Ogłoszenia podręczne » KLIKNIJ WAĆPAN «

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 27.02.19 15:29
Harrington nie należał do osób szczodrze obdarzonych cierpliwością, choć niewątpliwie pobyt w ośrodku dla psychicznej chorych, wyleczył go z niektórych objawów tej przypadłości, dzięki czemu nauczył się trzymać nerwy na wodzę. Ale wszystko miało swój limit. Miał wrażenie, że jeżeli Ethan się zaraz nie weźmie w przysłowiową garść, wymierzy mu solidny cios w policzek przy użyciu maksymalnej siły, którą w tym momencie dysponował. Utrata kilku zębów być może sprowadziłaby na ziemię kogoś, kto nie gardził przemocą, ale podświadomie wiedział, ze na osobnika pokroju tego mężczyzny byłaby czymś na wzór zapalnika. Miesiące spędzone  w jego towarzystwie nauczyły Havinqa kilku rzeczy. Przede wszystkim przekonał się niejednokrotnie na swojej skórze, że Ethan był wątłej konstrukcji. Wszystko, co go zewsząd otaczało wpływało na jego samopoczucie. Przy nim musiał wykrzesać z siebie zdecydowanie więcej empatii, niżeli przy kurwie, której wręczył niegdyś pierścionek zaręczynowy.
   Pytanie, które zadał mu Ethan sprawiło, że poczuł przyjemny dreszcz. Zaczesał za ucho niepokornych kosmyk, zanim udzielił mu odpowiedzi.  
   — Pół na pół —przyznał. Choć słyszalne z oddali krzyki wprawiły go w błogi stan, nie mógł patrzeć jak ogień rozprawia się z ich ciałami. Nie mieli na to czasu, aczkolwiek o tym uświadomił go Ethan, zaraz po tym, gdy nacisnął za klakson, by powiadomić Harringtona, że zdobył wóz.
   Ciepło bijące od drugiego ciała było na swój sposób przyjemne. Od dawna nie czuł bliskości z drugim człowiekiem. Przymknął na chwilę powieki i wciągnął do rozszerzonych nozdrzy zapach siedzącego obok mężczyzny. Wyczuwając reakcje Ethana, oderwał dłonie od jego skóry, ale jednocześnie z ledwością stłumił w sobie śmiech. Oddziaływali  na siebie mocniej niż narkotyki.
   — Chyba wiem — przytaknął po krótkiej chwili konsternacji. — Chyba wiem — dodał szeptem z niewyraźnym uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.
   Żywsze spojrzenie Lawrence napełniło go ulgą z lekką domieszką satysfakcji. Podobało mu  się to, w jaki ten psychol reagował na jego pozornie czułe gesty. Miał wrażenie, że jeszcze w nikim dotychczas nie wzbudzał takich emocji. Ponadto Ethan kawałek po kawałku obnażał przed nim swoje słabości. Raz był bezbronnym, nagim dziecięciem pogrążonym w rozpaczy, ofiarą, innym razem drapieżnikiem wyposażonym w ostre zęby. Dla wielu mogło być to męczące, ale nie dla Harringtona. Lubił wzywania. I uwielbiał dwie osobowości żyjące w tym osobniku, mimo iż jedna z nich często doprowadzało go do szewskiej pasji.
   Kiedy mężczyzna się odsunął, nie zabiegał dłużej o jego bliskość, wszak nigdy nie gustował w przedstawicielach swojej płci. Usiadł na brzegu łóżka, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia. Jakby w obawie, że Ethan ukrył w połach pościeli nóż, którego zaraz użyje na własnych naczyniach krwionośnych.
   Bezpośrednie przed i po spaleniu ośrodka dla czubku, owładnięty silnymi emocjami wywołanymi przez swój największy nałóg, nie myślał nawet o zastrzyku gotówki, który mógłby się im przydać podczas ucieczki do innego stanu. Myśl o Jerrym zaatakowała go znienacka. Potrzebowała coś, co uspokoi Ethana, wyśle w diabli jego zły nastrój i wreszcie to znalazł. Ich budżet był cokolwiek marny, nie stać było ich nawet na papierosy. W takiej sytuacji nic tak nie podnosiło człowieka na duchu, jak perspektywa szybkiego wzbogacenia się. Co prawda Ethanowi nigdy nie wiał wiatr w oczy pod tym względem, ale teraz, podobnie jak Harrigton, był gołodupcem bez grosza przy duszy, więc jaka osoba, wcześniej posiadająca stabilne podłoże finansowe, na pewno odczuwał dyskomfort z tytułu jego braku. Kiedy udało mu się pozbierać myśli do kupy, przeszedł do konkretów ubranych w ładną historyjkę z własnego życia.
   — Jared Osbrone, mówi ci to coś? Nie? — Ściągnął brwi, wykrzywiając usta w rozbawieniu.  Nie posądzał Ethana o taką wiedzę. Była zarezerwowana dla wąskiego grona odbiorców. Po prawdziwe nawet nie wiedział, czemu mówi mu to wszystko. Aż do dziś trzymał język za zębami. Według psychiatry, z którym odbywał regularnie sesje, każdy złoczyńca, w tym morderca, potrzebował kogoś, komu mógłby się wygadać. Uważał bowiem, że żaden człowiek nie wyzbył się do końca wyrzutów sumienia. Nie wiedział czy to prawda, czy nie, ale tak czy owak coś pchnęło go do tego, by w końcu się komuś wygadać, a tym kimś był jego towarzysz. Jedna z najbardziej obłąkanych osób w ośrodku i paradoksalnie jedna osoba, której był skory zaufać przynajmniej minimalnie. W spojrzenie Ethana wyczytał, że ten nie wie, kim był Jared Osborne. — Nic dziwnego. Wszyscy wołali na niego Jerry, kleptoman Jerry. Trafił do pierdla mniej więcej tym samym czasie co ja. Dzieliliśmy cele, ale pewnego wieczoru, tydzień przed przeniesiemy mnie ośrodka dla czubków, po powrocie z posiłku, zastałem go martwego. Pierwszy raz od wielu lat porzygałem się jak dziecko  cierpiące na chorobę lokomocyjną. W każdym razie Jerry leżał na swojej pryczy z poderżniętym  gardłem. Jedno cięcie. Precyzyjna robota. — Uśmiech zależał z jego ust. Poczuł suchość w gardle. Nie miał wątpliwości, że to robota fachowca, a takowych było tam całkiem sporo. Domyślał się, co się wtedy wydarzyło, a raczej, kto zlecił morderstwo. Jeden z ze zdradzony przez własną kobietą małżonków, która dała się wydymać Jerry’m, dosłownie, jak i również w przenosi. — Jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach wszczęto śledztwo  — nakreślił w powietrzu cudzysłów, ostatnie słowo wypowiadając z drwiną — ale przez brak dowodów na obecność osoby trzecich wszystko rozeszło się po kościach. Powiedzieli, że to samobójstwo. — Pozwolił sobie na krótką pauzę, w trakcie której pomyślał: I w sumie dobrze się stało, bo już myślałem, że zrobią ze mnie kozła ofiarnego.  — Sęk w tym, że człowiek, który miał do odsiadki ledwie pięć lat i gwarancje lepszego życia w postaci ukrytych kilku milionów, z logicznego punktu widzenia nie targnąłby się na swoje życie, czyż nie? Ale to nie nasza sprawa. Skupmy się na tych milionach. Tak się składa, że wiem, gdzie ukrył ¼ tej sumy. Powiedział mi o tym po tym jak napoiłem go przemyconym do celi alkoholem. Miał bardzo słabą głowę. I nie wyparzoną gębę, więc od razu puścił parę. To jak wygrana w totka. Nasza szansa, Ethan. Czujesz to? — Puścił do niego oczko. Usta na powrót wygięły się w uśmiechu.
                                         
