Go down


It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on Pon Wrz 17, 2018 10:59 pm
Yuuuhu. — Zimne, chłodne powietrze przeszył przepełniony entuzjazmem krzyk, który został stłumiony przez ryk skradzionego chevroleta. Żwir szeleścił pod startymi kołami, a z rury wydechowej uleciało kłębowisko szarego, śmierdzącego dymu, kiedy pojazd z piskiem opon skręcił w prawo i znalazł się na pokrytej asfaltem opustoszałej drodze.
  Szare oczy wpatrywały się jak zahipnotyzowane w malejącą coraz bardziej scenerie; tliły się w nich szaleńcze ogniki podsycone przez widok stojących w płomieniach murów. Na ustach ich właściciela ułożył się zalążek uśmiechu. Harrington, bo właśnie takie nosił nazwisko, zadrżał z podniecania, gdyż oto do uszu doleciały pierwsze krzyki, brzmiące jak skowyt zranionych zwierząt. Patrząc jak języki ognia zlizują ze ścian tynk, nie mógł powstrzymać przed od wyeksponowania pakietu krzywych, pożółkłych od tytoniu zębów. Żałował, że nie ukradł jednemu ze strażników paczki papierosów, ale nie było już na to czasu.
  — Coś wspaniałego — wymamrotał pod nosem z czerwonymi wypiekami na twarzy, kiwając w ramach aprobaty głową. — Spójrz. Tylko spójrz. — Szturchnął swojego partnera zbrodni w ramię, wbijając spojrzenie w przestrzeń przed sobą.
  Nie wierzył. Nadal trudno było mu uwierzyć, że ten szpital płonął. Ten pierdolony szpital dla czubków konał na jego oczach. Nie mógł oderwać wzroku od tego widoku. Swąd dymy dolatywał do jego nozdrzy, ale wcale nie sprawiał, że chciało mu się kaszleć. Zaciągał się nim raz po raz, a uśmiech na poharatanych wargach pogłębiał się coraz bardziej. Po chwili wydobył się z gardła szaleńczy chichot, który na przestrzeni kilka kolejnych sekund przekształcił się w obłąkańczy śmiech. Zrobili to. Naprawdę TO zrobili. To, co jeszcze o poranku było zaledwie mrzonką, teraz przemieniło się w rzeczywistość i skradło mu serce. Czuł jak owy organ obija się boleśnie o żebra i sprawia, że dygocze na całym ciele. I nie może uwierzyć w swoje szczęście. Plan o ucieczce z ośrodka dla obłąkanych nie był strategicznym dziełem sztuki. Przede wszystkim on, ani jego pokaszlujący na siedzeniu kierowcy towarzyszy nie znali na pamięć rozkładu wszystkich pomieszczeń, bo obaj kiblowali na oddziale zamkniętym, pozbawieni perspektyw i widoku na słońce, nafaszerowani prochami, które w znacznym stopniu utrudniały kontakt z otaczającym ich zewsząd światem. Haqvin był świecie przekonany, że przed przekroczeniem progu tego popranego budynku nie był psychicznie chory. Takowe skażenie przyszło długo po tym, jak w sądzie zapadł wyrok i został umieszczony najpierw na oddziale otwartym, a następnie w izolacje, by  wreszcie skończyć w tak zwanym pokoju bez klamek. Poważni panowie w białych, dających po oczach lekarskich uniformach  i lateksowych rękawiczek wmówili mu, że jest (psycholem), a potem kazali łykać tabletki. Najbardziej nie lubił tych białych, podłużnych. Ledwo mieściły się w gardle i z trudem je przełykał, nawet jeśli zawsze dawano mu do dyspozycji szklankę wody. Były gorzkie i na długo pozostawiły nieprzyjemny posmak w ustach, ale dopiero, kiedy miażdżył ją w zębach, stawały się tak naprawdę nie do zniesienia; wtedy miał wrażenie, że przełknął dwa kilogramy cytryny za jednym zamachem, a jakaś część z nich utkwiła mu w przełyku i nie chciała ulecieć do żołądka.  Wrażenie te nie znikało nawet wtedy, kiedy wypluwał łupiny narkotyku na wypolerowaną do białości posadzkę, by zademonstrować swój stosunek do ich działania, wszak zdawał sobie sprawę, że otępiały jego umysł i czyniły go kimś, kim nie był. Uśmiercały jego osobowość, wolę do walki. Ogłupiały. Co z tego, że wówczas najczęściej dostawał w żyłę środek uspokajały i natychmiast zasypiał, bezbronny jak dziecko. Budząc się przynajmniej nie tracił świadomość i wiedział, jak się nazywa. I ile ma lat, i dzięki tych informacji nie zatracił się. Nie zmienił się kłębek, kwikający się w to w przód to w tył nerwów, gapiący się w jednej punkt na ścianie, chociaż niewątpliwie do takiej jego wewnętrznej przemiany dążyli pracownicy szpitala. Nie miał co ku temu żadnych złudzeń.
  Odwinął rękaw bluzy, odsłaniając skrawek skóry, na którym widniał zdeformowany przez dziesiątki igieł tatuaż. Przyjrzał mu się, ale jego uwaga została szybko rozproszona, gdy w tle rozległ się jazgot. Skierował swoje spojrzenie na płonącą, wniesioną w ubiegłym wieku budowle. Nawet nie przypuszczał, że znajdowali się na takim wygwizdowie z dala od cywilizacji. Nawet ciężko było mu określić położenie tego miejsca. Jego lokalizacja była skrzętnie ukrywana i praktycznie nie wykrywalne przez radary satelity. Ponoć znajdowała się tutaj niegdyś baza wojskowa, ale wreszcie przestała być przydatna. Została przebudowana, a teraz, mimo chłodnej, jesiennej nocy, grzała się w żarze i marniała. Poczuł jak fala ciepła zbiera się w podbrzuszu, a wraz z nią pojawia się ciasnota w spodniach.  Przetarł z kąciku ust wiązkę śliny, brudząc skórę krwią, którą przesiąkły jego palce. Nadal wyczuwał pod opuszkami twardą strukturę więziennych krat. Ich znamię wyryło się na jego dłoniach w formie odcisków i mimowolnie przejechał zębami po szczerbionych płytkach paznokci. Miał tendencje do obgryzana ich w chwili, gdy towarzyszyły mu silne emocje, a potem wycofał je i znów zawył, lądując wreszcie na przednim siedzeniu pasażera.
  Zakleszczył dłoń na ramieniu kierowcy,  który pędził skradzionym wozem po jezdni jak na złamanie karku, by dać mu do zrozumienia, nie musiał się śpieszyć. Wcale nie musiał się śpieszyć. Mieli potwornie dużo czasu, a on chciał się nacieszyć widokiem wznoszącego się w niebo dymu.
  — Kurwa, nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę w to uwierzyć — powtarzał raz za razem, a w głosie tliło się coraz mniejsze podniecenie. Wreszcie przestał poczesać swoim kolegą z oddziału i zainteresował się tym, co mieściło się w schowku, aby zająć czymś ręce. Prawda zerkała w zakamarki jego nafaszerowanego narkotykami umysłu i dochodziła do niego okrężnymi drogami, powoli, bardzo powoli. Była trochę jak zagubiony, pozbawiony matki szczeniak w obcym domu. Adrenalina, którą czuł, gdy ukradł zapalniczkę jednemu z pielęgniarzy (włożył dłoń do kieszeni, by upewnić się, że ta mała, śmiercionośna zabaweczka bezpiecznie leżała na jej dnia), poczęła stopniowo opadać, a na jej miejscu pojawiło się zmęczenie. Nie znajdując nic ciekawego w skrytce, rozłożył się wygodnie na fotelu pasażera, przez chwilę się wiercąc, by odnaleźć najbardziej dogodną do drzemki pozycję. Ułożył dłonie pod głowę w charakterze poduszki i kątem oka obserwował ekspresje twarzy swojego kompana. Jeśli po kuli ziemskiej chodził ktoś bardziej szalony niż Haqvin Harrington, to niewątpliwie był nim właśnie ten z pozoru niewinnie prezentujący się typ, który w milczeniu wypatrywał drogi. W zasadzie dwudziestosiedmiolatek nie miał wątpliwości, że mógł zostać przez niego zaduszony gołymi rękami podczas trwania snu, ale i tak postanowił zaryzykować. Jednak, zanim takowy nadszedł, pomyślał o tym, że przydałyby się im lewe papiery. Dopóki ośrodek płonął, a wraz z nim również personel i pacjencie, dopóty mogli czuć się bezpiecznie, ale to tylko kwestia czasu, kiedy ugaszą pożar i zaczną wydobywać spod gruzów zwęglone, trudne do rozpoznania zwłoki. Zgadywał, że potrwa to od dwóch tygodni, a nawet miesiąca. Wszystko było zależne od tego, ile zainwestują w to środków, ale jeśli zorientują się, że w liczbie ciał są braki, dołożą wszelkich starań, by przyśpieszyć ten proces i jak najszybciej odnaleźć wyjętych spod sprawa szaleńców.
  Zlizał z ust posmak wolności i przymknął powieki. Wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tu i teraz. Pierwszy raz w życiu jego dewizją życiową stało się te przereklamowane carpe diem.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on Pią Wrz 28, 2018 3:35 pm
Burzowe chmury nadciągały od zachodu całą smolistą gromadą; ogromne łódeczkowate okręty, czarne od spodu, w środku sinofioletowe, wydawały się płynąć w ich stronę jak podsycone pewną obawą — nie bez powodu. Wielkie, sękate płomienie trzaskały, trawiąc mury i szyby, a w ich świetle te ospałe kłęby wyglądały jak mózgi pełne złych myśli. Cały zielony krajobraz stracił barwę, zmartwiał. Otaczający ośrodek busz sprawiał w ciemnościach nocy ciernisty mur, nie do zburzenia; zatrzymywał na sobie nie tylko koszmarnie, jaśniejące płomienie; zatrzymywał również jęki i krzyki pacjentów i personelu, które mogli słyszeć aż tutaj — dwa kilometry od głównej bramy. Księżyc tej makabrycznej nocy był tylko srebrnym punktem, który strzelał i gasnął za kolejnymi, osłaniającymi go kłębami dymu, ale nikt nawet nie zwracał na niego uwagi. Włączone reflektory przeczesywały żwirową nadwichnie; piasek grzęznął pod kołami i skrzypiał o karoserie, kiedy pojedyncze drobinki przy zawrotnej prędkości uskakiwały na prymitywne pobocze. Nie musieli się spieszyć. Nie musieli.
  — […] Sąd zadecydował tymczasowy areszt dla dwóch mężczyzn, którzy próbowali przemycić ponad pięć kilo kokainy. Podchodząc do odprawy zostali poproszeni—
  Pstryk.
  — […] Wszystkim kierowcom, w tę piękną, ciepłą noc, dedykujemy My Heart is—
  Prstyk.
  Radio zaczęło ryczeć od zakłóceń, przebijających się wraz z ciężkim brzmień metalowej kapeli z następnej stacji. Wydawać się mogło, że skupiona twarz kierowcy nie drgnęła, ale w cieniu rzucanych na jego oblicze liści i gałęzi zbutwiałego buszu, można było dostrzec napięcie w obrębie prawej brwi. Położona na jego ramieniu ręka kompana tylko podkreśliła ten drobny aspekt, ale i też pozwoliła oderwać wzrok od monotonnej drogi, która ciągnęła cię wzdłuż wysłużonej zieleni.
  — Ja też — odparł tępo, jakby euforia nadal nie potrafiła zakodować się w jego głowie. Ręce mu drżały, pomimo iż knykcie zbielały od kurczowego trzymania kierownicy. Usta zadrgały w mroku, a delikatny, tłumiony uśmiech, w końcu ukazał swój nieprzewidywalny, nieco obłąkany wizerunek.
  Kierujący pojazdem faktycznie wyglądał niewinnie. W Haqvina wpatrywała się zmizerniała, jasna cera z wieloma zadrapaniami na policzkach otulona, krótkimi, jasnymi pasmami włosów — tak śnieżnobiałymi, że w mroku wydawały się być punktem kontrolnym. W szaro-niebieskich oczach migotał mu lekko maniakalny błysk… może wcale nie tak lekko. Pomimo swojej bazowej, niczym niewyróżniającej się barwy, kryły czyhające się szaleństwo, które domagało się ujawnienia.
  — Jesteś pierdolonym, sukinsynem — skomentował, siląc się jedynie na ten krótki komplement i spoglądnął z powrotem na drogę — ta wcale nie zmieniła swojego charakteru. — Mówiąc, że masz plan nie sądziłem, że mówisz o jebitnym ognisku dla gigantów.
  Jasnowłosy na ułamek sekundy, znów spoglądnął na kompana, przesuwając wzrokiem po wytatuowanych dłoniach, które ten ułożył pod głową oraz po jego twarzy, która w tym obliczu jaśniejącej poświaty przypominała obraz wszelkiego zła i szaleństwa. Przez moment wydawało mu się, że zauważa rosnące w nim podniecenie, które rozsadza go i nie potrafi opuścić, doskonale zdając sobie sprawę, że zna to uczucie nad wyraz dobrze. Na chwilę zapadła cisza; obaj zapatrzyli się na rozległy  widnokrąg ognia. Ethan nie zdawał sobie sprawy z ich aktualnego położenia, ale był święcie przekonany, że starzy albo chorzy ludzie chętne przyjeżdżaliby tu tylko po to aby móc nadziwić się tajemniczością tego miejsca. Przyjeżdżaliby — to już całkiem szeroki termin. To miejsce już przepadło. Miał dwadzieścia sześć lat, przecherę wygodnie ułożoną w umyśle i nie tylko ją. Czy kiedykolwiek pomyślał, że sprawy zabrną tak daleko? Odpowiedziałby po chwili namysłu, że owszem.
  Od osiemnastego roku życia zaczął zmierzać się z wrogiem, który po stracie przyjaciela, przybrał podobiznę wielkiej, okrutnej chmury depresji. Myśli samobójcze popychały go w kierunku krawędzi, nad którą nieraz stał i wpatrywał się w otchłań. Wydawało się, że już wiele razy dotykał piekła, za każdym razem brakowało jednak jednego kroku; malutkiego kroku, który przechyli ciało, tak, że ten potknie się i po prostu do niego wpadnie, topiąc się i dławiąc smolistą mazią obrzydlistwa. Blizny, którymi mogło pochwalić się jego ciało były niczym mapa skarbów z zakreślonymi śladami prowadzącymi do świętego Graala. Odchylone rękawy szpitalnego uniformu, były teraz podwinięte aż po same łokcie, ukazując ślady ciętych blizn na całej długości jego przedramienia. Myślał, że noc którą pędził na złamanie karku osłoni jego przeszłość, ale czy właśnie teraz nie byli przed sobą najbardziej odkryci? Może o to właśnie chodziło w tej ucieczce — o poddanie się swojemu szaleństwu; o nie uciszaniu przechery szepczącej do ucha — ale zaufaniu jej. W końcu tyle lat nie opuszczała nawet na krok.
  Brnąć w mroku ostatni raz spoglądnął w wsteczne lusterko, obiecując sobie w duchu, że już nigdy tego nie zrobi. Płonąca budowla, powoli znikała za zaroślami. Teraz dostrzegał już tylko poblask dawnego, czekającego go więzienia.

  Z początku wcale nie zwracał uwagę na piromana, koncentrował się bowiem całkowicie na prowadzeniu samochodu, bo coś podświadomie mówiło mu, że tym razem zabraknie im szczęścia i będą mieć wypadek. Widok zrelaksowanego Haqvina, powodował, że powieki sennie opadały mu na tęczówki. Zbudzał się z letargu, krótkimi uderzeniami w twarz, mrugając przy tym niewiarygodnie trzeźwo. W radiu przeleciał właśnie kawałek Rise kapeli Red Shark. Niezły utwór z jeszcze lepszym tekstem. Pamiętał ten moment jak dziś; jak cały świat zastygł w oczekiwaniu na tę ucieczkę. Jakby mu się to tylko śniło; to że ma przy swoim boku śpiącego psychola i pędzi skradzionym, czerwonym mercedesem. Przez cały czas miał wrażenie , że za chwilę zbudzi się ze snu — w szpitalnym łóżku, pogrążony antydepresantami, ze wściekłym bólem w mózgu i zacznie krzyczeć o morfinę. Kolejną tego ranka.
  Ethan zatrzymał wóz na poboczu i wyłączył silnik. Pierwsze krople deszczu uderzyły o przednią szybę. Wyglądało na to, że niebawem rozpada się na dobre. Wskaźnik poziomu paliwa niebezpiecznie sugerował czerwony symbol ‘empty’.
  Podrapał się po bliźnie na czole i spróbował się rozpiąć, szybko orientując się, że wcale nie pokwapił się o zapięcie. Otaczający go krajobraz niewiele mu mówił o ich położeniu, ale krótkie krzewy jakie porastały pobocze, odsłaniały dachy płaskich budynków — znajdowały się one kawałek od nich. Może z dwa, trzy kilometry.
  — Wstawaj.
  Chłopak obrócił się, przechylając odrobinę w kierunku świra. Szturchnął go ręką, czujnym spojrzeniem oczekując reakcji. W samochodzie panowała ciemność. Radio przestało grać. Jedynie dźwięk ich oddechów i dudniący deszcz.
  — Chcesz iść na zakupy? Może do Gucci? Potrzebne ci bokserki? A może nowy T-shirt? Uwaga. Masz okazję.
  Nie mógł powstrzymać się od cisnącego na usta uśmiechu — w tym wydaniu mrok osłaniał mu spojrzenie. Jedyna charakterystyczna rzecz, jaka mogła rzucić się Haqvinowi w oczy był kolorowy tatuaż na jego krtani. Przestawiał on skrzydła  egzotycznego ptaka, które łączyły się na odstającym jabłku Adama.
  Niewiele czekając, Ethan odsunął się opadając na siedzenie i zaczął rozpinać guziki swojej szpitalnej koszuli. Nie patrzał już na partnera. Będąc w połowie przerwał ciszę:
  — Wielka ucieczka z Alabamy — zacytował i parsknął. — W tych ciuchach nie przejdziemy nawet metra. Trzeba przeszukać wóz.
  Czuł, że miał rację.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on Wto Paź 02, 2018 1:32 am
Siekający deszcz o szyby nie odegnał od niego senności, a nawet wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej ją zmógł. Zaciągnął się powietrzem, chociaż miał taką (kurewską) ochotę by zapalić coś mocniejszego od zwykłego papierosa, ale w tym momencie ani on, ani ten chory na głowę pojeb piastujący stanowisko kierowcy nie posiadali nic, co byłoby w stanie zaspokoić tą zachciankę. Pozostało złapać się nadziei, że kiedyś coś takiego wpadnie mu do ręki, zanim wylądują na jednym stołku elektrycznym, bo niewątpliwie tak potoczą się ich losy, jeśli policja ich przechytrzy.
  — Ależ dziękuję, chory na głowę pojebie, ale gdybyś jej czasem używał, to szybko ogarnąłbyś moje intencje — sarknął, gdy w ruch poszedł komplement. Owszem, nie powiedział mu, jaki właściwie ma plan, ale, kiedy w ruch poszły zapałki i dobre chęci, w głębi duszy obaj wiedzieli jak to się potoczy. Nie kryl tego, że był piromanem i spalił żywcem więcej ludzi, niżeli miał palców w obu dłoniach (chociaż jedna z nich borykała się z brakiem najmniejszego z nich). Ethan trafił do ośrodka mniej więcej pól roku po tym, jak umieszczono w nim Harringtona, a więc ten pierwszy na pewno słyszał o jego zasługach dla społeczeństwa, a ostatnią jego ofiarą był szpital. Dziesiątki pacjentów spłonęło żywcem, a on z szelmowskim uśmiechem i w łzach toczących się z oczu, oświadczył w sądzie, że wyplenił zarazę ze społeczeństwa, a przez to zasłużył na podziw i szacunek , co zaowocowało dożywociem w zakładzie karnym z zaostrzonym rygorem i bez perspektyw na wolność w jakiejkolwiek jej wymiarze. Do czasu, aż pozyskał tytuł niebezpiecznego po tym, jak jednemu ze strażników rzucił za mundur rozpaloną zapałkę i rozkoszą przyglądał się jak tkanina płonie w akompaniamencie przerażonego krzyku.
  Sięgnął palcami do nosa. Był lekko zakrzywiony. Pamiątka po tamtym incydencie. Nie został poprawnie nastawiony, gdy dostał z pięści w ryj od strażnika, który nie mógł poradzić sobie z tym, że jego serdeczny kolega nabawił się oparzeń trzeciego stopnia – i to on, Haqvin Harrington, trafił do czubków. Dobre sobie, ale… Życie. Takie było życie. Wtedy je kochał. I teraz pomyślał, że też może je pokochać dopóty, dopóki nie musiał się przed nikim uzewnętrzniać i łykać tabletek źle wpływających na jego postrzeganie rzeczywistości.
  Wysłał Ethanowi ostanie spojrzenie, zanim postanowił wreszcie udać się w objęcia Morfeusza. Pod pewnym względem ten typ go wkurwiał, gdyż nie potrafił go za żadne skarby rozgryźć. Nabiegłe krwią oczy i pozbawiona jakiekolwiek wyrazu gęba nie zdradzała żadnych - czy to zbędnych, czy jakikolwiek - emocji. Chciałbym widzieć, jak płoniesz, sukinsynu, pomyślał refleksyjnie, ale na razie nie mógł sobie pozwolić na taki czyn. Potrzebował tego sadystycznego gnoja. Potrzebowali się nawzajem. To, co ich różniło, jednocześnie dopełniało, sprawiało, że razem byli kompletni i nie raz, ani nie dwa przekonał się o tym na własnej skórze. Działali jak jeden, wielki organizm. I na tym etapie ich ucieczki nie wyobrażał sobie, że mogliby się rozdzielić, że mogłoby tego świra zabraknąć. Z tą myślą zasnął, a kiedy to zrobili, całkowicie odpłynął. Zapomniał, gdzie jest i, że ten cały cyrk z ucieczką już się zaczął. Co prawda ona sama w sobie nie była planowana, chociaż niewątpliwie i on, i Ethan marzyli o niej skrycie przez dziesięć, wlekących się jak wyrok śmierci miesięcy, a podczas długich, zimowych wieczorów knuli plan idealny, ale ostateczna decyzja została podjęta spontanicznie. Ot, nagły przypływ weny sprowokowany przez impuls i splot korzystnych dla nich wydarzeń zrobił swoje, a adrenalina popchnęła ich do działania i sprawiła, że teraz... teraz w zasadzie musieli nie dać się złapać, a to nie było aż takie proste, jak się wydawało.
  Jednak, zanim rzeczywistość uderzyła go twarz, obrócił się i przykleił twarz do szyby samochodu, ale mimo jej niezbyt wysokiej temperatury, nie przebudził się. Spał dalej, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Po szwedzku. Wspominał piękne czasy, kiedy to bez skrupułów podlał swoją narzeczoną benzyną i w akompaniamencie jej krzyków patrzył jak płonie. Och, długo żałował, że nie wyciągnął wówczas z kieszeni telefonu i nie zrobił jej podczas ówże płomiennego aktu pełną seksapilu fotkę. Wyglądała pięknie. Jak feniks otoczony płomieniami, ale w przeciwieństwie do tego mitycznego ptaka, nie odrodziła się z popiołu. O jej pogrzebie słyszał w radiu i czytał w gazecie. Przyjmujący widok urny sprawił, że chichotał pod nosem jak opętany, jak wariat pozbawiony piątej klepki. Miała ojca psa, więc zrobił się z tego niezły bajzel. Postanowił na nogi kilka komend policji i a wszelką cenę chciał dopaść sprawce. Nie miał wątpliwości kim takowy był, gdyż nigdy nie był przychylnych ich związkowi. Wiedział o Harringtonie wszystko to, co udało mu się wyczytać z akt. Był parokrotnie notowany za drobne przestępstwa, co w jego oczach skreślało go z listy kandydatów na zięcia i nigdy nie mógł pojąć, co jego ukochana córeczka wiedziała w tym „typie spod ciemnej gwiazdy”. Nie docierało do niego to, że po prostu leciała na zbirów, bo miała dość jego radykalnego podejścia do życia i mani sprawdzenia wszystkich pod kątem problemów z prawem. Głupi kutas, naprawdę... Zrobił jej pranie mózgu i jeszcze miał pretensje. Haqvin był pod wrażeniem jego braku wyobraźni i z głęboką satysfakcją doprowadził go do zawału, z którego się już nie podniósł. Było to kilka dni po tym, jak go aresztowano. Trzy lata temu. Piroman do dziś nie mógł pojąć, co ten kretyn sobie myślał, odwiedzając go w celi. Doszukiwał się wyrazu współczucia, skruchy? Kurwa, życie to nie bajka, stary, powiedział mu wtedy i głośno się roześmiał, a potem było tylko gorzej, znacznie gorzej, a najdroższy ojczulek kopnął w kalendarz dwa tygodnie później, a potem żona tego pajaca poszła za jego przykładem i zacisnęła sobie supeł na gardle. I zapewne to pogrążyło Harringtona na dobre, mimo iż teoretycznie nie miał z tym nic wspólnego.
  Szorstkie wstawaj wybiło go z rytmu. Od razu pomyślał, że to jeden z tych doktorów-specjalistów trujących mu nad głową o moralizacji, ale, gdy wciągnął do płuc świeże powietrze, oprzytomniał, że nie ma z nimi już nic wspólnego. Do nosa nie doleciał zapach detergentów i leków. Czuł deszcz i pot. U c i e k l i. Otworzył jedno, a potem drugie oko, a zaspany wzrok zatrzymał się z początku na tkwiącym na karku kolorowym tatuażu i dopiero po chwili najechał nim na twarz mężczyzny. Nie mógł powstrzymać się przed wykrzywieniem ust w szerokim uśmiechu.
  — Chuj im w dupę, towarzyszu. Uciekliśmy i teraz juz nikt nas nie powstrzyma. Czeka nas sława i pierwsze miejsca na stronach gazet, jak za dawnych czasów, ale najpierw muszą ogarnąć, że spierdoliliśmy im sprzed zarozumiałych nosów, a to potrwa przynajmniej tydzień. Ten chujowy budynek i jego cała zawartość spłonęła, a dowody razem z nim — zapewnił i oblizał spierzchnięte wargi, by je nawilżyć, chociaż niewątpliwie Ethan miał rację. Przydałyby się nowe ciuchy i bardziej ludzki wizerunek, ale nie potrafił ugasić tlącego się w jego oczach szaleństwo, a na samą myśl zgliszczy robiło mu się ciepło na całym ciele i czuł, jak linią kręgosłupa przechadza się przyjemny dreszcz. Kurde, miał ochotę na seks, ale na razie musiał ją stłamsić. Niestety, wizytę w burdelu trzeba było odłożyć na inny dzień. Czas wziąć się do roboty.
  Zdjął szarą, brudną od plam krwi bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Podkoszulek, który miał na sobie, nie prezentował się lepiej. Widniało na nim olbrzymie logo psychiatryka. Pamiętał jak dostał parę podobnych sztuk ubrań. I ten pieprzony uśmiech na paskudnej mordzie tej stukniętej suki, jakby chciała mu nim przekazać (głosem ukochanej): Noś je z dumą, Vinny, to ostatnie komplety ubrań, jaki kiedykolwiek dostaniesz.
  Mimowolnie uniósł prawą dłoń ku górze i wystawił środkowy palec, chcąc w ten sposób odegnać z głowy złowieszcze wspomnienia.
  — Ten wóz nie nadaje się do dalszej podróży. Musimy go gdzieś ukryć i ukraść nowy — rzucił z niesmakiem, a przed jego oczami natychmiast pojawiła się wizja auta tańczącego w płomieniach, chociaż coś (instynkt) podpowiadała mu, że tym razem sztuczka z ogniem się nie powiedzie. Gliny złapią trop i szybko dobiorą im się do dupy. Przydałby się ktoś z zewnątrz, ktoś komu można byłoby zaufać, ale on nikogo takiego nie posiadał i wątpił, że jego kumpel-psychopata był w stanie kogokolwiek obdarzyć kredytem zaufania, gdyż sam nie wzbudzał niczego takiego.Wyglądał na kogoś, kto, przyłapując swoją laskę na zdradzie, (by wymierzyć sprawiedliwość) w ramach zemsty ubija interes z handlarzami organów i na jej oczach oddaje w ich ręce własnoręcznie spłodzone z nią dzieciaki, a ją - na dokładkę – sprzedaje do burdelu, i przynajmniej raz w miesiącu korzysta z jej usług, opłacając jej wolny czas za pieniądze, które uzyskuje na tych dwóch przedsięwzięciach. Oczywiście wszystko z tak zwanym poker facem.
  Odetchnął i przejechał nerwowym gestem po czarnych jak smoła włosach.
  — Dobra, koleś. Masz rację. Musimy załatwić skądś nowe ciuchy i zadbać o higienę, bo śmierdzimy dymem jak jasny gwint — orzekł, tymczasowo wbijając spojrzenie w jeden z  mających przed ich oczami domów mieszkalnych, w którym płonęły światła, ale nie powiedział nic więcej. Jego wyraz twarzy wyrażał więcej niżeli tysiąc słów: Nie ma rady. Musimy włamać się do jakiegoś domu. Miał właściwie jako takie doświadczenie w takich akcjach, ale tym razem nie posiadał wytrychów, zatem  wolałby zrobić to pod nieobecność właścicieli. Póki co nie chciał podjąć większego ryzyka, nawet jeśli takowe podniosłoby im adrenalinę. Byli tysiąc kroków przed FBI i innymi śledczymi. I nie mogli sobie pozwolić na utratę tej przewagi.  
Niech to kurwa wszystko spłonie, przemknęło mu przez myśl, gdy omiótł spojrzeniem najbliższą okolicę, która – podobnie jak towarzyszowi – nic mu nie mówiła. Była tak samo beznadziejna, jak psychiatryk.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on Czw Paź 04, 2018 2:58 am
Pamiętał ten dzień jak dziś. Kiedy przekraczając główną bramę potoczył wzrokiem po tabliczce zawieszonej u samego wejścia. Przez omyłkę przeczytał skrót GOPE jak Główny Ośrodek Przymusowej Eutanazji i na krótki moment spierzchnięte usta wykrzywiły się w niezrównoważonym uśmiechu. Był wtedy wrakiem — wcale niewiele mniejszym niż obecnie — wielkie, odbite wory pod oczami niespokojne ruchy, które przypominały objaw silnego ADHD oraz ten wzrok, który zatrzymywał się na wszystkich przedmiotach, którymi mógł wyrządzić sobie i najbliższym krzywdę.
  To odrealnione wrażenie, że zostaje prowadzony na śmierć towarzyszyło mu również podczas przemieszczania się szerokimi korytarzami. Ludzie, których pierwszy raz wdział w życiu, potakiwali mu głową i szczerzyli zęby w obłakaniu. W powietrzu krzyżowały się szepty „Witaj u czubków”, „Szybko zagrzejesz tu miejsce!”, raz ktoś zawołał też „ żyletki są na piętrze!” Ethan w maniakalnym stłumieniu rozglądnął się za swoimi znajomymi, ale nigdzie ich nie było.
  Ethan, głupiś. Oni już nie żyją.
  Kiedy spróbował sięgnąć ręką do szafki na kółkach, która zabierała brudne naczynia do kuchni, a palce ześlizgnęły się po ubrudzonej salaterce, talerz huknął o kafelki, a nagłe uderzenie w brzuch spowodowało, że prowadzony wspólnymi siłami przez dwóch funkcjonariuszy zgiął się w pół i zarechotał na cały korytarz. Wręcz wył. To się rzadko słyszy; tak śmieją się ludzie, kiedy coś przebije ich wszystkie warstwy i połaskocze w najbardziej wrażliwym miejscu. Facet dosłownie pękał ze śmiechu.  Jak pomylony; dostał tak silnego skurczu brzucha, że śmiech przeradzał się w gwałtowne wyziewy i wyziewy bez dźwięcznego oddechu. To był ostatni raz kiedy zdołał przyjrzeć się ostrym krawędziom jakiegokolwiek naczynia. Od tamtego czasu w wargach miał już tylko plastikowe sztućce, które  mielił i trawił w ustach, jak chipsy, co jak szybko zostało mu kategorycznie przeznaczone do depozytu.
  Do teraz nie miał pojęcia jak drogi pozwoliły mu na poznanie psychopaty, który bez większych obiekcji, podążył pomysłem pozbawienia z siebie ubrań. Zagadkowy, otulony tłumionym szaleństwem, trzeźwy wzrok Ethana podążył za rzucaną na tylnie siedzenie bluzą, odrywając się od dobrze zbudowanego ciała. Nie wiedzieć czemu ten widok przypomniał mu dzień z terapii, na której po raz pierwszy go zobaczył.
  'Ethan. Samookaleczenia i depresja' zagadał do niego po zajęciach, które swoim charakterem przypominało kółeczko AA. Haqvin wychodził już na korytarz, a białowłosy zatrzymał go tuż przed wkroczeniem na stopień. Tamtego dnia był zabójczo pewny siebie i nie wyglądał na takiego, który ma obawy przed dostaniem w mordę na samym środku zatłoczonego od psycholów korytarzu. Często dochodziło tu do bójek, i co nikogo nie dziwiło, nigdy nie zjawiała się tu policja. Personal sam radził sobie z delikwentami. A raczej z ich karaniem.
  Trzymając wtedy rękę na jego ramieniu wyczuł, że facet posiada swoją siłę. Przez krótki moment zastanawiał się kim był w poprzednim życiu.
  'Ile leków dostajesz?'
  Niewinne pytanie zapoczątkowało apokalipsę.
  A teraz zaczęła go boleć szczęka, od silnie zaciskanych zębów.
  — Więc mamy tydzień — wydusił lakonicznie rozpinając koszule do samego końca i zsuwając ją z ramion. Rzucił ciuch niedbale na tył. Przez cały ten czas rozmyślał jak rozegrać sprawę z samochodem. Jego kompan czytał mu w myślach. — Spalenie nie wchodzi w grę
  Zaznaczył, bo był świecie przekonany, że Haqvinowi właśnie to chodziło po głowie. Jego oczy były niespokojne. Niezaspokojone. Bał się tego błysku, ale i intrygował go. To jak z ukąszeniem po komarze. Człowiek wie, że rozdrapywanie bąbla tylko pogorszy sprawę i swędzenie doprowadzi do drapania skóry aż do nocy, ale i tak ostatecznie to robi. Właśnie tak czuł się Ethan kiedy obserwował ciemnowłosego z tak bliskiej odległości. Odwrócił wzrok i złapał za klamkę — Pójdę się odlać i obczaję okolicę. Może wpadnę na jakiegoś Copperfielda, który udzieli nam pomocy za przepocone łachy. Przez czas skomplikowanej negocjacji spróbuj nie narozrabiać.
  Uwielbiał stan kiedy leki powoli spływały z jego ciała. Czuł wtedy ogromną adrenalinę pulsującą w żyłach. Nie miał ochoty aby kiedykolwiek minęła.
  Kiedy facet wyszedł na chłodna noc, a silniej padający deszcz osiadł na jego nagich ramionach i bladej, obdrapane twarzy, bez większych skrupułów oddalił się od samochodu, aby załatwić swój mokry interes. Przeszedł przez gąszcze, bardziej w głąb; podnosił wysoko nogi, czując jak mokradła moczą mu skarpetki i buty, jak ostre igły winorośli zaczepiają się o spodnie.
  Zatrzymał się pod drzewem może z dwadzieścia metrów od wozu. Kiedy rozpisał pasek, obejrzał się ostatni raz przez ramię, aby upewnić się, że Haqvin nadal w nim jest i nie wpadł na pomysł aby się w nim wysadzić. To dopiero byłaby szkoda.
  W końcu mógł dać upust ściśniętym mięśnia podbrzusza, i kiedy w końcu długo zastygłe tkanki puściły, poczuł drażniące podniecenie. Z uwagą przyjrzał się budynkom, widzianym zza krzewów.  Póki co tylko one okazały się dla nich jedynym punktem odniesienia, więc jeśli mieli w planach przesuwać się dalej, ukrycie samochodu musiałoby nastąpić właśnie w tej okolicy —przynajmniej tak podpowiadał mu nafaszerowany antydepresantami umysł. Dopiero kiedy ostatnie krople moczu opadły na ziemię, uświadomił sobie coś cholernie ważnego; był to jeden z epizodów, jakie napawały go ekscytacją. Maniakalną. Zadrżały mu dłonie,  w pośpiechu nawet nie zapiął spodni. Popędził w drogę powrotną do samochodu podskakując raz na jednej, to na drugiej nodze, wyglądając jak komik przeskakujący przez beczki.
  Z impetem uderzył dłońmi w drzwi i wyszczerzył się, jego oczy zaczęły płonąć euforia.
  — I oto wiem, jebańcu, co zrobimy. Tu znajdują się mokradła, prawie w nie wpadłem! — na dowód — jakby to było teraz ważne — pokazał zabłoconego buta, którego zdjął ze stopy i zawiesił na sznurówkach na wysokości  głowy (szybko odrzucił go w gąszcz). — Wepchnięty wóz, mając nadzieję, że zatopi się po same szyby. Z drogi nie będzie go nawet widać. Kto szukałby popoerdolnika na tym zadupiu? Pewnie uznają, że ten grzechot spłonął, ALBO… — I nagle uderzyła w niego nowa myśl. Napięta skóra na kościach policzkowych wręcz błyszczała, a włosy wisiały niechluje w brudnych strąkach;  należało je umyć i to jak najszybciej. — … o ile w ogóle dojdą, że nas tam nie ma  — że uciekliśmy nim w pośpiechu aż do Nowej Anglii. W końcu nie myślimy racjonalnie, nie? — Widać było, że się nakręca. Nie zamierzał  uspokajać swojego słowotoku. — Wepchnięty tu wóz i udamy się do tego wygwizdowia. Włamiemy się, przebierzemy, umyjemy i spierdolony jeszcze tej samej nocy. Nikt nawet nie zauważy. Zgarniemy wóz i pomyślimy nad kolejnym kierunkiem. Gdzieś musi znajdować się  jakieś lotnisko bądź port, albo większe miasto, bo nie uwierzę w zaopatrzenie tej dziury przez helikoptery.
  Mówiąc to drapał się po bliźnie na czole — tuż nad skronią; drobna szrama kształtem przypominająca monetę.
  — Dobra. Zrzucaj ciuchy. Musimy je tu zostawić.
  Jak powiedział tak zrobił. Odkleił się od wozu i bezceremonialnie, w samym środku pola, pod gołym niebem, w deszczu ściągnął swoje gacie, a następnie bokserki. Wiele zagojonych ran i blizn ukryło się w cieniu mrocznej nocy, której nie oświetlała żadna latarnia, ani nawet zakrzywiony księżyc.
  Pozbył się ostatniego buta i wrzucił na tylne siedzenie.
  — Rozumiesz mnie, Hav, prawda? Musimy mieć jakiś plan, kurwa. W innym wypadku trafimy pod prąd. A ja nie mam z nim wcale dobrych wspomnień. Nasze włókna nerwowe spalą się jak sztuczne ognie na patyku, wysypując ogrom iskier. Obiecaj mi, że się stąd wyniesiemy.
  Spojrzał mu w oczy. Teraz w jego tęczówkach płonął ogień. Wyglądały jak pożar oglądany przez szybę zalaną krwią.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on Pon Paź 08, 2018 2:11 am
— Ethan. Samookaleczenia i depresja.
  Z początku nie pojął, że owe słowa były adresowane do niego. Zarzucił kaptur na głowę, wstał — i jak najszybciej chciał się ulotnić z tego pomieszczenia, uwalniając się od duszącego towarzystwa należącego do wzruszającego kołeczka wzajemnej adoracji, pieprzonej grupy wsparcia. Takowe spotkania z dnia na dzień pogłębiały jego irytacje i odbijały piętno na jego szpetnej twarzy w charakterze sieci zmarszczek na czole. Raz wstał i powiedział: „dosyć tego pierdolenia”, ale od razu do pomieszczenia wparowało dwóch cholernie zwinnych i silnych sanitariuszy. Bez zawahania (i przyzwolenia) zaaplikowali mu bliżej nieokreślony preparat prosto w oczy, odbierając im tymczasowo pierwotną funkcje, a potem potraktowano go paralizatorem i został wyprowadzony z sali, zanim zdążył chociażby otworzyć usta lub zorientować się, co się w ogóle stało. I nie dano mu spokoju dopóty, dopóki nie wrzasnął na całe gardło: „Nie będę deprawować innych pacjentów!”. Przez ten i kilka innych wybryków nie stwarzał wrażenia osoby, mającej ochoty na zaciskanie więzi ze swoimi współtowarzyszami w niedoli. Unikał ich jak ognia, chociaż w jego przypadku rzetelność tego porównania ulegała zagładzie i wzbudza śmiech.
  Jego stopa zetknęła się z mokrym stopniami (najwyraźniej dopiero co zostały przemyte i był pewny, że w domyśle miały sprawić, żeby chociaż jeden pacjent się na nich poślizgnął i złamał kark podczas upadku), ale nie pozostawił kolejnego kroku. Zatrzymał się, czując na karku spojrzenie. Palące i nieprzyjemne. Wręcz nachalne.
  — I po co mi to mówisz? — zapytał głosem podszytym drwiną, ale „coś” kazało mu stulić pysk. To „coś” znajdowało się w tym z pozoru naćpanym spojrzeniu. Wycofał stopę ze schoda i zbliżył się do mężczyzny. Kącik ust wygiął się ku górze. — Haqvin —  przedstawił się krótko i wystawił w jego kierunku dłoń. — Masz ją ucisnąć w ramach powitania, nie ugryźć, kumasz?
  I nie pozyskał odpowiedzi. Poczuł uścisk palców na swoim ramieniu.
  — Ile leków dostajesz?
  Parsknął z rozbawieniem. „Chuj ci do tego”, to była pierwsza myśl, która wpadła mu do głowy, zaraz po usłyszeniu tego pytania. Nie chciał używać przemocy, chociaż... mimowolnie zacisnął wyciągniętą dłoń w pięść. I w innym wypadku zaprzyjaźniłby ją z szarym odcieniem skóry, ale to, co tliło się w szarych oczach, powstrzymała go od tego zamiaru.
  — Jest ich tyle, że nie nadążam z liczeniem — odparł. — Chcesz mi pomóc?
  I tak zaczęła się ich znajomość. Wokół nich utworzyła się więź, o którą nikt by ich nie podejrzewał, bo gdyby ktokolwiek zrozumiał, że takowa powstała, natychmiast zostaliby rozdzieleni. Ośrodek dla czubków dbał o swoją reputacje, a koligacja ich dwójki mogła napytać im biedy. I tak się w istocie stało, mimo iż najprawdopodobniej żaden z nich wówczas nie przepuszczał, że uciekną.


  Uciekli.
  Harrington zerknął na Ethana tak, jakby ten zabił mu psa. I odebrał chęci do życia.
  —  Jasne. Przecież wiem. — Wzruszył ramionami, ale tak naprawdę trudno było mu się z tym pogodzić. Ujął w dłoń zapaliczkę i przemieścił ją do kieszeni spodni, żałując, że jej nie użyje. — Jeszcze przyjdzie na ciebie czas, mała — zapewnił pod nosem, nawet nie zaszczycając ją spojrzeniem (bowiem istniała obawa, że wówczas nic go nie powstrzyma), a potem przemieścił takowe na czubka z masochistycznymi skłonnościami. Miał nadzieje, że na widok pierwszego lepsza noża nie pojawi się w nim chęci poderznięcia sobie żył.
  Złapał z nim krótkotrwały kontakt wzrokowy, ale nic nie mówił. Nadal nie nauczył się nazywać emocji, które pojawiły się na tej zmęczonej egzystencją twarzy. To sprawiało, że Ethan na swój sposób go fascynował.
  — Pewnie, ale jeśli twój Copperfield nie wyrazi chęci współpracy, załatw go — zasugerował. Niby powinien ruszyć swoje cztery litery i pójść z nim, ale - ej - nie był przyzwoitką, a jeśli ten psychol zwrócił czyjąś uwagę, Haqvin zostawi go tutaj i ucieknie, gdzie pieprz rośnie. Byle jak najdalej od ryku syren radiowozu. I ich oślepiających reflektorów. Odprowadził go spojrzeniem, aż w końcu przerwał kontakt wzrokowy, gdyż lekko zgarbiona sylwetka zmieszała się z ciemnością krajobrazu i zniknęła bez śladu.
  Ziewnął potężnie i wykonał kilka ćwiczeń rozciągających, by rozruszać zastałe mięśnie, po czym sam wyszedł z samochodu. Na szczęście przestało padać. Buty ugięły się pod ciężarem niestabilnego gruntu w postaci błota. Omiótł wzrokiem okolicę, ale żaden element krajobrazu nie przykuł jego uwagi. Było ciemno, bardzo ciemno, więc zgadywał, że znajdowali się na jakieś bocznej ulicy, która nie zasługiwała na dobre oświetlenie.
  Usłyszawszy hałas, dobiegający mniej więcej z tego miejscu, w którym zniknął Ethan, ugiął nogi w kolanie i wykorzystał samochód, by ukryć swoją obecnością, ale po chwili się rozluźnił. Otóż do uszy doleciał znajoma barwa głosu, a jego właściciel wyrzucał je z siebie z prędkością wystrzeliwanych pocisków z karabinu maszynowego. Natychmiast uniósł głową do góry, gdy dłoń z hukiem skonfrontowała się z drzwiami samochodu. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale Ethan nie dał mu dojść do głosu. Gadał jak najęty i Haqvin musiał dołożyć wszelkich starań, by zrozumieć ten bełkot. Jesu, kusiło go, by go uderzyć w ramach krótkiej komendy stul mordę, ale.
  Szorstka skóra dłoni otarła się o pokryty lekkim zarostem policzek. Ujął go w mocnym uścisku, wbijając przydługie płytki paznokci do skóry mężczyzny. Mimowolnie koniuszek języka otarł się o spierzchniętą, dolną wargę. Nawilżył ją, zanim wykrzesał z siebie jakiekolwiek słowo.
  —  Cii.. — wyszeptał, ułożywszy kciuk na wciąż poruszających się ustach Ethana. Wbił oczy w ślepia mężczyzny, a z gardła mimowolnie uleciał nieartykułowany dźwięk, gdyż dostrzegł w nań pożar o stokroć piękniejszy od tego, którego miał przyjemności kontemplować z miejsca pasażera. Kurwa, nie patrz tak na mnie, bo mam ochotę cię pocałować, chciał powiedzieć, ale ugryzł się w język. Otóż zdawał sobie sprawę, że w tej chwili, stojący przed nim czubek, zrezygnował z logicznego myślenia na rzecz szaleństwa. W tej formie był nieobliczalny i stać było go na wszystko. Wiedział to z autopsji. Nadal nosił na skórze ślady zębów po jego zeszłotygodniowego wybryku, kiedy wpadł w szał i chciał mu odgryźć dłoń. Uścisk szczęki tego psychola był mocny. Harrington wówczas zawył z bólu, by zaalarmować personel ośrodka o zagrożeniu (nie miał jak się bronić, bo został przywiązany do łóżka klika godzin wcześniej), chociaż potem tego żałował. Obaj zostali zamknięci w izolatkach i nafaszerowani jakimś syfem. Strzykawka prosto w żyłę. Odlot godny drogich prochów. Dzień wyjęty z życiorysu. Nie znajdowali się w najbardziej dogodnej pozycji, by pozwolić sobie na podobne przyjemności. Musiałby go wtedy unieszkodliwić, uszkodzić... złamać rękę, a może kark, a naprawdę tego nie chciał. Obiecał sobie, że, jeśli kiedykolwiek będzie musiał go zabić, zrobi to w swój firmowy sposób – spali go żywcem. Chciał patrzyć jak ten świr płonie – od cebulek włosów po opuszki palców u nóg. I krzyczy. O tak, krzyczy. Zafundowanie mu innej śmierci nie wchodziło w grę.
  Złapał w drugą dłoń rękę Ethana i złączył ich palce w uścisku.
  — Nie, nie usmażą nas. Przechytrzymy ich, ale musisz trochę pomyśleć. Przede wszystkim zakryj dupsko portkami i założy buty. W naszym przypadku ekshibicjonizm nie jest respektowaną formą zwracania na siebie uwagi, a bez obuwia dostarczysz gliniarzom poszlak. Odciski palców. Rozumiesz, Ethan, prawda? Pieprzone odciski. — Wykrzywił usta w grymasie, który miał pełnić rolę uśmiechu. Racjonalizm. Musiał zachować trzeźwe myślenie, bo jeśli i on straci ten przywilej, będą skończeni. Obaj.
  Puścił towarzysza i rozejrzał się dookoła, ale dopisywało im szczęście. Okolica zionęła pustkami, a przez ulice dotychczas nie przewinął się żaden samochód.
  — Ubierz się i mi pomóż — odrzekł. Sam zdjął koszulkę. Pozbierał górne partie odzieży, pozwijał je i wcisnął do schowka, a potem spróbował zepchać bezużyteczne auto do bagien, aczkolwiek liczył w tej materii na pomoc kompana, gdyż jego mięśnie - przez wieloletnie uśpienie - nie radziły sobie tak dobrze, jak kiedyś. Czuł, jak po chwili opuszczają go siły, ale nie szczędził wysiłków. Wreszcie koła wozu ruszyły o kilka milimetrów i znów stanęły w miejscu. Otarł pot z czoła. — No jazda, przyjacielu, bo niedługo zacznie świtać i... – Nie do kończył. Nie chciał go straszyć, wzbudzać w nim leku, który mógł nasilić objawy skażenia psychicznego. Ukazał mu zęby w uśmiechu. Oby wystarczająco przekonującego.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry