Go down


in that moment i swear we were infinite

Pisanie by Arcanine on Wto Paź 09, 2018 12:05 am


YOU'RE BROKEN

Ciemny, zadymiony bar.
Ciężki, suchy zapach papierosów, mdła woń potu, tanich win.
Nierówne drewno blatu pod nadgarstkami. Szklanka wyszczerbiona na brzegach. Usta dotykające raz za razem szkła. Kolejka za kolejką. Alkohol wodnistym ruchem wlewał się po ściance naczynia, a potem nagle znikał. Następowało po tym ledwo słyszalne przełknięcie płynu i stuknięcie grubego spodu o barek. Gardło paliło od trunku, ale nie tak mocno, jak gniew trawił umysł. Kwas nienawiści wyżerał go od środka i nawet widok kurzych palców barmana chwytających za następną butelkę z półki nie był w stanie załagodzić tego, co nim targało. Nienawidził się za to, jak łatwy się stał.


Sherwood Christie 32 y/o 183↑

... zbyt łatwy.
— Wszystko w porządku?
Nie było w porządku. Był przerażony, wściekły. Był na skraju załamania. Czuł na sobie każde spojrzenie, jakby emanował myślami, które starał się od siebie odtrącać mimo ich natarczywości; dopadło go irracjonalne wrażenie, że samą swoją postawą mówił: John, stary druhu, twój syn rżnie mnie przy byle okazji. Evelyn jeszcze o tym nie wie, jakoś nie było okazji, żebym jej powiedział, ale to chyba nic takiego, nie? Zrobiliśmy to tylko raz, sam nie wiem dlaczego. Może z nudów? A co u Stephanie? Nadal namawia cię na przyjęcie teściów na tydzień pod twój dach? Haha. Przecież tego nie zrobisz, prawda? To mogłoby być niebezpieczne. Kto wie, co ujrzałaby ta stara wiedźma Clare, gdyby weszła pewnego dnia do kuchni i znalazła tam mnie i twojego dzieciaka. Swoją drogą, jaką zabawkę sobie wybrał do zestawu Happy Meal?
— Sher? — John klepnął go w ramię. — Strasznie trzęsą ci się ręce.
Ścisnął dłonie w pięści, czując paznokcie wżynające się we wnętrze rąk. Od godziny nie podnosił wzroku, jak zbity pies, który gdzieś podskórnie wie, że jeśli pan wejdzie do salonu, ujrzy tam strzępy ulubionej pościeli i puch z miękkich poduszek, a mimo tego nie jest w stanie od razu pokazać, jak bardzo obawia się konsekwencji. Merdaj ogonem, ty cholerny pederasto.
John odchrząknął.
— Pójdę do Stephanie. Powinna mieć tutaj jakieś lekarstwa na...
Nie — ochrypły protest był niemym błaganiem i groźbą... ale było to słowo wypowiedziane przez kogoś zupełnie innego. Nie podejrzewałby się o taki ton. Z równą ostrością odżynało się łeb jeszcze żywej gęsi tuż przed ważną ucztą. — Denerwuję się. Wiesz jak jest.
