Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Go down


 [ •rec ] - Page 3 Empty Re: [ •rec ]

Pisanie by Shay on Czw Kwi 11, 2019 10:12 pm
Adam zamykał właśnie drzwi. Evy spała głębokim snem, więc nie zareagowała na delikatny brzęk sprężyny w mechanizmie dobrze wykończonych wrót. Całe mieszkanie skąpane było w ciemnościach; odległych i budzących napięcie. Stopy Adama wydawały beznamiętne oddźwięki, gdy blada skóra konfrontowała się z kafelkami kuchni. Było ciepło, a na ścianach błąkał się samotny, sękaty cień drzewa — wyglądał niewinnie, ale szczupłe ramiona tańczące na wykafelkowanej ścianie tuż nad półkami z przyprawami, wprowadzały obserwatora w dziwnie nieokreślony, obsesyjny niepokój. Może to szeleszczące i migające nań liście dodawały tego tajemniczego oddechu?
  Adam wyciągnął z szafki szklankę i zapełnił ją wodą. Pił patrząc za okno, prosto w widok na gąszcz, przez który dzieciaki przedzierały się latem, poparzone przez pokrzywy aż po same kolana. Rósł tam również stary bez, ale aby zakwitł ponownie potrzebował wielu miesięcy.
  Ciemne migające cienie podkreślały twardy podbródek mężczyzny. Noc odbijała się na jego twarzy jak na obliczu wampira, który popijając kieliszek świeżej krwi, rozmyśla o nowych łowach.
  Podszedł do otwartego na salon blatu i oparł o niego przedramiona. Pochylił się, uczepiając wzrok w mrok. Miał cholerną chęć na fajkę. I choć formalnie nie palił (zarzekł Evy, że przez ostatnie dwa miesiące pozbył się nałogu całkowicie), rzeczywistość pozostawiała wiele do życzenia. Podpalał poza domem, w pracy — wszędzie tylko nie przy narzeczonej. Teraz kiedy o tym myślał, doszedł do wniosku, że nie potrafiłby funkcjonować w świecie bez kłamstw. Bo ile mógłby wytrzymać? Jak długo dałby radę chować się przed szponami prawdy, której nie byłby w stanie stawić czoła? Przymknął powieki, a powietrze wypuścił nosem.
  Sięgnął ręką do tylnej kieszeni. Paczka Cameli znajdowała się na swoim miejscu. Pognieciona paczka z dwoma ostatnimi szlugami.