Yury
Wieczny     Opętany
Yury
Wieczny     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 08.03.19 21:18
Kiedy Haqvin usiadł na brzegu łóżka, ten otaksował go spojrzeniem. Pomimo iż tęczówki skryte były w ciemnościach nadal wydawały się mienić nieodgadnionym blaskiem życia. Albinos podrapał się po karku, kiedy wyplątał palce spod białej, pozostawionej na środku głowy grzywki. Na moment dzielący ich dystans nakarmił go znanymi uczuciami — stabilizacją i bezpieczeństwem. Przy piromanie uczucia te nie były mu obce, wszystko zmieniało się jednak gdy ten niespodziewanie kładł mu rękę na ramieniu, gdy zbliżał podstępnie twarz do jego ucha. Wtedy wszystko się zmieniało. Nie czuł się zagrożony, ale... czuł się inaczej. Nie potrafił określić czy bardziej pragnął trzymać tego niebezpiecznego mężczyznę na dystans czy nie. To wszystko było skomplikowane; za bardzo aby mógł teraz o tym myśleć.
  Nie starczyłoby mu nocy.
  Kącik górnych warg drgnął mu lekko, a w końcu na ustach zawitał długo wyczekiwany uśmiech starego Ethana: nie Ethana muskającego krawędź ostrego noża, a Ethana, który z całej tej dwójki osobowości bywał najbardziej stabilny i odważny; Ethana, który zatrzymał go niespełna kilka miesięcy temu na schodach i wlepiał spojrzenie w szare, nieodgadnione tęczówki. Dokładnie jakby chciał zrobić to już lata temu — jakby chciał zatrzymać go już przy ich pierwszym spotkaniu, ale nie miał na tyle odwagi; jakby nie miał siły pokonać drugiego — wtedy jeszcze słodko drzemiącego Ciemnego Ethana.
  Mężczyzna wciągnął powietrze przez nos, a te zaświstało jak przedzierający się przez suche gałęzie drzew zimny wiatr. Pozwolił sobie opaść na posłanie i założyć jedną rękę za głowę, palcami skubiąc swoje krótkie włosy tuż nad prawym uchem. Drugą dłonią okrył się po tors.
  Kiedy tylko w ciszy ich oddechów padło nieznane mu nazwisko, zaciekawił się. Poczuł przyjemne mrowienie w palcach. Źrenice zwęziły się. W odpowiedzi na jego pytanie przechylił tylko głowę, tak, że twardy zarys podbródka okrył sięgający cień.
  (Gdyby ktoś zapytał się go za dziecka: "jak potoczy się jego życie?", z pewnością nie myślałby o wielkim ośrodku dla psychicznie chorych, które notabene ostatecznie stało się jego ostoją i domem, w którym nikt nie mógł go skrzywdzić. Nie myślałby o terapiach elektrowstrząsowych, kiedy stażyści wciskali mu miedzy zęby gryzak i układali sondy na czole; z pewnością nie myślałby o Haqvinie...)
  Z każdym słowem tęczówki ożywiały. Usta wysuszały się, a palce, które spokojnymi ruchami głaskały go po głowie zwalniały — aż ostatecznie zaprzestały tej czułej pieszczoty — najwidoczniej w efekcie coraz większej ciekawości.
  Harrington był jak opowieść — mroczna i przeżerająca, która miała trzymać czytelnika w napięciu. Ethan czuł to napięcie w całym swoim ciele, niemal zdrętwiały mu koniuszki palców u stóp. Nawet nie przejmował się muskającym chłodem, jakie raz po raz uderzało w jego odkryta klatkę piersiową. Cienie niewyspania, odbijały się pod oczami Ethana niemal plamistymi, smolistymi podkówkami. Powieki kleiły się do gałek ocznych, ale nie mógł spać. Nie mógł przestać go słuchać.
  (... Nie myślałby o tym, że przedzierając się przez niczego niepodejrzewający tłum, dostanie się na piętro, a potem pełen narastającego podniecenia wybiegnie na zapełniony parking. Nie pomyślałby nigdy, że będzie musiał zaatakować ochroniarza, który tamtej nocy nie znajdował się na wieczornej kawie; że plan spali na panewce. Nie spodziewał się, że lewie uda mu się go nie zabić — że później zrobią to za niego puszczone ze smyczy diabły płomienia Harringtona.)
W każdym razie Jerry leżał na swojej pryczy z poderżniętym gardłem. Jedno cięcie. Precyzyjna robota.
  Wsłuchując się w ton jego dudniącego głosu przymknął oczy.
  Jeden strzał. Precyzyjna robota.
  Przed ciemnością zamkniętych powiek zamajaczyły mu jasne palce. Niewyraźne, jakby należały do niego. Chyba tak było. Na ich opuszkach rozlewał się gęsty szkarłat. Było go naprawdę dużo. Dłonie opadły na blat jak wyłączone części wielkiej maszyny. Oczami wyobraźni uniósł głowę. Obraz poruszył się na boki nadal nie wychwytując wyraźnych kształtów obiektów. Ale był w pokoju. Kiedy oczy — jakby należały do niego (bo należały) — spoglądnęły na stół dostrzegły na nim jedynie niewielka kałużę posoki i dwie monety. Obie te wartości mieniły się się w nikłym blasku zapalonej i chyboczącej się u sufitu żarówki.
  Ethan gwałtownie uchylił powieki. Nadzieja. Zmęczone usypiające spojrzenie znów ulokowało się w Haqvinie jak w prawniku, który wykładając na stół zebrane papiery zamierzy zawalczyć o jego duszę sprzedaną diabłu. Serce zabiło mu mocniej, tak silnie, że mało brakowało, a wyskoczyłoby z jego zimnej klatki piersiowej.
  —  Cholera, gdzie to jest?
  Poderwał się, a wcześniej zakopane w pościeli dłonie uderzyły w materac; stare sprężyny zajęczały w odpowiedzi.

  Słońce poranku przebijało się przez zabrudzone i opalcowane okna. Zmatowiałe promienie padały prosto na twarz albinosa, domagając się jego uwagi. Nie czekały zbyt długo. Kiedy uporczywe świecenie i śpiew ptaków przebił się do podświadomości psychola, ten ściągnął brwi i zajęczał bełkotliwie. Powoli uchylił zaklejone snem powieki. Powrót do rzeczywistości bywał brutalny.
  — Która jest godz-
  Uniósł się na jednej ręce, druga przecierając gładką twarz. Jego włosy trwały w kompletnym niełazie, dokładnie jakby podczas sennych przygód postanowił wejść do pralki, aby sprawdzić działający w niej program wirowania.
  Kiedy jasne tęczówki odnalazły wiszący nad drzwiami zegar zbladł. Było po godzinie dziesiątej. Odrzucił kołdrę i wyskoczył z łóżka zapominając, że zasnął przecież bez bielizny. Zaczęło się poszukiwanie ubrań. Późna godzina nie była po ich stronie. Teraz kiedy nie będą ukrywać się pod osłoną nocy, są wystawieni na wścibskie spojrzenia ludzi.
  Jak dwa karaluchy na weselnym torcie.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
                                         
Shay
Shay
 
 
 

GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 09.03.19 22:05
Kryzys minął, a przynajmniej wszystkie znaki na przystojnej twarzy towarzysza na to wskazywały. Haqvowi ulżyło. W ośrodku bywało znacznie gorzej, dlatego nie chciał spuszczać gardy i dać się na brać na chwilową poprawę nastroju Ethana. Bacznie go obserwował. Musiał obchodzić się z nim jak kupionymi na promocji jajkami. Dwie zależne zasady przy ich zakupie - pierwsze: upewnienie się, że wszystkie są w całości i druga: ułożenie jej na wierzchu reklamówki. Lawrence był trochę jak jajko, a raczej skorupka jajka, delikatny i kruchy. Nieprzemyślany ruch sprawiała, że fasada, za którą się krył, pękała. Tym razem obeszło się bez zbędnych komplikacji, ale miał wrażenie, że to tylko kwestia czasu. Że w końcu mężczyzna dobędzie upragniony nóż i przebije nim naczynia krwionośne. I będzie za późno na interwencje. Psychiatrzy mogli próbować ratować ich stan psychiczny, ale mieli związane ręce na trudne przypadki, a oni takowymi byli. Już dawno przekroczyli granice i znaleźli się na krawędzi. Dla nich nie było już odwrotu. Kiedyś i jeden, i drugi wskoczą w przepaść. I zatracał własne ja w imię tego, co w nich tkwiło. To było niczym komórki rakowe. Rozmnażało się w ich umysłach i rosło. Usunięte, powracało w formie przerzutów.
  Zbliżył twarz do tej, która należało do siedzącego nieopodal mężczyzny. Posłał ku niemu uśmiech - delikatny i subtelny, średnio pasujący do znajdujących się jego głowie myśli.
  — Niedaleko. Naprawdę niedaleko — wyszeptał mu w ucho, jak kłamstwo powtarzane przez rodzica, ale czarnowłosy nie kłamał. Gwarancją na jego szczerość były szaleńcza mimika i niezdrowy błysk w oczach. - Idź spać. Zasłużyłeś.
  Odsunął się od niego pół minuty później. Wpierw napawał się zapachem jego skóry i dreszczom, które czuł. Miał wrażenie, że Ethan uwierzy mu w każde słowa. I nie miał zamiaru go zawieźć. Nigdy.
  Zwracając mu komfort, wstał z łóżka i wrócił do łazienki. Opłukał usta, choć zdecydowanie wolał skonsultować zęby z przeznaczą do nich pastą, ale w szafkach takowej nie było. Ponadto nie miał szczoteczki. Po powrocie do pokoju, zauważył, że Ethan zasnął. Przyjrzał się spokojnej twarzy i mimowolnie wykrzywił wargi w uśmiechu. Kto by pomyślał, że człowiek wyposażony w urodę niemal anielską, miał nierówno pod sufitem.

Przeciwieństwie do swojego towarzysza, Haqvin nie spał od kilku godzin. Nadzorował sen młodszego kolegi. Ponadto był ubrany w komplet wypranych ubrań, nie kojarzących się z miejscem dla czubków oraz w szampańskim nastroju. W każdym razie nie podzielał paniki Ethana. Wręcz przeciwnie. Nie obudził go celowo. Chłopak się spisał. Zasłużył na porządną dawkę snu. Nawet zastanawiał się, czy nie zaprezentować mu śniadanie do łóżka, ale tego byłoby już za wiele. Nie robił tego nawet dla swojej byłej niedoszłej.  
  Zademonstrował mu pakiet zębów, a w palcach trzymał papierosa. Włożył go do ust i zaciągnął się. Po wypuszczeniu dymu, ten osiadł się w powietrzu w postaci obłoczka, a potem poszybował pod sufit. Piroman nie czekał aż zniknie. Podszedł do drugiego uciekiniera i podał mu fajkę z rozbawieniem nadal goszczącym na jego twarzy.
  — Instalacja gazowa.
  Wysłał w kierunku mężczyzny zadziorny uśmiech, a po chwili rzucił ku niemu trzymany w dłoni przedmiot. Gazeta z dzisiejszą datą. Sensacja dnia: Szpital psychiatryczny doszczętnie spłonął. Najprawdopodobniej nikt nie przeżył. Nagłówek bezlitośnie przedstawił dwa suche fakty, które znalazły się w zasięgu zainteresowań ich obydwu. Po zapoznaniu się z treścią artykułu, Harrington wybuchnął śmiechem. Podejrzewano, że za przyczyną pożaru stała wadliwa instalacja gazowa, bowiem przed dzień pożaru władzę ośrodka dzwoniły w tej sprawie go gazowni. Przedstawiciel takowej miał się zjawić tam dziś o świcie, przed ósmą. Nie zdążył, ale przynajmniej powiadomił o tym policję. Mieli więcej szczęścia niż dotychczas przypuszczali.
  — Są na etapie wydobywania szczątków spod gruzów. Jesteśmy przynajmniej sto kroków przed nimi, więc nie panikuj, Clyde. Możemy tutaj zostać do wieczora. — Poklepał albinosa serdecznie po ramieniu. — Znalazłem kilka męskich par ubrań w różnych rozmiarach w garderobie. Najwidoczniej Florance była zwykła dziwką. Gdy przestaniesz lamentować, wybierz sobie coś z szafy — dorzucił, odbierając od niego papierosa. Ponownie się zaciągnął. — Wyprzedzają twoje pytanie. Papierosy znalazłem w kieszeni spodnie, które mam na sobie. Jak ci się podobają?
  Zrobił kilka kroków ku łazience. Wykonując tą sekwencję poruszał się odrobinę jak model na wybiegu, a przynajmniej próbował odtworzyć takowy swoją mową ciała. Wiedział, że szło mu fatalnie, więc po chwili wybuchnął gromkim śmiechem. Przede wszystkim zależało mu na tym, by Ethan przestał się zamartwiać, wszak nadal mieli przewagę. I to dość sporą. A wraz z nią szansę na wzbogacenie się i kupienie w większym mieście nowych dokumentów tożsamości. Luksus, który nie przysługiwał wielu zbiegom. Znajdowali się w gronie szczęśliwców. Pieprzonych farciarzy.
                                         
Yury
Wieczny     Opętany
Yury
Wieczny     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 12.03.19 14:02
Otworzył szafę, nim jednak zdołał sięgnąć dłonią do znajdujących się tam szmat z zamierzonego planu wyrwał go głos Haqvina. Automatycznie spojrzał przez ramię na w pełni ubranego mężczyznę, który z papierosem w ustach wykrzywiał swoje wargi w ten znany, charakterystyczny mu sposób. Wcześniej spięte ciało albinosa rozluźniło się dostrzegając w oczach partnera to co potrafiło ostudzić nawet wrzącą, piekielną lawę — nie miał pojęcia czym była ta iskra, ale z czystym sumieniem mógł potwierdzić, że zadziałała. Jasne, błękitno-szare tęczówki zbiega zwęziły się, kiedy tak patrzał w jego doprowadzoną do ładu twarz; ręka leniwie sięgnęła po ciemną bieliznę, którą od samego początku miał zamiar wyszarpać spod sterty zalegających na półce materiałów. Zaczął wsuwać bokserki na biodra, aby po uderzeniu gumką w podbrzusze wyszczerzyć się złośliwie, ale, och jakże grzecznie. Jasnowłosy posiadał dar podwójnych emocji. To jak przebijanie się kalką przez białą kartkę. Każdy uśmiech Ethana, każde spojrzenie wydawało się skromne jak u chłopca z chóru, ale tak nie było w rzeczywistości. Ci co posiadali zdolność dostrzegania tej wyimaginowanej kalki, widzieli w tym uśmiechu niemal zaczepną prowokację.
  Dopóki ciemnowłosy nie przemówił mężczyzna obserwował go badawczo; uniósł w górę jedna brew, gdy kąciki bladych warg drgały w delikatnym spazmie. Oczekiwał wyjaśnień, a te jakże szybko doleciały do jego odsłoniętych przez włosy uszu.
  "Instalacja gazowa"
  Zaintrygowany drogą przemierzaną przez szary, gesty dym skierował się w jego stronę; w stronę Haqvina. Blade, zniszczone bliznami ciało mężczyzny kolejny raz odkryło się przed piromanem w tak jakże ironicznej sytuacji. Tym razem jednak blade świecące pasma nie były tylko delikatnymi śladami pozostałości po nacięciach. Były dowodem przeżywanego potwornego bólu, który być może z czasem zaczął sprawiać mu przyjemność. Oprócz głębokich, nierównych blizn na całej długości rąk, posiadał na torsie — w okolicy wątroby wiele śladów po poparzeniu (niektóre małe i okrągłe przypominały dowody po przypaleniu fajką). Haqvin doskonale znał te ślady, w końcu rozpoznawał w szkoda swoje niesforne, najukochańsze dziecko.
  Instalacja gazowa.
  Jasne brwi mężczyzny ściągnęły się ku sobie, a czoło zmarszczyło pod naporem weryfikacji postępowej w mózgu. Nie potrafił oderwać wzorku od papierosa, jego iskrząca końcówka musiała mu coś przypomnieć.
  Co myślał Haqvin, gdy przeczytał tę wiadomość po raz pierwszy? Jak się poczuł? Czy poczuł ciepło rozlewające ciało, tak jak on gdy podcinał sobie żyły? Czy może było to kompletnie inne uczucie? Co siedziało w głowie tego świra? Niespodziewanie zapragnął to wiedzieć.
  W końcu brwi się rozluźniły, dokładnie w momencie gdy buty starszego faceta uderzyły w panele kilkanaście centymetrów od jego bosych nóg. Własnie wtedy parsknął patrząc na niego tym samym dwuznacznym spojrzeniem. Opuścił łeb w rozbawieniu, aby chwile potem bez zawahania sięgnąć po darowaną używkę. Objął ją miedzy palce wskazujący i środkowy. Musiał wiedzieć jak się z nią obchodzić; robił to wręcz z namacalną czułością. Wsunął filtr w usta rozkoszując się smakiem, który w postaci szarej, trującej mgiełki osiadał mu na języku i w przełyku. Niemal zapomniał już to uczucie — jako nastoletni chłopak chował paczkę pod poduszką, tylko po to, aby z rana, nieprzyłapany przez rodziców mógł otworzyć okno i wypalić dwa pod rząd. Do dwudziestego trzeciego roku palił bez przerwy. Potem przestał.
  — O czym ty gadasz?
  Kiedy wysunął skręta z zimnych warg, drugą ręka pochwycił skrawek gazety. Była świeża, niemal czuł delikatność ledwie co wydrukowanego papieru. Zmrużył oczy zaczytując się w tekst. Przez cały ten czas zagryzał dolną wargę, jakby walczył z jakąś wewnętrzną mniej określoną presją. Dobrze, że Haqvin streścił wskazywany fragment. Litery rozmazywały mu się z tej odległości jakby padał na nie delikatny, drobny deszcz. Nie potrafił przeczytać nawet zdania.
  Przysunął papierosa do ust i zaciągnął się nim ostatni raz. Spoglądnął na mężczyznę i uśmiechnął się szeroko — pewnie; wciąż utrzymywał rezon i ten intrygujący błysk w lewej tęczówce oka.
  — Nie pierdol. — Ta wiadomość musiała go ucieszyć. Oddał skręta Harringtontowi zakładając ręce na tors i osłaniając tym samym wcześniej ukazywane mu blizny. Oparł się o szafę gniotąc papier w dłoniach i rzucając go gdzieś w kierunku łózka — papierowa kulka odbiła się od poduszek, na których jeszcze tej nocy spali. — Wyciąganie zwłok spod gruzów i procedura odzyskiwania tożsamości może potrwać kolejny tydzień. Jak nie więcej. — Przechylił głowę, wciąż opierając ją o zamknięte skrzydła szafy. — Czyli wedle założeń zdążymy odebrać schowaną kasę i zagwarantować sobie jebitne, wieczne wakacje.
  Oczy mu błyszczały, choć twarz miał spokojną — tylko delikatnie zakreśloną zakrzywionym uśmiechem. I kiedy palce mężczyzny, odbierając fajkę zahaczyły o jego, nie drgnął — nie tak jak zareagowałby na to wcześniej. Rozbawiony do granic obserwował jak ten przemierza parę tych kroków w kierunku łazienki. Zaśmiał się gdy Hav wykonał niemalże perfekcyjną pozę reprezentowana tylko w szklanych ekranach telewizorów.
  — Nie myślałeś aby iść na modela, dupku?
  Zaśmiał się szczerze sprzedając mu mukę w ramię i przeszedł do garderoby. Ta znajdowała się przy łazience. Wszedł do ciasnego pokoju zapalając światło. Szafy jakie go otoczyły sięgały sufitu i jak widać zrobiły na nim wrażenie, na moment pokiwał głową z uznaniem.
  — Czuje się niemal jak w Gucci.
  Bez zastanowienia zaczął przeglądać półki. Nie wiedzieć czemu czuł na sobie wzrok Haqvina i to było dobre. Na początku dziennym.
  — Jadłeś coś? — rzucił zduszonym głosem, gdy wciągał przez głowę jasny t-shirt. Był tak biały jak jego włosy.
  Poprawił swojego przydługiego (na tle długości pozostałych włosów) irokeza i spoglądnął na piromana. Miał na sobie białą koszulkę i szare spodnie, które w pasie były dla niego niemal idealne, ale na udach i łydkach nie pozostawiały zbyt wiele luzu. Przez luźne uniformy, jakie nosił w psychiatryku niemal oduczył się dopasowanej, panującej poza kratami modzie.
  — Co sądzisz? — zapytał go, zarzucając na ramiona ciemną bluzę. Nie lubił chodzić w krótkich ubraniach pewnie przez blizny. Mimo iż te zadawane były na jego ciele w ogromnej ekscytacji i spełnieniu, tak były dla niego również ucieleśnieniem czegoś intymnego i własnego. Nie uważał również aby ktoś o tak zmarnowanym ciele nie został obiektem obserwacji przechodniów. Wolał dmuchać na zimno.
  Zbliżył się do niego i wyszczerzył się jak dawny on. Zauważył delikatnie powoli odrastający zarost na podbródku Harringtona, nieświadomie potoczył po nim wzorkiem. Na krótko.
  — Uwaga, uwaga! Poproszę o miejsce. Mistrz Amaro wstępuje do twych łask!
  Mówiąc to zaśmiał się głośno i minął mężczyznę. Znów poczuł od niego ten zapach. Miał wrażenie, że towarzyszył mu cała noc, ale jakoś nie miał odwagi o to zapytać.
  — Jajecznica z szynka czy z bekonem? — już na schodach było słychać śpiew Ethana.
  Haqvin potrafił utrzymać jego dobry humor.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
                                         
Shay
Shay
 
 
 

GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down

Nie udzielił Ethanowi odpowiedzi. Odczekał aż ten oswoi się z myślą o ich wyjątkowym szczęściu, którego mieli aż nadto po opuszczeniu gmachu szpitala. Haqvin nawet w międzyczasie przyłapał się na pesymistycznych myślach. Otóż wkrótce los przestanie się do nich szczerzyć. I pech przejmie kontrolę nad ich życiem. Co prawda kiedyś nie dowierzał w tego typu dyrdymały. Uważał bowiem, że ludzie, przez pryzmat podejmowanych decyzji, sami odpowiadali za to, jak układało im się w życiu, ale teraz, stojąc w miejscu, w którym stał, zmienił zdanie. Przypatrywał się śpiącej królewnie z nieskrywanym zapałem. Nie musiał długo czekać aż towarzyszące mu emocje, udzielał się również jej. Ethan rozpromienił się mniej więcej w tym samym momencie, kiedy przeszedł się po panelach jak po wybiegu.
  — Daj spokój. Wdzięczenie się do kamer to nie moja specjalność. Prędzej czy później puściłbym to wszystko z dymem.
  Nie pozostał mu dłużny w zaczepce, bo przede wszystkim lubił się z nim przekomarzać, choć rzecz jasna potyczka słowna wiązała się z ostrożnością. W dalszym ciągu musiał dbać o dobór słów, by go nie urazić i nie zaszkodzić jego psychiki, która miała całkiem inny poziom wrażliwości. Haqvin z trudem rozgryzł jej mechanizm, ale po tym, jak tego dokonał, poczuł się panem i władcą jego nastroju.
  W czasie, kiedy chłoptaś przeglądał zawartość garderoby, sam rozsiadł się na łóżku, pracując nad trzymanym w dłoni papierosem. Gdy dokończył dzieła, ugasił pet na ścianie i wrzucił go pod łóżko, tylko po to, by wyjąć z paczki następną działkę tytoniu. Miał w dupie oszczędzenia, choć po znalezieniu kartoniku z piętnastoma sztukami szlugów przyświecał mu taki cel. Teraz jednak puścił go w nie pamięć. Żył w wstrzemięźliwości przez kilka lat, tylko od czasu do czasu trując płuca tym rakotwórczym gównem. Wiele razy podczas trwania abstynencji czuł nieprzyjemne ssanie w żołądku. Wielokrotnie osiągał stan zniechęcenia przez brak nikotyny. Po prostu musiał odbić sobie ten brak. Nadrobić zaległości.
  — Nie, nic nie jadłem. — Jakby na potwierdzenie tych słów, żołądek zaprotestował, lecz ten dźwięk został zagłuszony przez kolejne pytanie napalonego na nowe ciuchy psychola. Zwlekł niechętnie tyłek z miękkiego materacu, po czym poszedł do drzwi niewielkiego pomieszczenia. Zaciągnął się lubieżnie, wypuszczając dym ustami i nosem, zanim wyraził swoje zdanie. — Całkiem znośnie. — Ubranie, które wybrał Ethan leżały na niego jak ulał. W zasadzie, widząc go w tej normalnej odzieży, uświadomił sobie, że to pierwszy raz, kiedy nie ma na sobie szpitalnych łachów, więc wykazał większą szczodrość w komplementach. Zagwizdał z uznaniem. — Masz całkiem zgrabny tyłek.
  Wyszczerzył się nader złośliwie i uczynił kilka kroków w tył, by zwrócić chłopakowi potrzebną do egzystowania przestrzeń osobistą. Lawrence poszedł w jego ślady i także zademonstrował pakiet zębów. Haqvin nie wiedział kim był mistrz Amaro, ale to nie miało żadnego znaczenia. Szczerze powiedziawszy nawet nie zrozumiał do końca dźwięków, które zostały przetworzone na ludzką mowę, dzięki struną głosowym albinosa. Za bardzo skupił się na oddychaniu, a to było nie lada wyzwanie. Zapatrzył się w oczy Ethana. Emanowały szampańskim nastroju, wręcz błyszczały. Nigdy wcześniej takim go nie widział, dlatego zareagował z wyraźnym opóźnieniem.
  — Z czego chcesz zrobić tą jajecznicę? Z bakterii i pleśni, które wyewoluowały do poziomu samodzielnie myślących organizmów? — zapytał, lecz wiedział, że Ethan tego nie usłyszy. Zrobił to celowo. Nie chciał psuć jego dobrego humoru, który rozbrzmiewał w jego uszach pod postacią śpiewu. Nie mógł mu odmówić tej umiejętność. Znakomicie operował głosem. Kolejny ukryty talent tego masochistycznego gnojka. Ciekawe, czym go jeszcze zaskoczy.
  Dokończył papierosa, po czym spuścił go w kiblu, do którego wcześniej oddał mocz i zszedł na dół przy akompaniamencie kolejnych słów nieznanej przezeń piosenki. Zajrzał do kuchni i wyszczerzył się do albinosa, który powinien już przeżyć rozczarowanie po zaglądnięciu do lodówki. Haqvin nie przeszukał urządzenia chłodzącego zbyt dobrze, ale na pierwszy rzut oka wydała mu się puste, więc zdecydował nie poświęcać mu wiele czasu podczas wczorajszych pobieżnych przeszukiwań. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie jadł nic od opuszczenia ośrodka, więc z chęcią skonsumowałby chociażby jajecznice. Ethan zapewne perfekcyjnie władał nożem, niemniej do jego umiejętności kulinarnych podchodził z rezerwą. Może dlatego, że sam nigdy nie był wirtuozem garów. W gruncie rzeczy jego narzeczona też cierpiała na tą przypadłość, wszak posiadała talent do niszczenia potraw przez zły dobór przypraw.
  Stanął w progu i przypatrzył się poczynaniom młodszego kolegi. Jednak coś znalazł, bo właśnie włączył jeden z palników na kuchence. O dziwo nie odłączono gazu w tej posiadłości, a może po prostu urządzenie było wyposażone w butle gazową?
  Podszedł do Ethana i, choć nigdy wcześniej tego nie robił, objął go zaborczo w pasie i położył podbródek na jego barku, jednocześnie zbliżając wargi do jego ucha.
  — Co tam gotujesz, kuchareczko? — wyszeptał cicho, z rozbawieniem przypatrując się jego reakcji. W dalszym ciągu miał wyraźny problem z precyzowaniem emocji, które mu towarzyszyły w kontakcie z tym małym szaleńcem, więc ostatecznie się poddał i przestał się tym zadręczać. Skupił się na przyjemniejszych aspektach ich znajomość. Otóż podobało mu się to, jak potrafił przekonać Ethan do słuszności swoich myśli i nie chwaląc się szło mu to wybornie. — W poprzednim związku ciągle kłamałem swojej eks, że gotuje wręcz zajebiście, ale teraz już nie będę takim pochlebcą — zastrzegł, lecz nie wyzbył się rozbawienia z głosu. Zamiast tego poczuł przyjemny, ciepły dreszcz grasujący po ciele. Po chwili rozluźnił uścisk i odsunął się, zajmując jedno z krzeseł przy kuchennym stole. Dobrze, że okna były zasłonięte i zakurzone. Mogli czuć się w tych czterech ścianach zupełnie anonimowo.
                                         
Yury
Wieczny     Opętany
Yury
Wieczny     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 21.03.19 18:03
Ethan słysząc oddźwięk puszczonej kanalizacji i trzask plastikowej sedesowej klapy, przeskoczył ostatnie dwa stopnie z szerokim uśmiechem na ustach. Jego zęby były białe — nieskażone kolorytem kawy, herbaty czy tytoniu. Albo musiał o nie przesadnie dbać, albo w tym zakresie geny odwaliły swoje.
  Nie pamiętał kiedy ostatnio pozwolił sobie na taką swobodę — na śpiew przemierzając dom, na niezgrabny obrót i wybuch śmiechu. To wszystko czego doświadczał w tym życiu (już nie jako Ethan, a Clayde) było echem zniszczonej przeszłości. Tłamszonym pragnieniem wolności, jakiej nigdy nie uzyskał i dla jakiej nie miał już nadziei. Najpierw ograniczony przez rodzinę, później przez swoje wewnętrzne demony. Jak w klatce. Nie nadawał się do życia w społeczeństwie — nie po tym co zgotował mu los. Nie kiedy pozbawiony wartości i perspektyw w końcu wypłynął  z głębokich  fal  zniszczenia. Żałował, że pędzące ku niemu pieniste fale nie pochłonęły go i nie wciągnęły za nogę do oceanu. Wszak nie było już co ratować. Nie po tym czego doświadczył. Rozbity mózg nie dało się skleić w nowy. Tak jak lustro. Kawałki szkła ranią palce ilekroć uchwytuje się rozrzucony po ziemi fragment. Jego raniły wiele lat. Długo myślał o samobójstwie, a ta myśl pewnego dnia w końcu stała się prawdą.
  A później nastąpiło odrodzenie.
  Powstał jak feniks z popiołu. Z połamanym skrzydłem.
  Brzęczenie pracującej lodówki i przyjemny chłód wypłynął zza otwartych wrót. Ethan pochylił się i wepchnął nos do środka urządzenia przeglądając wzrokiem produkty, których wbrew pozorom nie było mało. Dziwne.
  Na pierwszej półce znalazł zaczęty dżem, a data ważności sięgała następnego miesiąca (o ile wierzyć kalendarzowi wiszącemu przy stole — mieli marzec). Poza słodkim słoikiem były jeszcze: kartony po mleku, parę plastrów szynki, sera, pomidor, ogórek, pietruszkę (nieco zwiędnięta u szczytu zielonych liści) i niewielki pakunek owinięty w sreberko, który szybko okazał się być niewielkim kawałkiem sernika. Kiedyś matka taki piekła, przeszło mu przez myśl.
  Nie miał pojęcia, co mógł zrobić z tymi wszystkimi składnikami poza wyciągnięciem ich i zrobieniem sałatki, ale kiedy zaglądnął na ostatnią półkę...
  — BINGO!
  Dłoń mężczyzny zagłębiła się bliżej nieokreślone głębiny. Za stertą woreczków, do których jednak nie zaglądnął odnalazł to czego szukał od samego początku. Cztery wielkie brązowe jajka spoczęły w jego dłoni. Ujął je w należytym szacunku. Ucałował skorupkę, a oczy zabłyszczały mu z ekscytacji jak na wieść o nadchodzącym prezencie.
  — Tu jesteście. Tatuś was potrzebował — mruknął nisko do pokarmu jak do prawdziwych dzieci po czym rozpoczął przygotowania. W akompaniamencie dźwięków wysuwanych szuflad i brzęczenia działającej lodówki pomrukiwał znana piosenkę. Nie pamiętał jej tytułu, ale od kiedy opuścili szpital bezustannie majaczyła mu w umyśle.
  Na blacie znalazły się jajka, pomidor, pietruszka i szynka. Zastanawiał się czy pietruszka nie zepsuje smaku jajecznicy, bo nigdy nie próbował tego połączenia — kiedyś, kiedy jeszcze gotował dodawał do potrawy szczypiorek i cebulę, ale nie mając ich w asortymencie musiał zadowolić się ostatkami. Postanowił zaryzykować. Był głodny jak wilk i na myśl porządnego śniadania kiszki mu marsza grały.
  Odpalił palnik i położył na śmigający ogień żeliwna patelnie — bardzo ciekawa broń, gdyby tak zasadzić komuś w łeb. Tłuszcz rozpuszczał się w przyjemny żółtawy odcień kiedy psychol zaczął kroić warzywa i szynkę w kostkę. Kroki zachodzącego go Haqvina zostały zagłuszone przez stęk wrzuconych składników, które w na wrzącym maśle skwierczały wdzięcznie. Kiedy chłodne, męskie dłonie przesunęły się po jego bokach i wolno, acz stanowczo objęły go w pasie palce trzymające nóż zacieśniły się na narzędziu instynktownie, gotów zareagować impulsywnie. Kiedy Lawrence trzymał w dłoniach ostre przedmioty nigdy nie należało zachodzić go od tyłu. Ostrze błysnęło w świetle dnia, a pozostałości po przecinanym pomidorze rozcierały na nim smugi jak po krwawej rzeźni. Spojrzał szybko przez ramię, a kiedy niebieskie tęczówki napotkały jego, kiedy ten ciepły oddech musnął ucho, a palce zakleszczyły się na ciele z siłą z którą z pewnością nie miałby szans nogi mu zmiękły. Nie żeby miał zaraz zemdleć, nie — to było po prostu uczucie, które zapamiętał na bardzo długie dni, bo było dziwne. Ciałem wstrząsnął dreszcz, wcale jednak nie przypominający ten z dworu, gdy chłód muska policzek. Wtedy człowiek instynktownie osłania się kołnierzem, ale Ethan nie miał czym  się osłonić przed ciepłem oddechu słów, które buchały mu w odsłonięty, nagi kark. Skóra w tym miejscu była blada, niemal tak blada i przezroczysta jak jego śnieżnobiałe włosy. Wydawała się nawet delikatna, jak tkanina, tak samo jak skóra na szczęce, która niebawem miał znów pokryć się zarostem. Sprzeczności. Był ich pełen.
  Kiedy spięte mięśnie wyczuły ramiona tuż przy swoich, klatkę piersiową, która drgała w rytm powolnego oddechu i serce dudniące w piersi, kiedy odczuł, że jest wystarczająco blisko aby mieć pewność, że zamek spodni Harringtona zahacza o jego tylne kieszenie, tęczówki drgnęły, a źrenica w  oku na krótką chwilę wydała się być tylko cienkim wrzecionem. Wczorajszy Ethan próbował zawładnąć nim ponownie, wywrzeszczeć każde duszące w gardle słowa, obawy, lecz na marne. Dzisiaj Ethan nie miał prawa głosu. Dzisiaj był Clydem. Dzisiaj był inna osobą - osobą dla której w końcu odnalazł imię.
  Nóż upadł; brzęknął o deskę do krojenia, a smażona szynka rumieniła się wolno wydając raz za razem cichy syk uciskanego spod niej powietrza.
  Clyde obrócił się w mgnieniu oka; poczuł, że ciasnota jaka się przy nich wytworzyła zmusiła go do wciśnięcia lędźwi w brzeg blatu. Ból był przyjemny — nie omieszkał się docisnąć ciało mocniej.
  Spoglądał mu w oczy, z dłońmi na blacie patrzał w tajemniczą twarz. Biała grzywką opadała na czoło psychola i na krótsze włosy przy uszach. Nie kryła przed Harringtonem spojrzenia; prowokacyjnego i szalonego, tego, którego widział piroman gdy razem opuszczali szpital. To było spojrzenie, które mogło należeć wyłącznie do osoby niepoczytalnej.
  — Ale ja nie jestem twoją ex — odparł spokojnie, niemal melodyjnym głosem, w którym słychać było męską chrypkę. — W tym zakresie nie będziesz musiał kłamać.
  Prawa dłoń zsunęła się z blatu i pochwyciła go za szczękę. Dość stanowczo. Bluza osunęła się mu z nadgarstka ukazując blizny po poprzecznych podcięciach. Chłodne palce zacisnęły się na twardych kościach, wyczuwając wczorajszą gładkość. Nieświadomie, a może świadomie, przesunął kciukiem niemal z udawaną czułością po jego podbródku, niemal zahaczając o kącik ust.
  Zaschło mu w ustach i miał nieodpartą chęć zwilżyć wargi mokrym językiem. Nie zrobił tego. Jego zaczepny wzrok nie odpuszczał, a błądzący kciuk  przesunął się teraz zgrabnie po całej  długości policzku, a gdy palce wysunęły się w miejsce na szyi przyciągnął jego gębę bliżej swojej. Wyszeptał:
  — Czas na werdykt.
  I puścił go.
  Po prostu.
  Podsmażoną szynkę szybko zalało jajko, kiedy Haqvin odsnął się i zasiadł za stołem. Kiedy Clyde nakładał jajecznicę czuł unoszący się zapach mężczyzny i gotowego dania. Miał nieodparte wrażenie, że granica, która ich rozdzielała była uszkodzona — jak tama przez którą sączy się wodą. Ciśnienie może powiększyć wyrwę i doprowadzić do zawalenia się konstrukcji. Gęstość powietrza najwidoczniej towarzyszyła im obu. Dziwne przyciąganie, które nieokreślone żadnym słowem gromadziło się — wisiało w powietrzu jak balony. Mało brakowało, aby to wszystko pieprznęło i spadło im na łeb.
  Talerz brzęknął o stół. Postawiona przed mężczyzna jajecznica złociła się w kolorycie podsmażonej wędliny i posypanej na wierz pietruszki. Clyde postawił drugi talerz (nie z tego samego zestawu — ten był przyozdobiony kanciastymi różami, a od Harringtona mienił się w kolorycie srebra) tuż obok niego. Zasiadł i uniósł brew, parskając na sam widok mężczyzny. Sięgnął po sztućce i opuścił rozbawiony wzrok na danie kiwając głową.
  — Dobra nie jest idealne, bo brakło mi składników, a zieloną cebulkę zastąpiłem pietruszką, ale próbuj — odparł. — I tak dziwi mnie, że lodówka była pełna. To nie może być opuszczony dom. Nikt nie otwierałby dżemu, ani nie trzymał tu ciasta. Chyba, że niespodziewanie przeszli na dietę…
  Detektyw Clyde jak zawsze na swoim stanowisku!
  Nabił kawałek jajecznicy i wsunął w usta.
  — Więc jaka ocena jury? Smacznego.
  Parsknął mieląc kęs w ustach. Oparł głowę na ręce i wpatrywał się w niego nazbyt luzacko jak na osobę, która jeszcze wczoraj zalewała się łzami i miała ochotę zrobić sobie krzywdę.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
                                         
Shay
Shay
 
 
 

GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 22.03.19 21:59
Nie oderwał rąk do drugiego ciała, zanim ich właściciel nie zagregował, a gdy to nastąpiło, nie był zadowolony z wyników swoich działań. Rozczarowanie zniknęło dopiero, gdy ten się odwrócił. Po złapaniu z nim kontaktu wzorkowego, na ustach ukształtował się zawadiacki uśmiech. Wzmocnił uścisk, wpatrując się w oczy albinosa. Dojrzawszy w nich ekscytacje, poczuł spełnienie, które skumulowało się w jednym miejscu. W podbrzuszu. Dotychczas nie pociągali go przedstawiciele własnej płci, ale mimo to poczuł zbliżającą się erekcja. Igrał z nim, jak z ogniem i tym razem mógł się sparzyć, ale zaryzykował. Nie wycofał się, choć wzdrygnął się lekko, czując palce mężczyzny na swoim gładkim podbródku. Fala ciepła zalała jego ciało.
  — Nie mówiłem ci tego wcześniej? Nie mam zamiaru cię oszukiwać. Jesteś jedyną osobą, której nigdy nie okłamię. Słowo harcerza.
  Puścił do niego oko. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że Ethan wywierał na niego taki wpływ, ale w tym momencie odczuł to na własnej skórze.  Balansował na krawędzi, czując bijące od niego ciepło i charakterystycznych zapach jego skóry.
  Przejechał koniuszkiem języka po wargach, czując suchość w ustach. Nie myśląc za wiele, nachylił się jeszcze bardziej nad Clyde'm, całkowicie unicestwiając jego przestrzeń osobistą. Jedna z dłoni zawędrowało ku górze i musnęła pozornie obcego policzka.
  Ich usta niemal się ze sobą stykały, gdy Ethan zabrał głos. Harrington oprzytomniał. Uczynił kilka kroków w tył i usiadł na jednym z krzeseł, z ledwością na niego natrafiając. Miał wrażenie, że jeżeli tego nie zrobi, to nogi odmówią mu posłuszeństwa. Dygotał na całym ciele. Jak w konwulsjach. Czyniąc te obserwacje, z jego gardła mimowolnie wydobył się opętańczy śmiech.
  — Zobaczymy, ile były warte twoje przechwałki — rzucił na wydechu, ledwo powstrzymując się od kontynuacji wcześniejszego dźwięku, którego z ledwością powstrzymał przed erupcją. Zręczna zmienna tematu była w tym wypadku najlepszym posunięciem.
  Wyprostował się i zabębnił opuszkami o blat stołu, gdy Ethan postawił na nim posiłek. Chciał na niego spojrzeć, ale zapobiegawczo przyjrzał się zawartości talerza.
  — Mówiłem ci to już wcześniej, Sherlocku. Opuszczali ten dom w wielkim pośpiechu. Inaczej opróżniliby szafki, a te nadal są po brzegi zapchane ciuchami i innymi przedmiotami. W jednej za szuflad znalazłem nawet biżuterie — rzucił, przyglądając się brudnej od kurzu i pajęczyn ścianie.  Stan domu i ogródka świadczył o tym, że dom przynajmniej od tygodnia stał pusty. Florence i dwie pociechy zapewne ulotniły się z niego pod odsłoną nocy. Może przez wzgląd na jej rozwiązły tryb życia, ona i dzieci znalazły się w niebezpieczeństwie i musiała ich wywieść jak najdalej stąd, by nie dosięgła ich ręka oprawcy? Opcji było wiele, a Haqvin, spędziwszy ostatnie trzy lata swojego życia najpierw pierdlu, potem w ośrodku dla czubków, gościł w głowie wizje rodem z powieści kryminalnych.
  Pociągnął nosem, chłonąc do nozdrzy zapach przygotowanego przez Ethana posiłku.
  —  Nie spodziewałem się, że cokolwiek w niej znajdziesz. — Ujął w dłoń widelec. — Dałbym sobie rękę uciąć, że gdy wcześniej do niej zaglądałem, jej asortyment ograniczał się do spleśniałego sera i przedterminowych konfitur — rzekł, nabierając na sztuciec kawałek jajka. Włożył go sobie do ust, przeżył i przełknął, niemniej żaden komentarz nie opuścił jego ust. Dopiero po kilka dodatkowych kęsach był gotowy na werdykt, ale wygłosił go dopiero po skonsumowaniu całego śniadania, które spełniło swoje zdanie – zapełniło mu żołądek.  — Gdyby moja eks tak gotowała, to do tej pory żylibyśmy razem.
  Dawno nie jadł niczego równie dobrego. To, czym karmili ich na stołówce w psychiatryku czy też w więzieniu, nie mogło się równać z tym, co przyrządził Ethan. Miał nawet ochotę wylizać talerz do czysta, ale mimo wszystko uwłaszczałoby to jego godności, więc w ostatniej chwili uniknął tej kompromitacji.
  Wstał od stołu w akompaniamencie szurania krzesła. Spojrzał na Clyde’a, choć przyszło mu to z trudem. Miał nawet wrażenie, że to o wiele trudniejsze, niż zejście po trzeszczących schodach do zimnej, nasączonej wilgocią i grzybem piwnicy.
  — Od tej pory jesteś moim ulubionym kucharzem. Udźwigniesz ten ciężar? — Poszedł do zlewu i wymył używane przez nich naczynia. Podczas wykonywania tej czynności, dłonie drżały mu lekko.
                                         
Yury
Wieczny     Opętany
Yury
Wieczny     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

It's the world gone crazy - Page 3 Empty Re: It's the world gone crazyPisanie on 10.04.19 20:33
Kiedy sztućce zabrzęczały o naczynie, a pierwsza opinia wypłynęła z ust Hqvina, wzrok Ethana uniósł się ponad swoją porcję. Nałożona jajecznica przyozdobiona pietruszką parowała na wysokość podbródka, na wysokość gładkiej ogolonej twarzy.  Oblizał kącik warg i uśmiechnął się tym swoim z pozoru łagodnym uśmiechem; delikatnym, niewinnym, nie pasującym do dorosłej sylwetki, do dojrzalszej twarzy. Taki uśmiech widziało się u dzieci, które w swej niewiedzy rozczulały rodziców, a nie u ponad dwudziestoletniego faceta. Było w tym coś tajemniczego; coś niepokojącego, demonicznego, ale kto zdołałby w to uwierzyć?
  — Więc dobrze, że się rozeszliście — skwitował obojętnie, takim tonem jakby kompletnie go to nie obchodziło, ale z grzeczności powinien wypowiedzieć choć głupie „będzie dobrze”. W gruncie rzeczy była to jedna z cech jego charakteru. Potrafił patrzeć na coś bez przekonania, kiedy we wnętrzu ciała skręcało go z zazdrości. Wciąż opierał podbródek na ręce, drugą wsuwał w usta nabitą na widelec porcję jajek. Obserwował. — To był główny powód?
  Nigdy nie interesował się życiem prywatnym Haqvina. Tak jak w więzieniach — do niektórych pacjentów psychiatryka pozostała przyklejona plakietka; narośl wielka jak piętno, domysły, które niekoniecznie należały do prawdy, ale odstraszały. Stwarzały respekt, którym chapali się obłąkane świry. Nigdy nie zapytał piromana o przeszłość wprost. Nigdy nie była dla niego szczególnie ważna. Czy ktoś myślałby o niej kiedy we dwójkę spotykali się w pokojach, na zajęciach, czując, że ich wspólny język napędza lawinę rozmów?
   Tą lawiną nie była nigdy przeszłość. Nigdy.
  — Ile za sobą byliście?
  Wtedy też krzesło zaskrzypiało. Dźwięk przesuwających się nóg otarł się o zmysły Ethana, który w odwecie, uniósł podbródek. Właśnie w tym momencie ich spojrzenia się spotkały. Kolejny raz. Kolejny raz poczuł ciepło przebiegające aż po czubki palców stóp. Żołądek skurczył się jakby oderwał od ścian organizmu, ale nie mógł przecież tego zrobić. W innym wypadku nie odczuwałby takiej cierpkości, takiej... niezidentyfikowanej obawy, która zawiała mu w twarz jak letni wiatr, szybko gubiąc się w ciężkim powietrzu kuchni; wśród niewypowiedzianych słów, tajemnic i toksyczności, jaką oboje swoją karmili. Mężczyzna minął go, a Ethan pozostał nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w ścianie — w miejscu, w którym do niedawna znajdowała się sylwetka piromana. Opuścił wzrok na stół skonsternowany i pełny intensywnych myśli. Jajecznica zniknęła z talerza.
  Albinos podniósł się; ostentacyjnie dosunął krzesło jak robią to ludzie z dobrych domów, w których konsekwentnie respektuje się dobrych manier. Nie szczędził w krokach, nie szczędził w ciszy. Harrington stojąc do niego tyłem, mógł z łatwością wyobrazić sobie każdy wykonywany przez niego ruch. To jak chłopak sięga najpierw po szklankę, na której zaciska szczupłe, ale zniszczone palce. Jak unosi pojemnik z wyprostowanym nadgarstkiem i jak opróżnia jej pozostałości. Jak późniejsze kroki kierują się w jego stronę, jak bose stopy przyklejają się do kafelek.
  Haqvin mógł poczuć ciepła dłoń na ramieniu. Była zadziwiająco lekka, ale stanowcza. Inna od dotyku kumpli, którzy z rozbawieniem klepali go po plecach.
  Palce psychola zacisnęły jego ramie gdy ten mył talerz. Ethan odłożył naczynia bez wszelkich ogródek. Zabrał dłoń i opadł swobodnie ciałem na szafkę opierając o nią łokieć i żebra. Obserwował go. Zmrużył oczy jakby ta technika miała zagwarantować mu zgłębienie wszelkich sekretów jakie w sobie chował.
  — Dopiero teraz dochodzę do wniosku, że jesteś cholernie tajemniczy. Bonnie też taki jest? — kąciki warg znów drgnęły zaczepnie, w oczach pojawiła się figlarna iskra. — Jest coś o czym powinienem wiedzieć?
  Ten nachalny, apodyktyczny wzrok — wciąż wiercił Harringtonowi dziurę w głowie.
  — Spójrz na mnie.
  Delikatnie zadziorny uśmiech nie spływał mu z twarzy. Mężczyzna ewidentnie zaczął go unikać. Nie spoglądał już na niego śmiało. To niespodziewane zachowanie Haqvina, zainteresowało Ethana — najwidoczniej na tyle by chcieć udowodnić sobie, że płatające się po głowie domysły są prawdą.
  Woda spływała po powierzchni śliskiego szkła, piana kłębiła się tuż przy spływie do momentu, gdy zbliznowaciała dłoń Ethana przekręciła kurek.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
                                         
Shay
Shay
 
 
 

GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down

— Nie. To nawet nie był przedsmak głównego powodu. — Zadziorny uśmiech ukształtował się na jego wargach po ubraniu myśli w słowa w połowie drogi do zlewu. Zerknął ku Ethanowi, ale konsekwentnie ominął rejony jego naznaczonej życiem na uwięzi twarzy. Odkręcił kurek z chłodną wodą. Opłukał w niej najpierw drżące dłoni, a dopiero po chwili ponownie uchwycił w palce talerz, wcześniej odstawiony na mebel obok. Pożałował, że w pierwszej kolejności nie zajął się patelnią. Jej szorowanie zajęłoby więcej czasu.
 Zacisnął zęby na dolnej wardze, gdy jego narząd słuchu zarejestrował szuranie krzesła po jasnych płytkach, którym była wyłożona podłoga w tym pomieszczeniu. Nie zbliżaj się, do cholery, syknął w myślach, instynktownie sięgając dłonią do kieszeni spodni. Postarał się uczynić to dyskretnie, ale w zasadzie po tym, jak palce zetknęły się z jej zawartość, odczuł ulgę. Zapalniczka. O g i e ń. Źródło jego siły, szaleństwa i pożądania. A także żywioł gwarantujący mu bezpieczeństwo. Miał go pod ręką. Zaśmiał w duchu. Uchwyciła go w swoje sidła paranoja; już wiedział jak czuła się zwierzyna złapana we wnyki. Pierwszy objaw odstawienia tych przeklętych lęków?
 Przełknął ślinę. Czuł, że się zbliża, ale nadal wytrwale opukiwał talerz z piany, która została naniesiona na jego powierzchnie przy pomocy gąbeczki chwilę wcześniej. Zacisnął mocno zęby, kiedy Ethan zatrzymał się tuż przy nimi. Poczuwszy jego lekki, ale jednocześnie zaborczy uścisk na skórze, talerz niemal wypadł mu z dłoni. Panika przed bliskością?
 Prychnął pod nosem, ale na jego szczęście ten dźwięk został skutecznie zagłuszony przez sum wody w rurach.
 — Nie słyszałeś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a w piekle jest ponoć bardzo g o r ą c o, Ethan? Pełno o g n i a, ż a r u, t ę s k n o t y i niestety też b ó l u  — rzucił, co mu silna na język przyniosła, aby ukryć zdenerwowanie, które wyłoniło się zaraz po wyczucie na karku obcego oddechu.
 Nie stanął z nim twarzą w twarz. Instynkt samozachowawczy, który w nim tkwił, ostrzegał go przedtem, a on wyjątkowo się w niego wsłuchał.
 — Spójrz na mnie.
 Gdy w jego ucho rozległ się ten nieznoszący sprzeciwu ton, przymknął powieki. Jesu, ten szczyl ot tak mu rozkazywał! Jak ci pieprzeni tak zwani specjaliści. Zażyj to. Poczujesz się lepiej. Lub gliniarze. Ręce za głowę.. Rozszarpana duma zawyła w agonii, a instynkt samozachowawczy umilkł.
 — Jesteś pewny, że chcesz wiedzieć? — Obrócił się z takim impetem, że niewiele brakowało o władowałby Ethanowi łokieć w żebro. Od tego czynu dzieliło do zaledwie kilka centymetrów i po chwili pożałował, że spudłował. — Życie usłane tajemnicami jest bardziej emocjonujące.
 Tym razem nie uciekł spojrzeniem w bok. Zerknął wprost w ślepia albinosa, ale radość, która była widoczna w uśmiechu, nie dosięgnęło szarych oczu.  Sięgnął wilgotną dłonią do jego policzka i musnął opuszkami znajdującej się tam skóry, po czym powiódł palcami po krzywiźnie szczęki.
 — Bodaj im człowiek mniej wie, tym lepiej śpij. Nie przyswoiłeś sobie tej zasady? — szept wydostał się spomiędzy wykrzywionych w uśmiechu warg, ale owy grymas zależał, na jego miejscu pojawił się inny. Ten, który gościł na jego twarzy w momencie, gdy śledził podróż ognia po ciele swojej ukochanej. Przeszło mu przez myśli, że Ethan mógłby ją zastąpić, ale czy byłby w stanie zakochać się bez pamięci w szaleńcu? Uchwycił w palce grdykę swojego rozmówcy. Drżała za każdym razem, gdy jej właściciel nabierał do ust powietrza. Nie mógł przeholować. Zwierzęta złapane w klatkę były nieobliczalne. A ludzie nie różnili się niczym od zwierząt.
 — Nie rozstaliśmy się. To ona odeszła. Razem z domem, swoim ukochanym kundlem i wszystkimi wspomnieniami. W dymie i łzach. Chcesz poznać więcej szczegółów?
 Zbliżył ku niemu swoją twarz. Czuł oddech Ethana układający się na skórze, ale tym razem nie zachował się, jak nieradzący sobie ze własnymi uczuciami gówniarz. Nadal patrzył mu prosto w oczy. Dłoń zakończyła swój kurs, zatrzymała się na zagłębieniu w szyi i tam pozostała na dłużej.
 — Jest wiele rzeczy, o których nie powinieneś wiedzieć.
 Druga dłoń zacisnęła się na ramieniu Lawrence’a, a wówczas zbadał strukturę jego dolnej wargi koniuszkiem własnego języka. Serce, której do tej pory spoczywało w piersi niemal bezruchu, zabiło mocniej, ale tym razem nie uchylił się od odpowiedzialności za swoje uczynki. Podjął inicjatywę. Kolejnych ruch należał do tego ciekawskiego gnojka.
                                         
Yury
Wieczny     Opętany
Yury
Wieczny     Opętany
 
 
 

GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down

                                         
Sponsored content
 
 
 


Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

 
Nie możesz odpowiadać w tematach