Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Rhett on 10/8/2018, 21:22
Wzrokiem śledził przelatującego wysoko w górze ptaka. Kolorowe upierzenie od razu przywiodło na myśl papugę, jednak stworzenie wydawało się zbyt duże i szybkie. Przemyślenia porzucił na rzecz obrony, w ostatnie chwili łapiąc w dłoń szarżującą prosto na twarz gałąź.
Nie ma, przecież byś ją zobaczył — wytknął od razu. Zamiast patrzeć przed siebie, zatrzymywał spojrzenie na każdym mijanym krzaku. Każda rzecz wydawała mu się jakaś... dziwna. Liście nie takie, owoce nie takie, drzewa nie takie i w ogóle wszystko nie takie. Całkiem inaczej zapamiętał gatunki roślin omawiane przez nauczycielkę na lekcjach oraz te wyłapane podczas programów przyrodniczych.
Zamyślił się do tego stopnia, by nagłe pytanie towarzysza podróży zaskoczyło jak atrakcja w domu strachów. Drgnął w miejscu, obrzucając drugiego chłopca nieco gniewnym spojrzeniem.
Nie możemy jej skrzywdzić — zaprzeczył od razu, nie biorąc pod uwagę, że nawet z wyposażeniem w postaci broni dwójka dzieciaków niewiele zdziała przeciwko wielkiemu drapieżnikowi. — Rose zawsze powtarza, że tylko źli ludzie krzywdzą zwierzęta. Jest dorosła, więc wie, co mówi.
Z drugiej strony czegoś potrzebowali. Sami może i nie mieli złych zamiarów, ale pantera przecież tego nie wiedziała. Mogła zaatakować, broniąc własnej skóry, tak kiedyś wyczytał.
Rozejrzał się na wszystkie strony, szukając nici inspiracji. Zahaczał wzrokiem o każdą gałąź, wystający korzeń, kamienie i dumał, mrucząc cicho pod nosem.
Patrz — wskazał na jedno z drzew. Jego pień rozchodził się na trzy części. Każda gruba, na tyle mocna, by utrzymać ciężar dwóch dziesięciolatków. Było powykręcanie w niemal idealny sposób. Perfekcyjny okaz do wspinaczek, gry w chowanego i budowania bazy. — Pójdziemy jeszcze trochę dalej i wejdziemy na drzewo. Popatrzymy na nią z wysokości — jak dla niego propozycja brzmiała kusząco. Z błyskiem w barwnych tęczówkach spojrzał na Jonathana.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Arcanine on 14/8/2018, 20:53
Miał ochotę wspomnieć o małym szczególiku — na przykład takim, że wokół były same chaszcze, przez które trzeba się było przedzierać jak po wejściu w koci kłębek. Jak przez takie zarośla miał dostrzec cokolwiek? Powstrzymał się sam nie do końca rozumiejąc dlaczego. Może miał dość kłótni o byle co (wiadomo, zasada: „mądrzejszy ustępuje, skoro głupszy nie umie”), a może po prostu skupił się na wsłuchiwaniu w wyspę i to ostatecznie pochłonęło całą jego dziecięcą uwagę. W koronach drzew hałasowały ptaki — ćwierkały, huczały, skrzeczały. Do tego dochodziło bzyczenie owadów; dookoła śmigały małe muszki, ale Jace był pewien, że niektóre insekty musiały być o wiele, wiele większe, bo ich odgłosy były zbyt mocne. Wszystko tutaj wydawało się jakieś wyrośnięte.
— Nie możemy jej skrzywdzić.
Co? — bąknął zaskoczony, nakierowując wzrok na swojego „towarzysza”. Dostrzegając w jego oczach przebłysk gniewu sam zmarszczył lekko piegowaty nos, nie do końca nadążając za jego sposobem myślenia. Nie mogli jej skrzywdzić? Gigantycznej pumy z gigantycznymi pazurami, gigantycznym cielskiem i — o Chryste Panie — gigantycznymi zębami? Co prawda argument z „dorosła osoba coś powiedziała, więc to musi być prawda” niemal przeżarł się przez bunt Jonathana, ale koniec końców chłopiec pokręcił głową i wydał z gardła coś, co zabrzmiało jak zduszone w zalążku parsknięcie.
Żartujesz? Przecież pumy są ogromne i... jesteś pewien, że ta cała twoja Rose nie jest wymyślona? — pytanie wymamrotał tak nagle, jakby to strzeliło w niego z zaskoczenia i wbiło się w środek wypowiedzi. Jakieś suche gałązki chrupały pod bosymi stopami, nadając sporadycznego podkładu do wypowiadanych przez O'Harleyha zdań. — Wyglądasz na kogoś, kto musi sobie wymyślać ludzi, wiesz. Poza tym, nawet jeśli istnieje i nawet jeśli jest dorosła... może nie miała na myśli pum! Przecież wszyscy wiedzą, że pumy i wilki, i niedźwiedzie, i tygrysy, i dużo innych zwierząt jest złych. Nie czytałeś nigdy książek?
Zaraz jednak ciepłe, niebieskie spojrzenie Jace'a przebiegło wzdłuż ramienia nieznajomego i nakierowało się na wskazywane przez palec drzewo. Przez chwilę rozważał wszystkie „za” i „przeciw”, bo niezbyt mu się uśmiechało wchodzenie po czymś takim... gdy był boso. Dopiero teraz nabrał pewności, że puszczenie butów na plaży, a potem zostawienie ich, było głupim zagraniem, ale bez względu na wszystko nie miał zamiaru się do tego przyznawać.
Przeszedł tyle metrów po kamykach i gałązkach, więc dlaczego miałby nie wdrapać się po pniu?
No dobra — odpuścił nareszcie, ruszając jako pierwszy w kierunku wskazanego, rozłożystego drzewa. — Ale jak nie zobaczymy tej pumy, ani rodziców, ani nic, to ja prowadzę, bo ty chyba średnio umiesz, co?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Rhett on 14/8/2018, 22:08
Przemknął dłonią po twarzy, odgarniając wpadające do oczu kosmyki. Chciał uniknąć scenariusza, w którym włosy zabiłyby go szybciej niż wściekła trumna. Byłoby głupio spaść i skręcić sobie kark, śmierć w paszczy dzikiego zwierzęcia robiła większe wrażenie.
Rose nie jest wymyślona! — zamarł nagle w miejscu, pół sekundy później obracając się do Jonathana. Posłał mu pełne wrogości spojrzenie, jakby chłopiec co najmniej zniszczył jego ulubioną zabawkę. — Rose jest dorosła, mądra i wie bardzo dużo rzeczy. Zna się na zwierzętach, więc jeśli mówi, że nie wolno ich krzywdzić, to ma rację — cały nastroszony ruszył wcześniej obranym kierunkiem. Dziecięca złość podziałała jak mocny akumulator i nadała mu sił przyspieszających stawiane kroki. Był tak zły, że wizja pokonywania zarośli samotnie powoli okrywała się zachęcającym płaszczem.
Zwierzęta nie są złe. Po prostu się boją, więc atakują. Ty też się boisz, dlatego chcesz mieć broń, logiczne — wytknął bez żadnego wahania, rozkładając bezradnie ręce. Nie spojrzał przez ramię, w ogóle nie zaszczycił Jonathana spojrzeniem. Wolał skupić wzrok na rozłożystym pniu i przeanalizować wszystkie możliwe drogi. Miał tylko nadzieję nie spotkać tam żadnego wspinającego się węża (wiedział, że istniały, widział w telewizji), bo nawet jeśli nie były złe, to wciąż kąsały. W obronie własnej, ale jednak.
Komentarz utknął mu w gardle wielką gulą. Przełknął go z trudem, posyłając w dół gardła i tym samym rezygnując z zabrania głosu. Zamiast tego ruszył tuż za towarzyszem podróży, przez długą chwilę poddając obserwacji lekko falujący materiał jego koszulki. Zaraz przewrócił oczami.
Niech będzie — zgodził się dość potulnie, ale coś głęboko ukrytego w tonie głosu przebrzmiewało zrezygnowaniem. — Ciekawe gdzie w ogóle chcesz prowadzić — burknął pod nosem w akompaniamencie skrzeku pobliskiego ptactwa.
Dłońmi chwycił się grubego pnia i postawił stopę na chropowatej korze. Jedno podciągnięcie podniosło go kilka centymetrów w górę. Uczucie szorstkiego drewna pod palcami wygięło kąciki ust w drobnym uśmiechu. Nigdy nie czuł się tak dobrze, jak podczas pokonywania szczytów wysokich drzew. Jako zawodowiec tego fachu znalazł się na pierwszej gałęzi w ciągu kilku bardzo krótkich sekund. — Pomóc?




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Arcanine on 15/8/2018, 23:10
Grymasił.
Był przecież dzieckiem z dobrego domu — musiał mieć rację. Tego wymagała od niego matka, tak naciskało społeczeństwo. „Kochanie, musisz być zawsze o dwa kroki przed przeciwnikiem, rozumiesz?” — pytała surowo pani O'Harleyh, poprawiając mu potargane włosy. Szarpała za nie, jakby wplątała rękę w wodną plątaninę roślin. „Dwa kroki przed nim, żeby nie sięgnął cię nożem. Dwa kroki przed nim, by dotrzeć na metę jako pierwszy. Jeżeli zgubisz choć jeden krok, możesz tego pożałować. A przecież nie chcesz niczego żałować, mam rację?” — ona także zawsze musiała ją mieć.
Teraz jednak posłał dzieciakowi tylko ostre spojrzenie z ukosa. Nie zamierzał się dalej kłócić, choć sporo słów mrowiło go w wargi. Co za niedorzeczne brednie. To miała być logika? Czy ty w ogóle wiesz co to znaczy?, zapytał rozeźlony, szarżując w kierunku wskazanego drzewa, odgarniając po drodze wątłe gałązki i depcząc po podłożu pełnym suchych liści. Skupił się na celu, do którego dopadł jak do prawdziwej mety.
Długie palce zaczepiły się o wypukłe, chropowate fragmenty pnia, zadrapane podeszwy stóp przycisnęły do szorstkiej kory. Jego twarz, w porównaniu z twarzą towarzysza, nie wyrażała żadnych myśli. Nie tylko nie dało się na niej dostrzec rozdrażnienia. Maska odrzuciła wszystkie inne warianty: skupienie, zmęczenie, ból.
Podciągnął się gwałtownie na gałąź, kiedy ponad skrzekiem dzikiego ptactwa rozległa się ta kusząca oferta. Spojrzał na niego niemal wytrącony z równowagi, na powrót pozwalając, aby odpowiednie mięśnie wygięły jego oblicze w emocjach.
Przestaniesz? — warknął nagle, palce wczepiając w gałąź pół metra nad linią tej, na której stał. Ruszył się, nie czekając na odpowiedź.
Choć aparycją przypominał dziecko wysoko postawionego arystokraty, znalazł się na równi z Rhettem w tej samej sekundzie. Nic więc nie wskazywało na to, by radził sobie gorzej w obecnych warunkach, czuł się wręcz w obowiązku, żeby udowodnić swoją użyteczność na nieznanym terenie i choć przez głowę przemknęła opcja, że ze strony drugiego chłopca mogła to być zwykła chęć udzielenia wsparcia (Pomóc?), Jace odrzucił ją na bok, wraz z kolejnym użyciem mięśni.
Wspinał się na tyle powoli, aby studiować powierzchnię, po której stąpał, ale wystarczająco szybko, żeby — nie daj Boże — nie zostać w tyle. Widział więc głównie nierówne szarości, trochę zielonych liści i parę odcieni brązu. Niewiele więcej, aż nie znalazł się tak wysoko, że kolejna gałąź, na której postawił stopę, ugięła się lekko pod jego ciężarem. Skrzywił się wtedy i przysunął jak najbliżej pnia, wczepiając palce w drewno.
Nie rozejrzał się za towarzyszem — musiał być gdzieś blisko, bo gdyby spadł, Jace na pewno by tu usłyszał. Zamiast tego rozejrzał się dookoła. Drzewo, na które się wspinali, nie było najwyższym w okolicy, jednak dało przynajmniej częściowe pole do popisu. Widać było linię niżej rosnących roślin, poruszające się w kłębkach soczystej zieleni zwierzęta... ale nigdzie nie dostrzegał ani pumy, ani tym bardziej rodziców.
Uniósł prawą dłoń do czoła i posłużył się nią jak daszkiem.
Obrócił korpus na bok, pozostawiając sztywne biodra w poprzedniej pozycji. Wyglądał jak pirat, który uczepił się masztu i próbuje dostrzec wyspę skarbów na horyzoncie...
Ej — mruknął dziwnie cicho, jakby nie chciał spłoszyć myszy. — Widzisz to? — zapytał nagle, wyciągając ramię i wskazując przed siebie. Słońce chyliło się ku zachodowi i było coraz ciemniej, ale kilka ostatnich promieni odbijało się od czegoś ukrytego w krzakach.
Były dziwnie daleko, ale Jonathan miał wrażenie, że gdyby się pospieszyli, zdążyliby tam dobiec przed nocą.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Rhett on 20/8/2018, 21:16
Już nie wiedział co robić. Ramiona opadały mu z trzaskiem starych zawiasów za każdym razem, gdy dostawał w twarz gniewną miną, bądź rozeźloną odpowiedzią. Doszedł do wniosku, że Jonathan był całkiem nerwowy jak na kogoś w ich wieku, przez co w dziecięcej głowie powoli formował się plan. Powinien to ignorować? Obchodzić się z nim jak z dzikim psem, może kiwać potwierdzająco głową, byleby nie rozsierdzić tego małego demona?
Bądź po prostu sobą, Marshall — przypomniał sobie słowa Rose, będące jak chłodny opatrunek przykładany do rozognionej rany. To oczywiście nie rozwiązywało sprawy (w końcu nie miał żadnej gwarancji, że mimo wszystko się dogadają), ale poczuł się jakby lżej, odrobinę spokojniej. Odetchnął, a powietrzem nabieranym w płuca odświeżył umysł skuteczniej, niż rozsądkiem.
— Przestaniesz?
Miał ochotę znów wywrócić oczami. Przemyślenie sprawy wystarczyło, by zrezygnował, zamiast tego mocniej zaciskając palce na chropowatej powierzchni. Nacisk na nierówności kory wyrwał z chłopca całe zrezygnowanie i niemoc. W międzyczasie postanowił nie odpowiadać (komentarz przełknął z trudem, trochę jak paskudne lekarstwo na powstrzymanie choroby, które samo cofało się w gardle), odwracając wzrok na plątaninę liści i czegoś, co wyglądem przypominało liany, po których skakał Indiana Jones.
— Widzisz to?
Powoli przemknął spojrzeniem wpierw po wyciągniętym ramieniu, później na wskazywane miejsce. Zmrużył od razu oczy pod naporem brutalnego ataku zachodzącego słońca. Promienie nawet teraz z siłą, o jaką by ich nie podejrzewał, przedzierały się przez cały ten gąszcz.
Miał ochotę odwarknąć. W taki sam sposób, jaki wcześniej zrobił to Jonathan, dokładnie tym samym tonem. Nie zrobił tego — z wielkim żalem — i skupił wzrok, doszukując się... czegokolwiek.
Co to? — zapytał więc, przesuwając się nieco naprzód, choć z trudem, bo gałąź robiła wszystko, co mogła, by posłać go w dół, najlepiej twarzą w glebę. Prawie jej się to udało, gdy dżunglowym lasem znów wstrząsnął ryk. Głośny jak diabli, przejmujący i złowrogi do tego stopnia, że panika przeżerała się przez kości mocnym dreszczem. Dźwięk zerwał ptaki z ich dotychczasowych miejsc spoczynku i poruszył pierzastymi skrzydłami. Nagle dookoła nich zrobiło się głośno jak w środku zatłoczonego miasta.
Tym razem było bliżej..? — wykrztusił w końcu, będąc w stanie opanować głos do tego stopnia, by ten w żadnej mierze nie brzmiał na przestraszony. Był z siebie dumny. — Nieważne, chodźmy...
Zsunął się z drzewa nie bez ran wojennych — miejsca, w których kora odłaziła od pnia, sprezentowały mu niegroźne zadrapania. Był jednak zbyt przejęty wciąż dudniącym w głowie rykiem, nie zwrócił na zaczerwienienia nawet najmniejszej uwagi. Ruszył przyspieszonym krokiem ku wskazanemu punktowi, co jakiś czas spoglądając kontrolnie na nowego znajomego (jeszcze nie był pewny, czy nazywać go kolegą).




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Arcanine on 24/8/2018, 00:05
— Co to?
Wyglądało na to, że Jace był zbyt pochłonięty zgadywaniem, żeby się zirytować.
Nie wiem. Musimy to sprawdzić — zawyrokował od razu, raz jeszcze mrużąc oczy i wychylając się nieco do przodu — w stronę błysków. Przedmiot (może diament? Za diament chyba można dużo dostać. A jak nie, to zawsze można dać go jakiejś dziewczynie, a ona w zamian odstąpi czekoladę; to zawsze coś) znajdował się zbyt daleko, żeby zgadnąć czym dokładnie był.
Plus jest taki — zaczął, odrywając spojrzenie od blików co chwila mrugających z gęstwiny krzewów — że nie widać nigdzie szkoły, więc już możesz powiedzieć, jak się nazywasz.
Brzmiał trochę tak, jakby miał zamiar dorzucić coś w stylu: „niech stracę. To jak ci tam?”, jednak nawet jeśli jakakolwiek część jego osobowości miała zamiar przepchnąć podobne słowa przez gardło, to zbyt mocno się ścisnęło, blokując lub od razu miażdżąc wszystko, co akurat się przez nie przedzierało. Ryk wymusił na Jonathanie mocniejszy chwyt. Gałęzie, o które tylko opierał palce, teraz znalazły się w najmocniejszych na całym świecie uchwytach rąk.
— Tym razem było bliżej..?
N-no co ty — wymamrotał, zerkając w bok, jakby chciał się jeszcze upewnić, że niczego nie przeoczył. — Przecież... no, byśmy ją widzieli.
— Nieważne, chodźmy...
Zdecydowanie popierał ten plan.
Zejście z drzewa okazywało się zawsze o niebo szybsze. W kilka krótkich chwil znalazł się na dole, ale kiedy zeskoczył z ostatniego odcinka na ziemię, twarz wykrzywiła się w krótkim grymasie. Nie miał zamiaru płakać (był pewien, że jest starszy, bo był trochę wyższy, więc po prostu nie mógł), ale ból odzywał się coraz intensywniej. Żeby o nim zapomnieć skupił się na tym, aby jak najszybciej rozwikłać zagadkę.
Wystarczyło biec przed siebie. Co mogło pójść nie tak?

Kiedy znajdowali się na dole (a nie na drzewie albo na jakimś wielkim kamieniu?) praktycznie nie widać było nieba. Co jakiś czas, gdy wreszcie przedarli się przez gąszcz, Jace spoglądał w górę, jednak rośliny były tu jakieś wyolbrzymione. To prawdziwe kolosy, takie jak z baśni i opowiadań — nawet insekty wydawały się zbyt ogromne. A może to oni stali się nagle bardzo mali?
Chciał podzielić się tą myślą z kroczącym obok towarzyszem, ale dosłownie w tej samej sekundzie powieki zamknęły się gwałtownie „zaatakowane” blaskiem. O'Harleyh mruknął coś niewyraźnie, przyciskając wierzch ręki do oczu. Nie przystanął jednak. Zamiast tego przetarł twarz i spojrzał w bok.
Trochę zboczyli, ale minimalnie.
Jest tutaj — powiedział, odbijając w prawo i w kilka kolejnych kroków dobiegając do poplątanego krzewu. Pod liśćmi w kształcie pików pobłyskiwała srebrna sprzączka. Jace padł na kolana, opierając obie dłonie na skrzyni. — Wow, popatrz! — rzucił, chwytając mocniej za drewniane wieko. Nie drgnęło ani o milimetr. — No tak. Zamknięte. Jasne. Sądzisz, że gdzie jest klucz? — Wraz z pytaniem obejrzał się na jasnowłosego. — Tam może być wszystko. Może nawet super skarb!


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Rhett on 24/8/2018, 18:44
— Plus jest taki...
Spojrzał ku niemu, nie do końca dostrzegając w sytuacji te same pozytywy co Jonathan. Jeszcze chwila i był gotów podejrzewać kolegę o poważną chorobę psychiczną. Kolejne słowa wymiotły z głowy wszelkie nieścisłości i oczyściły myśli.
Westchnął.
Marshall Everett — przedstawił się uprzejmie, wymieniając również nazwisko, choć wątpił, by było czemukolwiek potrzebne. Był nawet gotowy wyciągnąć dłoń i wymienić z chłopcem uścisk (tak jak robili to dorośli), ale utrzymywanie równowagi na drzewie skutecznie odwiodło go od tego pomysłu. Nie uznałby za zjawiskowe wyrżnięcie twarzą w piach tuż po podaniu imienia.

Szedł tuż obok, nie więcej niż na krok odległości od drugiego chłopca. Może w cichej obawie przed ścigających ich rykiem, a może nie chcąc się zgubić (jako chwilowy kapitan tego dwuosobowego oddziału Jonathan musiałby odpowiedzieć za jego zniknięcie, a przez to byłby prawdopodobnie jeszcze bardziej zły, zasadniczo nic fajnego).
Spoglądał akurat na migoczące cienie, gdy białowłosy dotarł do ich wcześniejszego znaleziska.
— Jest tutaj.
W tym wieku ciekawość górowała nad wszystkim innym (może poza panicznym strachem?), nic więc dziwnego, że bez zastanowienia podszedł najbliżej, jak się dało i zajrzał chłopcu przez ramię, niemal dotykając policzkiem sterczących kosmyków. Obejrzał wieko, srebrne elementy i otoczenie.
— Sądzisz, że gdzie jest klucz?
Wzruszył ramionami.
Kto to wie? Może ktoś go zgubił i leży gdzieś niedaleko? — znów spojrzał na boki, ale stale opadające słońce i gęstwina roślin uniemożliwiły dokładniejsze oględziny. O tej porze nie było mowy o poszukiwaniach. — Albo ktoś ukrył to tutaj, a klucz zabrał ze sobą. Pewnie jakiś dorosły, a oni zwykle nie chcą się dzielić super skarbami — markotny ton na krótką chwilę wydął policzki młodzieńca. Zaraz wyprostował plecy, wstrząśnięty głośnym szelestem krzaków.
Robi się ciemno. I tak nie znajdziemy teraz małego klucza — ostrożnie dotknął ramienia Jonathana i wskazał podbródkiem na ruchliwe zielsko.
Spadajmy stąd — mówił wyraz odbity w kolorowych oczach.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Verity on 30/8/2018, 14:39
Ktokolwiek kiedyś określił jej kolor włosów "jak woda po myciu naczyń", zdecydowanie powinien dokonać ponownych oględzin w tej chwili. Teraz owo stwierdzenie pasowało bardziej niż w każdym innym momencie, jako że teraz między szarawymi pasmami znajdowało się pełno piachu, jakieś zaplątane glony, a może nawet coś w nich żyło. Wzdrygała się mimo woli za każdym razem, kiedy ta myśl powracała jej do głowy, jednak porzuciła wszelkie plany naprawienia stanu swojej fryzury. Była niewygodna i paskudna, ale perspektywa powrotu na brzeg i zmierzenia się z tym... czymś malowała się o wiele gorzej niż pomysł spędzenia reszty życia jako żywa prezentacja zawartości plaży. Nawet nie wiedziała, jak owo coś dokładnie wygląda; wystarczył jej wielki cień w wodzie, rosnący przed oczami z każdą sekundą, by zerwała się do ochoczego sprintu w kierunku lasu. Żadne zachęty na zajęciach z gimnastyki nie były w stanie zmusić jej do tak szaleńczego biegu, nawet chłopcy ze starszej klasy w przeciwnej drużynie gry w zbijanego, kiedy dziwnym przypadkiem została ostatnią zawodniczką po swojej stronie pola. Wyleciała z morza jak strzała, a zatrzymała się dopiero na linii lasu, równie przerażającego, co cała ta nieszczęsna wyspa.
W szkole chłonęła jak gąbka tabliczkę mnożenia, części mowy i hiszpańskie słówka, ale na żadnej lekcji nie uczono, jak się zachować w takiej sytuacji. Niby czytała sporo książek przygodowych, ale w nich zawsze występowali głównie dorośli... a przecież wiadomo nie od dziś, że oni zawsze sobie jakoś radzą. Poza tym, nawet dzielny Robinson w końcu zaczął wariować, więc dla siebie nie widziała wielkich nadziei. Chyba, że ktoś jeszcze ocalał! Tej myśli trzymała się kurczowo jak koła ratunkowego. W pierwszym momencie chciała iść dalej plażą i wypatrywać, czy nie spotka jeszcze kogoś, ale czający się w wodzie cień skutecznie odwodził ją od tego pomysłu. Może to był jakiś ogromny krokodyl? Zmutowany rekin na czterech łapach? Ktoś jej kiedyś opowiadał o olbrzymim krabie-ludożercy...
Zacisnęła wargi do białości, chcąc powstrzymać napływające do oczu łzy. Zdecydowana co do tego, że nad morze już nie wróci, wlazła w krzaki. Podsuwającą koszmarne wizje wyobraźnię starała się zagłuszyć myśleniem o czymkolwiek, a szybko okazało się, że sama natura podsuwa wiele całkiem ciekawego materiału. Ogromne drzewa, jakich jeszcze nigdy wcześniej nie widziała czy krążące między gałęziami wielobarwne ptaki wyglądały tak fantastycznie, że mogłaby na nie patrzeć godzinami. Napotkała nawet malutką małpkę (jak to się nazywało? Dominikanka? Paulinka? Coś takiego...), która wydawała się przyjaźnie nastawiona. Przyglądały się sobie nawzajem przez chwilę i Verity już-już wyciągała rękę ku zwierzątku, kiedy powietrze przeciął najbardziej przerażający ryk, jaki byłaby w stanie sobie wyobrazić. Małpka (no właśnie, kapucynka!) smyrgnęła z powrotem w gałęzie, a dziewczynie jakby ktoś zamroził całe ciało. Przez kilka straszliwych sekund nie była w stanie się ruszyć, nim przez głowę nie przeszła jedna, zasadnicza myśl: Z której strony to było? Zmysły nagle odmówiły posłuszeństwa, podszeptując, że ów ryk rozlegał się dosłownie z każdego kierunku. Dokąd w takim razie uciekać?
Nasłuchiwała przez chwilę, zastanawiając się, czy kraby, szczególnie te ogromne, potrafią ryczeć. Kiedy zaś nic niepokojącego nie dotarło do jej uszu, zdecydowała się wreszcie ruszyć do przodu. Może zaczynała sobie przypominać, a może tylko sobie wmawiała, że mrożący krew w żyłach dźwięk rozległ się gdzieś za jej plecami, więc w ten sposób oddali się od tajemniczego drapieżnika. Tak, to z pewnością był drapieżnik, mię-so-żer-ca. Nic innego nie mogłoby być aż tak okropne i straszne. Wyobrażała sobie naprawdę najbardziej spektakularne wersje lwa, tygrysa czy niedźwiedzia...
... dopóki omal nie potknęłaby się o sporą drewnianą skrzynię. Zajęta czujnym obserwowaniem otoczenia, oczywiście zapomniała o patrzeniu pod nogi, czego efektem stał się pulsujący ból prawej łydki i brzydki grymas wymalowany na twarzy. Choć w pierwszej chwili prawie podskoczyła z ekscytacji, radość ze znaleziska niemal natychmiast się wypaliła. Wzrok padł na krawędź wieka, gdzie pysznił się metalowy zamek. Zamek - a więc trzeba było klucza, a ten na pewno nie zwisał grzecznie na sznureczku z najbliższej gałęzi. Pomyślała też jednak zaraz, że głupstwem byłoby nie sprawdzić, czy kufer na pewno jest zamknięty. Ba, mógłby być nawet otwarty i pusty, ale to trzeba było przetestować! Przykucnęła nad przedmiotem i ostrożnie pociągnęła pokrywę do góry, chcąc przekonać się, czy zamek zatrzyma ją w miejscu. W tym też momencie spotkały ją dwa ogromne rozczarowania. Pierwsze: wieko skrzyni ani drgnęło. Drugie: ryk sprzed kilku (kilkunastu? Kilkudziesięciu?) minut rozległ się ponownie, tym razem chyba wyraźnie z lewej, a już z pewnością gdzieś niedaleko. Do licha, a jeśli skrzynka była własnością jakiegoś potwora i on wyczuwał, kiedy ktoś próbuje dorwać się do jego rzeczy? O Boże! A mama zawsze ostrzegała, żeby nie brać nic cudzego bez pozwolenia! Teraz to wtopiła po całości, nie ma opcji, że nie. Pisnęła wbrew woli, a przekonana, że lada moment dosięgnie ją sprawiedliwość, czmychnęła w najbliższe krzaki. Potwór pewnie przyjdzie sprawdzić, kto próbuje go okraść, a domniemanego złodziejaszka na pewno połknie za jednym razem. No, chyba że jej nie zauważy... najlepiej było oddalić się jak tylko najbardziej mogła, póki właściciela tajemniczej skrzyni nie było nigdzie widać. Cofnęła się ostrożnie o krok, potem o drugi, pilnując cały czas tego, by pozostać w osłonie gęstwiny liści. Robiło się coraz ciemniej, a obfita roślinność wcale nie pomagała dostrzec czegokolwiek w narastającym mroku. Verity już sama nie wiedziała, czy mijają minuty czy godziny, a każdy szelest powodował, że przerywała próby ucieczki i zastygała w bezruchu, zbyt przerażona, by spróbować przesunąć się o choćby pół kroku.
Przynajmniej dopóki do leśnych odgłosów nie dołączyły o wiele bardziej znajome dźwięki, a nawet najprawdziwsze słowa wypowiadane przez najprawdziwszych ludzi. Tak się przejęła obecnością żywych osób, że z pewnym opóźnieniem dotarło do niej, o czym rozmawiają. I co robią! Niemal natychmiast wezbrała w niej złość. Jak to tak: kiedy ona próbowała otworzyć skrzynkę to potwór się burzył, a tym głupim chłopakom pozwalał kręcić się przy skarbie? Niesprawiedliwość!
Zerwała się na równe nogi, powodując wzburzenie gęstwiny i o mało nie ładując sobie jednej z gałęzi w oko. Odgarnęła część krzewu ręką, wychodząc wreszcie na mniej zarośniętą część, co wcale nie było takim łatwym zadaniem.
- Ej, zostaw to! - zawołała, jak najsłuszniej wzburzona. Palcem wskazującym oskarżycielsko celowała w pochylonego nad skrzynią chłopaczka, jako że to on właśnie próbował dobrać się do jej znaleziska. Może i była tylko dziewczynką, ale nie zamierzała pozwolić, by ktoś dobrał się do skrzyni przed nią - nawet gdyby miała się o to pobić.

Spoiler:


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Arcanine on 22/9/2018, 21:56
Jonathan z miną wybitnego znawcy zaczął obracać znalezisko. Skrzynka nosiła ślady mijających lat; deski wydawały się mocne, ale na ich powierzchni znajdowały się rysy i dużo bezsensownych wgłębień. Pewnie ktoś próbował otworzyć skrzynkę sposobem innym niż za pomocą klucza, ale tego Jace już nie był w stanie wywnioskować. Zmarszczył mocniej czoło, gdy blask zachodzącego słońca odbił się od srebrnych obramowań.
— … i leży niedaleko?
Myślisz? — mruknął, przekręcając niezbyt ciężką „szkatułkę” na bok, jakby cały czas się łudził, że klucz będzie podklejony taśmą z którejś strony. — To weź się rozej...
Szelest liści skutecznie zamknął mu usta. O'Harleyh poderwał się na nogi, przyciskając do cherlawej piersi swoje znalezisko; oczywiście, znalezisko nie było tylko jego, bo Marshall także tutaj był, ale w tej jednej sekundzie — ponieważ to on trzymał pakunek, a nie Everett — dźgnęło go poczucie obowiązku.
Był odpowiedzialny za to, aby obronić skarb w pojedynkę.
— Ej!
Oczy Jace'a zrobiły się dwa razy większe, gdy z gęstwiny krzewów i zdecydowanie zbyt dużych liści wypadła jakaś szkapa.
— Zostaw to!
Nigdy! — odkrzyknął automatycznie, ale mimo silnej barwy głosu, jego twarz zdradzała zaskoczenie. Przyglądał się dziewczynce jak jakiemuś potworowi, który miał nie istnieć (bo tak mówili rodzice), ale jednak wylazł zza uchylonych drzwi szafy... i zaistniał.
Oczy Jonathana na krótki moment wbiły się w Marshalla.
Weź ją!
I choć tylko tyle powiedział, w tle dało się słyszeć: ja jej nie dotknę!


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Rhett on 23/9/2018, 15:25
 Nie był żadną miarą przygotowany na taki rozwój zdarzeń. Nic więc dziwnego, że gdy na absolutnym środku niczego z krzaków wyparowała dziewczynka, cofnął się o kilka kroków w tył, tylko cudem powstrzymując rosnący w płucach krzyk zaskoczenia.
 — Weź ją!
 — Nie ma mowy, to dziewczyna, fuj! — zaprzeczył od razu, na samą myśl o kontakcie fizycznym czując paskudny dreszcz przebiegający przez cały kręgosłup. Za niechęcią świadczyło polecenie — rozkaz — nieznajomej. Brzmiała, jakby szkatułka należała do niej, a to przecież oni znaleźli ją pierwsi. Powszechnie znana i niepodważalna zasada głosiła: polizane, zaklepane, co w tym przypadku musiało odnieść się do dotyku.
 W całym swoim kocim nastroszeniu Marshall porwał z ziemi pierwszy lepszy badyl, od razu celując jego końcówką w dziewczynkę. Czuł się jak dzielny żołnierz na froncie, któremu towarzyszył jedynie jego własny karabin.
 — Mów kim jesteś i co tu robisz! — potrząsnął gałęzią, sądząc, że groźba doda wypowiedzi mocy. Nie dodała, ale jak na cherlawego dziesięciolatka, był całkiem zdeterminowany. Skoro nie szła z nimi od samego początku, musiała posiadać inne informacje. Możliwe nawet, że przydatne, choć wolał nie przeceniać dziewczęcych możliwości.
 — Chcesz nas czymś zarazić? — w końcu w ich wieku unikano kontaktu z dziewczynami nie bez powodu. Roznosiły śmiertelną chorobę. Tak straszną i porażającą, że nikt nie wypowiadał jej nazwy na głos. Musiała być śmiertelna, zdecydowanie.
 Kątem oka spojrzał na Jonathana, szukając w jego tęczówkach poparcia. Może dla własnych słów, a może dla niewypowiedzianego na głos pomysłu ucieczki.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: To był Sparrow..? [rajska wyspa, Rhett]

Pisanie by Verity on 23/9/2018, 22:24
Ich było dwóch, a ona tylko jedna - to praktycznie od razu kasowało jej szanse do zera, przynajmniej gdyby brać pod uwagę konieczność wydarcia skarbu przemocą. Mimo to musiała, po prostu musiała zawalczyć o swoje, nawet gdyby skończyło się na wrzaskach i rękoczynach. Znalazła skrzynię jako pierwsza! To przecież wcale nie jej wina, że o mało nie zginęła w trakcie i musiała ratować życie, a w tym czasie jakieś dzikusy postanowiły zagarnąć jej własność. Z chłopcami to tak zawsze, przyjdą w najgorszym możliwym momencie i wszystko zepsują.
- Nigdzie stąd nie idę! - odkrzyknęła od razu, oburzona. "Weź ją"? Na litość, co za paskudny gatunek z tych chłopaków! Nie wystarczy, że chcieli zabrać jej znalezisko, ale jeszcze traktowali ją jak jakieś dziecko. Jeszcze czego!
- Odłóż ten patyk, bo jeszcze komuś oko wydłubiesz! - Zaplotła przedramiona z przodu ciała, obrzucając chudzielca nieprzychylnym spojrzeniem. Odchyliła się nieznacznie do tyłu, ale nie cofnęła nawet o krok; mowy nawet nie było, by zostawiła skrzynię tym głupkom i sama uciekła tylko dlatego, że próbowali ją wystraszyć.
- Nic ci nie powiem, jesteś niemiły - stwierdziła po chwili już nieco łagodniejszym tonem. W oczach wciąż czaiło się szczere oburzenie, ale postanowiła chociaż spróbować nawiązać jakieś maleńkie porozumienie. - Ale pierwsza to znalazłam i nie pozwolę wam tego zabrać - zadecydowała twardo. Nie pozwoli? A owszem, chociaż tak naprawdę nie miała pojęcia jak. Mogła tylko mieć nadzieję, że chłopcy jej uwierzą i przynajmniej będzie można spróbować wyciągnąć od nich fascynujące znalezisko. Krok po kroku.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Powrót do góry

- Similar topics