Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down


It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 17.09.18 22:59
Yuuuhu. — Mroźne powietrze przeszył przepełniony entuzjazmem krzyk, który został stłumiony przez ryk skradzionego chevroleta. Żwir szeleścił pod startymi kołami, a z rury wydechowej uleciało kłębowisko szarego, śmierdzącego dymu, kiedy pojazd z piskiem opon skręcił w prawo i znalazł się na pokrytej asfaltem opustoszałej drodze.
  Szare oczy wpatrywały się jak zahipnotyzowane w malejącą coraz bardziej scenerie; tliły się w nich szaleńcze ogniki podsycone przez widok stojących w płomieniach murów. Na ustach ich właściciela ułożył się zalążek uśmiechu. Harrington, bo właśnie takie nosił nazwisko, zadrżał z podniecania, gdyż oto do uszu doleciały pierwsze krzyki, brzmiące jak skowyt zranionych zwierząt. Patrząc jak języki ognia zlizują ze ścian tynk, nie mógł powstrzymać przed od wyeksponowania pakietu krzywych, pożółkłych od tytoniu zębów. Żałował, że nie ukradł jednemu ze strażników paczki papierosów, ale nie było już na to czasu.
  — Coś wspaniałego — wymamrotał pod nosem z czerwonymi wypiekami na twarzy, kiwając w ramach aprobaty głową. — Spójrz. Tylko spójrz. — Szturchnął swojego partnera zbrodni w ramię, wbijając spojrzenie w przestrzeń przed sobą.
  Nie wierzył. Nadal trudno było mu uwierzyć, że ten szpital płonął. Ten pierdolony szpital dla czubków konał na jego oczach. Nie mógł oderwać wzroku od tego widoku. Swąd dymy dolatywał do jego nozdrzy, ale wcale nie sprawiał, że chciało mu się kaszleć. Zaciągał się nim raz po raz, a uśmiech na poharatanych wargach pogłębiał się coraz bardziej. Po chwili wydobył się z gardła szaleńczy chichot, który na przestrzeni kilka kolejnych sekund przekształcił się w obłąkańczy śmiech. Zrobili to. Naprawdę TO zrobili. To, co jeszcze o poranku było zaledwie mrzonką, teraz przemieniło się w rzeczywistość i skradło mu serce. Czuł jak owy organ obija się boleśnie o żebra i sprawia, że dygocze na całym ciele. I nie może uwierzyć w swoje szczęście. Plan o ucieczce z ośrodka dla obłąkanych nie był strategicznym dziełem sztuki. Przede wszystkim on, ani jego pokaszlujący na siedzeniu kierowcy towarzyszy nie znali na pamięć rozkładu wszystkich pomieszczeń, bo obaj kiblowali na oddziale zamkniętym, pozbawieni perspektyw i widoku na słońce, nafaszerowani prochami, które w znacznym stopniu utrudniały kontakt z otaczającym ich zewsząd światem. Haqvin był świecie przekonany, że przed przekroczeniem progu tego popranego budynku nie był psychicznie chory. Takowe skażenie przyszło długo po tym, jak w sądzie zapadł wyrok i został umieszczony najpierw na oddziale otwartym, a następnie w izolacje, by  wreszcie skończyć w tak zwanym pokoju bez klamek. Poważni panowie w białych, dających po oczach lekarskich uniformach  i lateksowych rękawiczek wmówili mu, że jest (psycholem), a potem kazali łykać tabletki. Najbardziej nie lubił tych białych, podłużnych. Ledwo mieściły się w gardle i z trudem je przełykał, nawet jeśli zawsze dawano mu do dyspozycji szklankę wody. Były gorzkie i na długo pozostawiły nieprzyjemny posmak w ustach, ale dopiero, kiedy miażdżył ją w zębach, stawały się tak naprawdę nie do zniesienia; wtedy miał wrażenie, że przełknął dwa kilogramy cytryny za jednym zamachem, a jakaś część z nich utkwiła mu w przełyku i nie chciała ulecieć do żołądka.  Wrażenie te nie znikało nawet wtedy, kiedy wypluwał łupiny narkotyku na wypolerowaną do białości posadzkę, by zademonstrować swój stosunek do ich działania, wszak zdawał sobie sprawę, że otępiały jego umysł i czyniły go kimś, kim nie był. Uśmiercały jego osobowość, wolę do walki. Ogłupiały. Co z tego, że wówczas najczęściej dostawał w żyłę środek uspokajały i natychmiast zasypiał, bezbronny jak dziecko. Budząc się przynajmniej nie tracił świadomość i wiedział, jak się nazywa. I ile ma lat, i dzięki tych informacji nie zatracił się. Nie zmienił się kłębek, kwikający się w to w przód to w tył nerwów, gapiący się w jednej punkt na ścianie, chociaż niewątpliwie do takiej jego wewnętrznej przemiany dążyli pracownicy szpitala. Nie miał co ku temu żadnych złudzeń.
  Odwinął rękaw bluzy, odsłaniając skrawek skóry, na którym widniał zdeformowany przez dziesiątki igieł tatuaż. Przyjrzał mu się, ale jego uwaga została szybko rozproszona, gdy w tle rozległ się jazgot. Skierował swoje spojrzenie na płonącą, wniesioną w ubiegłym wieku budowle. Nawet nie przypuszczał, że znajdowali się na takim wygwizdowie z dala od cywilizacji. Nawet ciężko było mu określić położenie tego miejsca. Jego lokalizacja była skrzętnie ukrywana i praktycznie nie wykrywalne przez radary satelity. Ponoć znajdowała się tutaj niegdyś baza wojskowa, ale wreszcie przestała być przydatna. Została przebudowana, a teraz, mimo chłodnej, jesiennej nocy, grzała się w żarze i marniała. Poczuł jak fala ciepła zbiera się w podbrzuszu, a wraz z nią pojawia się ciasnota w spodniach.  Przetarł z kąciku ust wiązkę śliny, brudząc skórę krwią, którą przesiąkły jego palce. Nadal wyczuwał pod opuszkami twardą strukturę więziennych krat. Ich znamię wyryło się na jego dłoniach w formie odcisków i mimowolnie przejechał zębami po szczerbionych płytkach paznokci. Miał tendencje do obgryzana ich w chwili, gdy towarzyszyły mu silne emocje, a potem wycofał je i znów zawył, lądując wreszcie na przednim siedzeniu pasażera.
  Zakleszczył dłoń na ramieniu kierowcy,  który pędził skradzionym wozem po jezdni jak na złamanie karku, by dać mu do zrozumienia, nie musiał się śpieszyć. Wcale nie musiał się śpieszyć. Mieli potwornie dużo czasu, a on chciał się nacieszyć widokiem wznoszącego się w niebo dymu.
  — Kurwa, nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę w to uwierzyć — powtarzał raz za razem, a w głosie tliło się coraz mniejsze podniecenie. Wreszcie przestał poczesać swoim kolegą z oddziału i zainteresował się tym, co mieściło się w schowku, aby zająć czymś ręce. Prawda zerkała w zakamarki jego nafaszerowanego narkotykami umysłu i dochodziła do niego okrężnymi drogami, powoli, bardzo powoli. Była trochę jak zagubiony, pozbawiony matki szczeniak w obcym domu. Adrenalina, którą czuł, gdy ukradł zapalniczkę jednemu z pielęgniarzy (włożył dłoń do kieszeni, by upewnić się, że ta mała, śmiercionośna zabaweczka bezpiecznie leżała na jej dnia), poczęła stopniowo opadać, a na jej miejscu pojawiło się zmęczenie. Nie znajdując nic ciekawego w skrytce, rozłożył się wygodnie na fotelu pasażera, przez chwilę się wiercąc, by odnaleźć najbardziej dogodną do drzemki pozycję. Ułożył dłonie pod głowę w charakterze poduszki i kątem oka obserwował ekspresje twarzy swojego kompana. Jeśli po kuli ziemskiej chodził ktoś bardziej szalony niż Haqvin Harrington, to niewątpliwie był nim właśnie ten z pozoru niewinnie prezentujący się typ, który w milczeniu wypatrywał drogi. W zasadzie dwudziestosiedmiolatek nie miał wątpliwości, że mógł zostać przez niego zaduszony gołymi rękami podczas trwania snu, ale i tak postanowił zaryzykować. Jednak, zanim takowy nadszedł, pomyślał o tym, że przydałyby się im lewe papiery. Dopóki ośrodek płonął, a wraz z nim również personel i pacjencie, dopóty mogli czuć się bezpiecznie, ale to tylko kwestia czasu, kiedy ugaszą pożar i zaczną wydobywać spod gruzów zwęglone, trudne do rozpoznania zwłoki. Zgadywał, że potrwa to od dwóch tygodni, a nawet miesiąca. Wszystko było zależne od tego, ile zainwestują w to środków, ale jeśli zorientują się, że w liczbie ciał są braki, dołożą wszelkich starań, by przyśpieszyć ten proces i jak najszybciej odnaleźć wyjętych spod sprawa szaleńców.
  Zlizał z ust posmak wolności i przymknął powieki. Wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tu i teraz. Pierwszy raz w życiu jego dewizją życiową stało się te przereklamowane carpe diem.


Ostatnio zmieniony przez Yury dnia 08.11.18 20:42, w całości zmieniany 1 raz


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 28.09.18 15:35
Burzowe chmury nadciągały od zachodu całą smolistą gromadą; ogromne łódeczkowate okręty, czarne od spodu, w środku sinofioletowe, wydawały się płynąć w ich stronę jak podsycone pewną obawą — nie bez powodu. Wielkie, sękate płomienie trzaskały, trawiąc mury i szyby, a w ich świetle te ospałe kłęby wyglądały jak mózgi pełne złych myśli. Cały zielony krajobraz stracił barwę, zmartwiał. Otaczający ośrodek busz sprawiał w ciemnościach nocy ciernisty mur, nie do zburzenia; zatrzymywał na sobie nie tylko koszmarnie, jaśniejące płomienie; zatrzymywał również jęki i krzyki pacjentów i personelu, które mogli słyszeć aż tutaj — dwa kilometry od głównej bramy. Księżyc tej makabrycznej nocy był tylko srebrnym punktem, który strzelał i gasnął za kolejnymi, osłaniającymi go kłębami dymu, ale nikt nawet nie zwracał na niego uwagi. Włączone reflektory przeczesywały żwirową nadwichnie; piasek grzęznął pod kołami i skrzypiał o karoserie, kiedy pojedyncze drobinki przy zawrotnej prędkości uskakiwały na prymitywne pobocze. Nie musieli się spieszyć. Nie musieli.
  — […] Sąd zadecydował tymczasowy areszt dla dwóch mężczyzn, którzy próbowali przemycić ponad pięć kilo kokainy. Podchodząc do odprawy zostali poproszeni—
  Pstryk.
  — […] Wszystkim kierowcom, w tę piękną, ciepłą noc, dedykujemy My Heart is—
  Prstyk.
  Radio zaczęło ryczeć od zakłóceń, przebijających się wraz z ciężkim brzmień metalowej kapeli z następnej stacji. Wydawać się mogło, że skupiona twarz kierowcy nie drgnęła, ale w cieniu rzucanych na jego oblicze liści i gałęzi zbutwiałego buszu, można było dostrzec napięcie w obrębie prawej brwi. Położona na jego ramieniu ręka kompana tylko podkreśliła ten drobny aspekt, ale i też pozwoliła oderwać wzrok od monotonnej drogi, która ciągnęła cię wzdłuż wysłużonej zieleni.
  — Ja też — odparł tępo, jakby euforia nadal nie potrafiła zakodować się w jego głowie. Ręce mu drżały, pomimo iż knykcie zbielały od kurczowego trzymania kierownicy. Usta zadrgały w mroku, a delikatny, tłumiony uśmiech, w końcu ukazał swój nieprzewidywalny, nieco obłąkany wizerunek.
  Kierujący pojazdem faktycznie wyglądał niewinnie. W Haqvina wpatrywała się zmizerniała, jasna cera z wieloma zadrapaniami na policzkach otulona, krótkimi, jasnymi pasmami włosów — tak śnieżnobiałymi, że w mroku wydawały się być punktem kontrolnym. W szaro-niebieskich oczach migotał mu lekko maniakalny błysk… może wcale nie tak lekko. Pomimo swojej bazowej, niczym niewyróżniającej się barwy, kryły czyhające się szaleństwo, które domagało się ujawnienia.
  — Jesteś pierdolonym, sukinsynem — skomentował, siląc się jedynie na ten krótki komplement i spoglądnął z powrotem na drogę — ta wcale nie zmieniła swojego charakteru. — Mówiąc, że masz plan nie sądziłem, że mówisz o jebitnym ognisku dla gigantów.
  Jasnowłosy na ułamek sekundy, znów spoglądnął na kompana, przesuwając wzrokiem po wytatuowanych dłoniach, które ten ułożył pod głową oraz po jego twarzy, która w tym obliczu jaśniejącej poświaty przypominała obraz wszelkiego zła i szaleństwa. Przez moment wydawało mu się, że zauważa rosnące w nim podniecenie, które rozsadza go i nie potrafi opuścić, doskonale zdając sobie sprawę, że zna to uczucie nad wyraz dobrze. Na chwilę zapadła cisza; obaj zapatrzyli się na rozległy  widnokrąg ognia. Ethan nie zdawał sobie sprawy z ich aktualnego położenia, ale był święcie przekonany, że starzy albo chorzy ludzie chętne przyjeżdżaliby tu tylko po to aby móc nadziwić się tajemniczością tego miejsca. Przyjeżdżaliby — to już całkiem szeroki termin. To miejsce już przepadło. Miał dwadzieścia sześć lat, przecherę wygodnie ułożoną w umyśle i nie tylko ją. Czy kiedykolwiek pomyślał, że sprawy zabrną tak daleko? Odpowiedziałby po chwili namysłu, że owszem.
  Od osiemnastego roku życia zaczął zmierzać się z wrogiem, który po stracie przyjaciela, przybrał podobiznę wielkiej, okrutnej chmury depresji. Myśli samobójcze popychały go w kierunku krawędzi, nad którą nieraz stał i wpatrywał się w otchłań. Wydawało się, że już wiele razy dotykał piekła, za każdym razem brakowało jednak jednego kroku; malutkiego kroku, który przechyli ciało, tak, że ten potknie się i po prostu do niego wpadnie, topiąc się i dławiąc smolistą mazią obrzydlistwa. Blizny, którymi mogło pochwalić się jego ciało były niczym mapa skarbów z zakreślonymi śladami prowadzącymi do świętego Graala. Odchylone rękawy szpitalnego uniformu, były teraz podwinięte aż po same łokcie, ukazując ślady ciętych blizn na całej długości jego przedramienia. Myślał, że noc którą pędził na złamanie karku osłoni jego przeszłość, ale czy właśnie teraz nie byli przed sobą najbardziej odkryci? Może o to właśnie chodziło w tej ucieczce — o poddanie się swojemu szaleństwu; o nie uciszaniu przechery szepczącej do ucha — ale zaufaniu jej. W końcu tyle lat nie opuszczała nawet na krok.
  Brnąć w mroku ostatni raz spoglądnął w wsteczne lusterko, obiecując sobie w duchu, że już nigdy tego nie zrobi. Płonąca budowla, powoli znikała za zaroślami. Teraz dostrzegał już tylko poblask dawnego, czekającego go więzienia.

  Z początku wcale nie zwracał uwagę na piromana, koncentrował się bowiem całkowicie na prowadzeniu samochodu, bo coś podświadomie mówiło mu, że tym razem zabraknie im szczęścia i będą mieć wypadek. Widok zrelaksowanego Haqvina, powodował, że powieki sennie opadały mu na tęczówki. Zbudzał się z letargu, krótkimi uderzeniami w twarz, mrugając przy tym niewiarygodnie trzeźwo. W radiu przeleciał właśnie kawałek Rise kapeli Red Shark. Niezły utwór z jeszcze lepszym tekstem. Pamiętał ten moment jak dziś; jak cały świat zastygł w oczekiwaniu na tę ucieczkę. Jakby mu się to tylko śniło; to że ma przy swoim boku śpiącego psychola i pędzi skradzionym, czerwonym mercedesem. Przez cały czas miał wrażenie , że za chwilę zbudzi się ze snu — w szpitalnym łóżku, pogrążony antydepresantami, ze wściekłym bólem w mózgu i zacznie krzyczeć o morfinę. Kolejną tego ranka.
  Ethan zatrzymał wóz na poboczu i wyłączył silnik. Pierwsze krople deszczu uderzyły o przednią szybę. Wyglądało na to, że niebawem rozpada się na dobre. Wskaźnik poziomu paliwa niebezpiecznie sugerował czerwony symbol ‘empty’.
  Podrapał się po bliźnie na czole i spróbował się rozpiąć, szybko orientując się, że wcale nie pokwapił się o zapięcie. Otaczający go krajobraz niewiele mu mówił o ich położeniu, ale krótkie krzewy jakie porastały pobocze, odsłaniały dachy płaskich budynków — znajdowały się one kawałek od nich. Może z dwa, trzy kilometry.
  — Wstawaj.
  Chłopak obrócił się, przechylając odrobinę w kierunku świra. Szturchnął go ręką, czujnym spojrzeniem oczekując reakcji. W samochodzie panowała ciemność. Radio przestało grać. Jedynie dźwięk ich oddechów i dudniący deszcz.
  — Chcesz iść na zakupy? Może do Gucci? Potrzebne ci bokserki? A może nowy T-shirt? Uwaga. Masz okazję.
  Nie mógł powstrzymać się od cisnącego na usta uśmiechu — w tym wydaniu mrok osłaniał mu spojrzenie. Jedyna charakterystyczna rzecz, jaka mogła rzucić się Haqvinowi w oczy był kolorowy tatuaż na jego krtani. Przestawiał on skrzydła  egzotycznego ptaka, które łączyły się na odstającym jabłku Adama.
  Niewiele czekając, Ethan odsunął się opadając na siedzenie i zaczął rozpinać guziki swojej szpitalnej koszuli. Nie patrzał już na partnera. Będąc w połowie przerwał ciszę:
  — Wielka ucieczka z Alabamy — zacytował i parsknął. — W tych ciuchach nie przejdziemy nawet metra. Trzeba przeszukać wóz.
  Czuł, że miał rację.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 02.10.18 1:32
Siekający deszcz o szyby nie odegnał od niego senności, a nawet wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej ją zmógł. Zaciągnął się powietrzem, chociaż miał taką (kurewską) ochotę by zapalić coś mocniejszego od zwykłego papierosa, ale w tym momencie ani on, ani ten chory na głowę pojeb piastujący stanowisko kierowcy nie posiadali nic, co byłoby w stanie zaspokoić tą zachciankę. Pozostało złapać się nadziei, że kiedyś coś takiego wpadnie mu do ręki, zanim wylądują na jednym stołku elektrycznym, bo niewątpliwie tak potoczą się ich losy, jeśli policja ich przechytrzy.
  — Ależ dziękuję, chory na głowę pojebie, ale gdybyś jej czasem używał, to szybko ogarnąłbyś moje intencje — sarknął, gdy w ruch poszedł komplement. Owszem, nie powiedział mu, jaki właściwie ma plan, ale, kiedy w ruch poszły zapałki i dobre chęci, w głębi duszy obaj wiedzieli jak to się potoczy. Nie kryl tego, że był piromanem i spalił żywcem więcej ludzi, niżeli miał palców w obu dłoniach (chociaż jedna z nich borykała się z brakiem najmniejszego z nich). Ethan trafił do ośrodka mniej więcej pól roku po tym, jak umieszczono w nim Harringtona, a więc ten pierwszy na pewno słyszał o jego zasługach dla społeczeństwa, a ostatnią jego ofiarą był szpital. Dziesiątki pacjentów spłonęło żywcem, a on z szelmowskim uśmiechem i w łzach toczących się z oczu, oświadczył w sądzie, że wyplenił zarazę ze społeczeństwa, a przez to zasłużył na podziw i szacunek , co zaowocowało dożywociem w zakładzie karnym z zaostrzonym rygorem i bez perspektyw na wolność w jakiejkolwiek jej wymiarze. Do czasu, aż pozyskał tytuł niebezpiecznego po tym, jak jednemu ze strażników rzucił za mundur rozpaloną zapałkę i rozkoszą przyglądał się jak tkanina płonie w akompaniamencie przerażonego krzyku.
  Sięgnął palcami do nosa. Był lekko zakrzywiony. Pamiątka po tamtym incydencie. Nie został poprawnie nastawiony, gdy dostał z pięści w ryj od strażnika, który nie mógł poradzić sobie z tym, że jego serdeczny kolega nabawił się oparzeń trzeciego stopnia – i to on, Haqvin Harrington, trafił do czubków. Dobre sobie, ale… Życie. Takie było życie. Wtedy je kochał. I teraz pomyślał, że też może je pokochać dopóty, dopóki nie musiał się przed nikim uzewnętrzniać i łykać tabletek źle wpływających na jego postrzeganie rzeczywistości.
  Wysłał Ethanowi ostanie spojrzenie, zanim postanowił wreszcie udać się w objęcia Morfeusza. Pod pewnym względem ten typ go wkurwiał, gdyż nie potrafił go za żadne skarby rozgryźć. Nabiegłe krwią oczy i pozbawiona jakiekolwiek wyrazu gęba nie zdradzała żadnych - czy to zbędnych, czy jakikolwiek - emocji. Chciałbym widzieć, jak płoniesz, sukinsynu, pomyślał refleksyjnie, ale na razie nie mógł sobie pozwolić na taki czyn. Potrzebował tego sadystycznego gnoja. Potrzebowali się nawzajem. To, co ich różniło, jednocześnie dopełniało, sprawiało, że razem byli kompletni i nie raz, ani nie dwa przekonał się o tym na własnej skórze. Działali jak jeden, wielki organizm. I na tym etapie ich ucieczki nie wyobrażał sobie, że mogliby się rozdzielić, że mogłoby tego świra zabraknąć. Z tą myślą zasnął, a kiedy to zrobili, całkowicie odpłynął. Zapomniał, gdzie jest i, że ten cały cyrk z ucieczką już się zaczął. Co prawda ona sama w sobie nie była planowana, chociaż niewątpliwie i on, i Ethan marzyli o niej skrycie przez dziesięć, wlekących się jak wyrok śmierci miesięcy, a podczas długich, zimowych wieczorów knuli plan idealny, ale ostateczna decyzja została podjęta spontanicznie. Ot, nagły przypływ weny sprowokowany przez impuls i splot korzystnych dla nich wydarzeń zrobił swoje, a adrenalina popchnęła ich do działania i sprawiła, że teraz... teraz w zasadzie musieli nie dać się złapać, a to nie było aż takie proste, jak się wydawało.
  Jednak, zanim rzeczywistość uderzyła go twarz, obrócił się i przykleił twarz do szyby samochodu, ale mimo jej niezbyt wysokiej temperatury, nie przebudził się. Spał dalej, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Po szwedzku. Wspominał piękne czasy, kiedy to bez skrupułów podlał swoją narzeczoną benzyną i w akompaniamencie jej krzyków patrzył jak płonie. Och, długo żałował, że nie wyciągnął wówczas z kieszeni telefonu i nie zrobił jej podczas ówże płomiennego aktu pełną seksapilu fotkę. Wyglądała pięknie. Jak feniks otoczony płomieniami, ale w przeciwieństwie do tego mitycznego ptaka, nie odrodziła się z popiołu. O jej pogrzebie słyszał w radiu i czytał w gazecie. Przyjmujący widok urny sprawił, że chichotał pod nosem jak opętany, jak wariat pozbawiony piątej klepki. Miała ojca psa, więc zrobił się z tego niezły bajzel. Postanowił na nogi kilka komend policji i a wszelką cenę chciał dopaść sprawce. Nie miał wątpliwości kim takowy był, gdyż nigdy nie był przychylnych ich związkowi. Wiedział o Harringtonie wszystko to, co udało mu się wyczytać z akt. Był parokrotnie notowany za drobne przestępstwa, co w jego oczach skreślało go z listy kandydatów na zięcia i nigdy nie mógł pojąć, co jego ukochana córeczka wiedziała w tym „typie spod ciemnej gwiazdy”. Nie docierało do niego to, że po prostu leciała na zbirów, bo miała dość jego radykalnego podejścia do życia i mani sprawdzenia wszystkich pod kątem problemów z prawem. Głupi kutas, naprawdę... Zrobił jej pranie mózgu i jeszcze miał pretensje. Haqvin był pod wrażeniem jego braku wyobraźni i z głęboką satysfakcją doprowadził go do zawału, z którego się już nie podniósł. Było to kilka dni po tym, jak go aresztowano. Trzy lata temu. Piroman do dziś nie mógł pojąć, co ten kretyn sobie myślał, odwiedzając go w celi. Doszukiwał się wyrazu współczucia, skruchy? Kurwa, życie to nie bajka, stary, powiedział mu wtedy i głośno się roześmiał, a potem było tylko gorzej, znacznie gorzej, a najdroższy ojczulek kopnął w kalendarz dwa tygodnie później, a potem żona tego pajaca poszła za jego przykładem i zacisnęła sobie supeł na gardle. I zapewne to pogrążyło Harringtona na dobre, mimo iż teoretycznie nie miał z tym nic wspólnego.
  Szorstkie wstawaj wybiło go z rytmu. Od razu pomyślał, że to jeden z tych doktorów-specjalistów trujących mu nad głową o moralizacji, ale, gdy wciągnął do płuc świeże powietrze, oprzytomniał, że nie ma z nimi już nic wspólnego. Do nosa nie doleciał zapach detergentów i leków. Czuł deszcz i pot. U c i e k l i. Otworzył jedno, a potem drugie oko, a zaspany wzrok zatrzymał się z początku na tkwiącym na karku kolorowym tatuażu i dopiero po chwili najechał nim na twarz mężczyzny. Nie mógł powstrzymać się przed wykrzywieniem ust w szerokim uśmiechu.
  — Chuj im w dupę, towarzyszu. Uciekliśmy i teraz juz nikt nas nie powstrzyma. Czeka nas sława i pierwsze miejsca na stronach gazet, jak za dawnych czasów, ale najpierw muszą ogarnąć, że spierdoliliśmy im sprzed zarozumiałych nosów, a to potrwa przynajmniej tydzień. Ten chujowy budynek i jego cała zawartość spłonęła, a dowody razem z nim — zapewnił i oblizał spierzchnięte wargi, by je nawilżyć, chociaż niewątpliwie Ethan miał rację. Przydałyby się nowe ciuchy i bardziej ludzki wizerunek, ale nie potrafił ugasić tlącego się w jego oczach szaleństwo, a na samą myśl zgliszczy robiło mu się ciepło na całym ciele i czuł, jak linią kręgosłupa przechadza się przyjemny dreszcz. Kurde, miał ochotę na seks, ale na razie musiał ją stłamsić. Niestety, wizytę w burdelu trzeba było odłożyć na inny dzień. Czas wziąć się do roboty.
  Zdjął szarą, brudną od plam krwi bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Podkoszulek, który miał na sobie, nie prezentował się lepiej. Widniało na nim olbrzymie logo psychiatryka. Pamiętał jak dostał parę podobnych sztuk ubrań. I ten pieprzony uśmiech na paskudnej mordzie tej stukniętej suki, jakby chciała mu nim przekazać (głosem ukochanej): Noś je z dumą, Vinny, to ostatnie komplety ubrań, jaki kiedykolwiek dostaniesz.
  Mimowolnie uniósł prawą dłoń ku górze i wystawił środkowy palec, chcąc w ten sposób odegnać z głowy złowieszcze wspomnienia.
  — Ten wóz nie nadaje się do dalszej podróży. Musimy go gdzieś ukryć i ukraść nowy — rzucił z niesmakiem, a przed jego oczami natychmiast pojawiła się wizja auta tańczącego w płomieniach, chociaż coś (instynkt) podpowiadała mu, że tym razem sztuczka z ogniem się nie powiedzie. Gliny złapią trop i szybko dobiorą im się do dupy. Przydałby się ktoś z zewnątrz, ktoś komu można byłoby zaufać, ale on nikogo takiego nie posiadał i wątpił, że jego kumpel-psychopata był w stanie kogokolwiek obdarzyć kredytem zaufania, gdyż sam nie wzbudzał niczego takiego.Wyglądał na kogoś, kto, przyłapując swoją laskę na zdradzie, (by wymierzyć sprawiedliwość) w ramach zemsty ubija interes z handlarzami organów i na jej oczach oddaje w ich ręce własnoręcznie spłodzone z nią dzieciaki, a ją - na dokładkę – sprzedaje do burdelu, i przynajmniej raz w miesiącu korzysta z jej usług, opłacając jej wolny czas za pieniądze, które uzyskuje na tych dwóch przedsięwzięciach. Oczywiście wszystko z tak zwanym poker facem.
  Odetchnął i przejechał nerwowym gestem po czarnych jak smoła włosach.
  — Dobra, koleś. Masz rację. Musimy załatwić skądś nowe ciuchy i zadbać o higienę, bo śmierdzimy dymem jak jasny gwint — orzekł, tymczasowo wbijając spojrzenie w jeden z  mających przed ich oczami domów mieszkalnych, w którym płonęły światła, ale nie powiedział nic więcej. Jego wyraz twarzy wyrażał więcej niżeli tysiąc słów: Nie ma rady. Musimy włamać się do jakiegoś domu. Miał właściwie jako takie doświadczenie w takich akcjach, ale tym razem nie posiadał wytrychów, zatem  wolałby zrobić to pod nieobecność właścicieli. Póki co nie chciał podjąć większego ryzyka, nawet jeśli takowe podniosłoby im adrenalinę. Byli tysiąc kroków przed FBI i innymi śledczymi. I nie mogli sobie pozwolić na utratę tej przewagi.  
Niech to kurwa wszystko spłonie, przemknęło mu przez myśl, gdy omiótł spojrzeniem najbliższą okolicę, która – podobnie jak towarzyszowi – nic mu nie mówiła. Była tak samo beznadziejna, jak psychiatryk.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 04.10.18 2:58
Pamiętał ten dzień jak dziś. Kiedy przekraczając główną bramę potoczył wzrokiem po tabliczce zawieszonej u samego wejścia. Przez omyłkę przeczytał skrót GOPE jak Główny Ośrodek Przymusowej Eutanazji i na krótki moment spierzchnięte usta wykrzywiły się w niezrównoważonym uśmiechu. Był wtedy wrakiem — wcale niewiele mniejszym niż obecnie — wielkie, odbite wory pod oczami niespokojne ruchy, które przypominały objaw silnego ADHD oraz ten wzrok, który zatrzymywał się na wszystkich przedmiotach, którymi mógł wyrządzić sobie i najbliższym krzywdę.
  To odrealnione wrażenie, że zostaje prowadzony na śmierć towarzyszyło mu również podczas przemieszczania się szerokimi korytarzami. Ludzie, których pierwszy raz wdział w życiu, potakiwali mu głową i szczerzyli zęby w obłakaniu. W powietrzu krzyżowały się szepty „Witaj u czubków”, „Szybko zagrzejesz tu miejsce!”, raz ktoś zawołał też „ żyletki są na piętrze!” Ethan w maniakalnym stłumieniu rozglądnął się za swoimi znajomymi, ale nigdzie ich nie było.
  Ethan, głupiś. Oni już nie żyją.
  Kiedy spróbował sięgnąć ręką do szafki na kółkach, która zabierała brudne naczynia do kuchni, a palce ześlizgnęły się po ubrudzonej salaterce, talerz huknął o kafelki, a nagłe uderzenie w brzuch spowodowało, że prowadzony wspólnymi siłami przez dwóch funkcjonariuszy zgiął się w pół i zarechotał na cały korytarz. Wręcz wył. To się rzadko słyszy; tak śmieją się ludzie, kiedy coś przebije ich wszystkie warstwy i połaskocze w najbardziej wrażliwym miejscu. Facet dosłownie pękał ze śmiechu.  Jak pomylony; dostał tak silnego skurczu brzucha, że śmiech przeradzał się w gwałtowne wyziewy i wyziewy bez dźwięcznego oddechu. To był ostatni raz kiedy zdołał przyjrzeć się ostrym krawędziom jakiegokolwiek naczynia. Od tamtego czasu w wargach miał już tylko plastikowe sztućce, które  mielił i trawił w ustach, jak chipsy, co jak szybko zostało mu kategorycznie przeznaczone do depozytu.
  Do teraz nie miał pojęcia jak drogi pozwoliły mu na poznanie psychopaty, który bez większych obiekcji, podążył pomysłem pozbawienia z siebie ubrań. Zagadkowy, otulony tłumionym szaleństwem, trzeźwy wzrok Ethana podążył za rzucaną na tylnie siedzenie bluzą, odrywając się od dobrze zbudowanego ciała. Nie wiedzieć czemu ten widok przypomniał mu dzień z terapii, na której po raz pierwszy go zobaczył.
  'Ethan. Samookaleczenia i depresja' zagadał do niego po zajęciach, które swoim charakterem przypominało kółeczko AA. Haqvin wychodził już na korytarz, a białowłosy zatrzymał go tuż przed wkroczeniem na stopień. Tamtego dnia był zabójczo pewny siebie i nie wyglądał na takiego, który ma obawy przed dostaniem w mordę na samym środku zatłoczonego od psycholów korytarzu. Często dochodziło tu do bójek, i co nikogo nie dziwiło, nigdy nie zjawiała się tu policja. Personal sam radził sobie z delikwentami. A raczej z ich karaniem.
  Trzymając wtedy rękę na jego ramieniu wyczuł, że facet posiada swoją siłę. Przez krótki moment zastanawiał się kim był w poprzednim życiu.
  'Ile leków dostajesz?'
  Niewinne pytanie zapoczątkowało apokalipsę.
  A teraz zaczęła go boleć szczęka, od silnie zaciskanych zębów.
  — Więc mamy tydzień — wydusił lakonicznie rozpinając koszule do samego końca i zsuwając ją z ramion. Rzucił ciuch niedbale na tył. Przez cały ten czas rozmyślał jak rozegrać sprawę z samochodem. Jego kompan czytał mu w myślach. — Spalenie nie wchodzi w grę
  Zaznaczył, bo był świecie przekonany, że Haqvinowi właśnie to chodziło po głowie. Jego oczy były niespokojne. Niezaspokojone. Bał się tego błysku, ale i intrygował go. To jak z ukąszeniem po komarze. Człowiek wie, że rozdrapywanie bąbla tylko pogorszy sprawę i swędzenie doprowadzi do drapania skóry aż do nocy, ale i tak ostatecznie to robi. Właśnie tak czuł się Ethan kiedy obserwował ciemnowłosego z tak bliskiej odległości. Odwrócił wzrok i złapał za klamkę — Pójdę się odlać i obczaję okolicę. Może wpadnę na jakiegoś Copperfielda, który udzieli nam pomocy za przepocone łachy. Przez czas skomplikowanej negocjacji spróbuj nie narozrabiać.
  Uwielbiał stan kiedy leki powoli spływały z jego ciała. Czuł wtedy ogromną adrenalinę pulsującą w żyłach. Nie miał ochoty aby kiedykolwiek minęła.
  Kiedy facet wyszedł na chłodna noc, a silniej padający deszcz osiadł na jego nagich ramionach i bladej, obdrapane twarzy, bez większych skrupułów oddalił się od samochodu, aby załatwić swój mokry interes. Przeszedł przez gąszcze, bardziej w głąb; podnosił wysoko nogi, czując jak mokradła moczą mu skarpetki i buty, jak ostre igły winorośli zaczepiają się o spodnie.
  Zatrzymał się pod drzewem może z dwadzieścia metrów od wozu. Kiedy rozpisał pasek, obejrzał się ostatni raz przez ramię, aby upewnić się, że Haqvin nadal w nim jest i nie wpadł na pomysł aby się w nim wysadzić. To dopiero byłaby szkoda.
  W końcu mógł dać upust ściśniętym mięśnia podbrzusza, i kiedy w końcu długo zastygłe tkanki puściły, poczuł drażniące podniecenie. Z uwagą przyjrzał się budynkom, widzianym zza krzewów.  Póki co tylko one okazały się dla nich jedynym punktem odniesienia, więc jeśli mieli w planach przesuwać się dalej, ukrycie samochodu musiałoby nastąpić właśnie w tej okolicy —przynajmniej tak podpowiadał mu nafaszerowany antydepresantami umysł. Dopiero kiedy ostatnie krople moczu opadły na ziemię, uświadomił sobie coś cholernie ważnego; był to jeden z epizodów, jakie napawały go ekscytacją. Maniakalną. Zadrżały mu dłonie,  w pośpiechu nawet nie zapiął spodni. Popędził w drogę powrotną do samochodu podskakując raz na jednej, to na drugiej nodze, wyglądając jak komik przeskakujący przez beczki.
  Z impetem uderzył dłońmi w drzwi i wyszczerzył się, jego oczy zaczęły płonąć euforia.
  — I oto wiem, jebańcu, co zrobimy. Tu znajdują się mokradła, prawie w nie wpadłem! — na dowód — jakby to było teraz ważne — pokazał zabłoconego buta, którego zdjął ze stopy i zawiesił na sznurówkach na wysokości  głowy (szybko odrzucił go w gąszcz). — Wepchnięty wóz, mając nadzieję, że zatopi się po same szyby. Z drogi nie będzie go nawet widać. Kto szukałby popoerdolnika na tym zadupiu? Pewnie uznają, że ten grzechot spłonął, ALBO… — I nagle uderzyła w niego nowa myśl. Napięta skóra na kościach policzkowych wręcz błyszczała, a włosy wisiały niechluje w brudnych strąkach;  należało je umyć i to jak najszybciej. — … o ile w ogóle dojdą, że nas tam nie ma  — że uciekliśmy nim w pośpiechu aż do Nowej Anglii. W końcu nie myślimy racjonalnie, nie? — Widać było, że się nakręca. Nie zamierzał  uspokajać swojego słowotoku. — Wepchnięty tu wóz i udamy się do tego wygwizdowia. Włamiemy się, przebierzemy, umyjemy i spierdolony jeszcze tej samej nocy. Nikt nawet nie zauważy. Zgarniemy wóz i pomyślimy nad kolejnym kierunkiem. Gdzieś musi znajdować się  jakieś lotnisko bądź port, albo większe miasto, bo nie uwierzę w zaopatrzenie tej dziury przez helikoptery.
  Mówiąc to drapał się po bliźnie na czole — tuż nad skronią; drobna szrama kształtem przypominająca monetę.
  — Dobra. Zrzucaj ciuchy. Musimy je tu zostawić.
  Jak powiedział tak zrobił. Odkleił się od wozu i bezceremonialnie, w samym środku pola, pod gołym niebem, w deszczu ściągnął swoje gacie, a następnie bokserki. Wiele zagojonych ran i blizn ukryło się w cieniu mrocznej nocy, której nie oświetlała żadna latarnia, ani nawet zakrzywiony księżyc.
  Pozbył się ostatniego buta i wrzucił na tylne siedzenie.
  — Rozumiesz mnie, Hav, prawda? Musimy mieć jakiś plan, kurwa. W innym wypadku trafimy pod prąd. A ja nie mam z nim wcale dobrych wspomnień. Nasze włókna nerwowe spalą się jak sztuczne ognie na patyku, wysypując ogrom iskier. Obiecaj mi, że się stąd wyniesiemy.
  Spojrzał mu w oczy. Teraz w jego tęczówkach płonął ogień. Wyglądały jak pożar oglądany przez szybę zalaną krwią.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 08.10.18 2:11
— Ethan. Samookaleczenia i depresja.
  Z początku nie pojął, że owe słowa były adresowane do niego. Zarzucił kaptur na głowę, wstał — i jak najszybciej chciał się ulotnić z tego pomieszczenia, uwalniając się od duszącego towarzystwa należącego do wzruszającego kołeczka wzajemnej adoracji, pieprzonej grupy wsparcia. Takowe spotkania z dnia na dzień pogłębiały jego irytacje i odbijały piętno na jego szpetnej twarzy w charakterze sieci zmarszczek na czole. Raz wstał i powiedział: „dosyć tego pierdolenia”, ale od razu do pomieszczenia wparowało dwóch cholernie zwinnych i silnych sanitariuszy. Bez zawahania (i przyzwolenia) zaaplikowali mu bliżej nieokreślony preparat prosto w oczy, odbierając im tymczasowo pierwotną funkcje, a potem potraktowano go paralizatorem i został wyprowadzony z sali, zanim zdążył chociażby otworzyć usta lub zorientować się, co się w ogóle stało. I nie dano mu spokoju dopóty, dopóki nie wrzasnął na całe gardło: „Nie będę deprawować innych pacjentów!”. Przez ten i kilka innych wybryków nie stwarzał wrażenia osoby, mającej ochoty na zaciskanie więzi ze swoimi współtowarzyszami w niedoli. Unikał ich jak ognia, chociaż w jego przypadku rzetelność tego porównania ulegała zagładzie i wzbudza śmiech.
  Jego stopa zetknęła się z mokrym stopniami (najwyraźniej dopiero co zostały przemyte i był pewny, że w domyśle miały sprawić, żeby chociaż jeden pacjent się na nich poślizgnął i złamał kark podczas upadku), ale nie pozostawił kolejnego kroku. Zatrzymał się, czując na karku spojrzenie. Palące i nieprzyjemne. Wręcz nachalne.
  — I po co mi to mówisz? — zapytał głosem podszytym drwiną, ale „coś” kazało mu stulić pysk. To „coś” znajdowało się w tym z pozoru naćpanym spojrzeniu. Wycofał stopę ze schoda i zbliżył się do mężczyzny. Kącik ust wygiął się ku górze. — Haqvin —  przedstawił się krótko i wystawił w jego kierunku dłoń. — Masz ją ucisnąć w ramach powitania, nie ugryźć, kumasz?
  I nie pozyskał odpowiedzi. Poczuł uścisk palców na swoim ramieniu.
  — Ile leków dostajesz?
  Parsknął z rozbawieniem. „Chuj ci do tego”, to była pierwsza myśl, która wpadła mu do głowy, zaraz po usłyszeniu tego pytania. Nie chciał używać przemocy, chociaż... mimowolnie zacisnął wyciągniętą dłoń w pięść. I w innym wypadku zaprzyjaźniłby ją z szarym odcieniem skóry, ale to, co tliło się w szarych oczach, powstrzymała go od tego zamiaru.
  — Jest ich tyle, że nie nadążam z liczeniem — odparł. — Chcesz mi pomóc?
  I tak zaczęła się ich znajomość. Wokół nich utworzyła się więź, o którą nikt by ich nie podejrzewał, bo gdyby ktokolwiek zrozumiał, że takowa powstała, natychmiast zostaliby rozdzieleni. Ośrodek dla czubków dbał o swoją reputacje, a koligacja ich dwójki mogła napytać im biedy. I tak się w istocie stało, mimo iż najprawdopodobniej żaden z nich wówczas nie przepuszczał, że uciekną.


  Uciekli.
  Harrington zerknął na Ethana tak, jakby ten zabił mu psa. I odebrał chęci do życia.
  —  Jasne. Przecież wiem. — Wzruszył ramionami, ale tak naprawdę trudno było mu się z tym pogodzić. Ujął w dłoń zapaliczkę i przemieścił ją do kieszeni spodni, żałując, że jej nie użyje. — Jeszcze przyjdzie na ciebie czas, mała — zapewnił pod nosem, nawet nie zaszczycając ją spojrzeniem (bowiem istniała obawa, że wówczas nic go nie powstrzyma), a potem przemieścił takowe na czubka z masochistycznymi skłonnościami. Miał nadzieje, że na widok pierwszego lepsza noża nie pojawi się w nim chęci poderznięcia sobie żył.
  Złapał z nim krótkotrwały kontakt wzrokowy, ale nic nie mówił. Nadal nie nauczył się nazywać emocji, które pojawiły się na tej zmęczonej egzystencją twarzy. To sprawiało, że Ethan na swój sposób go fascynował.
  — Pewnie, ale jeśli twój Copperfield nie wyrazi chęci współpracy, załatw go — zasugerował. Niby powinien ruszyć swoje cztery litery i pójść z nim, ale - ej - nie był przyzwoitką, a jeśli ten psychol zwrócił czyjąś uwagę, Haqvin zostawi go tutaj i ucieknie, gdzie pieprz rośnie. Byle jak najdalej od ryku syren radiowozu. I ich oślepiających reflektorów. Odprowadził go spojrzeniem, aż w końcu przerwał kontakt wzrokowy, gdyż lekko zgarbiona sylwetka zmieszała się z ciemnością krajobrazu i zniknęła bez śladu.
  Ziewnął potężnie i wykonał kilka ćwiczeń rozciągających, by rozruszać zastałe mięśnie, po czym sam wyszedł z samochodu. Na szczęście przestało padać. Buty ugięły się pod ciężarem niestabilnego gruntu w postaci błota. Omiótł wzrokiem okolicę, ale żaden element krajobrazu nie przykuł jego uwagi. Było ciemno, bardzo ciemno, więc zgadywał, że znajdowali się na jakieś bocznej ulicy, która nie zasługiwała na dobre oświetlenie.
  Usłyszawszy hałas, dobiegający mniej więcej z tego miejscu, w którym zniknął Ethan, ugiął nogi w kolanie i wykorzystał samochód, by ukryć swoją obecnością, ale po chwili się rozluźnił. Otóż do uszy doleciał znajoma barwa głosu, a jego właściciel wyrzucał je z siebie z prędkością wystrzeliwanych pocisków z karabinu maszynowego. Natychmiast uniósł głową do góry, gdy dłoń z hukiem skonfrontowała się z drzwiami samochodu. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale Ethan nie dał mu dojść do głosu. Gadał jak najęty i Haqvin musiał dołożyć wszelkich starań, by zrozumieć ten bełkot. Jesu, kusiło go, by go uderzyć w ramach krótkiej komendy stul mordę, ale.
  Szorstka skóra dłoni otarła się o pokryty lekkim zarostem policzek. Ujął go w mocnym uścisku, wbijając przydługie płytki paznokci do skóry mężczyzny. Mimowolnie koniuszek języka otarł się o spierzchniętą, dolną wargę. Nawilżył ją, zanim wykrzesał z siebie jakiekolwiek słowo.
  —  Cii.. — wyszeptał, ułożywszy kciuk na wciąż poruszających się ustach Ethana. Wbił oczy w ślepia mężczyzny, a z gardła mimowolnie uleciał nieartykułowany dźwięk, gdyż dostrzegł w nań pożar o stokroć piękniejszy od tego, którego miał przyjemności kontemplować z miejsca pasażera. Kurwa, nie patrz tak na mnie, bo mam ochotę cię pocałować, chciał powiedzieć, ale ugryzł się w język. Otóż zdawał sobie sprawę, że w tej chwili, stojący przed nim czubek, zrezygnował z logicznego myślenia na rzecz szaleństwa. W tej formie był nieobliczalny i stać było go na wszystko. Wiedział to z autopsji. Nadal nosił na skórze ślady zębów po jego zeszłotygodniowego wybryku, kiedy wpadł w szał i chciał mu odgryźć dłoń. Uścisk szczęki tego psychola był mocny. Harrington wówczas zawył z bólu, by zaalarmować personel ośrodka o zagrożeniu (nie miał jak się bronić, bo został przywiązany do łóżka klika godzin wcześniej), chociaż potem tego żałował. Obaj zostali zamknięci w izolatkach i nafaszerowani jakimś syfem. Strzykawka prosto w żyłę. Odlot godny drogich prochów. Dzień wyjęty z życiorysu. Nie znajdowali się w najbardziej dogodnej pozycji, by pozwolić sobie na podobne przyjemności. Musiałby go wtedy unieszkodliwić, uszkodzić... złamać rękę, a może kark, a naprawdę tego nie chciał. Obiecał sobie, że, jeśli kiedykolwiek będzie musiał go zabić, zrobi to w swój firmowy sposób – spali go żywcem. Chciał patrzyć jak ten świr płonie – od cebulek włosów po opuszki palców u nóg. I krzyczy. O tak, krzyczy. Zafundowanie mu innej śmierci nie wchodziło w grę.
  Złapał w drugą dłoń rękę Ethana i złączył ich palce w uścisku.
  — Nie, nie usmażą nas. Przechytrzymy ich, ale musisz trochę pomyśleć. Przede wszystkim zakryj dupsko portkami i założy buty. W naszym przypadku ekshibicjonizm nie jest respektowaną formą zwracania na siebie uwagi, a bez obuwia dostarczysz gliniarzom poszlak. Odciski palców. Rozumiesz, Ethan, prawda? Pieprzone odciski. — Wykrzywił usta w grymasie, który miał pełnić rolę uśmiechu. Racjonalizm. Musiał zachować trzeźwe myślenie, bo jeśli i on straci ten przywilej, będą skończeni. Obaj.
  Puścił towarzysza i rozejrzał się dookoła, ale dopisywało im szczęście. Okolica zionęła pustkami, a przez ulice dotychczas nie przewinął się żaden samochód.
  — Ubierz się i mi pomóż — odrzekł. Sam zdjął koszulkę. Pozbierał górne partie odzieży, pozwijał je i wcisnął do schowka, a potem spróbował zepchać bezużyteczne auto do bagien, aczkolwiek liczył w tej materii na pomoc kompana, gdyż jego mięśnie - przez wieloletnie uśpienie - nie radziły sobie tak dobrze, jak kiedyś. Czuł, jak po chwili opuszczają go siły, ale nie szczędził wysiłków. Wreszcie koła wozu ruszyły o kilka milimetrów i znów stanęły w miejscu. Otarł pot z czoła. — No jazda, przyjacielu, bo niedługo zacznie świtać i... – Nie do kończył. Nie chciał go straszyć, wzbudzać w nim leku, który mógł nasilić objawy skażenia psychicznego. Ukazał mu zęby w uśmiechu. Oby wystarczająco przekonującego.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 19.10.18 18:13
Dotyk silnych palców Haqvina spowodował, że jasnowłosy zamilknął — dokładnie w momencie kiedy nakręcający się monolog sięgnął dna ekscytacji.  Obserwował mężczyznę uważnie; mogło się wydawać, że nieco skonfundowany tą reakcją — jakby nie spodziewał się, że szaleniec pochwyci go za szczękę tak silnie, że zdoła odczuć na swoich nieogolonych policzkach bezwzględny dotyk, który z pewnością przyczynił się do śmierci niejednej — Bogu winnej — duszy. Kiedy w powietrzu rozległ się długi, uspakajały szept, który w ustach piromana z pewnością nie brzmiał jak głos przy którym powinien się zrelaksować — to właśnie uczynił. Chłód muskał jego nagą skórę, ale mięśnie rozluźniły się. Ogień w tęczówkach osłabł, jakby ugasiła go dominacja faceta stojącego ledwie kilka centymetrów od niego. Palec ułożony na ustach spowodował, że zmrużył powieki; źrenice zabłysnęły jak u nocnego zwierzęcia.
  Defekty Ethana niosły ze sobą wiele nieprzyjemnych, krzywych akcji. Haqvin zdążył poznać kilka z nich, ale nadal nie było to wszystko. Nagłe wybuchy euforii, czyste myśli pełne pomysłów — to już pojawiało się w szpitalu; po części, bo leki jakimi byli nawzajem faszerowani dusiły ich mroczne duchy w ciasnych klatkach. Teraz szaro-niebieskie oczy błyszczały jak dwa kamienie; w nich wciąż tliły się słowa — niewypowiedziane i być może takie, które nie ulecą już na tą wilgotną noc. Stopy grzęzły mu w błocie, ale to nie było ważne. Ważny okazał się dotyk, który odczuł na palcach i który spowodował, że przechylił łeb, słuchając głębokiego głosu uciekiniera. Tonu podstępnego szatana, który mamrocze przyjemnym głosikiem, otulając spokój złudną aurą zrozumienia. Zaspokajał go — z pewnością tak samo intensywnie — szepcząc swoim ofiarą kilka minut przed śmiercią do wrażliwego ucha. Ethan od samego początku zdawał sobie sprawę, że podchodząc do demona, który niknął mu na korytarzu, jest w stanie nakręcić spiralę wydarzeń; na tyle efektywnie, że ta nigdy się nie zatrzyma. Będzie wirować i wirować, wciągając kolejne persony w tę chorą grę — w ich grę. I choć był tego świadomy, ciało uspokajało się przy ciemnowłosym, jakby ten z opanowaniem prezbitera wygłaszał słowo Pana na złotej ambonie.
 —Odciski — powtórzył za nim mozolnie przyglądając jak ten odsuwa się w mrok; jak cień wtapiał się w ciemny krajobraz nocy. Oblizał dolną wargę i obrócił głowę za siebie prosto na światła gasnące w budynkach. — W poprzednim życiu byłeś gliniarzem? — zapytał, a zadziorny uśmieszek uniósł mu wargę. Nie zamierzał jednak ingerować w pomysł mężczyzny. Ekshibicjonizm może faktycznie nie był najlepszym pomysłem, ale jednak jeden z racjonalniejszych jakie przychodziły mu aktualnie do głowy. Był pewny, że podeszwy butów również da się łatwo odnaleźć w spalonej bazie danych, ale z pewnością ten drobny defekt dawał im na tym polu przewagę. Nie mieli czasu do namysłu.
  Sięgnął na tył po wcześniej rzucone ciuchy. Skóra na jego ciele pokryła się gęsią skórką, ale nawet specjalnie tego nie odczuł. Wilgotny, od padającego wcześniej deszczu, wiatr owiał mu ramiona i nogi kiedy wsuwał na swoje biodra wygniecione ubranie. Stopy upchał w buty nawet nie przejmując się faktem, że ślizgają mu się po wkładce przez nadmiar błota jaki miał na palcach.
  Podszedł do pojazdu i wrzucił bieg na luz, a kiedy był gotowy zwrócił głowę w kierunku mężczyzny trzymającego dłonie na wozie. Jeśli mieli zrobić to razem — teraz albo nigdy.
 — Zróbmy to raz, a porządnie i zbierajmy się stąd — w jego głosie nie pobrzmiewało zestresowanie ani niepokój. Gdyby można było porównać jego wypowiedź do czegokolwiek, to przypominałaby słowa nastolatki, która właśnie oznajmiła światu, że zdała prawo jazdy. Głupkowaty uśmiech Ethana nieraz przyprawiał o dreszcze — właśnie z takim wyrazem kładąc dłonie na bagażniku spoglądnął na Haqvina. Niebezpieczna bomba tykała gdzieś w jego czaszce — ta mroczna i destrukcyjna. Dopóki wszystko szło tak łatwo, detonacja opóźniała się o kolejne minuty, osłaniając twarz szaleńca imitacją pełnej życia maski.
 — Na raz, dwa, trzy….
  Jego mięsnie spięły się. Zacisnął szczęki z całych sił zbierając w swoim ciele ostatki mocy, jaką odebrali mu sanitariusze. Pamiętał dzień kiedy dostał ataku euforii, nieco większej niż obecnej. Przypomniał sobie jak w zapiętych pasach przywieźli go na łóżku do sali zabiegowej. Będąc pod jasnymi światłami, wpatrywał się w śnieżnobiały sufit. Słyszał wtedy lekkie brzęczenie, dokładnie takie, jakie słyszał wtedy, gdy samochód z trudem obracał koła w błotnistym bagnie. Ethan wypuścił powietrze z ust i naparł całym swoim bokiem na pojazd, czując jak krople potu osadzają się na jasnym czole — pod tłustymi stronkami włosów. Wtedy też poczuł dotyk lekarzy, którzy nakładając na czoło elektrody podeszli żwawo do maszyny. Jeden z pomocników wcisnął mu w usta gryzak, aby nie poranił sobie języka. Oddech Ethana stawał się coraz cięższy, a obraz widniejący przed jego oczami przygniatał go, niemal uwalniając najciemniejsze demony.
  Zrób to, Ethan, zanim znów cię dopadną, mówił do siebie. Wyzbądź się tego.
  Wóz ruszył — z taką prędkością, że oboje o mało nie potknęli się o własne nogi i nie wpadli w błoto. Samochód wpadł do zarośniętego bajora, tonąć powoli — wbrew temu co widział na filmach zbyt powoli — aby być z tego pomysłu usankcjonowany.
 Ethan otarł czoło wierzchem dłoni i pochylił się trzymając za kolana. Oddychał głośno jak po biegu.
 — Kurwa, nie ma tak źle. Zawsze mogło okazać się płycej.
 Podniósł spojrzenie na jeziorko. Szyby kradzionego wozu były zalane już do polowy. To właśnie wtedy gdzieś w oddali — kilkadziesiąt kilometrów stąd rozległ się dźwięk szybujących helikopterów. Dźwięk wirujących skrzydeł rozpoznałby wszędzie — były zbyt charakterystyczne, aby pomylić je z czymkolwiek innym. W oczach Ethana pojawiło się zdezorientowanie. Spoglądnął na kumpla, jakby w jego twarzy miał odczytać jakieś wskazówki, ale zamiast słów wymalowanych na twarzy otrzymywał tylko spokój i opanowanie. Nie wiedząc czemu strach i paranoja znów osłabła — z powrotem wpełzła pod uśpiony mózg. Ten facet był wyznacznikiem jego szaleństwa i tylko on potrafił manewrować nim jak kukiełką.
 — Czym szybciej dotrzemy do wioski tym lepiej. W tych zaroślach nas nie zobaczą, nie?
  Oczekiwał potwierdzenia.
 Co jeśli go nie uzyskasz, Ethan?
  O tym miał się dopiero przekonać. Ruszył pospiesznie w stronę wioski, oglądając się za siebie, jakby upewniając się, że Haqvin wciąż dotrzymuje mu kroku.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 24.10.18 1:21
Nie spodziewał się, że wypowiedziane słowa spełnią swoją rolę. Raczej obawiał się, że w ruch będą musiały pójść bardziej dosadne argumenty, jednakże Ethan poszedł po rozum do głowy, a Haqvin odetchnął niewerbalnie, przepełniony ulgą. Dobry chłopiec, skomplementował go w obrębię własnych myśli, aczkolwiek nie miał zamiaru wypowiadać tych dwóch słów na głos. Poniekąd zdawał sobie sprawę, jak działał na tego świra i nie mógł odpędzić się od wrażenia, że takowe przyniosły odwrotny efekt do zamierzonego, albo wręcz przeciwnie - nakręciliby psychopatę i utwierdziły w przekonaniu, że Harrington skoczy za nim w ogień, a to nie do końca była prawda. Choć piroman go lubił, nawet bardzo, najprawdopodobniej, gdyby obaj wiedli w miarę normalne życie, mogłaby ich połączyć prawdziwa, męska przyjaźni, gdzie jeden wpływa na drugiego w motywujące sposób, ale nie tym razem, teraz zaledwie... pobudzali się nawzajem, bo inne określenie ich relacji nie miało prawa bytu. Mężczyzna dostrzegł to przy ich pierwszym spotkaniu, a potem sukcesywnie utwierdzał się w przekonaniu, że uczucia adresowane w kierunku tego człowieka nie były podsycane zdrowymi emocjami. Ten czubek go chorobliwie, niemalże obsesyjnie fascynował. Był ciekaw tego, jak zareaguje, co powie i co zrobi. Nieobliczalność - epitet najbardziej oddający jego charakter, sprawił, że właściciel czarnych włosów nie mógł odgonić od siebie myśli, że nie wyobraża sobie tego etapu życia bez niego. Potrzebował go jak powietrza. Tylko on był w stanie dostarczyć mu maksymalnej ilości wrażeń w przeciągu tak krótkiego czasu, wzniecić w nim dreszczyk adrenaliny - on i... gdyby Havigin musiał przyrównać do czegoś Ethan, z pewnością porównałby go do najlepszego żywiołu pod słońcem - do ognia. W bardzo podobnych kategoriach rozpatrywał jego egzystencje i jego stanowisko w tej sprawie nie zmieniło się od wielu miesięcy ich znajomości.
  — W poprzednim życiu byłeś gliniarzem?
  Kącik ust drgnął mu delikatnie ku górze po usłyszeniu tej sugestii. Nie, nie był psem. Nienawidził gliniarzy, a jego niedoszły teść tylko podsycił w nim ówże odczucie, sprawiając, że takowe na dobre się w nim zakorzeniło. Zachowywał się jak wrzód na tyłku. Pieprzony hipokryta. Na samą myśl o nim, miał ochotę dać komuś mocno w pysk, ale nie miał komu. Wolał nie krzywdzić swojego „przyjaciela. Obawiał się, że to nie wyszłoby im obu na zdrowie.
  Nabrał do ust odrobinę powietrza, by nieco ochłonąć i dopiero wtedy zabrał głos w tej sprawie, chociaż był pewny, że Ethan nie był w pełni władz umysłowych zadając mu takowe pytanie.
  — Chyba pojebało cię do cna — ocenił, a na ustach rozciągnął się drapieżny uśmiech, jeszcze bardziej obdzierając z urody jego szpetny ryj, bo otóż ukazał całemu światu wszystkie wnikające na twarzy zmarszczki i pielęgnowane przez lata niedoskonałości, a uzbierała się już tyle, że Haqvin przestał zaglądać do lustra. — Myślisz, że przeszedłbym z pozytywnym wynikiem te ich śmieszne testy psychologiczne? Hahaha. — Zaśmiał się w głos, nie mogąc się przed tym uchronić, a jednocześnie walczył, by do oczu nie napłynęły mu łzy rozbawienia. Nawet gdyby mu się udało, dostałby cholerny mundur i pozwolenie na trzymanie przy osobie broni, obawiał się, że w pierwszym odruchu spaliłby komendę, do której by go przydzieli, a potem wykorzystałby cały magazynek, strzelając w łeb kolejno wszystkich świadkom tego incydentu i udawał jedynego ocalałego z tej tragedii. — Nie, nie byłem gliną, ale uciekałem przed nimi przez półtorej roku, zanim jeden z nich nie przycisnął mi zimnej lufy do skroni i warknął na całe gardło „jesteś aresztowany”, więc ich metody nie są mi do końca obce — odparł z irytacją w tonie głosu, bo niewątpliwie w tamtym momencie nie przypuszczał, że poczuje na nadgarstkach zimny metal kajdanek. Niby wiedział, że to zasługa tej chorej na głowę dziwki, z którą sypiał, ale przez przynajmniej dwa miesiące trudno było mu w to uwierzyć, a potem przez kolejne trzy przeklinał swoją naiwność i to, że dał się zwieźć. Była kurwą, a takie za kasą są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Nic więc dziwnego, że wykręciła właściwy numer i wydała go bez mrugnięcia okiem, ożywiając swój portfel zastrzykiem gotówki, chociaż jeszcze w pierdlu doszły go satysfakcjonujące pogłoski, że nie dostała za to ani grosza i nadal zajmuje się tym, czy się zajmował, więc Harrington knuł spisek by ukręcić jej łeb, gdy wyjdzie z więzienia, a skoro jest na wolności... Nie, nie miał zamiaru tą sukę uraczyć chociażby jednym spojrzeniem. W ogóle sobie na to nie zasłużyła. Pewnie i tak jej tyłek ginie od pakietu chorób wenerycznych, pożerających ją kawałku po kawałku i niech tak pozostanie. Nie zasłużyła na łagodną śmierć. W jej przypadku takowa byłaby okazaniem miłosierdzia.
  — Let's go! — zawtórował Ethanowi i zabrał się do działa. Pchał jak najmocniej tylko potrafił, wykrzesując z siebie maksymalne pokłady siły, a przecież nigdy nie uchodził za osobą słabą. Dbał o swoją fizjonomią, jak najlepiej potrafił i nawet nie zaniedbał tego w psychiatryku. Poniekąd, zanim nie poznał się z tym psychopatą, seria ćwiczeń była jedyną rozrywką, którą mógł sobie zaserwować w ramach poprawy nastroju.
  Auto spełniło ich żądanie i zsunęło się wprost do bagna. Patrzył jak się w nim zanurza, jednocześnie mając oko na zniecierpliwionego kompana, który pewnie spodziewał się, że będzie jak na filmach. Raz, dwa i po sprawie. Chciał nawet zarzucić jakimś w miarę spójnym dowcipem, by go nieco uspokoić, ale pojawił się kolejny problem, o wiele poważniejszy i naglący. Najwidoczniej szczęście powoli ich opuszczało. Czas skonfrontować się z rzeczywistością.
  — Tsa, pewnie zostali namiary, że ośrodek dla czubków płonie i wysłali siły powietrzne, by zorientowały się w sytuacji — stwierdził z goryczą, bo nie sądził, że sprawy tak szybko się rozwinął, zważywszy na fakt, że psychiatry znajdował się na totalnym odludzi. Największym zadupiu na świecie, tam, gdzie nawet muchy zawracały. Jednakże, skoro tak szybko zostali powiadomieni o sytuacji, to mogło oznaczać, że ktoś mógł ocalić i powiadomić odpowiednie organy. Haqvin wolał, żeby jego podejrzenia nie okazały się słuszne, gdyż wtedy istniało ryzyko, że prawda szybciej ujrzy światło dzienne, ale dopóki budynek nadal płonął, wolał o tym nie myśleć. Musieli się stąd ulotnić, ile sił w nogach, uciec jak najdalej. Najlepiej na inny kontynent.
  Poszedł w ślad za Ethanem i zanurkował w sięgające mu aż po sam podbródek zarośla. Pędy roślin chłostały go w odsłoniętą skórę, ale zignorował ten fakt, zbyt zaoferowany tym, by nie wyrznąć orła, gdyż pod jego nogami pojawiły się liczne przeszkody w postaci kamieni, czy też wystających korzeni. Kroczył tuz za świrem, udzielając mu delikatnych wskazówek pod tytułem „w prawo”, „w lewo”, „a teraz delikatnie w prawo i cały czas prosto”. Nieszczególnie ufał jego orientacji w terenie; wolał tym aspekcie zaufać swoim przeczuciom.
  — By uczcić naszą ucieczkę, musimy powymyślać nowe dane personalne — zagadał po kilku minutach, by zagłuszyć cisze i szalone pomysły, które w międzyczasie mogły narodzić się pod szaloną kopułą. — Wiesz, fałszywe imię i nazwisko. Zmiana tożsamość dobrze nam zrobi. Uratuje nas przed wczesnym zdemaskowaniem i uchroni przed podejrzliwością — uściślił by mężczyzna jak najlepiej zrozumiał jego intencje. Harrigton nie był do końca pewny jak działał mózg jasnowłosego, dlatego powstrzymywał się od skrótów myślowych i dawał mu proste, precyzyjne wskazówki, a jeśli takowe nie były możliwe – tłumaczył mu wszystko dokładnie. Postępował z nim trochę jak z dzieckiem, albo z psem, ale nie miał wyjścia, jeśli chciał mieć pewność, że zostanie zrozumiany. Zresztą miał wrażenie, że Ethan nie czuł lub nie rozumiał różnicy między nimi, a luźniejszą wymianą zdań. W jego przypadku prochy bardziej podgryzły ośrodek myślowy, poza tym był już nadszarpnięty przez doskwierającą mu chorobę psychiczną, a odizolowanie od społeczeństwa tylko to pogłębia. — Nigdy nie narzekałeś, że jest Ethanem? Nie chciałeś mieć innego imienia?
  Nie wiedział, ile tak szli, ale kiedy ich stopy w końcu stanęły na stałym gruncie w charakterze chodnika, ciemność powoli przeradzała się w nowy świt, chociaż słońce jeszcze nie ukazało się na horyzoncie w charakterze jasnej łuny. Natomiast to, co jeszcze niedawno latało nad ich głowami, najprawdopodobniej już wylądowało, gdyż niebo było puste, przejrzyste, niemal pozbawione chmur. Życie budziło się do życia. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. Prosty rachunek.
  — Zaczekaj. — Podszedł do Ethana i uwolnił jego skórę od obecności gałęzi, uschniętych liści i innych form życia, której na niej zagościły w ramach koegzystencji. Po chwili to samo uczynił z własnym ciałem, ignorując istnienie kilku zadrapań, chociaż niezbyt podobało mu się to, że takowe dotknęły również tatuaży, zniekształcając powstałe na skórze obrazy, bowiem przesiedział o tatuażysty kilka niedziel i wydał za to więcej szmalu, niżeli za swój pierwszy motor. — Udajmy, że jesteśmy sympatykiem zdrowego stylu życia — podsunął, a gdy poczuł na sobie wzrok towarzysza, westchnął głęboko i odwdzięczył się tym samym. Nie miał pojęcia na jakimś świecie żył wcześniej jego wspólnik w zbrodni, ale najwidoczniej jego obycie z światem ocierało się o niewielki odsetek tego, co takowy oferował, a pobyt w zakładzie dla chorych psychicznie jeszcze bardziej ograniczył jego horyzonty. Dłoń powędrowała do zarostu. Podrapał się po szorstkiej skórze, po czym na ustach ukazał się uśmiech. — No... obcowanie z przyrodą, wege, uprawienia sportów i tego typu brednie. Zacznijmy od biegu, a raczej truchtu — zasugerował, bo jednak bieg w ich wypadku nie był zbyt korzystnym pomyłem. Samo przedostanie się do cywilizacjo nadwyrężyło ich kondycje, nie mówiąc już o doskwierającym im głodzie i braku snu, który szczególnie dotknął Ethana, który kilka godzin spędził przed kierownicą, nadzorując ich ucieczkę.
  Omiótł spojrzeniem okolice, by rozeznać się w terenie, ale w żadnym oknie nie świeciło się światło. Musieli wybrać, który budynek padnie ich ofiarą.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 19.11.18 18:02
Ruszając pospieszne w gęste, zapomniane zarośla miał wrażenie, że czas zwalnia — może nie koniecznie czas, ale… oni sami. Do ledwie uspokojonego umysłu zaczęły dobiegać sygnały i najróżniejsze bodźce, które napędzały tylko szare komórki szaleńca do pracy — niekoniecznie użytecznej. Niektóre segmenty jego zdziwaczałego mózgu powinny zostać nie tknięte; nie bez powodu znajdowały się pod kluczem. Każdy powrót do przeszłości był dla Ethana jak dobrze wymierzona strzała — nigdy nie pudłowała, trafiła w samo serce. Nawet teraz czując powracające, znane uczucie dezorientacji przekrzywił łeb, aby skupić wzrok na uciekinierze, który zwinnie dorównał mu kroku. Sylwetka ciemnowłosego krocząca tuż przy nim podstępnie zlewała się w mroczny kobalt gałęzi i liści. W pewnym momencie miał wrażenie, że w ciemnościach błyskają na niego tylko w te szare tęczówki.
  Śmigło jednego z helikopterów wydało nad ich głowami ostatni, długi chrapliwy jęk, a jasnowłosy, zdążył tylko syknąć i schylić się, kryjąc jedną ręką głowę. Doskonale czuł pęd z jakim się poruszał; wiatr rozwiał mu włosy. Niebieski wzrok nie odrywał się od unoszącego śmigłowca dopóki ten nie zniknął za cieniem olbrzymiego drzewa. Twarz Ethana znów zbladła przypominając oblicze człowieka, który wykąpał się w kredzie. Szybkie, zachłanne spojrzenie zatopiło się w Haqvinie, w jego osobistym wyznaczniku zagrożenia.
  Żaden mundurowy nie był w stanie ich dostrzec. I choć jasne świtała przesuwały się przy ich postaciach, to żadne nie sięgnęło tej części gąszczów, w których rozłożysta korona drzew tworzyła istną barierę przeciw powietrzną.
  Głupi zawsze mają szczęście.
  Kiedy odgłos wirujących śmigieł wydał się tylko leniwym wspomnieniem słyszanym jak piosenkę przez ścianę, odetchnął z ulgą. Wyprostował się. Otrzepał ręce i zaśmiał się sztucznie, jakby tym gestem miał dodać sobie odwagi. Białe, przydługawe, nieumyte stronki kleiły mu się do spoconego czoła i policzków; wydawać się mogło, że plątały się w krótkim, ledwo widzialnym zaroście.
  — Lekki poślizg, panowie. Impreza dla czubków zamieniła się w stypę. Zapraszamy ponownie na nowy rok. Nie zabraknie sztucznych ogni! — Okrył usta, aby wypowiedzieć tę kwestię na pozór głośniej, ale ostatecznie był to tylko żart i raczej nikt w samym środku dziczy nie mógł usłyszeć tej jakże pełnej szyderstwa kwestii. Niebieskie tęczówki znów skrzyżowały z nim drogę. Było w nich coś niebezpiecznego — przez moment Haqvin mógł dostrzec ich głęboko skrywaną brzydotę.
  Chwilę później przemierzali chaszcze. Porastające tu dzikie plączą, co chwila owiały się Ethanowi wokół kostek. Kilkukrotnie dostał gałęzią w pysk i chyba z tysiąc razy wdepnął w najgłębsze kałuże brei.  Piroman jednak sprawdzał się idealnie w byciu przewodnikiem. Jego chropowaty głos, odzywający się przy uchu białowłosego, wydawał się być jednym z tych, które czytając zwykłą gazetkę sklepową brzmi, jakby czytał fragment z najciekawszej książki. Artykulacja w jego brzmieniu, przypominała podstępnego węża — Szatana, który mamił ofiary tym co pragnęły usłyszeć. Ethan najwidoczniej poddany tej tonacji nie potrafił wywęszyć intencji, jakie kierował wobec niego mężczyzna. Teraz spoglądając na niego od czasu do czasu, zatrzymywał wzrok na tatuażach. Mapa kończyła się gdzieś na granicy cienia, który osłaniał dalszy ciąg obrazu. Pomimo iż tej nocy nie było mu dane się na nie napatrzeć, czerpał korzyści ze wspomnień z okresu jaśniejących nad ich głową jarzeniówek. Ethan wielokrotnie kazał czubkowi pokazać całość swoich nabytków, śledząc podstępnie każdy zawijas ciemnego tuszu; trzymał go wtedy za nadgarstki i wgapiał się w nie jak w obrazek. Gdyby tyko był odważny w młodości, tak jak stał się za kilku lat, pewnie ozdobiłby wzorami całe plecy.
  Może był na to w końcu odpowiedni czas na realizację marzenia?
  „By uczcić naszą ucieczkę, musimy powymyślać nowe dane personalne.”
  Stawiając wielkie kroki i przechodząc ostrożnie ponad powalonymi pniami spoglądnął na przyjaciela parskając głośno, jakby ten rzucił jakimś bardzo dobrym żartem. Nie dało się jednak ukryć tego znanego Haqvinowi błysku ekscytacji w szaro-niebieskich ślepiach.
  „Wiesz, fałszywe imię i nazwisko. Zmiana tożsamość dobrze nam zrobi. Uratuje nas przed wczesnym zdemaskowaniem i uchroni przed podejrzliwością. Nigdy nie narzekałeś, że jesteś Ethanem? Nie chciałeś mieć innego imienia?”
  Wpatrując się w tę zagadkową twarz oblizał brudny kącik swoich warg. Uśmiech spełzł mu z twarzy tak szybko, jakby na oblicze świra opadła zasłona. Musiała być niewiarygodnie ciężka i mroczna, bo na krótki moment jego oczy stały się nieobecne, jakby przyćmił je księżyc — druga połowa jego osobowości. W drzwiach jego umysłu słychać był powolny szczęk zamka i odsuwnego rygla. Demony kłębiące się za meblami powoli wychylały łby, a ich ostre, białe zęby były jedyną rzeczą, jaką dostrzegało się w ciemnościach tej strefy. Nie lubił stać sam naprzeciw tych uchylonych wrót. W jego wyobrażeniu powracał ponownie do dzieciństwa. Jeszcze nie tak silne, dziecięce pięści zaciskały się w kieszeniach, tworząc we wnętrzu dłoni, głębokie, krwawiące ślady.
  Życie Ethana od zawsze było idealne — bogacz w końcu nie powinien narzekać na dostatek, czyż nie? Tak powiedziałaby jego matka. Matka. Ale jak spojrzałaby na niego teraz? Na zaniedbanego, w przydługawych włosach, z brudem za paznokciami. Jak spojrzałaby na niego w tym momencie? A może — co by powiedziała? Objęłaby go i ucałowała w czoło? Prosto w jaśniejącą bliznę nad skronią? W głębi duszy chyba tego potrzebował i łudził się, że może stać się to prawdą.
  Ethan obrócił wzrok i spoglądnął przed siebie. Przesuwał nerwowo językiem wewnątrz ust, jakby próbował tłumić w sobie jakieś ukryte odruchy, jakie miałyby lada chwila wybuchnąć pod postacią nienazwanych słabości. Podrapał się po przedramieniu lewej ręki — dokładnie po kilkudziesięciu bliznach po żyletkach, jakimi delektował swoje ciało.
  — Już dawno powinienem zmienić imię — zaśmiał się nerwowo i nieco nieobecnie, wciąż spoglądając na wiszące nad ich głowami gałęzie. Przez sękate wywijasy przebijał się niechybny poranek. Ciało w zderzeniu w nagłym, lekkim oświetleniem zadygotało; na bladym torsie pojawiła się delikatna gęsia skórka. — Zrobię to po prostu z trzyletnim opóźnieniem – zarechotał i spoglądnął na kompana ponownie. W jego oczach widać było tłumiony szał. — Lepiej wcześniej niż wcale, co nie? Czy wyglądam ci załóżmy na takiego… — uniósł zarośnięty podbródek  w górę, jakby na niebie szukał czekających go odpowiedzi. — Diego? — parsknął. — Nie to zbyt dziwaczne. Edgar?
  Idąc podśmiechiwał się z własnych wymyślonych imion. Niedługo jednak trwało kiedy ostentacyjnie spoglądnął w twarz kompana.
  — Clyde — zawyrokował zadowolony ze swojej dziwacznej myśli. Z dzikim rozbawieniem dodał szybko: — A ty będziesz moją Bonnie.
  Widać było śmiech przeciskający się przez jego zaciśnięte, blade usta. Błysk w oczach był jak wykrzyknik. Jak kropka postawiona na końcu zdania. Nigdy szczególnie nie zastanawiał się nad dawnym życiem ciemnowłosego, ale w tym całym wcześniejszym wyzwaniu znajdował się jeden wspólny mianownik. Lufa. Zimna broń. To ich łączyło.
  — Kto wie? Może nowa Bonnie zechce zdać testy policyjne na szóstkę?
  Zaśmiał się wychodząc na chodnik. Ciemność jaka otulała ich sylwetki była nadal zbyt gęsta, aby zdołała ujawnić zarysy ich twarzy.
  Białowłosy spojrzał na prawo i na lewo. Przez krótką chwilę przypominał dziecko, które rozgląda się po drodze nim postanowi przebiec przez ulicę. W tym wypadku ulica nie była na tyle ruchliwa. Nie przejechał po niej ani jeden samochód — większość zaparkowana była na posesjach, które składały się na małą, nieco przyjemną okolicę. Jasnowłosy znów poczuł to dziwne uczucie zagubienia. Jak zwierzę, które dopiero co opuściło klatkę i nie do końca wie co powinno teraz zrobi, bo całe jego poprzednie życie zamknięte było pod kluczem, który tkwił po drugiej stronie drzwi.
  „Zaczekaj”
  Nieco skonsternowany spoglądnął mu prosto w oczy, gdy ten pozbawiał jego ciało z pamiątek po nocnej przechadzce. Nie wiedząc czemu, ale to krótkotrwałe zbliżenie zaowocowało znanym zapachem — zdziwił się, bo zapach ten towarzyszył Havqinowi zawsze i Ethan miał wrażenie, że jest uwarunkowany jego górnym odzieniem. Ale teraz kiedy jego tors był odsłonięty na nieco chłodną, wilgotną po deszczu noc, zrozumiał, że była to po prostu jego jedyna, unikalna woń. Ten drobny gest sprowadził odsunięty uprzednio na planety astralne umysł albinosa z powrotem na ziemię. Tęczówki stały się wyraźniejsze, a usta uformowały się w lekki uśmieszek — zauważalny tylko z bliska. Wyjaśnienie skrótu myślowego przyniosło płonny rezultat.
  — Tylko nie zostaw mnie w tyle, bo skopie ci dupę — rzucił i parsknął. Gdzieś znów ujawniła się w nim euforia. Nie minęła chwila, a poderwał się z miejsca ruszając kamiennym chodnikiem wzdłuż opustoszałej drogi. Upewnił się, że towarzysz ruszył jego śladem. Na ten widok, chciało mu się go popędzić z rozbawienia, ale w tych okolicznościach nie wydawało się to najmądrzejszym pomysłem.
  — Czyli wybieramy jeden z tych domów?
  Ethan truchtał wciąż przesuwając wzorkiem po mijanych domach. Na każdym terenie stał zaparkowany samochód — znak, że nie powinni ryzykować.
  — Bierzemy jeden z domów i zwijamy manatki? — upewnił się konfidencjonalnie, aby mieć świadomość ich wspólnego planu. Pomimo iż jak najszybciej ulotniłby się z tej wiochy i wyjechał gdzieś poza kraj, tak powoli zaczynał odczuwać skutki krótkotrwałego snu. Cienie pod jego oczami tworzyły już wyraźne podkówki.
  — Może ten?
  Zatrzymał się; to nogi go tu przywiodły. Patrzał na mały dwupiętrowy domek przez wysoką bramę. Budynek nie wyglądał na zbyt zadbany. Na terenie zielonej trawy rozkwitło już kilka pęków chwastów, a wcześniej zasadzone przy kamiennej dróżce kwiaty, trawiło silne przesuszenie.
  Ethan zaczął się rozciągać napinając swoje mięśnie, które od zawsze skrywał za długimi ubraniami. Nie były zbyt wyrafinowanym eksponatem, ale nie były też czymś, czego powinien się wstydzić. Noc dawała jasnowłosemu odwagi. I choć nigdy chętnie nie pokazywał śladów swoich wyborów, tak teraz wiedział, że większość okrywa mrok i nawet Haqvin nie jest w stanie dostrzec ich całkowitej głębi.
  Złapał za bramę dłońmi i zaglądnął przez szczeble, dopiero później dyskretnie przyjrzał się stojącemu przy nim mężczyźnie.
  — Co sądzisz?



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 26.11.18 22:32
Może na takiego nie wyglądał, ale wbrew pozorom wiedział, a przynajmniej domyślał się, jaki wpływ wywierał na tego szaleńca. Może właśnie dlatego udawało udało mu się go trzymać w ryzach Czasem czuł się jak gitarzysta. Zupełnie jak gitarzysta. (Ha, kto by pomyślał, że kiedyś naprawdę umiał... pociągać za struny i robił to naprawdę skutecznie,  skoro udało mu się wyrwać na jej melodię małolatę z dobrego domu.) Teraz też za nie pociągał. Umiał wydobyć z Ethan tego, czego nie udało się wskórać psychiatrom z dyplomami ukończenia najlepszych szkół  w całym kraju. Umiał go zmotywować do działania, wskrzesić w nim siłę do życia.
  Bez ostrzeżenia złapał w palce jego podbródek, kciuk lokując na dolnej wardze mężczyzny. W zasadzie to zaledwie musnął opuszkiem palca jej miękkiej struktury, mając wrażenie, że jeśli temu czubkowi nie spodoba się taka forma zbliżenia, może mu go nawet odgryźć, a jednak za bardzo je lubił, by pozwolić sobie na ich utratę w tak głupi sposób.
  — Nie zostawię cię — zapewnił, patrząc mu prosto w oczy, po czym nachylił się do jego ucha i wyszeptał: — Jeśli będziesz umiał dotrzymać mi kroku, nigdy cię nie zostawię — szepnął, otulając swoim oddechem jego skórę. Czuł jej odór - pot, zmęczenie. Brak higieny przez ostatnią dobę zrobiło swoje, ale nie czuł odrazy z tego tytułu. Sam był w nieco gorszym stanie, bo to odoru potu dochodził też smród dymu, pożogi, którą ku swojej radości pozostawił za swoimi palcami, gdy wjeżdżali na asfalt z piskiem opon, pozostawiając za sobą usypaną żwirem, drogę pełną dziur.
  Jeszcze przez chwilę pieścił pod palcami skórę swojego... przyjaciela (miała wyjątkowo miękką strukturę), po czym rozluźnił ucisk. Nie miał czasu na to, by układać mu w głowie pewne kwestia. Pewnie jeszcze do nich wróci, ale nie teraz, nie w tej chwili. Teraz inne rzeczy zaprzątały mu myśl, ale najwyraźniej Ethan miał wyjątkowo dobrą kondycje psychiczną, bo nie zostawił go z tym samego. I piroman to doceniał.
  Przycisnął dłoń ust, by stłumić śmiech. Obawiał się, że taki dźwięk na pustej ulicy może wzbudzić zainteresowanie wśród ludzi, którzy byli zmuszeni opuści swoje ciepłe łóżka o wczesnej godzinie porannej w celach zarobkowych. Sam niegdyś wstawał o świecie, by przez dwanaście godzin babrać się w silniach obcych fur. Zwykle robił to w akompaniamencie trajkotu ich uroczo-głupich, wypiżdżonych przez tonę tapety właścicielek, który jak latarenki nadawały o tym, że jeśli nie naprawi im tej usterki w przeciągu kilku godzin, to Mąż zabierze mi kluczki, albo wie pan, zrobi mi coś o wiele gorszego. Miał wtedy ochotę odpowiedzieć: Co mnie to obchodzi? Uważaj jak jeździsz, głupia krowo. lub też Mam nadzieję, że tym razem podbije ci dwoje oczu, a nie jedno. Prawda była taka, że większość z tych głupich pizd nigdy nie podchodziło do egzaminów na prawo jazdy. Karta kredytowa w ich świecie załatwiała wszystkie problemy. Jednak czasem zdarzało się, że sprawcami wypadków byli przedstawicieli jego płci ględzących mu za uszami traktuj z czułość mój największy skarb, bo za to ci płacę. Scyzoryk otwierał mu się w kieszeni za każdym razem, gdy to słyszał, a czasem zawieszał spojrzenie na kanistrze z benzyną, ale w gruncie rzeczy nigdy nie urzeczywistnił swoich dzikich fantazji na tych fiutach. Wtedy posiadał jeszcze coś takiego, co psychiatra nazwał wyrzutami sumienia; włączał się w jego głowie w postaci zapalnika, mówił głosem jego nieżyjącej babki wylecisz na zbity pysk, jeśli to zrobisz, wywoływał na jego ustach niebezpieczny uśmiech i układał na nich słowa: Jasne, klient nasz pan. I odchodził do swojej roboty, uprzednio wycierając smar z rąk o brudną szmatę, by tym kutasom nie upaprać siedzeń, chociaż w rzeczywistości marzył o tym, by przejechać po lakierze śrubokrętem i wyryć na nim napis: Klient nasz pierdolony plan. Niemiej wiedział, że ten obrót sprawa nie spodobałoby się jego szefowi, który ponoć miał jakieś mafijne układy, dlatego wolał się nie wychylać. Mimo wszystko chciał dożyć tej jebanej trzydziestki, a przynajmniej takie myśli kształtowały mu się w głowie w poprzednim życiu. W życiu bez psychotropów, gadek natury motywującej, namawiających do zmiany. W życiu, gdzie posiadał jakieś hamulce. W życiu, gdzie nie było mu Ethana, a nawet miejsca na jego istnienie.
  — Jasne, mogę nazywać się Bonnie, ale na pewno nie jestem twój. Nie wyobrażaj sobie za wiele — parsknął w ramach rozbawienia, chociaż niewątpliwie też był skłonny użyć w stosunku do niego takie określenia. Poniekąd miał wrażenie, że od chwili rozmowy na tej cholernej klatce schodowej wytworzyła się między nimi trudno do zdarcia więź, pewna zażyłość, a na przestrzeni minionych miesięcy przemieniła się w narkotyczne przywiązanie, bo przecież Harrington miał przynajmniej dwie szanse oprócz tej, podczas których mógł zostawić ośrodek dla czubków za sobą, a jednak nie uczynił tego, mimo świadomości, że taka szansa może się już nigdy nie powtórzyć. Może po prostu potrzebował kogoś blisko siebie, by do końca nie zwariować. Kogoś, kto powie „nie możesz tego spalić, chory sukinsynu”. Kogoś, kto przeszedł podobne piekło do jego własnego. Kogoś, kto też nie miał w życiu lekko, chociaż z drugiej strony... Nic nie wiedział o tym, kim był Ethan, zanim nie trafił do ośrodka. Równie dobrze mógłby być paniczykiem z dobrego domu, który nie miał pomysłu na siebie, więc z racji braku zajęć zaczął czerpać dziką satysfakcję z zadawania sobie samemu bólu, ale... Nie, gówno go to obchodziło. Ethan był taki sam jak on. Nieobliczalny, chory psychicznie. I tak samo, jak on uciekł z miejsca, z którego żaden z nich nigdy nie powinien uciec, a ucieczka niosła za sobą nieciekawe w skutkach konsekwencje, bo nie dość, że uciekli, to jeszcze za pośrednictwem ognia uśmiercili najprawdopodobniej cały personel i wszystkich przebywających tam pacjentów. Jak nic zostanie okrzyknięty seryjnym mordercą, a Ethana oskarżą o współudział, więc pewnie w efekcie usmażą ich na krześle elektrycznym. W gruncie rzeczy byli na siebie skazani, tak długo dopóki trwała ich współpraca. Tak długo, jak Ethan rozumiał, co się do niego mówiło. Tak długo, jak nie wywinie mu żadnego numeru.
  Zerknął na dokonany przez niego wybór, a potem rzekł, z ulgą się zatrzymując:
   — Tak, zgadza się. Właśnie tak zrobimy. Zmieńmy ciuchy, by wyglądać jak ludzie. Może coś zjemy, a potem wyniesiemy się z tej zapyziałej dziury. — (Zaczniemy wszystko od nowa, razem. Jak Clyde i Bonnie.) — I jasne, może być ten. Czemu nie. — Bez żadnych „ale” zaakceptował ten dom, jako ofiarę ich rabunku, gdyż pod pewnym względem wydawał się być strzałem w dziesiątkę. Wyglądał na opuszczony, a jednocześnie jeszcze niedawno zamieszkały, o czym świadczyła ograniczona ilość chwastów w ogrodzie. Jakby ktoś opuszczał go w pośpiechu, uciekając przed konsekwencjami swoich czynów.
  Na ustach mężczyzny ukazał się kącikowy uśmiech.
  — Sądzę, że do nas pasuje — ocenił, gdy kolejne pytanie uleciało z gardła, stojącego obok mężczyzny. Gdyby faktycznie był opuszczony, mogliby przynajmniej na chwilę odetchnąć pod dachem nad głową,  w miarę bezpiecznej kryjówce, gdyż nie miał pojęcia, czy los jeszcze uśmiechnie się do nich w ten wyjątkowo kuszący sposób, jak prostytutka zachęcająca mężczyzn do swoich usług.
  Złapał za klamkę i obrócił ją w palcach. Furtka była otwarta, ale obawiał się, że zaskrzypi na zawisach, więc zrezygnował z tego pomysłu. Nauczył się ostrożności.
  — Nie powinniśmy korzystać z głównego wejścia. Ktoś może to zauważyć — podsunął. W końcu znaleźli się na ulicy niemal jednakowych domów jednorodzinnych, z tym, że ten był ulokowany jako ostatni. Jak wyrzutek. Jak oni. —  Chodź. Przejdziemy przez płot — podsunął i sam przemieścił się w kierunku ubocza, ślepego zaułka, końca niezbyt atrakcyjnej dzielnicy, wiedli życie wiedli zwykli obywatele tego pojechanego w kosmos państwa.
  Zanim Ethan wykonał chociażby jedne krok w jego stronę, Havqin zacisnął dłonie na siatce i zaczął się po niej wspinać, jak po drabinie. Jeden strzeble, a potem drugi, trzeci, czwarty. Co prawda gdzieniegdzie na powierzchni jego skóry pojawiły się zadrapania, ale zdawał się tym nie przejmować. Był w zbyt dobrym nastroju, a byle ból nie mógł wypłynąć na jego samopoczucie.
  Będąc w połowie drogi, zerknął na swojego towarzysza nieco z góry, jednocześnie zastanawiać się czy znajdzie w mieszkaniu paczkę fajek.
  — Jeśli nie chcesz zostać w tyle, pośpiesz się — podsunął, modulując głos do postaci  enigmatycznego szeptu, by Ethan mógł odczuć to jako mocniejsze doznanie, zachętę do działania, przysłowiowego kopa tyłek. No dalej, dogoń mnie, skurwielu. Nie stój tam jak ciota. Bierność nas zabije. Bierność wpakuje nas z powrotem do pierdla.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Shay on 05.12.18 22:34
Kiedy spoglądnął na stojącego obok Haqvina obraz zasnuło mu nie tak odległe wspomnienie. Miał wrażenie, że bliskość jaka znów się między nimi wyrodziła spowodowała, iż dotyk szorstkich palców szaleńca ponownie zaswędział go po twardych kościach policzkowych. To coś mu przypominało: zdębiał, nieco pobladł patrząc prosto w szare oczy jakby próbował doszukać się pokrycia wypowiadanych słów wgłębi odbitego mrokiem spojrzenia. Nie dało się ukryć, że Haqvin był dla Ethana wyznacznikiem — lampką, która prowadziła go przez cienie, nie pozwalając na nie spojrzeć. Teraz ten znak dał mu kolejny cel: nie zostawać w tyle. Pod żadnym pozorem.
  Epizody manii jakie miewał Ethan wiązały się z silna nadpobudliwością, jednak stojący przy nim mężczyzna z łatwością odganiał depresyjny stan albinosa, nie pozwalając na jego nawrót. Wychodziło mu to bezbłędnie. Do czasu. Właśnie. Ile czasu człowiek mógł przemieszczać się z tykającą bomba pod pachą? Haqvin nie miał pewności czy mężczyzna nie zatrzyma się niespodziewanie w półmroku i opuści łeb. Nie miał też pewności, że ten nie złapie za ostry kawałek potłuczonej doniczki i nie wbije sobie ostrza między żebra. Ethan nie był spełnia rozumów. Nie kiedy leki paliły się na jego nocnej szafce, w ośrodku ulokowanym kilkanaście kilometrów w głąb dżungli.
  "Tak, zgadza się. Właśnie tak zrobimy. Zmieńmy ciuchy, by wyglądać jak ludzie. Może coś zjemy, a potem wyniesiemy się z tej zapyziałej dziury."
  Wielu ludzi chorych na CHAD przelewa wszelkie zainteresowanie w jedną dziedzinę. I kiedy efekt manii narasta, narastają wraz z nią chore, wręcz toksyczne chęci zgłębiania tych źródeł. Mogło się wydawać, że w przypadku Ethana, całe zainteresowanie przelało się na mężczyznę, który teraz spokojnie lustrował wzrokiem okolice. Cokolwiek nie powiedział, szajbus czuł potrzebę, aby za nim podążać; udowadniać mu, że jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody i wywieźć ich poza granice. Z pewnością byłby w stanie ukraść helikopter i zrzucić linę kompanowi, aby ten wspiął się na górę niczym agent w mission imposible.
  Teraz jednak stali przed domem, a powoli zatracający się zdrowy rozsądek Ethana zostawał surowo sprowadzany na ziemię. W idealnym momencie.
  "Pasuje do nas."
  Albinos uśmiechał się dość niewinnie jak na gościa blisko trzydziestki z brudnymi, przetłuszczonymi włosami i nieogolone gębą. Pewnie wyglądałby o wiele młodziej gdyby pozbył się tych postarzających go aspektów. Nie można było powiedzieć, jednak że nie pasował mu zarost i dłuższe włosy — pasowały, tak w końcu poznał go Haqvin. Miało się jednak wrażenie, że te twarde zarysy szczęki mogą prezentować się bez szorstkich włosków zupełnie inaczej.
  — Jest tak samo zarośnięty. Rozumiem aluzje. — Niemal parsknął na całe gardło — powstrzymał się i ukazał kompanowi rząd białych zębów — musiał o nie dbać. — Czemu--
  Kiedy piroman puścił klamkę i dodał swoje obiekcje, Ethan zmarszczył czoło jakby usiłował wprawić w ruch jakieś ukryte zębatki mózgu. Długo nie rozumiał czemu czubek zrezygnował z tego rodzaju wejścia - sam zdążył zauważyć, że furtka jest otwarta. Z uchylonymi wargami przyglądał się jak facet wspina się na siatkę. Robił to niesamowicie sprawnie. Niemal zamrugał z niedowierzania, a wyrwał go z zamyślenia dopiero głos szajbusa:
  "Jeśli nie chcesz zostać w tyle, pośpiesz się”.
  Zostawał w tyle. W ciemnościach dawnego siebie. Cień jaki rozlewał się za jego postacią był oślizgły i mroczny, już niemal łapał go za nadgarstki.
  „(…) pospiesz się.”
  Zaskoczyło. Nie pytając o wyjaśnienia przybliżył się do siatki. Złapał w palce jej chłodny materiał i spojrzał w górę. Ogrodzenie nie było wysokie, ale z pewnością oboje mogli się solidnie poranić. Oblizał dolną wargę — poczuł na języku smak dotyku Haqvina. Przełknął głośno ślinę i zaczął się wspinać. Nie szło mu tak rewelacyjnie jak piromanowi, ale wystarczająco sprawnie, aby żwawo stawiać stopę wyżej i wyżej. Czuł jak siatka ugina się pod ich ciężarem, ale nie rezygnował. To był kolejny motor, kolejną atrakcja.
  Znów czuł, że żyje.
  Kiedy łapał wyższych krawędzi drutu zapominał o problemach i przeszłości; zapominał również, że mogło już go tu nie być. Ciekawe kto wspinałby się teraz na jego miejscu? Kto dotrzymywały kroku Haqvinowi? Czy jego brak przyczyniłby się do uratowania ośrodka? Nie spłonąłby pod gorączkowymi myślami jakie napadły ich tej nocy? Życie od zawsze było pasmem przewijających się o siebie zdarzeń. I nikt z pewnością nie znał odpowiedzi na te pytania.
  Przeskoczył na drugą stronę pierwszy, nawet nie wiedział kiedy jego determinacja stała się tak silna, że przyspieszył, aby chwilę potem wylądować miękko na stopy. Wyszczerzył się głupkowato do Haqvina, jak pies, który ma zostać pogłaskany po głowie za idealnie wykonana sztuczkę.
  — Nie żartowałeś z tymi miłośnikami sportu. Nawet się rozgrzałem — rzucił konspiracyjnym szeptem ruszając barkiem, aby rozciągnąć zastygłe mięśnie. Nie pamiętał kiedy ostatnio uprawiał sport tak intensywnie. Kiedy miewał ataki ciężkiej depresji wyjście z łóżka było już potężnym wyczynem.
  Niebieskie tęczówki szybko przeczesały okolice. Wśród wszechobecnych chaszczy do drzwi wejściowych prowadziła kamienna dróżka — widać ją było nawet pod opadającymi na powierzchnię liśćmi kniei.
  Ethan nie odezwał się kierując bezpośrednio do okien, aby upewnić się, że nikogo nie ma w domu. Najwidoczniej zdrowy rozsądek po raz kolejny dał o sobie znać.
  — Czysto.
  Pełne ekscytacji spojrzenie skierowało się na piromana. Zaczął się gryźć po policzkach czując narastające podniecenie. Zaczął robić się niespokojny.
  Domek faktycznie sprawiał wrażenie opustoszałego. Za ubrudzonymi oknami nie było widać żywej duszy. Mieli okazję.
  — Drzwi są otwarte — odezwał się Ethan kiedy w ekscytacji złapał za klamkę. Wydało mu się to co najmniej dziwne, ale nie bacząc na reprymendę Haqvina pchnął wrota do środka. Drzwi pomimo starych zawiasów nawet nie skrzypnęły, a już miało się wrażenie, że wydadzą z siebie żałosny jęk.
  Psychol niepewnie zagłębił się w ciemność rozglądając uprzednio na boki. Drzwi wejściowe prowadziły do przedpokoju — długiego, na którego końcu znajdowały się schody. Na prawo od wejścia usytuowana była kuchnia, a na lewo pokój zamknięty pod kluczem; trochę dalej przy schodach widać było zarys salonu (kanapa wyłaniała się z mroku).
  — Ładna laska jak na taki staromodny dom.
  Tajemniczy głos Ethana ulał się z mroku. Haqvin z początku mógł nie wiedzieć o co chodzi kompanowi, ale kiedy tylko spojrzał na to co trzyma w dłoniach szybko wszystko stało się jasne.
  Zdjęcie. W nikłym świetle było niemal niewidoczne. W ramce widać było dziewczynę w wieku około trzydziestu z dwójką dzieciaków pod pachą. Miała blond włosy upięty w wysoki kok, a czorty pod jej rękoma uśmiechały się na całą szerokość twarzy.
  — I to już zaliczona — zauważył z wolna odkładając zdjęcie na stolik z którego wcześniej pochwycił pamiątkę. — Chociaż powiadają, że te z doświadczeniem są znacznie lepsze. Osobiście nie wiem, bo nie próbowałem.
  Na stoliku oprócz rodzinnej pamiątki widać było również stos, rozrzuconych papierów. Wyglądały jak rachunki i dokumenty, ale Ethan kompletnie się nimi nie zainteresował. Spojrzał w ciemności na kompana, jakby musiał się upewnić, że jest przy nim. Że go nie opuścił. Następnie jego wzrok skierował się w kierunku salonu. Stwierdził, że nie będzie ruszał zamkniętych drzwi po swojej lewej.
  — Chcesz się rozdzielić?
  Wyszeptał cicho postępując ku niemu, a enigmatyczny szept zabrzęczał w starych naczyniach stojących na kredensie.
  Źrenice Ethana nieco się zacieśniły.



mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x
avatar





Shay
Krupier     Opętany
GODNOŚĆ :
Takahiro 'Shay' Karasawa.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Yury on 08.12.18 16:42
Po krótkim wysiłku mięśni, znalazł się wreszcie na szczycie siatki otaczającej teren domu. Zeskoczył z niej na wysoką trawę, czując jak ta łaskocze go w odsłonięte części ciała. Odczekał chwile, aż Ethan uczyni to samo, mimo iż w pierwszej chwili nie miał ochoty czekać, ale po przeanalizowaniu sytuacji, uznał tę opcję za bardziej bezpieczną. Przede wszystkim nie chciał go prowokować do nieobliczalnego zachowania, poza tym nie mieli pewności, czy na ganku nie ukaże się jego właściciel z dubeltówką i zacznie do nich strzelać jak do kaczek w imię zasady to teren prywatny bez żadnego ostrzeżenia. Potem, nie wiedzieć dlaczego, pozwolił prowadzić albinosowi. W końcu zawsze mógł go wykorzystać w roli tarczy. Nie protestował, kiedy nań dłoń znalazła się na klamce i czekał cierpliwie aż za nią pociągnie i otworzy drzwi. Najwidoczniej przez długi okres czasu nie były naoliwione, bo przywitały ich z jękiem. Może w ten sposób chciały ich ostrzec, ostudzić zapał, ale nie przyniosło to zamierzonego efektu. Obaj marzyli o tym samym - o świeżym komplecie ubrań i jedzeniu.
  Po przekroczeniu progu, zamknął za sobą drzwi, a potem omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Spodziewał się ujrzeć nagie ściany, ale najwyraźniej poprzedni właścicieli domu nie zdążyli ogołocić mieszkania z mebli. Ujrzawszy duży kształt w przedpokoju od razu rozpoznał w nim szafę. Zajrzał do niej, a na jego ustach ukazał się uśmiech. Zastał tam plecach plecach, choć dojrzenie go wśród mroku przyszło mu to z trudem. Oczy dopiero po kilku chwilach przystosowały się do panującej zewsząd ciemności.  
  — Póki co wszystko układa się po naszej myśli — zwrócił się ku swojemu kompanowi, choć nie był pewny, czy takowa informacja napełniła go entuzjazm. Coś mu podpowiadało, że szło im za łatwo i ta myśli nie dawała mu spokoju, jednak nie podzielił się z nią z towarzyszącym mu psychopatą, nie chcąc dokarmiać gnieżdżących się w nim paranoi. Zarzucił plecak na ramię i ruszył tuż zanim, rozglądając się na każdą ścianę i na każdą wiszącą na niej ozdobę. Wydawało mu się, że ten dom jeszcze kilka tygodni temu tętnił życiem swoich współlokatorów, ale z jakieś powodu ci podjęli decyzje o szybkiej przeprowadzce, gdzie w grę wchodziło spakowanie najważniejszych rzeczy niezbędnych do przeżycia, a nie całego asortymentu budynku.
  Zatrzymał się, kiedy z ust Ethana padło coś na wzór komplementu. Przez chwile nie wiedział o co mu chodzi. Zrozumienie przyszło kilka minut później. Wygiął kącik ust ku górze po tym, jak padły kolejne słowa ze znajomego gardła. Nawet nie pamiętał ile razy zaciskał na nim swoje palce (przestał liczyć po tym, jak zabrakło mu palców w obydwóch dłoniach). Uchwycił w palce fotografię i przyjrzał się zawartości, ale przeciwieństwie do Ethana, nie zachwycił się urokiem osobistym widniejącej na niej kobiety. Ten etap życia miał dawno za sobą, poza tym jego myśli krążyły wokół ucieczki. Musieli w możliwe jak najszybciej przedostać się do sąsiadującego stanu.
  — Ciekawe co zmusiło ich do opuszczenia tego domu w takim pośpiechu — rzucił mimochodem, by jego towarzysz nie poczuł się zignorowany.
Mąż-szaleniec, przeszło mu przez myśl, a na wargach pojawił się uśmiech, jakby takowa sprawiła mu niewytłumaczalną przyjemność.
  Przeciwieństwie do Ethana, piroman przystał przy stoliku i zerknął na stos dokumentów. Mimo wszystko chciał zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, jakie imię nosiła piękność ze zdjęcia.
  — Ta blondi nazywa się Florence — stwierdził, odnajdując je na jednej z kopert. Musiał się nachylić, by rozczytać mały druk. Jeśli pamięć go nie myliła - na kopercie znajdował się stempel elektrowni. — Chyba miała problemy finansowe — dodał.
  Co prawda nie tknął chociażby palcem papierów, nie chcąc pozostawić na nich swoich linii papilarnych, ale nie musiał, by dojrzeć wiele zaległych rachunków. Ich istnienie wcale go nie zdziwiło. Problemy finansowe dotykały wielu mieszkańców tego pojebanego kraju.
  — Chcesz się rozdzielić?
  Zastanowił się przez chwilę nad swoimi chęciami w tej kategorii. Z jeden strony tak powinni uczynić, bowiem czas nie był po ich stronie, ale z drugiej... Nie wiedział, czy Ethan był gotowy na chociażby krótkotrwałe rozstanie, które w każdej chwili mogło przełączyć wyłącznik tkwiący w jego mózgu.
  —  Jasne, możemy się rozdzielić. Sprawdź piętro, ja przyjrzę się z bliska pomieszczeniom na parterze — powiedział w końcu, analizując sytuacje. Zgadywał, że kuchnia z ostrymi przedmiotami znajdowała się na tym segmencie, a więc przynajmniej Ethan nie poderżnie sobie żył nożem, gdyby takowy wpadł mu w ręce, choć w przypadku jego kreatywności istniało dużo innych możliwości samookaleczenia, w tym lustro, żyletka, czy nawet z pozoru niewinnie wyglądający papier, ale musieli zaryzykować. Czas ich naglił, a potrzebowali nowych ubrań, jedzenia i ewentualnie szybkiego prysznica, by zmyć z siebie brud i doprowadzić ciała do względnego porządku.
  Zanim przemieścił się do kolejnego pokoju, utkwił wzrok w plecach oddającego się Ethana, który najwyraźniej przystał na jego propozycje, a gdy ten znalazł się na pierwszym stopniu schodów, prioman postanowił przerwać milczenie.
  — Ethan — wymówił miękko jego imię, a na oszpeconej przez zarost i brud twarzy zatlił się uśmiech demonstrujący zmarszczki mimiczne wokół ust. — Pamiętaj, że jestem na dole, więc gdybyś poczuł się nieswojo, krzycz. —  Zbliżył się do niego i poklepał go z wyczuciem po plecach w ramach dodania mu otuchy w tym trudnym czasie, chociaż nie wiedział czy to w jakikolwiek sposób wpływanie na jego kondycje psychiczną, skoro ten wyczyn nie udał się psychiatrom z dyplomami ukończenia prestiżowych uniwersytetów. Dzięki temu już wiedział, jak czuł się jego szurnięty dziadek, zmuszony do przejścia po polu minowym tuż przed zakończeniem wojny. Kiedyś starzec doprowadzał go do znużenia swoimi opowieściami, a teraz był mu za takowe wdzięczny, mimo iż nie potrafił zbyt dokładnie sprecyzować tego uczucia. — Nie jesteś sam, Ethan, pamiętaj. — Wystawił kciuk do góry w tym samym celu, w którym skonfrontował dłoń z plecami mężczyzny. — Do dzieła, stary. Potrzebuję cię. — Mrugnął do niego, po czym oddalił się by zbadać pierwszą część budynku. Miał nadzieję, że taki zabieg wystarczy, by podnieść samoocenę psychopaty i nie doprowadzić go na kraniec złamania nerwowego.
  Nie mylił się co do swoich przypuszczeń. W niedalekiej odległości od salonu znajdowała się kuchnia z pełnym wyposażaniem. Zajrzał do każdej szuflady (z jednej z nich wyjął nóż kuchenny), szafy, a na koniec do lodówki, by się o tym przekonać. Ta ostatnia była przepełniona żywnością - wśród produktów znajdowały się takie, które datę przydatności miały już dawno za sobą, ale były też te, które nadal nadawały się do spożycia. I to właśnie takowe przykuły jego uwagę. Schował je do wcześniej znalezionego plecaka, a gdy skończył plądrować zawartość lodówki, rzucił pomieszczeniu ostatnie spojrzenie i oto zauważył wiszący na gwoździu klucz nieopodal wejścia do salonu. Zastanowił się przez chwilę jakie było jego przeznaczenia, ale po chwili przypomniał o sobie o zamkniętych na klucz drzwiach. Nic nie stało na przeszkodzie, by sprawdzić co się za nim znajdowało.
  Ujął go w dłoń i wrócił do tamtego pokoju. Wkładając klucz do zamka, odkrył dwie rzeczy. Po pierwsze — bingo! — pasował idealnie. Po drugie drżały mu lekko dłonie, ale nie zaważając na ich stan, przekręcił go w nich i nacisnął na klamkę. Smród stęchlizny dotarł do jego nosa w akompaniamencie kurwa, które uleciało z jego ust. Najwidoczniej znalazł zejście do piwnicy, ale nie był pewny, czy zejść po schodach na dół. Słyszał w głowie stanowcze nie rób tego!, ale pokusa była zbyt silna, by wsłuchać się w głos rozsądku. Poza tym istniał pewien procent szansy, że znajduje się tam spiżarnia, a więc dodatkowa porcja jedzenia. Uchwyciwszy w dłoń nóż, pokonał kilka pierwszych stopni. Na dole panowała jeszcze gęstsza ciemność. Poczuł na ciele gęsią skórkę.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Re: It's the world gone crazy

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Powrót do góry