Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down


-Nie pamięta wół, jak cielęciem był - przytoczyła znane powiedzenie, nim prychnęła krótkim, przytłumionym śmiechem. - Dam głowę, że w naszym wieku byli o wiele bardziej nieznośni, niż my teraz. A my w ich wieku też będziemy tak niemożliwie zrzędzić. - Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, właśnie tak wygląda naturalna kolej rzeczy. Każdemu młodemu pokoleniu wydaje się, że są autorami buntu i swobody, zaś każdemu starszemu - że za ich czasów wszystko było lepiej. Tym sposobem zawsze ktoś jest niezadowolony, a już najczęściej niezadowoleni są wszyscy. Kto pragnie dowodów, najlepiej by podpytał babcię czy dziadka, jak ich własne dzieci dawały im w kość. Madelaine z chęcią właśnie to by zrobiła, gdyby tylko miała okazje. Niestety, ta przepadła jakiś czas temu i jedyną opcją pozostało się domyślać, co też kochani starsi nabroili, kiedy mieli jeszcze po te -naście lat.
Nie umknęło jej nagłe drgnięcie drugiej dziewczyny na wspomnienie o wielkich domach bogatych obywateli, choć istotnie trudno było łączyć ten mało istotny fakt z tematem rozmowy. Łatwiej i bardziej sensownie było uznać, że był on wywołany podmuchem wiatru i związanym z tym uczuciem zimna, czy też inną byle błahostką, którą bynajmniej nie należało się przejmować. Choć panna Davies okazała na tyle uprzejmości, by pomóc nowej koleżance zapoznać się z okolicą i odnaleźć potem drogę powrotną do domu, to nie miała żadnego interesu we wtrącaniu się w jej prywatne odczucia. Cud by się musiał wstać, by zaczęła wnikać w powody, które wygnały Shaylene na nocny spacer, w dodatku z kotem w ramionach. Normalny kot chodziłby luzem gdziekolwiek by zechciał, zamiast potulnie tkwić w objęciach właścicielki.
- Czy ja wiem, czy taki dreszczyk... nie robię nic bardzo nadzwyczajnego. Zazwyczaj nie cała posesja jest ogrodzona, niektórzy zostawiają sobie kawałek lasu albo coś. Nie jestem idiotką, nie będę przeskakiwać przez dwumetrowy mur tylko po to, żeby obejrzeć czyjś ogródek. Ale już jak ktoś stawia kiepską siatkę i nie łata w niej dziur, a furtka sięga mi do pasa i zamyka się na haczyk, to to jest jawne zaproszenie - stwierdziła, przywołując na twarz delikatny uśmiech. W niebieskich oczach błysnęła łobuzerska iskierka, którą łatwo było przeoczyć w nocnych ciemnościach. Temat podkradania cudzych plonów lepiej było na razie przemilczeć; choć ciemnowłosa dziewoja była w pewnym sensie zdana na łaskę nowej koleżanki, lepiej było nie ujawniać przed nią wszystkich swoich ciemnych sprawek. W końcu bez przesady - znały się ile, kilka minut? Może jeszcze nakładźmy jej do głowy, że jesteśmy grubą szychą w ruchu oporu, to już na pewno nie narobi nam żadnych kłopotów.
- Nazwa była pewnie dość przypadkowa - przeszła płynnie do tematu hałaśliwego towarzystwa, puszczając w przeszłość jakiekolwiek dalsze spekulacje na temat swoich na wpół legalnych wędrówek. Bądź co bądź zajmowała się teraz służeniem za przewodnika, a było jeszcze wiele miejsc i obiektów, o których można było powiedzieć coś ciekawego. - Ceny mają niskie, więc klientów nie brak. Poza tym to jedyny dobry bar w najbliższym sąsiedztwie, a pewnie nikt z tego towarzystwa nie chce sobie zawracać głowy zbyt długim powrotem do domu... nie w takim stanie, w jakim opuszczają "Jelonka". - Krótkie parsknięcie po raz kolejny opuściło gardło Davies, dając upust wywołanej własnym komentarzem wesołości. Sama co prawda nigdy nie odwiedziła przybytku, o którym zdawała się wiedzieć tak wiele, jednak miała przecież swoje niezrównane źródła informacji. Szkolni koledzy i koleżanki mieszkali w najróżniejszych częściach Shadowmount, stąd co rusz można było usłyszeć w rozmowach liczne nowinki i ciekawostki.
- To stary ratusz - wyjaśniła, zatrzymując się na moment przy tej imponującej budowli. - Jest stary jak świat i od wieków nie pełni swojej funkcji. Teraz te wszystkie ważne urzędy są bliżej centrum, a tutaj zrobili niewielkie muzeum. Są różne zbiory na temat historii Shad i tak dalej, i tak dalej. Co jakiś czas wpuszczają nawet na wieżę, nie tam najwyżej gdzie jest zegar, ale tam niżej, o - Wskazała ręką odpowiednie miejsce. - tam widać takie okienko, no to stamtąd można spojrzeć na miasto. Byłam raz, fajny widok.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Czy ja wiem, czy taki dreszczyk... nie robię nic bardzo nadzwyczajnego.
Nie zgadzała się z tym, ale też nie zrobiła niczego, by swoje wątpliwości ubrać w słowa. Zamiast tego milczała, wsłuchana w odpowiedź dziewczyny jak uczeń w wyjątkowo ciekawy wykład nauczyciela, podczas gdy wszyscy inni ławkowi przyjaciele już prawie zasypiali na ozdobionych rysunkami blatach. Spędziwszy całe życie w murach rezydencji, uważała, że nawet wtargnięcie na czyjąś posesję (nawet niezbyt chronioną) niosło ze sobą wspomniany dreszczyk. Nie podzieliła się tą myślą. Skinęła lekko głową i na tym miał zakończyć się obszerny komentarz.
Domy bogaczy szybko odeszły w zapomnienie, gdy Madie wspomniała o hałaśliwym barze. Shay w tym czasie ostatni raz spojrzała w kierunku zakrętu, z którego dobiegały ich śmiechem, jakby chciała w ten sposób niewidocznie zasalutować i bezgłośnie pożegnać Jelonka. Hasta la vista, Au revoir, Żegnaj, zatęchła melino!
W takim razie nazwa naprawdę musiała być przypadkowa — zaśmiała się, rozbawiona wizją starszego mężczyzny, pijanego niemal do nieprzytomności, a już na pewno nie do użytku. Wracającego z Jelonka. Choć podejrzewała, że żona takiego faceta nie byłaby równie wesoła co w tym momencie Shay.
Nim odważyła się choćby pomyśleć o propozycji wspólnego wyjścia do komentowanego baru (ale raczej nie w tym życiu) Madie zdążyła przedstawić nazwę budynku, który przed momentem zainteresował szatynkę. Wyprostowała się jak struna na wieść o wieży oferującej widok na całe miasto. Poczuła nagłą chęć, by tam wejść, spojrzeć na wszystko od strony, o której jeszcze nigdy nawet nie myślała. Jones najwyraźniej podzielał entuzjazm właścicielki, choć w nieco inny sposób. Machając końcówką rudego ogona miauknął, domagając się uwagi. Tym również tchnął powietrze w zastałe płuca dziewczyny — nawet nie zauważyła momentu, w którym przestała oddychać.
Podejrzewam, że nie ma realnej opcji, by udało nam się tam teraz wejść? — naiwne (jak sądziła) pytanie rozbrzmiało między nimi, wypowiedziane znacznie mniej entuzjastycznym tonem, niż dotychczas. Jakby dziewczyna zadając pytanie z góry była świadoma odmowy.
Chodźmy tam kiedyś.
Otwierała usta, chcąc dodać coś jeszcze. Drobne zapewnienie, bądź prośbę. Usta zamknęły się jednak, gdy w pole widzenia trafiła fontanna. Veitch od razu ruszyła w jej kierunku. Szła energicznie, w zasadzie gotowa w każdej chwili zerwać się do biegu, jakby obiekt zainteresowania miał nagle zniknąć. Ale nie zniknął i kładąc dłoń na kamiennej obręczy, nie mogła się powstrzymać.
Woah, fontanny są super! — prawdopodobnie klasnęłaby w dłonie uradowana, gdyby drugiej ręki nie miała zajętej trzymaniem kocura. Pochyliła się i zanurzyła dłoń w chłodnej wodzie. — Włączona musi świetnie wyglądać. Szkoda, że nocą takie rzeczy nie działają — westchnęła. Gdyby więcej ludzi korzystało z nocnych uroków, zapewne większość atrakcji miasta pozostałoby aktywnych. Muzeum, kilka sklepów, może nawet ta fontanna. Oczyma wyobraźni widziała, jak strumienie błyszczącej w słońcu wody tryskały na wszystkie strony, wprawiając dzieciaki w radosne nastroje.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


- Ewentualnie ktoś miał taki zamysł artystyczny - wysnuła przypuszczanie, w zamyśleniu przytykając lekko zwiniętą dłoń do podbródka. - Z tego co kojarzę, na szyldzie mają jelenia. Może wewnątrz jest wystrój myśliwski, trofea i inne takie rzeczy?
Pytanie zawisło w nocnej ciszy na kilka sekund. Rzecz jasna, odpowiedzi miały nie uzyskać, stąd ostatecznie geneza nie do końca trafnej nazwy miała pozostać bez wyjaśnienia. Żeby zweryfikować sprawę, musiałyby odwiedzić rzeczony przybytek, a to było niemożliwe z kilku przyczyn. Po pierwsze, jak dało się doskonale dosłyszeć, bar był teraz pełen rozhasanego towarzystwa, stąd też na pewno wciśnięcie się do środka byłoby z pewnością trudne. Poza tym, kto normalny wpuściłby takie dwa podlotki do meliny? Nie tylko od razu wyproszono by je z hukiem, ale też mogłyby mieć nieprzyjemności, gdyby ich rodzice się o tym dowiedzieli. Madelaine było z grubsza wszystko jedno - i tak za coś w końcu jej się dostanie, żadna różnica za co konkretnie - jednak nie był jej obojętny los nowej znajomej, która z pewnością ciężko przeżywałaby taki cios w relacjach z rodziną. Tak przynajmniej dało się wywnioskować po tym, co mówiła do tej pory.
- Podejrzewam, że nie ma realnej opcji, by udało nam się tam teraz wejść?
- Może gdybyś umiała sforsować zamek i rozbroić alarm, a potem nie zabić się na schodach, gdzie nie ma żadnego oświetlenia... bo generalnie ja nie umiem - stwierdziła z nutką rozbawienia, ujmując się dłońmi pod boki. Spojrzała jeszcze na wieżę, wyłapując zaznaczoną na wielkim zegarze godzinę. Muzeum było już od dawna zamknięte, zresztą i tak funkcjonowało tylko po kilka godzin dziennie. Nikt nie miał potrzeby spędzania w tym miejscu nie wiadomo ile czasu, a wyspa była na tyle odizolowana od reszty świata, że o turystach z zewnątrz nie było co marzyć. Stary ratusz przeżywał większe oblężenia zwiedzających tylko przy okazji nowych wystaw oraz podczas hucznie obchodzonych Dni Miasta, kiedy stawał się siedzibą licznych atrakcji. Wtedy też na placu przed nim stawała scena i kramy, gromadząc niemal całe Shadowmount na corocznym festynie.
- Jasne - przytaknęła na wysuniętą chwilę później propozycję. Już miała dodać, że zaraz zacznie pobierać opłaty za występ w roli przewodnika, ale uwagę jej wycieczkowiczki skradła już kolejna atrakcja. Żeby jeszcze chociaż czynna... ale nie, niedziałająca przez noc fontanna. Serio?
- Szkoda, że nocą takie rzeczy nie działają.
Otworzyła usta, składając się do odpowiedzi, po czym zamknęła je z powrotem. Westchnęła głęboko, po krótkim zawahaniu podchodząc o dwa kroki bliżej, tak by nie musieć się wydzierać do Shay, która oczywiście dopadła zimnej, brudnej wody i maczała w niej łapy. Zupełnie jak dziecko.
- Co ci poradzę. Musisz zacząć chodzić na spacery o normalnych godzinach, zamiast wymykać się nocą jak kryminalista - odpowiedziała w końcu, wplatając swoją zwyczajową nutkę ironii.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Wzruszyła ramionami.
Jelonek rzeczywiście okazałby się całkiem klimatycznym lokalem, gdyby w skład wyposażenia wchodziły takie ozdoby jak ogromne poroża, czy czaszki upolowanych zwierząt. Choć wtedy prawdopodobnie właściciele byliby zmuszeni ograniczyć przedział wiekowy swoich klientów do samych dorosłych. Większość dzieciaków należała do grona, która na zwierzęce trofea reagowała raczej negatywnie. Rzadko kiedy pojawiał się wyjątek, który w całym swym młodzieńczym roztargnieniu byłby w stanie docenić ciężkie polowanie ojca, wujka czy sąsiada.
Wpatrując się w wieżę ratusza, nie myślała o niczym innym, tylko o widoku, który się zeń rozciągał. Niemal czuła na skórze delikatny wiatr, który musiał przemykać po skórze na wysokości niewielkiego balkoniku. Chłód pod palcami przypominał zimną powierzchnię umieszczonej tam barierki, a dreszcz biegnący w dół kręgosłupa przywodził na myśl uczucie stania na krawędzi przepaści.
Z zamyślenia wyrwały ją słowa Madie, na które w pierwszym odruchu drgnęła, prawie zapominając, że znajdowała się w czyimś w towarzystwie.
Hej, podobno nie ma rzeczy niemożliwych! Myślisz, że skąd te wszystkie filmy o tajnych agentach? — zaśmiała się, wyraźnie rozbawiona. — Wiesz, wycinanie koła w szkle dzięki diamentowemu ostrzu, odbijanie laserów lusterkiem, podstawianie worka piasku o wadze podobnej do kradzionego przedmiotu. Twórcy musieli się czymś inspirować — była gotowa wykonać jakąś skomplikowaną akrobację. Przeszkodą okazał się zalegający w ramionach kocur oraz zwiewna, letnia sukienka. Nie widziało jej się tracić kompana podróży ani świecić bielizną, nawet jeśli w środku nocy.
Rozchlapując wodę z fontanny czuła się, jakby powoli odzyskiwała te wszystkie stracone lata. Chłód wyziębionej nocą wody sprawiał jej większą satysfakcję niż kilka ostatnich lat spędzonych na rozmaitych czynnościach. Nie miała prawa się nudzić, ojciec dokładał do tego wszelkich starań. A jednak stojąc na środku dziedzińca, przy obrośniętej drobnymi chwastami atrakcji nabierała świadomości, jak wiele życia straciła.
Spoglądając na Madelaine, przyozdobiła usta w radosny uśmiech. Posłała jej go na moment przed ujrzeniem godziny wskazywanej przez ogromny zegar.
Matko jedyna, późno już — zmartwiła się. Nie wiedząc, na jak wiele mogła sobie pozwolić tej nocy, poczuła wewnętrzny niepokój. Wszak nie wiedziała, o jakiej godzinie służba zaczynała krzątać się po rezydencji. — Mogłabyś zaprowadzić mnie do skrzyżowania, na którym się spotkałyśmy? — unosząc nieco niespokojne spojrzenie na towarzyszkę, postąpiła kilka nerwowych kroków w jej stronę.
Spotkasz się ze mną jeszcze kiedyś?




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Spojrzała na dziewczynę w pełnym politowania uśmiechem. Włamania, lasery, spiski? Biedna, chyba rzeczywiście zbyt rzadko wychodziła z domu. Ogólnie rzecz biorąc wyobraźnia nie jest niczym złym, nawet jej duże ilości da się znieść, ale momentami ten dziecięcy entuzjazm Shaylene, taki oderwany od realiów życia, wydawał się niemożliwie głupi. Trochę tak, jakby nie tylko widziała świat po raz pierwszy, ale do tego jeszcze naczytała się fantastycznych opowieści... i w nie uwierzyła. Niewiele jest rzeczy bardziej niebezpiecznych od takiego poddawania się fikcji; Madelaine miała więc nadzieję, że jej nowa koleżanka tak naprawdę nie wierzy w te wszystkie brednie o superszpiegach. Oby jej zachowanie było wynikiem radosnego charakteru, nie zacofania w rozwoju.
- Mniej filmów, więcej życia, kochana - podsumowała, zaplatając ręce ze sobą. Ani na moment nie opuszczała jej mina wyrażająca odrobinę wyższości, ale też pewnego rozbawienia osobą Veitch. W pewnych aspektach przypominała jej młodszego brata, podobnie rozentuzjazmowanego światem i każdą nowością, która pojawiała się na jego drodze. Tak, to właśnie musiał być ten czynnik sprawiający, że osoba Shay wydawała się pannie Davies w jakiś sposób bliska - a przecież znały się może od kilkunastu, kilkudziesięciu minut.
- Matko jedyna, późno już.
- Zaiste, późno i zimno, a ty się chlapiesz w brudnej wodzie. A więc, kto będzie jutro chory? - rzuciła zaczepnie, celowo puszczając mimo uszu zaniepokojenie w głosie dziewczyny. Czyżby jednak miała jakieś poczucie rzeczywistości? Zapewne, skoro jeszcze nie nazywała Mad Białym Królikiem i nie próbowała wydostać się z Nibylandii, choć momentami wydawało się do tego blisko.
- W takim razie wracamy - zarządziła, nim jednak w ogóle ruszyła się z miejsca, wydobyła z kieszeni paczkę jednorazowych chusteczek. Cichy odgłos rozrywania folii zgodnie z perforacją rozmył się w powietrzu, nim jedno sprawne szarpnięcie umieściło w dłoni Davies czysty papierek. Opakowanie schowała z powrotem, po czym bez pytania złapała w dłoń mokrą rękę Shay i trochę niezdarnie, ale skutecznie wytarła jej paluchy do sucha. Naprawdę, gdyby blondynka nie miała głowy na karku, to ta nieszczęsna sierota by się przeziębiła jeszcze przed powrotem do domu. Gestem głowy wskazała, że będą ruszać i skierowała się w stronę, z której przybyły. Po drodze władowała zużyta chusteczkę do najbliższego śmietnika, przez moment nawet nie zaszczycając swojej towarzyszki spojrzeniem. Czy się jeszcze spotkają? No cóż...
- A jak zamierzasz mnie znaleźć, hmmm? - zagadnęła zaczepnie, wracając do łobuzerskiego uśmieszku. - Będziemy czekać, aż pchnie nas ku sobie kolejny wybryk przeznaczenia, czy chcesz, no nie wiem... numer telefonu? - Mogłaby podać nawet adres, ale ten by pewnie nic pannie Veitch nie powiedział. W końcu nadal nie była w stanie trafić do własnego domu, a co dopiero szwendać się gdzieś po mieście. Nie było nawet pewności, czy poradzi sobie od tamtego pamiętnego skrzyżowania - ale Madelaine postanowiła się tym nie przejmować. Jak się zgubi, to tylko jej problem, mogła nie kozaczyć. Niech się życia nauczy, a co!


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


— Mniej filmów, więcej życia, kochana.
Pobłażliwy wyraz przyozdobiony delikatnym uśmiechem wpłynął na jasne lico panienki Veitch. Momentalnie poczuła się jak dobra ciotka, której opowiastki o buszujących pośród koniczyny wróżkach są brane zbyt poważnie. Przesłoniła usta wierzchem dłoni, chroniąc świat przed ujrzeniem tak szerokiego uśmiechu.
Więcej optymizmu, Maddie, żartuję — podsunęła tonem na tyle łagodnym, by przy okazji nie wywołać żadnego rozdrażnienia w rozmówczyni. Nie chciała jej przecież złościć drobną uwagą, jedynie trochę rozweselić. Nawet Jones zdawał się podzielać zdanie właścicielki, podsumowując jej słowa przeciągłym miauknięciem. "Ma rację, ma rację!" zdawał się mówić koci pyszczek, choć w rzeczywistości wcale nie odbiegał wyglądem od wszystkich innych kocich pyszczków. Może był trochę bardziej przyjazny, ale na tym różnice się kończyły.
No hej, wyglądam na tak słabą? Choroby mi niestraszne, radzę sobie z każdą — odpowiadając, miała wrażenie, że nigdy w życiu nie wypowiedziała kłamstwa tak gładko i naturalnie. Jednocześnie poczuła znajomy ścisk w sercu, który najwyraźniej spieszył z pomocą, chcąc uświadomić młodej dziewczynie błąd. Mimo tego żaden mięsień na twarzy nie drgnął. Nie zrobiła absolutnie nic wzbudzającego podejrzenia. Tylko rudy kocur spojrzał ukradkiem na szatynkę, nie do końca dowierzając. Miał całkowitą słuszność.
Złapana za rękę nie oponowała. W domu służba wielokrotnie przestawiała ją z jednego miejsca na drugie, byleby tylko nie zaglądała ciekawsko przez ramię podczas najzwyklejszych obowiązków. Nie mieli nic złego na myśli. Czasami po prostu traktowali ją jak nieporadne dziecko. Dlatego właśnie widząc, jak koleżanka zapobiega ewentualnemu przeziębieniu, nie mogła zrobić nic innego, jak wypełnić nocną ciszę niezbyt głośnym, ale wyraźnie wesołym śmiechem. Malutka łezka rozbawienia zakręciła się w kąciku jej oka. Shay szybko otarła ją palcem.
Wybacz, nie spodziewałam się, że aż tak weźmiesz to sobie do serca — uspokoiła się, odetchnęła i wyrównała oddech. — To bardzo miłe.
Szła tuż obok blondynki, co rusz obracając głowę to w jedną to w drugą stronę. Omiatała spojrzeniem każdy najmniejszy szczegół, tym razem nieco bardziej poświęcając się zapamiętaniu trasy. Rysowała drogę w wyobraźni, do każdego zakrętu przypisując komentarz, który później ułatwiłby podjęcie wyboru. Może nawet dałaby radę obejść się bez mapy.
Kto wie? Może spotykamy się nie bez powodu, może los tak chciał — wzruszyła bezwiednie ramionami, dodając słowom lekkości. Nie pociągnęła jednak tematu, uznając, że lepiej będzie zostawić słowa w towarzystwie wiatru i wniosków Madelaine. Nie wyglądała poważnie, ale w głosie zabrakło też charakterystycznej dla żartu nuty.
Ale bardzo chętnie wezmę numer.

*kilka dni później*

Mijała domy w biegu. Wcześniej ułożone w misterny kok brązowe włosy wysunęły się z gumki, powiewając luźno na wietrze. W dłoni ściskała telefon, a usta wykrzywiała w szerokim uśmiechu. Nawet pozbawiona tchu była szczęśliwa. Po długich dniach spędzonych pod czujnym okiem ojca w końcu nadszedł idealny dzień. Służba posnęła, gubernator wyjechał w służbowej sprawie. Okazja wydawała się idealna.
Tym razem Veitch darowała sobie zwiewne, delikatne sukienki. Wybrała wygodne ubrania. Szarpane u dołu spodenki sięgające do połowy uda pozwalały swobodnie biec, bez strachu, że mocniejszy wiatr pozwoli całemu (obecnie uśpionemu) światu podziwiać bieliznę młodej dziewczyny. Cieniutka koszula w czerwoną, szkocką kratę okazała się idealnym materiałem na ciepłą, letnią noc, natomiast bordowe trampki były znacznie lepsze do skakania ponad kępkami trawy od zdobionych baletek. Całość dodawała jej wyglądu zwykłej nastolatki, którego przy ostatnim spotkaniu nieco jej zabrakło.
Jones mknął tuż za właścicielką. Zdziwił ją wielce, gdy po przekroczeniu terenu rezydencji nie uciekła pierwszą lepszą ścieżką. Wiernie kroczył tuż za nią, najwyraźniej obierając role prywatnego bodyguarda. W zamian podrapała go za rudym uchem i postanowiła sowicie wynagrodzić.
Do umówionego miejsca dotarła ze znacznym ubytkiem powietrza w płucach. Musiała przystanąć i głęboko odetchnąć.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


- Może tego tak nie widać, ale jestem optymistką - nadmieniła, wywracając oczyma z wymownym uśmiechem. Ostatecznie wychodziło na to, że obie miały z grubsza podobne podejście do życia. Podstawowa różnica polegała na tym, że w dziedzinie poznawania i zachwytu nad światem Veitch była o dobrych kilka poziomów do tyłu. Stąd brały się jej reakcje na te nawet niezbyt atrakcyjne elementy miasta, które Madelaine starała się jej przedstawić. W końcu gdy przypomniała sobie własne podejście do sprawy na kilka lat wstecz, pewnie nie wyglądałoby ono wiele inaczej od tego, które prezentowała jej nowa znajoma. No cóż, mniejsza z tym; gdyby nawet zamierzały się spierać odnośnie kwestii światopoglądowych, zawsze byłby wynik jeden do jednego. Zdanie kota się nie liczy.
- Wyglądasz. - Na ułamek sekundy rzuciła dziewczynie pojedyncze spojrzenie, nim wróciła wzrokiem do wykonywanej właśnie czynności. Co to w ogóle za pytanie, kiedy odpowiedź jest tak oczywista? - Wyglądasz na dokładnie taką, co gubi się za zakrętem własnego domu, z nocnego spaceru wraca z przeziębieniem i potyka się o własne nogi na prostej drodze. Nie żebym cię chciała obrażać czy coś, po prostu takie odnoszę wrażenie.
Oczywiście, odczucia związane z obserwowaniem Shay mogły się nijak mieć do rzeczywistości. Z pewnym sensie Davies wykazywała się tu nadopiekuńczością, ale nawet sama przed sobą by tego nie przyznała. Uznajmy, że skoro zgodziła się pokazać koleżance kawałek świata i odstawić bez kłopotów do domu, to "brak kłopotów" oznaczał także zatroszczenie się o jej stan w razie potrzeby. Chcąc mieć czyste sumienie, musiała zainterweniować. Nie była to w żadnym wypadku oznaka kiełkującego przywiązania, czy... Boże broń, troski. No gdzieżby.
Przecież przez tych kilka dni, które dzieliły ich pożegnanie na rozstaju od kolejnego spotkania, wcale nie zastanawiała się nad losami Veitch. Nie, skądże znowu! Ani przecież nie robiło jej różnicy, czy rzeczywiście w ogóle nie opuszcza swojej wielkiej, bogatej willi (a taką pewnie ma) i czy cokolwiek jej dała ta nocna wyprawa, na której się przypadkowo zetknęły. Z pewnością zaś zamierzała zobaczyć blondynkę ponownie, skoro po tak niedługim czasie w telefonie Mad pojawiła się nowa wiadomość.
Trafi czy nie? - przemknęło jej przez myśl, na co kąciki ust same drgnęły w ironicznym uśmiechu. Spróbowałaby się zgubić, dodał po chwili głosik w głowie. Sprawdziła jeszcze raz godzinę na telefonie, po czym wsunęła urządzenie do kieszeni luźnych spodenek.
Ledwie wyszła zza ostatniego zakrętu, bezbłędnie dostrzegła oczekującą na miejscu Shaylene. Trudno było przeoczyć jedyną stojącą na chodniku osobę, w dodatku doskonale oświetloną przez uliczne latarnie. Dlaczego do licha zawsze musiały spotykać się w nocy? Nie żeby Mad miała coś przeciwko tej porze doby, bo była zdecydowanie przyjemna; trudniejsze było wymknięcie się z własnego domu w taki sposób, by nie prowokować kolejnej awantury. Ostatnimi czasy było ich po prostu zbyt wiele, a że wiedziała, jak na ciągłe kłótnie w rodzinie reaguje Młody, wolałaby choć raz porozmawiać z rodzicami bez plucia jadem. No ale skoro taka pora pasowała Shay... no cóż. Zawsze pozostawało wyjście przez okno, co też ostatecznie zrobiła. To stąd na rękawie zielonego T-shirtu była teraz niewielka dziura ze snującą się nitką. No bo jakże, przy przemykaniu przez zasadzone za domem krzewy musiała zahaczyć nim o jakąś podstępnie wystającą gałąź. Mniejsza z tym, zaceruje po powrocie.
- Trafiłaś - zauważyła, wyrażając swoją aprobatę odpowiednim tonem głosu, kiedy już podeszła bliżej. Z miernej odległości metra nie dało się już nie zauważyć ciężkiego, przyspieszonego oddechu. - Gonił cię kto?


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Oparła dłonie na kolanach, z każdym oddechem uspokajając rozszalałe tętno. Serce w pewnym momencie zakuło ją boleśnie, ale była zbyt podekscytowana, by zwracać na to najmniejszą uwagę. Ani jeden mięsień nie wykrzywił jej twarzy w niezadowoleniu.
— Trafiłaś.
Wpierw zamarła w bezruchu. Później wyprostowała plecy, uniosła oba kciuki w górę i uśmiechnęła się jak człowiek, który właśnie zdobył złoty medal po długich miesiącach ciężkich przygotowań. Była dumna z siebie nie tylko dlatego, że dotarła na czas, ale również z tego, że się nie zgubiła.
Nie chciałam, żebyś musiała na mnie czekać, więc pobiegłam — wytłumaczyła, wsuwając dłoń do kieszeni spodenek w poszukiwaniu gumki, którą wcześniej tam upchnęła. Rozczesała włosy palcami i związała w nieco chaotyczny, ale zdecydowanie dodający uroku kok.
Podeszła do Madie niemal podskakując w miejscu. Wciąż ściskała uruchomiony telefon, chwilowo jednak chowając rozświetlony ekran przed spojrzeniem blondynki. Spędziła całe dwa dni na dyskretnym wypytywaniu służby o warte zobaczenia miejsca w mieście. Ciekawość tłumaczyła projektem zadanym przez jednego z prywatnych nauczycieli. Tym sprytnym sposobem uniknęła jakichkolwiek podejrzeń. Żadna z pokojówek nawet nie pomyślała, o napomknięciu tego faktu ojcu dziewczyny. Bo i po co, skoro wszystko dotyczyło nauki?
Wiem, gdzie możemy dziś iść! — klasnęła uradowana w dłonie, dopiero teraz przybliżając aparat do twarzy i odpalając nań zapisane notatki. Przez kilka krótkich sekund przemykała wzrokiem po linijkach tekstu. — Podobno na obrzeżach jest taras widokowy z lunetą. Pooglądamy gwiazdy, co ty na to? Powinny być teraz dobrze widoczne — czysto profilaktycznie odszukała odpowiednie zdjęcie w galerii i pokazała dziewczynie. Nie była stuprocentowo pewna jak trafić do przedstawionego miejsca, lecz nie miała wątpliwości, że Madie posiadała tę wiedzę.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


- Odrobina czekania by mnie nie zabiła. Za to ty wyglądasz, jakbyś miała lada moment pożegnać się ze światem - stwierdziła, mimo pewnej ironii brzmiąc całkiem serdecznie. Nie chciała przecież, żeby jej nowa koleżanka wypruwała się z sił z tak błahego powodu jak ewentualne spóźnienie, bo przecież nie idealna punktualność była tu najważniejsza. I tak była noc, a one miały zamiar włóczyć się po bliżej nieokreślonej okolicy. To nie film w kinie, że trzeba stawić się na czas, najlepiej jeszcze z wyprzedzeniem.
- Hm? - Była zainteresowana pomysłami Veitch, co do tego nikt nie miałby wątpliwości. W gruncie rzeczy dla Madelaine pewne rzeczy były bardziej oczywiste, trudno więc było zaplanować wyprawę z udziałem osoby, która rzadko oddalała się od domu. Davies właśnie w domu chętnie by posiedziała, gdyby tylko były do tego odpowiednie warunki, znane też jaki Brak Kłótni z Rodzicami i Święty Spokój. To z pewnością byłaby całkiem ożywcza odmiana po całej serii wieczorów spędzonych na irytujących przegadywankach.
- Wiem, gdzie to jest. Dobry wybór - pochwaliła wraz ze zgodnym skinieniem głową, co sugerowało, że od tej chwili Davies przejmuje rolę przewodnika. Nie czekała zresztą długo, bo ledwie ciemnowłosa dziewczyna schowała telefon, ruszyły w odpowiednim kierunku. Droga miała kilka zakrętów, ale dzięki temu nie dłużyła się niemiłosiernie. Miały zaś do przejścia trasę na dobrych kilkanaście minut, co i tak przy wieczornej temperaturze i względnej ciszy plasowało się w kategorii przyjemnego spaceru.
- Interesujesz się astronomią? - zagadnęła. Sama nigdy nie zagłębiała się szczególnie w informacje na temat gwiazd i planet. Potrafiła rozróżnić je na obrazkach w książce, ale z pewnością żadnego z nich nie znalazłaby na nocnym niebie. Konstelacje widziała wszystkie na raz lub też nie dostrzegała żadnych, jako że jasne punkciki na czarnym tle raz zdawały się układać w niezliczone kształty, a już po kilku mrugnięciach zlewały się w wielkie mrowisko kropek.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


 — Pożegnać się ze światem? — wyprostowała nagle plecy i mimo wyraźnego kłucia w sercu spojrzała na koleżankę z szerokim, pełnym dumy i satysfakcji uśmiechem. — Nie z takimi rzeczami się zmagało. Musisz bardziej we mnie uwierzyć, Madie — po raz pierwszy pozwoliła sobie na osobliwe zdrobnienie imienia dziewczyny. Wyglądała przy tym niezachwianie, jakby coś podobnego przychodziło jej całkowicie naturalnie. Jednocześnie jednak rzuciła sekundowe spojrzenie na twarz Davies, coby wychwycić z niej najdrobniejsze drgnięcie niezadowolenia. Wolała nie popełniać kolejnych gaf.
 — Wiem, gdzie to jest. Dobry wybór.
 Oba kciuki młodej Veitch powędrowały w górę. Z początku nie była pewna wyboru. Potrzebowała kilku długich rozmów ze służbą, podczas których wymieniali jej wszystkie wady i zalety podobnego miejsca. Im więcej słuchała, tym większe rosło w niej przekonanie, że bez względu na wszystko cel kolejnej podróży będzie trafny. Teoretycznie nie mogła być stuprocentowo pewna, lecz dziwne przeczucie, które schwyciło ją za serce, całkowicie obaliło tę teorię.
 Nagle brunetka spojrzała w dół, zaintrygowana nieprzerwanym miauczeniem. Nikt inny jak Jones od dobrej minuty próbował zwrócić na siebie uwagę zarówno właścicielki, jak i nowej towarzyszki. Lecz to nie u boku Shay wyśpiewywał swą kocią serenadę, a tuż przy nodze Madelaine. Ocierał się bokiem o jej łydkę od dobrej chwili. Przesuwał też łebkiem o nagą skórę.
 — Jones chyba cię polubił — nie mogła powstrzymać drobnego parsknięcia. Była tym nieco zdziwiona, choćby ze względu na znaną sobie naturę kota. Rudzielec nie tolerował dosłownie nikogo poza panienką rezydencji. Nawet na jej ojca fukał niezadowolony, za każdym razem uciekając od wyciągniętej ręki. Chował się najczęściej za nogami właścicielki bądź umykał do innego pomieszczenia. Najlepiej z dala od całej reszty świata.
 Ruszyła z miejsca, idąc tuż obok Davies. Dłonie splotła za plecami, kroki stawiając dość odważnie jak na osobę, która potrzebowała centymetrowego kamyczka do utraty równowagi. Tego dnia zdawała się jednak posiadać znacznie więcej taktu niż zwykle.
 — Hm, niekoniecznie. Ale miałam nauczycielkę, która kładła spory nacisk na najbardziej znane układy. Także mogę ci kilka pokazać, jeśli chcesz — mimo negatywnej naleciałości w postaci wspomnienia nieprzyjemnej profesorki, Veitch nie wydawała się tym poruszona. — Ktoś mi kiedyś powiedział, że gwiazdy to dusze zmarłych, którzy obserwują świat ze swoich tronów na nocnym niebie. Może jeśli dobrze się przypatrzysz, to dostaniesz odpowiedzi na pytania, które cię nurtują — zagaiła z łagodnym, przyozdobionym dziecięcą naiwnością uśmiechem. — Z lunetą zobaczymy wszystko jak na tacy. Może nawet trafi się spadająca gwiazda? Będzie można pomyśleć życzenie.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


- Może kiedyś się doczekasz tego, żebym w ciebie uwierzyła - odbiła nieco ironicznie, ale na wpół rozbawiony uśmiech sugerował, że wcale nie jest aż tak sceptycznie nastawiona do nowej znajomej. Uwierzyła na przykład, że dziewczyna da sobie radę z odnalezieniem miejsca spotkania! Nie wymieniając kilku innych kwestii, w których Shaylene mogła poszczycić się naprawdę niezgorszą opinią. To, że Davies rzadko te opinie wyrażała na głos, to już zupełnie inna sprawa. Nie mogła tak na samym wstępie wychwalać jej pod niebiosa, bo to całkowicie niewychowawcze. Wyglądała zresztą na taką, której nie brakuje niczego, a więc pewnie i wsparcia rodziny, przyjaciół... nie wiedziała tego na pewno, ale jak wiadomo, trawa zawsze wydaje się bardziej zielona w ogródku sąsiada. Madelaine z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu zakładała, że Shay wiedzie się w domu lepiej niż jej samej, nawet jeśli nie miała ku temu żadnych konkretnych przesłanek - wyłącznie słabą podpowiedź intuicji.
Odruchowo spojrzała w dół, czując jak coś ociera się o jej łydkę. Oczywiście była świadoma, że jej towarzyszka na nocne wycieczki ciąga ze sobą kota, ale nie spodziewała się nigdy żadnej atencji z jego strony. A tu proszę, niespodziewany zwrot akcji; czy nie mówi się przypadkiem, że zwierzęta wyczuwają "szemranych" ludzi i trzymają się od nich z daleka? Może Jones miał jakiś odwrotny mechanizm, skoro ciągnęło go do osoby, która nie mogła się poszczycić żadnym szczególnym ciepłem czy miłością do zwierząt i ludzi. Wręcz przeciwnie, nie po to stawiała wokół siebie taki solidny mur, żeby futrzak teraz próbował go przeskoczyć. Nie należy mylić bycia miłym z otwartością, bo do tej było Davies jeszcze bardzo daleko.
- Biedaczek nie wie, co robi - skwitowała dość obojętnie, choć nie bez nutki współczucia. Cóż mu mogła zrobić, skoro decydował wpakować się nie tam, gdzie trzeba. Nie zamierzała go odtrącać, nic z tych rzeczy, jednak nie poświęciła tez kotu żadnej nadprogramowej uwagi. I tak już ruszały w kierunku wyznaczonego celu, lepiej więc żeby pupil panny Veitch nie plątał im się nigdzie pod nogami. Jeszcze by mu która nadepnęła na łapkę i dopiero by był foch i tragedia!
- Okej, czyli ty robisz za mózg operacji - zdecydowała. Skoro Shay lepiej zna się na ciałach niebieskich, niech ona orientuje się gdzie skierować lunetę i tłumaczy, jak się nazywa który świecący punkcik. Pod tym względem Maddie była gotowa całkowicie jej zaufać, jako że sama nie miała w temacie żadnego doświadczenia. Nawet nie zauważyłaby, gdyby nowa znajoma wcisnęła jej jakiś totalny kit.
- Mi ktoś kiedyś powiedział, że mogę znaleźć odpowiedzi na pytania jeśli w odpowiedni sposób rozgrzebię tłuczone ziemniaki. Takie rzeczy to same bzdury, wszechświat nie jest od tego, żeby słuchać naszych dyrdymałów - stwierdziła stanowczo. Wszystkie tego typu historyjki to były bujdy na resorach i nie przepadała nawet za samym słuchaniem podobnie ckliwych teorii, a co dopiero za tym, kiedy jakiś idiota im dowierzał. Żadnych życzeń pod spadającą gwiazdą, żadnego trzymania kciuków, żadnych breloczków na szczęście.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry