwalać mu na kontakt fizyczny. Powinien odtrącić jego dłoń i powiedzieć, by trzymał łapy przy sobie i przestał bredzić, ale wbrew pozorom dotyk był przyjemny. Choć zimny, sprawił, że fala ciepła zalała trzewia doktora. Uchwyciwszy w dłoń jego nadgarstek zatopił zieleń swoich tęczówek w spojrzeniu Yuna. — Weźmiesz za to odpowiedzialność? — Podparł się na drugiej ręce i załapał w zęby dolną wargę Chińczyka. Zacisnął na niej jedynki, czując pod językiem metaliczny posmak krwi. — Poczujesz satysfakcje, kiedy powiem to na głos? — wymruczał mu wprost usta. — To coś zmieni? — Zerknął mu prosto w oczy z nieodgadnionym błyskiem w spojrzeniu.


Pokój 117 - Page 2 1D2WvZ6
                                         
Jekyll
Bernardyn     Opętany
Jekyll
Bernardyn     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Dr Jekyll, znany również jako Kyle.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 05.08.19 23:26  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
  Materac uginał się pod jego ciężarem, odkształcał w miejscu gdzie oparł dłoń. Bezpośrednio pod jego powierzchnią dało się wyczuć twarde, metalowe rurki. Tak jak mebel był imitacją łóżka, a cztery ściany i drewniana podłoga atrapą pokoju, tak samo ich rozmowa przypominała bardziej nieśmieszny żart, niżeli rzeczywistą dyskusję.
  Wuxian ocknął się ze snu pełen napięcia. Nie zniwelowały go nawet sny, mierny odpoczynek i potrzeba stawienia się na dole w celu dalszej pracy. Pierwsza myśl, która pojawiła się w jego głowie, gdy tylko senna mgła opadła, dotyczyła mężczyzny śpiącego na jego materacu. Problemy rozwiązywał metodycznie. Nie lubił ignorować ich zbyt długo, gdy stały pomiędzy nim, a łóżkiem.
  — Miałbym mniej na głowie — odpowiedział z opanowaniem, które biorąc pod uwagę rozwój sytuacji, wymagało od niego większej niż zazwyczaj samokontroli.
  Spodziewał się wręcz odwrotnej reakcji. Przy wszystkich tych głębokich rozważaniach doktora, jego własne prezentowały się raczej marnie. Dla Jekylla jego zachowanie musiało być przecież abstrakcyjne. To nie magiczne sztuczka, gdzie za sprawą pstryknięcia palcami Yume zmienił całe swoje dotychczasowe mniemanie o tym spotkaniu. Mówił z goryczą i kpiną, nawet nie próbując ukryć pogardy. Sądził, ze jasnowłosy uzna jego śmiałość za kiepski żart i na dobre się zrazi.
  To przynajmniej rozwiałoby pewne kwestie. Zamiast tego znalazł się w sytuacji, która podniosła mu ciśnienie.
  W pewnym sensie został stworzony do takich sytuacji. Nie zrażał się szybko i nie krył za barierą wstydu. Wszystko co czynił było jedynie narzędziem do osiągnięcia celu, formą prowadzenia rozmowy. Niejednokrotnie gesty i mimika zastępowały mu słowa. Dotyk był więc słowami, których nie musiał inaczej ujmować, a każdy ruch ciągnącym się melodyjnie zdaniem.
  Chciał wciągnąć go do świata, w którym bliskość była podstawową jednostką komunikacji, a nie bronią, którą ktoś napiętnował zbędnie uczuciami.
  — Nie. Raczej nie — odparł na zadane pytania za jednym zamachem, odsuwając się przy tym na kilka niezbędnych centymetrów. Żelazisty posmak zmieszał się także z jego śliną. Nienawidził tego smaku, chociaż przy tak częstych transformacjach powinien się już dawno przyzwyczaić. Na niektóre bodźce trudno jest jednak zobojętnieć. — Może choć raz sprawiłbyś mi przyjemność szczerością, zamiast wszystko utrudniać. — Sięgnął dłonią do jego twarzy. Opuszkami kciuka przesunął po jego wargach, zmazując z kącika ust swoją własną krew. Obchodził się z nim jak z dzieckiem, które jedząc nieporadnie wybrudziła usta. Dokładnie z tym samym tonem strofował łobuzów. Potem naparł na jego podbródek rozchylając usta. — A ja mógłbym wtedy odpowiedzieć, że marnujesz potencjał na martwą bryłę, bo chociaż nie czuję nienawiści do człowieka, który próbował mnie zabić, nie mogę też go kochać.
  Jeżeli coś miałoby pchnąć Yuna do kontynuacji tego, co zaczął, to wyłącznie natura. W definicji szacunku, którym mimo wszystko darzył siedzącego przed nim mężczyznę, znajdowała się także szczerość. Nawet jeżeli miał go poinformować wyłącznie o tym, że ten nie wzbudza w nim żadnych uczuć.
  Chociaż tyle mógł zrobić, kiedy prowokacja zawiodła. Nie sądził, że to najlepszy sposób, ale prawdopodobnie najskuteczniejszy. Pozbył się z ramion ciężaru odpowiedzialności. Był facetem z krwi i kości, ale przywilej uczuciowego przywiązania pozostawił za sobą.
  — To cię satysfakcjonuje? — zapytał, przenosząc palce na jego linię szczeki. Naparł na nią zmuszając mężczyznę by uniósł głową. Oparł czoło na jego obojczyku oddychając miarowo, pozostawiając wilgotną mgiełkę na jego skórze. Dłoń, którą wcześniej wsunął pod materiał podkoszulka przesunął na plecy. Końcówką palca wskazującego rysował niewidzialną linię na jego kręgosłupie. — Jesteś tylko pustą lalką Locklear. Ładną, ale pustą lalką.



cross over and turn
feel the spot don't let it burn
we all want we all yearn
be soft don't be stern

Pokój 117 - Page 2 4Y5mQC3

lullaby was not supposed to make you cry
i sang the words i meant
i sang


                                         
Yume
Opętany
Yume
Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yun Wuxian Mei


Powrót do góry Go down

Pisanie on 07.08.19 2:14  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
Prowokacja. Sam stosował ją nawet kilkukrotnie w ciągu zaledwie jednego dnia. Pławił się we wściekłości swoich pacjentów, gdy się z nimi drażnił. Od tej reguły było rzecz jasna kilka wyjątków. Wyjątków ze stanem nerwowym tak zaawansowanym, że lepiej nie wyprowadzać ich na spacer perfidnymi docinkami. Jekyll znał definicje granicy. Wiedział też, że najlepsza prowokacja to taka nagła, niespodziewana. Paradoksalnie - rzadko wykorzystywał tą wiedzę w praktyce. Bardzo często sam ulegał prowokacji, a dzisiejszej nawet nie rozpoznał. Popłynął z prądem. Instynktownie wybrał najprostszą drogę. Przyznał się do winy.
  Nie uchylił się, kiedy ceber sięgnął do jego twarzy. Oblizał koniuszkiem języka wargi. Poczuł w ustach metaliczny posmak. Przełknął go wraz ze śliną, a potem powiedział.
  — Nie kochasz. Nie czujesz nienawiści, a jednak mnie tutaj zaciągnąłeś. Co chciałeś tym osiągnąć?
  Jeżeli coś miałoby wtrącić Jekylla z równowagi, to na pewno nie było to wyznanie mężczyzny. Znał go na tyle, by wiedzieć, że Wuxian po tym wszystkim, co go spotkało, nie był zdolny do miłości. Bernardyn przecież też nie kochał go tak, jak powinno się kochać drugiego człowieka. Miłość była dla niczego czymś w rodzaju alkoholu. Kolejnym uzależnieniem, bez którego nie wyobrażał sobie egzystencji. Kolejnym przywiązaniem, które zaciskało się coraz mniej wokół szyi niewidzialnym sznurem. Kolejnym pragnieniem, które trudno zaspokoić. Nie oczekiwał od niego wsparcia, troski, współczucia. Nie traktował go jak powiernika sekretów, ramienia do wypłakania. Potrzebował słyszeć jego głos w uchu, czuć dotyk na skórze. Potrzebował świadomości, że żył. Potrzebował wypełnić pustą przestrzeń zwaną samotnością. Potrzebował tymczasowej ucieczki, chwili normalności, zrywu namiętności, bodźca, który postawi go na nogi po trudnym tygodniu.
  — Twoja bliskość, dotyk, kontakt fizyczny? Jak najbardziej. To więcej niż oczekiwałem — odpowiedział zatem szczerze, bez żadnej fałszywej dekoracji w formie ironii. Nie protestował, kiedy mężczyzna wymusił na nim krótkotrwały kontakt wzrokowy. Zerkał mu prosto w oczy z niezachwianą pewnością, bez lęku, bez rozbawienia, obnażony z uczuć.  Kochał go, a więc nie gardził żadną formą spędzenia z nim czasu. Kącik ust wniósł się ku górze, kiedy poczuł jak ciepły oddech układa się na jego skórze.  — Martwa bryła i pusta lalka. Aspirujesz na poetę, Yun?
  Parsknął.
  Uraził go?
  Ależ skąd! Nie odczuwał emocji w takim zakresie, jak każda istota ludzka. Sterta ludzkich zwłok nie robiła na nim wrażenia. Rozbryzgany mózg na ścianie, wnętrzności na wierzchu czy też ciała w różnym stadium rozkładu nie wywoływały u niego odruchów wymiotnych. Kałuża krwi na posadzce nie sprawiła, że wybierał inną drogą, by ominąć ją szerokim łukiem. Przemoc, agresja stały się codziennością. Tak samo jak cierpienie, krzyk zamierający na ustach i strach zerkający w oczy. Jasne, bał się, cholernie się bał, często nawet własnego cienia, strach towarzyszył mu na każdym kroku. Bał się o swoje życie. Bał się, że umrze. To jedyny lęk, który odczuwał.
  — Przestań. Po prostu przestań gadać co ślina na język przyniesie — wymruczał po chwili. Skoro Chińczyk pozwolił przełamać barierę intymności, nie pozostał jego dłużnikiem. Sam wsunął obie dłonie pod ubranie chroniące jego tors przed zimnem. Poczuł pod palcami wpierw łopatki, a potem linię kręgosłupa, wodził po nią jedną dłonią, a druga zjechał niżej, znacznie niżej niż planował, nieomal na linie pośladkową.


Pokój 117 - Page 2 1D2WvZ6
                                         
Jekyll
Bernardyn     Opętany
Jekyll
Bernardyn     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Dr Jekyll, znany również jako Kyle.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 07.08.19 23:59  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
  Pytanie zadane mu przez Jekylla na moment powstrzymało go od wszystkiego co robił.
  Jaki mógł mieć w tym cel, skoro nie odczuwał głębszych emocji? Wytłumaczył się wcześniej potrzebą rozmowy, a potem pierwszy się z niej usunął. Bez mrugnięcia okiem odmówił mu głębszego przywiązania, potrzeby nadrobienia wieloletniej rozłąki, a potem pierwszy wpakował mu dłoń pod koszulkę. Przeczył sam sobie w każdym słowie i geście, więc znalezienie odpowiedzi przychodziło mu z trudem. Sądził nawet, że nie istnieje odpowiednia reakcja na ten zarzut. Może nie miał żadnego celu.
  Bezcelowość dawała mu wolność. Wolność sprawiała, że bez skrępowania podniósł głowę i spojrzał na jasnowłosego w najbardziej wymowny sposób, w jaki facet dobierający się do drugiego może spojrzeć. Czy w takim momencie nadal potrzebował wyjaśnień?
  Zmierzwione po nocy włosy sterczały w każdym kierunku, miał podkrążone oczy i blade policzki. Wyglądał jak śmierć we własnej osobie, ale w jego ruchach czaiły się zdecydowanie i precyzja. Nie poniosły go emocje, prowokacja nie postąpiła o jedne krok za daleko, nie brał udziału w dowcipie, który wymknął się spod kontroli. Wszystko co robił wynikało ze świadomie podjętych decyzji. I z tego Jekyll musiał zdawać sobie sprawę.
  Sam sobie na to zapracował. Swoją obecnością i zachowaniem, pozwolił iskrze rozwinąć się w ogień. Nie było przecież powodu, by się opierał, gdy przemawiało przez niego szczere pragnienie. Z ich dwóch do Yun okazał się być większym oszustem.
  — Nie radzę sobie z rymami, ale zgadnij w czym jeszcze jestem równie beznadziejny — zakpił z poważnym tonem i wyrazem twarzy. Jego humor, niezależnie od jakości, brzmiał jak zalążek groźby.
  Może Locklear miał rację. Ciemnowłosy nie radził sobie w mowie. Nie zapomniał jak używa się słów, ale nie potrafił wydobyć z nich prawdziwego potencjału. W jego wykonaniu służyły jako narzędzie komunikacji, czasami jako broń. Nigdy jako środek artystycznego wyrazu.
  Patrząc na Yume miało się wrażenie, że w jego otoczeniu sztuka rzeczywiście umarła. Taki był zwyczajny, taki beznamiętny i pospolity. Sam w sobie nie wyróżniał się z tłumu, ale z jakiegoś powodu to właśnie wyniosło go w oczach innych na piedestały. Co tak intrygującego widział w nim bernardyn, że bez wahania pozwolił na taką śmiałość?
  Chińczyk sam bez mrugnięcia wymieniłby z dziesięć powodów, by w imię przyzwoitości nie posuwać się ani centymetr dalej, ale w tak ciasnym pokoju nie było już miejsca na równie zbędne ograniczenia. W pomieszczeniu, gdzie brakowało nawet szyb nie było sensu stawiać dodatkowych ścian.
  Tą, które dzieliła ich od siebie przed laty przełamali w ułamku sekundy.
  Kłamstwo. Być może potrzebowali na to właśnie tych długich lat w separacji, żeby spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Yume musiał przestać widzieć w nim swoich braci, nad którymi sprawował niegdyś pieczę. Paradoksalnie to za sprawą nieudolnej próby zabójstwa oddalili się od siebie na tyle, by teraz swobodnie oddychać.
  Ale nie dane było mu cieszyć się rześkim, chłodnym powietrzem poranka zbyt długo. Po zimnej nocy nieco zbyt szybko szukał sobie ciepła, doznań, które wzbudzały w nim chęć zatopienia się w misce lodu. Biorąc pod uwagę, że tego dnia czekała go jeszcze praca, dopraszał się o kłopoty.
  — Znam sporo epitetów, które mógłbym w stosunku do ciebie użyć — wzburzył się niedostrzegalnie, gdy Jekyll starał się go uciszyć. Ciemnowłosy znał przynajmniej dziesięć innych sposobów, by zrobić to skuteczniej.
  Szczeble łóżka zaskrzypiały pod jego ciężarem, gdy nachylił się w stronę doktora. Wcale nie musiał tego robić, dzielący ich dystans był znikomy, ale dla Yuna każdy centymetr był nagle jak przepaść. Musiał poczuć oddech drugiego człowieka, ciepłotę jego ciała, usłyszeć jak szorstka powierzchnia materiału ociera się o ubranie Jekylla.
  Jak na gigantycznego, trzygłowego kundla Wuxian potrafił w swojej człowieczej formie wykazać się delikatnością. Być wręcz ostrożny, nie chciał go spłoszyć. Nie kiedy sam czuł napięcie w każdym centymetrze skóry. Chłodny dotyk, niewidzialne ślady które pozostawiał na jego skórze bernardyn paliły go żywym ogniem. To tak właśnie miał wyglądać ich kontakt, podsumowanie wiekowej znajomości?
  Kiedy poczuł na ustach miękkość jego delikatnych warg miał wrażenie, że skończyła się pewna era. Dotrwał do końca książki i obrócił ostatnią stronę. Teraz sen stał się rzeczywistością i ograniczała go jedynie wyobraźnia, własne potrzeby i pragnienia.
  Wbił paznokcie w miękką skórę, wolną dłonią spychając go na materac. Dał mu sekundę w trakcie której bez wyrazu ogarną spojrzeniem jego sylwetkę zanim podążył tym śladem, z nowym natchnieniem całując go niecierpliwie. Po wcześniejszym opanowaniu nie było śladu.
  Może właśnie dlatego, że kiedyś widział w nim swojego brata wszystko smakowało tak słodko-gorzko. Chciał go przełamać, zgodnie ze swoją myślą, pozbyć się łączącej ich przed laty przyjaźni, aury wzajemnego szacunku. Na rzecz gwałtownych zetknięć, śladów które mógł na nim bez wyrzutów sumienia zostawić. Bo teraz, poza zetkniętymi ustami nie łączyło ich przecież nic więcej.
  Gdzieś w tym wszystkim jego dłoń przesunęła się niżej, oparła na miednicy, a potem powoli, badając każdy centymetr skóry, licząc każde żebro ciągnęła za sobą zbędny materiał ubrania. Widział jak jasne światło poranka układa się w gładkich cieniach na jego twarzy, przedramionach. I chociaż Yun nie czuł się nigdy blisko związany ze sztuką, sądził, teraz że dla takiego widoku należy posunąć się o krok dalej.



cross over and turn
feel the spot don't let it burn
we all want we all yearn
be soft don't be stern

Pokój 117 - Page 2 4Y5mQC3

lullaby was not supposed to make you cry
i sang the words i meant
i sang


                                         
Yume
Opętany
Yume
Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yun Wuxian Mei


Powrót do góry Go down

Pisanie on 10.08.19 12:51  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
Znajdując się w tym pomieszczeniu, nie spodziewał się, że dojdzie do jakiejkolwiek zbliżenia, mimo iż nawet we śnie szukał podświadomie kontaktu fizycznego z mężczyzną. Zatem inicjatywa przezeń podjęta wywołała na ustach chirurga kącikowy uśmiech. Być może wydarzenia, które rozegrały się przed dekadami miały pozytywne wpływ na ich relacje. Azjata przestał spoglądać na niego przez pryzmat swoich wcześniejszych przeżyć-  jak na zmarłych braci, jak na istotę kruchą, którą trzeba ochraniać. Jasne, Jekyll czuł się bezpiecznie w silnych ramionach Yuna, pod jego nieustanną opieką, wyczuwał jego troskę, choć takowa nigdy nie była eksponowana, a jednak wiedział, że to złudzenie, ulotna chwila szczęścia, która niebawem przekształci się w obłok wspomnień. Nic nie mogło trwać wiecznie - nawet odczuwalne przez nich pożądanie przeminie, zamieni się wpierw w rutynę, a potem przekształci się w obowiązek, ale póki trwało - chciał się nim nacieszyć.
  Po tym jak cerber zminimalizował dystans pomiędzy nimi, bernardyn nie protestował. Konstrukcja prowizorycznego posłania zazgrzytała żałośnie pod ciężarem dwóch ciał. Poczuł intensywniej sprężyny materacu wybijające się do kręgosłupa, jednak ten dyskomfort nie przyćmił pożądania kumulującego się w trzewiach, w podbrzuszu. Zabawne, że wystarczyło tak niewiele, Yun ledwie naruszył przestrzeń osobistą lisa, a ten czuł się tak, jakby szczęście nareszcie wygięło do niego zęby w charakterze pogodnego uśmiechu. Dawno uczucia względem drugiego istnienia nie były tak intensywne. Fizyczność nie wywierała na Jekyllu żadnego wpływu, wielu przypadkach przybierała formę praktyki medycznej. Anatomia była mu doskonale znana. Widział nagość pod wieloma postaciami i niemal nigdy nie pojawiła się w nim chęci na zbliżenia, przekraczania bariery. Yun to co innego; wzniecał nim dawno zastygły żar, swoim działaniem stopniowo rozpalał ogień, pobudzał hormony, które zapadły w długoletni głęboki sen.
  Wtulił twarz w szyję mężczyzny. Wyciągnął do nozdrzy zapach jego skóry, zasypał ją kilkoma pocałunkami, zostawił na niej blady ślad po swoich zębach, mamrocząc zachętę. Nogami opluł go na wysokości bioder.
  — Zachowaj je na później — zaproponował cicho, szepcząc. Obecnie słowna komunikacja była zbędna. Jekyllowi zależało na tym, by przesiąknąć zapachem Chińczyka i rozkoszować się jego bliskość; czuć drżenie ciała pod naporem jego ruchów, pozwolić chwili trwać jak najdłużej.
  Odwzajemnił pocałunek. W tym geście skrywały się wszystkie tląca się w nim emocje - zniecierpliwienie, zaborczość, a nawet namiętność, ale przede wszystkim pragnienie, które mógł zaspokoić jedynie jego obecny towarzysz. Wcisnął język do rozchylonych warg i zetknął go z językiem ich właściciela, aby zapieczętować ten moment, urzeczywistnić go, uczynić jeszcze bardziej realnym, bo gdzieś z tyłu głowy kotłowała się mysl, że to tylko senne majaki, wyniki jego fantazji z udziałem Azjaty, a przecież czuł jak znajoma struktura oddechu układa się na skórze, a wcześniej nasłuchiwał bicia jego serca. Przymknął na chwilę powieki, skupiając się na doznaniach. Po przerwanym pocałunkiem, w przerwie na złapaniu oddechu.
  Yun, badając palcami powierzchnię ciała doktora, mógł dostrzec na jego skórze rozmaite blizny, nowe tatuaże, paskudną szramę przy obojczyku i spory ubytek pod ostatnim żebrem na prawym boku. Rana, choć kilkumiesięczna, nadal całkowicie się nie wygoiła. Piekła i swędziała na zmianę. Kiedy palce mężczyzny się z nią nieświadomie zetknęły, syknął, choć temu odgłosowi było bliżej do upojnego jęku. Dłonie cerbera były ciepłe, a dotyk ogrzewał, a raczej rozpalał. Przez organizm bernardyna przechodziły systematyczne fale gorąca, przez które czuł się jak w gorączce, a mimo to żądał kontynuacji - jego zielone oczy przybrały intensywniejszą, bardziej toksyczną barwę, kiedy na powrót je otworzył w towarzystwie głębokiego westchnienia,. Sięgnął dłonią niżej, do linii bioder mężczyzny. Wyczuł pod nim strukturę spodni. Palcami zjechał po omacku do rozporka. Zamek błyskawiczny niemal od razu mu uległ. Zerknął ku twarzy Yuna poszukując kontaktu wzrokowego, jednocześnie stykając palce z materiałem bielizny.


