Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Go down


Władza w Shadowmount będącym wyspą odizolowaną od reszty świata wprowadza własny, nowy porządek. Odrzucając kult pieniądza, opracowują system idealny, który zdaniem wielu wprowadzi spokój do życia mieszkańców. Walutą staje się cenny czas, którego tak wielu z nas nie pojmuje umysłem. Natężenie pracy zostaje znacznie zwiększone, gdy w grę wchodzi tak ulotne wynagrodzenie. Zdaniem władzy podobny system winien nauczyć ludzkość pokory i prawdziwych wartości życia. Widząc jednak przelatujące nad głowami ptaki, których życie nie zależy od morderczej pracy, w głowy mieszkańców zaczyna występować powątpiewanie. Niewielka grupa rozpoczyna okryty tajemnicą ruch oporu mający wyzwolić Shadowmount z okowów niewoli, jakie nałożyli rządzący.

***



***

- Tato...
- Nie ma takiej opcji.
Dziewczęce policzki nadęły się jak u wypchanego nasionami pyszczka chomika. Stuliła drobne dłonie w pięści i tylko Bóg jeden wiedział, co powstrzymało ją przed tupnięciem nogą o lśniące czystością kuchenne kafelki. Dzień w dzień, miesiąc w miesiąc i rok w rok. Przerabiali to z siedzący naprzeciw mężczyzną od tak długiego czasu, że aż sama zdziwiła mu się wytrwałości. Na jego miejscu każdy inny rodzic już kilka razy ustąpiłby prośbom. Lecz nie on. Był tak samo uparty, jak za pierwszym razem i surowy ton wymalowany na jeszcze surowszym licu wcale nie zwiastował barwnej zmiany w najbliższej przyszłości. Ale ona nie była gorsza. Nawet jeśli w przeciwieństwie do ojca nie potrafiła uzbroić się w tak twardą minę, to była tak samo zawzięta. Kucharka zawsze śmiała się w głos przy powtarzaniu, że młoda panienka będzie w przyszłości świetną szefową, której decyzje nie zostaną podważone. Pan domu kręcił głową w takich momentach i siłą rzeczy nie mogła się z nim nie zgodzić. Mając tak ugodowy i delikatny sposób bycia, nie mogła zobaczyć siebie samej w postaci kobiety rządzącej twardą ręką.
Westchnęła więc tylko, spoglądając tęsknie w kierunku wielkiej, przeszklonej ściany, przez którą do środka wpadały ciepłe promienie słońca.
- Nie rób takiej miny, Shay. Wiedziałaś, że się nie zgodzę - przewracając stronę gazety, ojciec nawet nie spojrzał w jej kierunku. Nie musiał tego robić, by przed oczyma zobaczyć ten sam co zawsze zawiedziony wyraz twarzy.
- Nie dałeś mi nawet czasu na przedstawienie argumentów...
- Zachowaj je dla siebie i dopracuj. Na następny raz - dopiero przy brzmieniu ostatniego słowa mężczyzna odłożył czytanie artykułu na dalszy plan i spojrzał w kierunku córki. Delikatny, może nawet pokrzepiający uśmiech uniósł mu usta, gdy podnosił rękę, odsyłając ją gestem, którego tak bardzo nie lubiła. Gdy machał w ten sposób ręką, czuła się nieważna.
A przecież nie mogła narzekać. Wszystkiego zawsze było pod dostatkiem — miła aż serce się raduje służba, śliczne ubrania z najlepszych materiałów, syte i przyrządzane w domowej atmosferze posiłki, prywatne zajęcia od nauczycieli na najwyższym poziomie. Mogła narzekać jedynie na częstą nieobecność matki pogrążonej w swoim modowym światku, któremu poświęcała tyle uwagi, ile mogła. Projektantka światowej klasy. Ale nie o to chodziło młodej pannie Veitch. Marzyła o wyjściu poza mury rezydencji od najmłodszych lat. Widząc pięknie upierzone ptaki przelatujące nad ogrodzeniem, chciała polecieć razem z nimi i zostawić domową niewolę daleko za sobą. Już dawno postanowiła. Kwestią czasu pozostawało wcielenie planu w życie. Dlatego właśnie teraz tak posłusznie opuściła kuchenny kompleks, nie chcąc niepotrzebnie nadszarpać zaufania ojca. Nie teraz, gdy była tak blisko zrealizowania swoich marzeń. Idąc w stronę pokoju, ściskała dyndający na łańcuszku naszyjnik. Był z nią, od kiedy pamiętała i wspólnie mieli wyrwać się na wolność, choćby chwilową.

---

Przez cały dzień była przykładną córką bogacza, panienką mającą odziedziczyć wszystkie zasługi ojca, pod których wrażeniem trwała on najmłodszych lat. Nie zrobiła absolutnie niczego, co mógłby wzbudzić zachowanie zarówno jego, jak i krzątającej się korytarzami służby. Dopiero gdy ściany skąpał mrok nocy, a ostatnie światło trzymające lokatorów na nogach zgasło, rozpoczęła swój mały desant. Plan zakładał bezgłośne opuszczenie bezpiecznych progów. Chciała nawet postawić na najbardziej neutralny ubiór, jaki tylko można było. Niestety związana z panującym latem duchota zmusiła dziewczynę do ubrania białej, zwiewnej sukienki. Nie najlepszy strój do wymykania. Dmuchając na zimne, nałożyła na ramiona cieniutki płaszcz, którego zawsze używały sprzątaczki podczas ostatnich obowiązków w ogrodzie.
Stojąc naprzeciwko bocznej furtki dla pracowników zawahanie wstąpiło w pannę Veitch. Tylko nagłe miauknięcie uratowało skrawek sukienki przed wyskubaniem na śmierć.
- Jones, na litość, przestań, bo nas złapią! - szepcząc wytłumaczenia, zbliżyła twarz do rudego kota i przytknęła palec do warg, jakby dzięki temu prostemu gestowi zwierzę mogło ją w pełni zrozumieć. I zrozumiało, bo dźwięk ustał. Szatynka odetchnęła z ulgą, przytykając dłoń do wyczuwalnego pod skórą szaleńczego rytmu serca. Z tak liczną służbą było niezwykle prawdopodobne, że ktoś kręciłby się przy bocznym wyjściu i po usłyszeniu jego kocich pieśni zechciał zabrać pupila panienki do środka. Nie widząc innej opcji, uniosła Jonesa, przytulając go do piersi. W niewielkim stopniu, ale dodał jej otuchy. Tyle wystarczyło do naciśnięcia klamki furtki i wyjścia poza bezpieczną strefę, której dotychczas ani razu nie opuszczała. Narastająca ekscytacja przytłumiła rozpaloną do czerwoności lampkę zdrowego rozsądku, pchając dziewczę naprzód, prosto do miasta. Nie spodziewała się tylko, że oświetlone słabym światłem latarni uliczki okażą się niemożliwym do pokonania labiryntem. Kilka zakrętów i nie miała pojęcia, gdzie zawędrowała i czy w ogóle jeszcze przebywa na właściwej planecie.
- Niech to... - westchnęła - Chyba się zgubiliśmy.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down



Madelaine Davies

17 lat
włosy do ramion w kolorze popielaty blond
intensywnie niebieskie oczy
168 cm wzrostu
56 kg wagi
pochodzi z klasy średniej
dość obojętne nastawienie do świata
nie znosi polityki i dążenia do władzy
uparcie opiera się pędowi do zarabiania czasu, angażuje się w wolontariat
oficjalnie uważa, że nie boi się niczego
zna topografię wyspy od podszewki, często się włóczy
ma młodszego brata
marzy o pracy w księgarni


***

- Wychodzę.
- Nigdzie nie idziesz, młoda da-
Ostatnia sylaba wypowiedziana głębokim, męskim głosem utonęła w głośnym trzasku drzwi, które z impetem uderzyły o framugę. Poinformowanie o fakcie swojego wybycia z domu Madelaine traktowała jako ostateczne minimum szacunku, którego jej rodzice niestety nie doceniali ani krztyneczkę. Wręcz przeciwnie, byli bliscy zabarykadowania córki w jej własnym pokoju i zamontowania krat w oknie, bo mając do dyspozycji ozdobne rzeźbienia na ścianach domu i taras na niższym poziomie, bez problemu byłaby w stanie wymknąć się z pierwszego piętra. Chętnie by przy okazji utrąciła kawałek pyska płaskorzeźbie przedstawiającej lwa, która pyszniła się pośrodku udającej balkon kolumnady tuż pod oknem. Wielki kot kiedyś pewnie wyglądał ładnie, jednak obecnie szpeciły go wyraźne znaki czasu. Państwo Davies obsesyjnie dbali o sprawianie wrażenia majętnych i wpływowych, nawet jeśli był to wizerunek utkany z bardzo rzadkiej, prześwitującej na wylot mgły. Ich domostwo, pozornie pyszniące się wspaniałymi ozdobami i klasycznie eleganckim stylem, w rzeczywistości było karłowate, zaniedbane, ogólnie nie do zniesienia. Wnętrza urządzono już bardziej użytkowo, co po części ułatwiało życie Bogu ducha winnej dzieciarni, ale to nie wystrój regularnie psuł atmosferę w rodzinie Daviesów.
Czyniła to ambicja.
Maddie wolała o tym nie myśleć, jeżeli nie musiała. Nie bez powodu praktycznie każdego dnia wynajdywała coraz to nowe wymówki, byleby tylko spędzić jak najmniej czasu w domu. Albo zostawała w szkole po zajęciach, albo włóczyła się w drodze z lekcji, albo też wychodziła na całe popołudnie i wieczór, wracając dopiero w okolicach zmroku. Zadania odrabiała w bibliotece lub na świeżym powietrzu, prowiant zabierała z domu, kiedy nikt nie patrzył, a latem zahaczała w drodze o ogródki bogatych rezydencji, podkradając owoce z tych gałęzi drzew, które sięgały poza solidne mury. No, nie tylko tych; po kilku latach obserwacji udało jej się rozpracować, które domy klasy wyższej mają lepsze, a które gorsze zabezpieczenia i korzystała z dobrodziejstwa tych drugich. Nie było wielkim problemem przemknąć przez ogrodzenie na tyłach posesji tak ogromnej, że jej końca nie było widać z okien. Nie czyniła nigdy wielkich szkód, bo też nie miała żadnego powodu uprzykrzać życia ludziom, których wcale nie znała. Jedynie cieszyła się darami natury, którymi ich właściciele wydawali się nie interesować. W niektórych miejscach ogrody rozrastały się do gabarytów lasu, co tym bardziej ułatwiało pannie Davis pozostanie niezauważoną. Między innymi z tego powodu kochała lato - subtelny dreszczyk emocji towarzyszący włamaniu i słodka nagroda, która czekała na nią w przypadku sukcesu.
Tego dnia zwędziła kilka papierówek, które schowała do plecaka, zaś jedno przetarła materiałem cienkiej bluzy, po czym ochoczo wgryzła się w miąższ z cichym chrupnięciem. Od dłuższej chwili wahała się, czy zmierzać już w kierunku domu, czy powłóczyć się jeszcze przez chwilę. Okolice najbogatszych posiadłości były o tyle wdzięcznym terenem na spacery, że rzadko spotykało się kogokolwiek. Mieszkańcy używali głównych bram położonych przy ulicy, a nie tylnych furtek, za którymi rozciągały się nieogrodzone tereny - taka trochę "ziemia niczyja". Niby do kogoś należała, jednak na razie pozostawała niezagospodarowana, a też nikt nie sprawdzał, czy przypadkiem nie łazi tamtędy nieznana nikomu nastolatka. Jeśli zaś chodzi o służbę, która częściej korzystała z tej alternatywy - zazwyczaj brali oni energiczną blondynkę za koleżankę po fachu; po prostu nikt nie wiedział, u której rodziny pracuje.
Po przebrnięciu przez koszoną raz do roku trawę, docierało się do pomniejszych uliczek, równie rzadko uczęszczanych co tyły majestatycznych ogródków. Podobno za domem gubernatora nie było już zbyt wiele do oglądania, choć i tę plotkę Madelaine zdołała już po części zweryfikować. Dzisiaj jednak nie miała ochoty na tak dalekie wojaże. Choć jak zwykle w akcie brawury trzasnęła drzwiami, ignorując zakaz wyjścia z domu, wiedziała że po powrocie czeka ją poważna dyskusja. To chyba było jednym z najtrudniejszych aspektów życia: wcale nie kłóciła się z rodzicami. Nie, wiecznie toczyli poważne rozmowy na temat stylu życia starszej latorośli Daviesów i świętego przekonania jej rodziców, że ich jedyna córka obrała sobie za życiową drogę tę, która zaprowadzi ją prosto do rynsztoka. Jako że Maddie uważała zupełnie inaczej, w domu odbywała się nieustanna słowna potyczka i wymiana argumentów. Przerzucali się przesłankami "za" i "przeciw" intensywnie jak na meczu tenisowym, a każda rozmowa kończyła się zawieszeniem broni jeszcze zanim wszyscy położyli się spać. W teorii nie było takiego dnia, żeby cała rodzina się nie pogodziła. W praktyce jednak truli się toksyczną atmosferą dzień za dniem, niezdolni ani do zwycięstwa jednej ze stron, ani do wypracowania satysfakcjonującego kompromisu.
Pocieszała się faktem, że wraz z osiągnięciem dojrzałego wieku będzie miała zawsze opcję odcięcia się od ambicji ojca i matki, choć uważała to za opcję ostateczną. Złamanie im serca w ten sposób byłoby zbyt okrutne. A jednak, każdym swoim czynem starała się przybliżać do własnego celu i własnych marzeń, które i tak ostatecznie miało położyć kres wybitnym dziełom, które przeznaczyli dla niej rodzice. Rozczarowanie mogło dla nich przyjść mniej lub bardziej gwałtownie, jednak było tak samo nieuchronne jak...
... no właśnie, jak śmierć? W tym osobliwym systemie, który panował obecnie w Shadowmount, niczego nie dało się być pewnym. Ani życia ani zgonu, pewnie podatków też nieszczególnie. Madelaine chciałaby móc powiedzieć, że brak perspektywy zgonu wiszącej nad człowiekiem niczym miecz Damoklesa była pozytywnym aspektem życia, jednak nawet w tym nie zgadzała się ze zdaniem swoich starszych. Rozmyślała o tym nie raz i nie dwa, a nawet teraz, kiwając w dłoni do połowy zjedzonym jabłkiem. Kwaśny smak papierówki przyjemnie krzywił usta, a wokół panowała przyjemna cisza. Przeszła ze ścieżki wydeptanej w trawie na wąski chodnik, później jedną z bocznych, słabo oświetlonych uliczek. Wyłaniając się zza zakrętu była tak pewna tego, że wokół nie napotka żadnej żywej duszy, że widok odzianej w biel postaci o mało nie przyprawił jej o zawał.
Zatrzymała się natychmiast w pół kroku, ledwie ratując się od wpadnięcia na podobną zjawie nieznajomą. Wyciągnęła dłonie przed siebie, chcąc zachować równowagę, po czym cofnęła się o pół kroku i zmierzyła niespodziewaną przeszkodę wzrokiem od stóp do głów.
- Matko jedyna! - zawołała przytłumionym głosem. W normalnych warunkach jej okrzyk brzmiałby podobnie jak szept, jednak w nocnej ciszy wydawał się głośny i wyraźny. - Ładnie to tak wyskakiwać na ludzi zza winkla? O mało cię nie staranowałam!
Mimo użytej hiperboli, miała nieco racji. Chodziła energicznie, szybko stawiając kroki, dlatego jej nagłe hamowanie było tym gwałtowniejsze, a wchodzenie w drogę - o tyleż bardziej ryzykowne. Nie mogła ręczyć za to, że zawsze zdąży się zatrzymać przed zderzeniem czołowym, szczególnie jeśli druga uczestniczka kolizji pojawiła się tak nagle i niespodziewanie. Fakt, że nie oberwała pełnym impetem ciała wyższej dziewczyny, ciemnowłosa posiadaczka kota powinna uznać za niebagatelny przebłysk szczęścia.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Nie tylko Shaylene milczała przez całą drogę do miasta. Również niesiony na rękach Jones pozostawał zaklęty przez zaciekawienie, co rusz strzygąc uszami to w jedną, to w drugą stronę. Nie bez powodu przyciskała go do piersi. Raz, że nie chciała być w tym 'nowym świecie' sama, a dwa — bała się, że gdy tylko rude łapki dotknęłyby ziemi, kota poniosłaby ekscytacja i ślad by po nim zaginął. A musiała przecież wrócić do domu i nie dość, że zostałaby całkiem sama, bez jedynego przyjaciela, to jeszcze pozostały problem wyjaśnienia ojcu zniknięcia zwierzaka. Normalne dziecko z buzią zalaną płaczem mogło wyjaśnić, że uciekł, przecież koty chadzają własnymi ścieżkami, polują, wpadają pod koła samochodów. Ale nie ten konkretny. W końcu gubernator dołożył wszelkich starań, by rudy samczyk wiernie kroczył za młodą panienką i nigdy nawet nie pomyślał o ucieczce. To pewnie przez tuńczyka najlepszej jakości, tak właśnie podejrzewała, zawsze wprawiając gosposię w śmiech. A gdy już postawiła na swoje i opuściła bramy rezydencji, to wraz z drobnym ciałkiem przyciskanym do siebie podrygiwała nerwowo na każdy, najdrobniejszy szmer. Ta przebiegająca przy latarni mysz wyglądała podejrzanie, a lecącemu koło dachu ptakowi źle z oczu patrzyło.
Nic więc dziwnego, że gdy tylko usłyszała niesiony echem uliczki odgłos kroków, miała ochotę scalić się z pobliską ścianą w jedno. Nieświadomie włożyła więcej siły w nacisk na ciele rudego zwierzęcia, przez co to miauknęło nagle, a po takim czasie pozostawania w ciszy brzmiało nadwyraz głośno. Veitch cofnęła się wpierw o krok, później drugi i następny, nim plecy nie dotknęły słupa latarni. Zimno bijące od metalu od razu posłało nieprzyjemny dreszcz w dół kręgosłupa, bo pomimo panującego lata noce bywały zimne. W pierwszym odruchu chciała wziąć nogi za pas i uciec, tak po prostu. Dopiero po sekundzie przypomniała sobie o celu wyprawy, zbierając w ruchu wyprostowania kręgosłupa cała posiadaną odwagę.
- Hej, przecież to ty wyszłaś zza zakrętu - upomniała łagodnie, głosem tak grzecznym, że aż grzech było się złościć. Być może dodałaby coś jeszcze na swoją obronę, gdyby nagle w świadomość nie uderzyła ekscytacja. Przecież miała przed oczami całkiem obcą osobę! Nie ojca, nie lokaja, nie kucharkę ani nawet nie żadną ze sprzątaczek. Młodą dziewczynę, prawdopodobnie niewiele starszą od siebie, a może nawet w tym samym wieku, ale tego już nie potrafiła dobrze ocenić ze względu na własny, dość młodzieńczy wygląd. Jones miauknął nagle, zainteresowany nową osobą, przyglądając się blondynce z tym swoim kocim zainteresowaniem.
- Wybacz, trochę się zgubiłam. Nie wiem gdzie jestem - zaśmiała się cicho, odrobinę przekrzywiając głowę na lewą stronę. Popatrzyła demonstracyjnie to w jedną, to w drugą stronę, zaraz dokładając do tego gest wzruszenia ramionami. Nie przemyślała jednak ewentualnej odpowiedzi w przypadku pytania o cel podróży o tak później porze. Podenerwowanie zniknęło jak dotknięta palcem bańka mydlana, gdy tylko miodowe spojrzenie osiadło znów na nieznajomej dziewczynie. - Mieszkasz niedaleko? - delikatny uśmiech rozjaśnił lico Shay, a nagły impuls sprawił, że postawiła krok naprzód.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Kiedy już odzyskała równowagę i wyraziła na głos swoje niezadowolenie, w pierwszym odruchu przeskanowała wzrokiem twarz dziewczyny, na którą o mały włos nie wpadła. Nie rozpoznawała jej, co można uznać zarówno za wadę jak i za zaletę, a przecież z natury była raczej optymistką. Raczej, bo ta cecha potrafiła zachowywać się różnie w zależności od sytuacji i nastroju, jednak chwilowo Maddie była w dobrym humorze. I to pomimo tego, że niespodziewany incydent przerwał jej samotny spacer!
Utwierdziwszy się w przekonaniu, że nigdy wcześniej nie spotkała owej dziewczyny, spojrzała pobieżnie także na inne aspekty jej powierzchowności. Wyłapała ciemne włosy, rudego kota, zwiewną sukienczynę i cienki płaszczyk, które tak samo nic jej nie mówiły, jak oblicze nieznajomej. No cóż, najprostszym rozwiązaniem byłoby teraz minąć się grzecznie i rozejść każda w swoją stronę, czyż nie?
Madelaine Davies nie była zwolenniczką prostych rozwiązań.
- Aha, czyli ty tylko stałaś za zakrętem? Nie powiem, żeby to było rozsądne - stwierdziła, opierając się o ceglany mur odgradzający najbliższe domostwo od chodnika, na którym obie stały. Bez skrępowania odgryzła kolejny kęs swojego "pożyczonego" jabłka.
- Trochę się zgubiłam.
- "Trochę" to znaczy, że dwie ulice temu jeszcze wiedziałaś, gdzie jesteś?- Uniosła wymownie jedną z jasnych brwi, przyglądając się nieznajomej z tym większym zaangażowaniem. W tej części miasta praktycznie nie dało się pomylić drogi, jako że ulice były ułożone w równiutką, przejrzystą siatkę. Można było pomylić przecznicę, ale zazwyczaj wystarczyło trochę usystematyzowanego poszukiwania i odnajdywało się właściwą alejkę w mniej niż kwadrans. Może na tym polegało to "trochę", jednak w takim razie, nie było się czym przejmować. Kolejny argument za tym, żeby dać sobie spokój z ciemnowłosą istotką i pójść dalej swoją drogą.
- Daleko - odparła, wyraźnie nabierając lekkiej irytacji. Niby nie było jej w domu wcale tak źle, ale na chwilę obecną niekoniecznie chciała wracać do niego ani ciałem, ani myślami. Po to wyszła na nocny spacer, żeby odetchnąć od tamtejszej atmosfery i całkowicie oderwać umysł od zmartwień, które były z tym wszystkim związane. Wystarczyła jedna przypadkowo spotkana osoba, która pociągnęła za niewłaściwą strunę, żeby wszystkie uporczywie odpychane sprawy powróciły ze zdwojoną siłą uderzając w Madelaine. Westchnęła w zbolałym tonie, odgryzając ostatni jadalny element jabłka, a nikły ogryzek jak gdyby nigdy nic wrzucając za mur do czyjegoś ogródka. Zapewne wylądował na idealnie przystrzyżonej trawie, obok idealnie zaplanowanej rabatki z idealnie dobranymi kwiatami w idealnym stanie rozkwitu. Poziom ideału przyprawiający o mdłości.
