Strona 13 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next

Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Robin on Pią Maj 11, 2018 2:42 pm
 Pomieszczenie w półmroku połknęło ich wślizgujące się do środka sylwetki. Przez krótki moment odgłosy zza ściany wygłuszyły się i brzmiały jak odległe uderzanie w bęben. Rytmiczny stukot odnóży o twardą, desperacką ziemię oddalał się od nich łagodnie, ale kilka par brzmiało wyraźniej, jakby niektóre z mrówek jeszcze dla pewności zwolniły i obrzuciły pustym wzrokiem ścianę, w której zniknęli aniołowie. Pojedyncze plamy złotego światła wpadały przez dziury w suficie do środka opustoszałego pokoju. Być może kiedyś mieszkał tu ktoś warty uwagi lecz w tym momencie jedynymi lokatorami były robactwo i gryzonie. Ostry pisk uciekającej spod ściany myszy na chwilę zwrócił uwagę Robina, ale chłodne spojrzenie upadłego nie przywarło do zwałów gruzu, kryjówki stworzenia, na długo.
 — Chyba. — odpowiedział ironicznie. Bez konkretnego powodu czuł kołującą w piersiach ogromną chęć bycia niemiłym, uszczypliwym na każdym możliwym polu. Nie sprawiało mu to takiej samej satysfakcji jak zwykle, po każdej uwadze nie unosił kącików ust ku górze jak to miał w zwyczaju. Sztuczny, lisi uśmiech zastąpiło chłodne spojrzenie i blade usta ułożone w wąską, prostą linie.
 Przystanął na skraju ciepłej plamy słońca padającej z nieba. Wyrazista linia blasku oświetlała jego niemalże białą cerę i odcinające się, czarne włosy. Tylko w matowych oczach nie było światła, jakby ich gładka, wilgotna powierzchnia przeczyła prawom fizyki, pozostawały niewzruszone na migotanie otoczenia. A mimo to, sylwetka upadłego prezentowała się po anielsku w tej korzystnej grze iluminacji. Nawet z policzkiem przeoranym szkarłatną raną wyglądał dobrze.
 Przymknął powieki słysząc pytanie Cayenne i jak kot pochłaniał ciepło padające z nieba. Opalenizna nigdy się go nie chwytała, więc pomimo życia na upalnej desperacji cerę miał porcelanowo-białą i tak samo jak ona prezentował się delikatnie i drogocennie. Celebrował w widoczny sposób każdą upływającą sekundę, która mijała od rzuconych w pustą przestrzeń budynku słów chłopaka. Nie czuł nacisku słów na ustach, pozostawał milczący i odległy.
Dopiero gdy podsycone niecierpliwością kolejne pytanie zmąciło spokój, otworzył powoli jedno oko i zerknął na bok, ku aniołowi.
 — Witam na Desperacji. — odpowiedział pokrętnie.
 To tutaj właśnie jeżeli komuś nie przydarzy się w ciągu doby żadna krzywda, uznawany jest za niezwykłego szczęściarza. Młodzian miał jeszcze długą drogę przed sobą w poznawaniu tego miejsca, musiał się przyzwyczaić, że to co dla niego jest niezwykłe, na Desperacji zbywane jest machnięciem ręki. Jednak właśnie przez takie kontrasty Robinowi podobało się obserwowanie zmartwionej miny młodszego.
 Był taki czysty. Taki nieskalany, nieskażony przez brudy egzystencji, że odbieranie mu każdej odrobiny tego życiowego dziewictwa było nagrodą w najczystszej formie. Dla kogoś, kto zajmował się w sposób specyficzny tą dziedziną brzydoty jaką było balansowanie pomiędzy prawdą i kłamstwami Cayenne był idealnym obiektem eksperymentów. Wmawianie mu ułudnych bajeczek było dziecinnie łatwe, a podsuwanie pod nos prawdy druzgocąco zachwycające.
 — Całą drogę niosłeś tutaj jedzenie i nikt Cię nie okradł? — pochylił nieco głowę i uciekł spod promieni. — To by po części wyjaśniało, dlaczego mrówki na nas szarżowały. Wyczuły jedzenie. — Przewrócił oczami na tą głupotę chłopaka. Nie był do końca przekonany, w głębi siebie, że podał właściwy powód, ale dzieciak nie musiał tego wiedzieć. Jeżeli poczuje się słusznie karcony za swoją winę, będzie tylko bardziej plastyczny, łatwiejszy w obróbce na zachcianki upadłego. — Skoro jednak proponujesz mi wspólny piknik, to sugeruje, żeby pozostać w budynku, póki nie zjemy. Widzisz, paradowanie z jedzeniem na wierzchu na Desperacji może Ci się jeszcze odbić czkawką. Złapie Cię ktoś silniejszy i będziesz miał szczęście, jeżeli zabierze tylko to, co ze sobą masz. Najpewniej po prostu zrobiłby z Ciebie żywy towar. Szczególnie, że jesteś aniołem.
 Wykrzywił usta i usiadł pod jedna z dziur. Trzymał się stosunkowo blisko krawędzi padania blasku, ale teraz już nie wchodził w jego obszar, pozostawał w przyjemnie chłodnym cieniu oczekując na dary, jakie chłopak przywlókł tu ze sobą z Edenu.

Kontrola ognia [odpoczynek]: 1/4



ANGELS ON THE SIDELINE,
BATTLED AND CONFUSED
FATHER BLESSED THEM ALL WITH REASON
AND THIS IS WHAT THEY CHOOSE

avatar





Robin
Upadły Anioł
GODNOŚĆ :
Robin Goodfellow ♥


Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Cayenne on Sob Maj 12, 2018 11:50 pm
Przyglądał mu się, o dziwo, nic nie mówiąc przez jakiś czas. Nie potrafił wyzbyć się uczucia, że Robin, pomimo wygnania, nadal prezentował się jak anioł najwyższej klasy. Był piękny i taki... wyniosły. Biła od niego aura, której brakowało wielu skrzydlatym zamieszkującym tereny Edenu.
Byłby idealnym aniołem, naprawdę. Gdyby tylko nie to puste spojrzenie. Martwe, jakby wszystko, co jasne i żywe już dawno opuściło Robina i teraz jedynie jego ciało z przymusu egzystowało na ziemiach Desperacji, bo anielskie prawa zabraniały mu zakończyć żywot. Ten widok sprawiał, że serce młodszego anioła ściskał żal. Bo nie był w stanie wyszarpać Robina z ciemności, która z każdym kolejnym dniem tutaj oplatała go coraz mocniej swoimi długimi palcami.
Opuścił lekko głowę, czując karcące spojrzenie nauczyciela. Naprawdę to była jego wina, że spotkali te wielkie mrówki? Ale gdyby tak było w rzeczywistości, to przecież nie zostawiłyby ich w ostateczności w spokoju, tylko wabione zapachem napierałyby na nich nadal. Z drugiej strony nie znał Desperacji ani praw, jakimi się rządziła. Musiał w pełni zawierzyć słowom drugiego skrzydlatego, jako komuś z o wiele większym bagażem doświadczenia.
Przepraszam. Nie pomyślałem. - odpowiedział cicho, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. Naprawdę nie chciał przysporzyć mu więcej problemów. Przybył tutaj, bo chciał go zobaczyć i jakoś się przydać. Oczywiście nie planował pozostać na Desperacji nie wiadomo ile, ale skoro już odważył się na tak drastyczny krok jak ponowne odwiedzenie tego niebezpiecznego miejsca, to chciał spędzić z Robinem jak najwięcej tylko mógł.
Wreszcie ruszył w jego stronę, po drodze przerzucając przez głowę pasek z torbą, ale nim zajął miejsce obok ciemnowłosego, skierował spojrzenie w kierunku lisa. Przez moment wpatrywał się w niego, aż wreszcie skinął głową.
Tylko uważaj na siebie, dobrze? Nie oddalaj się zbyt daleko. - powiedział zatroskanym głosem, na co lis jedynie pochylił głowę, a potem odwrócił się i wybiegł z domu.
Powiedział, że poszuka czegoś do upolowania. - wyjaśnił Cayenne czując nagle, że przecież Robin był wykluczony z krótkiego dialogu, jaki właśnie przeprowadził. Wreszcie zajął miejsce obok drugiego anioła, i wyciągnął z torby dwie butelki z wodą, trzy jabłka, pół bochenka chleba, ser, a nawet butelkę mleka. Ach, no i trzy marchewki.
Nie ma tego wiele, ale nie wiedziałem co dokładnie zabrać ze sobą. - zaśmiał się cicho, ale nawet śmiech w jego wykonaniu w tym momencie zdawał się być pozbawiony wesołości. Spojrzał na Robina, a dokładniej na jego profil, a następnie ponownie delikatnie dotknął rany na policzku. Delikatnie, by przypadkiem nie zadać mu więcej bólu.
Kto ci to zrobił? Co się z tobą dzieje, Robin? - przysunął się bliżej, a w dwubarwnych tęczówkach zawitało zmartwienie.
Nie zbywaj mnie uśmieszkami, Robin. Chcę ci pomóc. Czemu nie chcesz mi na to pozwolić? Po to tutaj jestem.




avatar





Cayenne
Anioł Służebny

Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Robin on Wto Maj 15, 2018 7:08 pm
 Skrzywił się jak ktoś, kto próbuje być zły, ale widzi słodkiego kotka robiącego najbardziej urocze rzeczy. Kąciki ust obniżyły się, a powieki opadły do połowy. Zdegustowany wiedział, że samo kocie nie jest winne swej prezencji, więc pałanie gniewem w jego kierunku jest absurdalnie głupie. Pozostał więc z niezrozumiałą nawet dla siebie miną, ani zdenerwowany ani tym bardziej radosny.
 — Tak mi się właśnie zdawało. — skomentował uszczypliwie niekonkretne wyjaśnienia chłopaka. Anioły dużo częściej właśnie przez swoją głupotę i klapki na oczach robiły złe rzeczy, bo sam świadomy zamiar pojawiał się rzadko. To było takie wrażenie, jakby ktoś wiązał ręce, kiedy z krwią skrzydlatego w duszy próbowało się zaplanować coś nieprzyjemnego. Wszystko było oczywiście możliwe, ale gdy cierpli posmak i dreszcz na ciele pojawiał się już w momencie pierwszej myśli, anioł w porę się nawracał. Poza tym były jeszcze te przeklęte sądy. I samosądy, co Robin mógł poświadczyć na własnym przykładzie.
Odprowadził lisa spojrzeniem domyślając się przebiegu rozmowy wewnątrz ich umysłów. Głos chłopaka jedynie potwierdził jego przypuszczenia. Goodfellow zaśmiał się cicho, z satysfakcją.
 — Żyje z tobą w Edenie, a chce polować tu, na Desperacji? — przesunął kciukiem po wargach. W pierwszym momencie chciał założyć się z młodszym aniołem o to ile czasu wytrzyma lis poza budynkiem zanim coś go nie zje, ale potem pozwolił myślom skupić się na prezentowanym specjałom. Posiadały nieporównywanie większą wartość od rudego stworzenia. Nimi dało się najeść, a futrem i żylastym mięsem czworonoga już niezbyt.
Nie czekając aż Cayenne wypakuje wszystko chwycił za bochenek i zaczął obracać go w dłoniach unosząc do światła. Przyjemny karmelowy odcień i ciemniejsze plamy na skórce zmotywowały jego kiszki do odegrania cichego marszu o nieregularnym rytmie z tytułem: głód.
 — Zabrałeś nóż? — zapytał krytycznie, zakładając oczywiście, że chłopak nie pomyślał i o tym. Dosyć trudno jadło się takiej wielkości chleb i dużo łatwiej byłoby spożyć go po pokrojeniu, ale nie będzie narzekał nawet wtedy, gdy okaże się, że jedynym ostrym narzędziem będą własne zęby. Reszta dobrobytu niekoniecznie go interesowała. Pomimo swojej anielskiej natury nie należał do osób stroniących od mięsa. Nie znęcał się nad zwierzętami, ale jeżeli chodziło o przetrwanie, to nie wahał się zabijać i przerabiać zdobyczy na zapasy. Ciało potrzebowało każdego rodzaju składników odżywczych, dlatego zawiódł się odrobinę brakiem tego rodzaju zaspokajacza głodu i skupił się tylko na jednym, wspomnianym wcześniej bochenku. — Za to wszystko pewnie kupiłbyś na Desperacji człowieka. Ujdzie.
 Skrzyżował nogi w siadzie tureckim i ułożył chleb na udach. Powoli ściągnął z ramion wierzchnią część ubioru, złożył w kratkę i położył na względnie czystym kawałku podłogi. Białą z nazwy koszulę nie bał się wybrudzić, ale górna część garnituru musiała pozostać nietknięta, a skoro mają zamiast coś konsumować, zaistnieje ryzyko pojawienia się niepożądanych plan. Nawet teraz zachowywał się z gracją i kulturą.
 Pomimo zmęczenia siedział wyprostowany. Używanie mocy wypompowało z niego trochę sił, ale jedzenie szybko je uzupełni. Od starcia z mrówkami zrobił się trochę bledszy, ale kontrola tylko jednej fali ognia nie była znowuż aż tak wyczerpująca. Mogli w spokoju odpocząć w półmroku opuszczonego budynku.
Zastanawiał się w międzyczasie, co stało się z poprzednimi właścicielami ceglanego budynku, ale zanim na dobre zdołał się skupić poczuł ciepło bliskości chłopaka i rękę, która jeszcze raz skierowana była na jego policzek.
 Syknął poirytowany i odsunął głowę.
 — Nie dotykaj. Ma takie zostać. — wyjaśnił tonem pełnym zdenerwowania. Ile razu w ciągu ostatnich kilkunastu minut mówił mu, żeby nie przejmował się ta bruzdą? Dziecięca ciekawość wylewała się z oczu młodszego anioła, a zaniepokojenie, które również się tam kryło Robin ignorował. — Na jakiej podstawie uważasz, że potrzebuje pomocy? Twojej. Jakiejkolwiek. — Przytknął policzek do ramienia. Jedną z dłoni sięgnął ku ranie i dotknął ją z dreszczem zadowolenia. — No chyba, że chcesz mi podarować jeszcze kilka takich, wtedy mógłbym się zgodzić. — Wąskie usta rozchyliły się ostrożnie prezentując delikatny uśmieszek, a ton zmienił się na przeciągły i delikatny. Każdym słowem głaskał ciszę. Dopiero wtedy odwrócił się znowu do chłopaka i wyciągnął ku niemu palce lekko ubrudzone swoją krwią. Dotknął policzka Cayenne i przesunął opuszkami po miękkiej, jasnej skórze. — To jak, chętny?



ANGELS ON THE SIDELINE,
BATTLED AND CONFUSED
FATHER BLESSED THEM ALL WITH REASON
AND THIS IS WHAT THEY CHOOSE

avatar





Robin
Upadły Anioł
GODNOŚĆ :
Robin Goodfellow ♥


Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Cayenne on Wto Maj 15, 2018 10:00 pm
Pokręcił delikatnie głową, kiedy Robin zapytał go o posiadanie noża. Oczywiście, że nie zabrał go ze sobą. Nie widział takiej potrzeby. Oczywiście że Desperacja była przerażająca i na jej terenach czaiły się najstraszliwsze koszmary o jakich chłopak nawet nie mógł śnić. Ale po pierwsze był aniołem i nie potrafił realnie komuś zagrozić czy kogoś skrzywdzić, nawet w obronie własnej. A po drugie nie czułby się komfortowo mając przy sobie taką broń. Nie potrzebował noża. Miał tylko nadzieję, że znowu nie ujrzy w ciemnych oczach Robina błysku rozczarowania.
Spoglądał przez moment na niego ukradkiem, jednocześnie zagryzając dolną wargę od środka. Czuł się nieswojo. Jakby wlazł komuś z butami do domu i był przy tym naprawdę niechcianym gościem. Naprawdę miał wrażenie, że z Robinem jest coś nie tak. I rana na policzku bynajmniej nie była tego bezpośrednim powodem.
Okropieństwo. Handel ludźmi. - skwitował krótko, bardziej do samego siebie, niż do swojego towarzysza. Z narastającym niepokojem obserwował zachowanie drugiego anioła. Nigdy nie przypuszczał, że Robin może poddawać się z taką przyjemnością bólowi. Chyba że to kolejna maska, którą właśnie przybierał, aby go skutecznie do siebie zrazić. Ale problem był taki, że w tej kwestii Cayenne był cholernie uparty, i potrzeba było czegoś więcej, aby go zniechęcić.
Wzdrygnął się lekko na jego dotyk. Nie dlatego, że go obrzydzał, ale było w tym coś... nieprzyjemnego. Odległego. Zwłaszcza, że nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dostrzega w jego matowym, martwym spojrzeniu błysk szaleństwa.
Chce, żebym....
Uniósł dłoń i wsunął ją pomiędzy swój policzek a rękę Robina, nieco odsuwając go od siebie, niemo dając mu jasno do zrozumienia, żeby przestał. Pokręcił delikatnie głową, marszcząc przy tym brwi.
Bo patrząc na ciebie, widzę jak o nią niemo prosisz, Robin. - powiedział cicho, przekręcając się na tyle, by nie siedzieć już bokiem do niego, a przodem.
Coś w tobie jest... innego. Uśmiechasz się, ale to fałszywy uśmiech, jakbyś chciał coś pod nim ukryć. Czuję, że coś się stało i że jesteś... zraniony? Tylko boję się, że to nie jest już kwestia bólu fizycznego, a czegoś innego, głębszego. - starał się jakoś dobrze dobierać słowa, ale miał wrażenie, że w ostateczności brzmią strasznie poetycko i ckliwie. Nie miał pojęcia jakby mógł do niego dotrzeć. Robin zawsze pozostawał w jego oczach jedną, wielką i nieodgadnioną zagadką.
Spuścił lekko głowę, czując się bezradnym. Dusząc się w niewidzialnej bańce, która za cholerę nie chciała pęknąć.
Robin.... wiesz doskonale, że tego nie zrobię. Nie mogę cię skrzywdzić ani też zranić. Nie chcę tego. Chcę ci pomóc i jestem gotowy zrobić właściwie wszystko, ale nie to. - dodał skruszony, jakby naprawdę czuł się winny tego, że nie chce zadać mu kolejnych ran. A przecież nie powinien. Postępował dobrze, prawda? Nie robił nic złego. Chciał tylko dobrze.
Nie odejdę, dopóki... - zamilkł na krótką chwilę, aż wreszcie podniósł głowę.
Już wiedział. Wiedział co mu chodziło po głowie od momentu, kiedy ujrzał Robina TAKIEGO.
Zaopiekuję się tobą, więc niczym się nie martw.




avatar





Cayenne
Anioł Służebny

Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Robin on Wto Maj 15, 2018 10:47 pm
 Zamknął oczy i wyrecytował w myślach losowy fragment Biblii. Coś, co w założeniu miało zastąpić uspokajające liczenie do dziesięciu na niewiele się zdało. Wystarczyło jedno spojrzenie na bochen, by znowu pojawiła się w nim irytacja bezmyślnością chłopaka. Jedzenie bez sztućców było nieprzyzwoite, a do tego ręce mieli brudne i pełne zarazków. Nawet po wielu latach na Desperacji organizm nie był całkowicie uodporniony na pospolite choróbska, które potrafiły przyplątać się z powodu nieostrożności. Krytycznym okiem spojrzał na marchewki zastanawiając się, czy są chociaż umyte. W okolicy wody nie uświadczy, ale Cayenne mógł się tego nie domyślać.
 Odepchnięta dłoń skończyła w jego ustach. Przeciągnął językiem po brudnych palcach, a potem wytarł je o skraj koszuli. Względnie czysta ręka spoczęła na powierzchni chleba. Ścisnął jego skraj między palcami próbując oderwać kawałek pieczywa, który mógłby potem skierować do buzi. Być może nie było to zbyt kulturalne, ale trzeba sobie radzić, skoro żaden z nich nie posiadało noża.
 — Ale za anioły cena jest tylko wyższa. — odparł po przełknięciu małego kęsa. Nawet jadł z gracją. Nigdy nie napychał sobie policzków na tyle, by w razie czego nie móc połknąć wszystkiego bez ryzyka zakrztuszenia się. Nie mówił też z pełną buzią, panował nad sytuacją, nawet jeżeli w tym momencie chodziło wyłącznie o pożywianie się. — Zdziwiłbyś się jak wiele Edeńczyków wykorzystuje urodzaj tamtejszych ziem, by na Desperacji żyć jak bogate świnie. Anioły to fałszywe dranie, dlatego jak ktoś natknie się na takiego typowo niewinnego kurczaka, to nie ma litości.
Wyszarpał jeszcze jeden kęs i ten również trafił prosto do ust. Chociaż chleb nie był najświeższy, smakował wystarczająco dobrze. Twarda, rumiana skórka pozostawiała po sobie przyjemny posmak, a samo przeżuwanie jej należało do czynności wprawiających w ekstazę. Niewiele trzeba by zadowolić desperackie ścierwo. Temat rozmowy najwyraźniej nie przeszkadzał mu w rozkoszowaniu się jedzeniem.
 — Wiesz co to jest masochizm? — zapytał krótko, ale nie czekał do pojawienia się odpowiedzi. — Takie rzeczy sprawiają mi przyjemność, ale to nie znaczy, że wyzbyłem się reakcji ciała. Jak uderzysz, to nadal boli, tyle że chodzi właśnie o to, by bolało. — Uśmiechał się nieprzyjemnie pomiędzy przeżuwaniem. Było coś ekscytującego w mówieniu niewinnemu dzieciakowi o takich rzeczach. Czuł się jak ubłocony piec, który świadomie chodzi po wypranym prześcieradle pozostawiając na nim swoje wyraźne odciski łap. Brakowało mu tej możliwości położenia swoich nieczystych łap na tym chłopaku. — Dostosuj się i nie wariuj. Nie jestem twoim pierwszym lepszym aniołem z sąsiedztwa, Cayenne.
 Odłożył nadszarpany bochen na wierzch torby chłopaka, by nie ubrudził się on od podłogi. Sam mógł siedzieć bezpośrednio na chłodnym podłożu, ale jedzenia byłoby szkoda. W przeliczniku na Desperacką walutę mieli ze sobą całkiem spory dorobek. To było jednak mniej ważne w tym momencie. Nie odsunął od siebie chleba, bo przeszła mu nań chętka. Chciał oswobodzić swoje ręce, by móc je bezceremonialnie położyć na ramionach chłopaka. Przysunął się do niego i przyciągnął jego korpus bliżej własnego. Usta przesunęły się bliżej głowy chłopaka i zawisły kilka krótkich centymetrów od jego ucha.
 — A co jeżeli bym Ci powiedział, że krzywdzisz mnie odmawiając? — oblizał usta z paskudnym mlaśnięciem, którego nawet nie próbował ukryć. Chwyt długich, wąskich palców był silny i być może nawet bolesny. Nie miał zamiaru dać mu się odsunąć zbyt szybko. Ciepły oddech z każdą chwilką oczekiwania na reakcje stawał się głośniejszy, a służebny mógł poczuć, jak druga dłoń Robina, dotychczas zagubiona gdzieś w przestrzeni sunie lekko po jego kolanie. — No dalej, pomóż mi. Spraw, żeby tak nie bolało.



ANGELS ON THE SIDELINE,
BATTLED AND CONFUSED
FATHER BLESSED THEM ALL WITH REASON
AND THIS IS WHAT THEY CHOOSE

avatar





Robin
Upadły Anioł
GODNOŚĆ :
Robin Goodfellow ♥


Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Cayenne on Czw Maj 17, 2018 6:39 pm
Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiał. Jak wygląda życie na Desperacji. Słyszał różne opowieści, plotki, które prześlizgiwały się pomiędzy ustami skrzydlatych zamieszkujących Eden, ale to wciąż były jedynie słowa. Słowa, do których Cayenne nie przywiązywał zbytniej uwagi. Dopiero będąc tutaj powoli zaczynał docierać do niego ogrom tragedii i okrucieństwa. Handel ludźmi? Aniołami? To było absurdalne. Ale jednocześnie w tym całym swoim absurdyzmie jak najbardziej realne. Przerażało go to. Sama myśl go przerażała. I chociaż wiedział, że nie jest zbawcą świata i bez znaczenia co nie zrobi, to nie uchroni wszystkich przed takim losem, to w tej jednej chwili zapragnął zrobić c o k o l w i e k.
Palce nieznacznie drgnęły, zaciskając się na jego kolanach. Wiele słów cisnęło się na jego usta, ale w ostateczności żadne nie padło. Jakby cisza wypełniła całe jego gardło, zagłuszając przy tym chaotyczne myśli napędzające jego umysł.
Dopiero kolejne słowa Robiny odblokowały jego usta. Odwrócił lekko głowę, przyglądając mu się z niezrozumieniem.
Masochizm?
Masochizm? - powtórzył bezwiednie. Oczywiście słyszał o tym, nawet na lekcjach w anielskiej szkole otarł się o ten termin. I nawet byłby skłonny uwierzyć, że ktoś na to naprawdę cierpi. Że lubi ból. Że sprawia, jak jego ciało płonie i pragnie więcej. Ale głównym problemem w tym wszystkim była sama postać Robina. Zwłaszcza teraz. Cayenne miał wrażenie, że właśnie stoi na przeciwko ogromnego węża i wystarczył jeden, zły ruch, a ostre i zatrute kły rozerwą jego mięso.
Posłuchaj Robin. Wiem, co to oznacza, ale- - słowa utonęły w krótkim, zduszonym odgłosie zaskoczenia, kiedy poczuł drugie ciało nieprzyzwoicie blisko. Instynktownie napiął swoje mięśnie, kładąc obie dłonie na jego ramionach i spróbował się wyswobodzić, by zwiększyć dystans.
Ogon węża już cię pochwycił. Jeszcze chwila i jego kły...
.... Nie uwierzyłbym ci. - odpowiedział cicho, ale w takiej odległości nawet szept wydawał się krzykiem.
Skąd mogę mieć pewność, że naprawdę lubisz ból? A może po prostu chcesz, bym w to uwierzył? - zacisnął mocniej usta, czując drżenie ciała. Jego ciała.
Proszę, odsuń się.
Złapał gwałtownie za dłoń, która niebezpiecznie dotykała jego uda, odsuwając ją od siebie.
Odwrócił głowę w bok. Jak tchórz, który nie może spojrzeć w oczy oprawcy.
Doskonale wiesz, że nie chcę twojej krzywdy, Robin. I jednocześnie chcesz, żebym to zrobił? - serce ścisnęło mu się na samą myśl, że mógłby to zrobić. On. Jemu. Boże, daj mi siły.
Okrutny jesteś.




avatar





Cayenne
Anioł Służebny

Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Robin on Wto Maj 22, 2018 3:19 pm
 Z racji dzielącej ich różnicy doświadczenia życiowego Robin czuł się podwójnie ważny w procesie wtłaczania chłopaka w życie. Miał nie tylko wiek, ale również całą gamę różnorakich sytuacji, którymi mógł się poprzez w celu udowodnienia własnej racji. Momentami jednak czuł się jak boski posłannik najwyższego stopnia, cokolwiek powiedział, dla młodszego anioła stawało się niemal natychmiast niezaprzeczalną prawdą. Były jednak chwile, gdy szczere słowa nie potrafiły przebić się przez nieistniejącą barierę chłopięcej nieufności. Gdy ten jeden raz bez owijania w bawełnę przyznał się do swoich paskudnych skłonności, został uznany za kłamcę.
 — Phi. Żyję w tej formie od kilkunastu lat i jak na moje oko, to trochę za długo na marny dowcip. — odpowiedział z typowym dla siebie humorystycznym zabarwieniem, ale od razu dało się zauważyć poirytowanie. Jedna brew uniosła się wyżej, a lewa powieka drgała mimowolnie. — I na kłamstwo. Po co niby miałbym rozpowiadać takie głupoty, gdyby nie były prawdziwe? Z całym szacunkiem. Jestem masochistą, ale to nie znaczy, że daje się okładać każdemu. Rozumiesz? Może to nić sympatii.
 Przesunął dłoń z policzka na podbródek Cayenne i chwycił go w silnym geście zmuszając do tego, by nie odwracał głowy, by nie uciekał od rozmowy i problemu.
 — Tak czy inaczej zrobisz źle. Odmawiając mi wzmagasz jedynie niecierpliwość, wbijasz szpilkę kawałek po kawałeczku do momentu, aż się rozpadnę. — wypuścił go gwałtownie i wstał z ziemi. Otrzepał tył spodni z brudu i lekkim krokiem podszedł do dziury w ścianie. Trącił czubkiem buta kilka większych kawałków gruzu i wydobył z nich ostry kawałek połamanej szyby. Uśmiechnął się do siebie i odwrócił się do chłopaka.
 — Jesteśmy na Despracji, wczuj się. — rzucił wyzywająco i zaszedł go od tyłu. Przykucnął za plecami chłopaka i objął go ramieniem. Drugą ręką podstawił mu pod dłoń zebrany przedmiot. — Szybkim ruchem, tam gdzie skóra jest miękka. — Podciągnął rękaw do łokcia i kiwnięciem głowy wskazał mu na jasne przedramię, nieco ponad nadgarstkiem, zaraz obok zielonych linii żył malujących się na ciele.
 Nachylał się nad nim całym ciężarem, opierając delikatnie klatką piersiową o ramię chłopaka. Był jak materialny cień wiszący za plecami młodego anioła, jak diable usadzone na ramieniu, które namawiało do paskudnych czynów. Tyle, że tym razem był to jego ukochany Robin, upadły z matowymi, czarnymi oczami i paskudnym uśmiechem bladych ust.
 — Obiecuję, że nie umrę. Jak będziesz grzeczny, to pokażę Ci coś ciekawego. — oblizał wargi i czekał na decyzję służebnego. Zadanie było proste. Rękę i narzędzie miał już przygotowane, wystarczyło pochwycić ostre szkło i szybkim ruchem narysować linię na skórze Goodfellowa.



ANGELS ON THE SIDELINE,
BATTLED AND CONFUSED
FATHER BLESSED THEM ALL WITH REASON
AND THIS IS WHAT THEY CHOOSE

avatar





Robin
Upadły Anioł
GODNOŚĆ :
Robin Goodfellow ♥


Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Cayenne on Nie Cze 03, 2018 11:39 pm
Nie chcę.
Cichy krzyk rozbrzmiał w jego głowie, ale tylko on sam mógł go dosłyszeć. Już od dawna zdał sobie sprawę, że pragnie cudzego dotyku i bliskości. Samotność powoli wypalała na nim swoje piętno, oznaczała go. Chciał poczuć dotyk cudzej skóry i ciepła, ale nie w wyuzdany sposób. Tak po prostu. Posmakować czyjejś obecności. Teraz jednak, kiedy to dostał, kiedy Robin był tak niemoralnie blisko, czuł, jak go pali. Od zewnątrz i od środka. Jakby ogień wyrwał się z samego serca piekła. Sparaliżowany nie był w stanie go odepchnąć, odsunąć się czy też zaprotestować.
Wargi zadrżały a powieki rozsunęły się, gdy blada skóra niemal błysnęła, gdy szkło milimetr, po milimetrze wbijało się w miękką tkankę. Jeszcze za słabo, by ją rozciąć, jeszcze za delikatnie, ale już ten moment sprawiał, że serce chłopaka łopotało tak szybko, jak skrzydła pochwyconego ptaka. Dudniło i wypełniało jego ciało, rozrywało klatkę piersiową.
Przestań. Co robisz.
Ciało drgnęło, gdy w końcu opór tkanki pękł, a czerwona smuga krwi leniwie zaczęła barwić swoim kolorem nienaturalną biel skóry. Wciągnął gwałtownie powietrze nosem, wystraszony... nie, przerażony tym, co właśnie uczynił. Szarpnął się, zbyt gwałtownie. Szkło wbiło się głębiej, dalej, pozostawiając po sobie długą szramę, kiedy Cayenne wyszarpał się z objęć Robina i odwrócił przodem, jednocześnie kładąc obie dłonie na jego klatce piersiowej i odepchnął go do tyłu, sam szybko odsuwając się od niego. Szkło upadło z brzdękiem na podłogę, roztrzaskując się na dwie części.
Co ty odwalasz? Pogięło cię?! - powiedział głośno, możliwe, że nawet za głośno jak na niego. Miał wrażenie, że się dusi, że chłodne i niewidzialne palce zaciskają się na jego gardle w rytm poszerzającego się lisiego uśmiechu.
Czemu kazałeś mi... czemu mnie zmusiłeś do tego? Boże... - jęknął wsuwając palce w ciemne kosmyki, za które lekko szarpnął.
Nie zmuszaj mnie do tego więcej, Robin. Nie chcę cię ranić. Nie rozumiesz? - wyszeptał drżącym głosem, czując obrzydzenie, jakie go wypełniało. To było złe. Złe, że zranił go. I chociaż w rzeczywistości nie była to zbytnia tragedia, dla kogoś wyalienowanego od innych, zamkniętego w pudełko i kogoś, komu usilnie przez wszystkie lata wciskano słowa o dobru i miłosierdziu, nawet tak drobne uchybienie sprawiało, że czuł się wadliwy. Jak szyba, na której powstała mała rysa. Rysa, która nic nie znaczy, ale wraz z upływem czasu, bez odpowiedniego zabezpieczenia, powoli się poszerza, pochłania coraz większą przestrzeń, by w ostateczności rozpaść się na małe kawałeczki.
Odetchnął ciszej, unosząc wreszcie spojrzenie na drugiego mężczyznę.
Pozwól mi to chociaż opatrzyć.




avatar





Cayenne
Anioł Służebny

Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Robin on Sob Cze 09, 2018 12:52 pm
 Rozluźnił uścisk ramion wokół ciała chłopaka. Przestało mu przeszkadzać, że młodszy anioł wyrywał się w panice, więc pozwolił mu odskoczyć na bok i oddalić się od przedramienia ciętego ostrym kawałkiem szkła. Krew ślizgała się powoli po porcelanowej skórze Robina i kapała na brudną, betonową podłogę. Intensywna, szkarłatna plama powiększała się z każdą sekundą, ale to na wąskie, idealnie równe cięcie wpatrywały się z fascynacją czarne oczy upadłego.
 Zadrżał w przypływie jakiejś przejmującej emocji, a jego usta wykrzywiły się w paskudnym grymasie. Nie dało się jednak pomylić, bo tym, co czuł obecnie Goodfellow było czyste zadowolenie, niemalże ekstaza, jaką zapewniało mu osiągniecie celu. Albo nawet kilku.
 — Ha ha. — zaśmiał się krótko, dygocąc z podniecenia. W matowych oczach jak nigdy odbijała się szczera fascynacja, a przecież to nie pierwszy raz, gdy widział własną skórę pobrudzoną krwią. Może to dlatego, że zmusił niewinnego dzieciaka do popełnienia tak paskudnego czynu? Trząsł się z ekscytacji. — Zrobiłeś to. — Rzucił bez odrywania wzroku od ręki. — Myślałem, że szybciej się poryczysz.
 Przyklęknął na jedno kolano i przybliżył przedramię do twarzy. Pojedyncza czerwona kropla szybko popłynęła w dół ręki, do łokcia, ciągnąc za sobą zaróżowioną smugę. Przysunął usta do rozcięcia i wahał się przez moment z wargami drgającymi milimetry od naruszonej skóry. Gorzka woń krwi skręcała mu gardło.
 — Boże? — powtórzył rozbawionym tonem. — Chyba masz rację. Widzisz, wszystko co ma miejsce, dzieje się z woli Boga. To nie ja Cię do tego zmusiłem. Dałem Ci jedynie możliwość, bo tak nakazał mi mój umysł, myśli przekazywane mi przez Pana! Nie bój się, chłopcze. Być może teraz tego nie rozumiesz, ale Bóg ma dla Ciebie najwyraźniej ważne zadanie! - Zapiał i szybkim ruchem doskoczył do Cayenne. Zacisnął dłonie na jego miękkich ramionach i potrząsł nim mocno.
 Wywinął oczu ku górze tak, że widoczne były niemal tylko białka. Trząsł się i chichotał jednocześnie pozwalając krwi spływać swobodnie aż po materiał białek koszuli, która odbarwiała się natychmiast.
 — Dziękuję Ci Panie, dziękuję Ci Panie! — wył załamującym się głosem ku niebu. Ignorował jednocześnie prośbę chłopaka. Nie potrzebował opieki. Na tym polecała cała zabawa i cały pokaz jaki obiecał zaprezentować młodszemu, jeżeli pokusi się na wykonanie cięcia. Jak grzeczne dziecko wykonał coś, nawet jeżeli mu się to nie podobało, bo ufał dorosłym, bo wierzył w słowa innego anioła.
 Upadły nie wypuszczał chłopaka z uścisku. Zamiast dać mu więcej swobody i czasu na uspokojenie nadszarpanych nerwów, Robin przylgnął do niewielkiego ciała chłopaka, jak wąż wsunął wąskie palce na jego plecy i przycisnął czoło do policzka służebnego. Z ust schowanych w materiale ubrań Cayenne wydobył się triumfalny chichot.

Regeneracja/wysysanie sił: 1/3



ANGELS ON THE SIDELINE,
BATTLED AND CONFUSED
FATHER BLESSED THEM ALL WITH REASON
AND THIS IS WHAT THEY CHOOSE

avatar





Robin
Upadły Anioł
GODNOŚĆ :
Robin Goodfellow ♥


Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Cayenne on Sob Cze 30, 2018 7:58 pm
Postradał zmysły
Nie poruszył się nawet o milimetr, kiedy dłonie drugiego anioła go objęły, niemalże wgniatając swoje ciało w jego. Wpatrywał się w obskurny, drewniany sufit nad ich głowami, jakby to właśnie tam mógł odnaleźć odpowiedź na drażniące go pytania. Robin w jednej chwili zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Nigdy nie widział go w tak tragicznym stanie. Do tej pory prezentował się z niemal nienaganną starannością, co niezwykle fascynowało młodego anioła. Pomimo faktu, że miał do czynienia z Upadłym, to podziwiał go, chciał w pewnym stopniu stać się tak samo odważny i pewny siebie jak on. Ale to wszystko rozsypało się na drobne kawałki w jednym momencie. Bezpowrotnie. Ujrzał tę brzydszą część drugiego anioła. Hej, Robin. Czyżby Desperacja aż tak cię zniszczyła?
Chciał uciec, chociaż nie miał pewności która twarz ciemnowłosego jest prawdziwa, a która fałszywa. Cichy głos wewnątrz jego czaszki podpowiadał mu, że teraz, w tej chwili, ma do czynienia z jego p r a w d z i w y m obliczem. Ta myśl go przerażała, ale jednocześnie też zasmucała. Czemu? Czemu było mu tak ciężko w klatce piersiowej? Czemu miał wrażenie, że ktoś zamknął w niej małego ptaka, który machając skrzydełkami za wszelką cenę próbuje wydostać się na zewnątrz? Nie rozumiał tego. Jak wielu, wielu więcej rzeczy.
Ale wiedział jedno.
Robin w tym wszystkim wydawał się trochę jak zagubione dziecko. Dziecko, które oczekuje aprobaty zapracowanych rodziców. Kogoś, kto w końcu chwyci go za rękę i poprowadzi.
I niby to ty jesteś tą osobą? Tą jedyną, odpowiednią?
Nie wiedział.
Wsunął obie dłonie między nich i naparł na niego, zmuszając do tego, by się odsunął, wreszcie zrywając między nimi tę krępującą bliskość.
Nie wiedział. Ale chciał spróbować.
Robin. - zaczął cicho, unosząc powoli dwubarwne spojrzenie na zmąconą emocjami twarz Upadłego.
Nie dotykaj mnie teraz, proszę. Brzydzę się samym sobą. Za to, co zrobiłem. Że uległem. - wyszeptał słowa, czując ścisk w okolicach grdyki. Dłonie przesunął z jego klatki piersiowej, na ramiona, przez moment sprawiając wrażenie, że lada moment zaprzeczy swoim wcześniejszym słowom, szarpnie i mocno przyciągnie go do siebie. Nie zrobił jednak tego. Nawet nie drgnął.
Powinniśmy się przespać. - dodał po chwili, wzdychając cicho.
Chciał spróbować. Zaopiekować się nim. Wskazać mu drogę. Tak postępują anioły, prawda?
To był długi dzień. Musisz... Musimy wypocząć. - tym razem w jego głos wkradła się niepewność. Ale musiał spróbować. Potrzebowali tego odpoczynku.




avatar





Cayenne
Anioł Służebny

Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Robin on Sro Lip 04, 2018 8:06 pm
Ręce drżały mu z podniecenia. Po skórze toczyła się leniwie karminowa krew i ta sama ciecz pokrywała skraj ostrego kawałka szkła leżącego niedaleko ich klęczących sylwetek. Refleksy światła na przeźroczystym materiale nadawały mu przyjemnej, czerwonej barwy, ale zapach posoki zmieszanej z brudem psuł piękno sytuacji. Upadłemu nie przeszkadzały jednak te jawne niedogodności: brud, smród i ubóstwo. Jeżeli w świetlistej aurze na czystym niebie prezentował się jak król anielskich zastępów, tak w środku ruiny, pokryty szkarłatnymi plamami i ziemią w najgorszym wypadku byłby księciem biedoty. Nadal brylował, nawet jeśli sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Można rzec, że wydawał się bardziej naturalny, niż gdy grał grzecznego gościa czyjegoś domostwa.
 Cayenne musiał czuć się nieswojo. Pod naciskiem jego wąskich, pajęczych palców, które wspinały się po nagiej skórze pleców zesztywniał, wyglądał jak pogodzona ze swoim losem ofiara, szukał ucieczki sięgając wzrokiem na dziurawy sufit, a Robin tylko chichotał. Nie czuł żadnych barier, w przypadku osoby nie wyrażała wielkiej chęci walki z jego marginalnym zachowaniem brnął do przodu bez skrupułów.
 — Ale ja się tobą nie brzydzę. Zamknij oczy czy coś. — Wyśmiał go i odpowiedział kpiącym wykrzywieniem ust. Nie był to jego zwyczajny, lisi uśmiech ale coś zupełnie innego, paskudniejszego o kilka poziomów brzydoty. Czerpał wyraźną radość z niemocy chłopaka i zamiast uszanować jego potrzebę odsunięcia się, wbił paznokcie w miękkie ciało i szarpnął go gwałtownie. — Nie ruszaj się, brzydalku.
 Usilne przekonanie młodszego anioła, że mierzy się jedynie z przejściową niedogodnością rozbrajała go. Czuł lekkość w sercu na naiwne podejście chłopaka do swojego otoczenia i czuł, że może iść o krok dalej. Wysysająca siły moc upadłego miała mu zapewnić dodatkową przewagę. Kiedy z chłopaka ulatywało życie, jego własna rana zasklepiała się powoli, zaczynając od ustania krwawienia, aż w końcu jak w przyśpieszonym filmie zaciskała się do wąskiej linii nacięcia. Niemal to samo działo się z paskudną bruzdą na policzku, która bladła i wtapiała się powoli w idealnie gładki policzek Goodfellowa.
 — Powiedziałem, że pokażę ci coś ciekawego, racja? — przypomniał jadowitym głosem ściskając jego żebra z obu stron. Pomimo przesłodzonych kwestii zachowywał się tak, jakby nie dawał Cayenne żadnego wyboru. Jeżeli chłopak zacznie się wyrywać, to zmusi go siłą do ustania w miejscu. Nawet jeśli musiałby cisnąć go na ziemię i przygnieść kolanem. Był w stanie tego dokonać.

Regeneracja/wysysanie sił: 2/3



ANGELS ON THE SIDELINE,
BATTLED AND CONFUSED
FATHER BLESSED THEM ALL WITH REASON
AND THIS IS WHAT THEY CHOOSE

avatar





Robin
Upadły Anioł
GODNOŚĆ :
Robin Goodfellow ♥


Powrót do góry Go down


Re: Zaułek

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 13 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next

Powrót do góry