gry online



Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 14/12/2018, 07:40
„Ta blondi nazywa się Florence.”
  Florence.
  Dom tchnął odorem gnijącego drewna, starego tynku i spleśniałych tkanin. Ethan przez krótką chwilę nie potrafił dopasować jej ślicznej buźki do całego tego tła, które miał przed oczyma. Przelotnie spojrzał na kompana obserwującego rachunki. Chciał zapytać czy coś ciekawego w nich znalazł, ale darował sobie. Być może dom nie należał do niej. Może miała go dostać? W spadku? Ale coś ją przepędziło? — Coś kazało uciec jak najdalej stąd? Ale czy naprawdę powinien teraz o tym rozmyślać? Mieli mało czasu, więc jeśli powinni wykorzystać dar jaki spadł im z nieba, to najlepiej teraz -  skupiając się na konkretach.
  Stał już na pierwszym stopniu kiedy kojący głos Haqvina doleciał do jego uszu:
  „Ethan, pamiętaj, że jestem na dole, więc gdybyś poczuł się nieswojo, krzycz.”
  Przez moment zmęczona, zdezorientowana twarz albinosa wydawała się skonsternowana, ale gdy tylko miękkie dźwięki tonacji doleciały do jego uszu, wymusił na swoich wargach uśmiech. Lekki i delikatny, jak nie jego. Często uśmiechał się tak po lekach, które otumaniały  mu umysł, a oczy błądziły w niewiedzy po suficie i ścianach. Piroman wiedział jak go uspokoić i chyba to trzymało go tak silnie przy jego marnej postaci. Przy nikim wcześniej nie czuł się tak doceniany. Choć i może słowa te były objęte jadem, którego nie wyczuwał, był w stanie mu wierzyć — wierzyć, że każda czynność jaką wykonuje ma jakiś sens. Że wszystko jest już inne niż te trzy lata temu — niż kilka odległych lat. Rzadko kiedy wracał do przeszłości. Nie lubił tego. Czuł wtedy, że z dłoni wyślizguje mu się lina, na której trzyma swojego nad lotnego Ethana, który przez cały czas unosił się nad jego głową. Kiedy ten znika z zasięgu jego wzroku budzą się demony. Nie chciał spojrzeć im prosto w przekrwione ślepia.
  Sam nie wiedział skąd w nim to samozaparcie.
  — Jasne. Dzięki — opuścił łeb i parsknął, kiedy ten uderzył go w plecy. Mogło się wydawać, że to zbliżenie dodało mu otuchy, ale też wprawiło w dziwny, melancholijny stan. Kiedy podniósł wzrok szaro-niebieskie tęczówki świdrowały stojącego przed nim mężczyznę. Znów czuł przy sobie jego zapach. Nie mógł się od niego odgonić. — Sprawdzę górę. W razie czego wołam cię, supermanie — dodał tuszując rozmyślenia, które zaczęły niespodziewanie wylewać się spod jego czaszki. Kącik ust zadrżał lekko, a kiedy Haqvin zniknął z jego pola widzenia, obrócił głowę w kierunku pnących się w górę schodów. Nie wyglądały najsolidniej, a mrok jaki czekał go na górze nie zachęcał do eksploracji. Pomimo obiekcji ruszył. Wspinał się, a dźwięk zbutwiałych stopni pękał pod jego ciężarem. Czuł jak każdy drewniany panel ugina się i skrzypi nieprzyjemnie. Całą drogę na górę trzymał się balustrady; wbijał w nią poobgryzane paznokcie — jak za dziecka kiedy wołał go ojciec.
  Pietro przywitało go kilkoma pajęczynami, które odgarnął machnięciem dłoni. Przez chwilę drapał się intensywnie po zbliznowaciałych nadgarstkach mając wrażenie jak wszelkie robactwo zaczyna łazić po jego ciele. Przestał z każdym kolejnym krokiem, gubiąc się w mroku. Pomieszczenie nie było duże. Widział z tego punktu troje drzwi i zastanawiał się za którą klamkę powinien pochwycić w pierwszej kolejności.
  „Długo ci to zajęło, Ethan.”
  Skrzypnięcie podłogi zniszczyło niski, tubalny głos jego ojca. Nie wiedział czemu, ale przebiegły go dreszcze — chłodne jak lód, sięgające serca.
  „Usiądź  obok mnie.”
  Kiedy otworzył oczy uzmysłowił sobie, że zamknął je w trakcie w pokonywanej trasy. Serce tłukło mu się w piersi, ale adrenalina nadal tłumiła obawę i paranoję. Ściskał klamkę w brudnej dłoni, wręcz gniótł ją, aż białe ścięgna uwydatniły się na jego kościach. Przez moment wyglądał jakby go sparaliżowało. Pomimo wyraźnych zarysów szczęki, zarostu i przydługich włosów wyglądał jak dziecko wpatrujące się w ducha. Głos ojca w jego głowie z wolna zmieniał barwę. Coraz bardziej zaczął przypominać głos Haqvina.
  „Potrzebuję cię.”
  Przełknął głośno ślinę i odetchnął z emfazą. Klamka ugięła się pod naciskiem jego dłoni — puścił drzwi w trakcie mozolnego, długiego otwierania. Stał u progu jak widmo. Oczom ukazała mu się jasna łazienka — mała. Po jego prawej stornie, w rogu stała wanna z szeleszczącą kotarą, zawieszoną kilka centymetrów od sufitu. Na wprost usytuowana była umywalka, z boku, po prawej sedes i pralka. Ethan ruszył naprzód rozglądając się podejrzanie, jakby zza kafelek miał wyskoczyć mu potwór. To się jednak nie stało. Wbrew pozorom łazienka wyglądała na zadbaną, jakby ktoś z około roku temu zabrał się za jej remont. Nie było widać najmniejszej pleśni, a zapach jaki tu panował był o niebo lepszy niż ten, którego musieli doświadczyć na parterze.
  Zatrzymał się przy białej szafce i zaczął ją uważnie przeszukiwać. Oprócz paru tuszy do rzęs, cieni do powiek, nie znalazł w nich nic co mogło się im przydać — no chyba, że jeden z nich postanowiłby zmienić płeć, wtedy zadanie mieliby uproszczone. Dopiero w czwartej szufladzie znalazł coś co spowodowało, że źrenice zwęziły się, a błysk jaki przez moment było widać w tym kolorze znów budził do życia jego umysł. Kącik ust wygiął się odrobinę, kiedy sięgnął dłonią po maszynkę. Przyjrzał się jej uważnie. Działała na baterie, a i te były wsadzone do mechanizmu. Obrócił gwałtownie głowę za siebie chcąc krzyknąć z entuzjazmu po Haqvina, ale w ostatniej chwili się powtrzymał.
  Spojrzał na własne odbicie w zakurzonym lustrze. Albinos przejechał dłonią po zaroście i policzku. Zmęczenie w postaci worów pod oczami nakazywały sen – zaczął się nad nim coraz bardziej zastanawiać.

  Ciemność jaka pochłaniała piromana stawała się ciężka. Wydawało się, że siada na jego ramieniu jak nieprzyjemny duch, który przez cały ten czas miał go na oku. Niemal czuł oddech dmuchający mu w kark, ale mogło być to tylko zimno, które przedzierało się przez nieszczelne drzwi. Schody zaprowadziły szaleńca do piwnicy — bez oświetlenia miejsce to było ciemne jak noc i nie był w stanie zobaczyć w nim nic więcej oprócz jasnego wylotu na górę z którego niedawno wyszedł.
  Chłód wydawał się tu dotkliwszy, a zapach stęchlizny o wiele bardziej dosadny. Oprócz zapachu wilgoci mógł poczuć tu również inne zapachy. Były to perfumy pomieszane z wonią pomidorów — mocno przejrzałych. Kiedy Haqvin postanowił zrobić krok przed siebie mógł usłyszeć nad sobą dostane wołanie:
  — Hav! Musisz to zobaczyć!
  Przejęty głos Ethana miał w sobie coś niepokojącego, ale i entuzjastycznego, może właśnie ta druga nuta nie doprowadziła świra do nagłego ataku serca.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
Shay





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 14/12/2018, 16:07
Schody żałośnie skrzypiały pod ciężarem jego ciała, a przez brak balustrady miał wrażenie, że w każdej chwili może runąć w dół i połamać nogi, ręce, kark, cokolwiek, co uniemożliwi mu ucieczkę do sąsiadującego stanu. Na taki błąd nie mógł sobie pozwolić. Naparł barkiem na wilgotną, nagą ścianę, szukając w niej oparcie, ale coś mu mówiło, że powinien wrócić na górę i zapomnieć o tej cholernej piwnicy. Przyłapując się na tym, że drży mu rękę, zatrzymał się i nabrał do ust gwałtowanie powietrza. Nigdy nie należał mu się medal za odwagę. Wielokrotnie przejaw takowej traktował jak proszenie się o kłopoty, co nie zmieniało faktu, że czasem musiał sobie coś na wzór niej wykrzesać, a dzień ucieczki z psychiatryka traktował jak ostateczny test odwagi, bo wreszcie się na to odważył, nie szukając wymówek, by tego nie robić.
  — Czasem lepiej się wycofać, co nie, Hav? — mruknął pod nosem, jakby chciał się do tego zmotywować, ale z jakiegoś powodu podjęcie decyzji o odwrocie przychodziło mu z trudem, mimo iż na tę chwilę wydawała się najbardziej sensownym ze wszystkich dostępnych w głowie pomysłów, ale z drugiej strony nie po to zebrał w sobie wystarczająco dużo odwagi, by przekręcić klucz w drzwiach. Jeśli weźmie nogi za pas i ucieknie, gdzie pieprz rośnie, jak spojrzy w twarz psycholu, który zainwestował w nim wszystkie pokłady zaufania? Wykrzywił usta w grymasie. Nie przypuszczał, że w takiej sytuacji pomyśli akurat o nim. Pewnie ktoś nazwałby to odpowiedzialnością, ale w tym momencie czarnowłosy był na etapie uciekania się od tego na wszelkie sposoby i wmawiał sobie, że Ethan był tylko narzędziem do osiągnięcia celu, niczym innym. Przez okresu wielu miesięcy żył w przeświadczeniu, że rzuci go, jak jego obecność zacznie utrudniać mu ucieczkę. I wolał takie stanowisko nadal w sobie pielęgnować.
  Po czole spłynęły mu słone krople poty i podpłynęły pod powieki. Zmrużył oczy w celu pozbycia się nieprzyjemnego szczypania na skutek którego lewe z nich zaczęło łzawić. Nawet nieprzyjemny chłód nie ostudził ciepła, które zgromadziło się w jego organizmu na skutek strachu.
   — Cholera jasna, kretynie, weź się w garść! — warknął pod nosem, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. Próbował przemieścić stopę na kolejny stopień, ale noga nie chciała współpracować. Zamarła w pół kroku. Wiedział jaka była tego przyczyna, chociaż nigdy by do niej nie przyznał - sparaliżował go strach. Poza tym zapach perfum i zgniłych pomidorów napływający z dołu sprawił, że treść żołądka podeszła mu pod gardło w zestawie z zawrotami głowy. Przytkał wolną dłoń do nosa, by ograniczyć proces oddychania do zbędnego minimum.
I co teraz, palancie? Sądzisz, że zabiłeś tyle osób, że w głowie normalnej osoby to się nie mieści tylko po to, żeby zostać pokonanym przez schody? Ucięli ci jaja w tym psychiatryku, ćwoku? - usłyszał widmowy głos w swojej głowie, choć przez chwilę miał wrażenie, że ten wydobył się z mrocznych otchłani piwnicy. Przełknął ślinę, zdając sobie sprawę, że praca serca niebezpiecznie przyśpieszyła.
  — Pierdolę to. Nie zejdę tam, chociażby oferowali mi za to miliony! — warknął, podnosząc głos do niemal krzyku, chociaż ten, wychodzący z jego gardła, zabrzmiał jak bełkot. Nikt mu nie odpowiedział, a jakże! Przecież tam, do cholery, nikogo nie ma!
Zamknął dłoń w pięść, chcąc przyłożyć samemu sobie w ten paskudny ryj w ramach ocucenia, ale...
  — Hav! Musisz to zobaczyć!
  Zadrżał. W zasadzie miał wrażenie, że nie wiele brakowało, a sturlałby się na dół, tym samym uwiarygodniając wcześniejszy scenariusz, jednak w porę się opanował, z trudem poznając w tym krzyku znajomy ton głosu, który uderzył o jego czaszkę z dwojoną siłą, jak odgłos wystrzału. Dawno nie jadł się tyle strachu. Chyba ostatni raz wpakował mu go do gęby jego ojciec, który z mordem w oczach ścigał go po całej dzielnicy, by stłuc go na kwaśne jabłko.
  — Ethan, ty kutasie — syknął pod nosem. Nie wiedział, czy z ulgą potraktować to zawołania, a potem wysłać mu mordercze spojrzenie, gdy wreszcie się spotkają, czy zejść na dół i przekonać się, że strach gnieździ się tylko w jego głowie, jest wytworem chorego umysłu zatrutego przez psychotropy i czcze gadki ku pokrzepieniu jego wypełnionej piromanią duszy.
Hahaha.
  Znieruchomiał. wbijając spojrzenie w mrok. Miał wrażanie, że usłyszał śmiech, miał wrażenie, że zobaczył błysk świata, miał wrażenie, że zaraz się rozpłacze i wszystko strzeli w łeb. Logiczne myślenie podpowiadało mu, że to omany słuchowe i wzorkowe zrodzone w niezbyt zdrowej głowie, ale czy w takim napięciu mógł myśleć rozsądnie? Nie. Absolutnie. Zdrowy rozsądek wyemigrował na wakacje.
  Niech to, kurwa, wszystko chuj strzeli!
  — Już do ciebie idę! — odkrzyknął mechanicznie i zrobił tył zwrot, a potem pobiegł na górę, nie oglądając się za siebie. Jak tchórz. Skończony tchórz.
  Zatrzasnął za sobą drzwi i zamknął je na powrót na klucz, by nie kusić znajdujących się w piwnicy demonów do wyjścia im na spotkanie. Nie miał zamiaru walczyć z jakimś koszmarnymi istotami rodem z horrorów, ani udowadniać samemu sobie, że nie istnieją.
  Gdy do jego uszu doszedł zgrzyt zasuwy w zamku, dopiero wtedy uświadomił sobie, że jest roztrzęsiony. Wyjął klucz dygoczącą ręką i wepchał go do kieszeni od spodni, a potem, dysząc ciężko, pochylił się, by nabrać do płuc tchu, choć wiedział, że cenne minuty umykają mu pomiędzy palcami. W trakcie marnowania czasu na doprowadzenie się do porządku, Ethan może właśnie podcinać sobie gardło lub wieszać zmarniałe ciało na karniszu. Ta perspektywa sprawiła, ze oprzytomniał. Tłamsząc nagły atak paniki w zarodku, wybiegł do znajomego holu ku schodom. Wszedł na pierwszy z nich, myśląc  tylko o tym, by ten palant nie poddał się swojej paranoi, bo inaczej udusi go gołymi rękoma.
  — Co jest? — zapytał donośnie w trakcie pokonywania kolejnych stopni. Znajdując się nieomal na szczycie pierwszego i tym samym ostatniego piętra, nie licząc poddasza.
  Zanim jednak opuścił ostatni stopień, rozejrzał się po najbliższej okolicy, jakby w obawie, że nagle ktoś uderzy go boleśnie w twarz lub potraktuje innym agresywnym zachowaniem. Zacisnął mocniej palce na nożu i westchnął bezgłośnie. Uspokój się, durniu - warknął we własne myśl, chociaż niekoniecznie owe słowa podziałały kojąco na jego układ nerwowy, jednak przynajmniej zrozumiał, że nie może pokazać się psycholowi z Boroniom w ręku. W zasadzie uświadomiwszy sobie, że nadal dzierży w niej kuchenny nóż, owinął go w szmatę, która zabrał wcześniej z kuchni i wcisnął w jedną z kieszonek plecaka, by istnienie przedmiotu nie zostało pochwycone przez Ethana. Jeszcze brakowało tego, żeby mężczyzna pomyślał, że jedyna życząca mu dobrze osoba na tym świeice chce targnąć się na jego życie. Obawiał się, że taki sposób myślenia mógł jedynie pobudzić do życia tkwiące nim pierwiastki szaleństwa, a nie miał ochoty na zmierzenie się z nimi. Musiał najpierw uśpić własne.
  — Już jestem. Co się stało? — Stanął w progu drzwi, z których dobiegało nawoływanie towarzysza i odszukał jego sylwetkę wzrokiem, jednocześnie mając nadzieje, że nie ujrzy jej w kałuży krwi. Przez te kilka sekund serce stanęło mu w piersi i nawet nie starał się o schowanie najnowszego zalążku strachu w umysł.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
Yury





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 9/1/2019, 22:30
Kiedy tylko sylwetka Haqvina zatrzymała się w otwartych drzwiach, jego badawcze spojrzenie mogło ujrzeć Ethana nachylającego się w lekkim rozkroku nad umywalką. Trzymał coś w dłoniach, ale w momencie kiedy mężczyzna wbiegł na górę, a jego dosadne kroki uderzały o ścianę dając znać psycholowi o rychłej wizycie — odłożył mechanizm na bok. Stojąc do piromana tyłem nie czuł obawy, ona zniknęła, nie wiadomo nawet kiedy. Albinos wyprostował się, a stojący w drzwiach kompan już wtedy mógł zauważyć różnicę w jego wyglądzie — nie, niewielką — była olbrzymia i dziwnie obca.
  Ethan podrapał się po wygolonych włosach i obrócił twarzą w kierunku Haqvina. Nie wiedząc czemu w jego oczach błądzące zdezorientowanie szybko nabrało pewności. Dokładnie kiedy szaro-niebieskie tęczówki dojrzały tego, kogo dojrzeć chciały. Mówi się, że depresji nie da się wyleczyć, tak jak astmy u alergika. Haqvin był dla mężczyzny inhalatorem, który utrzymywał go przy zdrowiu kiedy był blisko.
  —  Co sądzisz? — Niewielki zalążek uśmiechu wykwitnął w prawym kąciku jego bladych warg, a oczy zaiskrzyły w tłumionej ekscytacji. Nie było w nich widać już wcześniejszego bólu, strachu i obrzydzenia, jakie dane było mu poczuć wcześniej. — Nowy image — wyjaśnił szybko. — Chyba nie przesadziłem?
  Białe kosmyki walały się nie tylko w umywalce, zalegały również pod nogami, gubiąc się w kolorycie jasnych kafelek. To co mógł dostrzec Haqvin z pewnością było obrazem na jaki nie był w pełni przygotowany. Bo jak niby reaguje przeciętny człowiek, który spotyka swojego wcześniej zapuszczonego kumpla w nowej fryzurze? Ethan miał wygolone oba boki (na długość centymetra), pozostawiając na środku przydługawe włosy — tylko one przypominały właścicielowi o ich dawnej wizualizacji. Wypadało nieco je podciąć, no chyba, że wolał zawiązać te parę kosmyków w kucyk nad swoim czołem i udawać jednorożca.
  —  Pomożesz mi to doprowadzić do ładu? — przekrzywił głowę, a potem ponownie spojrzał w lustro. Znów sprawiało wrażenie pobudzonego. Widocznie zmiany napawały go optymizmem. Nie bez powodu. Czuł się jak wąż, który może w końcu zrzucić ze swojego ciała stara skórę. Teraz kiedy obrócił się w kierunku lustra, aby przyjrzeć się nierównością swojego dzieła, nie dostrzegał w odbiciu Ethana. Teraz widział Clyde’a i ten widok mu odpowiadał. —  Nie jestem najlepszym fryzjerem, ale ej. Połowa za mną. Nie mogę doczekać się kiedy wezmę prysznic. Chyba trafiliśmy do niezłej rezydencji. Ta łazienka to  najbardziej przystepna część tego domu. Oby sypialnia wyglądała podobnie — mówił jak nakręcony, odgarniając resztki kosmyków z czoła. — Chcesz się umyć pierwszy?
Odwrócił się za siebie aby na niego spojrzeć. W całym domu nie działało światło, więc obawiał się, że jeśli doprowadzona jest tu w ogóle jakakolwiek woda, mogą być skazani na lodowaty wodospad otrzeźwienia.
  — Ej, wyglądasz jakbyś zobaczył ducha — zaśmiał się krótko — szczekliwie, na swój charakterystyczny sposób. Wyprostował się. Na jego ciele zalegały tylko luźne szpitalne spodnie. Jasna zasłona w oknie rzucała na połowę jego twarzy potworny cień. — Wszystko gra?
  Żernice Ethana zwęziły się, jakby wywęszył w nim odór przerażenia, jakiego napawał się chwile wcześniej w piwnicy. Nie mógł określić czemu Haqvin wpatruje się w niego z tym dziwnym nieokreślonym spojrzeniem. Nie potrafił go rozszyfrować.
  —  Sprawdzałeś dół? Było coś tam?
  Zaczął poruszać nerwowo palcami u rąk; zaciskać je w pięści i gniotąc. Język zwilżył dolną wargę. Był dobrym szpiegiem. Może to on powinien spróbować zdać egzaminy policyjne na szóstkę?



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
Shay





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 10/1/2019, 23:48
Stojąc na progu, zalała go fala ulgi. Jego oczom nie ukazał się mrożący krew w żyłach widok rodem z makabrycznym filmów grozy, w których to jeden z bohaterów wykrwawia się na śmierć w starciu z facetem wyposażonym w piłę mechaniczną. Ethan nie postradał rozumu. Wręcz przeciwnie - był bardziej stabilny emocjonalnie niż piroman.
  Haqvin wszedł w głąb pomieszczenia i rozejrzał się po jego wnętrzu. Beżowy kolor ścian. Podłoga wyłożona ciemną panelą. Sypialnia. Dużo łóżko. Ogromna szafa. I drzwi do łazienki. To właśnie ona padła łupem Ethana. Harrington ledwo powstrzymał śmiech, który zmarł mu w krtani na widok niemal wygolonej do zera pały psychola, a przynajmniej tak to wyglądało, gdyż, zanim mężczyzna zaprezentował mu swój nowy image, w zasięgu wzroku podpalacza znajdował się zaledwie prawy bok.
  — Wow, nieźle. Naprawdę nieźle. W życiu nie pokapowałby się, że to ty, gdybym nie znał ci taki szmat czasu. — Zdobył się na ten komplement, choć nie miał pojęcia, czy był szczery czy nie. Wobec jego nowej fryzury miał mieszane uczucia, ale pewnie dlatego, że po prostu przywykł do tych białych, nieuczesanych kudeł, ale to nie preferencje się rozchodziło, a o zmylenie funkcjonariuszy.
  Wszedł do łazienki i zmniejszył odległość dzielącą go od mężczyzny, ale nie przyglądał mu się dłużej. Jego zainteresowanie padło na lustro. Przyjrzał się swojemu odbiciu, ale żaden komentarz nie uleciał z jego ust. Nie chciał psuć szampańskiego nastroju swojego kompana, bo wyglądało na to, że nadal był w skowronkach. Bardzo dobrze. W ich przypadku nie było zbyt dużo powodów do radości, więc póki miał okazję, niech szczerzy zęby w durnym uśmiechu. Proszę bardzo.
  — Jasne. Poczekaj chwilę. — Przeczesał szuflady w poszukiwaniu nożyczek, gdyż obawiał się, że za pomocą maszynki pozbawiłby mężczyzny wszelkiego włosia z głowy, a chyba nie taki miał być efekt końcowy. — Mam. — Na jego usta wślizgnął się delikatny uśmiech, gdy odnalazł poszukiwany przedmiotu. Złapał go między palce i stanął tuż za Ethanem. Jego oddech ułożył się na skórze mężczyzny, gdy otworzył usta. — Nie ruszaj się przez chwilę. Nie chce omyłkowo upierdolić ci skóry— wymruczał mu niemalże do ucha. Stanął na palach i wziął się do dzieła. Poszło mu zadziwiająco dobrze. Jego wysiłek nie utrwał nawet dziesięciu minut. I musiał przyznać że wyszło mu nienajgorzej. — Ja też nie jestem, więc nie marudź mi tutaj. I możesz wymyć się pierwszy. Ja za ten czas ogolę mordę — podsunął, bo nie wymyślił co zrobić z włosami. W gruncie rzeczy miał ochotę zostawić je w takim stanie jakim były. Przyjrzał się im w odbiciu. Sięgały trochę poniżej linii karku. Na fotografiach policyjnych były krótkie. Musiał to przemyśleć. — Gdy już pozbędziesz się tego smrodu, prześpij się kilka godzin. Musisz naładować baterię — dodał. Przeciwieństwie do niego, uciął sobie paru godzinną drzemkę w samochodzie, więc jako tako trzymał się na nogach, ale obawiał się, że gdy tylko emocje opadną, pokłady energii Ethana wreszcie się wyczerpią.
  Zerknął w kierunku sypialni. Fala światła nowego dnia zalała ją od środka, a to oznaczało, że niedługo obywatele miasteczka powoli zaczną wybudzać się ze swojego snu. Z tego powodu lepiej pozostać w gmachu budynku aż do wieczora albo – najlepiej - późnego popołudnia. Gdy zacznie zmierzchać, muszą pomyśleć nad nowym środkiem transportu. Póki co nie wtajemniczał psychola w utkany na szybko plan. Na to przyjdzie czas. Poza tym chciał go lepiej dopracować.
  — Ducha? Daj spokój, duchy nie istnieją. Po prostu nieźle mnie wystraszyłeś, gdy ni stąd ni zowąd zacząłeś krzyczeć. Myślałem, że...podrzynasz sobie żyłynatknąłeś się na zwłoki tej ślicznotki, czy coś — odparł, ocierając palce serdeczny o szorstki zarost, który zalecił pod wpływem tego gestu. — Znalazłem trochę prowiantu. Przyda się na drogę. Poza tym, kojarzysz drzwi w pomieszczeniu, w którym natknęliśmy się na zdjęcie blondi? - Spojrzenie Haqvina się zmieniło, aczkolwiek nie pozwolił, aby strach wziął nad nim górę. Wykrzywił usta w cwanym uśmiechu. — Znalazłem klucz. — Wyjął go z kieszeni i pomachał nim przed oczyma Ethana. — Raczej nie znajdziemy tam nic interesującego, ale zawsze można przekonać się o tym na własnej skórze, co ty na to? — Mrugnął porozumiewawczo do mężczyzny, choć nie wiedział, czemu to robi. Oblał już jeden test odwagi. Na samą myśl, że miałby skonfrontować podeszwy obuwia z tamtejszym podłożem, zalewał go pot.
Nie kuś losu, mówił po każdym dokonanym przez siebie podpalaniu, ale ciągle było mu mało, ciągle chciał więcej i więcej, przez co w końcu trafił do pierdla. Najwidoczniej mechanizm trzymający w ryzach jego adrenalinę popsuł się podczas odsiadki w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Musiał przełknąć strach. I powtórzyć ten cholerny test. Może z Ethanem u boki będzie prostszy, wszak z Ethanem nawet ucieczka z psychiatryka była o wiele prostsza.
  Ujął w dłoń maszynkę i zaczął przesuwać jej ostrze po krzywiźnie szczęki. Co ma być, to będzie. Los nigdy go nie rozpieszczał. Nie raz ruchał go w dupę, więc do tego przywykł.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
Yury





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 11/1/2019, 21:16
Nim Harrington pokonał dzielące ich metry, Ethan, zacisnął palce po obu stronach czystej umywalki. Patrzał ukradkiem na równie zaniedbanego mężczyznę; wyglądał przez ramię i mierzył wzrokiem — zbyt uważnym jak na jego zbyt nieokiełznany charakter. Komentarz jaki zdołał usłyszeć z ust swojego przyjaciela napawał go dumą - nie był w stanie wyczuć wahania, które najpewniej właściciel długich włosów ledwie zdołał nie upchnąć w swoja wypowiedź.
  — Od dziecka chciałem zaszaleć. Oczywiście, nie byłem pewny jak będę wyglądać w takiej fryzurze — przeciągnął zdanie w końcu wpatrując się w lustro. Przywitały go szare podkówki pod zmęczonymi oczami. Kolejne spotkanie tego ranka. — Ojciec kategorycznie zakazywał mi modyfikacji wizerunku, ale teraz kiedy mam ku temu okazjęokazję do przerwania lin przeszłościmogę zrobić co chce, czyż nie?
  Nie dało się ukryć, że w tym jednym zdaniu pobrzmiewała nazbyt ciężka nuta, trudna do zidentyfikowania przez Haqvina, ale wyczuwalna. To podobne ciężkie powietrze, które wypełnia płuca, kiedy przez przypadek żartujemy z czyjegoś rodzica, a później okazuje się, że on nie żyje. Kłopotliwe uczucie. Piroman nie znał Ethana. Nie wiedział o nim nic poza tym, że łykał dziennie całą szufladę leków i był poddawany terapii elektrowstrząsowej — pewnego dnia personel przyszedł po niego, kiedy siedział z Haqvina na grupie ACz (anonimowych czubków, jak to wielu żartowało), a on najwyraźniej nie pałał zadowoleniem do tej jakże innowacyjnej metody (prawie odgryzł palca stażyście). Jego dane kliniczne mógł wyczytać jedynie z kart pacjenta, które były przy łóżku (Ethan Lawrence, 26 lat) i nic poza tym. Zero fragmentów z przeszłości, zero znajomych, którzy odwiedzali by go i jednocześnie nakreślili przeszłość albinosa. Pustka. Biała kartka, na której nie malował się żaden obraz. Żadna najcieńsza czarna linia.
  Ostatni raz przejechał dłonią po głowie. Wyczuł pod palcami krótkie włosy i poczuł dziwne otrzeźwienie, jakby nie dotykał siebie. Nowa fryzura miała być inna, miała zaskakiwać, miała nadać jego obliczu nowy charakter i chyba właśnie udało mu się tego dokonać. Kiedy usta  Haqvina zbliżyły się do jego ucha, ten bardzo uważnie przyglądał się piromanowi w odbiciu. Dwie twarze, równie zmęczone i słabe, a jednak tak różne. Krzywizna szczęki Harringtona była wyraźniejsza, mimo iż zakrywał ją zarost. Szczęka Ethana została ogolona całkowicie. Poza delikatnym szorstkim włosiem, jakie wybijało się spod skóry nie pozostawał po wcześniejszym imagu nawet ślad.
  — No to do dzieła — rzucił frywolnie i po mimo uśmiechu jaki uformował się na jego ustach, spiął się. Być może zareagował tak na widok nożyczek w ręku psychola, a może na bliskość jaka się między nimi wytworzyła. Kto by do tego dochodził?
  Do samego końca opierał się o umywalkę i pochylał ciało, aby Hav miał dobry wgląd z góry. Patrzał tylko jak pojedyncze kosmyki wpadają do odpływu, a kącik jego warg zadrżał ponownie.
  Finałowo Ethan przeszedł piekielna metamorfozę. Z długich, zaniedbanych, zawsze przetłuszczonych strąków odział nieco krótszą fryzurę z równo przystrzyżonymi bokami na długość paru centymetrów i dłuższym środkiem. Różnica w tych poziomach nie była radykalna jak u dresów stojących w bramach ciemną wieczorową porą, ale irokez na jaki się zdobył ( i który raczej nie miał prawa stać nawet po uniesieniu włosów kosmetykami) był po prostu schludny i wyrazisty. Nadal mógł śmiało wczesywać palce w krótkie włosy i najwidoczniej mu się to spodobało, bo nie mógł tego nie robić.
  — Wo, wyglądają świetnie — oniemiał, a usta wykrzywiły mu się podstępnie. Przez te decyzje okrągła blizna nad lewą skronią uwydatniła się — nie gubiła się już w kosmykach. Jaśniała, jakby była skarbem jakim powinien się szczycić.
  — Ta, ducha — potaknął usłyszawszy kwestię mężczyzny. Niespodziewanie obrócił się w jego kierunku i zmrużył oczy. Przez sine ślady niewyspania, nie musiał się starać aby wyglądać enigmatycznie. Lędźwie przywarł do zimnej umywalki; dłonie nadal uparcie się jej trzymały. Dłuższą chwilę po prostu patrzał się na niego z zaciekawieniem, jakby wertował wydobywające się z ust wiadomości, aż nie usłyszał słowa kluczowego. Tego, które rozjaśniało jego wzrok; błękit tęczówek wydawał się jeszcze bardziej wyrazisty. — Pamiętam drzwi — wymamrotał tylko, ale kompan wtrącił się nadal kontynuując myśl. Kiedy Ethan ujrzał klucz spojrzał na niego niemal robiąc zeza i parsknął na cały głos, szybko przysuwając dłoń do oczu i przecierając twarz. Czuł zmęczenie, ale walczył z nią za wszelką ceną. — Klucz? Gdzie go znalazłeś? Chociaż… to nie istotne. — Błekitne tęczówki zatopiły się w nieustępliwym spojrzeniu, które go inhalowało. — Możemy sprawdzić to pomieszczenie przed wyjściem. Jeśli znajdziemy coś co pomoże nam w ucieczce, bingo. Jeśli nie, nie będziemy bić się z myślami. Ty nic nie robisz z włosami?
  Niespodziewanie odgarnął parę kosmyków z czoła przyjaciela, jakby sam doszukiwał podobnej blizny na jego czole. Dotyk palców psychola był dość obcy, bo Ethan rzadko kiedy decydował się z nim na jakikolwiek kontakt cielesny. Kiedy Harrington sięgnął po maszynkę, Lawrence odsunął się mijając go i dając mu przestrzeń na tym małym gruncie. Spojrzał jak ten zabiera się do roboty, sam kierując wzrok na wannę.
  — Nadal nie wiem co z paszportami i dokumentami. Jeśli wyjedziemy poza tę dżungle, każde zakwaterowanie w hotelu będzie wymagało od nas papierów i gotówki.
  Głos Ethana niósł się po łazience mimo iż odszedł od Haqvina kilka metrów. Zaczął zsuwać szpitalne spodnie ze swoich bioder. Ich uniformy nie posiadały żadnych pasków, ani zamków, więc nie towarzyszył temu żaden charakterystyczny dźwięk.
  — Przy odrobinie szczęścia może wpadniemy na kogoś wyglądem przypominających nas samych. To byłoby rewelacyjne.
  Zaskrzypiał zawór, a uderzający odgłos wody zaskoczył go na tyle, że oniemiały zamrugał oczami.
  — Cholera. Tu naprawdę leci woda, a nie piasek — zagwizdał z uznaniem i pozbawił się ostatnich partii ubrania. Gdy był gotowy wszedł do wanny, a kiedy strumień zaczął sięgać jego stóp niemal wrzasnął na całe gardło:
  — KURWA! — Niemal poślizgnął się w wannie, ale ostkami szczęścia złapał się krawędzi wanny. — Kurwa, kurwa, Kurwa! Ta woda jest zimniejsza niż serce mojej byłej!
  Ethan zawsze przesadzał, ale w tym kontekście miał najzupełniejsza rację. Złapał za zasłonę i osłonił się przed Haqvinem, biorąc uprzednio potężny wdech:
  — Dobra. To będzie szybkie. Zasłaniam się, aby cię nie rozpraszać. Nie chce abyś zapatrując się na mnie zalał umywalkę krwią.
  Zażartował, a potem wziął się do ekstremalnie szybkiego i lodowatego prysznicu. W między czasie między głośnymi orzeźwiającymi chlupnięciami, słychać było jego zgrzytające o siebie zęby i ciche przekleństwa. Po kilku minutach woda została zakręcona i nim  odsunęła się zasłona, Ethan wyskoczył z wanny jak diabeł z pudełka (powtarzając: zimnozimnozimnozimno) i trzęsąc się pognał w stronę sypialni. Rzucił się  na łózko, nawet nie bacząc na to, że nadal jest cały mokry. Złapał za oba krańce kołdry i zakrył się nią po samą głowę. Nie mógł przestać się trząść. Miał wrażenie, że nie czuje własnych palców u stóp, ale jednego był pewien: że ta kąpiel zadziałała lepiej niż mocna kawa.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
Shay





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 13/1/2019, 20:22
Co twój ojciec miał do twojego wizerunku? — zaciekawił się, niemniej po chwili tego pożałował. Nie mógł odpędzić od siebie wrażenie, że miał i to całkiem sporo, i nie powinien poruszać tego tematu. Aby naprawić swój błąd, wygiął zęby w szerokim uśmiechu, po czym poklepał Ethan po niemal wygolonej do zera głowie. — Widzisz, harcerzyku, przy mnie możesz realizować swoje marzenia. Śmiało, ale zanim się rozkręcisz marsz pod prysznic i od łóżka. Co prawda nie oczekuj ode mnie buzi na dobranoc, ale w razie czego będę w pobliżu. Poszukam nam jakiś ciuchów. Nie możemy paradować z gołymi dupskami. To nie przystoi porządnym obywatelom.
  Prychnął. Tak naprawdę każda komórka jego ciała domagała się nikotyny. Mimo upływu czasu, nadal cierpiał z powodu jej braku. Nie dziwiło go to wcale a wcale. Pierwszego papierosa wypalił mając trzynaście lat. Ponadto udawało mu się czasem wysępić szluga od jednego z pielęgniarzy, który bał się go jak jasny gwint przez ten incydent z policjantem. W ramach za dostarczenie mu skąpej porcji nałogu obiecał mu nietykalność przy nagłych zrywach świadomości i ten głupiec mu uwierzył tylko po to, by spalić się żywcem w gmachu znienawidzonego przez siebie budynku. To właśnie mu zwinął zapalniczkę. Biedaczysko.
  Poczuł na sobie ciężar spojrzenie Ethana i przyjął jego wzywanie. Zerknął mu prosto w ślepa, kamuflując wcześniejszy strach, który zadomowił się w nim po pokonaniu kilku stopni piwnicy. Teraz, gdy nieco ochłonął, sam nie wiedział, czym się kierował. Mrokiem? Złymi wspomnieniami wyniesionymi z dziecięcych lat? Izolatką, w której spędził dwa tygodnie, zanim trafił do psychiatryka?
  Odpowiedź na te pytanie nie nadeszła, ale był niemal pewny, że jego towarzyszy, choć niezbyt łatwowierny, w końcu uwierzy mu na słowo. Haqvin nauczył się ukrywać swój lęki w najgłębszych zakamarkach umysłu i izolować się od nich. Tę wiedzę wyniósł jeszcze z domu, kiedy musiał udawać twardziela przy chorym na głowę ojcu. Jego brutalne praktyki się opłaciły, bo nawet psychiatrzy załamywali ręce nad jego praktykami, jedynym potokiem płci męskiej.
  Szach-mat, skurwysynie.
  — Nie ekscytuj się. Po prostu wisiały na gwoździu w kuchni. Pewnie gromadzili tam drewno na opał. I tego typu pierdoły. — Wzruszył ramionami. Skoro klucz był na widoku, piwnica nie mogła skrywać żadnych tajemnic. Uświadomiwszy sobie ten fakt, poczuł się lepiej. Choć... może ktoś umieścił go tam dopiero po tym, jak lokatorzy wynieśli się z budynku? Taka opcja, mimo iż niezbyt wiarygodna, miała w odczuciu piromana sens. Surowy gwóźdź niósł za sobą pewne przesłanie. Przede wszystkimi nie pasował do reszty schludnego wystroju kuchni. Rzucał się w oczy. Jakby ktoś celowo go tam przybił. Ta myśl nie dawała mu spokoju, ale póki co nie chciał dostarczać sobie ujemnych wrażeń. Cokolwiek było w piwnicy, dowiedzą się o tym dopiero wówczas, gdy do niej zejdą. Miał czas, by nastroić się na to psychicznie. — Nie wiem, czy jest sens cokolwiek z nimi robić. Na zdjęciach policyjnych figuruję w krótkich włosach, więc zostawienie ich w tym stanie wydaje mi się dobrym pomysłem. Co o tym sądzisz?
  Złapał za kilka przetłuszczonych, czarnych jak smoła kosmyków. W gruncie rzeczy nie interesowało go zdanie świra na temat swojego wyglądu, ale chciał, aby ten poczuł się ważny i miał czynny udział w podejmowaniu decyzji, więc konsultacja miała na celu podwyższanie jego samooceny. Musiał dbać o to, by nie spadła. Pielęgnować ją i łechtać jego ego.
  — Powiedzmy, że znam kogoś, kto za kupę forsy były wstanie zmajstrować nam wiarygodne papiery, ale w takim wypadku będziemy musieli skądś skombinować trochę szmalu — odparł po chwili, przypominając sobie o typie, który miał wtyki tam, gdzie trzeba, ale bez pieniędzy nie mieli nawet po co się z nim kontaktować. Był skorumpowanym do granic możliwości łajdakiem, więc bez żadnych skrupułów zadzwoniłby pod odpowiedni numer, by poinformować władzę, że jeden z czubków zakazanych na dożywocie włóczy się po jego rewirze, a raczej sam założyłby im na ręce po sztuce kajdanek. Cena za anonimowość była całkiem wygórowana, ale przynajmniej gwarantowała dyskrecje, a takowa była niezbędna w ich przypadku. — Poza tym ten facet znajduje się jakieś 150 km stąd, więc tym bardziej musimy się postarać.
  Nie przejrzał kopert tylko z powodu chęci odkrycia tożsamości blondi ze zdjęcia. Chciał przede wszystkim doinformować się, gdzie ich przywiało. I nie zawiódł się. Znal nazwę tej wiochy, mimo że takich dziur jak ona było w tym stanie mnóstwo, jednakże przez wzgląd na fuchy, które niegdyś wykonywał, bywał w tych okolicach. Nie powiedział o tym ani słowa Etanowi. Nie skomentował też jego pobożnych życzeń o spotkaniu łudząco podobnych do nich osobników. Były nierealne. Nie miały szans się ziścić.
  Przyjrzał się zgolonej części twarzy. Nawet przejechał palcami po gładkiej strukturze skóry. O dziwo była miękka w dotyku, przez co w jego oczach pojawiło się krótkotrwałe zaskoczenie, które powiększyło się po tym, jak Ethan wydał z siebie okrzyk „KURWA”. Zerknął na niego przez pryzmat lustrzanego odbicia, a z jego gardło uleciał opętańczy chichot.
  — Chcesz, żebym zszedł na zawał? — rzucił, z ledwością łapiąc do ust nową dawkę powietrza. — Wolne żarty. Serio myślisz, że twoje kościste dupsko rozproszy moją uwagę? — Zadrwił, aczkolwiek rozbawienia nadal wiodło prym w tonie jego głosu. Jeżeli Ethan potrzebował namiastki prywatności, proszę bardzo.
Haqvin skupił się na dokończeniu swojego dzieła, jednakże Clyde był szybszy. Niczym błyskawica przecinające nocne niebo.
  — Pobiłeś swój życiowy rekord — rzucił, jednakże miał świadomość, że ta subtelna złośliwość nie dotarła do uszu mężczyzny. Została zgłuszona przez głośne „zimnozimnozimno” i trzask materaca pod obcym ciężarem ciała. Tym razem zdławił sobie śmiech.
  Ogolił się i skorzystał z prysznica, uprzednio znajdując w jednej z szafek ręczniki. Przeciwieństwie do Ethana, był niewzruszony na temperaturę wody. Przywykł.  Będąc dzieckiem, często brał zimną kąpiel, bo przez wzgląd na zaległe rachunki, odcięli im dostęp do ciepłej, przez to przywykł do spartańskich warunków. Wyszorował dokładnie każdy skrawek skóry, pozbywając się z niej brudu i nieprzyjemnego smrodu.
  — Śpisz? — zapytał, wchodząc do pokoju. Wokół pasa miał owinięty ręcznik. Jego ślepia spoczęły na łóżku. Ethan tkwił na nim bezruchu. Kto by przepuszczał, że ktoś o tak niewinnym wyglądzie kilkukrotnie targnął się na swoje życie.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
Yury





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 20/1/2019, 16:16
Wsłuchując się w dźwięki opadającej do wanny wody nakrył głowę kołdrą; czuł jak wilgotne ciało zaczyna przyciągać wszelkie cząsteczki chłodu. Zadrżał; zęby odbijały się od szkliwa szczękając raz po raz. Mając nos przyciśnięty do obcej poszewki odczuwał wyraźnie jak stary zapach tkaniny drażni mu nozdrza. Łóżko nie należało do najnowszych i z pewnością nie do najwygodniejszych, ale nie był ku temu zawiedziony. Szpitalne prycze były tworzone chyba wyłącznie z myślą o karaniu pacjentów za swoją nieudolność życiową.
Co twój ojciec miał do twojego wizerunku?
 Słowa Haqvina bezustannie błądziły w jego głowie. I pomimo iż zdążył się umyć imitując na twarzy coś na wzór obojętnego uśmiechu, to teraz kolejny raz syrena w jego głowie zawyła tak głośno, że wszelkie zwoje zniszczonego mózgu i kręte korzenie nerwowe zatrząsnęły się jak podczas wielkiego trzęsienia ziemi.
 Znów go zobaczył. Kolejny raz tego dnia. Leki jakie przyjmował chroniły go przed tym rodzajem zjaw. Był bezpieczny gdy łykał piguły i popijał litrami niegazowanej wody. Kiedy to robił miał pewność, że jest w sanctum; że wszelkie demony z przeszłości upchnął za drzwiami, a ich długie i wątłe łapy nie są  wstanie prześliznąć się pod przejściem — nawet przez mała dziurkę od klucza. Ale teraz… Teraz był odsłonięty  na wszelkie zło przed jakim dotychczas uciekał, i z którym nie potrafił sobie poradzić już kilka dobrych lat.
 Obraz jaki zmaterializował się przed oczami Ethana przedstawiał długi korytarz. Gdzieś na końcu tego tunelu znajdowały się drzwi — irracjonalnie (a może idiotycznie wytłumaczalnie) jedyne w tym pomieszczeniu. Dochodziły zza nich krzyki tak głośne i cierpiętnicze, że albinos nie zorientował się nawet kiedy wczesał palce we własne włosy i zacisnął  na nich palce. Ocknął się po chwili zaskoczony ich długością. Znów zapomniał, że ukrócił je o kilka centymetrów.
 Deski zaskrzypiały w pokoju, a chłopak powoli odkrył swoją głowę kołdrą. Szaro-niebieskie spojrzenie jakie ulokowało się na postaci stojącego w progu mężczyzny nie reprezentowało najlepszej kondycji. Pomimo orzeźwiającej kąpieli spojrzenie było mętne i nieco szkliste, tak jakby chwile temu był świadkiem morderstwa, o którym zakazano mu mówić. Zasiniałe powieki opadały na jasne oczy, nie tracąc jeszcze kontaktu z rzeczywistością. Przyglądał się Haqvinowi jego wilgotnym włosom, które teraz jeszcze ciemniejsze kleiły się do skóry.
 — Faktycznie, powinieneś zostawić je w spokoju — odpowiedział niespodziewanie; niczym budzik rozdzwoniony w samym środku nocy.
 Zbliznowaciałą dłoń Ethana okrywał swoje ciało szczelniej. Głowę oparł na (o dziwo) miękkiej pierzastej poduszce.
 — I nie, nie śpię. Rozmyślam nad planem działania — wyrzęził, choć usta nie uśmiechały się. Powieki znów przykleiły się do jego gałek ocznych. Głos Ethana również uległ zmianie, nie był już energiczny jak chwilę temu. Haqvin, doświadczał tych zmian wielokrotnie, w końcu chłopak miewał zaburzenia osobowości.
 Cała ta analiza ich aktualnej sytuacji zaczynała nabierać dla niego szarych odcieni. Nie miał najmniejszego pojęcia co zrobić i co najgorsze — skąd wziąć pieniądze, aby bezpiecznie załatwić im immunitet. Dochodziły do tego wyrzuty sumienia, które utwierdził tylko kolejny przelatujący nad budynkiem helikopter. Jego śmigła huczały jak rozgrzana maszyna, której części zaczynają odskakiwać z przepracowania. Światła pojazdu oślepiły ich okna. Ethan spiął się w pościeli. Błysk jednak zniknął równie szybko co się pojawił, a dźwięk szybowca zaczynał zanikać. Chwile później stał się już tylko delikatnym brzękiem niknącym w mroku.
  „Poza tym ten facet znajduje się jakieś 150 km stąd (…)”
 Wargi Ethana wykrzywiły się w bólu, jaki mógł sugerować jedno – wszystko zaczynało się komplikować, a ekscytacja za jaką próbował się chować była tylko bańką, która zaczynała pękać — nie od razu, powoli. Jej mgliste ściany oblewały świat albinosa czernią i bielą. Był pewny, że nie jest już w stanie dojrzeć żadnych perspektyw. Nie teraz.
 Lawrence odsunął od mężczyzny wzrok i obrócił się do niego tyłem, twarzą prosto w ścianę. Zrobił to bez słowa, czując wciąż przebiegające dreszcze na przedramionach, które za wszelką cenę próbować wydrapać ze swojej skóry.
 — Sądzisz, że w ogóle się nam uda?
 Jego spaczony zmęczeniem głos odbił się od zamkniętych czterech ścian. Umysł Ethana był pusty jak pudełko po zjedzonych czekoladkach.
 — Sadzisz, że nas nie znajdą, tak? Powiedz to.
Pretensjonalny ton głosu jaki zdawał się przywrzeć, różnił się od tego jakim pałał jeszcze chwile temu.
 — Jesteśmy skończeni, Hav. Zabiliśmy ludzi. Dziesiątki ludzi, jak nie setkę. Oni umarli, abyśmy my mogli uciec. Nad ranem cała wioska dowie się co zrobiliśmy, a jeśli ktoś nas widział? Co wtedy? Zakładamy tylko optymistyczne rozwiązania, a co jeśli ktoś słyszał jak przeskakujemy ogrodzenie?  Co jeśli znajda samochód? Kurwa — jęknął niemal wzdychając z emfazą. — Kurwa, a jeśli znajdą ślady opon.
 Leśna droga podczas ulewy jaka podążali była grząska. Ktoś z pewnością odkryje, że samochód odjechał w momencie pożaru. Sylwetka Ethana była nieruchoma, ale drżał, w dziwnych spazmatycznych odruchach, które za żadną cenę nie był w stanie okiełznać. Drżące dłonie przesunęły się z ramion prosto na kark wbijając paznokcie w szyje.
 — Zabiliśmy ich, do cholery. Zabiliśmy.
 Kodeks moralny Lawrence’a z pewnością różnił się od kodeksu ciemnowłosego. Psychika Ethana była zaburzona — przeszłością, z która nie był w stanie sobie poradzić, i z która nie dzielił się z nikim. Nawet z psychiatrami. To dlaczego znalazł się tam gdzie się znalazł było uwarunkowane innym zdarzeniem, o którym jednak nigdy nie mówiło się głośno — z jednego dziwnego powodu.
 Krew wypłynęła delikatnie spod skóry na karku, w którą nadal intensywnie wbijał paznokcie.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
Shay





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 21/1/2019, 14:36
Nie śpię. Rozmyślam nad planem działania.
  Wcześniejszy entuzjazm pobrzmiewający w głosie Lawrence’a zniknął bez śladu. I Harrington wiedział co to oznacza, wszak najprawdopodobniej znał go lepiej, niż ktokolwiek inny. Zaburzenia osobowości pod wpływem stresu w jego przypadku nasilały się. Miał to na uwadze, gdy przedstawił mu plan ucieczki w pewną chłodną noc, gdy ten, przykuty do łóżka, miał wyjątkowo jasny umysł, gdyż wyjątkowo nie podano mu tych wszystkich kolorowych tabletek zatruwających umysł.
  Zanim zabrał głos, przyjrzał mu się uważnie. Musiał uważać na słowa, czyny. Stąpał po cienkim lodzie, który w każdej chwili mógł podłamać się pod ciężarem jego ciała. Zachowanie ostrożności było najważniejszym czynnikiem w kontakcie z tym człowiekiem, ale jak - do cholery! - miał ją z siebie wykrzesać, skoro nigdy nie słynął ze subtelności?
  Wdech, wydech.
  Nie ugiął się pod naporem tych wszystkich pytań. Był świadom konsekwencji i wiedział, że takowe końcu przeniknął do myśli Ethana. Powieki opadły po na kilka sekund, podczas których odliczył do dziesięciu.
  — Pomyśl, Ethan.
  Przysiadł na łóżku, by znaleźć się jak najbliżej niego. Nie krzyknął zamknij się, choć miał na to ochotę. Nie dał mu w pysk, choć nosiło, by to uczynić od chwili, kiedy świr pojął sytuacje i ogrom zbrodni, jakiej się dopuścili. Nie zrobił tego, bo wiedział, że to nie pomoże, dokręci śrubkę mechanizmu, który dopuścił do głosu paranoję. Zamiast tego, wykazał się delikatnością, udawanym zrozumieniem. Przysunął się do niego bliżej i ujął w palce chudy nadgarstek dłoni wyposażonej w dociskające się do skóry paznokcie.
  — Co ty wygadujesz? Jak w ogóle możesz wątpić w słuszność naszej ucieczki?
  Palce drugiej ręki zetknęły się z bladym policzkiem albinosa. Czując pod opuszkami jej delikatną strukturę, na jego ustach pojawił się delikatny zarys uśmiechu. Uchwycił spojrzeniem szarość jego oczu.
  — Przypomnij sobie, Ethan, jak faszerowali cię prochami, gdy nie mogli dać ci rady. Jak kazali ci łykać to świństwo. Powiedz mi, ile razy igła  wbiła się w twoją skórę? Ile razy aplikowali ci środek uspokajający? Ile razy wiązali grubymi pasami do łóżka, podczas gdy ty krzyczałeś wniebogłosy by dali ci spokój?
  Przesunął spojrzeniem po jego nagim ciele, zatrzymując go na wysokości ramienia. Powierzchnia takowego była pokryta śladami po zastrzykach i bliznach po samookaleczeniu. Przybliżył usta do jednego z tych miejsc i połaskotał  jego skórę ciepłym oddechem. Jak matka, który podmuchem chciała załagodzić cierpienie syna.
 —  Ethan, posłuchaj.
  Dłoń sunęła się z jego policzka, zjechała po krzywiźnie szczęki, obojczyku i zatrzymała się w miejscu, gdzie  nad piersią Ethana biło serce.
 — Byliśmy skończeni w chwili, kiedy przekroczyliśmy próg zakładu dla czubków, więc jakimi kurwa prawem jest ci ich żal?
 Zgarnął placem krople krwi, które wyciekły spod jego rany.
  — Tak. Zabiliśmy ich, ale jakie to ma znacznie?
  Przysunął się do niego bliżej. Poczuł na swojej szyi ciepły oddech towarzysza, jednakże to mu nie przeszkadzało, by niemal zetknąć swój nos z jego nosem, niemal ocierając wargi o jego wargi.  
  — Przypomnij sobie, Ethan, co tam przeżyliśmy. — Ujął w palce jego dłoń, brudząc je posoką. — Umieraliśmy kawałek po kawałku. Sprawili, że zapominaliśmy kim jesteśmy i jak się nazywamy, robili nam wodę z mózgów, eksperymentowali i Bóg jeden wiec co jeszcze.
 Westchnął cicho w celu ukazaniu mu jaki ciężar został nałożony na ich barki. Co prawda nie wiedział, czy faktycznie w tym zamkniętym ośrodku dokonywano eksperymentów na pacjentach, ale każdy argument był dobry, by przekonać Ethana do słuszności ich ucieczki, zanim ten pozdradza zmysły, katując się samobójczymi myślami. Musiał uśpić jego wyrzutu sumienia. Przekonać go, że nie mieli wyjścia, że cel uświęca środki.  
 — Naprawdę wolałbyś zgnić w tamtym miejscu? Spędzić tam resztę życia? — Objął go delikatnie, choć nie był pewny, jakiej spodziewać się reakcji. — Jak myślisz, ile byśmy tam jeszcze pożyli? — wyszeptał mu cicho w ucho. — Obstawiam, że rok, pół roku, może dwa lata, ale to wszystko, Ethan. Prędzej czy później uśpiliby nas tym samym środkiem, którym usypiają psy. — Zwolnił uścisk, po czym znowu złapał z nim kontakt wzrokowy. — Chciałbyś skończyć jak zapchlony kundel? Zasługujesz na coś lepszego.
 Wykrzywił wargi w półuśmiechu. Motywująca, czcza gadka ku podniesienia samooceny. Nie wiedział, czy przyniesie zmierzony rezultat. Oby.
  Otarł wierzchem kolejne krople krwi napływające z rozcięcia, aczkolwiek nie powiedział mu „przestań”, ani nie odwiódł go od tego czynu przy użyciu przemocy. Tak postępowali tak zwani „specjaliści”, a on nie był jednym z nich.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
Yury





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Powrót do góry