- Dokąd chcesz się dostać? Pomogę ci trafić - stwierdziła wreszcie. W końcu jeśli zagubiona dziewczynka dalej będzie błądzić po uliczkach nocą, bez żadnego pojęcia o swoim położeniu w przestrzeni miejskiej, prędzej czy później zrobi sobie krzywdę. Ewentualnie znów zatrzyma się za jakimś rogiem, strasząc niewinnych przechodniów, a na to panna Davies tym bardziej nie mogła pozwolić.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Wydęła z lekka usta na ten bezpodstawny zarzut i brakowało jedynie tupnięcia podeszwą o zalany światłem latarni chodnik do dopełnienia obrazka panienki z bogatego domu. A przecież właśnie tego chciała uniknąć. Idąc w mrok nocy bez niczyjej wiedzy zapewniała sobie ten świeży start, złapała okazję poznania ludzi na nowo. Ludzi, którzy nigdy o niej nie słyszeli, którzy mogli patrzeć na nią z obojętnością, bądź nawet niechęcią. Krótki wdech oddalił chęć szczeniackiej odpowiedzi, nawet jeśli przez nią dziewczyna wcale nie zabrzmiałaby na rozpuszczoną gówniarę. Stojąca naprzeciwko blondyna prawdopodobnie nie spodziewała się krótkiego dygnięcia tak samo, jak sama Shaylene. Mięśnie samoistnie zadziałały, najwyraźniej wiedząc najlepiej, co powinna w takiej sytuacji zrobić.
- Wybacz za ten drobny kłopot - uprzejmy ton raz jeszcze przeciął nocną ciszę. W innej sytuacji — będąc w zaciszu korytarzy swojego domu i podczas podobnej sprzeczki z jedną ze sprzątaczek — prawdopodobnie kłóciłyby się do upadłego i to po to tylko, by na końcu skwitować wszystko głośnym śmiechem, przepraszając się nawzajem. Teraz wyglądało to nieco inaczej, bo zamiast odzianej w czarny fartuch starszej kobiety miała przed sobą młodą dziewczynę, którą widziała na oczy po raz pierwszy. Nic dziwnego, że chciała pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie, w końcu nigdy nie miała koleżanki. Nawet znajomej. Wszyscy pracownicy podporządkowani ojcu byli oczywiście kochani, zawsze mili i skorzy do rozmowy czy spędzenia czasu z młodą damą, lecz to nie to samo i każdy doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Dwie ulicę temu byłam na prostej drodze. Zakręt okazał się silniejszy, niż początkowo zakładałam. Kolejny tylko to potwierdził - szczerość mogła okazać się zabójcza. W końcu ludzie nigdy nie lubili przyznawać się do błędów, a wiedziała to najlepiej, mając za przykład ojca. Szybciej był gotów oddać drogocenną kolekcję samochodów, niż powiedzieć wprost, że spalił zupę, chcąc ją jedynie podgrzać. Dlatego mieli świetną kucharkę. Shay zawsze pomagała jej w przyrządzaniu dań, gdy akurat nie była zajęta nauką z jednym z wynajętych przez gubernatora nauczycieli. Nigdy nie zadawali zbędnych pytań, w ogóle nie mówili zbyt wiele.
Nie zrozumiała nagłej zmiany w tonie głosu rozmówczyni. Przychyliła nawet głowę do boku, jakby spojrzenie pod innym kątem miało dać jej odpowiedź. Ale ni dało. Dopiero kolejne sekundy zastanowienia przyniosły myśl, że myć może nastąpiła na nieprzyjemny temat. Od razu poczuła się głupio i chyba nawet Jones to wyczuł, bo zadarł swój rudy łeb i spojrzał na nią w ten swój koci sposób. Oceniający, koty zawsze to robiły. Już nawet formowała usta w słowa skruchy, gdy dziewczyna znów zabrała głos. I wraz z jej pytaniem Shay zdawała się zapomnieć o poprzedniej myśli, bo naraz się rozpromieniła, podchodząc kolejny krok.
- Do centrum - do głowy wpadła jedyna rozsądna myśl, jaką mogła rzucić. Nie wydawała się złym pomysłem, więc postanowiła zaryzykować. Poprawiła zaraz kota na rękach, a ten miauknął z jawnym protestem, bo do tej pory musiało być mu aż zbyt wygodnie. Otwarta dłoń wystrzeliła w kierunku dziewczyny, a uśmiech przyozdobił wargi, poprzedzając wystrzelone z entuzjazmem słowa. - Jestem Shaylene. Ale mów mi Shay, wszyscy tak robią. A ten rudzielec to Jones.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Bez problemu wyłapywała wszystkie drobne szczegóły, którymi odznaczała się osoba nieznajomej. Wydęte nieco wargi, niespodziewane dygnięcie czy grzeczny ton głosu były może elementami o niewielkiej wadze względem całości, jednak pozwalały snuć pewne domysły co do tego, z której klasy społecznej pochodziła ciemnowłosa dziewczyna. Nie miała wygłodniałego wzroku czy nerwowych ruchów biedoty; miała w sobie coś snobistycznego, co pewnie od razu skreśliłoby ją w oczach Madelaine, gdyby nie okazała się przynajmniej miła. Uprzejmość jest w końcu cechą, którą warto docenić u dowolnej osoby, bez względu na pochodzenie i stan majątkowy.
- Spoko, spoko - rzuciła niedbale, machając dłonią jakby odpędzała natrętną muchę. Nie dla niej były wysublimowane ukłony i kwieciste wypowiedzi. Kochała słowa, nieraz zatapiała się w poezji, jednak jej codzienny sposób wypowiadania się nie przesiąkł pięknem, które tak namiętnie pochłaniała. Może była to kwestia ogólnie olewniczego podejścia do życia, a może miało to związek z tym, że nie lubiła poddawać się jakimkolwiek wpływom - nawet swoim własnym. Poza tym, nie widziała szczególnego sensu w udawaniu, póki nie miałoby to przynieść jakiejś konkretnej korzyści. A że niekoniecznie potrzebowała nawiązywania nowych przyjaźni, także i teraz nie czuła potrzeby przypodobania się nieznajomej. Prawdopodobnie i tak nie spotkają się już więcej, chyba że za kilka lat, kiedy już zdążą zapomnieć o tym przypadkowym spotkaniu.
- Chyba masz nie najlepszą orientację w terenie. Następnym razem sprawdź sobie na mapie, którędy masz iść i wypisz sobie wskazówki. Więcej roboty, ale przynajmniej nie zginiesz - zasugerowała. Może brzmiało to jak instrukcje dla pięciolatka, jednak Davies wiedziała z własnego doświadczenia, jak bardzo takie zabiegi potrafią być przydatne. Umiejętność sprawnego poruszania się po mieście nie brała się znikąd, wymagała wielu spacerów, czasem też zgubienia drogi i długiego błądzenia po zapomnianych zakamarkach tej czy innej dzielnicy. Dla początkującego włóczykija bezpieczniej było poświęcić trochę czasu i przygotować się wcześniej, za to nie wylądować przypadkiem w jakimś podejrzanym miejscu.
- Do centrum? - Brwi blondynki podskoczyły równo w wyrazie zaskoczenia. - Daleko jak na tę porę - skomentowała, nie przejmując się tym, że w gruncie rzeczy cudze plany nie były jej sprawą i nie powinna im się tak otwarcie dziwić, nawet jeśli brzmiały dość osobliwie. Zanim zdążą dotrzeć we wskazane przez dziewczynę okolice, będzie już pewnie środek nocy. Korciło żeby zapytać, co zamierza robić o tak późnej porze, bo raczej nie wybierała się na potańcówkę z kotem na rękach. Wstrzymała się jednak, bowiem nieznajoma wydawała się jak do tej pory całkiem w porządku osobą, niesprawiedliwe byłoby więc ocenianie jej przez pryzmat jednej sprawy bądź też ładowanie się z butami w jej życie. Chce się dostać do głównego obszaru miasta? Nie ma sprawy!
- Miło mi - odparła, sprawnie ujmując dłoń niższej koleżanki i lekko nią potrząsając. - Madelaine, ale możesz skracać, jak chcesz. Będę twoim przewodnikiem - oznajmiła, ożywiając się nieco. Kiedy już uwolniła rękę, wykonała gest podobny do salutu, po czym wskazała na jedną z uliczek odbijających prostopadle od tej, przy której się znajdowały.
- Tędy będzie najszybciej - oznajmiła, po czym skinęła lekko głową na bok, by zachęcić Shay do ruszenia za sobą. Sama nie zmarnowała ani sekundy, schodząc raźno z chodnika i przekraczając jezdnię, na której o tej porze nie można było uświadczyć ani jednego samochodu.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


- Po co mapa, gdy ma się takiego dobrego przewodnika? - pozwoliła sobie na ten drobny żart, może trochę niepotrzebnie. Głównie dlatego, że nie miała absolutnie żadnej pewności, czy w przyszłości znów trafi na tę dziewczynę. Albo czy ta przyszłość w ogóle nastąpi, bo gdyby ojczulek przyłapał ją na dzisiejszej wyprawie, to była pewna, że jego furii nie miała prawa przeżyć. Przynajmniej pogrzeb byłby ładny. Dużo kwiatów, bliskich osób. Bliskich? Wtedy do niej dotarło, że przecież nie miała nikogo, poza ojcem i służbą. Nie dała się jednak przygnębić tej myśli, od razu odganiając jej ciąg w siną dal, gdzie nie zostałaby znów pochwycona. A przynajmniej nie tej nocy. - Muszę się zaopatrzyć w mapę - dodała po kilku sekundach, tak na wypadek, gdyby wcześniejsza wypowiedź zabrzmiała... niedorzecznie. Wszak żadna z nich nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczą. Kot zamiauczał jej na rękach, jakby odczytując wewnętrzną rozterkę. Być może próbował swoim zwierzęcym głosem dodać jej otuchy, a może po prostu się nudził.
Wraz z rozpoczęciem podróży ku centrum zapomniała o wszystkich, czym jeszcze przed sekundą się przejmowała. Absolutnie każdy centymetr miasta był dla dziewczyny tak fascynujący, że tylko ogromem silnej woli powstrzymywała odruch podbiegnięcia i przyjrzenia się z blisko. A to przecież tylko kilka latarni, jakiś śmietnik, może przebiegająca koło papierka po batonie mysz. Dla panienki Veitch była to jednak całkowita nowość, bo nic nie przypominało terenu zamieszkiwanej przez nią i gubernatora rezydencji. Świat zewnętrzny znała tylko z książek i opowieści kucharki, ale słowa nie mogły w pełni oddać magi panującej dookoła. Zafascynowanie siłą rzeczy odbijało się w kącikach ust i jasnych tęczówkach, co rusz wykrzywiając wargi w uśmiechu. Miała wielką ochotę biec przed siebie i doświadczyć tego na pełnym oddechu, ale takie przedstawienie przed nową koleżanką prawdopodobnie nie wpłynęłoby pozytywnie na znajomość. Madelaine po ujrzeniu takiego wybuchu mogłaby uznać ją za zbiegłą z domu wariatów.
- Wybacz ciekawość, ale co robisz o tej godzinie na zewnątrz? - pytała, jakby sama wcale nie zgubiła się w środku nocy na opustoszałych ulicach. Niemniej łagodny wyraz twarzy podpowiadał, że wcale nie miała niczego złego na myśli, a jedynie chciała zagaić rozmowę, wykorzystać okazję i poznać kogoś nowego. W jednym z zakrętów dało się słyszeć wesołą rozmowę, co od razu zwróciło uwagę szatynki. Obróciła twarz w tamtym kierunku, dopatrując się jakichkolwiek sylwetek, lecz zobaczyła tylko niewyraźne kształty na ścianie, malowane przez uciekające przed światłem cienie. Nie spodziewała się natomiast, że pierwotna ekscytacja zostanie wyparta przez lęk, którego nie mogła zrozumieć. Dopiero po chwili doszła do całkiem sensownego wniosku, że zbyt wiele nowych ludzi na jeden raz mogło być drobną przesadą. Drgnęła, gdy jej przewodniczka akurat tę drogę wskazała jako skrót. Zwolniła wtedy znacznie, spoglądając błyszczącymi oczyma na Madelaine.
- Koniecznie tędy? Nie wiem jak tobie, ale mi się nie spieszy, możemy się przespacerować trochę dłuższą drogą, bez tak licznych zakrętów. Wiesz, muszę jakoś wrócić - pokiwała głową sama do siebie, jakby sprzedane właśnie wytłumaczenia były świetną okazją w sklepie, jedną z tych nie do przebicia. W tle ktoś zaśmiał się jeszcze głośniej, ale tym razem dźwięk ten nie brzmiał w żadnym stopniu przyjemnie.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Zerknęła na ciemnowłosą dziewczynę wzrokiem pełnym politowania, ale i z uśmiechem. Miała raczej ironiczne poczucie humoru, dlatego tez choć zrozumiała żart, nieprędko wybuchnęłaby gromkim rozbawieniem. Jej rozmówczyni musiało wystarczyć delikatne uniesienie brwi, podskok jednego z kącików ust i wymowne spojrzenie. A jednak, przynajmniej w jednym musiała się zeń zgodzić: osobisty przewodnik był o niebo lepszy od mapy. Wskazówki na papierze były stałe i konkretne, nie dało się z nich wydusić nic ponad stan. Jeśli czegoś nie było na papierze, pozostawało tylko się domyślać lub modlić o ratunek. Gdy zaś miało się do dyspozycji żywą osobę, każdy szczegół drogi poznawało się na bieżąco. W dodatku dla niektórych niebagatelną zaletą było już samo towarzystwo, jako że nie każdy lubi spacerować sam. Madelaine była co prawda zwolenniczką tej drugiej opcji, ale nie w każdej sytuacji i nie za dużo. Tego wieczoru wystarczająco dużo czasu spędziła na samotnym rozmyślaniu, stąd przyjęcie partnerki do rozmowy było interesującą odmianą - a czy miłą lub chociaż opłacalną, to się zapewne jeszcze okaże.
- Tak, kup sobie mapę. Zaznaczaj drogi, które znasz i ruszaj tam, gdzie jeszcze nie byłaś. W końcu będziesz znała miasto jak własną kieszeń i nigdzie się nie zgubisz - podsumowała. Właśnie tak wyglądały jej początki w roli włóczykija: błądzenie po wszystkich możliwych uliczkach i zakamarkach, sprawdzanie po sto razy kierunku na planie, gubienie się i odnajdywanie. Wreszcie zdobyła tyle doświadczenia i wiedzy, że mogła odłożyć papierową pomoc i zdać się już tylko na własną pamięć i instynkt.
Nie była fanką wywnętrzania się na tematy osobiste, dlatego pytanie Shay na początku tylko odbiło się subtelnym echem od sąsiednich budynków. Oblicze panny Davies pozostało niewzruszone, podczas gdy w myślach przerzucała opcje niezbyt chamskiego, a jednak skutecznego strącenia rozmówczyni z wybranego przezeń toru. Przecież nie zacznie jej opowiadać o tym, że wyrywa się z domu, by nie musieć wojować na argumenty z rodzicami, frustrować się i wyganiać młodszego brata z salonu, by biedny maluch nie słuchał tych propagandowych bzdetów. Najtrudniejsze było to właśnie - wytłumaczenie młodemu, dlaczego siostra nie dogaduje się z mamą i tatą, a także że nie musi się obawiać żadnych kłopotów w związku z tym konfliktem. Udawanie, że nic się nie dzieje, dawno straciło sens; chłopak był na tyle bystry, że od razu zwęszył różnicę zdań w rodzinie i nic nie było w stanie go przekonać, że jest inaczej. Maddie też nie czułaby się dobrze, okłamując braciszka. Cóż, w wieku dwunastu lat chyba zasługiwał na to, by znać prawdę i być świadom tego, co się z nią wiąże. I tak znosił niemal codzienne spory z niebywałym spokojem, tak że czasem można było odnieść wrażenie, że jest o wiele dojrzalszy od swojej starszej siostry. I może rzeczywiście tak było.
- Spaceruję - odpowiedziała w końcu, stwierdzając oczywistość. To musiało wystarczyć ciemnowłosej dziewczynie, jako że nie zadała żadnych pytań dodatkowych, a czysto teoretycznie Davies ani jej nie okłamała, ani nie przemilczała żadnych istotnych faktów. Robiła dokładnie to, co powiedziała, że robi, więc jej sumienie pozostawało czyste. A poza tym przecież trudno się nie zgodzić, że wieczór i noc były doskonałą porą na wędrówki latem; słońce już nie próbowało ugotować człowiekowi mózgu przez grzanie w czaszkę, ludzie poznikali w domach, wokół panowała błoga cisza, a uliczne latarnie i blask księżyca rozpraszały ciemność wystarczająco, by samotny spacerowicz mógł czuć się spokojny.
- A ty co, na wycieczce krajoznawczej? - mruknęła pod nosem, widząc z jakim entuzjazmem jej towarzyszka podchodzi do przemierzania kolejnych uliczek. Zupełnie jakby nigdy w życiu nie widziała osiedla domków jednorodzinnych, a to w Shadowmount nie był przecież żaden fenomen. Można było nawet zacząć podejrzewać, że dziewczyna nie wychodzi z domu zbyt często, a może i wcale. Jej kolejne pytanie było mocnym argumentem ku prawdziwości tej teorii, choć Madelaine wolała powstrzymać się od sądów. W końcu zawsze istniała opcja, że Shay była po prostu bardzo, bardzo pozytywnie nastawiona do świata i cieszyła się z byle czego, co dla blondynki było średnio zrozumiałe, ale akceptowalne.
- Jak chcesz, możemy pójść bardziej głównymi drogami. Ale podejrzewam, że z powrotem i tak sama sobie nie poradzisz, skoro tak łatwo się gubisz. Umiałabyś trafić stąd? - zapytała, mierząc ciemnowłosą wzrokiem przywodzącym na myśl nauczyciela, który tylko czeka, aż uczeń wyłoży się na swojej nie wiedzy. Nie zamierzała być nieuprzejma, ale szczerze wątpiła, by Shay i jej kocurek byli w stanie sami wrócić do domu, gdziekolwiek on nie był. Jeszcze moment temu właścicielka czworonoga nie miała pojęcia, gdzie się znajduje i ten stan chyba się od tamtej pory nie zmienił. Wciąż patrzyła na otoczenie jakby widziała je po raz pierwszy w życiu, a to nie dodawało wiarygodności żadnym zapewnieniom, że odnajdzie drogę powrotną.


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Tak dobra znajomość uliczek miasta brzmiała dla Shay jak marzenie. Senne, prawie jak o lataniu. Innymi słowy — nie do spełnienia. Jeśli istniał choć cień szansy na to, by nie została tego dnia nakryta na swojej ucieczce...
Wiedziała, że wraz ze spotkaniem ojca w progu skończą się jej wszelkie przywileje. Te przeznaczone na przyjemności rzecz jasna. Podejrzewała, że mężczyzna był w stanie zabronić wychodzenia do własnego ogrodu, w dodatku nawet w obecności służby i całego orszaku strażników. Przecież mogła się wymknąć, prawda?
Kolejny wybuch śmiechu wytrącił dziewczynę z ciągu myśli. Nieco rozkojarzona spojrzała w kierunku uliczki, z której dochodziły odgłosy. Nic się nie zmieniło. Ktokolwiek szargał nerwy młodej panienki, wciąż pozostawał na swoim miejscu, poza zasięgiem wzroku. Zdawała sobie również sprawę, że zawahanie musiało odbijać się na jej twarzy aż nazbyt dobrze. Powoli przestawała dostrzegać sens swojego drobnego teatrzyku. Jak miała odgrywać rolę, której scenariusz po raz pierwszy widziała na minutę przed spektaklem? Westchnęła ciężko, przebijając nocne powietrze jasną smugą ciepłego oddechu. W tym momencie decyzja o zabraniu dodatkowego płaszcza wydawała się zbawienna.
A ty co, na wycieczce krajoznawczej?
Palce ścisnęły ciemny materiał okrywający ramiona. Milczała dłuższą chwilę — tak samo, jak wcześniej towarzyszka, gdy Shay nastąpiła na niewygodny temat. Różnica polegała na tym, że Veitch chciała udzielić odpowiedzi. Zwyczajnie nie wiedziała, od której strony powinna się za to zabrać.
Skrawek białej sukienki zatrzepotał poruszony nagłym podmuchem na chwilę przed słowami dziewczyny.
Szczerze mówiąc tak — rozpoczęła cichym, bardzo krótkim śmiechem. Odrobinę zażenowanym, jakby przyłapano ją na czymś bardzo wstydliwym. Spaniu z pluszakiem na przykład.
Mój tata jest trochę kłopotliwy, jeśli chodzi o bezpieczeństwo poza domem. Nie pozwala mi wychodzić zbyt często. W zasadzie prawie w ogóle — postąpiła kilka szybszych kroków, nie chcąc zostawać w tyle. Gdyby podczas zajmującej wypowiedzi zgubiła Madie, stałaby się kilkuletnim dzieckiem pośród tłumu. Zero pojęcia, w którą stronę iść i gdzie mogą być rodzice. Kot zdawał się wyczuwać wahanie właścicielki, bo wyciągnął szyję do jej twarzy, ocierając się puchatym łebkiem o policzek. Nie mogła być mu bardziej wdzięczna niż w tej chwili.
Wiesz, to dobry człowiek. Po prostu za dużo się martwi — posłała dziewczynie ciepły uśmiech. — Ah, wybacz. Nie powinnam cię tym zanudzać — zmieszanie wstąpiło na jasne lico Shay. Uniosła dłoń, odgarniając zbłąkany kosmyk za ucho. Tylko po to, by zająć czymś rękę. Mijając pełną śmiechów uliczkę poczuła się pewniej. Mogła kontynuować wędrówkę raźnym krokiem, mając za towarzysza podróży najlepszego przewodnika w mieście — taką właśnie plakietkę przykleiła do Madelaine.
Jeśli nigdzie ci się nie śpieszy, to może pokażesz mi kilka ciekawych miejsc? Nie wiem, kiedy znów uda mi się wyrwać, a chciałabym zebrać trochę dobrych wspomnień — w kolejnym uśmiechu błysnął rząd idealnych, białych zębów. Dokładnie to, czego można było się spodziewać po dzieciaku z bogatej rodziny. Wszystko perfekcyjne, prawie jak u drogich, porcelanowych lalek, o które kolekcjonerzy toczyli zacięte boje.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down


Do pewnego stopnia spodziewała się podobnej odpowiedzi, choć z drugiej strony nie do końca dowierzała, że ktoś rzeczywiście mógł tak niewiele wychodzić z domu i nie rozeznawać się w swojej najbliższej okolicy. A jednak, słowa Shaylene pasowały do jej zachowania jak ulał, także ciężko byłoby podważyć ich prawdziwość lub jakkolwiek im nie dowierzać. W momencie potwierdzenia się wcześniejszych przypuszczeń na twarzy panny Davies pojawił się wyraz swego rodzaju rozczarowania, jak gdyby jednak spodziewała się więcej po swojej nowej znajomej. Naprawdę, taka duża dziewczynka pozwalała zamykać się w domu i jeszcze uważała, że to w porządku? Gdyby przyrównać jej podejście do sprawy z tym, które prezentowała Madelaine, ta druga wychodziła na wyrodne dziecko, jeśli nie zło wcielone. Cóż jednak mogła poradzić na to, że całym sercem nie znosiła ograniczania swojej wolności? Kiedy zamykano jej drzwi, wychodziła oknem, a gdyby i nim nie dało się umknąć, gotowa by zrobić podkop łyżeczką do herbaty.
- Nie zanudzasz - odpowiedziała bez żadnego szczególnego przejęcia. Bynajmniej nie miała na myśli, że opowieści o życiu nowo poznanej dziewczyny są jakoś szczególnie fascynujące albo że życzy sobie usłyszeć ich jak najwięcej. Zwyczajnie nie miała nic przeciwko temu, by Shay się wytłumaczyła, skoro miała na to ochotę. Może poczuje się lepiej, nie dając swojej tymczasowej towarzyszce pola do niewłaściwych domysłów, czy jakiekolwiek tam miała powody.
- Skoro tak uważasz - dodała równie obojętnie, wzruszając ramionami. - Ja bym tak na pewno nie wytrzymała. - A gdybym była tobą, zrobiłabym takiemu ojcu koszmar z życia, dopowiedziała już w myślach. Mało co było w stanie powstrzymać ją od walki o swoje. W przypadku obecnej sytuacji było to na przykład dobro młodszego brata, który był świadkiem większości toczonych w domu dyskusji. Nie mogła dopuścić do tego, by przez atmosferę konfliktu Młody był w jakikolwiek sposób pokrzywdzony. Rodzinne kłótnie nigdy nie są dobre dla dzieci, więc nawet będąc przekonana o słuszności swojego stanowiska, musiała mieć na uwadze dobro o wiele ważniejszej osoby.
- Hm, spieszyć to mi się nie spieszy - przyznała, potwierdzając swoje słowa kiwnięciem głowa lekko w bok. - Chociaż dla mnie najciekawsze są te okolice, z których już wyszłyśmy. Wiesz, wielkie rezydencje, prywatne lasy, ścieżki ukryte za ogrodzeniem... oni pewnie nawet nie mają pojęcia, że ktoś im regularnie włazi na teren. - Zaśmiała się pod nosem, przybierając minę rasowego rozbójnika. Włości najbogatszych nie mogły czuć się bezpiecznie szczególnie latem, kiedy jasnowłosa wędrowniczka wdzierała się na nie bezpardonowo tylko po to, by podkraść kilka malin z krzaka. Dla niej to właśnie była najlepsza przygoda, tym bardziej że lubiła otoczenie natury bardziej niż ciasnotę miasta. Skoro jednak zmierzały w kierunku centrum, należało obrać inny plan wycieczki.
- Wpadnij za dnia, a na pewno więcej ciekawych miejsc będzie czynne - stwierdziła, wskazując zaraz na jeden z pobliskich budynków. - Tutaj na przykład jest dobry sklep muzyczny. Prowadzi go jedna rodzina od pokoleń, są naprawdę dobrzy w tym, co robią. A jak się ładnie poprosi, można czasem przyjść i na czymś pobrzdąkać na próbę, nawet jeśli nie zamierza się niczego kupować. - Maddie nie miała za krzty ręki do instrumentów, jednak czasami odwiedzała ów sklep, jako że kumplowała się z synem obecnych właścicieli jeszcze od czasów podstawówki. Często opowiadał o różnych ciekawych klientach czy tłumaczył zagadnienia muzyczne w miarę, jak i sam przysposabiał się do zawodu - w końcu on miał kiedyś przejąć biznes rodziców. To pod jego okiem zazwyczaj brała do ręki tę czy inną gitarę, próbując zapamiętać najprostsze chwyty i nie zdewastować strun. Szło bardzo opornie, ale tryb nauki był pozbawiony jakiejkolwiek presji. Nie zależało jej, dlaczego więc miałaby się przejmować, że po raz dwudziesty zapomniała, jak się łapie C?
- Tam skąd dochodzą te głosy, to najpewniej z Jelonka, jest tuż za zakrętem. Dość znany w okolicy bar - wyjaśniła, bez wahania przemieszczając się dalej. O tej porze niewiele miały do zwiedzania, ale większość ciekawych miejsc można było przynajmniej pokazać z zewnątrz i opisać. Któreś na pewno zaciekawi Shaylene na tyle, by któregoś dnia udała się tam już na własną rękę. Bądź co bądź nie zawsze będzie potrzebowała przewodnika, a wręcz przeciwnie - im szybciej stanie się wędrówkowo niezależna, tym lepiej. W końcu ile można niańczyć praktycznie rzecz biorąc dorosłą osobę?


avatar





Verity
Student
GODNOŚĆ :
Daisy Verity Greenwood


Powrót do góry Go down


Nie zanudzasz.
Nie była tego taka pewna. Zdawkowe odpowiedzi i niezbyt zainteresowany wyraz wymalowany na twarzy Madelaine świadczył o czymś innym. Od razu poczuła się głupio, tracąc wcześniej zbudowaną pewność. Posypała się jak ceramiczna figurka krasnala ogrodowego trzaśnięta kijem baseballowym. Nie straciła jednak całej werwy. Jej odłamki leżały gdzieś dookoła gotowe na zebranie w pokaźną kupkę. Wyprostowała plecy, zrobiła żołnierski krok naprzód i była gotowa do dalszej rozmowy.
Czasami popełnia błędy jak każdy rodzic. Może po prostu nie rozumieją, jak z czasem młodzież zmienia przyzwyczajenia. Jako dorośli mają już ukształtowane własne wartości i chcą je nam przekazać. Po prostu nie zawsze znajdują dobry sposób — westchnęła. — Tak mi się wydaje.
Słowa wypowiadała z pełną świadomością tego, że rozmówczyni może się z nią nie zgadzać. Co więcej — podobna konkluzja mogła rozzłościć mającą odmienne podejście dziewczynę. Mimo to Veitch zaryzykowała, będąc przygotowaną na dźwiganie ciężaru zwanego powszechnie konsekwencjami. Spojrzała nawet w górę, kierując spojrzenie na lico koleżanki, chcąc skontrolować czy to zmieniło się w jakimkolwiek stopniu. W każdej chwili gotowa na wrogie spojrzenie i wyrzut w stylu „niczego nie rozumiesz” wstrzymała oddech, nie będąc tego do końca świadomą.
„Wielkie rezydencje” sprawiły, że drgnęła nerwowo. Szczęśliwie w tym samym momencie zawiało chłodniejszym powietrzem i mogła wytłumaczyć się zwykłym wyziębieniem. Nie wiedziała, jak pozostałe rodziny z wyższych sfer traktowały włamania na posesje, jednak miała świadomość, jak podchodził do nich jej własny ojciec. Niezwykle surowo najczęściej wzywając policję i ciągnąć największe skutki, jakie tylko mógł. Powód pozostawał nieznany dla Shay. Mogła jedynie gdybać, że chodziło o bezpieczeństwo bądź staruszek nie chciał, by zdeptano mu świeżo skoszony trawnik. Z wiekiem ludzkie priorytety zmieniały się jak twarze. Nabierały bruzd i zmarszczek, czego nawet najlepsze kremy odmładzające nie były w stanie ukryć, co najwyżej odrobinę odwlec w czasie.
Całkiem sprytne. Mało kto jest na tyle odważny, by wchodzić na nierzadko strzeżone posesje. Rozumiem, że to niezastąpiony dreszczyk emocji?
W jakimś stopniu mogła to zrozumieć. Nawet jeśli nie wielkim. Idąc w środku nocy nieznaną ulicą, rozmawiając z obcą osobą, oglądając witryny sklepowe, których nigdy wcześniej nie widziała. Podejrzewała, że to mógł być ten sam rodzaj uczucia. Delikatny prąd wyczuwalny tuż pod skórą, przemykający impulsem ekscytacji w dół kręgosłupa. Tak, to zdecydowanie musiało być to.
Jasne, wpadnę — odparła z uśmiechem. Kłamstwo tak gładko prześlizgnęło jej się przez usta, że sama była tym przerażona. Jednocześnie rozcapierzone palce smutku złapały ją za serce, ściskając je niemal boleśnie. Wiedziała, że wycieczka do miasta w czasie dnia graniczyła z cudem. A jeśli ojciec choć pomyśli, że mogła się tej nocy wymknąć, również i szanse na jakąkolwiek wyprawę zostaną zaprzepaszczone. To nie powstrzymało jej przed rozciągnięciem ust w wyrazie, który winien uchodzić za szczęśliwy. W tym przypadku nie sięgnął oczu, a w kącikach zaplątała się jakaś niewytłumaczalna nuta melancholii.
Ponurą wizję przerwał wątek sklepu muzycznego. Wysłuchała go do samego końca, raz czy dwa kiwając ochoczo głową. Lubiła muzykę. Gry na instrumentach uczyła się od najmłodszych lat — brzmiało jak wymóg każdego dziecka z szanowanej rodziny.
Jelonka? Brzmi całkiem niewinnie, jak na taki hałas — nieco sceptyczny grymas wykrzywił jej usta, jakby nie dowierzała, że tak urocza nazwa mogła przypaść miejscu, z którego dochodziły podobne odgłosy. Pijackie śmiechy i stukot butelek były dźwiękami, które słyszała pierwszy raz w życiu.
Co jest tutaj? — wychodząc zza kolejnego zakrętu, ujrzała pokaźny budynek. Ogrom zdobień, strzelista wieżyczka na samym środku, wielki zegar, którego tykanie pośród nocnej ciszy mogła usłyszeć nawet w oddali. Podobne budowle widziała tylko na książkowych obrazkach.




avatar





Rhett
Opętany

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry