Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «
  • 27/09. Losowano choroby. Sprawdź czy Twoja postać jest wciąż zdrowa.
  • 25/09. Dyskusja na temat rangi rekruta w dziale S.SPEC. Wypowiedz się.
  • 24/09. Ogłoszenie dla MG. Zapoznaj się z nowym systemem wynagrodzeń. Przy okazji wrzucono prośbę w ukrytym dziale. Przeczytaj.
  • 21/09. Pojawiło się ogłoszenie od Apokalipsy. Zapoznaj się z wynikiem zakończenia eventu.
  • 19/09. Dodano dwie nowe rangi oraz zamieszczono wpis odnośnie próśb/propozycji zgłaszanych na cb/drogą prywatną. Przeczytaj.
  • 17/09. W ukrytym dziale MG pojawiły się dwa tematy do przedyskutowania. Zagłosuj i wypowiedz się.

Go down

Pisanie on 13.07.19 19:11  •  Pamiętnik Cadoca Empty Pamiętnik Cadoca
Historia Cadoca, zapisana na pożółkłych kartkach jego pamiętnika.
Nie jest poformatowana w żaden ładny sposób, jeszcze. W ogóle to tego tutaj będzie jeszcze więcej, jeśli będzie potrzeba uzupełnienia jakiejś dziury w fabule.

Spoiler:

Nie wiem czy powinienem to nazwać listem czy raczej notatką albo jakimś memo. Mam nadzieję, że trafi bezpośrednio do odbiorcy - w razie czego, Jesse, ten liścik powinien był leżeć na stole w kuchni. Jeśli znalazłeś go gdzieś indziej, to znaczy, że ktoś dobrał się do niego pierwszy. Nie przejmuj się moją nieobecnością, jeszcze kiedyś się zobaczymy, jeżeli wszystko pójdzie dobrze. Nie przejmuj się też nieporządkiem przy łazienkowym zlewie - to tylko krew. Pożyczyłem też kilka bandaży i wody utlenionej. Mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza.
Jak pewnie się domyślasz, moje małe przedsięwzięcie nie poszło najlepiej. Podjąłem pewne ryzyko i teraz muszę ponieść jego konsekwencje - zadanie było z pozoru łatwe, ale od samego początku miałem przeczucie, że coś może pójdzie nie tak. Towar nie trafił na miejsce. Ani jeden gram. No któż by się spodziewał, że przemycanie takiej ilości prochów przyciągnie uwagę! Zdradzę Ci sekret, Jess. Ja się spodziewałem, spodziewałem się od samiutkiego początku.

Pomyślałem sobie, no cóż, to nie ja podejmuję w takich sprawach decyzje. I wiesz co? Gdyby podejmowanie takich decyzji było powierzone mi, to wszyscy byśmy z tego wyszli na plus. Jak na moment obecny, jesteśmy na minusie, całkiem, kurwa sporym minusie, bo spośród pięciu osób, które miały eskortować pakunek, żyję tylko ja, a to wciąż może ulec zmianie.
Przewoziliśmy go nocą, a kiedy w stronę naszego samochodu padło pierwsze kilka strzałów, musiałem włożyć sporo wysiłku i powstrzymać się przed rzuceniem “a nie mówiłem” w stronę kompanów. Corey był za kierownicą i kula przeszyła jego pusty łeb na wylot, Ryuji siedział z tyłu i najwyraźniej dostał odłamkiem albo rykoszetem, bo jako jedyny nie nawet nie sięgnął po broń. Wyskoczyłem z pojazdu i pobiegłem w stronę pobliskiej alejki. Całego tego wydarzenia nie można było nazwać wymianą ognia, o nie. Nie trafiłem nikogo, nikt z nas raczej nie wyrządził szkód po stronie najeźdźców, bo w przeciągu kilkunastu sekund, jedynym ocalałym byłem ja, skulony za śmietnikiem, z lewą ręką pełną odłamków szkła. Bolało jak sam skurwysyn. Wciąż zresztą boli.

Nie chcę tu już dłużej być, nie czuję się bezpiecznie, nawet u Ciebie w domu. Nigdzie w Nowej Desperacji. Nie wiem co działo się dalej, bo kiedy tylko miałem okazję, uciekłem z miejsca zdarzenia, ale domyślam się, że towar nie trafił i nie trafi już nigdy do klienta ani tym bardziej do prawowitego właściciela.
Wolę być tchórzem, niż być zakopany dwa metry pod ziemią. Tego zdania nie podziela raczej mój pracodawca, nie wiem, nie mam zamiaru się przekonywać. Jak na chwilę obecną, to jestem niewygodnym świadkiem, zdrajcą,, dezerterem - nie mogę sobie pozwolić na mieszkanie w mieście, gdzie jestem “niezałatwioną sprawą” dla co najmniej dwóch uzbrojonych po zęby ugrupowań. Muszę uciec, całkiem daleko i na całkiem długo; dopóki nie uspokoi się cała ta sytuacja, nie mam innego wyboru, niż wyruszyć na pustynię.
Trzymaj się, Jesse. Spal tę kartkę po przeczytaniu i gdyby ktokolwiek się o mnie zapytał, to umarłem wraz z innymi chroniąc transport.

Twój jedyny, ranny, uciekający


Yanai Rinji
PS: Nie próbuj za mną iść i nie próbuj mnie znaleźć. Zarówno dla mojego jak i Twojego dobra.











Kolejne wpisy dokumentują wędrówkę przez pustynię. Każda kolejna notatka jest coraz to bardziej wyblakła, a między stronami pamiętnika można doszukać się ziarenek piasku:



Wpis pierwszy,
pierwszy dzień wędrówki.

Jest mi gorąco, duszno i ogółem źle. Maszeruję od kilku godzin, co w upalnych warunkach nie jest ani trochę przyjemne. Musiałem się zatrzymać, chociaż nie spędzę tu nocy - pod gołym niebem, pośród czerwonych piasków. Jeśli nie znajdę schronienia, będę musiał radzić sobie jakoś ze skorpionami we włosach i wężami pełzającymi po tułowiu. Mam wciąż trochę zapasów, całkiem sporo wody, którą wyniosłem z domu Jessego, trochę chleba, ale niedługo będę musiał zacząć rozglądać się za kaktusami i dziką zwierzyną w poszukiwaniu wyżywienia. Mówiąc o tym co zabrałem Jessemu - zdecydowałem, że jednak bezpieczniej będzie gdy nie zostawię po sobie żadnego śladu. Pozbierałem szkło z kafelków w łazience i zabrałem ze sobą liścik. Dla naszego wspólnego dobra.



Wpis drugi
czwarty dzień wędrówki.

Wpis jest krótki, bo jestem wycieńczony podróżą. Całe szczęście, gdy spałem na ziemi, żaden jadowity pająk nie zatopił we mnie swoich kłów, czy cokolwiek tam mają pająki. Udało mi się znaleźć płytką, kamienną grotę, w której zaszyję się na noc. Brakuje mi już pożywienia, polowanie okazało się być trudniejsze niż myślałem.



Wpis trzeci
piąty dzień wędrówki.

Udało mi się złapać węża! Nie mam pojęcia co to za gatunek, nawet nie wiem jak bardzo jadowity mógł być, ale smakuje nieźle.



Wpis czwarty
siódmy dzień wędrówki.

Spotkałem na swojej drodze opuszczony budynek, stację benzynową. Z zewnątrz wyglądała na kompletnie opuszczoną. Od wewnątrz, ściany budynku były udekorowane dziurami po kulach a na połamanych kafelkach leżały dziesiątki łusek. Wyraźnie miała miejsce tu jakaś potyczka: sądząc po zepsutym ekwipunku, który walał się na podłodze, ktoś używał stacji jako ośrodku wyrobu środków odurzających. Nie mam pojęcia, kto zakłócił tę operację. Siły zbrojne z M3? Wrogi gang? Może jakaś wewnętrzna sprzeczka, bunt niezadowolonych pracowników? Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, że to nikt, kto mógłby mieć coś wspólnego ze mną.

Wszedłem po wąskich schodkach na wyższą kondygnację budowli i dotarł do mnie okropny, obezwładniający zapach stęchlizny i śmierci. Powstrzymałem się przed zwróceniem wcześniej upolowanego węża i ostrożnie uchyliłem drzwi. W niewielkim, dusznym pokoju, na materacu rozkładał się dziwacznie ubrany mężczyzna - miał na sobie ciemnoniebieski, przesiąknięty krwią płaszcz, okrągłe okulary przeciwsłoneczne i owinięty ciasno wokół szyi szalik. Znacznie bardziej odtrącające od jego wyboru odzieży były tysiące wijących się na zwłokach czerwie. Poległy nieznajomy trzymał w dłoniach ćwiekowany gwoździami kij bejsbolowy, który postanowiłem sobie przywłaszczyć. Nie czułem się zbyt komfortowo z wizją spędzenia nocy pod tym samym dachem co gnijący wymordowany, więc postanowiłem, że zamieszkam chwilowo w jednej ze wspomnianych przyczep. Jest tu dość ciasno, ledwo mogę się położyć, chociaż czuję się tu o wiele bezpieczniej niż na otwartych pustynnych terenach. Nikt nie powinien mnie tu znaleźć.


Wpis piąty
osiemnasty dzień wędrówki.

Trochę się zasiedziałem. Stacja benzynowa była wygodna, chłodna, była bezpieczna, ale każdego dnia czułem się coraz to mniej anonimowy. Muszę iść dalej, znaleźć sobie bardziej trwałą rezydencję, w której będę mógł zostać.
Siedzę w cieniu dużego, pomarańczowego głazu i zastanawiam się - co ja ze sobą zrobię, jeśli uda mi się wrócić? Do czego doprowadziły mnie dotychczasowe wybory? Przecież miałem szczęście. Szczęście. Żyję tylko dlatego, że nie zasiadłem tamtego dnia za kierownicą, a tuż obok. Tylko dlatego, że jako pierwszy opuściłem miejsce zdarzenia. Nie mogę przestać myśleć o zwłokach, które leżały w pokoju. To mogłem być ja, to będę ja, jeśli nie wymyślę sobie jakiegoś nowego fachu.



Wpis szósty
dwudziesty dzień wędrówki.

To koniec. Nie mam już zapasów, nie wiem gdzie jestem, kończy mi się woda. Żegnajcie. Jeśli ktoś znajdzie ten dziennik - szukajcie schronienia przed słońcem.



Wpis siódmy
najprawdopodobniej dwudziesty czwarty dzień wędrówki.

Przeżyłem. Nie mam czasu zagłębiać się w szczegóły. Zdobyłem nowego przyjaciela.


Wpis ósmy
trzydziesty pierwszy dzień wędrówki.

Myślałem, że zdechnę na pustyni z wycieńczenia i głodu. Miałem halucynacje, przysięgam, widziałem niebo, które rozstępuje się na dwie części i próbuje mnie zjeść. Byłem bliżej śmierci niż miesiąc temu, kiedy minąłem się o kilka centymetrów od naboju. Leżałem przykryty cienką warstwą piachu, nie miałem siły się ruszyć. Nie mam pojęcia ile to trwało, straciłem przytomność.
Obudziłem się na leżaku, w środku czegoś co wyglądało jak kontener. Nade mną siedział wychudzony, opalony mężczyzna, niewiele młodszy ode mnie. Przedstawił się jako Ozaki - podziękowałem mu za pomoc i opiekę, ale przybysz zdawał się nie chcieć mojej wdzięczności, wręcz przeciwnie, dopytywał się przez cały czas czy czegoś mi nie potrzeba, czy może mi w czymś pomóc, tak dalej. Sytuacja była niepokojąca, bo okazywanie bezinteresownej pomocy na Desperacji zazwyczaj kryje za sobą różne ukryte pobudki.
Kolejne dni spędziłem głównie na leżeniu w łóżku, odzyskując siły. Okazało się, że Ozaki zaciągnął mnie do pobliskiego magazynu. Duży, zdemolowany hangar, z dziurawym sufitem, wypełniony kontenerami. Mój nowy towarzysz mieszkał tu już na tyle długo, że dobrze orientował się w manifeście ładunkowym i przynosił mi jedzenie, wodę i papierosy kiedy tylko go o to grzecznie poprosiłem. Dobrze jest mieć kogoś, do kogo można się odezwać, nawet jeśli to ktoś tak osobliwy. Zostanę tu na dłużej. Ufam swojemu nowemu przyjacielowi. Nie wydaje się być groźny, co najwyżej trochę dziwny. Swoją drogą, spytał się mnie o imię. Trochę mnie to wytrąciło z równowagi, bo z jednej strony nikt tak daleko od wpływów miejskich gangów nie powinien wiedzieć kim jestem, a z drugiej strony ostrożności nigdy za wiele. Odpowiedziałem mu, że mam na imię Cadoc.