Mięśnie Johna rozluźniły się nieco; wpasował ciało z powrotem w fotel.
— Z powodu premiery? — zagaił od razu, ale nie ukrywał podejrzliwości. Znali się od kołyski. Od kiedy matka Sherwooda zagadała ciotkę z USA, ze stanu Maine, na śmierć, przy okazji zapominając o swoim pięcio- czy sześcioletnim synu, który postanowił pchnąć drzwi i wyjść na podwórze. Wtedy im się nie powodziło. Był o krok od wejścia na jezdnię...
Tak.
John się zaśmiał.
— Od kiedy przejmujesz się takimi rzeczami? Evelyn na pewno zagrała zjawiskowo. Pokazywałeś mi niektóre zdjęcia z planu. Scena, w której...
Sherwood odetchnął, atakowany migreną. Dwa tygodnie Go unikał; zmienił swój rytuał dnia, częściej jeździł samochodem, nawet jeśli oznaczało to wycieczkę do sklepu ulokowanego przecznicę dalej. Dawał z siebie minimum z minimum do tego stopnia, że w oczach Evelyn dostrzegł zatroskanie i za to nienawidził się jeszcze bardziej. Jak śmiał jej to zrobić? Ucisk w czaszce nie chciał zelżeć. Powinien im wszystkim powiedzieć? Pewnie i tak już wiedzą. Gówniarz nie trzymałby gęby na kłódkę zbyt długo. Imadło napierało coraz mocniej i mocniej, aż wreszcie jego silna wola (Powiem jak było, piekło mi niestraszne) pękła z trzaskiem. Wystrzał z dubeltówki.
— Nate, wreszcie jesteś! — John obejrzał się przez ramię, zerkając przez otwarte drzwi na hol. Do Sherwooda jak przez grubą, elastyczną powłokę docierało, że kategoryczny HUK był w rzeczywistości dźwiękiem wydanym przez zbyt mocno i może zbyt gwałtownie domknięte drzwi.
— Matka zrobiła twoje ulubione danie — dodał mężczyzna, a potem nagle z powrotem spojrzał prosto na Sherwooda i uśmiechnął się trochę szerzej. — A ty? Masz ochotę na obiad?
Sherwood niemal widział, jak usta Johna poruszają się w następnej kwestii. Czy wolisz mojego syna, pedale? W filmowym slowmotion wargi poruszały się przy niemal maksymalnym zoomie. Sądzisz, że nie wiem? Że mi NIE POWIEDZIAŁ? Sherwood przyłożył rękę do twarzy, którą niezdarnie odgarnął jakiś za długi kosmyk włosów z polika.
Nie. Muszę już iść, John.
Przerwało mu krótkie, rozbawione parsknięcie.
— Musisz już iść? Daj spokój, Sher! Dopiero przyszedłeś! Tak pochłonął cię ten nowy film, że zapominasz o przyjaciołach! Nate, powiedz matce, żeby dołożyła nakrycie. — John wstał energicznie z fotela i samym swoim spojrzeniem zachęcał do przyjęcia propozycji. (Tak jakbym w ogóle mógł mu teraz odmówić). — Chętnie posłuchamy o tej twojej premierowej bestii, która tak cię zżera od środka, Sher.



— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: in that moment i swear we were infinite

Pisanie by Zero on Wto Paź 09, 2018 10:30 pm


Nathan 'Nate' Montgomery | 18 y/o | 188 cm

Dotychczas przewieszony przez ramię plecak wreszcie wylądował na podłodze, niedbale porzucony w holu przez właściciela, który wpatrzony w ekran telefonu, na którego ekranie sprawnie wystukiwał treści kolejnych wiadomości, nie zauważył, że przy wejściu znajdowała się nadprogramowa para butów. Butów, które być może udałoby mu się rozpoznać, gdyby tylko poświęcił więcej uwagi reszcie otoczenia. Ale pięć dni zajęć upłynęło mu na tyle mozolnie, że teraz kiedy wreszcie miał okazję na zaczerpnięcie oddechu, nie myślał o niczym innym, jak tylko o natychmiastowym wyrwaniu się z domu zaraz po obiedzie. Nie można było go za to winić – był młody, nie znosił nudy i nikt nie uprzedził go, że w domu czeka na niego gość specjalny.
„Nate, wreszcie jesteś!”
Był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy zaraz po powrocie do domu było mu dane natknąć się na rodziców. Przeważnie byli zbyt zajęci ogromem własnych obowiązków, a młody Montgomery zdążył już przyzwyczaić się do absolutnej ciszy. Oderwawszy wzrok od komórki, od razu przeniósł go na drzwi do salonu. Póki co jeszcze nie wiedział, kto był powodem tego całego zamieszania, jednak sam fakt, że jego rodzona matka postanowiła zabrać się do samodzielnego gotowania świadczył o tym, że nie był to byle kto.
To świetnie. Czy to krewetki królewskie w tempurze? ― spytał, doskonale wiedząc, jaką uzyska odpowiedź. Nie miał swojego ulubionego dania i wyglądało na to, że jego ojciec chciał zadbać o dobrą opinię kuchni swojej żony i przekonać niechętnego gościa do zostania na dłużej.
Jego ciekawość została zaspokojona jeszcze zanim zdążyła napęcznieć do trudnych do okiełznania rozmiarów. Nie musiał znaleźć się w salonie, by rozpoznać głos mężczyzny przed znalezieniem się w progu. To w końcu ten głos jeszcze jakiś czas temu towarzyszył mu w sytuacji, w której żadna osoba na świecie nie zdołałaby ich postawić, a nawet więcej – do tamtego momentu żadnemu z nich nie przeszłoby przez myśl, że w ogóle istniała taka możliwość.
― No wiesz, przecież wszyscy wiemy, że każde danie twojej mamy jest twoim ulubionym daniem! ― John zarechotał pod nosem, mimowolnie klepiąc Sherwooda po plecach, jakby chciał odnaleźć u niego wsparcie albo zwrócić jego uwagę na ten jakże wyborny żart. ― Dzisiaj serwuje swoją specjalną zapiekankę makaronową. Będziesz żałował, jeśli nie spróbujesz.
To prawda, panie Christie. Nie ma nic lepszego na zszargane nerwy niż zapiekanka makaronowa mojej mamy. Receptura dania jest w naszej rodzinie od wielu pokoleń i to właśnie jemu zawdzięczamy nasze sukcesy i urodę. ― Nie miał oporów przed wykrzywieniem ust w przekonującym uśmiechu, nawet jeśli w błękitnych tęczówkach chłopaka pojawił się jakiś lisi błysk, który mógł okazać się dla mężczyzny kolejnym powodem do nerwów. Nikt tak jak Nathan nie zdawał sobie sprawy z tego, że Sher z rozmysłem próbował wciskać bajeczkę jego rodzinie. Miał w końcu sporo czasu, żeby wymyślić wersję wydarzeń po tym, jak przez długi czas unikał spotkań i starał się omijać Montgomerych na potężne kilometry, jakby ci już zdążyli poznać prawdę o ich pojedynczym wyskoku. Wyskoku, po którym ignorował jego wiadomości i telefony, a teraz jak gdyby nigdy nic mieli zasiąść przy jednym stole w towarzystwie osób, które za nic nie powinny poznać ich tajemnicy.
Nierozsądnie.
Nate doskonale wiedział, że w tym starciu to nie on miał cokolwiek do stracenia. Gdyby tylko puścił parę z ust, życie Sherwooda posypałoby się jak zdmuchnięty domek z kart. Chociaż był młodszy i mniej doświadczony, trzymał go za pysk jak psa, który został pozbawiony swojej jedynej broni, a mimo tego milczał, nie zdając sobie sprawy z myśli, które zaprzątały głowę ciemnowłosego, podczas gdy jego własny umysł znosił to, że przespał się z dorosłym facetem tak, jakby miał za sobą seks z rówieśniczką.
Jestem też pewien, że ktoś z tak wysokim statusem społecznym zdaje sobie sprawę z tego, że szybkie opuszczanie spotkań jest zwyczajnie niekulturalne ― odparł, opierając się bokiem o framugę drzwi. Teraz nie było już pewnym, czy wciąż nawiązywał do obecnej sytuacji, czy całkiem świadomie wbijał kolejną igłę w jego samoświadomość. Trudno było zapomnieć o tym, że po wszystkim postanowił się ulotnić, jakby to miało ułatwić mu zatuszowanie własnego błędu.
― Normalnie bym cię pochwalił za to, jak dobrze cię wychowałem, ale z drugiej strony właśnie próbujesz dobić mi kumpla, który jest dla mnie jak młodszy brat. Nie przejmuj się nim, Sher! Chociaż faktycznie wolałbym, żebyś został na dłużej. Ostatnio nie mieliśmy zbyt wielu okazji, żeby usiąść przy jednym stole. Mam pomyśleć, że próbujesz mnie unikać?
Unika mnie, ale oczywiście ci tego nie powie.
Chłopak uniósł brwi, jakby sam wyczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Chociaż telefon znów poinformował go o wiadomości, nie oderwał wzroku od Christiego, jedynie zaciskając mocniej palce na urządzeniu, jakby za sprawą tego gestu miał stłamsić irytujące wibracje.




WAŻNE: w chwili, gdy Zero jest poirytowany lub odczuwa jakiekolwiek inne negatywne emocje, osoby w jego pobliżu zaczynają być skrajnie przybite, wściekłe albo wystraszone. Dzieje się tak, ponieważ nie do końca panuje nad manipulacją emocjami. Nie dotyczy osób z blokadą umysłu.

avatar





Zero
Anioł Stróż

Powrót do góry Go down


Re: in that moment i swear we were infinite

Pisanie by Arcanine on Sro Paź 10, 2018 1:24 am
Brakowało mu wyszlifowania swoich aktorskich umiejętności, co wydawało się dziwne, zważywszy na fakt, że otaczał się „hollywoodzkimi gwiazdami” od kilku dobrych lat. Do tego czasu powinien samoistnie wchłonąć przynajmniej część ich metod wchodzenia w najróżniejsze role, nie wspominając już o tym, że Evelyn osobiście szepnęła mu na ucho kilka ciekawych sztuczek, jakich używa na planie, a on zapamiętał przynajmniej parę podstawowych sekretów — często, ze swojego wygodnego miejsca, wyłapywał u aktorów to, o czym wspominała narzeczona i uśmiechał się mimowolnie pod nosem, jakby przyłapywał ich na poważnym oszustwie. Ale tutaj? Teraz? Kiedy przyszło co do czego nie umiał przypomnieć sobie żadnego triku. Do diabła. Wtedy było to zabawne i aż do obecnej chwili nie pomyślałby, jak duży nacisk nakłada się... jak duży nacisk być może sam nakładał.... na ludzi stawianych przed obiektywem kamer. W całym swoim życiu nie uwierzyłby zresztą, że będzie się czuł kiedykolwiek tak nerwowo jak w tej sytuacji.
Ironia losu, co?
Nie tylko doszło do czegoś z kimś, kto był synem jego najlepszego — jedynego, przypomniał natarczywy, znudzony głos, odzywający się z tyłu głowy: JEDYNEGO — przyjaciela, ale gdy wreszcie postanowił odhaczyć wizytę u Johna, aby nie dokładać na siebie kolejnych podejrzeń... dzieciak musiał wrócić. Mógł oczywiście zaplątać się między innymi gówniarzami, zjawić się w domu o zmierzchu albo w ogóle nad ranem, zahaczyć o sklep, uczęszczać na jakieś pozaszkolne koło. Ale nie. Los miał inne plany. Było tyle opcji, ale Sherwood trafił na najgorszą i najmniej prawdopodobną z nich, a przecież dzisiaj piątek. Czy w piątki nie organizuje się żadnych cholernych imprez? Ani jednej parapetówki?
Nikt już tak tego nie nazywa, zganił się, wymuszając na twarzy lekki uśmiech kogoś, kto dostał zbyt mocnego kuksańca prosto w brzuch, ale przed stojącą naprzeciwko pięknością zgrywa twardziela. Widok Nathana wywoływał w nim ambiwalentne uczucia. Coś między zaskoczeniem, ulgą, wściekłością. Nie potrafił oderwać od niego wzroku, choć coś podpowiadało, że lada moment może pożałować tak nachalnych spojrzeń.
— Będziesz żałował, jeśli nie spróbujesz.
