Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down


Badania nad nowymi lekami wymagały nie tyle czasu co nowych składników. Te które już miała w swoim laboratorium nie wystarczyły. Trzeba było wygrzebać jakieś nowe okazy, przebadać i sprawdzić właściwości. A nóż jakaś nowa szczepionka się stworzy przy odrobinie poświęcenia i szczypcie szczęścia.
Ubrana w czarne bojówki i granatowy męski podkoszulek może o rozmiar za duży na nią. Na to czarna, podszyta grubym futrem, skórzana kurtka. Czarne, skórzane rękawiczki, czarna chusta zasłaniająca prawie całą twarz i do koloru czarna, czapka z daszkiem. Z zarzuconym plecakiem ruszyła przed siebie w kierunku ruin. Dzień drogi, to dystans na który mogła sobie pozwolić bez obstawy. Przecież umie o siebie zadbać, no i to tylko wyprawa w poszukiwaniu nowych roślin. Miała bukłak z wodą i jedzenie na trzy dni. Nóż przypięty do paska przy łydce, dwa bandaże, środek do odkażania, jakąś maść pomagającą goić się ranom i gaziki. Bo co za lekarz rusza się na wyprawę w nieznane miejsce bez środków mogących pomóc uratować sobie własny tyłek. Kilka przydatnych szpargałów, jak 10m liny przypiętej do plecaka, latarka, scyzoryk, lornetka.
Ruszyła jak tylko słońce wstało, maszerując przed siebie nucąc cicho pod nosem jakiś mało znany kawałek. Zrobiła sobie mały postój przy kilku większych głazach gdzie to lornetką wypatrywała tego co jest przed nią z każdej strony. Co by nie natknąć się na niepotrzebne kłopoty. Kilka łyków wody i ruszyła przed siebie z każdym krokiem powoli docierając do obranego celu. Słońce powoli kryło się za horyzontem gdy powoli zbliżała się do pierwszych poniszczonych, zrujnowanych budynków na obrzeżach miasta.


Sai mowa: #990099 || Rin mowa: #ff6600
Saiyuri





Saiyuri
Hycel
GODNOŚĆ :
Saiyuri Kurayami


Powrót do góry Go down


 Szpiczaste uszka wilczej maski wystawały znad podniszczonego betonowego kwietnika i mimo, że nie rosła już w nim żadna roślinność, to najwyraźniej został wzięty za kryjówkę doskonałą. Łowcę ukrytego w swoim najnowszym, jakże biednym punkcie obserwacyjnym dzieliła od ofiary tylko reszta chodnika i nie więcej niż pół zniszczonej ulicy. Dziury jakie w niej powstały jeszcze za czasów jej użytkowania teraz zostały wypełnione słomą i suchymi gałęziami. Gniazda najpewniej należące do jakiegoś stada, teraz były w większości opuszczone.
 Właśnie, w większości. Czerwone, błyszczące ze zniecierpliwienia łowcze ślepia utkwione były w nakrapianym jajku znajdującym się w jednym z legowisk. Jajo totalnie tu nie pasowało i nawet ktoś taki jak niezaznajomiony z bestiami Łajza mógł śmiało stwierdzić, że zostało złożone w obcym gnieździe. Wystarczyło wyczekać na odpowiedni moment, by porwać zdobycz.
 Fakt, że kiedyś Lazarusa zabije własna głupota, był niepodważalny. To, że wciągnie przy tym w jakieś bagno postronne osoby, było niemal pewne. Nic więc dziwnego, że gdy Saiyuri miała pierwszy raz wkroczyć w okoliczne ruiny, spotkało ją niezbyt typowe powitanie. Najpierw rozległ się pełen wściekłości ryk zmutowanego zwierzęcia, a później zawtórowało mu stado kruków, mimo że żadna chmara czarnych ptaszysk nie pojawiła się na niebie. Drugim zwiastunem apokalipsy okazał się zamaskowany mężczyzna, który wypadł zza budynku tak nagle, że najpewniej sam nie spodziewał się, że jest w stanie tak szybko biec. Ręce miał zajęte przyciskaniem do brzucha owiniętego w starą szmatę niewielkiego pakunku, więc w momencie, w którym wpadł na nieznajomą nie miał nawet jak zneutralizować upadku. W ostatnim podrywie udało mu się przekręcić na bok, upadając boleśnie na ramię, ale chroniąc tym samym swoją zdobycz.
 Bez zbędnych ceregieli i oglądania się na przeszkodę, podniósł się i wystartował dalej. Zanim rozpędził się na dobre, postanowił jednak wrócić. W końcu wypadałoby zachować się jak prawdziwy dżentelmen, prawda? Nie zdążył przeprosić. Łajza chwycił plecak wojskowej, szarpnął nim i dopiero z kolejną zdobyczą ruszył przed siebie, między kolejne ruiny.
 Cokolwiek go goniło było coraz bliżej i było coraz bardziej poirytowane.
 Zanim złodziej zdążył zniknąć Saiyuri z pola widzenia, mogła zauważyć jak gadzina wślizguje się, z trudem ale jednak szczęśliwie, między betonowe płyty i stosy cegieł zawalonego budynku. Pozornie pułapka bez wyjścia, danie pogrzebać się żywcem, ale kto potrafił czytać w języku nintendo mógłby zauważyć leżący na stosie znak informujący o zejściu do podziemnego przejścia.
 Najwidoczniej Łajza miał niezłego nosa.


I HEARD YOU LIKE BAD BOYS
WELL I'M BAD... AT EVERYTHING
- #3C5862 -
Lazarus





Lazarus
Dezerter
GODNOŚĆ :
Boris Nikołajewicz Azarow; Lazarus bądź po prostu — Łajza


Powrót do góry Go down


Okolica zdawała się być dość spokojna, upijając łyka z butelki, włożyła ją na powrót do plecaka i zarzuciła go na jedno ramię. Głośne ryknięcie w oddali dochodzące z ruin sprawiło że stanęła w miejscu. Rozejrzała się na boki czując jak spina się jej całe ciało w gotowości do ruchu. Pytanie w którą stronę ma się ruszyć i z jakim zamiarem, ucieczki czy zamiarem. Ruszyła do przodu i zza rogu pierwszego budynku wyskoczył ubrany na czarno typ autentycznie w nią wpadając. Impet zderzenia był na tyle silny że oboje polecieli na ziemię z głuchym hukiem. Białowłosa syknęła kątem oka widząc jak mężczyzna upada na rękę przyciskając coś do brzucha. Nie miała nawet chwili żeby zareagować bo ten poderwał się równie szybko i zaczął spierdalać mijając ją. Oparła się na przedramieniu żeby się podnieść i poczuła gwałtowne szarpnięcie ręki o którą podpierała ciężar połowy ciała. Odgłos czegoś masywnego, zbliżającego się w jej stronę zagłuszył skutecznie fakt że Laz wrócił na miejsce zderzenia. Nie spodziewane szarpnięcie za plecak skutecznie docisnęło Saikę z pomocą grawitacji do gleby. Łajdak podpierdolił jej plecak.
Potrzebowała sekundy żeby się zorientować w nowej sytuacji. Przekręciła się na brzuch i zwinnie poderwała się z ziemi. Ruszyła sprintem za typem, widząc jak popierdala przed siebie zwiększając między nimi dystans z każdą chwilą, podejrzenie padło na łowcę albo wymordowanego. Nie miała czasu się mu przyjrzeć i zdiagnozować obiektu. Do tego ryki i głośny niby galop czegoś masywnego pilnował żeby nie traciła czasu na spoglądanie za siebie.
Artefakt który miała na przedramionach tak bardzo kusił żeby go aktywować, ale nie mogła tego zrobić. Odzyskanie plecaka z zawartością było teraz ważniejsze, a złodziej nie był jakimś zwykłym ludzkim desperatem. Głos walącego się za jej plecami budynku sugerował że to co ich ścigało musiało być masywne i bardzo wkurwione a zdrowy rozsądek Hycla nie dopuszczał opcji żeby grzecznie czekać by się przekonać co to było.
Po chwili jej cel pościgu wślizgnął się między kilka betonowych płyt leżących na sobie. "Podziemne tunele?" przemknęło jej przez myśl gdy biegła jak by od tego zależało jej życie. W końcu po jakimś czasie i ona będąc blisko zrobiła manewr zwany wślizgiem żeby przelecieć przez szczelinę w dół. W ostatniej chwili zakryła rękami twarz żeby jej sobie nie poobijać. Nie wiedziała co ją czekało na dole. Zjechała na plecach po piachu zatrzymując się jakieś dwa metry przed wejściem do tunelu. Przez chwilę leżała na plecach dysząc ciężko, pokonała spory dystans sprintem. Złapała za zamek kurtki i rozpięła ją do końca. Teraz było jej gorąco. Spojrzenie utknęło na betonowych, pokruszonych miejscami płytach. Czując drgania ziemi, widziała jak płyty zaczęły drżeć, nieco tynku posypało się gdzieniegdzie. Ten widok groził zawaleniem, poderwała się na równe nogi i szybko wbiegła do tunelu. Oparła się dłonią o ścianę tunelu i przecierając pot z czoła, poprawiła czapkę z daszkiem i powoli ruszyła przed siebie. Po kilku chwilach usłyszała jak jej przypuszczenia się spełniają, płyty się zawaliły tuż przy wejściu, kompletnie odcinając jej drogę ucieczki. W tunelu zrobiło się ciemno, a ona nie miała latarki bo ta została w plecaku. Jedyne co miała to słabe oświetlenie w przepustce, cholernie ograniczające pole widzenie, ale jednak pozwalające coś dostrzec. Opierając się dłonią o ścianę ruszyła przed siebie.