•••

  W klatce odbijały się dźwięki oddechów. Rudzielec spoglądnął na Chrisa, kiedy ten zatrzymując się przy drzwiach miał zamiar zadudnić pięścią w dyktę. Nie wyglądał na wybitnie zmartwionego stanem kumpla, ale nie tryskał też przesadną radością. Piegowata twarz wydawała się nijaka — może było to spowodowane ciemnością, może obawą, że kiedy Carlsen zapuka, świat rozsypie się przed jego oczyma. Wyciągnięcie tego chłopaka graniczyło z cudem, a kiedy w końcu nadarzyła się okazja, musi przyglądać się jego odejściu jak aktorom w romantycznych filmach, kiedy zaczyna robić się między nimi zbyt dobrze. On jednak nie chciał równoważyć tego co podarował mu los. Miał ochotę coś powiedzieć - czuł, że powinien, właśnie dlatego ta cicha trwała tak długo; wymierzona idealnie na tę na parę słów, które być może odmieniłyby zdanie Chrisa o tym wieczorze. On jednak milczał, a kiedy do uszu doszły go silne uderzenia w drzwi, wycofał się, jak pies, który nie zamiera plątać się pod nogami.
  — Jeśli coś by się stało oczywiście dawaj znać — powiedział kulawo, wiedząc, że jasnowłosy już na niego nie spojrzy. — Telefon odbiorę nawet w środku nocy. Obyś tylko nie miał kaca — zaśmiał się sztucznie.
  Kiedy wycofał się i schodził po schodach usłyszał rozsuwany rygiel. Ale nawet wtedy — na półpiętrze nie odważył się spojrzeć na znikającą mu z oczu postać Chrisa.
  Jeszcze wtedy nie wiedział, że tą decyzja uratował swoje życie.
  Kiedy w drzwiach pojawił się Adam miał tą samą przyjemna, nijaką twarz. Ten sam uśmiech błąkający się w dołkach w kącikach ust. Czy wyrażał pogardę czy cień skrytego rozbawienia? A może to było wszystko na co był w stanie się zdobyć ten socjopatyczny drań.
  Ciemne spojrzenie zatrzymało się na twarzy Carlesa, jakby mógł dostrzec w niej odpowiedzi, na które dzieciak z pewnością nigdy się nie zdobędzie. Rozsunął drzwi szerzej, przekrzywiając łeb, jak podczas przesłuchania, gdy kryminalista zaczyna snuć swoją wymyślną opowiastkę za siedmiu lasów. Aż dziwne, że wpuszczając do środka Chrisa nie powiedział nic. Bardzo długo musiał walczyć z kąśliwymi uwagami — wyszło mu to naprawdę perfekcyjnie. Zachowanie godne piątki z plusem.
  Zmęczona, obita zmęczeniem facjata szczyla szybko uświadomiła Adamowi jaki był faktyczny powód pojawienia się w mieszkaniu w środku nocy. Nie miał chęci na pytanie dzieciaka o coś tak oczywistego, nawet dla własnej satysfakcji, gdy ten zacząłby kręcić i gubić się w swoich wytłumaczeniach — o ile te w ogóle by się pojawiły.
  — Myślałem, że Evy dała ci klucze — powiedział łagodnie, co w jego gardle połączone z chrypą dawało dziwny złudny obraz troski. Oczy Barnesa były jednak nieruchome — czuwały. — Nie stój tak i wchodź.
  Nie mógł ukryć zaskoczenia. Od momentu kiedy przekroczył próg był święcie przekonany, że chłopak znajduje się w swoim pokoju. Co prawda brakowało jego butów w przedpokoju, ale przywykł go pustego holu żyjąc przez lata w samotności. Mógł to przewidzieć, tak jak ich nieotwarte spotkanie niespełna godzinę temu.
  — Wyglądasz jak trup — odparł pozostawiając wejście otwarte. Zrobił parę kroków w głąb ciemności, jednak nie zapalił światła. — Evy wiedziała, że imprezujesz? Zasnęła na kanapie z telefonem w dłoni.
  Mówiąc to instynktownie spojrzał w róg przedpokoju — prosto na czarna torbę, w której trzymał dzisiejsze narzędzie zbrodni i zakrwawione ubrania; choć niecałkowicie brudne, mogłyby być wystarczające, aby pobrać fragmenty dna poszkodowanego. Może tym zdaniem chciał mu dopiec, wzbudzić poczucie winy, jednak cokolwiek miał na myśli jego fałszywa gęba nie zmieniła swojego zagadkowego układu choć na jedną chwilę. Wzrok przekierował się na dzieciaka — chęć opuszczenia tego pomieszczenia rozmazała się w momencie, gdy zauważył wczesnej pozostawioną torbę. Nie mógł teraz tak po prostu do niej podejść i ją wziąć. To byłoby zbyt podejrzane. Musiał grac na czas i poczekać aż szczyl zniknie w pokoju.
  — Idź do pokoju, lepiej aby Evy nie widziała cie w tym stanie.
  Oparł się ramieniem o ścianę i obserwował go. Może zbyt natarczywie, zbyt demonicznie, ale usta w końcu drgnęły w krótki udawany impuls uśmiechu. Tylko na sekundę.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
Shay





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


 [ •rec ] - Page 3 Empty Re: [ •rec ]

Pisanie by Arcanine on Sro Kwi 24, 2019 12:20 am
  „Myślałem, że Evy dała ci klucze”.
  Na jego języku osiadło zbyt wiele ciętych, choć mało wyszukanych ripost. Miał ochotę splunąć mu tym wszystkim pod nogi — za sam fakt, że użył jej imienia. Że w ogóle o niej pomyślał. Że miał do niej prawo.
  Organizm był jednak na granicy; w niczym się teraz nie różnił od komórki z jednym procentem baterii. Energia balansowała na cienkiej linii pomiędzy byciem i zniknięciem — ile dzieliło go od upadku? Od żałosnego wyłożenia się na wypastowanej podłodze, tuż przed stopami mężczyzny, o którego samo istnienie był tak piekielnie, tak niemożliwie zazdrosny?
  Nawet nie patrzył mu w twarz. Przyglądał się podłodze — i za to też miał do siebie wyrzuty. Musiał wyglądać jak tchórz. Dzieciak, który się schlał i teraz wstydzi się swojego postępowania. A przecież od chwili, w której opuścili z Evy rodzinny dom, zarzekł się, że już nigdy...
  Usłyszał nagle schrypnięty głos — zabrzmiał dziwnie, jakby Adam naprawdę miał zamiar pozwolić mu przemknąć pod osłoną nocy do swojego nowego pokoju; a potem, przy śniadaniu, milczeć, kiedy Evy zapyta młodszego Carlsena o której wrócił. Niemożliwe, co? Chris rzucił mu ukradkowe spojrzenie, ale twarz była rozmazana. Dwoiła się, troiła, wracała na swoje miejsce, ale zaraz szybko obraz rozjeżdżał się na boki. Im dłużej starał się koncentrować spojrzenie w jednym punkcie, tym większy ścisk czuł w żołądku. Nie. Nie mógł. Musiał z powrotem opuścić oczy.
  Wyglądał jak trup?
  Podobnie się czuł.
  Całe ciało miał wypchane ołowiem, nogi przywarły mu do wycieraczki, głowa tylko cudem nie zerwała się ze zbyt kruchej szyi — była niczym betonowy blok. Palce dłoni, które oparł o framugę drzwi, drżały jak pod wpływem prądu. Każdy oddech to wyzwanie. Prawdziwą walką będzie dotarcie do łóżka. Dotarcie tam z wyprostowaną sylwetką... bez wsparcia...
  … jak bardzo żałował, że odesłał Matta. Że jednak nie zgodził się pójść do jego mieszkania; nawet mimo tego irytującego brzdyla, który zawsze kręcił się wokół starszego Raina. Jego towarzystwo, choć na co dzień niezauważalne, teraz wydawało się deską ratunkową. Deską, którą Chris odepchnął, pozostawiając swój los w rękach nieokiełznanego morza.
  Nigdy wcześniej nie było mu tak zimno jak obecnie.
  Panująca w holu ciemność nadawała rozmowie... w zasadzie monologowi Adama... jakiejś upiorności. Christopher zmusił się, aby wejść przynajmniej do przedpokoju. Podeszwy jego trampek zaszurały o ziemię. Od razu oparł się ramieniem o ścianę, zyskując w niej częściową stabilność. Czy Evy wiedziała?
  — Oczywiście, że nie.
  Ciemne spojrzenie wychynęło zza jasnych włosów, ale znów tylko otarło się o skąpaną w mroku szczękę mężczyzny. Co cię to obchodzi, co? Nakablujesz jej? Powiesz, że jej młodszy brat poszedł na imprezę — jak cała rzesza nastolatków? Że wreszcie wyszedł z domu?
  Łapał oddech; płytki i niepewny. Każdy wdech niósł ze sobą ryzyko zwrócenia resztek żółci. Natarczywe spojrzenie tamtego w niczym nie pomagało. Chris wiedział, że jest pod ostrzałem. Wiedział też, że przegra tę bitwę — nie miał szans w obecnym stanie. Zmusił się więc, aby odsunąć się od ściany i zamglonym wzrokiem omiótł wąskie pomieszczenie. Szukał czegokolwiek, co mogłoby go wesprzeć. Nie dalej jak pół doby temu pojawił się w tym mieszkaniu; wciąż były mu nieznane, choć Evy starała się jak najdokładniej nakreślić rozkład domu. Nie słuchał jej wtedy i szczerze tego teraz żałował. Cały ten budynek był mu obcy. Normalnie odnalazłby się tutaj bez kłopotu, ale teraz miał wrażenie, że przekroczył próg labiryntu. Sufit znajdował się zbyt wysoko. Ściany były zaokrąglone, a nie proste jakby stworzono je od linijki. Hol ciągnął się kilometrami...
  Gdzie było pomieszczenie, w którym miał teraz sypiać? Gdzie... Źrenice Carlsena rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy natrafiły na ciemny przedmiot, dotychczas niemal całkowicie zlewający się z czarnymi cieniami. No tak. Przychodząc tutaj, bezceremonialnie rzucił swoją torbę w kąt. Miał w niej wszystko, cały swój marny dobytek; ubrania, podręczniki, ładowarkę... potrzebował ładowarki. Potrzebuję jej, powtórzył bezsensownie, nagle uznając to za najwyższy priorytet. Jakby wylano mu na głowę wiadro zimnej wody... Przypomniał sobie zdarzenie. Uczucie strachu i bezradności. To dlatego drżała mu ręka? Wciąż nie uspokoiła się po sytuacji sprzed... ilu? Godziny? Zacisnął ją w pięść. Robiąc chwiejny krok ku torbie, Christopher nawet nie zdawał sobie sprawy, że ta leżąca pod ścianą nie należała do niego.
  Bo bagaż Chrisa jeszcze z rana został przeniesiony przez Evy do jego nowego pokoju. Spoczywał teraz na zasłanym łóżku w egipskich mrokach.
  Ten, po który Carlsen właśnie sięgał, mieścił o wiele gorsze rzeczy, ale spity umysł zatarł szczegóły, które różniły oba ekwipunki. Opuszki trzęsącej się dłoni dotknęły metalowego zamka.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Powrót do góry