Wpis dziewiąty
czterdziesty ósmy dzień, już nigdzie nie wędruję.

Nie mogłem się powstrzymać. Nie chciałem kwestionować gościnności dotychczasowego mieszkańca hangaru, ale jego nietypowe usposobienie spędzało mi sen z powiek. Ozaki wydawał się być nie tylko uczynny, a wręcz posłuszny. Robiąc co w mojej mocy, by nie wyprowadzić rozmówcy z równowagi, postanowiłem z nim na ten temat dłużej porozmawiać
Dlaczego mnie ocalił, dlaczego mieszka sam w tak przestrzennym budynku, dlaczego traktuje mnie jakbym był dla niego autorytetem. Nie byłem gotowy na jego odpowiedź. Nie wiem czy ktokolwiek by był - Ozaki wytłumaczył mi, jakby to miała być rzecz zupełnie oczywista, że jestem prorokiem, który spadł z nieba i rozbił się gdzieś na pustyni. Oz twierdzi, że opuściłem orbitujący wokół planety statek by wstąpić na Desperację i uczynić z niej raj dla wszystkich mieszkańców, stawiając jednocześnie przed sądem wszystkich, którzy odmówią wiary w nowego mesjasza. Hmm. Trzymanie mojego kolegi (wyznawcy?) w niewiedzy było chyba dobrym pomysłem. Kiwałem głową i słuchałem z niedowierzaniem jego opowieści o nowym porządku, który rzekomo miałem zaprowadzić - powiedziałem, że odpowiedział poprawnie na moje pytania, że to był tylko test. Ozaki mi podziękował. Mam mieszane uczucia co do dzisiejszych wydarzeń.



Wpis dziesiąty
pięćdziesiąty drugi dzień.

Mam mało czasu na wpis. Ozaki przywlókł kogoś do hangaru; średnio mi się to podoba. Przedstawia się jako Wakuni, jest niski, przysadzisty i najwyraźniej bardzo łatwowierny, bo został przekonany do tego, by mnie wysłuchać. Jak mam sobie z tym poradzić? Nosz kurwa. Łatwo mi było sobie poradzić z samym Ozakim, ale nie wiem czy jestem w stanie udawać zbawiciela długo. Obiecałem, że jutro coś im opowiem, ale nie mam pojęcia czy dam radę coś wymyślić. To chyba najwyższy czas by się stąd zabierać.


Wpis jedenasty
pięćdziesiąty trzeci dzień.

Miałem dzisiaj sen. Sen, w którym powoli kroczyłem po pustyni, zupełnie nagi, bez broni przy pasie, bez prowiantu, bez poczucia kierunku, ale też bez strachu. Nieprzerwanie, do przodu, przez stygnące nocą czerwone piaski, pod przewodnictwem niczego innego oprócz rozrzuconych po firmamencie gwiazd. We śnie, miałem doskonałą świadomość tego, że nie jestem przytomny, a wszystko co widzę jest jedynie wizją, nietrwałą, niegroźną, nierzeczywistą, a jednak czułem, że to nie jest tylko marzenie przy spoczynku. Spomiędzy błyszczących na nieboskłonie gwiazd, cienkie niczym włosy pęknięcia objęły cały horyzont, jakby wiszące nad moją głową sklepienie niebieskie było szklanym kloszem, który ktoś właśnie uderzył i potłukł. Czerń nocy zamieniła się w oślepiający blask, ziarenka piasku zmieniły swoją barwę ze skąpanego w ciemności karmazynu na śnieżną biel. Nie szedłem już nigdzie dalej, bo nie musiałem - wszelkie pojęcie tego “gdzie” rozpływało się i dezintegrowało, wraz z otaczającym mnie fizycznym światem. Traciłem poczucie bytu, topiłem się w srebrze i rozbłysku. Usłyszałem słowa... - chociaż nie, tu nie chodzi o słuch. Te słowa trafiły do mojej świadomości, bezpośrednio, tak jakby były częścią mnie, ukrytą pomiędzy zwojami mojego mózgu od zawsze, które teraz dopiero stały się wyraźne. “Już niebawem wejdziecie do raju”.

Zastanawiam się, czy powyższy paragraf brzmi dobrze i czy nie przesadziłem. W początkowej wersji przemowy, to miała być “wizja”, a nie zwyczajny sen, ale odnoszę wrażenie, że to byłoby zbyt oczywiste.

Wpis dwunasty
pięćdziesiąty trzeci dzień.

Aktualizacja co do poprzedniego wpisu - nie przesadziłem, a wszyscy słuchacze byli pod wrażeniem. Może powinniśmy znaleźć więcej takich osób? Z punktu widzenia zasad moralnych, to robiłem już gorsze rzeczy niż manipulacja naiwnymi ludźmi bez przyszłości.


Wpis trzynasty
sześćdziesiąty dziewiąty dzień.

Długo nie pisałem, ale mam ku temu dobre powody. Moja grupka wiernych zwiększyła się z zaledwie dwóch do pięciu. Nie są zbyt zorganizowani, wykształceni, większość nie miała najmniejszego pojęcia jak obsługiwać broń palną, dopóki im nie pokazałem - nadrabiają za to entuzjazmem i zmotywowanym religijnie zapałem. Udało nam się naprawić, a raczej złożyć z rozrzuconych po magazynie pojedynczych części, nowy samochód. Wraz z nowym środkiem transportu, pojawiły się nowe możliwości. Moja gromadka lubi robić to co im mówię, a już pracowałem kiedyś jako koordynator, kiedy byłem w mieście; jedyna różnica jest taka, że polecenia trzeba ubierać w ładniejsze, bardziej podniosłe słowa. Komunikacja z miastem jest całkiem sprawna, głównie dzięki temu, że mamy jak się tam dostać. Trzymam głowę nisko i podejmuję się jedynie drobnych zleceń, nie chcę zwracać na siebie uwagi, co wcale nie znaczy, że nie jestem zajęty.

Wpis czternasty
siedemdziesiąty dzień.

Dotarły do mnie z Nowej Desperacji wieści o tym, że Jesse nie żyje. Nie znam szczegółów, ale muszę być na chwilę sam. Robię przerwę od wpisów przez najbliższe dwa tygodnie, może trochę więcej.


Wpis piętnasty
osiemdziesiąty dziewiąty dzień.


Bracie, wierny, oddany, ten, który wstąpi do kosmicznego królestwa raju, ten, który zasmakuje wiecznego życia w przyjemności i miłości nowego proroka! Wysłuchaj moich słów.

Zwerbowaliśmy nową osobę, używając między innymi powyższego powitania. Jest długie, nie ma sensu, ale zgromadzonym wydaje się podobać. Nikt nie kwestionuje tego co mówię, każda decyzja należy do mnie i wszyscy jeszcze żyją - w Nowej Desperacji zaczynają krążyć pogłoski o Cadocu z pustyni i jego sekcie. Szczerze mówiąc, nie czuję już potrzeby życia w ukryciu, bardziej potrzebuję rąk do pracy i trochę amunicji. Gang, sekta, nie ważne. Będzie nas jeszcze więcej. Znacznie więcej.


Ostatnio zmieniony przez Cadoc dnia 26.07.19 4:58, w całości zmieniany 1 raz
                                         
Cadoc
Nosiciel
Cadoc
Nosiciel
 
 
 

GODNOŚĆ :
Po prostu Cadoc.


Powrót do góry Go down

Pisanie on 26.07.19 4:56  •  Pamiętnik Cadoca Empty Re: Pamiętnik Cadoca
Archie, Dào.
Rabunki nie zawsze idą po myśli.


- Archie? Archie, odzywaj się do mnie, słyszysz? Co by się nie działo, to masz się do mnie odzywać, gadać. Nie przestawaj do mnie mówić, Archie. - Dào, niedoszły najemnik i prowizoryczny pielęgniarz trzyma kurczowo zakrwawioną rękę rozłożonego na tylnym siedzeniu mężczyzny, który w odpowiedzi na jego prośby o utrzymanie kontaktu wypluwa z ust trochę ciemno-czerwonej substancji i kiwa głową charcząc.
- Jedź szybciej! - krzyczy Dào.
- Jadę, tak jak szybko mogę, ja pierdolę, to pickup a nie odrzutowiec. Wiedziałem, kurwa, wiedziałem, że tak się to skończy. - powarkuje Cadoc zaciskając ręce na kierownicy i dociskając pedał gazu, który piszczał w proteście. - Żyjesz jeszcze? Archie? - odwraca się. Chłopakowi z nosa i ust cieknie krew a przesiąknięta, jeansowa kurtka, którą próbuje zatamować ranę na brzuchu zmieniła swój kolor z granatowego na karmazynowy.
- Patrz… na drogę. - wyrzuca z siebie z trudem młodzieniec. Cad odwraca wzrok, przekonany, że jego współpracownik przeżyje, wciąż jednak niepewny czy dłużej niż najbliższe pięć minut. Piaszczyste drogi Desperacji zdobią liczne kamienie, kopce, szczątki zwierząt: mielone teraz pod kołami semi-ciężarówki prowadzonej przez spanikowanego sekciarza, ku nieszczęściu umierającego za jego plecami osobnika.
- Ostrożnie. - prosi Dào.
- Cicho. - prosi Cadoc. - Zaraz będziemy na miejscu. - zaczyna zwalniać, zauważając na horyzoncie niski, prostopadłościenny budynek pomalowany na biało. Zatrzymuje się niecałe dwa metry przed przeszklonymi drzwiami i pospiesznie wysiada z auta.
- Złap go za nogi. Tu, za kostki. Spróbuj go nie połamać, co? - sugeruje swojemu pasażerowi Cadoc, chwytając Archiego za ramiona. Dào wykonuje polecenie, chociaż poszkodowany piszczy gdy jego ciało unosi się ku górze i roztrzęsionymi dłońmi usiłuje utrzymać na miejscu improwizowany bandaż, który pomimo jego desperackich prób upada na ziemię i ukazuje trzy rany postrzałowe, z których sączy się krew. Z budynku wybiega starszy mężczyzna w białym fartuchu - nie takim, który nosi na sobie Archie. Wydaje się być równie przerażony co i skonfundowany.
- K-kto… Kim wy jesteście? Kto to jest? Prawie nie rozbiłeś się o moją przychodnię! Kto to jest? - pyta z głosem pełnym lęku.
- To jest twój nowy pacjent, który ma w trzewiach trzy naboje. Dziewięć milimetrów. - wyjaśnia Cadoc, otwierając nogą drzwi. Wnętrze kliniki jest czystsze niż większość budynków na pustyni - ściany są pomalowane, kafelki są całe i świetlówki nie migotają. Nieskazitelną estetykę poczekalni zakłóca wyciekająca z Archiego posoka, która wylewa się na podłogę. Do dobiegających z kliniki odgłosów szczekania, ćwierkania i miauczenia dołącza wycie Archiego, któremu zaczyna już brakować sił do płaczu.
- Ja… J-ja jestem weterynarzem, nie wiem co mam z nim zrobić. Nigdy nie byłem… - usiłuje wyjaśnić lekarz, któremu wypowiedź przerywa poirytowany Dào.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz, co? Jeśli on nie wyjdzie stąd żywy to zapewniam, ty też nie. - pokazuje schowany za paskiem pistolet. Cadoc, który preferuje nieco bardziej dyplomatyczne podejście, wyjątkowo zgadza się ze swoim przedmówcą ze względu na kryzysową sytuację.
- Słyszałeś go. Zwierzaki mogą poczekać. - dodaje, zamykając za sobą drzwi i opuszczając żaluzje. Staruszek stęka, klnie pod nosem, ale w końcu zakłada niebieskie, lateksowe rękawiczki i przystępuje do impromptu operacji.


- Przez cały ten czas, odkąd tylko upadłeś na ziemię, doskonale wiedziałem, że nie umrzesz. Że wszystko skończy się dla ciebie tak jak przewidziałem. - mówi kojącym głosem Cadoc, głaszcząc po policzku swojego wiernego akolitę. Archie był zdezorientowany, obolały, połamany, pełen leków przeciwbólowych ale też zadowolony. Jeszcze żywy.
- Plan obejmuje nas wszystkich. Wierni opuszczą Ziemię na statku. Ja po prostu chcę ją opuścić razem z tobą. - Archie uśmiecha się. Najchętniej przytuliłby się teraz do swego uwielbionego proroka, zbawiciela, który ocalił go od pewnej śmierci, tego samego zbawiciela, który ocali go jeszcze raz, gdy świat pochłoną płomienie. Połamane żebra, odłamki we wnętrznościach i dwa naboje, które tkwią pomiędzy jego organami to nic - liczy się wieczne życie w kosmicznym raju.
                                         
Cadoc
Nosiciel
Cadoc
Nosiciel
 
 
 

GODNOŚĆ :
Po prostu Cadoc.


Powrót do góry Go down


 
Nie możesz odpowiadać w tematach