Sai mowa: #990099 || Rin mowa: #ff6600
Saiyuri





Saiyuri
Hycel
GODNOŚĆ :
Saiyuri Kurayami


Powrót do góry Go down


 Miał te kilka sekund przewagi, zarówno przez szybszy start jak i poruszanie się po znanym terenie. Co prawda w tej części ruin jeszcze nigdy wcześniej nie był, ale dla ludzi żyjących na Desperacji chowanie się po norach przed większym drapieżnikiem stanowiło niemal rutynę. Jeżeli można było uciec, uciec należało. Walkę podejmowało się wyłącznie, gdy miało się pewność, że się wygra bądź gdy zostało się do niej zmuszonym.
 Niewielkie trzęsienie spowodowane przez rozwścieczoną bestię zagłuszyło pojawienie się nieproszonego gościa, więc nie niepokojony przez nic Boris kontynuował eksplorowanie tunelu. Jego własne buciory, chrzęszczące na porozrzucanym w tuneli gruzie wkomponowały się w kroki wojskowej. Łowca wiedział, że bestia nie wejdzie w podziemia - w końcu słyszał jak miota się po powierzchni, kręcąc się w miejscu, w którym straciła zapach swojej ofiary. Jej pazury drapały rozpaczliwie w podłoże, ale zanim zdąży przebić się przez resztki asfaltu to Azarowa już dawno tu nie będzie. Taki miał plan.
 Promień latarki prześlizgnął się po suficie, z którego znowu posypał się tynk. Cały strop zbudowany był z odsłoniętych metalowych belek. Kolejna przeszkoda, nawet jeżeli potwór się do nich dokopie. Światło padło jeszcze na ściany i na drugi koniec tunelu. Nigdzie nie widział wyjścia, ale dopóki miał latarkę to nie miał się czego obawiać. Jeżeli jakiekolwiek było, na pewno je znajdzie.
 Wrócenie po plecak okazało się doskonałym wyborem. Nie czuł żadnych wyrzutów sumienia jeżeli chodziło o jego poprzedniego właściciela. Najpewniej i tak zginął śmiercią w miarę bezbolesną, gdy szczęki wściekłej bestii połamały mu kręgosłup.
 Coś błysnęło w ciemności i Boris odwrócił łeb w tamtą stronę. Świetlik? Ślepia innego potwora? Coś wartościowego?
 Natychmiast skierował światło latarki w tamtą stronę i oświetlił nim całą postać wojskowej, próbującej robić użytek ze swojej lichej przepustki. Prychnął rozbawiony. Żałosne. Wybiera się miastowe ścierwo na pustkowia bez odpowiedniego sprzętu. Nie to co on, on miał latarkę. Skierował światło na jej zamaskowaną twarz, by ją oślepić.
 - Proszę natychmiast stąd wypierdalać - oznajmił, przywłaszczając sobie kolejną nie swoją rzecz, choć tym razem były nią całe podziemia - Albo będę zmuszony cię zeżreć.
 Tak, to doskonały plan. Niech sobie stąd idzie. On pójdzie za nią i tak znajdzie wyjście. Genialne w swojej prostocie.


I HEARD YOU LIKE BAD BOYS
WELL I'M BAD... AT EVERYTHING
- #3C5862 -
Lazarus





Lazarus
Dezerter
GODNOŚĆ :
Boris Nikołajewicz Azarow; Lazarus bądź po prostu — Łajza


Powrót do góry Go down


Po tym jak wyjście zostało zasypane, nie było już odwrotu. Jedyna opcja jaka jej teraz pozostała to poruszanie się przed siebie w nadziei że gdzieś jest wyjście. Nie uśmiechało jej się zdechnięcie w tej dziurze. Drgania rozchodzące się po tunelu spowodowane szalejącym bydlęciem na powierzchni sprawiło że się na chwilę zatrzymała. "Ja pierdolę.. w co ja się wpakowałam.." przemknęło jej przez myśl i ruszyła przed siebie. Po jakimś czasie dostrzegając nikłe światło przed sobą nieco zbyt daleko by pierdolnik na przepustce mógł ładnie oświetlić skurczybyka, który jej podjebał ekwipunek. Gdy światło latarki poleciało w jej stronę, niemalże od razu pochyliła lekko głowę w dół zasłaniając daszkiem czapki oczy żeby jasne światło jej nie oślepiło.
Uśmiechnęła się pod nosem, ale stała za daleko i miała chustę na ustach skutecznie uniemożliwiającą łowcy dostrzeżenie tego gestu. Wyłączyła oświetlenie na przepustce i rozłożyła dłonie na boki, nieco je unosząc tak aby dłonie miała na wysokości głowy. Prosty gest poddania się. Po czym powoli ruszyła przed siebie w jego stronę. Stawiała pewnie kroki, powoli acz skutecznie skracając dystans. Nie mogła oprzeć się wrażeniu że gdzieś już słyszała tą barwę głosu, ale nie umiała sobie przypomnieć gdzie.
Jak była nie daleko łowcy zatrzymała się. - Wejście jest zasypane, tamtędy nie da się wyjść.. - odezwała się i unosząc głowę wlepiła fioletowe ślepia w mężczyznę. Stali w takiej odległości że mogła się mu w końcu przyjrzeć. - Nie wyglądasz na takiego co wpierdala ludzi.. - powiedziała nie kryjąc lekkiego rozbawienia. - No i może oddałbyś mi moje rzeczy.. - dodała po chwili i opuściła ręce, kładąc je na biodrach. Zmarszczyła przy tym nasadę noska nieco. - Czy my się czasem skądś nie znamy skarbie? - spytała po chwili, bezczelnie taksując postawę łowcy.


Sai mowa: #990099 || Rin mowa: #ff6600
Saiyuri





Saiyuri
Hycel
GODNOŚĆ :
Saiyuri Kurayami


Powrót do góry Go down


 Pierwszym co rzuciło mu się w oczy była ta przeklęta czapka z daszkiem. Chciwość podpowiedziała mu, że ją też powinien sobie przywłaszczyć. Okradanie miastowych było nie tylko przyjemnością, ale i obowiązkiem. Ich rzeczy zawsze były takie miłe w dotyku, takie niepołatane i czyste.
 Bardzo przypadło mu do gustu poddanie się ze strony nieznajomej, ale jej zbliżanie się już znacznie mniej.
 - Nie pozwoliłem ci podejść.
 Właśnie, dlaczego tu podchodzi. To przecież jego światło. Jego światło, jego latarka, jego podziemia i jego wszystko. Nikt nie ma prawa z tego korzystać. Co z tego, że baterie nie wyczerpią się szybciej, bo rozbijały ciemność, nie dla jednej, a dla dwóch osób. Pierdolony pies ogrodnika.
 Oboje byli zamaskowani, więc ich głosy były na dobrą sprawę jedynym punktem zaczepienia. Boris nie pochodził z tutejszego Miasta, więc nic dziwnego, że dla niego wszyscy Japończycy mówili dokładnie tak samo. Dziwnie piszczące głosy, szczególnie kobiet potrafiły doprowadzać go czasem do szału. Miał spore problemy z odróżnianiem kto do niego mówi jeżeli nie wiedział kto powinien mówić. Ale jej odezwanie się przynajmniej powiedziało mu jedno.
 - Rany, ty jesteś samicą...
 Trudno powiedzieć czy w głosie łowcy zabrzmiał zawód czy rozczarowanie, pewnym było jednak, że żadna z pozytywnych emocji się w tym nie kryła. Latarka z twarzy wojskowej przesunęła się bezczelnie na klatkę piersiową, mimo że ta cały czas była oświetlona. Po krótkiej ocenie światło wróciło jednak na twarz.
 Na wzmiankę o zasypanym wejściu tylko wzruszył ramionami. Co go obchodziło jak ona stąd wyjdzie? Niech sobie radzi.
 - Pewnie, z chęcią - odparł niemal natychmiast, nieco za potulnie jak na niego - Ale tak się składa, że nie mam żadnych twoich rzeczy. Wszystkie są moje. Twoje pewnie zostały na powierzchni, więc idź i ich poszukaj... Zanim ktoś je ukradnie.
 Ostatnie pytanie zbiło go nieco z tropu. Skąd mieliby się znać? Może gdyby była stąd to przetasowałby w myślach wszystkie panny z burdelu i coś by skojarzył, ale w innym przypadku? Ostatnimi czasy nawet nie pasożytował na mieszkaniu żadnej kobiety.
 - Skarbie... - prychnął zirytowany - Nie spoufalaj się. Niczego tym nie zyskasz.
 Nad ich głowami nadal szalała bestia, choć ustąpiło przeraźliwe zgrzytanie pazurów o beton, zastąpione wyłącznie głośnym węszeniem i uderzeniami ciężkich łap w gorączkowych poszukiwaniach jakiegokolwiek śladu. Robiło się zimno, a przynajmniej łowca miał takie wrażenie. Chłodny podmuch wiatru przemknął w okolicach jego karku, upewniając go, że gdzieś na pewno musi znajdować się wyjście. Omiótł latarką teren dookoła siebie zauważając porozrzucane śmieci. Może znalazłoby się kilka kawałków drewna, by rozpalić ognisko?
 - Masz wybór. Albo się stąd wynosisz w tej chwili i nie obchodzi mnie jak to zrobisz albo w tym momencie wyrzucasz przed siebie wszystko co masz ze sobą... Głównie broń ale czapkę też... A najlepiej to w ogóle wszystko co masz.
 Jaki on wspaniałomyślny, dał jej wybór. Na cześć jego łaskawości powinni pisać wiersze. Chociaż zawsze lepiej tak niż miałby być znany z tego, że dał się zadźgać jakiejś samicy w ciemnościach tylko dlatego, że jej nie rozbroił wcześniej.


I HEARD YOU LIKE BAD BOYS
WELL I'M BAD... AT EVERYTHING
- #3C5862 -
Lazarus





Lazarus
Dezerter
GODNOŚĆ :
Boris Nikołajewicz Azarow; Lazarus bądź po prostu — Łajza


Powrót do góry Go down


Jakoś nic sobie nie zrobiła z tych wcześniejszych gróźb. Może powinna, nie wiadomo z czym miała do czynienia. Zwłaszcza że to były tereny Desperacji, gdzie prawie nic nie jest tym na co wygląda. Stawiając kroki powoli acz pewnie, zbliżała się do niego z każdą chwilą. Słysząc zawód w głosie połączony ze wzmianką jej płci aż uniosła brew w górę. - No wybacz że nie wpasowuje się w twoje preferencje.. - skomentowała z dość dobrze udawanym żalem. Może powinna się cieszyć faktem że obcy mężczyzna woli chłopców i jeden scenariusz tego spotkania mogła na spokojnie wykreślić z umysłu. Słyszała już różne opowieści o ludzkich ofiarach na tym zadupiu. Kradzieże i mordobicie to pikuś w porównaniu z gwałtami, a ona przyszła tylko po roślinki potrzebne do zrobienia nowych leków.
Zatrzymała się słysząc że złodziej którego ścigała aż do tej zapadliny, wcale nie ma jej rzeczy. Stała przez chwilę w miejscu i patrzyła na niego. Po czym powoli podniosła rękę przed siebie, wyprostowała ją w jego stronę wskazując na plecak który miał przy sobie. - To moje.. - powiedziała bez ceregieli. - Wyszarpnąłeś mi to na powierzchni jak we mnie wleciałeś zza rogu.. - dodała po chwili, ani na chwilę nie zmieniając tonu głosu. Zmrużyła nieco ślepia przy tym. - Pamiętam że wyrżnąłeś o beton ramieniem a nie głową.. - skomentowała po chwili próbując wykluczyć wstrząśnienie mózgu jakiego mógłby się nabawić jej towarzysz rozmowy.
Zrobiła kolejny krok w jego stronę, po czym następny. - Jeszcze się nie zaczęłam spoufalać.. wierz mi.. zauważysz jeśli faktycznie się do tego posunę.. - prychnęła lekko rozbawiona. Nie mogła oprzeć się wrażeniu że znała go skądś, tyle że nie potrafiła dopasować tej barwy głosu do żadnej znanej mordy. Ale zapadł jej jakoś w pamięć, może jak podejdzie bliżej to go w jakiś magiczny sposób rozpozna. Nie musiała nawet długo czekać na propozycję bliższego zapoznania się z obcym typem. Czy on jej kazał właśnie oddać wszystko co miała?! Przez chwilę się zastanawiała nad tym, walenie po powierzchni kończynami wielkiego stwora, wywołało lekkie drgania podłoża. Uniosła głowę w górę i przez parę sekund się zastanawiała czy sufit im się nie zwali na łby podczas negocjacji. Uniosła wolną rękę i pomachała mu nią, po czym sięgnęła do uda, gdzie miała przypięty nóż myśliwski. - Mam tylko to.. ale tego ci nie dam.. sam rozumiesz.. kwestia mojego bezpieczeństwa. - wyjaśniła mu ze spokojem w głosie. Kolejny krok w jego stronę. Nie zauważyła żadnej broni w jego rękach, ale trzymał jakieś zawiniątko, dociśnięte do piersi zupełnie jakby to był jego potomek, albo coś znacznie cenniejszego. - Mogę ci obiecać że go nie użyję, w końcu jestem z zawodu lekarzem.. - dodała po chwili i zrobiła kolejny krok. Dzieliło ich zaledwie kilka kroków gdy powoli sięgnęła do czapki którą miała na głowie. Przesunęła palcami po długości daszka od czapki i powolnym ruchem ją zdjęła z głowy. Białe kosmki grzywki opadły na czoło a dziewczyna zwinnym ruchem narzuciła czarną czapkę na głowę dezertera, daszkiem do tyłu. W końcu wilcza maska trochę przeszkadzała. - Zadowolony? - mruknęła z dezaprobatą wlepiając w jego wilczą maskę fioletowe ślepia. - Czapka za moje rzeczy i prowadź do wyjścia.. - dodała po chwili. Przecież w życiu nie ma nic za darmo!


Sai mowa: #990099 || Rin mowa: #ff6600
Saiyuri





Saiyuri
Hycel
GODNOŚĆ :
Saiyuri Kurayami


Powrót do góry Go down


 Pokręcił łbem tak gwałtownie, że gdyby maska nie posiadała dodatkowych zabezpieczeń przed takimi manewrami to najpewniej spadłaby mu z pyska.
- Dlaczego kłamiesz? - rzucił niemal natychmiast, w odpowiedzi na historyjkę dziewczyny - Plecak jest mój, oboje to doskonale wiemy.
 Bydle nawet nie starało się zachować powagi. Ramiona trzęsły mu się w bezgłośnym rozbawieniu, na ustach pewnie gościł niezduszony niczym uśmiech, a w głosie między jeszcze niedawnymi warknięciami słychać było jawną kpinę. Uwielbiał się droczyć z innymi, a ona nagle wydawała się być do tego idealną ofiarą. Słowo przeciwko słowu, a jak wiadomo - na Desperacji ważniejsze są słowa tego, który jest silniejszy.
- Nie zaczęłaś? To jak nazwiesz te swoje podchody? Myślisz, że jak będziesz stawiać wolniej kroki to nie zauważę, że się skradasz?
 To on miał tu latarkę, więc nic nie mogło umknąć jego uwadze. Zresztą próby podkradania się, za jakie uważał zbliżanie się kobiety - bo czym innym mogłyby być? - były dla niego czymś, czego motywów nie mógł się domyślić. Jedyne co mógłby z tym wiązać to atak, więc nie tracił nic na swojej czujności.
- Aż tak ci się spieszy do zarażenia się?
 Wymordowani uciekali się do zwierzęcych sztuczek i prezentowania swojej siły byle trzymać intruzów z dala od siebie i swojego terytorium. Na miastowych zwykle działała groźba zarażenia się jakimkolwiek syfem. Drgnął nagle, gdy sięgnęła w kierunku noża, zaciskając mocniej palce na latarce. Jeżeli będzie musiał to zwyczajnie roztrzaska ją na jej głowie. Ciekawe co było mocniejsze - jej czaszka czy obudowa urządzenia.
 Jedną rękę miał zajętą pilnowaniem zawiniątka, druga faktycznie była obolała po bliskim i niespodziewanym spotkaniu z betonem, więc naprawdę nie uśmiechało mu się walczyć. Mimo to pozwolił jej podejść bliżej, chociaż jego serce przyspieszyło znacznie, a on sam gotowy był na jej atak. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a czapka wylądowała na jego łbie. Tryumfalny uśmiech zawitał pod maską.
- Zadowolony - zgodził się, wyraźnie usatysfakcjonowany i zaraz po tym odsunął się od dziewczyny, na nowo zwiększając między nimi odległość, nie cofając się jednak w tył, a obchodząc ją bokiem, po okręgu - Powiedziałem ci już przecież, że nie mam żadnych twoich rzeczy... i jakie prowadź do wyjścia?
 Roześmiał się, gdy na powierzchni bestia ryknęła zrozpaczona. Za nic nie chciałby trafić w jej szpony, a doskonale wiedział, że zwierzę nie odpuści. Za bardzo tej dwójce zależało na zawiniątku, by którykolwiek zwierzak miał dać sobie spokój.
- Może stąd nie ma wyjścia? Umrzemy tutaj... Och, ale fajnie. Kiedyś ktoś znajdzie nasze zwłoki i pomyśli, że byliśmy najlepszymi przyjaciółmi! Rany, ale będzie milutko!


I HEARD YOU LIKE BAD BOYS
WELL I'M BAD... AT EVERYTHING
- #3C5862 -
Lazarus





Lazarus
Dezerter
GODNOŚĆ :
Boris Nikołajewicz Azarow; Lazarus bądź po prostu — Łajza


Powrót do góry Go down


Nie wierzyła w to co się odpierdalało. Czy on faktycznie nadal przeczył kradzieży jej sprzętu?! Uniosła brew nagle i wpatrywała się w niego przez chwilę. Złapała się za podbródek jedną dłonią zastanawiając się nad tym jak to najlepiej rozegrać. Zawsze mogła rzucić się do ataku na niego nawet jeśli był wymordowanym w ludzkiej formie. Przez jakiś czas byliby sobie równi patrząc pod kątem siły i szybkości. Jej artefakt dawał jej sporo możliwości w walce z największym zagrożeniem przyjętym przez ludzkość. Będą się liczyć umiejętności w tym starciu a on mógł być obolały z jednej strony. Z drugiej wolała nie pchać się do starcia nie wiedząc zbyt wiele o swoim przeciwniku. Do walki podchodziła rozważnie, nie ważne czy to był inny SPEC czy jakaś nieznana kreatura.
Na ustach pojawił się bezczelny uśmiech. - Skoro to twój plecak.. to nie mam się czego obawiać z twojej strony.. - w głosie dało się słyszeć rozbawienie. Palcem wskazała na emblem na plecaki 'S.SPEC' i przechyliła lekko głowę w bok. - Musisz być z innego oddziału wojska.. - prychnęła lekko obserwując go uważnie. Nie zamierzała atakować o ile on sam jej do tego nie zmusi. - Poza tym.. to nie było skradanie.. tylko powolne zmniejszanie dystansu między nami.. chyba się nie boisz słabej kobiety? - dodała z delikatnym uśmieszkiem malującym się na ustach.
Widząc jak ten ją obchodzi w koło, uważnie śledziła jego ruchy, nie wiedziała co kombinował to też obracała się za nim, stojąc w miejscu. - Brzmi przyjemnie.. lepsze to od zdychania w samotności.. - puściła mu oczko nadal bezczelnie się do niego uśmiechając. - Ale wiesz co.. jesteśmy oboje za młodzi i zbyt piękni żeby tak po prostu tu pozostawić swoje zwłoki.. więc rzucę ci propozycję.. - powiedziała nadal wpatrując się w wilczą maskę. - Jak pomożesz mi się stąd bezpiecznie wydostać to dorzucę ci coś w formie zapłaty.. na posterunku mamy pożywienie, wodę, leki.. - zaczęła wymieniać powoli, dokładnie przedstawiając mu swoją ofertę. Sprawiał wrażenie osoby która umie się poruszać po tych zgliszczach i w sumie jej szansa na w miarę bezpieczne wydostanie się stąd była znacznie większa z nim niż bez niego.


Sai mowa: #990099 || Rin mowa: #ff6600
Saiyuri





Saiyuri
Hycel
GODNOŚĆ :
Saiyuri Kurayami


Powrót do góry Go down


 Wizja stracenia życia w jakichś szemranych podziemiach nie napawała optymizmem, nawet Łowcy. Jednak już wizja zginięcia z kimś była o wiele bardziej obiecująca. Kto wie, może kiedyś ich szkielety wystawili by w muzeum, tuż obok jakiegoś niekompletnego farosa? Lazarus był niemal pewny, że przy nim stanęłaby tabliczka z jego największym osiągnięciem - zdobyciem przyjaciela i strzałką skierowaną w stronę pozostałości z białowłosej. Może nawet zawiniątko by przetrwało i było z nimi w jednej gablocie? Jeżeli kiedykolwiek wizja tego, co miało się z nim stać po śmierci miała być naprawdę obiecująca, to własnie był to ten moment.
 Tym bardziej nie mógł oddać jej plecaka z wojskowymi oznaczeniami. Pomijając zupełnie fakt, że wojskowy sprzęt był sporo warty, cokolwiek tam było. Na desperackim rynku oznaczenia S.SPEC były jak oryginalna firmowa metka na ubraniu, cena od razu rosła. Boris miał na plecach skarbiec złota i nie pożegna się z nim zbyt szybko.
- Oczywiście, że się nie boję... - rzucił takim tonem jakby właśnie go na czymś przyłapano, chociaż rad był, że zaprzestała zbliżania się do niego.
 Przez chwilę rozważał jej propozycję, trochę wątpiąc w słowa o piękności i młodości, ale tym razem przyczepić musiał się do czegoś zupełnie innego niż jak zazwyczaj - do szczegółów. Ponownie pokręcił przecząco głową.
- Nie wyjdę stąd dopóki ona - skierował światło latarki na sufit, który drżał co jakiś czas przez miotającą się na powierzchni bestię - się nie uspokoi albo stąd nie odejdzie i tobie też nie radzę. Ma naprawdę wielkie pazury.
 Jeszcze raz oświetlił najbliższy teren, jasno dając do zrozumienia, że on naprawdę ma zamiaru tu zostać. Światło latarki znieruchomiało dopiero skierowane w jedyne miejsce, na które zdawał się nie sypać pył przy każdym wściekłym ruchu potwora. Może właśnie tam konstrukcja była najsolidniejsza.
- Dorzucisz w formie zapłaty, co? Do czego dorzucisz? Nic mi przecież nie dałaś jeszcze, ale zawsze możesz - wymruczał, mile łechtany przez przemawiającą przez niego chytrość i wizję dorobienia się na biednej dziewczynie jeszcze więcej - Umiesz rozpalić ogień? Wiesz, mam zajęte ręce...


I HEARD YOU LIKE BAD BOYS
WELL I'M BAD... AT EVERYTHING
- #3C5862 -
Lazarus





Lazarus
Dezerter
GODNOŚĆ :
Boris Nikołajewicz Azarow; Lazarus bądź po prostu — Łajza


Powrót do góry Go down


Przechyliła głowę lekko w bok gdy zaprzeczył, grzeczny chłopiec! Nie miał się czego bać ze strony białowłosej. Ona też się go nie bała, bo w sumie nie sprawiał wrażenia groźnego. A może specjalnie stwarzał pozory takiego żeby potem niczym pustynna kobra upierdolić kłami pełnymi jadu. Wzruszyła na tą myśl ramionami.
Uniosła brew - Ona? - powtórzyła po nim nieco zaciekawiona i przeniosła fioletowe ślepia na co jakiś czas drżący sufit. - Aha.. - przytaknęła jakoś tak nawet bez zastanowienia. Pokręciła lekko głową na boki i rozejrzała się po miejscu w którym utknęli. - Ma to sens.. nie uśmiecha mi się bycie rozszarpaną przez wymordowane bydlę.. choć jak mam być szczera nie tak sobie wyobrażałam przyszłościowe randki.. to prawie jak bycie zamkniętym w piwniczy i przykutym do jednego kaloryfera.. - skomentowała ze spokojem w głosie i po chwili ruszyła w kierunku tego bardziej bezpiecznego miejsca o ile bycie pogrzebane w tunelu można było nazwać bezpiecznym lokum.
Zerknęła na niego i uśmiechnęła się przesłodko. - Jasne.. tylko pozwól mi wygrzebać z twojego plecaka zapalniczkę.. - dodała podchodząc do niego i wskazując na małą kieszeń z boku. Skoro miał zajęte ręce to nie miał za bardzo jak protestować. Pozbierała jakieś drobne patyczki i poukładała je na stosie, wyjęła z jego plecaka kawałek papieru i podpalając go podłożyła go pod gałązki co by zaczęły się ładnie jarać. - To co tam zawinąłeś samicy z góry że jest taka wkurwiona.. bo chyba nie masz w tej szmacie jej potomstwa chyba..? - siedząc i lekko poruszając dopiero co rozpalonym ogniskiem poruszyła w końcu ciekawiący ją od jakiegoś czasu temat.


Sai mowa: #990099 || Rin mowa: #ff6600
Saiyuri





Saiyuri
Hycel
GODNOŚĆ :
Saiyuri Kurayami


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Powrót do góry