Pokój 117 - Page 2 1D2WvZ6
                                         
Jekyll
Bernardyn     Opętany
Jekyll
Bernardyn     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Dr Jekyll, znany również jako Kyle.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 13.08.19 20:42  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
  Ciepło obcych ust pozostało na skraju jego własnych. Przez moment patrzył tylko na twarz Jekylla, jej wyraz zmieniający się pod wpływem bliskości i ręki Yuna sunącej po jego odsłoniętej skórze. Drugą dłoń zaplótł w jego jasnych włosach palcami sięgając do linii szczęki. Podążył jeszcze dalej, zaczepiając opuszką o jego dolną wargę. Wtedy pochwycił też jego intensywne spojrzenie zielonych oczu. Coś na bladej, obojętnej twarzy chińczyka się skruszyło, na policzku pojawił się bladoróżowy odcień, zaszumiało mu między uszami.
  Kliknął językiem z irytacją przenosząc rękę na krawędź koszulki bernardyna i zsuwając mu ją przez głowę. Cisnął nią gdzieś na bok. Nieważne. I tak się już im nie przyda. Chciał zbadać każdy skrywany wcześniej fragment jego skóry, blizny i tatuaże, których nigdy dotąd nie widział. Zostawić ślad tam, gdzie wcześniej nie mógł. Złapał za przetarty materiał spodni, zsuwając je z pośladów, a potem ud doktora. Pozbył się ich nogawka za nogawką, stały mu na drodze. Nie zatroszczył się o nie bardziej niż o koszulkę, zsunęły się z materaca na podłogę. Nikogo nie obchodziły.
  Przesunął wzrokiem z dołu do góry zatrzymując spojrzenie, by napotkać nasycony kolor jego oczu. Wolnym ruchem dłoń po jego wąskim boku, był ostrożny, ale tylko w granicach swojej zachwianej cierpliwości. Mógł policzyć mu wszystkie żebra, zaczepił o sutki przyglądając się jego reakcji, pławiąc się w odgłosach, które dobywały się z jego gardła. Chciał słyszeć urywany oddech, ciche jęki, gdy palcami pozostawiał na nim niewidzialne ślady. Prześlizgnął się w końcu na jego rękę, unosząc ją i kładąc ponad głową doktora, zakleszczając palce na jego nadgarstku. Chciał go mieć przed sobą w pełnej okazałości.
  — Locklear... — zaczął cicho, wyłapując jednoznaczny ruch dłoni bernardyna. Nie wadziła mu śmiałość mężczyzny, nagrodził ją kolejnym pocałunkiem wpijając się z pasją w jego usta, nie dając mu czasu na oddech. Nachylił się nad nim mocniej oswobadzając rękę, która pomogła Jekyllowi pozbyć się stojącego mu na drodze kawałka bielizny. A potem ciemnowłosy odwdzięczył się tym samym.
  Prześlizgnął dotyk na pachwinę mężczyzny, czuł każą nieregularność jego uda. Obniżył wzrok, zatrzymując go na kroczu opętanego. Kącik ust zadrżał mu w grymasie naruszającą dotychczasową obojętność. Pomimo natłoku doznań, jego oblicze wyrażało niewzruszenie. Miał paradoksalnie najbardziej pożądliwy i beznamiętny wyraz twarzy, jaki tylko dało się wyobrazić. Tylko inne czynniki zdradzały rzeczywiste podejście Yuna do całej tej sytuacji. Jego oddech stał się płytki i nieregularny, ręce zawilgotniały od potu, a końcówki uszu pokryła delikatna czerwień.
  Poza tym nawet na moment nie przestawał celebrować dzielonego dotyku. Doznania te wpływały na jego fantazje bardziej, niż każda inna forma zbliżenia. Dreszcz przeszył go w całości, gdy wyczuł pod sobą ruch i ciepłotę innego ciała. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebował.
  Objął ramieniem udo Jekylla odchylając je od siebie, ich spojrzenia znowu mogły się spotkać, oddechy zmieszać. Oparł głowę o czoło jasnowłosego szepcząc prosto w jego usta.
  — Chcę usłyszeć twój głos — wymruczał.



cross over and turn
feel the spot don't let it burn
we all want we all yearn
be soft don't be stern

Pokój 117 - Page 2 4Y5mQC3

lullaby was not supposed to make you cry
i sang the words i meant
i sang


                                         
Yume
Opętany
Yume
Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yun Wuxian Mei


Powrót do góry Go down

Pisanie on 16.08.19 22:55  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
Aż do teraz nie przypuszczał, że nadal jest skłonny czuć cokolwiek poza gniewem czy też platoniczną fascynacją adresowaną w kierunku jednostek obdarzonych nietypowym, unikatowym doborem genów. Gradient odczuwanych przezeń emocji sięgał w chwili obecnej zenitu. Po ich wczorajszym spotkaniu nie przypuszczał, że wyjdzie z tego żywy, w jednym kawałku, że ostatecznie wszystko zakończy się właśnie tak, że złość przerodzi się w zawstydzenie, a potem pojawi się strach związany z perspektywą poniesienia konsekwencji za zbrodnie, której się dopuścił, napędzany fałszywą rządzą mordu. Teraz wszystko to znikło, zostało pokryte słodkim upojeniem, pożądaniem zrodzonym z gorączki.
  Dotyk Yuna. Jego zapach. Głos. Cierpki smak ust. Metaliczny posmak krwi na języku. Ciężar ciała. Bijące od niego ciepło. Wszystkie te bodźce sprawiały, że przeżywał wewnętrzny renesans, najprawdziwsze odrodzenie. Wreszcie zapragnął być z drugim człowiekiem. Wreszcie kogoś pokochał, a raczej uświadomił sobie, że te uczucie trwa od kilkunastu dekad  i, chociaż wiedział, że w tym przypadku nie mógł liczyć na to, że mężczyzna odwzajemnij jego uczucia, to jednak wcale mu to nie wadziło. Happy end był dla nich obu nieosiągalny. Obaj byli niekompletni, zniekształceni, na ich psychice powstało wiele rys, które pękły niczym tafla lodu na rzece podczas roztopów - jedna po drugiej na przestrzeni minionych lat, przeżyć związanych z rokiem 2012, kiedy to utracili całe swoje dotychczasowe, w miarę zbilansowane życie. Ukształtowały ich doświadczenia. Były jak blizny na ciele, lecz usiadły głęboko na psychice. Jekyll wiedział z czym się zmagał ceber tuż po kataklizmie. Obaj stracili zbyt wiele, aby móc to odbudować. Jeżeli bliskość to jedyne, co Chińczyk mógł mu zaoferować, Anglik nie miał zamiaru kręcić nosem, poddał się temu bez żadnego aktu sprzeciwu, bez cienia zawahania, jakby trzymał się przy życiu właśnie dla tej chwili.
  Pozwolił na przekroczenie kolejnej bariery intymności, na nagość, lecz nie było w tym ani grama zawstydzenia. Pożądliwość w oczach Yume motywowała. Nie pozostawał mu dłużny. Nagradzał go stłumionymi, kontrolowanym jękami - cichymi jak szept, jak szelest liści. Odwzajemnił każdy pocałunek niemal z taką samą zawziętością. I także wodził jedną z dłoni po skrawkach jego naznaczonej potem skóry. Badał nią każdy zakamarek jego pleców, a nawet pozostawił na ich powierzchni ślady w postaci białych rys po swoich przydługich paznokciach. Zachęcał go do dalszego działania mimiką twarzy, cichymi, zalotnymi uśmiechami, choć na jego wargach coraz częściej zastygał wyraz bezbożnej rozkoszy, która stopniowo zniewalała go coraz silniejszymi, gwałtowniejszymi dreszczami słodkiej przyjemności. Nie rozumiał jedynie skąd ta ostrożność u cebera. Bał się go uszkodzić? Nie powinien. Doktor był już wystarczająco uszkodzony. Jego ciało było całe w bliznach przemocy, upokorzenia i strachu o swoje życie, teraz  chciał zapomnieć o tym wszystkim. Skupić się na doznaniach, na tym co tu i teraz, choć raz w życiu utracić zmysły, przestać myśleć, a jednie czuć bardziej i mocniej, a przede wszystkim intensywnie niż kiedykolwiek wcześniej. Kochać się z nim do utraty tchu, oddechu, do szaleństwa, do nieprzytomności.
  Wyszeptane Locklear jeszcze bardziej go zachęciło. Po tym jak bielizna przestała przylegać do skóry Yuna, bez skrupułów ujął jego twardniejącego członka w smukłe, wyćwiczone przez praktyki medyczne palce. Wygiął ciało w delikatny łuk, gdy Yume poszedł w jego ślady i pozbawił go majtek. Przejechał w prowokacyjnym geście językiem po ustach, na którym odkształcił się lubieżny grymas. Czując jego dotyk na wysokości uda, policzki lekarza pokryły się delikatnym różem. Gdyby nie dłoń zakleszczająca się na jego nadgarstku zapewne zetknąłby ją z własnymi ustami, jednak i tak był z siebie dumny. Dzięki zaciśniętym zębom nie wystękał swojego najskrytszego pragnienia związanego z tą okolicznością. Krzyżując z nim swoje spojrzenie, w zielonych oczach Jekylla pojawiły się iskierki prowokacji. Poruszył rytmicznie skrępowanym przez ramię udem i zadrżał pod wpływem ciepłego oddechu układającego się ponownie na jego skórze.
  — Zasłuż, a nie będę oszczędzać gardła — zapewnił cicho, szepcząc, a w ramach zapieczętowania tej obietnicy ucałował delikatniej usta Chińczyka, a po chwili przeniósł je na jego szyję. Obsypał ją paroma pocałunkiem, od niechcenia zaciskając delikatnie zęby na skórze w okolicy poruszającej się grdyki, pozostawiając na niej siny ślad. Obie dłonie ułożyły się na plecach mężczyzny, na wystającej łopatkach.
  Jakiekolwiek bariery przestały istnieć. Były tylko przyśpieszone oddechy, serca tłukące się w piersiach, ciepłota ogrzewających się nawzajem ciał i unoszące się wokół pożądanie.


Pokój 117 - Page 2 1D2WvZ6
                                         
Jekyll
Bernardyn     Opętany
Jekyll
Bernardyn     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Dr Jekyll, znany również jako Kyle.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 17.08.19 20:29  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
  Nie mógł pojąć, jak wiele paradoksów tego dnia doświadczył, jak wielu z nich był bezpośrednim źródłem. Czuł się człowiekiem ułożonym, spokojnym, może nawet nieco nudnym, nie interesowały go niespodzianki, grunt miał być twardy, a ścieżki proste. Z jakiegoś jednak powodu dał się ponieść emocjom, tym skarłowaciałym i spłyconym wersjom oryginałów, jak dzieciak, który chce czegoś tu i teraz. Nie znał takiego siebie. Nie podejrzewał istnienia Yuna, który potrafi być spontaniczny i cieszy się z drobnostek. I nie sądził w żadnym wypadku, iż jego tęsknota przybierze taką właśnie formę.
  A może właśnie dlatego, że się głodził, trzymał uczucia na krótkiej smyczy. Gdy wreszcie wszelkie węzły uległy, nie potrafił znaleźć podstaw dla tej dziwnej znajomości, od razu rzucił się na głęboką wodę odnajdując spełnienie w fizycznej uciesze. Odsłaniający się przed nim widok odbierał mu tą resztę słów, której sporadycznie używał, cieszył oko i popychał ku śmielszym działaniom. Nawet on nie był już w stanie cofnąć ręki.
  Zacisnął palce wokół nadgarstka doktora, aż skóra dookoła pobielała, pod opuszkami wyczuł pracujące ścięgna - to była jego odpowiedź na ślady, które z premedytacją pozostawiał na nim mężczyzna. Tyle, że w jego gestach brakowało wyczucia, pożądliwego zabarwienia. I czuł się dokładnie tak samo, wybrakowany i brutalny, jakby każdy jego gest miał na celu wyłącznie przycisnąć mężczyznę do cienkiego materaca, unieruchomić go. Miał nad nim przewagę i kontrolę, jak nauczyciel nad swoją klasą, jak żołnierz z ofiarą na celowniku. Dlaczego znowu musiał sprowadzać wszystko do szorstkiego charakteru przeszłych doświadczeń?
  Ten kontakt miał go uleczyć. Mieszanina pożądliwej natury z doświadczeniem, które tylko chińczyk mógł jasnowłosemu dostarczyć. Zapragnął w ciszy, by z ust bernardyna poza odgłosami ulatującej rozkoszy dobyło się wplątane w to wszystko jego imię, żeby przypomniał ciemnowłosemu, iż nie jest tu tylko i wyłącznie dla zaspokojenia swoich fizycznych potrzeb.
  Yume czuł, jak poza kształtem nagiego ciała bernardyna poznaje także okruchy jego wnętrza. Widoczne pod postacią blizn historie pragnął usłyszeć z jego ust, gdy osiągnąwszy satysfakcje cielesnego upojenia pozostanie im do wykorzystania cała wieczność. Nie myślał już nawet o pracy, którą postanowił wcześniej z premedytacją zignorować. Unikanie obowiązków nagle przestało istnieć jako problem, cały jego wszechświat zamknął się na kilka długich chwil w przestrzeni ciasnego pokoju. Wiedział, że i tak nie skupi się teraz na niczym innym. Nawet jeżeli całe sklepienie runie mu na głowę, przed oczami pozostanie obraz pozbawionego wszelkiej ochrony ciała, które pożerał bez skrępowania jasnym spojrzeniem.
  W odróżnieniu do lisa pozostał cichy. Z jego ust poza odgłosem urywanych oddechów nie uciekał żaden zbędny odgłos. Jeżeli wargi nie były akurat zajęte rozkoszami licznych pocałunków, które składali sobie bez opamiętania, przybierały kształt wąskiej linii. Nie jego atrakcyjność grała tutaj kluczową rolę, więc tej właściwej pozostawił całe pole do popisu.
  Silny nacisk powoli zelżał, palce chińczyka przesunęły się dalej, na materac, by mógł spocząć na nich ciężar reszty ciała. Prowokacyjnym grymasom Jekylla uległ stanowczo za szybko, jakby czekał wyłącznie na to, aby udowodnić mu ile potrafi, a kiedy ręce oplotły się wokół jego boków znajdując oparcie przy łopatkach, wstrzymał oddech na pół sekundy czystego zachwytu.
  Ramię oplatające udo mężczyzny pomogło mu w odnalezieniu drogi do najbardziej newralgicznych stref. Skoro przypieczętowana pocałunkiem obietnica miała się spełnić, na Yunie ciążyła odpowiedzialność dostarczenia Locklearowi odpowiednich wrażeń. Mieszaniną bólu i rozkoszy utorował sobie drogę do jego wnętrza szukając w spojrzeniu zielonych oczu odbijającej się granicy komfortu. Metodycznie szukając ich wspólnego rytmu przeklinał w myślach skrzypienie nienaoliwionej konstrukcji łóżka. Nie to pragną teraz słyszeć, gdy biorąc doktora w najpaskudniejszym pokoju Melancholii wsłuchiwał się w rozkoszą w barwę jego głosu.



cross over and turn
feel the spot don't let it burn
we all want we all yearn
be soft don't be stern

Pokój 117 - Page 2 4Y5mQC3

lullaby was not supposed to make you cry
i sang the words i meant
i sang


                                         
Yume
Opętany
Yume
Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Yun Wuxian Mei


Powrót do góry Go down

Pisanie on 19.08.19 16:11  •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
Silny uścisk na nadgarstku nie zraził lekarza, wręcz przeciwnie - nakręcił go jeszcze bardziej, choć zwykle wypierał skłonności masochistyczne, jak tyle mógł, ale nie dziś, nie teraz. W tej chwili widział wszystko w korzystniejszych barwach. Jakiekolwiek negatywne emocje wyparowały. Był tylko Yun, ciepłota jego ciała, oddechy, serwowane przezeń czułości, ostrożny dotyk i przyjemne dreszcze, pożądanie kumulujące się w podbrzuszu.  
  Ręka Jekylla pewniej, mniej delikatnie, może trochę niecierpliwie zacisnęła się na narzędziu rozrodczym mężczyzny. Chciał go poczuć w sobie, najlepiej zaraz, natychmiast. I mężczyzna ugiął się pod naporem jego prowokacji – uśmiechu, błysku w oku, czynom i słowom. Ułatwił mu dostęp do jednego z najbardziej erogennych stref w swoim ciele; rozsunął nogi i wsparł się delikatnie na ramionach, jednocześnie nie odrywając oczu od twarzy mężczyzny.
  Cichy, niekontrolowany dźwięk, swoimi brzmieniem przypominający ni to jęk, ni to stęknięcie wydobyło się z gardła doktora po tym, jak stwardniały członek otarł się o jego skórę. Z wypiekami na policzkach i okrzykiem na ustach przyjął cerbera w sobie. Wpierw Yun mógł dojrzeć w zielonych oczach zaczątek ból, kiedy zagłębiał się w Lockleara bardziej i bardziej. Kolejny krzyk odbił się od ścian i wypadł przez okno w budzący się do życia świt. Słonce zalało dotychczas okryte w półmroku wnętrze obskurnego pokoju, jego promienia zatrzymały się na spoconej twarzy Chińczyka, zajrzały mu włosy, w których pojawiły się jaśniejsze refleksy. Jekyll nie był w stanie tego dostrzec, przymknął powieki, zaciskając mocno palce na materacu. Jedna z odsłoniętych sprężyn wbiła się pod paznokieć kciuka lewej dłoni. Polała się krew, ale jego właściciel nawet tego nie poczuł. Ból szybko ustąpił, przekształcił się w słodką przyjemność, zapierającą dech w piersiach rozkosz, upojenie jak po zażyciu silnie uzależniającego narkotyku.
  Zabawne, że od wielu lat nigdy nie był trzeźwy podczas zbliżeń, a seks traktował jedynie jako obowiązek, wynikający z biologicznych potrzeb. Jednak, może dzięki temu, mógł czerpać taką przeszywającą go na wskroś radość z obecnego zbliżenia. Jej piętno nie odcisnęło się tylko na jego twarzy w wyrazie błogości, ale też w całym ciele, które drżało, poruszało się rytmiczne zgodnie z pchnięciami Yuna, ich przyśpieszonymi oddechami połączonymi w jedno, szumem ciśnienia w uszach i przyśpieszoną pracą serca.
  Spełnił obietnice. Nie szczędził gardła. Czuł ból w krtani z każdym kolejny krzykiem, z każdym następnym jękiem. Były głośniejsze od skrzypienia posłania. Zażenowany tym koncertem, przysłonił usta wierzchem dłoni, jednak ten stan rzeczy trwał krótką chwile. Po zetknięciu spojrzenia ze wzrokiem Yuna posłusznie uchwycił w palce jego ramię, znowu racząc go tą nieprzerywalną kakofonią, ciągle z niego ulatującą.
  — Ach, Yun. — Wraz z westchnieniem z gardła wydobyło się też imię mężczyzny. Przywarł do niego bardziej, wyginając ciało w łuk i odrywając odcinek lędźwiowy od materaca. Ustami musnął odstającego lekko obojczyka Chińczyka, który nachylał się nad nim niczym złamana gałęzi uschniętego drzewa. Wciągnął do nozdrzy jego zapach, pot wydawał się teraz narkotyczną wonią, aż zakręciło mu się od tego w głowie.
  Po uzyskaniu spełniała objął prawą dłonią szyję mężczyzny i wtulił się w jej zagłębienie, po czym zamknął oczy i znieruchomiał. Fala przyjemności nie ustały; sukcesywnie zawalała jego nadal drżące ciało. Przyśpieszony oddech uderzał w skórę cebera. A jednak odpoczynek nie trwał długo. Bernardyn nie chciał przerwać ich fizycznego kontaktu, chciał go przedłużyć możliwej jak najbardziej, przemienić sekundy w minuty, minuty w godziny, godziny w dni, aż do skończenia świata. Odciągnąć Yuna od troska życia codziennego. Znowu złączył ich usta w pocałunku, brutalnym, pełnym zachłanności.


Pokój 117 - Page 2 1D2WvZ6
                                         
Jekyll
Bernardyn     Opętany
Jekyll
Bernardyn     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Dr Jekyll, znany również jako Kyle.


Powrót do góry Go down

Pisanie   •  Pokój 117 - Page 2 Empty Re: Pokój 117
                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

 
Nie możesz odpowiadać w tematach