Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Go down


Wcale by nie wzgardził teraz kocykiem, herbatką i przytuleniem. Tego ostatniego pewnie by na tę chwilę nie docenił, ale każde ciepełko było teraz na wagę złota. Czarna pustka doła powoli ustępowała, z drugiej strony nadciągało wywołane zimnem drżenie. Musiało go naprawdę do reszty popierdolić, żeby próbować się zabić w środku zimy przy jakichś minus dziesięciu stopniach. Pewnie, hipotermia nawet by w tym pomogła, ale gdyby przewidział, że ktoś go z tej rzeki wyciągnie, to raczej wybrałby cieplejsze miesiące. Teraz tylko się będzie trząsł jak galareta, dostanie jakiegoś zapalenia płuc czy innej cholery, że będzie błagał o dobicie. Ale nie myślał o tym, tylko o słowach kobiety, które się do niego przebiły. Spojrzał za nią beznamiętnym wzrokiem. Była Łowcą? Jaki interes miał terrorysta do ratowania życia komuś tak bezwartościowemu jak on?
Zaraz jednak znów wbił spojrzenie w śnieg. Zaciskał zęby, żeby nie zagrać nimi jakiegoś skocznego utworu. Jeszcze z innej strony miał zaraz obok siebie wojskowego. Cudnie. Ale przynajmniej nie będzie kopał leżącego, bo miałby ze trzy godziny przesłuchania i męczącego psychologa. Zdecydowanie nie chciał teraz marnować czasu na takie pierdoły, bo niczego ciekawego by się od niego nie dowiedzieli. Żaden psycholog by nie złamał jego nieugiętego milczenia pełnego pogardy dla życia. Wsunął zlodowaciałe palce w kieszenie spodni, choć niewiele to pomogło. Co najwyżej wiatr nie lizał ich, odbierając resztki ciepła i czucia.
–  William Hayes, proszę pana – odpowiedział zgodnie z prawdą, po raz pierwszy od dłuższego czasu wydając z siebie jakiś dźwięk inny od plucia wodą. Nie miał co ukrywać swojej tożsamości, nie przed kimś, kto w każdej chwili i tak mógł ją poznać. Wystarczył telefon do ich ośrodka monitoringu, sprawdzenie lokalizatora w przepustce albo i samej przepustki, gdyby uparcie siedział cicho przez cały czas. Z wojskiem trzeba było ostrożnie, nawet jako niewinny obywatel. A kto wie czy go nie posądzą o to, że znał tamtą białowłosą. Ruszył za mężczyzną woląc mu się nie narażać. Faktycznie lepiej było nie zaskoczyć rodzicielki wyglądem dziadka Mroza z prawdziwymi sopelkami zwisającymi z uszu. Wpadłaby w panikę, a ojciec jeszcze by go zrugał za doprowadzanie matki do stanów przedzawałowych. Zanim zresztą by dotarł do domu, zamarzłby gdzieś po drodze i tyle by było z łowczej pomocy ofiarom losu.


Japoński | Angielski

Don’t search for the meaning of life.
Simply be present for the people you love.
Will





Will
Odrodzony
GODNOŚĆ :
William Matthew Hayes


Powrót do góry Go down


Dzieciak znalazł się między młotem a kowadłem, obie strony były nieustępliwe i uderzały o siebie raz za razem. To chyba nie było przykładne ratowanie czyjegoś życia, zresztą... To była decyzja młodego, tak naprawdę i nikt szczególnie nie mógł na to wpłynąć. Życie jest piękne? Dobre sobie. Na pewno ktoś będzie za tobą tęsknił? Tacy nieszczęśnicy widzą to trochę inaczej. Hachirō sam miał pewne problemy, które jednak w miarę dorastania przemijały. Wielu sztucznie trzyma się przy życiu przygarniając zwierzęta, by mieć do kogo przyjść, by mieć kogoś, kto kocha bezwarunkowo, kto nie odwróci się, nieważne co by się nie działo. Dla wielu przeszkodą jest też to, by nie sprawić swoją śmiercią problemu komukolwiek. Zmierzył chłopaka wzrokiem, zatrzymując spojrzenie w górze, jakby chciał wychwycić to jego.
   Jak wiele musiało go spotkać, jeśli targnął się na swoje życie w tak problematyczny sposób? Być znalezionym przez przypadkową osobę, zostawić na niej ślad do końca życia, wywołać dochodzenie, być krojonym na stole, stawić przed rodzicami wymagania, by rozpoznali ciało. Prawie tak, jakby rzucił się pod samochód, tylko w takim wypadku po prostu rodzice zastaliby pogiętą jak kulkę papieru krwawokościstą miazgę.
  Nie takie rzeczy widział.
  Tabletki zawsze wydawały się mu najspokojniejszym sposobem na opuszczenie świata. Inaczej odbierze się widok zwłok, które wyglądają, jakby twój bliski spał. Inaczej niż gdyby ujrzało się bezwładnie wiszące pod sufitem ciało, niż gdyby otworzyło się łazienkę tylko po to, by zobaczyć wannę pełną niewinnej krwi. Nie miał zamiaru jednak dzielić się spostrzeżeniami na temat śmierci samobójczej, nie nazywał się bowiem Tsurumi Wataru i nie pisał książki o wdzięcznym tytule „Kompletny przewodnik samobójstwa”.
William – powtórzył, nawet bez względnego kaleczenia nie do końca obcej dla ust głoski „l”.
Mam nadzieję, że mądrze wykorzystasz dzisiejsze doświadczenie, kolego – odezwał się trochę w sposób, jak nauczyciel upominający ucznia przyłapanego na gorącym uczynku. Teraz nie było jednak na to czasu — musieli dostać się w cieplejsze miejsce, jakim było mieszkanie na parterze w apartamentowcu C4. Trzeba było zająć się nim i przechować przez noc, żeby pomyślał o tym wszystkim, co właśnie się stało.
  Moroi otworzył drzwi przepustką, a tabliczka, która nad nimi wisiała, potwierdziła tożsamość wojskowego. Wpuściłby chłopaka do środka przodem, gdyby nie fakt, że pierwszy wepchnął się pies i od razu przystąpił do tarzania się w suchym i już nie takim czystym dywanie w salonie. Wojskowy westchnął.
–  Nasza relacja idzie trochę szybko, bo na pierwszej randce już cię wycałowałem i teraz poproszę cię o rozebranie się, ale mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Ściągnij te ubrania, leć do wanny, łazienka to będzie pokój koło sypialni, a to będzie tam na końcu korytarza. Postaraj się zacząć myć letnią wodą, bo jak zaczniesz od cieplejszej to jeszcze mi zasłabniesz. Wrzucimy twoje ubrania do pralki, a ja znajdę jakieś możliwie największe, żebyś się przebrał. I zrobię ci herbatę z miodem, imbirem, pomarańczą i cynamonem, nie przyjmuję kręcenia nosem, że nie lubisz, masz się zagrzać – póki co zachowywał się tak, jakby po prostu miał gościa, który trochę zmarzł podczas spaceru. Starał się w jakoś uprzejmy sposób naciskać na Willa, popychać go do działań... Ale mimo wszystko też pokazać, że jednak komuś zależy. Nie znał podstawy jego problemu i nie chciał na ten temat za bardzo gdybać, choć będzie musiał go trochę przycisnąć w tej kwestii i nakłonić do tego, by sam zaczął sobie pomagać.
  W międzyczasie zorganizował czyste ręczniki, zarówno dla studenta, jak i dla psa, przy czym dla tego pierwszego zostawił je na pralce w łazience, natomiast za drugim musiał trochę pobiegać, nim ten w końcu poddał się i uznał, że ręczniki są lepsze od dywanu. Zapach mokrego psa nie należał do najmilszych woni świata, jednak im szybciej przez to przejdą, tym lepiej. Hoshi był po całym zabiegu puchatą, wielką kulą poplutej szczęśliwości, która rozłożyła się jak przejechana żaba na podłodze przed łazienką.
  Herbata, czarna zresztą, parzyła się w dwóch dużych kubkach; lepiej było nie dodawać do niej niczego, dopóki nie minął czas parzenia. Dopiero po nim do obu kubków dodał kolejne składniki, zaczynając od miodu i cynamonu, a kończąc na przepołowionym plasterku pomarańczy i paru plastrach imbiru. Sam najchętniej dolałby do swojego kubka alkoholu, ale jednak lepiej podczas poważnych rozmów być trzeźwym. Przeniósł naczynia do salonu, odkręcił na maksa wszystkie grzejniki w domu i jeszcze zapalił w piekarniku, po czym uchylił drzwiczki, by ciepło uchodziło ze środka i szybciej rozgrzało mieszkanie.
  Otworzył szafę. Boris zostawił u niego kiedyś między innymi dość sporą bluzę zakładaną przez głowę, pewnie ukradł komuś, bo nie pasowała na niego prawie wcale i wisiała tak, jakby była po starszym bracie. Musiał to tylko znaleźć, była przecież uprana... Poza tym, jakieś dresy zostawione przez Shinyę, może jakaś koszulka? Często nocowali u siebie, więc na pewno miał coś takiego. Znalazł, znalazł wszystko, świetnie! Teraz starczyło trochę tu poogarniać, mimo wszystko wstyd trochę było przyjmować niedoszłego topielca w bałaganie. Łóżko pościelone, badziewie wrzucone pod łóżko, ubrania upchane w szafie, a te dla Willa z kolei ułożone zostały niedbale na kołdrze.
–  Zostawiam ubrania w pokoju obok – powiedział przed drzwiami łazienki. –  Jakby co to się przebierz i w salonie mam dla ciebie herbatę. Jest bardzo słodka, przesadziłem z miodem, ale da się pić – dodał, po czym sam skierował się do wspomnianego pomieszczenia, by usiąść na kanapie. Włączył telewizję, jednak nieszczególnie dbał o to, co będzie tam leciało. Potrzebował po prostu czegoś, co wypełni ciszę, bardzo niezręczną, jak mniemał. Westchnął ciężko, wlepiając nierozumiejące i zamyślone spojrzenie w kreskówkę grającą na ekranie.


Oh my, feels just like I don't try
Looks so good I might die
All i know is everybody loves me
#4C2818 - Mowa



Hachirō





Hachirō
Generał Hycli
GODNOŚĆ :
Moroi Hachirō


Powrót do góry Go down


Chyba szukał najmniej bolesnego sposobu, który mógłby wykorzystać poza domem. Nie chciał, żeby znaleźli go rodzice, a najlepiej, gdyby w ogóle nikt go nie znalazł. Rzeka zimą nie była takim złym pomysłem – nikt się za bardzo nie zbliżał do brzegu, wylądowałby gdzieś daleko porwany nurtem i jeśli już doszłoby do znalezienia go i próby rozpoznania nadgryzionej przez ryby twarzy, jego nic by nie obchodziło, bo byłby dawno w krainie wiecznych ciemności. Albo robił to jakoś dla atencji, bo naprawdę niezłe rozwiązania miał pod ręką. Aspiryna, ciepła wanna i dowolny ostry przedmiot, który znajdzie. Wystarczyło chwilę się pomoczyć, a potem zrobić dwa szybkie nacięcia od wewnętrznej strony nadgarstka w stronę łokcia. Po prostu zjazd w ciemność. Mógł też oczywiście przetrzepać całą apteczkę i łyknąć wszystko po kolei, miałby jeszcze jakąś fazę tuż przed zejściem. Zawsze pozostawała alergia, która skutecznie by go udusiła. Prawie jak z utopieniem tylko bardziej sucho i nikt nie musiał wskakiwać do rzeki, żeby go ratować.
Ale był debilem i nie umiał się nawet zabić.
Zdecydowanie przydałaby mu się ta książka.
Na pewno wykorzysta doświadczenia. Po pierwsze, dobrze się upewni, że ktoś mu nie popędzi na ratunek, a po drugie chyba zrezygnuje z rzek. Niezależnie od pory roku i dnia najwyraźniej ktoś tam siedział i tylko czekał na bawienie się w superbohatera narażając własne życie dla kogoś, kto się chce swojego pozbyć. Jaki to w ogóle miało sens? Daje +5 do zajebistości, aurę dobroczynności albo jakieś zasługi do życia pozagrobowego? Trzeba było być chorym psychicznie, żeby się tak wysilać z pomocą nieznajomemu, który i tak tego nie doceni.
Patrzył na psa, kiedy ten właził na dywan. Znajomy widok i zapach tarzanego psa o wieczorze. Obaj jego kudłaci przyjaciele robili dokładnie to samo, jeszcze dodatkowo zostawiając mnóstwo długiej sierści na podłodze. Zimowe spacery kończyły się śladami łap w całym domu, bo po rytuale upiększania dywanu koniecznie musiały sprawdzić czy w domu wszystko stoi na swoim miejscu. Wredne cholerniki. Will wszedł do mieszkania, choć czuł się nieswojo. Za dużo nowości, za dużo obcych, nie znał też za dobrze tej okolicy. W dodatku można było stwierdzić, że odrobinę bał się wojskowych, choć jego rodzice pracowali w laboratoriach i zdarzało się, że lądował na granicy dzielnicy północnej. Mieli broń, wychodzili poza mury, bronili mieszkańców. Ale mieli też na tyle dużą władzę, że czasem mogło im odwalić. A raczej nikt nie przyzna racji szaremu obywatelowi jeśli ktoś z wojska mówi co innego.
–  Przy ostatniej randce koleś przeciął mi kable i wybił szybę w salonie. Wolę tę – odpowiedział cicho, nadal z minimum emocji, ale chyba próbował zażartować. Wspomnienie zeszłorocznych walentynek z facetem robiącym napad na jego lodówkę biorąc świnkę morską za zakładnika było jednak mimo wszystko zabawne, choć aktualnie nie zmieniało humoru niebieskookiego. Zwłaszcza, że został oddelegowany do mycia się w obcym domu u faceta, którego znał od kilkunastu minut. Wszedł do łazienki, kiedy pachnący mokrą sierścią czworonóg był goniony przez właściciela. Ubrania składał dokładnie w kostkę, układając ją w idealnie równą piramidkę. Nawet jeśli zaraz miały zostać wrzucone do prania. Mycie zaczął wręcz od zimnej wody, bo letnia piekła w palce. Nie chciał zużywać za dużo wody, w końcu nie był u siebie, dlatego spróbował w miarę szybko osiągnąć przyzwoitą temperaturę, jednocześnie uważając, żeby nie przesadzić. Wystarczy, że zwalił się kapitanowi na głowę bez żadnych zapowiedzi, nie musiał mu jeszcze zapewniać dodatkowych wrażeń w postaci omdlałego niedoszłego topielca, którego już raz przywracał do życia. Głupio byłoby rozwalić sobie łeb o krawędź czegoś i jeszcze zabrudzić krwią całą łazienkę. Nim opuścił pomieszczenie, wytarł się i zawinął w ręcznik jak w całun. Jeszcze musiał tylko w nim przejść do sąsiedniego pokoju, najgorzej. Wahał się chwilę. Co, jeśli tylko udawał żołnierza, a tak naprawdę był jakimś zwyrolem, który zwabił nieświadomą ofiarę do swojej nory? Mniejsza o zabicie, bo to byłoby nawet fajne. Strach pomyśleć co mógłby zrobić przed zabiciem. A on był taki młody i niewinny.
Nacisnął klamkę, ale natknął się tylko na psa.
Przepuścisz mnie, panie pies? – zagadnął mruknięciem do zwierzaka. Wiedział, że nie odpowie, ale jak to z obcymi psami – wolał go w żaden sposób nie sprowokować. Obszedł go w miarę ostrożnie i przeszedł do pokoju, gdzie ubrał się w zostawione rzeczy. Ręcznik zawiązał w turban na głowie, żeby nie nakapać wszędzie wodą. Włosy i tak lepiej podeschną najpierw tak potraktowane. Ruszył niepewnie w kierunku salonu i stanął zaraz po przekroczeniu progu. Spojrzał na nadgarstek z przepustką, zastanawiając się chwilę nad tym czy powiadomić matkę, że nie będzie go w domu. Przez chwilę uniósł nawet rękę, ale zrezygnował. Pewnie dalej siedziała w pracy i nawet nie wiedziała, że wyszedł. Albo już spała i też nie wiedziała, że przebywa poza ich przytulnym gniazdkiem wyposażonym w mini zoo. Przysiadł na skraju, sięgając po kubek. Nie napił się od razu, a objął naczynie dłońmi, wdychając zapach. Poza imbirem, pasowało mu wszystko, ale i jego potrafił znieść, jeśli nie był w zbyt dużych ilościach. Wpatrywał się w powierzchnię herbaty, uparcie milcząc i nie słuchając nawet tego co działo się w telewizorze. Czuł się źle z tym, że musiał siedzieć u kogoś, kto nawet go nie znał.


Japoński | Angielski

Don’t search for the meaning of life.
Simply be present for the people you love.
Will





Will
Odrodzony
GODNOŚĆ :
William Matthew Hayes


Powrót do góry Go down


Brzmi jak ktoś, z kim ja typowo randkuję – odpowiedział tylko, trochę jakby chciał tym sposobem rozluźnić atmosferę i zasugerować, że nawet wojskowym zdarzają się bliższe, niewrogie spotkania z potencjalnymi wrogami.
  Obaj byli w kropce w tym samym stopniu, obaj tak samo nie potrafili odpowiedzieć sobie jasno na pytanie „co dalej?”. Westchnął bezgłośnie, a jego wzrok podążał za sylwetką Willa, która najpierw weszła, zatrzymała się, a potem przysiadła na krańcu kanapy. Co mu powiedzieć? Jak się odezwać, jak w ogóle zacząć rozmowę...? Właśnie dlatego dobrze, że Hachirō nigdy nie zostanie ojcem.
Nie wiem co mam ci powiedzieć. Tak naprawdę do wszystkiego mógłbyś sobie dopowiedzieć wersję zakładającą, że wcale mnie nie obchodzi, co się z tobą stanie. Ratunek z obowiązku, zabranie cię tu żeby wycisnąć coś z ciebie na temat łowcy, mówienie jakichś smutnych kawałków o tym, że na pewno komuś zależy. Albo w ogóle powiedzenie, że „inni mają gorzej”, to faworyt wszystkich, prawda? – starał się mówić ze spokojem, choć pod koniec przebiła się przez jego głos naprawdę gorzka, nieprzyjemna nuta. W pewnym stopniu znał uczucia towarzyszące samodestruktywnym zachowaniom, więc wiedział, jakie głupie gadki się wtedy słyszy.
To egoistyczne, tak umierać. Nie myślisz o innych, nie coś tam, bla bla – przedrzeźniał, jednak bez większego humoru. Nie było mu do śmiechu, przede wszystkim współczuł mu. – Spotkały cię dziś dwa przypadki. Losowe osoby przejęły się tobą i zaopiekowały. Łowców nie obowiązuje prawo mówiące o nieudzielaniu pomocy, a ta dziewczyna i tak cię wyciągnęła z wody. Ja stykam się ze śmiercią ciągle, bez przerwy widzę, jak ktoś umiera. Sam raz po raz ocieram się o stany bliskie śmierci. Tracę krew, zyskuję blizny. Zawsze jest ktoś, kto mnie ratuje. Nie mówię, że to sprawia, że jakoś... Bardziej doceniam życie. Ale mam różne przejścia. I tak jakby... Chciałbym pomóc ci w twoich, Will, okej?
  Samotność. Jeden z pierwszych powodów. Brak zrozumienia. Kolejny. Pragnienie uwagi. Och, jeszcze jeden. Jeśli postara się je zbadać i choćby na trochę wyeliminować, to może da chłopakowi do myślenia. Może to sprawi, że poczuje się mniej zbędny, kłopotliwy dla otoczenia. Moroi sam miał z tym problemy, ma zresztą w dalszym ciągu. Przekształca je jednak w śmiałość i przynajmniej pozorną siłę. Jeśli sam się nie uratuje, to kto to zrobi?
  Uniósł kubek do ust, spróbował herbatę, którą zrobił. Faktycznie przesłodził, jednak mieszanka, jaką zastosował, definitywnie grzała go od środka. Mimo to drżał, jednak nie z powodu zimna. Nie lubił poczucia niepewności i bezradności, a teraz właśnie to czuł. Pies za to miał się bardzo dobrze, bo zaraz atencyjnie ułożył się przy nogach obu, łeb jednak trzymając koło Willa. Zamlaskał i cierpiętniczo westchnął, machnąwszy ogonem. Pewnie człowieki jadły coś dobrego, a maskowały dziwnymi zapachami.


Oh my, feels just like I don't try
Looks so good I might die
All i know is everybody loves me
#4C2818 - Mowa



Hachirō





Hachirō
Generał Hycli
GODNOŚĆ :
Moroi Hachirō


Powrót do góry Go down


Wcale by się nie zdziwił, gdyby się okazało, że randkują z tą samą osobą. Jeśli ktoś robił coś takiego wojskowemu to nic nie stało na przeszkodzie demolowaniu całkowicie przypadkowego domu na zadupiu, jeśli wydawał się pusty. No i branie Wafla za zakładnika. Trzeba mieć ostro nierówno pod sufitem, żeby tego kudłatego wypierdka traktować jako żywą tarczę czy straszaka na bezbronnego mieszkańca posiadającego pełną lodówkę.
Upił niemal bezgłośnie łyk. Było za ciepłe jak na jego standardy picia herbaty, ale przesłodzenie chociaż mu nie przeszkadzało. Smakowało równie dobrze co pachniało i nawet ten nieszczęsny imbir nie zaburzał mu ładu. Przynajmniej napój nie zawierał czegoś, co mogłoby go zabić, bo czułby się jeszcze głupiej, gdyby znowu kapitan musiał ratować mu życie. Dwa razy z rzędu to zdecydowana przesada, bo on przecież nigdy tego długu nie spłaci. Nawet jeśli wyjdzie z obecnego przedłużającego się doła. Nie zastrzeli bandyty, który mógłby rudzielcowi przykładać broń do głowy, nie uchroni przed losowym odłamkiem z kosmosu, który akurat przez zrządzenie losu miałby kurs kolizyjny z panem Moroi. Mógł mu najwyżej strzelić wierny oryginałowi portret albo złożyć model statku kosmicznego z własnoręcznie zrobionych elementów. Mało to przydatne do życia.
Odstawił kubek, położył dłonie na udach, bardziej naciągając rękawy na dłonie, półświadomie. Żołnierz zyskiwał blizny przez swoją odwagę i pracę, a on sam je sobie zafundował podczas prób zwrócenia myśli na inny tor. Blade ślady cięć na nadgarstkach, jeszcze nie do końca zagojone. Nie chciał, żeby je zobaczył. Wcześniej skrywała je przemoczona bluza, teraz ta obco pachnąca zastępcza, którą i tak odda jak tylko wyschną jego ubrania. Nie wiedział co pomyśli Hachirō na widok tnącego się studenta, który ma jakiś problem i nie pozwala sobie z nim pomóc. Słuchał jego słów, ale jednocześnie zdawały się nie do końca do niego docierać, nie mógł się na nich skupić. Zawsze tak miał przy obcych, choć ostatnimi czasy jakby się to nasiliło.
Jestem zbyt bezużyteczny, żeby żyć – odezwał się cicho, drętwo. Przygryzł lekko dolną wargę, wpatrując się otępiałym wzrokiem w zaciśnięte na końcach rękawów palce. Nie był nikomu do niczego potrzebny, a jedynej osobie, której mógłby się przydać, jak się okazało, raczej bardziej przeszkadzał. Więc starał się odciąć, ale to nie pomagało. Z każdym dniem było coraz gorzej. Czasem próbowała się skontaktować, a on nawet przestał odpisywać. Nie chciał o niej myśleć, ale nie mógł przestać. Nie umiał jej wymazać z pamięci. Zawsze tam była, od tylu lat, nie dawała mu spokoju. Mógł to wszystko zachować dla siebie, wtedy, w lato. Może byłoby lepiej? Może mógłby oglądać jej uśmiech, patrzeć w te brązowe, piękne oczy tak dopasowane do zieleni włosów?
Chłopak zamknął oczy. Palce trzymały się teraz tuż nad łokciami. Starał się uspokoić, ale też nie okazać nadmiaru emocji. Nie chciał mieć oczu w mokrym miejscu przy innym facecie. Był, do cholery, dorosły, a zachowywał się jakby miał pięć lat. Musiał teraz tylko dotrwać do rana, wrócić do siebie. Nie chlipać tu teraz obok wojskowego i jego kłębka wilgotnego futra. Osiągnąłby chyba apogeum żałosności.


Japoński | Angielski

Don’t search for the meaning of life.
Simply be present for the people you love.
Will





Will
Odrodzony
GODNOŚĆ :
William Matthew Hayes


Powrót do góry Go down


W pewien sposób zabolało.
  Mowa ciała, ruchy, ton głosu — to wszystko nie łączyło się w żaden sposób w harmonijną całość. To nie pasowało, a naraz jednak tak. Straszne. Ciągle w głowie odbijało mu się jedno — tak nie powinno być. Nie zważając na wiek osoby, która musiała z takimi uczuciami walczyć, tak zwyczajnie być nie powinno.
  Wypuścił z płuc powietrze, przeczesał dłonią włosy; to zdecydowanie było problematyczne, ale już nie mógł się cofnąć przed konsekwencjami swojej decyzji. Co jeśli jednak postąpił źle? Jeśli dzieciak, skoro rodzice nie zostaną poinformowani, postanowi powtórzyć swój skok wiary? Poczuje się bezkarny, okaże się na tyle zuchwały, by dalej bawić w brawurę?
A ja jestem zbyt zajebisty żeby żyć. Też nie brzmi to szczególnie wiarygodnie, jeśli to osąd jednej osoby, w dodatku tej, o którą się rozchodzi. Co każe ci tak sądzić? Na studiach ci nie idzie, dziewczyna cię rzuciła? – nie mówił w sposób oceniający, choć faktem było, że szybciej niż myślał po prostu mówił, prując słowami jak serią z karabinu. Przysunął się jednak do chłopaka i położył rękę na jego ramieniu.
Przy mnie, mimo wszystko, masz czystą kartę, Will. Nie powiem, że w tej próbie nie ma nic złego, bo jak najbardziej jest. Czytam to jako prośbę o pomoc, a gdybym był na twoim miejscu — czytałbym jako nową szansę. Z poczucia beznadziei da się wyjść – skończył wypowiedź cichszym tonem niż zaczynał i uśmiechnął się łagodnie, pogłaskawszy młodzika po ramieniu. Znał to, znał poczucie, że nie ma żadnego celu, że nie ma co robić, że... Że bez KOGOŚ jego życie nie ma najmniejszego sensu.
Mój antydepresant, jeden z nich, leży właśnie na twojej nodze i chyba zaraz ją zapluje z zachwytu. Kolejny to dużo zajęć i zobowiązań. Głupio byłoby zniknąć, jeśli komuś coś się obiecało i tego nie dotrzymało. Bezczynność zabija, próby znalezienia swojego miejsca — nie. A twoje nie jest w grobie – skwitował swoją przydługą wypowiedź i klepnął kilka razy, nie za mocno, ramię Willa. Taki pokrzepiający, przyjacielski gest, który jemu samemu też by się przydał. Moroi powoli też zbliżał się do granic, bo wbrew temu, że mówił całkiem wymijająco, w pewien sposób się uzewnętrzniał i mówił o tym, co gryzie jego samego.
Dławienie w sobie wszystkiego nie pomoże.
  To hipokryzja.
Rzucaj. Wyrzuć to z siebie. Może moje spojrzenie na sprawę, które będzie przecież świeże — nie znamy się w końcu — jakoś ci pomoże.
  Albo załamią się już obaj.


Oh my, feels just like I don't try
Looks so good I might die
All i know is everybody loves me
#4C2818 - Mowa



Hachirō





Hachirō
Generał Hycli
GODNOŚĆ :
Moroi Hachirō


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Powrót do góry