Powstrzymał się przed drgnięciem. Drewniany grymas na jego twarzy wydawał się już na stałe przytwierdzony, jakby dostał szczękościsku i nie potrafił rozluźnić ani jednego mięśnia. Oliwy dolewało neutralne, choć „miłe” podejście Nate'a do całej scenki. Chłopak odgrywał scenariusz, w jakim przyszło mu wcielić się w zwykłego, kasiastego nastolatka, który wrócił akurat ze szkoły i został zmuszony do przeprowadzenia szybkiej gadki-szmatki z zapyziałym kumplem zapyziałego ojca, nie tracąc przy tym na wyuczonym uroku. Coś w jego postawie mówiło, że robi to na odczepnego i Sherwood przez krótką chwilę miał nadzieję, że ciemnowłosy wywinie się ze wspólnego posiłku, za argument biorąc chociażby sztampowe spotkanie, na które i tak już jest spóźniony.
— Jestem też pewien, że ktoś z tak wysokim statusem społecznym zdaje sobie sprawę z tego, że szybkie opuszczanie spotkań jest zwyczajnie niekulturalne.
Żartujesz sobie?
Powoli docierało do niego, że w grze została podniesiona stawka. Ani razu nie spojrzał na Johna; ciemne oczy z rosnącym niedowierzaniem błądziły po Nathanie, jakby starał się wyłapać wszystkie podprogowe przekazy jego ciała, którymi ten starał się przesłać informacje co do swoich... do swojego czego? Wymagań?
— Mam pomyśleć, że próbujesz mnie unikać?
Ocknął się, nagle opuszczając gardę; zniknął drętwy uśmiech, opadły ramiona, głowa przekręciła się na bok i jego wzrok spotkał się z rozbawionym spojrzeniem przyjaciela, który całym sobą mówił: „ależ ja jestem zabawny, co? Co nie, Sher? Słuchasz mnie w ogóle?”. Brakowało tylko tego, aby ktoś wyciągnął bolec z zawiasów szczęki Sherwooda — wtedy dopełniłby tępą miną swoje zaskoczenie.
Bo oto John, cały w skowronkach, otarł się o myśl, która najbardziej dręczyła Christiego przeszło dwa tygodnie. I nawet o tym nie wiedział.
Niech tak zostanie.
Bądźmy poważni, John — wyrzucił z siebie, dostosowując się gwałtownie do swojej poprzedniej reakcji, która mogła wydawać się dziwna i nie na miejscu, ale teraz nabrała teatralnego podłoża, jakby od początku była planowana. W tonie jego głosu słychać było wymuszone oburzenie. — Jestem w stanie unikać cię latami. W zasadzie i ciebie, i wszystkiego innego. — Wytrzymał obraz lekko rozczarowanego przyjaciela przez trzy uderzenia serca, nim nie nabrał gwałtownie powietrza do płuc. Tlen ledwo przecisnął się przez zatkane gulą gardło. — Poza specjalną zapiekanką makaronową Stephanie. Mam w życiu priorytety.
Wargi Montgomery'ego rozciągnęły się na powrót w uśmiechu.
— Pewnym rzeczom nie można się opierać.
Sherwood zmusił się, aby kątem oka nie zerknąć na Nate'a.
Właśnie.
John — wciąż rozbawiony, wciąż tak samo naiwny i rozgadany — ruszył w kierunku kuchni. Sherwood podążył za nim, ale gdzieś w połowie pomieszczenia stracił jeden krok, uciekając wzrokiem w kierunku opartego o framugę chłopaka. W trakcie tej jednej milisekundy czas rozciągnął się i spłaszczył do formatu minuty; piękna gra aktorska, młody. Za takie zdolności będziesz chciał pewnie sporych zysków, co? Cena nie jest istotna, przecież wiem, że za błędy się płaci. Miejmy to więc za sobą.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: in that moment i swear we were infinite

Pisanie by Zero on Pią Paź 12, 2018 11:04 am
Musiał zdusić śmiech, który próbował przedostać się przez jego gardło, wstrząsając przy tym ramionami. Obserwowanie walczącego z nerwami Sherwooda było świetną rozrywką, ale gdyby tylko przyszło mu podzielić się z ojcem tym, co tak wielce go bawiło, wiedział, że zostałby jedyną osobą w tej pokoju, której jeszcze byłoby do śmiechu. I zapewne nie na długo. Pozostało mu zachować to dla siebie i przywołać na usta uprzejmy – może nawet nieco uroczy – uśmiech, gdy czarnowłosy zgodził się przystać na ich gościnę. Być może zupełnie nieświadomie Nathan pomagał mu przypomnieć sobie, jak to było jeszcze zanim doszło, do czego doszło. Wtedy nie próbował szukać wymówek, by jak najszybciej opuścić ich dom – właściwie mógł czuć się tu jak u siebie, prosić służbę o przysługi, których inni z powodu własnego skrępowania nie wypowiedzieliby na głos. John nigdy go nie ograniczał i dało się wyczuć, że traktował go jak młodszego brata, którego nigdy nie było mu dane mieć, a ten brak sprawił, że zachowywał się bardziej lojalnie niż niejeden członek rodziny.
Co za dramat.
„Pewnym rzeczom nie można się opierać.”
Dokładnie ― jego głos zawtórował odpowiedzi Christiego. Czarnowłosy mógł na niego nie patrzeć, jednak młody Montgomery zapewne jeszcze nieraz tego dnia miał dotkliwie przypominać o swojej obecności. Chociaż dioda na telefonie chciała przypomnieć mu o czekających na jego odpowiedź znajomych, Nate wsunął telefon do tylnej kieszeni, na ten moment zupełnie porzucając wizję udania się na jakąkolwiek imprezę. Obecność bruneta kompletnie wybiła go z nastroju na zabawę w głośnym klubie, jednak bynajmniej nie oznaczało to, że stracił dobry humor.
Wręcz przeciwnie.
Gdy oboje mężczyźni ruszyli do kuchni, błękitnooki ruszył ich śladem, celowo trzymając się kilka kroków za nimi. Tylko dzięki temu mógł bezwstydnie i swobodnie przesuwać wzrokiem po sylwetce Shera i gdyby sam wzrok mógł być czymś namacalnym, jego przygoda jednej nocy byłaby w stanie poczuć, jak wsuwa ręce tam, gdzie nie powinien, gdy w pobliżu były inne osoby. Czy gdyby mógł, zrobiłby to jeszcze raz? Tak. I jeszcze jeden. I kolejny. Dla niego wszystko było takie proste. Nie patrzył i nie chciał patrzeć na świat oczami dorosłego, ustatkowanego mężczyzny, który idąc do łóżka z takim gówniarzem, zdradzał nie tylko żonę, ale i własnego kumpla. Może nawet samego siebie. Nathan miał o tyle ograniczony pogląd na tę całą sprawę, że po prostu musiał mieć to, czego chciał.
― Już, już ― oznajmiła matka chłopaka, która jeszcze krzątała się po kuchni. Właśnie wyciągała naczynie żaroodporne z pieca i ułożyła je na blacie, ocierając czoło wierzchem dłoni, jakby ciężar jej wybitnej zapiekanki, zdążył ją przytłoczyć. ― O, Nathan. Widzę, że wróciłeś w samą porę! ― Posłała mu szeroki uśmiech. Z Sherwoodem zdążyła przywitać się już wcześniej, więc teraz tylko gestem dłoni poprosiła wszystkich, by zajęli miejsce przy stole w jadalni obok.
Wyczułem obiad z daleka. Nie spodziewałem się, że dzisiaj to ty przejmiesz stery w kuchni ― odparł, w dość naturalny sposób, przenosząc swoją uwagę na rodzicielkę. Choć Sher niewątpliwie był dla niego dużo ciekawszym obiektem obserwacji, nie mógł w ten podejrzany, nachalny sposób przyglądać mu się przez cały czas. Zamierzał jednak odbić sobie to wszystko, celowo zajmując miejsce naprzeciwko mężczyzny, gdy ten wybrał sobie miejsce. Kolejny gwóźdź do trumny.
― No dalej, Sher. Wyrzuć to z siebie ― przypomniał John, który wciąż czekał na relacje związane z premierą. Wyglądało na to, że nie potrafił zrozumieć, skąd brała się ta cała trema, biorąc pod uwagę, że nie przypominał sobie, by jego przyjaciel kiedykolwiek stracił pewność siebie aż do tego stopnia. ― Jestem pewien, że po dzisiejszej wizycie zapomnisz, że miałeś się tym wszystkim martwić.
― Stres przed premierą? ― zagadnęła Steph, kładąc talerz z daniem przed gościem. Sztućce zostały przygotowane już wcześniej. ― Myślałam, że wierzysz w Evelyn jak nikt inny. Zawsze świetnie sobie radzi, a w parze z tobą pisane są jej same sukcesy. Los wiedział, jakich ludzi zestawić ze sobą w parze. ― Westchnęła rozmarzona. Od zawsze była niepoprawną romantyczką.
Szkoda, że nie zdawała sobie sprawy, że rzeczywistość nie była na tyle kolorowa.
Chłopak nie odezwał się jednak ani słowem. Teraz nie było też już nic dziwnego w tym, że patrzył prosto na Christiego – w końcu stał się głównym obiektem zainteresowania przy tym stole. Wszyscy czekali na to, co miał do powiedzenia, ale Nathan chciał tylko sprawdzić, czy uda mu się uniknąć potknięcia i jak uda mu się tego dokonać.




WAŻNE: w chwili, gdy Zero jest poirytowany lub odczuwa jakiekolwiek inne negatywne emocje, osoby w jego pobliżu zaczynają być skrajnie przybite, wściekłe albo wystraszone. Dzieje się tak, ponieważ nie do końca panuje nad manipulacją emocjami. Nie dotyczy osób z blokadą umysłu.

avatar





Zero
Anioł Stróż

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry