:: M3 :: Południe

Go down


OISHII PIZZERIA

Pisanie by Havoc on 13/6/2018, 00:34

Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, to OISHII PIZZARIA jest miejscem, gdzie można zjeść pizzę. Podobno całkiem dobrą. Lokal nie wyróżnia się na tyle podobnych do siebie miejscówek. Jest tak oryginalny, jak sama jego nazwa.

~*~

Ubiór Mike'a Havoca nie pasował do pory roku, ani duchoty, która została zaprezentowana mieszkańcom miasta przez obecne władze. Chociaż było gorąco, informator miał na sobie garnitur, nienagannie wyprasowaną koszulę oraz krawat, a także rękawiczki. Na jego twarzy nie odcisnęło się piętno wysokiej temperatury w charakterze zaczerwienionej skóry i potu. Była blada, jak zawsze, a może nawet bardziej niż zawsze. Była niemal trupioblada. Jakby miał zaraz się przewrócić i zemdleć, ale wbrew pozorom czuł się całkiem dobrze jak na swoje warunki.
  Odczekał aż zapali się zielone światło i przemieścił się na drugą stronę jezdni w akompaniamencie pisku sygnalizacji świetlnej - ułatwienie dla niewidomych. Omiótł spojrzeniem jedną z bocznych uliczek, ale w końcu niebieskie oczy zatrzymały się na zakapturzonym mężczyźnie. Postanowił do niego dołączyć, chociaż kontemplacja wielkich domów obrzydliwie bogatych mieszkańców M-3 nie należało do jego hobby. Takowym mogłaby się pochwalić pewna dziennikarska hiena, ale nie on.
  — Dzień dobry — przywitał się, jak to miał w zwyczaju, nie rezygnując z pakietu uprzejmości, zanim jeszcze zbliżył się do swojego nowego rozmówcy. Nie bał się, że go spłoszy. Ktoś, kto zabijał z zimną krwią, nie był płochliwym królikiem. Wiedział  o tym najlepiej. — Czyżby planował pan włamanie? — zapytał niby to uprzejmie, chociaż głos nie był podszyty zainteresowaniem. Pobrzmiewało w nim znudzenie. Jakby został wypowiedziany przez syntezator mowy, albo androida, ale na pewno nie człowieka z krwi i kości. —  Odradzam. Wpadłby pan jak przysłowiowa śliwka w kompot. Mają dobry system zabezpieczeń. Są bardzo ostrożni.
  Przystanął za mężczyzną i obdarzył wielki gmach przelotnym spojrzeniem, ale to nie pokaźny dom zajmował mu myśli przez ostatni dzień. Krążyły one wokół chaotycznego morderstwa i jego wykonawcy, czyli – jak mniemał - mężczyzny, który z żywym zainteresowaniem wypatrywał momentu aż wszyscy domownicy opuszczą posiadłość, jednakże ówże chwila nie nadchodziła.
  — Pierwszy czerwiec. Wschodni rewir przy piątej alej. Morderstwo z premedytacją. Przebita krtań kawałkiem szkła — wyrecytował, jakby z pamięci. Czytał te akta kilka razy, by utrwalić je sobie w głowie. Zapamiętać ich treść - literka po literce, kropka po kropce. Nawet teraz był w stanie wykazać parę błędów interpunkcyjne, które zagnieździły się w raporcie. Nie było ich dużo, ale kilka owszem. Nic zresztą dziwnego. Został spisany w pospiechu. Śledztwo wciąż trwało. Sprawca był nadal na wolności, a S.SPEC posiadało dosłownie wszystko – niezbyt przejrzyste zdjęcie z kamer, odciski palców, skrawek DNA i narzędzie zbrodni. Odciski palców nie figurowały w bazie danych, a DNA zostało poddane analizie i utknęło w laboratorium. Poszukiwany zapadł się pod ziemię, teoretycznie. Odszukanie go nie było aż tak trudne, jak mogło się wydawać.
  Mike wyszarpał z kabury pistolet. Był naładowany i gotowy do użytku. Ujął go w dłoń, na której wsiał neseser, toteż z powodzeniem udało mu się ukryć broń przed przechodniami. Ulica nie była szczególnie tłoczona, ale zbliżała się godzina szczytu, więc za chwilę się w taką przekształci, a Havoc wolał nie wzbudzać paniki. Chciał mieć tego człowieka na wyłączności, by zamienić z nim klika zdań. Przynamniej na najbliższą godzinę. Potem zastanowi się co dalej, a raczej czy warto przytrzymać go przy życiu, czy nie. Wtedy bez żadnych skrupułów odda go w ręce władzy, fundując mu w ramach przyjacielskiego „do widzenia” albo gaz łzawiący albo dawkę wiązanki elektrycznej przy pomocy paralizatora – obie te niezawodne do samoobronny rzeczy przechowywał w swoim asortymencie.  Nie traktował ich jak swojego zabezpieczenie. Mężczyzna, z którym miał do czynienia, nie dbał o dyskrecje, nie był też rozpoznawalny przez system, a więc nie figurował w bazie danych jako obywatel. Musiał zatem przedostać się tutaj za pomocą jednej z licznych wyrw w murze. Informator musiał brać pod uwagę każdą opcję. Był świadom, że  najprawdopodobniej nie miał do czynienia z człowiekiem. Obstawiał Wymordowanego, ale kolor ślepi wszystko zweryfikuje, bo równie dobrze mógłby być Łowcą. Nie zmieniało to jednak faktu, że jeszcze nigdy nie skonfrontował się bezpośrednio z zezwierzęconymi ludźmi, chociaż posiadł jako takie pojęcie do czego byli zdolni.
  — Wczoraj zginął człowiek. Zafundował pan niezapomniany dzień dziecka jego pociechom.
  Havoc uśmiechnął się nieznacznie, ledwo poruszając kącikami ust w tym celu. Palce mocniej zacisnęły się na trzymanej w ręku broni, którą dyskretnie docisnął do czwartego żebra mężczyzny. Jeden z nich otarł się o spust, ale informator nie pociągnął za niego w celu zneutralizowania mordercy, chociaż niewątpliwie tak powinien postąpić, jeśli myślał o dostarczeniu go odpowiednim służbom. Jednak myśli Mike'a nie były ukierunkowane w stronę obywatelskiego, a raczej służbowego obowiązku. Kierował się zgoła innymi pobudkami, niemieszczącymi się w definicji słowa patriotyzm.
  — Przejdźmy się — zaproponował. Ton jego głosu był przyjemny dla ucha, pozornie sympatyczny, chociaż nadal pobrzmiewało w nim niezbyt dużo emocji.  — Dwadzieścia metrów stąd można zjeść. — Powinien dodać przed zjeść przymiotnik dobrze dla lepszego wydźwięku, ale nie przeszedł mu on przez gardło. Nie lubił tego typu jedzenia, ani tym bardziej serwujących go knajp. Były paskudne. — Zapraszam pana na obiad. — Jeszcze mocniej przycisnął lufę do materiału górnej garderoby mężczyzny, w ten o to sposób wymuszając na nim marsz. — Na mój koszt, a jeśli pan będzie skory do współpracy, opowiem panu o systemie zabezpieczeń i udzielę paru wskazówek — zachęcił. Mężczyzna musiałby być skrajnie naiwny, by uwierzyć mu na słowo, ale czy miał w ogóle coś do stracenia? Havoc po wcześniejszej prezentacji szczerze w to wątpił, a przecież nikt nigdy nie mógł mu zarzucić przesadnego optymizmu. Więc, jeśli mężczyzna będzie chciał go wysłuchać, to pójdzie w wskazane przez niego miejsce, jeśli nie – popchnie go na ścianę i ucieknie. Informator nawet nie miał zamiaru się przed tym bronić. Po prostu powiadomi odpowiednie organy władz o napaści na swoją osobę i poda dokładny rysopis mężczyzny. Był gotowy niemal na każdy scenariusz i wcale nie miał przygotowanego asa w rękawie. Nie miał zamiaru do nie też strzelać jak do kaczki. Ryzyko, że trafi kogoś innego, powiększało się z minuty na minutę. Robiło cię coraz tłoczno. Wywołanie zamieszenia z użyciem pistoletu mogłoby go kosztować utratę licencji. Za bardzo mu na niej zależało. Wbił oczy w kark mężczyzny. Decyzja należała do niego.
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Pride on 21/6/2018, 21:04
 Obecność Niklasa w mieście zwiastowała zamęt. Już odkąd jego mała łapka przecisnęła się przez wyrwę w murze, wiadomym było, że w końcu toksyczny temperament ujrzy światło dzienne.
Chaos pochłaniał wszystko co spotkał na swojej drodze. Trawił, przeżuwał, a następnie wypluwał pozostawiając po sobie zgliszcza. A Niklas parł naprzód niezarażony zniszczeniami, jakie po sobie zostawił.
 Podobnie było z morderstwem. Powierzchownie nieprzemyślanym, spontanicznym i bez większej finezji. Zabił typa, ograbiając go z życia rodzinnego i paru banknotów z portfela, którymi był najbardziej zainteresowany. Banknotów, które dały mu chwilowe schronienie kiedy deszcz ostro zacinał wieczorem i hamburgera z fast fooda, którego pochłonął wracając do zatęchłego motelu, bo tylko na taki było go stać. Luksusem nie można było nazwać jednego pokoju ze skrzypiącym łóżkiem, śmierdzącym szczynami i starym z lat dziewięćdziesiątych telewizorem, posiadający jeden kanał, w tym erotyczny.
Łazienka również nie podwyższała standardów wątpliwych tego lokalu, ale Niklasowi to nie przeszkadzało, kiedy siedział w wannie z wodą i przeglądał zawartość portfela faceta, którego kilka godzin wcześniej zabił z zimną krwią z jednej z uliczek miasta.
 W portfelu miał zdjęcie dwóch córek i żony. Obie były śliczne, jednak żona wyglądała na typowego smoka zionącego piekielnym ogniem. Prawdę mówiąc przez chwilę czuł, że spełnił dobry uczynek. Uwolnił nieszczęśnika od życia z ogrem i użerania z dorastającymi bachorami.
Dopiero chwilę później przyszła myśl — kiedy ostatni raz zabiłem bezpośrednio? Zazwyczaj nie brudził sobie rąk. Nie należał do grona osób cisnących się  chętnie do przetrącenia karku. Należał raczej do tej drugiej grupy — wysługujących się. Miał zawsze kogoś, coś, kto zrobi to za niego. Czarna robota spadała na półśrodki, bo oczywiście nie liczył momentów, w których pacjent mu zmarł na stole od nadmiaru tortur, substancji i innych czynników szkodliwych dla organizmu.
 Refleksja na ten temat nie pasowała do niego, wprawiła go w dziwną zadumę i melancholię, nadając mu niepotrzebnej powagi. Szybko odrzucił od siebie swoje cenne trofeum na rzecz położenia w łóżku, które wydawało się  być lepsze niż te jego w chacie.  
 Sen szybko nadszedł, a on śnił o starym człowieku z wydłubanymi oczami. Czarne oczodoły świeciły pustką, a usta szeptała słowiańskie modlitwy. Nad głową starca przelatywały ćmy, a potem lądowały wprost do jego ust. Czarna poświata pochłaniała coraz bardziej przykurczoną sylwetkę.  Starzec zniknął, a z otchłani wyłoniło się stado rąk. Poniszczone, ze dartymi i czarnymi od brudu paznokciami próbowały sięgnąć go, ale on stał nieosiągalny w miejscu. Strach stał za jego plecami, jednak nie próbując go utemperować. Nawet on wiedział, że się nie da.
 Kolejny dzień stanowił wyprawę. Koczował po mieście, udając się w miejsce spotkania z podziemnym szczurem, czy jak ładniej ich nazywano — Łowcą. Łowca, jak to łowca okazał się podstępną szują. Nie pojawił się on, ani jego obiecane fanty. Cała wyprawa do miasta poszła się jebać przez niedołężnego kuternogę. Pride miał nadzieje, że śmieć męczy się z jakimś polipem odbytu, a nawet jeśli nie, to Niklas przy ich kolejnym spotkaniu zafunduje mu paczkę chorób.
 Jego uwagę przykuł ładny dom w ciekawej okolicy. Rodzina wydawała się być zabiegana i zajęta swoimi sprawami, czekał na odpowiedni moment kiedy ci opuszczą lokal, a kiedy to się już stało został nakryty. Nakryty na gorącym uczynku.  W głowie przetrawiał wszystkie odpowiedzi i scenariusze swojego zachowania. Myślał co mu się opłaci, a na czym może stracić.
— Dzień dobry.
Niedobry. W końcu mnie złapałeś.
— Wpadłby pan jak przysłowiowa śliwka w kompot.
Ano,  już wpadłem, geniuszu.
Brew drgnęła mu z irytacji.
Witaj nieznajomy.
Odparł pogodnie, nie odwracając się. Nie miał raczej takiej możliwości z przyłożonym pistoletem do pleców.
 Uśmiechnął przeciął mu usta, a oczy rozbłysły się niczym na widok prezentów na Gwiazdkę. Cień ekscytacji wprawił jego serce w szybsze bicie.
Średnio co dwie minuty ktoś ginie. Pewnie nie widziałeś, ale facet miał spore problemy z nadwagą, sam się w końcu wykończyłby, a ja mu tylko solidarnie pomogłem.
Brzmiał naturalnie, jakby właśnie rozmawiali o pogodzie albo o ciekawym filmie, który widzieli w telewizji. Wydawać się mogłoby, że powinien być spięty przez całą sytuację.
 Przyciśnięty pistolet do pleców — obce miasto — zdemaskowanie  — nieznane zamiary.
 Lecz nic bardziej go nie uradowało, jak chwilowa zabawa.
Przejść się? Bez żadnego jedz---
— Dwadzieścia metrów stąd można zjeść.
Wybornie!
Krzyknął uradowany i odwrócił się pomimo przytkniętego do jego żeber pistoletu. Stalowe ślepia błysnęły uradowane i zaciekawione pokurczem, którego miał przed sobą. Szybko ocenił.
 Roześmiał się perliście.
Oho! W końcu widzę, że ktoś mądrze gada! Świetnie, umieram z głodu! I to jeszcze za darmo!
Rzucił szczerząc się beztrosko, a charakterystyczny jeden kieł naszedł mu na dolną wargę dodając mu jedynie mniej powagi.
I schowaj te klamkę, jeszcze przestrzelisz sobie stopę z wrażenia. Możemy iść na randkę, czemu nie. Dawno nie byłem.
Ruszył w wyznaczonym przez Mike'a kierunku, zmierzając do widocznej z daleka knajpy.
Kiedy weszli Pride wybrał stolik najbardziej oddalony od ciekawskich oczu. Z tyłu sali, w rogu, za parawanem.
Nie nie interesują mnie tutejsze systemy, co pewnie sam zauważyłeś...?
Rzucił sugerując, aby ten przedstawił się.
 Granica między panem, a kolegą szybko zatarła się dla Niklasa. Tu i tak nikt nie był starszy od niego.
avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Havoc on 1/7/2018, 00:00
Mike Havoc słuchał go uważnie, ale zainteresowanie nieco przygasło. Było niczym zachodzące słońce, coraz bardziej przybliżające się do linii horyzontu. Nie dało się ukryć, że słowa, które padły, odrobinę ostudzi zapał człowieka w służbie S.SPEC, który w odpowiednim momencie skinął głową.
  — Zatem uważa pan, że ulżył temu mężczyźnie w cierpieniu? — dopytał w ramach ścisłości. Postawiona przez mężczyznę diagnoza była trafna. Mężczyzna, który nieszczęśliwym splotem wydarzeń padł jego ofiarą, tkwił od lat w wyniszczającej go chorobie. Borykał się nie tylko z nadwagą, ale też cukrzycą w zaawansowanym stadium. Nie mógł schudnąć, więc nie schudnął, mimo że bardzo tego pragnął. Umierał, powoli umierał, raz w miesiącu odwiedzając lekarza. Pozostawił po sobie wadliwą pulę genów, chociaż jego dzieci jak na razie nie wykazały się nadmierną otyłością. Ich matka dbała o dietę, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że wyplenienie złych nawyków żywieniowych może się na nic nie zdać. Organizm ludzki był bardzo wrażliwym i jednocześnie wadliwym instrumentem. Mike zdawał sobie z tego sprawę najprawdopodobniej bardziej niż ktokolwiek inny z jego najbliższego otoczenia, chociaż liczba takowych osób była niemal bliska zeru. — Każdy kiedyś umrze — zgodził się - ni to chwaląc jego punkt widzenia, ni to stwierdzając oczywisty fakt. Fakt będący źródłem goryczy dla tych, którzy chcieli przeżyć wiele długich lat, a nawet marzyli o nieśmiertelności. Niektórzy naukowcy nawet byli przekonani, że wirus X w pewnym stopniu ją dawał, ale informator miał inny pogląd na temat. To tylko iluzja, iluzja dla ślepców pogrążonych w swoich marzeniach o długowieczności. Jako człowiek znużony swoim dotychczasowym życiem, nie rozumiał sensu istnienia tego terminu. Świadomość nieuchronnego końca wisiała nad nim niemal od chwili urodzenia. Przywykł do niej i nie miał zamiaru się jej sprzeciwiać, dlatego odstawił prochy na receptę i zrezygnował z regularnych odwiedzin u lekarza, mimo iż to był jeden z kilku argumentów, dlaczego powziął tak radykalne w opinii niektórych kroki. Jedyna osoba, która była upoważniona do prawienia mu w tym kierunku kazań, zniknęła bez śladu parę miesięcy temu. Havoc podejrzewał co się z nią stała, dlatego nie szukał dalej. Zbył ten incydent milczeniem, jak wiele innych, które odgrywały się niemal na jego oczach. — Szanuję pana stanowisko w tej sprawie, jednakże prawo ma na ten temat odmienne zdanie, a ja - jako pracownik zatrudniony na pełen etat w instytucji państwowej - jestem zmuszony go za wszelką przestrzegać. Mam nadzieję, że pan to rozumie — rzekł z udawaną przykrością, lecz wcale nie było mu przykro. Uśmiechnął się w myślach. Dawno był na bakier z panującą w mieście dyktaturą. Wiara w kult jednostki z niego wyparowała, gdy przebywał na terenach odległych stąd o wiele mil terenów dawnych Niemiec.
  Od dwóch minut jego długie rzęsy nie ruszyły się chociażby o milimetr. Dopiero teraz mrugnął, czując suchość w oczach. Od chwili wyjścia z mieszkania nie konsultował soczewek optycznych z kroplami i nie miał takiego zamiaru, gdyż to wymagało odwiedzin publicznej toalety, a publiczne toalety były skażone ludzką obecnością. Postarał się o tym nie myśleć, by nie zademonstrować obrzydzenia. Obrzucił uliczkę matowym spojrzeniem w celu upewnienia się, że nikt - a zwłaszcza pewna ruda dziennikarka - nie zakłóci jego spokoju, ale nie dostrzegając nikogo, zaśmiał się, choć dawno tego nie robił. Zabolały go zesztywniały mięśnie twarzy, ale nie przeszedł przez nią żaden grymas świadczący o tej kontuzji, a dźwięk, którym się posłużył, był pozbawiony wartości merytorycznej; nie zawierał w sobie ani grama wesołości. Brzmiał tak, jakby ktoś puścił go ze starej kasety, a pracownik S.SPEC zaledwie poruszył wargami w charakterystyczny sposób, by udać rozbawienie. Mimika informatora również nie uległa przekształceniu i nie wskazywała na takowy stan emocjonalny; nadal była beznamiętna, a oczy wpatrywały się chłodno w oblicze mężczyzny.
  — Niestety to niemożliwe — powiedział, ale w jego tonie nic nie wskazywał na to, że jest mu przykro. W dalszym ciągu był wyzbyty wszelkiej zbędnej modulacji, wargi zaś poruszały się mimowolnie, jakby od niechcenia. Havoc nie wykładał w to w ogóle wysiłku. Jeszcze raz poprawił uścisk na rączce broni, by potwierdzić swoją determinacje w tym zakresie.  — Nie mogę panu zaufać.
  Idąc, nadal wpatrywał się w jeden punkt, w kark mordercy. Przydługie, niezbyt zadbane włosy okalały niemal jego całą powierzchnie. Na małym nosie Mike'a pojawiła się niewielka zmarszczka, gdy dokonał tego odkrycia.
  Przekroczywszy próg niezbyt zatłoczonego lokalu, schował broń do kabury, lecz w razie niebezpieczeństwa nadal znajdowała się w zasięgu szczupłej ręki. Niemniej jednak nie chciał jej obecnością wywołać niepotrzebnego poruszenia wśród szarych obywateli, którzy pojawili się w pizzerii z tej samej przyczyny, co informator i przybysz zza muru, bo właśnie taki pseudonim przypisał mu informator – chcieli skonsumować obiad.
  Zanim zajął miejsce na przeciwko mężczyzny, spiorunował stołek nieprzychylnym spojrzeniem, wahając się czy skorzystać z usług mebla, czy darować sobie tę kurtuazję. Wreszcie zdecydował się postąpić wbrew własnej naturze, chociaż kosztowało go to wiele wysiłku. Był niemal pewny, że na jego czole pojawiło się kilka wilgotnych kropel w postaci potu. Nie chcąc wzbudzać zainteresowanie, zacisnął mocno szczękę i bardzo niechętnie przełamał swój upór, spisując znajdującą się na nim odzież na straty. Wiedział, że wyląduje w koszu na śmierci wraz z odpadami żywności.
  — Mukuro. Proszę się tak do mnie zwracać — wszeptał imię, a raczej pseudonim, którymi posługiwała się policja w odniesieniu do bardzo niebezpiecznego przestępcy mordującego sporadycznie, w nieregularnych odstępach czasowych niepowiązanych ze sobą obywateli, by – jak to określił psychiatra – dać upust swoim emocjom. Nie miał zamiaru zdradzać mu swoich prawdziwych danych osobowych. Nie liczył na szczerość i nie miał zamiaru się takową odwdzięczyć. Wyciągnął z kieszeni bawełnianą chusteczkę i wytarł nią krople z czoła.
  Kelnerka, młoda kobieta o przyjemnej dla oka urodzie przyniosła menu i dwie szklanki z czystą wodą. Przywitała się i położyła przed nimi zarówno naczynia, jak i karty dań. Mike odpowiedział na krótkie „dzień dobry" tym samym beznamiętnym „dzień dobry”, ale nie zaszczycił ani jej, ani spisu pizz chociażby pojedynczym spojrzeniem. Jego uwaga była skoncentrowana na nieznajomym.
  — Proszę się nie krępować. Mój portfel jest do pańskiej dyspozycji — podsunął z lekkim, zmanierowanym uśmiechem. Przeciwieństwie do mordercy, informator nie przeszedł na "ty". Głos był podszyty natomiast uprzejmą, wręcz sztuczną uprzejmością, błąkała się w nim nuta dobrze zakamuflowanej drwiny. Sam nie miał zamiaru korzystać z usług, które oferował ten lokal. Zerknął podejrzliwie na szklankę z wodą. Była czysta, ale to o niczym nie świadczyło. Podświadomie wiedział, że znajdowały się na niej zarazki ust, które czule dotykały jej brzegów i palców, które ją pieczołowicie wcierały, kiedy szklana powierzchnia została skonsultowana z płynem od naczyń. Niemal widział zatarte linie papilarne na jej ścianach. Tak, musiały tam być. Nie było innej możliwości.
  Posłał mężczyźnie zachęcających uśmiech.
Szybko, bo zaraz się rozmyślę i nawet wyregulowana klimatyzacja nie obniży temperatury, gdy zrobi się gorąco..
  Ale uśmiech nie zachęcał, a jedynie ponaglał.
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Pride on 7/7/2018, 18:18
 Słowa Pride od tysięcy lat stanowiły podszytą kłamstwem wiązankę pięknie splecionych ze sobą zdań. Dlatego też jeszcze większe rozbawienie przyszło, kiedy młody, uroczy blondyn potwierdził jego heroiczny czyn, w którym prawdę mówiąc, było brak jakiegokolwiek bohaterstwa.
Niklas pomimo, że był lekarzem nie przyglądał się swojej ofierze. Po prostu poderżnął jej gardło zabierając pieniądze i całkowicie bezczeszcząc profanację zwłok denata. Nie interesowały go choroby pokroju cukrzycy, otyłości i ospy wiecznej. Jemu przyświecały całkiem inne cele. Cele, których zwykły miastowy obywatel nie zrozumiałby.
 Niklas od zawsze realizował wytyczony przez siebie plan. Często uważano jego zachowanie za lekkomyślne, zbyt naiwne albo najczęściej głupie. Lecz on nigdy nie robił nic bez powodu. Przyjął setki lat wstecz pewną strategię, którą konsekwentnie stosował, dzięki czemu w wielu kwestiach był zwycięzcą. Tak jak w tym momencie.
Oczywiście, że każdy kiedyś umrze. Ja umarłem tysiąc lat temu.  Powiedziałbyś?
Zapytał z szerokim uśmiechem na ustach, jednak fałszywe, gadzie spojrzenie prześlizgnęło się po całej sylwetce mężczyzny. Szukał w jego oczach zainteresowania. Przeczuwał, że rzucone od niechcenia słowa wprawią Havoca w zaintrygowanie, na które Niklas liczył.  
 Rozsiadł się wygodnie na krześle, łapiąc w dłonie kartę dań. Z udawanym zamyśleniem spoglądał na mało wymyślne dania, które po milenium zyskały dla niego miano frykasów. Nieosiągalnej elity potraw, o których mógł marzyć w swojej małej, drewnianej chatce — o której los szczerze się martwił. Pozostawiona w łapach rudego lisa mogła jedynie przybrać kształt gruzowiska. Nie wiedział, czy w ogóle ma do czego wracać. Na Desperacji spalił za sobą wszystkie mosty. Pogrzebał kiełkujące i stare relacje, na rzecz... no właśnie, czego?
 Zamyślony przesuwał wzrokiem po składnikach pizzy, pobieżnie słuchając właściciela niebieskich oczu. Podniósł nawet na niego spojrzenie, bezczelnie przyglądając się jego twarzy. Pewność jaka biła od Niklasa zazwyczaj zbijała ludzi z tropu. Bywał nietaktowny i zbyt bezpośredni w efekcie czego inni unikali z nim kontaktu. Podejrzewał, że w tym przypadku tak się nie stanie (bo chyba miał do czynienia z cyborgiem), dlatego też z pełną premedytacją oceniał go.  Przypominał mu aryjskich Niemców z czasów drugiej wojny światowej.
 Blond włosy i niebieskie oczy.
 Rasa nadludzi — jak to lubił oceniać Nietzsche.
Jesteś stąd?
Zapytał, co mogło wydawać się Mike'owi nieco głupie i nie na miejscu.
Mukuro. Mukuro.
Smakował jego imię, a raczej pseudonim. Nie wiedział za bardzo co on mógł oznaczać, a raczej kim mianowano go, jednak Niklasowi idealnie pasował do sztywnej sylwetki Havoca.
Brzmi smakowicie.
Obnażył zęby w pogodnym uśmiechu, nijak pasując do wcześniej wypowiedzianych słów.  Zachowanie i mimika twarzy nieznajomego pozostawiała wiele do życzenia. Nie znał się na psychologii, a na krojeniu ludzi, jednak wszystko podpowiadało mu, że coś z nim jest nie tak.
Spieszysz się gdzieś, Mu-chan?
Zapytał z przesadną nutą uprzejmości, nie ściągając z twarzy radosnego uśmiechu. Przeciągał specjalnie wybór jedzenie, podejrzewając, że ten chce jak najszybciej pozbyć się problemu. Może uznał, że nie poradzi sobie z wymordowanym? A może powód ponaglanie był całkiem inny?
 Młoda kelnerka podeszła do ich stolika. Niklas od razu obrzucił ją wzrokiem od stóp do głów, oceniając jej sylwetkę na mocne trzy. Wyobrażenie na temat miastowych kobiet miał nieco inne, ta je delikatnie zakrzywiła.
Co dla panów?
Proszę dać nam jeszcze chwilkę, zagadaliśmy się.
Odparł z szerokim, pięknym uśmiechem.
 Kobieta odeszła bez słowa.
 Niklas zerknął w kartę ponownie. Cwany uśmiech wkradł się na ułamek sekundy na wargi lekarza, a następnie pochylił się nad stołem w stronę Mike'a i podsunął kartę.
Przeczytaj mi co jest  tutaj napisane.
Poprosił. Długim paznokciem wskazał na pierwszą pozycję na liście. Nazwa pizzy i składniki.
 Dzielił ich niewielki dystans między twarzami, a on z beztroską miną wypatrywał reakcji.
avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Havoc on 20/7/2018, 01:47
Mike zaczął szkicować w myślach uproszczony portret psychologiczny przestępcy. Uczono go tego na studiach i weszło mu to w krew. Zawsze to robił, gdy miał (nie)przyjemność spotkać nowy organizm żywy wyposażony w chociażby minimalny iloraz ludzkiej inteligencji, a ten mężczyzna miał w sobie jakieś czynnik, przez który dostrzegł pewne podobieństwo między nim a sobą. Jakaś cząsteczka znajdująca się gdzieś w najgłębszych zakamarkach umysłu informatora, odpowiadająca za przeczucie, podpowiadała mu takową możliwość. Nie lekceważ go, mówiła, jakby tym samym chciał przytoczyć idiom  - „wielkie umysły myślą podobnie”.  
  — Jestem skłonny w to uwierzyć. Widziałem w swoim krótkim życiu mnóstwo rzeczy i nie zamierzam poddawać pańskiego wieku w żadne wątpliwości — przytaknął twierdząco, kładąc nacisk na jedno z wypowiedzianych słów, w celu podkreślenia kontrastu między nim. Zdawał sobie bowiem sprawę, że w porównaniu do wielu istnień na ziemi, mimo zbliżającej się trzydziestki, był bardzo młody.
  Obrzucił mężczyznę krótkim, pozbawionym emocji spojrzeniem i przeniósł wzrok na widok za oknem. Dostrzegł przez niego zaledwie skrawek nieba; resztę przysłaniał kilku piętrowy wieżowiec. Ładny i zadbany budynek z nikłymi śladami używalności. Nie wyróżniał się niczym na tle sobie podobnych budynków. W milczeniu kontemplował przesuwające się po sztucznym niebie obłoki przysłaniające słońce.
  — Jesteś stąd?
  Miał ochotę zademonstrować pakiet białych zębów, ale wargi nie uległy jego zachciance; niewzruszone, nie zadrżały chociażby o milimetr. Zerknął na mężczyznę ukradkiem. Wzrok miał zimny, a twarz pozbawioną jakiekolwiek ekspresji. Nie pokwapił się, by udzielić mu odpowiedzi. Takowa była widoczna na pierwszy rzut oka. Jego uroda odbiegała od azjatyckich standardów. Różniła się od nich, jak różni się od siebie ogień i woda. Nie miał ani czarnych włosów, ani ciemnych, skośnych oczu. Jego akcent też był obcy. Sam był obcy.
Chciałbym stąd wyjechać.
  Myśl, która nagle ukształtowała się w jego głowie, sprawiła, że po jego plecach przebiegł jeden, a potem drugi dreszcz. Zacisnął mocno jedną z dłoń trzymaną na kolanach i nabrał do nosa odpowiednią ilość powietrza. D o k ą d, zapytał samego siebie, ale żadne konkretne miejsce nie przyszło mu do głowy. Nigdy się tam tym głęboko nie zastanawiał, chociaż dawno odkrył, że pobyt M-3 było tylko przystankiem. Nie uważał tego za nic trwałego; przywiązanie już dawno pochował w odmętach świadomości.
  — Umie pan angielski. — Wypalił nagle w kierunku nieznajomego, gdy ten akurat dwukrotnie powtórzył szkielet, chcąc najpewniej zakodować sobie fałszywe imię w pamięci. Pomimo pośpiech głos informatora zabrzmiał tak jak zawsze. Nie był podszyty żadną emocją, ani nawet modulacją. W pierwotnej wersji miał być pytaniem, jednak stał się stwierdzeniem. — Jest pan Europejczykiem, więc na pewno ten język nie jest panu obcy  — stwierdził, przerzucając się na wspomniany wcześniej język. Morderca nie wyglądał na Azjatę, a posługiwanie się innym językiem zapewniło im w pewnym sensie prywatność. Zwykli obywatele nie zaprzątali sobie głowę nauką języków. Wiedzieli bowiem, że przemieszczenie się do innych miast jest problematyczne, zatem istniało małe prawdopodobieństwo, że uda im się wyrwać ze swojej ojczyzny i posmakować innego życia. Havoc był kiedyś w podobnym położeniu. Mając dwanaście lat, nigdy by mu nie przyszło do głowy, że opuści tereny dawnych Niemiec, a wyjeżdżając z nich, nigdy nie przepuszczał, że narodzi się w nim swego rodzaju tęsknota za piątym z kolej miastem. Dopiero teraz uświadomił sobie, że jakaś część jego świadomość, chociaż zapewne niewielka, nadal pielęgnowała wspomnienia, których chciał pozbyć się za wszelką cenę. Wspomnienia rozdrapujące stare rany. Poczuł mrowienie w biodrze i na chwile przed jego oczami stanęła sylwetka Kurtza. Nigdy nie zastanawiał się, co u niego słuchać i jak mu się powodzi. Urwał z nim kontakt ponad rok temu. Nawet nie mógł odtworzyć w myślach dokładnego obrazu jego twarzy, a żadnych fotografii oficera nie zachował. Chciał go wyrzucić ze swojego jestestwa, jakby nigdy go w nim nie było. Widział zaledwie jej rozmazane kontury i poczuł w powietrzu woń papierosa, chociaż wiedział, że na ogół w takim miejscach jak pizzeria był zakaz palenia.
  Potrzasnął lekko głową i ponownie odwrócił wzrok do mężczyzny. Przestał go poganiać. Cierpliwie czekał, aż wreszcie wybierze jedną z opcji zwartych w menu. By zabić czas przyjrzał się dyskretnie znajdującym w lokalu osobom, ale nie spuszczał gardy. Ze swoją dość dobrze rozwiniętą podzielnością uwagi mógł sobie na to pozwolić. Chłonął każde słowa wypowiadane przez usta nieznajomego i dopiero, kiedy poczuł jak obcy oddech prześlizguję się po jego skórze, znów poświęcił mu odrobinę więcej uwagi. Skrzywił się, lecz na jego twarzy nie uwydatniły się żadne oznaki obrzydzenie. Poczuł jak mięśnie się napinają, a gruczoły potowe nagle produkują nadmiar nieprzyjemnej w zapachu substancji, mimo iż zwykle zbytnio się nie pocił, ale nie wykonał żadnego gwałtownego gestu, który byłby w stanie zademonstrować niechciany stan emocjonalny.
  Przeczytał składniki i nazwę produktu, a potem odchylił się na krześle, by zwiększyć odległość pomiędzy nim a przybyszem zza muru.
  Zerknął na przepustkę wyposażoną w tarczę zegarka. Pełniła jedyną z doczesnych technologii, które weszły w jego posiadanie.
  — Wpadło panu coś w oko?
  Zerknął mężczyźnie prosto w oczy. Ludzie mało decyzyjni z reguły szybko go irytowali. Nieznajomy powoli począł przeinaczać się w wyjątek od tej reguły.
avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Pride on 10/8/2018, 14:53
 Najczęstszy problem Prajda polegał na tym, że on nie widział podobieństw między sobą, a inną jednostką. Uważał się za kogoś znacznie lepszego od pozostałych, ba, wręcz był przekonany o swojej boskości, całkowicie zapominając, że urodził się jako człowiek i tak samo żył przez kilkaset stuleci.
 Tłumaczył sobie, że przypadkowo był człowiekiem, gdyż przyświecał temu większy cel. Cel, którym zapewne nie było ratowania życia bezinteresownie czy otworzenie przytułku dla bezdomnych. Jego spojrzenie sięgało dalej, głębiej. W bardziej mroczniejsze i ciemniejsze strony. Eksperymenty, które przeprowadzał na różnych osobnikach mogły jedynie świadczyć o jego szaleństwie oraz braku empatii.
To dobrze, dobrze.
Miło kiedy ktoś pierwszy raz ci wierzył.
 Uśmiechnął się szeroko. Maska wesołka tkwiła mu na nosie mocno, nie mając zamiaru pozbywać się jej zbyt prędko.
A na jakie pochodzenie ci pasuje?
 Zainteresował się, nie mogąc powstrzymać rozbawienia w głosie. Faktycznie znał angielski, ba, potrafił czytać i pisać w porównaniu do tych tępych debili z Desperacji, jednak siedzący naprzeciw niego mężczyzny nie musiał o tym wiedzieć. Nie wiedział, że Niklas swego czasu był jednym z nielicznych wybitnie studentów medycyny, zajmując ze swoim IQ szczytowe stanowisko w elicie.
 A dokładnie posługiwał się trzema językami. Japoński stał się wiodącym, angielski oraz norweski zatarły się w raz z upływem czasu, jednak co rusz odświeżane, pojedyncze słówka przypominały mu o tym, że je znał. Najbardziej żal mu było ojczystego języka, który był dla jego uszu melodią. Zapomnianą, brzęczącą czasem w uszach muchą. Wiele dałby, aby móc ponownie wrócić nad fiord i zjeść pieczonego ziemniaka.
 Bliskość dla Pride nie stanowiła większego problemu. Zazwyczaj to on był tą stroną, która łamała wytyczone bariery, przywłaszczając sobie cudzą przestrzeń. Świat należał do niego, a wraz z nim wszyscy ludzie.
 Prześlizgnął wzrokiem po spokojnej twarzy Mike'a, a dostrzegając minimalny ruch, zaciekawiony wbił spojrzenie w zimne oczy Havoca.
Wpadło coś panu w oko?
Tak.
Zdecydował i wskazał w menu palcem, na pozycję numer siedem. Pizza — klasyczna.
Ty.
Oświadczył z pełną powagą, sprawdzając reakcję mężczyzny. Podejrzewał brak jakiejkolwiek oznaki emocji z jego strony, dlatego też roześmiał się, samemu opierając plecami o krzesło.
 Odstawił menu na bok i poczekał aż wróci kelnerka, po czym sam bez pomocy- tłumacza Mike'a złożył zamówienie.
I co zamierzasz ze mną zrobić?
Zapytał, wspierając głowę na dłoni i uparcie wiercąc mu dziurę w czole.
Tylko pamiętaj, że po kolacji, obiecałeś mi lody. Nie możemy zakończyć spotkania w takim momencie, bez porcji lodów straciatella. Złamałbyś mi serce.
 Och, Pride, nie pogrążaj się.
avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Havoc on 20/8/2018, 14:42
Europejskie - rzekł w ramach odpowiedzi, ale nie zagłębił się w ten temat; nie był dla niego na tyle istotny, ażeby wdawać się w mało znaczące szczegóły. Już nie było krajów, były miasta, w których roiło się jak w ulu od różnych nacji. Pojęcia narodowości się zatarło. Mike niegdyś chciał poznać tamten świat, świat, w którym każdy mógł poczuć na sobie woń wolności, nieskrępowaną przez dyszącą mu w kark fetor dyktatury, jednakże zdawał sobie sprawę, że były to tylko czcze marzenia, a on przestał takowym ulegać. Żył tu i teraz. Musiał twardo stawić kroki, by nie upaść. Nie był marzycielem, był realistą i to ratowało mu wielokrotnie skórę przed rozczarowaniem napotkanymi na drodze.
  Podejrzenia mężczyzny się ziściły; mięśnie twarzy Havoca nawet nie drgnęły. Zaledwie poruszył lekko kącikami ust, by zaakcentować rozbawienie albo coś na jego wzór, ale w zasadzie trudno było doszukać się w tym grymasie chociażby grama emocji.
  — Jak pan sam widzi, moje imię nie widnieje w tym menu, dlatego też musi się pan zadowolić tym,  co zostało tam zamieszczone — powiedział rzeczowa, a jego głos nie był podszyty nawet najbardziej skrytym cieniem iluzji. Zachowywał się nieomal tak, jakby nie zrozumiał ich podwójnego znaczenia, mimo iż jego bystry umysł od razu sobie nań przyswoił, lecz nie odbierał ich poważnie. Miał wrażenie, że mężczyzna nie umiał być poważny, a przyklejony do jego ust uśmieszek poświadczył za tym na każdym kroku.
  Odczekał, aż nieznajomy złoży zamówienie; sam nie zamówił nic poza do połowy opróżnioną szklankę. Woda, która się w niej znajdowała, nigdy nie miała się znaleźć w jego żołądku; zapewne zostanie wylana do kranu. Zabił już pragnienie i nie czuł potrzeby, aby znów przycisnąć do ścianki obcego naczynia wargi. Jego czujny wzrok ponownie spoczął na obcej twarzy; chłonął jej rysy, jakby chcąc nauczyć się ich rozmieszczenia na pamięć. Od dawno nie miał do czynienia z nikim, komu mógł zadać kilka pytań na temat znajdującego się za murami życia i oczekiwać szczerej odpowiedzi. Cieszył się, że jego ciekawość mogła zostać w końcu zaspokojona.
  — Cóż ja mogę? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a na wargi wślizgnął się subtelny uśmiech. — Jestem tylko skromnym urzędnikiem państwowym. Nie mam żadnej władzy — zapewnił go odrobinę kłamliwie, ale z nutą szczerości. Otóż nie miał zamiaru wydawać go w ręce S.SPEC; ochota na ten uczynek opuściła go wówczas, kiedy mężczyzna bez oporu przyjął jego zaproszenie. — To nie kolacja, to obiad — przypomniał mu. Zegarek wskazywał zaledwie godzinę 15:00, a takowej nikt nie spożywał kolacji, chyba, że planował swój ostatni posiłek, a po nim rychłą śmierć. —  Niestety, cenie sobie swój wolny czas i nie mogę poświęcić go panu wystarczająco wiele. Wzywają mnie obowiązki — odpowiedział, odmawiając mu lodów. —  Jednakże, jeśli udzieli mi pan odpowiedzi na kilka moich pytań, z chęcią użyczę panu kilku banknotów z mojego portfela— zaproponował. Posiadał ich nie wiele; większość takowych, mimo swojej szczerej niechęci, przechowywał na koncie bankowym, bo w wielu lokalach preferowano uiszczenia opłat za pomocą przepustek; dzięki temu odpowiednie organy mogły bez skrupułów monitorować dochody swoich obywateli, dyskretnie w nie ingerując.
  Kopuła wzniesiona na szczątkach cywilizacji była niczym innym jak metaforyczną złotą klatką, ale, pomimo iż Mike posiadał tę wiedzę, nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować z towarzyszących mu pod nią wygód. Świat za murami nie był światem, do którego chciał przynależeć. Wiedział, iż szybko dopadłaby go tam śmierć.
   — Nie dawno miałemwątpliwą, przemknęło mu przez  głowę —przyjemność rozmawiać z mężczyzną, który podobnie jak pan, nie posiada przepustki, a do miasta przedarł się podstępem. Miał ze sobą kieł. Chciałbym wiedzieć, czy ten przedmiot coś oznacza, czy jest zaledwie ozdobą — podjął temat, nie czekając, aż mężczyzna podzieli się z nim swoją opinią na temat wyżej wspomnianego układu; poniekąd nie był na pozycji, która pozwalałby mu dyktować warunki. Havoc w każdej chwili mógł zawiadomić wojsko, a miła atmosfera przerodziłaby się w obustronną niechęć.

avatar





Havoc
Informator
GODNOŚĆ :
Havoc, Mike Havoc.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Pride on 1/9/2018, 17:10
 Mężczyzna  potrafił go  rozbawić, a może dawno nie rozmawiał z tak abstrakcyjną, mało ludzką istotą, która w podejrzany dla niego sposób reagowała na...wszystko.
Pride pamiętał swojego starego znajomego, który w swym dziwactwie wcale nie odbiegał tym od Havoca. Spięte ramiona, mocno ściągnięte łopatki, spokojny wyraz twarzy i zero jakiejkolwiek mimiki, od której nadmiaru skóra na twarzy mogła pęknąć niczym lustro.  
 Niklas uśmiechnął się do siebie. Stary Bjron nie uwierzyłby w doskonałe odbicie własnej osobowości. Być może dlatego Bellman tak świetnie bawił się w towarzystwie obywatela miasta.
Trochę przeciągał, przeginał i mozolnie sprawdzał zachowanie towarzysza. Mike wielokrotnie dał mu kosza, nad czym ubolewał.
Byłem święcie przekonany, że właśnie je tam widziałem.
Odparł poważnym, przejętym głosem. Wzrokiem szybko wędrując po menu. Zacmokał w zażenowaniu – a raczej jego braku – i ponownie uśmiechnął się szeroko.
Cóż, będzie musiała mi wystarczyć klasyczna.
Przesunął wzrokiem po twarzy blondyna, oceniając ładną buźkę obywatela. Gdyby namówił go na  wyjście na Desperację zapewne za taki towar dostałby ładne fanty. Utargowałby nowy dom, dożywotnią ochronę, a może nawet wszelkiej maści składniki do swoich eksperymentalnych leków. Oczami wyobraźni już widział swoją nową aptekę, która z dala od patologii rodzinnych Shay'a oświecała blaskiem jego geniusz.
 I chuj.
 Myśl o tym lisim śmieciu zepsuła mu dobry nastrój. Sposępniał, bawiąc się sztucznym kwiatkiem znajdującym się we wazonie na stole. Skubał płatki w nadziei iż je zepsuje. Te, na nieszczęście trzymały się mocno. Jak pieprzone lisie truchło, które za nic nie chciało zdechnąć.
Nie masz władzy? Więc próbowałeś mnie nią straszyć? Ciekawe. Tam pod tą twoją śliczną blond główką musi nieźle parować skoro zaprosiłeś wymordowanego na pizzę i rozmawiasz sobie z nim jak gdyby nigdy nic. Sam narażasz własne bezpieczeństwo, życie i wolność.
 Uśmiechnął się ponownie, jednak nie tak szeroko, jak dotąd. Był bardziej wymuszony, znużony. Najchętniej przespałby się gdzieś, a potem wynosił z tego śmierdzącego miasta zanim jakiś naukowiec zechce mieć go na własnym stole do eksperymentów.
Cenisz swój czas czas, marnując go mi? Myślisz, że ja mam ochotę odpowiadać na twoje pytania? Zapytał, zwężając swoje gadzie oczy i złowrogo szepcząc. Zaraz jednak cień grozy zniknął z jasnej twarzy lekarza, a na jego miejsce ponownie wkradł się uśmiech.
 Spojrzał na nadchodzącą kelnerkę. Podała mu pizzę pod nos, a on podziękował jej skinieniem głowy. Rozłożył serwetkę na uda, a następnie polał sosem pierwszy kawałek pizzy. Wziął go na tyle ile potrafił w dłoń i ugryzł.
Nie chce twoich banknotów...coś wymyślę, takie tam głupotki.
Wezmę sobie co innego.
Na Desperacji coś zawsze coś oznacza. Kieł w moich stronach oznacza przynależność do organizacji. Dokładnie grupy najemników. Zabójców na zlecenie. Skoro cię nie zabił widocznie nie byłeś wiele wart.
Wzruszył ramionami, przegryzając jedzenie. Smak pizzy rozpływał się po jego ustach, stając się zarazem najlepszą potrawą jaką mógł jeść od ponad setek lat. Oblizał palce, zabierając się za kolejne kawałki, które w szybkim tempie zniknęły z deski.
Skończył.
Wiesz, Mukuro, od początku nie byłeś na pozycji, w której to ty rozdajesz karty. Świetnie się bawiłem i nie zamierzam tego urywać. Tam skąd pochodzę, nic mi nie ucieka. Biorę co chcę i kiedy chce.
 Uśmiechał się uprzejmie, a następnie wstał od stołu.
 Sala sporo zagęścili goście.
Muszę do łazienki.
Zakomunikował mu, jednak już nie powrócił z tego miejsca. Havoc w tej kwestii nie miał wiele do zaprotestowania. Zbyt duże zamieszanie na sali  i gwar mogłoby wzbudzić wiele zainteresowania przypadkowych gapiów, gdyby informator nagle zechciał zagrozić mu bronią.
 Pride jednak nie uciekł oknem, jak mogłoby się wydawać. Pod postacią małej, parszywej jaszczurki powrócił do Mike'a i  wślizgnął się do jego teczki, zamierzając wycisnąć z tej relacji jak najwięcej.



[z tematu x 2]
avatar





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: OISHII PIZZERIA

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry