:: M3 :: Ścieki :: Tunele

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down


Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Laura on 7/6/2018, 22:08

„Spore” pomieszczenie na uboczu głównego traktu kryjówki zagospodarowała – i zaanektowała – jako swojego rodzaju ogród. Podłoże już wcześniej porozdzielane betonowymi progami używane jest teraz jako oddzielne kwartały dla roślin – zasypane ziemią, torfem lub runem leśnym w zależności od potrzeb, z licznymi ścieżkami pomiędzy i siecią kanalików umożliwiających swobodny odpływ wody. U sufitu wysokiego na trzy metry podwieszone są jarzeniówki udające światło z zakresu widma światła słonecznego: niezbędne do przeprowadzania fotosyntezy oraz ogrzewania, zaś niżej (by przypadkiem nie zrobić spektakularnego BOOOM) na stalowych linkach umocowane zostały węże z wodą podciągniętą z najbliższych pryszniców, zraszacze włączają się automatycznie co 4 godziny. Na ścianie przeciwległej do jedynego wejścia umieszczone zostały wentylatory. Skrzynka z automatyką regulującą światło, wodę jak i nawiew w sposób najbardziej przypominający biocykl umieszczona została pod trzeszczącymi, metalowymi schodami wiodącymi na swoiste pięterko. By uniknąć rozpraszania ciepła i zmaksymalizować ilość padającego światła, ściany kryjówki zostały obłożone błyszczącą folią termiczną. Wysokość i wielkość flory rośnie w miarę wchodzenia głębiej: z początku są to drobne rośliny potrzebujące dużej ilości miejsca i światła, rosnące w grządkach przy ziemi, koniec pomieszczenia zasłaniają drzewka i inne chaszcze. Gdzieś w kącie zgromadzone zostały narzędzia potrzebne do uprawy ziemi, dwa zydle, stolik z drewnianych palet, pomalowanych na biało tak jak i stołki, apteczka w metalowym opakowaniu i jeszcze trochę niepotrzebnych laurowych szpargałów. Przez sam środek ogrodu prowadzi alejka, znacznie szersza niż ścieżynki pomiędzy kwartałami ziemi.
No więc u samego wejścia jest wietrznie i... dosyć jasno, a nawet nieco oślepiająco, jeśli nie jest się przyzwyczajonym. Idealnie, by zaskoczyć niechcianych gości.




Aby dotrzeć do części mieszkalnej, trzeba wbiec po metalowo-kamiennych schodach o niemiłosiernie piszczącej w ruchu konstrukcji, także na samym końcu pomieszczenia. Ukryte wśród drzewek, zakręcają w prawo i wiodą do kawalerki – jakby to nazwali na powierzchni – jakby wykutej w skale. Kamieniu. W szczelinie po lawinie, jak zwał, tak zwał.
Jedno niezbyt duże, ale naprawdę wysokie (i zagracone) pomieszczenie – cztery na cztery metry – służy kobiecie na różne sposoby. W oczy rzuca się podwójne łóżko z prawdziwym materacem w głębi pokoju oraz mnogość szafek i komód – każda z innej parafii, ale wszystkie zawierające książki (głównie podręczniki dotyczące medycyny, farmakologii czy ogrodnictwa; romanse porządnie ukryła z tyłu). Główne oświetlenie stanowi kilka kinkietów oraz lampka nocna o dużej mocy, ustawiona na prostym, długim stole przy kamiennym, łukowatym wejściu. Ogromna pufa i dwa wyściełane krzesła wystarczą za siedziska, kamienna posadzka wyłożona została dywanami dla izolacji. W sumie niedaleko do wspólnych pryszniców i toalet. Brak tu ozdób czy osobistych drobiazgów, jedynym wyjątkiem jest płaska poduszka na wpół upchnięta w szeroką na dłoń szczelinę w ścianie – legowisko laurowego Kromstaka.




Radośniejsze (i najbardziej przydatne) z upraw w ogródku: altea, krzew Krwawego liścia, giaczanka, krzew Czerejki pospolitej, Kaukaski granat, Mak lekarski, drzewko lipy, melisa, mięta pieprzowa

Zgromadzone przedmioty: sztanga (20 opakowań) papierosów


Ostatnio zmieniony przez Laura dnia 28/9/2018, 14:04, w całości zmieniany 6 razy
avatar





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Itachi on 11/6/2018, 01:51
Poruszanie się dla nieprzyzwyczajonych nóg po tunelach mogło się skończyć nawet śmiercią. Itachi, pomimo że był bardzo młodym Łowcą, w końcu nie tak dawno wszczepiono mu czerwinkę, nauczył się, którędy było dostać się łatwiej a którędy trudniej do danej części bazy. Do Laury, drugiego medyka, którego znał, było trudno się dostać, niezależnie od wybranej drogi, zwłaszcza w jego obecnym stanie. Czuł się słaby, co samo to doprowadzało go do białej gorączki. Nie lubił tego stanu. Nie lubił stać w miejscu i nie móc sięgnąć nawet po szklankę wody. Ostatni raz był chory... to było chyba wtedy, gdy był jeszcze człowiekiem. Normalnie funkcjonującym człowiekiem, któremu koledzy opowiadali o wielkich planach i ideałach,  o tym jak wszystko zmierza ku lepszemu. Później, po dołączeniu do Łowców, przestał zwracać uwagę na to, jak bardzo jego system odpornościowy się zmienił i że nie atakują go żadne infekcje. To nie było istotne. Nie wiedział do czego właściwie miał porównywać swój obecny stan, bóle zdawały się rozrywać mu raz ręce a raz nogi, by znienacka zaatakować brzuch. Chciał wymiotować, ale nie mógł, nawet nie miał czym.  Ledwo się zmusił do podniesienia się ze swojego łoża i naciągnięcia na siebie miękkich, ciemnych spodni i koszulki. Zrezygnował nawet z butów i związania włosów, pozwalając by te luźno opadały mu na twarz, zasłaniając bladą, spoconą twarz.  Drżały mu dłonie, gdy pokonywał korytarze, mijał pomieszczenia w których Łowcy spędzali swój wolny czas lub obmyślali kolejne plany. Jeden z nich, zauważywszy Itachiego chciał się do niego odezwać, ale drugi powstrzymał go jednym gestem dłoni.  Szedł więc dalej, nie zatrzymywany, aż trafił na teren Laury. Zakaszlał, łapiąc się za gardło. Okropne uczucie. Skąd... jak...? Już nie pamiętał, cholera, może zjadł coś, czego nie powinien jeść. Ostatnio był w terenie i żywił się tym, co akurat miał pod ręką, ale żeby aż tak... Szlag. Coś go ukąsiło? Wspomnienia zaczęły się mu mieszać, ale był w stanie dostrzec alejkę i schody - wzrok nadal działał. Przeklęte w tamtym momencie schody. Ruszył powoli, puszczając swoje gardło, pozwalając by ręce swobodnie opadły po obu stronach jego ciała. W końcu, minęło pewnie sporo czasu, nie patrząc na swoje pokaleczone stopy, powoli wspiął się w górę i choć obraz mu się powoli zamazywał, dzielnie brnął przed siebie. Który to był dzień? Trzeci? Swędziała go klatka piersiowa, podrapał się, czując jak twardą miał skórę.
- Laura... - wymamrotał, gdy był już wystarczająco blisko. Usłyszy go? Oby. Przystanął przy wejściu i zapukał w ścianę, w drzwi, w cokolwiek, mając nadzieję, że było to donośne, że pani medyk go usłyszała. - Laura...
Dodał jeszcze, zanim zgiął się w pół i upadł na kolana.
Niech ktoś wyciągnie z niego wszystkie organy zanim będzie za późno.


Imperare sibi maximum est imperium
avatar





Itachi
Kat

Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Laura on 14/6/2018, 22:52
Związywała właśnie perłowe kudły w kucyk, gdy w wejściu do ogródka naszło ją dziwne, niepokojące przeczucie. Coś się zmieniło. Czy to drżenie liści po przejściu kogoś obcego, czy inna atmosfera miejsca, które znała jak własną kieszeń? Meh, nje.
Nic nie zauważyła, bo jakby miała? Nie była Spidermanem, nie wyczuwała szóstym zmysłem, że COŚ SIĘ ZMIENIŁO. Może dopiero gdy przeszła do samego końca – po wstępnym, choć chwilę trwającym podoglądaniu roślin, które się buntowały i nie chciały zakwitnąć bądź zaowocować – i zobaczyła ślady stóp w ubitej ziemi przed schodami. I nastroszone futerko kromstaka, który wyleciał ze swojego dyżurnego miejsca pod schodami, gdzie wciskał się w zagłębienie skały i drzemał, gdy ona pracowała.
Wyciągnęła rękę i ugłaskała napuszonego stworka, gdy wspiął się po jej ramieniu. Z Naną na barku ruszyła ostrożnie po schodach, przezornie wybierając stopnie i części, które najmniej piszczały. W połowie konstrukcji puściła kromstaka przodem, by rozejrzał się po wnętrzu mieszkania. Zawsze może teleportować się z dala od niebezpieczeństwa.
Podchodząc jednak do łukowatego wejścia – brak tu porządnych drzwi, drobiny prywatności czy jakiegokolwiek poczucia intymności, jak to u lekarzy – zobaczyła wystające stopy. Gołe stopy, a dalej dwie kończyny i resztę delikwenta, podrygującego w boleściach. No dobrze, przejaskrawiała. Ale stóp było dwie, i były bose, z tego co widziała w półmroku, co wydawało się dosyć niepokojące.
Obeszła dookoła osobnika, bezgłośnie na kauczukowych podeszwach, by na bocznej ścianie pstryknąć włącznik światła.
Pokój oświetliło ciepłe, naturalne i niejaskrawe światło - kompletnie inne od światła lampki, którą miała zaświecić niedługo. Na razie jednak przykucnęła przy denacie, marszcząc nos i mrucząc „jeśli zarzygałeś mi dywan....”. Jeśli był nieprzytomny, obróciła ciało na plecy i zaczęła sprawdzać puls i oddech. Jeśli zaś przytomność utrzymał, usiadła na ziemi po turecku, wyraźnie oczekując wyjaśnień pobytu i stanu.




avatar





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Itachi on 24/6/2018, 17:51
Chciał poczuć to drżenie liści na swoim policzku, dać się porwać chłodnemu wiatru, który z całą pewnością zbiłby tę gorączkę, te płomienie liżące jego ciało. Płonął cały przecież. Była bardzo spostrzegawcza, musiała być, to w końcu jej teren, a Itachi był tutaj intruzem. Zaglądał do niej tak rzadko. O ile w ogóle zaglądał...? Wspomnienia mu się mieszały, może tylko słyszał jak wyglądały wizyty u Laury, o jej poważnym podejściu, bezkompromisowych poleceniach. Łatwo było wyłapać odmienioną atmosferę, zwłaszcza kiedy pilnujące zwierzę tak wyraźnie dało jej znać. Laura nie musiała być jakimś tam superbohaterem, wystarczyłoby to że urodziłaby się aniołem lub zostałaby wymordowanym - od razu więcej punktów wskoczyłoby do kategorii zwanej czujnością. Tylko się droczył. Stracił rachubę czasu, kiedy tak opierał się o to wejście, właściwie już leżał, łapiąc się gdzieś w okolicach brzucha. Drapało, może to on już drapał, nie mogąc znieść tej potworności, jakby nigdy nie czuł się gorzej. Przez myśl mu nie przeszło, że może właśnie teraz jest bliższy śmierci niż kiedykolwiek. Czy szkody, które wyrządził były duże? Strącił doniczkę, wyrwał jakąś łodygę, nadepnął na młode plony? Drzwi mógłby jej zrobić któryś z Łowców Złotych Rączek, na pewno wyglądałoby to o wiele lepiej niż teraz. A jeśli nie to zawsze pozostała stara dobra kradzież.
Stopy. Nagie, wystające stopy. Były niebezpieczne? A może to jakiś znak? Tylko jakim znakiem mogłyby być nagie stopy przed wejściem do części mieszkalnej? Podpowie, że żadnym lub jakiegoś desperata, który czeka do ostatniej chwili by pójść do lekarza. Oglądała go jak zwierzyna, obtoczyła, tylko czekać aż skoczy na niego, wgryzie się w szyję i rozszarpie mu tętnicę... A jednak nie! Rozległ się pstryk, nagle stało się jasno, a Itachi, który zdążył się przyzwyczaić do tych ciemności, przymknął oczy. Reagował automatycznie, bo przecież to światło nie atakowało go, nie wzbudzało uczucia, że zaraz straci wzrok.
Denat? Co za fachowa nazwa, można by było pomyśleć, że już był trupem. Nawet by się roześmiał o tym ostrzeżeniu odnośnie dywanu, ale nie był w stanie.
Zemdlał jej kiedyś ktoś, kto był prawie w jej objęciach? Kat chyba zyskał poczucie humoru w tej absurdalnej sytuacji, gdy był bliski stracenia przytomności. Kiedy odwróciła go na plecy, mrugnął na nią jednym czerwonym okiem - nie miał czasu założyć soczewek. Pewnie pomyślała, że potrzebna będzie reanimacja a tu taka niespodzianka! Zamknął oko.
- Bo...oli - przyznał się cicho, z trudem, wskazując na swoje gardło, następnie na klatkę piersiową, brzuch. - Nie wiem, co się... dzieje. Lauro...
Nie dokończył, bo w końcu zemdlał. Gorączka nie pozwoliła mu dokończyć zdania.





Imperare sibi maximum est imperium
avatar





Itachi
Kat

Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Laura on 11/7/2018, 23:12
Delikatnie obróciła (nie: przekręciła, pamiętaj! jeszcze ci pacjent gotów pomyśleć, że nie pomagasz, a dobijasz) petenta, niechętnie przygotowując się do akcji usta-usta. Lubiła całować chłopców, ale reanimacja nie była ani odrobinę romantyczna. Uniosła brew, gdy potencjalnie nieprzytomny nieboszczyk mrugnął do niej szelmowsko. Jeszcze raz zlustrowała wzrokiem bose, brudne stopy i włos w nieładzie próbując ocenić, czy pacjent przybył z dolegliwościami ciała czy umysłu.
Słowo-klucz „boli” ukróciło napływającą falami ironię, skupiając uwagę lekarki nie na otoczce przybycia mężczyzny, a na nim samym. (Choć z początku usłyszała „powoli” i przed oczyma miała już pozew o gwałt albo chociaż molestowanie. O ile można osobę ukarać bardziej niż każąc jej mieszkać w bunkrze bez dostępu do światła słonecznego, świeżego powietrza i podstawowych utensyliów, które jeszcze parę lat temu wydawały się Laurze niezastąpione i do życia konieczne.)
– Robaczku, ja też jeszcze nie wiem – mruknęła, ujmując w dłonie jego twarz i zaglądając w oczęta. Sprawdzała rozszerzenie źrenic, naturalnie. Gdy znów stracił przytomność, żachnęła się. Że też nie potrafią chociaż poczekać do momentu, aż odpowiedzą na podstawowe pytania! Tak, omdlej i zostaw targanie cię biednemu, spracowanemu medykowi! Nie wspominając o diagnozie polegającej chyba na zgadywaniu albo wróżeniu z linii dłoni. Zawsze to robili.
Dotknięcie go dało jej jednak pojęcie jak bardzo jest rozpalony i spocony. Wskazówki nadane palcem przed odpłynięciem nieco nakierowywały gdzie – albo czego – szukać. Przede wszystkim wyciągnęła jednak spod łóżka zrolowany materac, wypełniony syntetycznym ziarnem – lub czymś w ten deseń. Daleko jej było do technika, dlatego jedyne z czym kojarzyła się jej faktura to segmentowany materac wypełniony groszkiem. Rozwinęła go przy stole i przetargała (oczywiście, że tak!) nań petenta. Następnie zapaliła halogenową, jaskrawą lampkę na wyciąganym ramieniu i zaczęła metodycznie rozbierać mężczyznę. Następne były okłady z tkanin z lodowatą wodą i dokładna obdukcja lekarska. To, co znalazła na jego skórze w miejscach, które wcześniej wskazał spowodowało lekki szczękościsk i zdecydowaną tachykardię. Gdyby ją kto zapytał, to oczywiście, że ze zmartwienia.
Przygotowała napar z roślin z ogrodu, które powinny obniżyć gorączkę i ból na tyle, by mężczyzna zdołał opowiedzieć jej co się stało (a raczej co, i dlaczego u licha zeżarł). W pogotowiu był też węgiel aktywowany, choć nie miało to już większego sensu. O ile nie była w stanie na pierwszy rzut oka rozpoznać każdej desperackiej choroby, tak łuska była złowieszczo charakterystyczna.
Usiadła więc obok na plastyczne (bo wypełnionej tym samym materiałem co materac) pufie i z książką w ręku czekała aż pacjent się obudzi. Cóż, ze w samej bieliźnie (i tak jest miłosierna!), obłożony lodowatymi (czystymi!) szmatami. Nadal z bosymi, brudnymi stopami.




avatar





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Itachi on 13/7/2018, 19:25
Założyłby się, że z wielkim wyczuciem by go dobiła, tak jak na panią medyk przystało. Niewiele obecnie myślał, więc miała szansę zrealizować nawet najbardziej nieprawdopodobny scenariusz. Ciężko być w dzisiejszych czasach romantycznym.
To smutne, ale to byłby jego pierwszy pocałunek od kilku lat, w sumie to chyba nawet się resetuje. A może nawet pierwszy, bo ma w głowie jakieś za mgliste wspomnienia, mogły się równie dobrze same wytworzyć; nigdy się nie skupiał na takich rzeczach.
Dobry materiał na podrywacza, jeszcze ktoś uwierzy, bo to wcale nie tak, że przez większość czasu jego twarz wyglądała jakby była wyrzeźbiona w kamieniu.
Za grosz duszy poetki. Brudne bose stopy to dobry materiał na odrobinę uczucia w kanałach, jakkolwiek by to nie brzmiało.
Nie miał objawów chociażby schizofrenii hebefrenicznej, a był na tyle grzeczny że nawet nastrój dysforyczny mu się nie włączył. Nie żeby ogólnie mu się włączał. Kiedykolwiek.  Zazwyczaj wiedział jak uczesać włosy, ale kiedy dostajesz konwulsji i innych wrażeń, które przez całe swoje życie cię omijały to ciężko pamiętać o czymś takim jak szczotka. Na następne spotkanie z Laurą nie zapomni. Spotkanie z lekarzem to nie byle co.
Nie był medykiem, też ciężko podać wszystko na tacy, zwłaszcza że czuł się jakby rzeczywiście mógłby jej tutaj zejść. Nawet nie miał siły wyobrażać sobie jak mogłaby wyglądać jego wizyta, gdyby mógł jej normalnie wszystko powiedzieć bez wrażenia, że zaraz oczy mu wystrzelą, gardło stanie w płomieniach, a żołądek wybuchnie.
Pewnie wyolbrzymiał, tak dla odmiany. Musiało być z nim coś nie tak.
Robaczku. Nawet jej nie zdążył powiedzieć, że też nie wie, że już w sumie wolałby oberwać w coś konkretnego z broni palnej lub mieć wbity miecz, nóż, cokolwiek. Trochę za późno. Oczy pewnie słabo mu reagowały, za bardzo odpłynął.
Cholera, a już by pomyślał, że był wyjątkowy.
Nie był ciężki, na dodatek nie miał jak się opierać, choć mogło to przypominać ciągniecie za sobą olbrzymiego worka pełnego ziemniaków. Trudności ze ściągnięciem z niego ubrań również nie było, nie mógł przecież powiedzieć nie.
Zwykła koszulka pod którą był tylko blady tors z dwoma siniakami i ciągle rosnącym pancerzem, choć bardziej kojarzyło się to z łuską, zgniłozieloną. Był jeszcze widoczny tatuaż na prawym biodrze, symbol Łowców. Pancerz pojawił się też na kolanach, ale to zauważyła po ściągnięciu mu spodni. Nikt jeszcze tego nie robił, aż niebywałe, ale to pewnie dlatego, że na co dzień radził sobie sam.  
Poruszył się niespokojnie, wydając z siebie cichy jęk bólu. Nie wiedział jak z tym walczyć.
Trochę czasu mu to zajęło, ale przynajmniej ciało zarejestrowało przyjemny chłód, który pozwolił mu odetchnąć niemalże z ulgą. Cóż, może nawet poczułby się zawstydzony, gdyby wiedział jak to obecnie wyglądało. A tak?  Nic. Zanim się obudził i jego bose, brudne stopy drgnęły i minęło wystarczająco dużo czasu by Laura skończyła z kilka rozdziałów.
Otworzył oczy bardzo powoli, obawiając się zbyt nagłego ataku światła. Poruszył dłonią, czując jak ściska go w gardle, jak go w środku skręca i zaczął żałować że zjadł w swoim życiu cokolwiek. Próbował się podnieść, dać znać, przypomnieć sobie, gdzie właściwie był. Syknął z bólu, włosy zasłoniły większość jego twarzy, wyraźnie zmęczonej, wyglądającej jakby ktoś podał mu truciznę. Oko, które pozostawało nieukryte, zarejestrowało w końcu kobietę. Kiwnął w jej stronę głową. Bardzo lekko. Kiedy podała mu napar, połknął wszystko bez zbędnego gadania. By odpowiedzieć na jej pytania, wytężył mózg. Szlag, bolało.
- Byłem głodny, wyglądało jak pomarańcza - wyjaśnił na tyle na ile mógł, przypominając sobie po chwili, co ewentualnie mogło mu zaszkodzić. Nazwy nie zapamiętał.


Imperare sibi maximum est imperium
avatar





Itachi
Kat

Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Laura on 19/7/2018, 23:16
Uniosła wzrok znad zbioru artykułów o mechanizmach obronnych na dźwięk bólu, jęku. Bardzo przydatna lektura jeśli mówimy o kontroli tłumu. Równie przydatna jeśli w grę wchodzi manipulacja pojedynczym pacjentem.
Zasada nr 76: Jeśli boli, znaczy, że żyje. To martwi nie krzyczą.
Pobudka z powrotem w ból nie jest najprzyjemniejszym sposobem odzyskiwania przytomności (well, wiedziała to zbyt dobrze), ale można było przypuszczać, że mężczyzna nie ugotuje się już we własnym sosie. Dosłownie. Wyżęła ścierki do miski i przyniosła z łowczego szpitalika kolejną porcję powoli topniejącego lodu. Zabrała też ze sobą elektroniczny, kalibrowany termometr. Najprostszy – słupkowy, który posiadała był nieomylny (bo spróbuj pokonać prawa fizyki), ale to cudeńko z wyświetlaczem zapamiętywało wyniki i kreśliło od razu linię trendu temperatury ciała – coś, co bardzo się w gorączkach o nieokreślonym przebiegu przydaje.

W drugą godzinę po nieoczekiwanej wizycie ciepłota ciała petenta nadal daleka była od błogiego 37oC, ale obniżyła się na tyle, że kolejna porcja chłodzenia obejmowała też ściereczki wypełnione lodem, bez niebezpieczeństwa szoku termicznego. Itachi obudził się więc w majtkach, z bosymi, brudnymi stopami i poobkładany lodowatymi ścierkami i workami z lodem. Mogłoby mu być nieco... zimno, gdyby wszystkie białka jego ciała nie próbowały się właśnie zdenaturować. W chwili obecnej odczuwał raczej przyjemne chłodzenie na rozpalonej skórze oraz silne osłabienie. No i wszechogarniający ból. Laura łaskawie pozwoli, by umył nogi i uczesał kołtun dopiero na wizytę kontrolną.
Ruch w zasięgu pola widzenia sprawił, że znów uniosła wzrok, tym razem sponad koncepcji popędów Freuda, ojca psychoanalityki. Odłożyła zbiór artykułów wydrukowany w postaci książki na stół – grzbietem do góry, nie zważając na potencjalne rozklejanie woluminu, wszak to kolejne narzędzie – i przykucnęła przy wybudzającym się chyba na dobre łowcy. Pokój oblewało jedynie łagodne światło kinkietów. Niedługo nadejdzie najgorsze, podparła go więc bez słowa wolną pufą, by jej się niefortunnie nie zadławił przy piciu ziołowych herbatek i asekurowała przy trzymaniu kubka z naparem z rumianku, lipy, szałwii, waleriany, melisy, czarnego bzu, maliny i dzikiej róży. W smaku pewnie było wstrętne, wrzucała w końcu co miała, nie co pasowało do siebie. Nalewkę z kory brzozy zostawiła na deser.
Po nagłym wyjaśnieniu stanu Łowcy – które gwoli ścisłości było z tego co widziała, a widziała sporo łuski, pro forma – w duchu stwierdziła, że Freud pod pewnymi względami prorokiem był, twierdząc, że obok dążenia ludzi do życia jest w nich równie silne dążenie do śmierci. Niech się poczuje lepiej i łeb mu wsadzi w krzaki giaczanki.
– A jak nie smakowała jak pomarańcza to nie pomyślała osoba, żeby przestać żuć? – zapytała retorycznie, unosząc jedną jasną brew. – Wytrzymaj z piętnaście minut, wywar musi zacząć działać.

Gdy poczuł się nieco lepiej – znaczy, mógł trzeźwo odpowiadać na pytania, bez szczękościsku z bólu i uciekania twarzą od światłowstrętu – posadziła go na drewnianym stole i zadała podstawowe pytania – gdzie żarł, czemu, u licha, i przede wszystkim ile i jak dawno. Od kiedy trwają bóle też by mógł powiedzieć. I na je ile ocenia w skali numerycznej 1–10.
Ups, a miała mówić po ludzku, nie medycznemu.
Jeśli ze stołu dotąd nie spadł, to jeszcze raz sprawdziła mu temperaturę, kładąc dłoń na czole, a później włączyła halogenowe światło i pokazała drobną łuskę na brzuchu i kolanach, a także przy pomocy lusterka na gardle i klatce piersiowej i zapytała bez pardonu, czy wie co to jest.




avatar





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Itachi on 28/7/2018, 05:07
Taka miła pani doktor, a już miała w planach manipulacje? Nieładnie. Pacjent i tak nie miał szans by jej się oprzeć i jej umiejętnościom. Wolałby nie krzyczeć, jeśli miałby jakiś wybór. Cokolwiek. Krzyk to oznaka słabości, a nie chciał być słaby. Chciałby i tę słabość schować, zamknąć w jakieś skrzynce. To pewnie dlatego lekarze wiedzą o tobie więcej niż ty sam. To pewnie dlatego, że wiedzą, kiedy krzyczysz i o czym, kiedy ty sam nie jesteś świadomy. Jedna z najgorszych pobudek w jego życiu, możliwe że nawet najgorsza, ale w tym stanie mógł nie być wiarygodny. Przygotowana w każdym calu. Itachi w istocie był w dobrych rękach, dobrze że takie przyjemności go nie spotkały na Desperacji – nie żeby nie doceniał tamtejszych medyków i znachorów, ale jednak miasto będące na wyciągnięcie ręki i wykształceni obywatele, którzy trafiali do podziemia robili swoje.
Ciało już mniej się buntowało, ale w środku panowała uczta dla choroby, która zgarniała jego organy jak kiedyś matka Itachiego mango. Bez żadnych skrupułów. Nie wiedział już jak ma odczytywać zachowanie swojego ciała i reakcje na lód. Z jednej strony czuł się jakby miał zacząć zgrzytać zębami, z drugiej jakby mógł się spalić w nieznanym dotąd upale. Żadne pożądanie nie mogło się z tym równać. Może to dlatego, że nie wiedział jak to jest pożądać czyjeś ciało?
Na ich następne spotkanie lepiej się przygotuje, może zadba nawet o bardziej elegancki strój. Podaruje skromny podarunek w ramach podzięki, choć na prezentach nie znał się zupełnie, a wątpił by mogło się jej spodobać coś, co ofiarowywał młodszym braciom.
Pufa została jego wybawieniem. Nie chciałby umrzeć tak haniebnie, kiedy jeszcze do zrobienia było tyle rzeczy. W grę nie wchodziła tylko jego skóra, reszta jego rodziny, bracia, oni przecież czekali. Prawie mu wypadł ten kubek, zadławił się przynajmniej raz i ledwo to przełknął. Nie czuł smaku, ale samo to, że coś spływało jego przełykiem, wywołało prawdziwy bunt. Jego organizm, zmęczony chorobą, nie wyrażał zgody. Skoro tak reagował na napar, to co by było w przypadku jedzenia?
Ależ nie chciał sprawić jej problemu. Sobie tym bardziej. Nie marzył o takim spędzaniu wolnego czasu, z pewnością znalazłby lepsze zajęcie niż leżenie w swoich zwyczajnych gaciach, pokryty łuską, z brudnymi stopami i kołtunem we włosach na jej podłodze.
- Miało być... pikantne... ja zaraz... – i zasłonił szybko usta by nie pozwolić ciału pozbyć się nektaru. Jego pierś unosiła się gwałtownie, ciężko oddychał. Te piętnaście minut zdawały się być dla niego wiecznością, ale w końcu, w końcu to tornado się uspokoiło. Przymknął oczy, pozwalając by jego ręka opadła. Skorzystał z pomocy Laury, kilka razy opierając czoło o jej ramię by spróbować odpocząć, ale niewiele to dało.
- Desperacja, misja, ja... dostałem na podróż... zgłodniałem tylko to było – zaczął, starając się w miarę poprawnie udzielić odpowiedzi. – Jedna. Trzy... cztery? Dni. Na początku zignorowałem, ale potem... dzisiaj najmocniej, od wczoraj może mocno odczuwalne. Najwięcej, poza skalę, ja...
Położył się na stole, marząc tylko o pozbawionym bólu śnie. Ale to na nic. Cholera.
Gorączka nieco spadła, ale nadal nie było z nim najlepiej. Nie było co liczyć na magiczne uzdrowienie.
- Nie wiem... łuska, pancerz... nie wiem – wykrztusił, zanim znowu nie dostał drgawek. Nawet nie mógł się szarpnąć za włosy. Po chwili podniósł odrobinę głowę i posłał jej zamroczone, odrobinę zrezygnowane spojrzenie.
Jak tak dalej pójdzie to przynajmniej raz jej jeszcze zemdleje.
Niestety nie był medycznym specjalistą.


Imperare sibi maximum est imperium
avatar





Itachi
Kat

Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Laura on 4/9/2018, 22:29
Ta miła (who? what?) pani doktor nie zamierzała manipulować swoim biednym, wyczerpanym, niezdolnym do poruszenia paluszkiem u stopy pacjentem. Nie było takiej konieczności. (Nie, żeby nie była chętna do manipulacji na dalszych etapach leczenia.) Szczególnie, gdy widziała jak idzie mu to arcytrudne zadanie przełykania herbaty. No dobra, może brzuszek tez go nieco bolał. Poczekała aż pierwsze torsje miną, a później sięgnęła do szuflady w stole, jej podręcznej apteczki. Krople żołądkowe, tampony, bandaże i ogólnie cały pierdzielniczek. Roztarła samorobny olejek miętowy w palcach i posmarowała nim skórę nad górną wargą mężczyzny, mając nadzieję, że mocny, świeży zapach przyniesie mu nieco ulgi w mdłościach.
Przeczekała przy nim czas potrzebny do wchłonięcia się ziołowego naparu, ramię w ramię, udo w udo, jeszcze raz w myślach wertując znane jej desperackie choroby. Nie było jednak wątpliwości, że to łuskowica, i że zaczęła się rozrastać.
– Chyba było aż za bardzo pikantne, skoro trzyma cię aż do teraz – sarknęła, ale w sumie gderała sobie tylko, próbując utrzymać jego uwagę z dala od źródeł bólu. Nie wiedziała w jakim stanie jest jego przewód pokarmowy, na ile wchłanianie nie zostało upośledzone przez fasetki łusek rozkładających się wygodnie wewnątrz Itachiego. W końcu to rozerwanie jako główne powikłanie nie wzięło się z pustynnych opowieści Desperatów. (Nawet jeśli – było prawdziwe. A nie miała mu jak zrobić USG.)

Próby przeniesienia go z podłogi na stół gdy już poczuł się (wątpliwie) lepiej również były przekomiczne. W tej właśnie (ciężkiej) chwili przyszła Laurze do głowy myśl, iż fantastycznie byłoby sprawić sobie pomocnika większego od tego gubiącego wszędzie pierze kromstaka. Na pewno technicy mają – lub potrafią jej doradzić – coś, co usprawni przenoszenie zapasów lub utensyliów z miejsca na miejsce. Oczywiście, w S.SPEC było sporo robotów transportowych, przystosowanych do konkretnych zadań. Jedynym, co ją bolało gdy już sobie pozwoliła od święta na wspominki, był cały ten ogrom technologii, który jej odebrano.
Pomogła mu ułożyć się na stole, podłożyła zimny ręcznik pod kark i ponownie obłożyła go topniejącymi już żelowymi okładami chłodzącymi. Czas na nowy sort z chłodni. Nakazała też, by mówił na leżąco. (Mniejsze prawdopodobieństwo, że herbatka zechce się wydostać i łowca znów prawie ją obrzyga.)
Jedna przejrzała giaczanka. Wygląda na to, że powinna wsadzić łby w krzewy całemu oddziałowi zaopatrzeniowców. Słuchała dalej, notując początek boleści (około czterech dni temu), szybkość rozwoju choroby (gdzieś w okolicach Usaina Bolta) i samoświadomość pacjenta (nikła).
– Nie zna dobrze owocu, nie żre go. Nieznane rzeczy fe!, suchary mniam mniam! – zawołała jak do zwierzaka, dostosowując poziom komunikacji do poziomu świadomości Itachiego. Linia trendu na termometrze skakała jak zając po laboratoryjnych sterydach i ani myślała zniżać się do akceptowalnej granicy. Westchnęła, położyła najzimniejszy z pozostałych worków na łowczy brzuch, bezpośrednio nad wątrobą, i kazała mu leżeć spokojnie na stole, a ona za minutę wróci.
– Jeszcze tego brakowało, żebyś spadł i sobie ten głupi ryj rozwalił – zamamrotała niemal niedosłyszalnie na pożegnanie. Na dole nakazała Nanie pilnować pacjenta i natychmiast dać jej znać, gdyby (znowu) zrobił coś głupiego. Aż dziw, że go taka gorączka od czterech dni nie zabiła.

***
Okłamała go i była z powrotem dopiero po pięciu. W tym czasie przeszukała medyczny magazyn od poplamionego sufitu aż po skłębione, zapleśniałe koty pod kartonami i znalazła dwie rzeczy, które musiały tam być, skoro je niegdyś widziała. Na cotygodniowych raportach w szpitalu rozliczali się niemal z każdej zużytej strzykawki, także nikt bez jej wiedzy (a raczej wiedzy Adama, naczelnika) nie zużył słoika z kompotem, którego tak potrzebowali. Owe tłuste kotki z kurzu oraz słój kompotu na półce w głębi.
Gdyby wierzyła w Boga, chyba jemu podziękowałaby za schowanie tej jedynej czy ostatniej odtrutki. Po drodze zabrała też zmrożone żelkowe okłady z najbliższej chłodni. Wszystko wylądowało w plastikowym koszyczku, by Laurka mogła zebrać (sierpem, a jak!) kilka główek-makówek. W czasie gdy jej pacjent postara się nie dogorywać, ona postara się wytworzyć mu zacną działkę morfiny na utulenie w bólu.
Pobiegła na górę, ziele zostawiając w innym koszyczku pod schodami i miała nadzieję, że nie znajdzie pacjenta turlającego się (lub leżącego plackiem) pod stołem. Z diabelskim uśmiechem położyła mu lodowaty worek-żelek na tors (by na pewno się dobudził) i podsunęła pod nos  na razie inny niż odtrutka słój, zdecydowanie walący spirytusem.
– Gotowy na dalsze atrakcje? – wyszczerzyła się promiennie~




avatar





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Itachi on 14/9/2018, 01:39
Taka zaskoczona? Pokaże mu zaraz potęgę swojej niemiłej natury? Cholera, mógł się tego spodziewać, ale niestety choroba zbyt zajęła mu myśli by zastanowić się nad potencjalnymi konsekwencjami tej nieoczekiwanej wizyty. Ach tak? Teraz na pewno wszystko jasne i zrozumiałe. Nic dodać nic ująć. To było bardzo trudne zadanie, nie ma z czego się śmiać - każdy kto przeżył tę podstępną chorobę przecież potwierdzi, choć jeśli chodzi o jego znajomości to Itachi nikogo takiego nie znał. Może powinien się rozejrzeć wśród Łowców? Co do tamponów... Na tampony to raczej nigdy nie będzie gotowy. Tak sobie w duchu powiedział, bo chyba mu mignęły, a że nie miał czym zająć oczu to przyglądał się Laurze. Krople żołądkowe prędzej. Sugestia. Olejek? Jeszcze lepiej. Przyjemny zapach, przyjemne uczucie, mimo że przez większość swojego życia był samodzielny i nieprzyzwyczajony do tego, że ktoś nim się zajmował.
Ulżyło mu.
Cholerna łuskowica, bardzo łapczywa, nie zamierzała odpuścić. Najgorszy przeciwnik z którym miał do czynienia. Gdyby mógł pozbyłby się tego pancerza ręcznie, nożem, wyciąłby wraz ze skórą - gorzej z tym, co rosło w nim. Nie skomentował tego, jej wypowiedzi, chyba język mu się zaplątał. Poza tym co miałby jej odpowiedzieć? Aha? Masz rację? Nie, absolutnie. Chyba dawało radę, w końcu wszystko grzecznie przełknął. I o dziwo, przeżył. Łuski się buntowały, choroba chciała odrzucić, ale mięta nie pozwoliła. Oboje woleliby sobie pewnie oszczędzić rozrywającego zakończenia. Najpewniej najlepszym wyjściem okazałby się taki android do dźwigania ciężarów, takich jak ludzkie ciało. Chciał jej pomóc, ale w takim stanie nic nie wychodziło tak jak powinno. Technologia w istocie bywała pomocna, choć Itachi raczej trzymał się od niej z dala. Sądził, że ta go szpieguje, zbiera o nim informacje by następnie, znienacka, wydać gdy ten będzie poruszał się uliczkami miasta.
Znowu przyjemny chłód. Mógł się wręcz zanurzyć. Leżeć, nie ruszać się, niech będzie. Mógł jej potulnie posłuchać. Przynajmniej na razie. Z lekarzami nie ma żartów, co?
Pewnie zapomnieli albo on zapomniał jak powinno się to jeść i kiedy. Chorobie bardzo się spieszyło, szkoda że on takiej szybkości nie osiągał. Nikła samoświadomość, ale stabilna. No prawie.
- Skończyły się... - wyznał z trudem, bardzo cicho. Wiadomość dostarczona, mózg zarejestrował. Ważne że zrobiło się mu odrobinę lepiej, chyba nawet niektóre organy się uspokoiły i karuzela zwolniła. Minuta? Dobrze.
Może i czuł się koszmarnie, ale słuchu nie stracił. Grzecznie udał, że nie usłyszał, zresztą język i tak nie chciał się ruszać. Itachi zamierzał być grzeczny i w ogóle się nie podnosić. Chwalmy czerwinkę.
Zdąży się zdrzemnąć w tym czasie, ale niemal od razu otworzył oczy jak wróciła. Powinien się bać tego tajemniczego słoika i jego zawartości?
Morfina brzmiała dobrze, brzmiała jak coś co byłby w stanie przytulić do swojej chudej, pokrytej obecnie pancerzem piersi. Wytrzymał na stole, jak na męczennika przystało, może tylko ręka mu się osunęła. Szlag. Zimne, spojrzał na nią niemalże z wyrzutem, ale nie miał prawa by się skarżyć. Po tym ostrym zapachu od którego wręcz zaczął pulsować mu mózg, zaczął kaszleć.
- A mam inny wybór? - zajęło mu to chwilę, zabrzmiał jakby przez cały dzień nie miał styczności z wodą tylko z alkoholem.


Imperare sibi maximum est imperium
avatar





Itachi
Kat

Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Laura on 28/9/2018, 18:14
No ba, że z lekarzami nie ma żartów! Szczególnie tymi, którzy wiedzą którym paskudnym kompotem wyleczyć potencjalnie śmiertelną chorobę. (Nie, żeby większość desperackich przypadłości nie była potencjalnie śmiertelna, ale łuskowica akurat dosyć szybko zbierała krwawe żniwo.) Słabo, gdyby Itachi nie miał w sobie tyle samozaparcia, by (niemal) doczołgać się do kwatery lekarki. Zgasłby sobie (lub eksplodował) w cichości swojego pokoju i pewnie dopiero za parę dnia lub tygodni zorientowano by się, że brakuje tego a tego człowieka.
Słoik, który otworzyła pod samym jego nosem (dosłownie!) zawierał macerat z kory dębu, dobry środek przeciwgorączkowy. Nie tak świetny jak napar z igielniczki, ale tej nie miała pod ręką. Przeklęci zaopatrzeniowcy. Czy to tak wiele prosić o badyl z korzeniem, gdy wybierają się na wycieczkę do Edenu?
Zaczęła rozkładać po ciele Kata zmrożone żelki, ale zorientowała się, że to bezcelowe, skoro zaraz będzie musiała go podnieść do picia. Wobec tego od razu sięgnęła po uszczerbany kubek z szafki i wypełniła go do połowy ziejącym spirytusem napojem.
– Nie bardzo, ale masz pojęcie jak będzie kopać? – wyszczerzyła się do niego niemal radośnie. – Tylko powoli, to prawie bimber.
Pomogła mu wrócić do pozycji siedzącej, zwracając uwagę czy i jak bardzo wyczerpany jest. Nie pozwoliła mu też pić zbyt szybko. Kora dębu obniży dramatycznie wysoką temperaturę, alkohol będący rozpuszczalnikiem-nośnikiem z kolei ulula Itachiego do snu. Ona będzie miała resztę dnia na wyprodukowanie dwóch miarek morfiny, on odpocznie śniąc snem sprawiedliwych. Po dawce leku nadeszła kolej na kompot. Ten również podawała mu powoli, małymi łykami.
Obłożyła go woreczkami z lodem i została z nim dopóki stan się nie ustabilizował.

[nmm]




avatar





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Ogródek farmakognostyczny

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Powrót do góry