Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Go down


Re: 5 seconds of summer [Yu & Rhett]

Pisanie by Rhett on 21/9/2018, 22:21
 Mimo utraty zwierzęcej formy wciąż nie odczuwał więzów zniewolenia w kończynach. Żadne kajdany nie trzymały za ręce ani żadne kilogramy nie ciążyły przy nogach. Postawił na próbę sił i spróbował wstać, spodziewając się dosłownie wszystkiego — że miłe zwierzątka w eleganckich ubrankach poddadzą się instynktom, opadną na łapy i zaatakują, że cały ślub zostanie obrócony w proch i zniknie albo że nagle świadomość trzaśnie go przez łeb ciężkim łapskiem, a on sam obudzi się kilometry stąd, wciąż w łóżku, którego nigdy nie miał. Wbrew obawom nie stało się absolutnie nic. Zaczynał więc podejrzewać, że jedynym skutkiem ucieczki byłaby urażona duma małżeństwa i ciągnąca się jak ogon opinia o złych manierach.
 Usiadł ciężko na krześle i w przeciwieństwie do znanych mu desperackich mebli, to nie zaprzeczyło żadnym skrzypnięciem. Jakby spojrzeć na gości, to znalazłby się ku temu powód. Zwierzęta stale chodziły w miejscu, rzucały się po krzesłach i po sobie nawzajem, szturchając zaczepnie jedno przez drugie. Siedziska zwyczajnie musiały być wytrzymałe.
 — Niezłe wdzianko.
 Ściągnął brwi ku sobie, znów spoglądając oceniająco na ubrania. Było czyste i niewymięte, rzeczywiście niezłe. Brak warstwy kurzu, otarć czy dziur rzeczywiście robił różnicę. Zwłaszcza gdy nigdy nie odstępowały właściciela na krok, w zasadzie ciągle spraszając przyjaciół, póki z materiału nie został niezdatny do użytku kawał szmaty. Co najwyżej pożywka dla moli.
 Kolejnego komentarza nie mógł zignorować. Obarczył ramiona kobiety urażonym spojrzeniem, ówcześnie zwracając twarz w jej kierunku. — Mhm, wtedy nie wyglądałaś na niechętną — wytknął po chwili milczeniu, czując potrzebę dobrania odpowiednich słów. Jako osoba młoda duchem nie mógł odpuścić tak szybko. — No cześć piękny. Jejku, jejku. Ładny z ciebie kundelek — komplementy z początku podróży powtórzył bezbłędnie. Sprawa miała się inaczej w przypadku głosu, ale nigdy nie był dobrym naśladowcą. Skrzyżował ręce na piersi, fuknął naburmuszony i zaszurał ogonem.
 Dźwięk uderzających o talerze sztućców (a może kłów?) zaciągnął uwagę młodzieńca znów na syto zastawiony stół. Z początku spoglądał podejrzliwie na wszystkie dania i przekąski, dopiero po dłuższej chwili kapitulując. Skoro nawet ona jadła (nie żeby miała wybór), to chyba nie było zatrute? Z ociąganiem sięgnął po zachęcającą wyglądem mandarynkę. Ostrożnie — jakby miała nagle wybuchnąć i rozsadzić wszystko w promieniu kilometra — oderwał kawałek skórki. Z ulgą stwierdził, że fala ognia nie buchnęła mu w twarz.
 — Hej, hej, tylko nie ruda! — przerwał odrywanie cząstek w połowie, będąc zmuszonym do posłania jej kolejnego rozeźlonego spojrzenia. Zaraz wzruszył ramionami, zabierając się za jedzenie. Skoro jednooka mówiła z policzkami pełnymi owoców, to nie widział przeszkody, by samemu również upchnąć coś w żołądek.
 —  Nie mam pojęcia, kim są. Może zabrakło im widowni i ściągnęli tego, kto się nawinął? — upchnął do buzi kolejny kawałek mandarynki. Nigdy nie jadł słodszych okazów.
 — Poza tym nie wyglądają groźnie. Znaczy... — urwał na sekundę, spoglądając w kierunku swych wcześniejszych przeciwników. Nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi, poświęcając ją w całości posiłkowi. W zasadzie żadne ze zwierząt nie spoglądało w kierunku dwójki ludzi, jakby wcale ich tam nie było.
 Dotychczas spokojna muzyka przybrała żywsze tonacje. Wesoły takt odrywał od jedzenia kolejne eleganckie pary. Minęła ledwie minuta, a połowa zaproszonych porywała się nawzajem w szalonym — inaczej nie mógł tego nazwać — tańcu. Goście nie wydawali się przymuszeni do tej konkretnej rozrywki, wstawali dobrowolnie.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: 5 seconds of summer [Yu & Rhett]

Pisanie by Yū ✿ on 10/10/2018, 13:10
 Zazgrzytała zębami z irytacją.
 — Wtedy nie wyglądałeś tak, jak teraz — odpowiedziała szczerze urażona takim obrotem sprawy. Skąd miała wiedzieć, że lisowaty leśny piesek okaże się być nagle człowiekiem, a on przecież cały czas wiedział dokładnie kim jest. Zabawił się jej wrażliwym sercem wiedząc, że ulegnie urokowi kudłatego stworzenia, nie skrzywdzi zwierzęcia za to, że zachowuje się jak zwierzę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby pozostał w tamtej formie.
 Wgryzła się z całej siły w jakiś nieznany z nazwy owoc, który okazał się jak na złość niezwykle kwaśny. Zacisnęła wargi czując jak lepki sok spływa jej po podbródku. Mimo to nie odpuściła sobie mierzenia mężczyzny obarczającym winą spojrzeniem. Kiedy przedrzeźniał ją nieudolnie poczuła rosnący na policzkach rumieniec, zarówno ze wstydu jak i gorąca, jakiego dostarczało jej wściekle kwaśny posmak w ustach.
 — I cały ten urok szlag trafił, kundelku — podsumowała, wybraniając się z całej sytuacji z dystyngowanym spokojem. Nie mogła zaprzeczyć i udać, że wszystko co powtórzył szczwany lis nie miało miejsca, nie żałowała swojej reakcji z wtedy bo była szczera i ludzka. Jego kudłata forma nie przestała być piękna tylko dlatego, że krył pod nią swą prawdziwą naturę.
 Sięgnęła po jedną z ułożonych w zgrabne stosiki serwetek i przetarła wilgotne usta. Materiał z którego je zrobiono był przyjemny w dotyku, chętnie ukradłaby kilka z nich dla siebie, ale podejrzewała, że chociaż tego nie widać, kilka par czujnych oczu bacznie ją obserwuje.
 Ah cholera. Cmoknęła, gdy ręka mimowolnie porwała z blatu ściereczki i upchnęła je głęboko w kieszeni spodni. Strzeliła oczami na boki, ale pomimo pierwotnych obaw nikt nie rzucił się na nią z kłami i pazurami.
 Oparła łokcie na blacie i z umiarkowanym zaciekawieniem wsłuchiwała się przez chwilę w rytmy tutejszej muzyki. Nigdy w życiu nie próbowała wyobrażać sobie jak może brzmieć instrument na którym gra ubrany w garnitur dzik, czy bęben traktowany rytmicznie porożem jelenia. Nie słuchało się tego źle, chociaż dzika nuta leśnego koncertu nie mogła pozwolić jej na całkowite rozluźnienie. Wyobrażała sobie dzikie, zwierzęce łowy, albo tętent kopyt i szczekanie pościgu. Widziała takie obrazki w książkach, ale nigdy nie zaznała ich osobiście. Kto wie, może tysiącletnie dusze zebranych tu stworzeń pokazywały jej muzyką własne wspomnienia?
 — Każdy lis jest rudy w sercu — odparowała zamyślonym tonem. Z ciężkim sercem oderwała się od muzyki, by powrócić myślami do rozmowy. Nie chciała wykazać się brakiem kultury, lecz z drugiej strony miała dość walki z napierającym ciśnieniem które kazało jej brać czynny udział w wydarzenia, a nie skupiać się na własnej, głupiej dyspucie. — No nie wiem. — Wyraziła swoje obawy z nutą zaczepki w głowie. — Wyglądało na to, że bardzo śpieszyło Ci się w tym kierunku. Wtedy w lesie, nieco wcześniej.
 Obwinianie kogoś w tak otwarty sposób nie przechodziło jej przez gardło z łatwością, jednocześnie czuła wielką potrzebę wyjaśnienia całego zajścia. Wszystko od początku wskazywało na to świadomy udział bezimiennego wymordowanego w tej paradzie. Zasugerowała więc, że przyprowadził ją tu specjalnie. Z jednej strony takie myślenie było oczywiste, z drugiej wyglądało na to, że szukała celu, na który mogła zrzucić całą swoją frustrację. Co gorsza, gry podążyła wzrokiem na spojrzeniem lisa w ludzkiej skórze dostrzegała zwierzęta i zwierzopodobne stworzenia pochłonięte tańcem na środku polany.
 — Niech tylko jakiś spróbuje... — syknęła głośny i dokładnie w tym momencie sfrunął obok niej czarny jak smoła kruk ubrany w skrojone na wymiar wdzianko oraz, o zgrozo, kapelusz.
 — Czy zechciałaby pani popląsać ze mną w tańcu? — Zapytał dokładnie takim głosem, z jakim wyobraża się gadającego ptaka.
Podskakiwał na krótkich, ptasich nóżkach trącając obonem i skrzydłami misy z jedzeniem. Przyglądał się jej świdrującymi oczkami w oczekiwaniu na odpowiedź. Wyglądało na to, że nie miał ochoty odchodzić z odmową, ale Kami była wystarczająco zamurowana, by nie móc się obronić przed tak dziwaczną propozycją.
 — Cholera. Widzi pan, nigdy nie uczyłam się pląsać — Odparła z powagą, telepiąc się w środku ze śmiechu.
 — Nie szkodzi. Przybywa pani z daleka? — Pan Kruk, jak nazwała go w myślach jednooka nie był w ogóle zrażony, wyciągnął ku niej czubek skrzydełka, ale niemal natychmiast złożył je zakłopotany. — Przepraszam mój nietakt, zapewne byłoby bardzo niewygodnie pląsać pani w taki sposób.
 Otworzyła usta by coś odpowiedzieć, ale słowa jakoś nie mogły przejść jej przez gardło. Odsunęła krzesło i powstała powoli, kierując się za ptakiem, który zerwał się z miejsca i okrążał ją w locie.



THERE WILL BE A RECKONING.
WE ARE VILIGANT AGAINST THE WATCHERS.
WE ARE CAPABLE. WE ARE UNSTOPPABLE.
WE ARE AT WAR.
avatar





Yū ✿
Przywódczyni
GODNOŚĆ :
Yū Kami


Powrót do góry Go down


Re: 5 seconds of summer [Yu & Rhett]

Pisanie by Rhett on 10/10/2018, 22:53
 — Wtedy nie wyglądałeś tak, jak teraz
 Przewrócił oczami.
 — To nie zmienia faktów dokonanych — rozłożył ręce niby to w bezradnym geście. — To wciąż ja, ten twój piękny kundelek — skoro już oboje sobie dogryzali, to nie miał zamiaru odpuszczać. Posiadając w sobie zbyt duży procent niepoważnego zachowania, komentarze same cisnęły się na usta. Mimo prób ich przełknięcia wraz z sokiem z mandarynki odnajdywały drogę do światła dziennego.
 Sam już zaciskał szczęki ze złości. Bardziej szczeniackiej obrazy niż rzeczywistego rozdrażnienia. Tak jak kobieta nie podejrzewała jego o bycie wymordowanym, tak on nie podejrzewał jej o bycie tak niemiłą. Wszak wcześniej była aż nazbyt milutka.
 — Kto to mówi... — odpowiedź wyburczał do samego siebie. Cicho i niewyraźnie, najlepiej z brakiem możliwości rozszyfrowania.
 W pierwszej chwili chciał na tym skończyć. Zakopać topór wojenny, może nawet mruknąć jakieś skrzętne 'przepraszam' i odpuścić bezsensowną wymianę głupich argumentów. Nagle jednak odezwał się w nim wewnętrzny buntownik. Raz jeszcze rzucił jej oburzone spojrzenie. — Swoją drogą, nikt mnie nigdy tak dobrze nie wygłaskał. Powinnaś to opatentować — usta rozciągnął buńczuczny uśmiech podkreślający powagę sytuacji. A raczej jej brak.
 Po skończeniu mandarynki rozważał, czy nie skorzystać z okazji i nie zapełnić żołądka. W końcu żadne z nich nie miało pewności, za ile setek lat trafi się okazja do podobnej uczty. Zakładając, że w ogóle kiedykolwiek się pojawi. Wsparł podbródek na przyciągniętym pod pierś kolanie, poddając wewnętrzne ja bitwie. Ostrzeliwał nachalnym spojrzeniem każde danie, jakby co najmniej poszczególne części posiłku miały wstać i przywdziać weselne szaty na podobieństwo gości. Nieopisany grymas próbował wykrzywić usta wymordowanego dobrą minutę.
 W końcu wyciągnął rękę. Dokładnie w tej samej sekundzie, w której zrobiła to łowczyni, choć różnił ich cel. Ukradkiem chowane w kieszeń chusteczki obdarzył dość sceptycznym spojrzeniem, ale trwało to zaledwie ulotną sekundę, bo przecież rozumiał kierujące kobietą motywy.
 Tym razem zrezygnował z jakiegokolwiek komentarza. Odwrócił wzroki i chwycił za parująca miskę ryżu. Zapach panierowanego mięsa kusił równie mocno, co jakby na zachętę wetknięte między białe ziarna pałeczki. Uderzająca w zmysły woń sprawiła, że od razu zrobił się bardziej głodny.
 — Każdy lis jest rudy w sercu.
 Miał ochotę westchnął. Zamiast tego zaszurał końcówką ogona o ziemię. Sam nie wiedział, czy w samoistnym odruchu, czy w chęci udowodnienia, że jednak nie każdy był rudy w środku. Zdecydowanie tego nie czuł. Odpowiedział jej subtelnym szurnięciem naczynia o blat. Oderwał dłonie od ciepłej miski, dopiero gdy ta znalazła się tuż przed nosem. Nawet wtedy nie zabrał się do jedzenia, wciąż nie do końca ufając tym wszystkim magicznym posiłkom (a przecież zjadł już mandarynkę).
 Już sięgał po pałeczki, nareszcie zdecydowany na rozpoczęcie jedzenia, gdy kobieta znów zabrała głos. Wzruszył tylko ramionami.
 — Naprawdę nie mam pojęcia co to za cyrk. Poszedłem w tym kierunku z czystej ciekawości — przytknął dłoń w miejsce serca, byleby tylko zdobyć dodatkowy punkt wiarygodności. W końcu chwycił za pałeczki, ale sekundowe zastanowienie sprawiło, że oskarżycielskim gestem wycelował drewnianymi końcówkami w jednooką. — Ty za to nie miałaś najmniejszego problemu, żeby pobiec za mną. Może wszystko zaplanowałaś? — przekrzywił głowę o kilka centymetrów. W ślad za zginanym karkiem poszły zwierzęce uszy, opadając na jeden bok. W całej tej poważnej sytuacji musiał wyglądać dość komicznie.
 Oderwał wzrok od łowczyni, osadzając dwubarwne ślepia na misce. Darował sobie kolejne walki i pytania, czy to aby na pewno dobry pomysł. Chwycił niewielki kawałeczek mięsa w pałeczki i wsunął do ust, od razu czując na języku wybuch smaków, których nie mieli prawa doświadczyć na Desperacji za żadne skarby świata. Koniec, kupili go tym.
 Nim się obejrzał, towarzysząca dotychczas kobieta gdzieś przepadła. Gdy dokładniej się przyjrzał, to zauważył, że jedynie wstała z miejsca, znikają za machającymi rytmicznie kruczymi skrzydłami. Wymordowany odłożył pałeczki i okręcił się na krześle. Dźwięk słowa "pląsy" rozświetlił usta szerokim uśmiechem. Ręce młodzieńca automatycznie uniosły się lekko ku górze, do całej tej serenady dźwięków dodając odgłos zachęcającego klaskania.
 — No, no, nie spodziewałbym się — miał naprawdę wielką nadzieję, że jednooka mimo utrudnień zdołała wychwycić błysk w kolorowych ślepiach i błądzący po wargach uśmiech. Później dzieciak wstał... i wrócił do posiłku, kompletnie niezainteresowany pląsami w tyle. Po kilku minutach przepadł z zasięgu wzroku.
 Stuknięcie w wyciągnięte do lotu skrzydło zaskoczyło Pana Kruka do tego stopnia, by z zamarłym na dziobie okrzykiem zaskoczenia uskoczył na dobry metr w bok. Po wstępnym otrzepaniu piór z niewidocznego kurzu spotkał wzrok z uprzejmym, uformowanym na wzór niewypowiedzianego przepraszam uśmiechem.
 — Odbijany? — wpierw kruk wyglądał na dość sceptycznie nastawionego. W ciągu kolejnych kilku sekund zrezygnował z początkowo obranej postawy i skłonił sylwetkę w iście dżentelmeński sposób. Wymordowany przez chwilę odprowadzał spojrzeniem jego odzianą w garnitur postać, następnie postępując krok ku kobiecie.
 — Pomysły jak się stąd wyrwać?




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Re: 5 seconds of summer [Yu & Rhett]

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Powrót do góry