Go down


Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sabbath on 23/4/2018, 19:41
Część pustyni dawno porzucona przez wszystko, w czym jeszcze tli się życie. Miejsce całkiem świeżych, ale i zasklepionych ran ślimaczących się na istnieniu tych, którzy nigdy nie chcieliby tu wrócić. Poprzecinane zębiskami skał pustkowie, gdzie ciężko uświadczyć nawet karłowatych porostów, zaś zamiast bielejących w słońcu kości krajobraz zdobią brzydkie akcenty ludzkiej, nieszczególnie humanitarnej, cywilizacyjnej rozrywki.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sabbath on 23/4/2018, 19:42
Nadchodziła wiosna. W powietrzu czuć było subtelną zmianę, jednocześnie naturalną i wyrachowaną. Cykl życia i śmierci – to co jeszcze nie tak dawno obumierało w smutnych, przegniłych szarościach i brązach, teraz rozpękało po ziemi świeżą zielenią, dziewiczą bielą i pastelą różu. Plamy jasnych traw rzadko acz hojnie ścieliły zacienione, chłodniejsze miejsca, przytulając się do pni od dawna martwych już drzew niczym pasożyty. Niebo było zadziwiająco błękitne, otoczenie zdumiewająco spokojne i nawet zdziczałe hordy drapieżników wydawały się jakieś takie łagodniejsze. Ponad głowami niósł się słodki, zdradziecki trel ptaków i pochowanych w zaroślach czujek. Mimo pięknych okoliczności przyrody Desperacja pozostawała Desperacją i niemądrym było przedkładanie wiosennego zachwytu ponad własne bezpieczeństwo.
Sabbath strzepnął kudłatym uchem, nasłuchując zgiełku z oddali. Gdzieś poza zasięgiem jego wzroku niby małe koty kotłowała się para nie większych od kuny zwierząt popiskujących wściekle i warczących sobie w futra. Dochodził go rozmyty odległością zapach krwi, rwanego listowia, słonego potu i gnijącego mięsa. Niezgrabnie, ciężko opadł na przednie łapy i szybko zdecydował się na zmianę kierunku. Chude jak cyprysy widma drzew na wyblakłym tle korony gór chwilowo musiały pozostać niezbadane. Wybroczyny skał zacieniające wydeptany szlak kusiły chłodem i orzeźwieniem, jednak kierowany potrzebą względnego spokoju i odpoczynku od nadmiaru wrażeń zszedł na lewo, wychodząc poza wydmę żółto-czerwonego sypkiego żwiru obsuwającego się spod łap kaskadą drobnych, prawie okrągłych grudek. Wyglądał jak koza na zamarzniętym jeziorze. Spinał wszystkie mięśnie chcąc pozostać w relatywnie zwartej postawie, jednak łapy samoistnie rozjeżdżały mu się na boki, nie odnajdując wsparcia w zbitym podłożu. Sarknął zirytowany w myślach i wypuścił spomiędzy zębów niski, głuchy pomruk niezadowolenia, gdy przed oczami wyrosła mu kolejna wysoka wydma owocując myślą, że za nią pewnie zaczaiły się kolejne. Spojrzał za siebie raz jeszcze rozważając powrót na ubitą, wygodną ścieżkę pomiędzy wyszczerbionymi kłami szaro-oranżowego piaskowca. Zapach krwi nasilił się, dominując wszystkie inne wyczuwalne nuty, gdy do dwóch ciężkich do rozróżnienia tonacji dołączyły cztery kolejne. Walka o posiłek powoli przeradzała się w małą, pomijaną w spisach historycznych wojnę. Nie miał zamiaru narażać futra. Kilkukrotnie natrafiał na większe i mniejsze zwierzęta ogarnięte jedynie potrzebą ślepej agresji i zaspokojenia wiecznego głodu. Starczy stwierdzić że nie zostawali przyjaciółmi. Nie wspominał tego dobrze, liżąc nowe rany zadane ostrymi zębami i mocnymi hakami pazurów topornie zagłębiających się pod wciąż cienki pergamin skóry. Bolesne przeistaczanie się w zwierzę wreszcie dobiegało końca, przynajmniej na płaszczyźnie wyglądu. Wciąż pozostawało w nim dużo z człowieka, a nieforemny wygląd zdradzał że korzeniami nie sięgał swojego nowego gatunku. Jednak wiry i fale grubego futra porastały go gęsto niby równikowy las rozciągając się od koniuszków łap aż po fikuśny, niewielki ogonek ulokowany na linii pośladków. Ostre szpilki zębów wysunęły się z dziąseł, raniąc nabrzmiały jęzor i zabliźnione przygryzaniem wargi. Krzywo stawiane łapy wieńczyły rozszczepienia dawnych palców ciągle skrywające ludzkie ruchome stawy i paliczki. Ich powolny zrost i nadbudowywanie masy czyniły chód ledwie bardziej znośnym od tańca po rozgrzanym ogniem metalu.
Wdrapał się na drugą wydmę sapiąc wściekle. Dogorywało w nim smętne pragnienie powrotu i wdania się w długą dysputę z wygłodniałym, drącym kłaki stadkiem. Wysiłek fizyczny zdawał się być podobny, tyle że rozłożony na mniejsze porcje, rozciągnięty w czasie jak gumka przyciasnej bielizny opinająca fałdy skóry. Sam nie wiedział czemu parł do przodu, przyciągany nieznanym sobie magnesem na pustkowia, gdzie nawet rozdroża ginęły pod sypkim piachem czyniąc niemożliwym odgadnięcie kierunku. Zagłębiał się w niego po zgięcia łap, brnąc przez skotłowaną masę niczym przez gęstą, ciężką breję spowalniającą marsz. Mijał stare, odcinające się bielą i żółcią zdobienia z drobnych szkieletów padłych tu istnień. Obwąchiwał je chwilę, dumając nad sensem dalszego istnienia, a potem dźwigał ciężar odpowiedzialności za siebie samego i parł dalej, pozostawiając relikty starych dążeń na kolejne miesiące zapomnienia. Może tu wróci, może spojrzy w puste, spękane oczodoły i westchnie, pochylając się smętnie nad ich losem. Na to jednak nie miał chwilowo czasu. Wzdychając, rzężąc, sapiąc i wywracając oczami doczołgał się na spłaszczony, trapezowaty szczyt wydmy szóstej, gdy słońce wchodziło w zenit trzy długie dni po zboczeniu ze szlaku. Przed nim rozciągało się podobne innym pustkowie gorejące wrzodami czerwonych, karłowatych skałek. Niebo zdawało się tu szarzeć, zaś ciężkie chmury nie zwiastowały ulewy, utrzymując duchotę potęgującą zmarkotnienie i ociężałość. Napadły go mroczne, burzowe myśli. Wydawało mu się że zamiast iść tam gdzie powinien, krąży za własnym zadem gubiąc każdy podjęty trop i błądząc ku uciesze nieznanych sobie zrządzeń losu. Zmagazynowane zapasy tłuszczu pozostały tylko śmierdzącym wspomnieniem na długo przed dotarciem na szczyt zwątpienia, na którym właśnie teraz uspokajał oddech i głęboko, coraz głębiej wdychał prawie nieruchome powietrze poprzeplatane swądem zastałej, brzydkiej historii. W głowie zalęgła mu się nieznośna myśl by jak najszybciej minąć czerwony od wybroczyn teren, obchodząc kolejne zębiska skał przytulony bokiem do miękkich, obsypujących się wydm. Myśl, jaką niemądrze zignorował nie bacząc na przeczucie, że jednak powinien zawrócić. Trzy kolejne dni ciężkiej, samotnej przeprawy przez gęsty piasek były mu miłe jak dżuma i cholera, dlatego zupełnie ludzka kalkulacja wzięła górę nad instynktem. Fakt ciągłego zakotwiczenia w nim zupełnie ludzkich odruchów zapowiadał się na zgubę dla niego samego.
Powoli, mozolnie zczłapywał z wydmy, stawiając łapy na tyle szeroko by nie dać się zdmuchnąć, a jednak na tyle wąsko by nie rozjechać się jak kot pod kołami. Ostatnie kilka metrów pokonał już na brzuchu, rozpłaszczając się na zdradliwych nierównościach i zjeżdżając radośnie wzniecając dookoła gęstą, szarawą kurzawę. Rozkasłał się całkowicie po ludzku, łapiąc rozwartą paszczą powałę kurzu i piasku, dusząc się ich nadmiarem i prawie sukcesywnie wypluwając płuca wąskim światłem przełyku. Zamroczony chwilowo własnym upadkiem wierzgnął ciężkim łbem i kichnął dwukrotnie, nim względna stabilizacja pozwoliła mu podnieść się z powrotem na cztery łapy. W powietrzu prócz brudu dało się wyczuć niebezpośrednio nieprzyjemną atmosferę i chociaż swoim niedźwiedzim rozumkiem nie potrafił tego wyjaśnić, w bulgoczących głodem trzewiach wyczuwał instynktowne napięcie. Zawahał się tylko przez chwilę, ale potem ruszył do przodu.
W miejscu tym wymarły chyba nawet ptaki. Karłowate, kostropate pnie, jakie widział jeszcze przed spienionym oceanem piasku wyginęły tu doszczętnie, ścieląc krajobraz smutnym, pełnym śmierci widokiem. Nie ostawał się tu nawet mech, uschłą trawą dekorujący granicę łączącą podłoże i skały, chrzęszcząc pod łapami i bezpowrotnie ginąc pod gniotącym go ciężarem. Sabbath obniżył łeb, mrużąc fałdy powiek i obnażając górne zęby, cały zjeżony od dziwnej atmosfery kłębiącej się dookoła. Znajome kształty nieznanego pochodzenia przyciągały jego wzrok by zaraz ginąć w natłoku nowych myśli. Teren był zły i cichy, tak że słyszał nie tylko własne kroki, ale prawie i bicie rozrastającego się boleśnie serca. Pierwszy wygięty szpic grubego pręta zmroził w nim z niewiadomych przyczyn krew, zatrzymując na chwilę i dezorganizując wcześniej ułożony plan szybkiej przeprawy na drugą stronę. Zimne, nieprzyjemne uczucie powrotu do domu nie było powodem do głupich, komicznych myśli. Napięty grymas pyska nie ustępował spokojnemu marazmowi zwierzęcia, które nie rozumiało że jest tu niechciane. On to doskonale wiedział, lecz uznawał za mniejsze zło. Prawie zatęsknił do kunowatych stworzeń, którymi motywował swoje wybory.
Odetchnął powoli, obniżając łeb jeszcze bardziej i krocząc tak delikatnie, jak tylko pozwalała mu na to wciąż nierównomiernie rozłożona masa i pozostałości po wspomnieniu, że kiedyś był człowiekiem.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Gość on 23/4/2018, 22:28
Ich sierść jest wypłowiała, szorstka, częściowo wyszarpana przez toczącą się walkę. Małe, cienkie kiełki wbijają się w chude ciałka, w kości częściowo zarysowujące się pod skórą. Ta jest szarawa, porośnięta chorobliwymi fałdami; zdaje się symbolizować ich dogorywające życia. Kuny, choć przypominające zdeformowane kocięta, wyszarpują z własnych pyszczków kawał starego, sflaczałego mięsa, którego brzegi zakończone są czarnym włosiem. Walczą zaciekle, jakby to ta padlina miała umorzyć proces ich powolnego zdychania. „Zabawne”, myśli, gdy jego dłoń sięga po większy, ostry kamień w odcieniach brudnej rdzy. Żyją przecież, te głupie zwierzęta, całkiem bezmyślnie i podług instynktu, który rusza ich stopami, ich całym jestestwem w prostym wydaniu. Z odgórnie wyznaczonym początkiem i końcem, jak ten jego młody, niegdysiejszy przyjaciel, co lubił komunistów i co nie pamięta jego nazwiska. Proste życie, prosta historia, jedna ścieżka zakończona idiotyczną śmiercią. Pałęta się teraz, może gdzieś tutaj. Wiecznie głodny, z rozerwaną klatką piersiową, udem i przeszłością. Przebiera długimi, cienkimi nóżkami jak pająk, sięga mięśni osób błądzących, ich ciał skulonych pod większymi kamieniami.
Wykonuje szybki zamach, kamień wiruje w powietrzu, choć utrzymuje jeden cel. Nie trafia. Kuny nadal zaciekle walczą, nosek przy nosku, z krwią powpinaną w łapki, w pazury tak małe, że z jego miejsca niewidoczne. Mdły odgłos upadającego przedmiotu odbija się od skał, tworzy ledwie słyszalny pogłos, po czym ginie pod duchotą dnia. Zwierzęta nieruchomieją, z pyskami wbitymi w znaleziony flak i tylko ciałami wyprężone, sugerują gotowość do ucieczki. Nasłuchują. Spróbuje raz jeszcze. Stoi na niewielkiej skałce, tuż nad nimi, nad tym kłębkiem nerwów i niesłychanej zaciekłości, którą nawet podziwia, nawet pochwala. Sięga kolejnego kamienia. Tym razem mniejszego, bardziej nieregularnego. Świst w powietrzu ostrzega zniekształcone kocięta, ale jedno z nich, zdawałoby się, że wygrywające walkę, kuleje pod ciężarem mięsa. Głód wytrzeszczający jego oczy, łapki mówiące, że jeszcze trochę, jeszcze trochę tego życia. Pisk zwierzęcia dławiony jest przez szczękościsk, ale śmierć nie tylko w tym znajduje swoje ujście. Ciałko pręży się, wije w bólu i jako takim poddaństwie. Łapki drętwieją. Gdy tamten kamień zawieruszył się na karku, to kolejny ląduje tuż nad tylnymi kończynami. Słabość zwierzęcia uchodzi przez drgawki, w tym cielsku nienawistnym, bo jemu, jemu to już ten oddech niepotrzebny. Mimo to dławi się powietrzem, siorbie krew cieknącą po pysku.
Dobija ofiarę szybkim ruchem noża, kiedy to już spokojne i błagalnie szukające jego wzroku, popiskuje. Umiera z kłami wbitymi w wywalczone mięso, które następnie, jakby z czystą premedytacją i niejakim zadowoleniem, Lavi wyrzuca z siebie. Wie, że drugie ze zwierząt czai się gdzieś obok, czyha, bo głód jest silniejszy niż głupota. Słyszy jego szurania, nerwowy oddech zaszyty za jedną z czerwonawych skał.
Zbliża się wieczór. Chłód wdrapuje się na jego ciało, daje chwilową ulgę od panującego upału. Ciężki oddech osiada na chuście owiniętej wokół ust, więc uchyla materiał. Zaciąga się wciąż ciężkim, ciepłym powietrzem. Wzdycha. Małe truchełko w końcu ląduje w jego dłoniach, ten patrzy na nie czule przy głowie przechylonej na lewą stronę. Chciałby pozbyć się skóry, ale nie może teraz, przy wilgoci osiadłej w zbliżających się chmurach. Zastanawia się dłuższą chwilę, ze wzrokiem wbitym w horyzont poprzecinany nierównymi skałami. Jego dziewiąta podróż w ciągu ostatnich lat, drugie zwierzę zabite dzisiejszego popołudnia i jedno rozczarowanie wymalowane w pogodzie. Nie spodziewał się ciemnych, tułających się nad nim chmur o brzuszastych, miękkich w oglądzie wydęciach. Balast nocy już teraz przytwierdza do ziemi duchotę.
Całkiem nieświadomy tego, co zdziałał, że zachwiał tutaj moralność, że w jego poszarpanym, śmierdzącym stęchlizną plecaku właśnie znalazły się zwłoki samicy karmiącej małe młode, kluczy pod wcześniej zbadanymi skałami. Wzrokiem błądzi po okolicznych wzniesieniach, z piaskiem rzężącym pod jego butami i zdenerwowaniem napinającym mięśnie. Czuje te białawe kości poprzykrywane ciężkim piachem. Wie, że chowają się pod nimi kolorowe, choć paskudnie pomalowane wozy, krew na nich rozbryźnięta, złość wylewająca się z pozostawionych tutaj trupów. Zaciąga się nostalgią tego miejsca, pierwszego pobojowiska mieszającego strach ludzi, zwierząt i tych, co to do jednych, ani do drugich nie należą. Pamięta, jak jego stopy łączyły się z piaskiem i juchą obcych ludzi, jak ich przerażone oczy pożerała beznadzieja i żałość. Zgromadzeni jak chuchra w jednym kącie, z wygryzionymi płatami skóry oraz nadziei, która jeszcze niedawno tliła się w złotawych monetach. Teraz by te monety oddali, rzucają nawet, krzyczą, żeby brać, żeby zostawić ich w spokoju, że w domu dzieci i żona. Łzy zalewają ich twarze, w krtaniach coraz więcej pulsu a on wtedy, pamięta, sięgający tych ciekawskich szyi, tych gładkich, delikatnych skór dostatku i uciechy.
Parska rozbawiony. Byle dalej, byle zrzucić z siebie ich twarze i głosy; głosy i twarze tych, którzy śmiali się przy uszach, przy nagich ciałach naznaczonych nierównymi rozcięciami. Przygryza koniuszek języka. Na tyle mocno, na ile pozwalają chwilowe omamy. Szczypiący ból kładzie się na ustach, rozpełza, przywraca go do rzeczywistej sytuacji. Jednak nadal nie pozbywa się widoku ich wytrwałości, którą, gdyby tylko zechcieli, zatrzymaliby słońce za horyzontem. Ich upór wymalowywał się nie tylko w oczach, ale i zaczerwienionych uszach oraz dłoniach powciskanych w przywłaszczone ciała. Na tyle mocno, że jego skóra nabierała sinych cętek. Dzisiaj rozumie konsekwencje ich czynów, karę za megalomanię i pseudoarystokrację, którą karmili własne dusze.
Kaszle. Suchość otocznia ponownie drapie jego gardło, nieprzyjemnie wysusza usta, krąży w przybocznych skałach, w niewielkich korytarzykach, w których szuka schronienia. Wpełznie do nich jak lichy szczur, zmęczony i wykończony całodzienną podróżą. Nie może jednak spostrzec swego poprzedniego legowiska, a przecież wie, że gdzieś tutaj było, że kładł się tuż obok miskowatej, wysokiej ściany. Oddycha wolno, unosi głowę. Przypomina drapieżnika z ciałem wyprostowanym oraz wzrokiem lustrującym całość otoczenia. Czuje, jak ciepło zamordowanego zwierzęcia jest już ciepłem jego skóry, pleców, na których truchło rozłożyło się jak do snu.  
W końcu widzi swą ścianę, choć ta chowa się pod ciepłem zachodzącego słońca, ale i ono, to słońce właśnie, szeroko rozstawione na horyzoncie, zarysowuje zniekształcone cielsko. Lavi zatrzymuje się. Niemal drętwieje, choć po chwili stopa cofa się o krok. Klnie cicho, automatycznie i całkiem nieprzemyślanie. Poprzez ledwie słyszalny warkot karci samego siebie. Przez te zęby zaciśnięte adrenalina skupia się na szczęce, przechodzi niżej, ku barkom. Postać brnie pod słońce, staje się zarysem nierówno kluczącym na oranżowym tle. „Wymordowany?”, słyszy gdzieś na tyłach głowy; Levi, nieaktywny przez ostatnie parę dni, ożywia się nieznacznie, chyba przeciąga, wzdycha i tak jakby rozlewa ciekawość na długość ich ciała. To rozluźnia się nieznacznie, choć nadal tkwi w miejscu. Byle ominąć, w spokoju i bez zbędnych aktywności. Przynajmniej na ten moment.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sabbath on 24/4/2018, 03:05
Ugrzązł w niezdecydowaniu. Duchota z jaką się zmagał potęgowała poddenerwowanie, gdy miarowym, spokojnym krokiem wił się tuż przy skałach, ocierając szorstkim futrem o ciepłe wgłębienia i nierówności. Dookoła było spokojnie, z b y t spokojnie by rozprężyć się, zrzucić z siebie balast pomyślunku i oddać głupim uciechom. Nie miał na to czasu, chociaż jego nadmiar wisiał nad nim jak komar letnią porą, wiedziony ciepłym potem i wizją posiłku. Zagłębiał się między postrzępione kły z duszą na ramieniu i chociaż nic nie wyskakiwało z ukrycia, rozglądał się czujniej i dokładniej. Coś wisiało w powietrzu. Przytłaczająca aura przebijała przez oręż futra i rozciągniętych rozkurczem mięśni, docierając aż do szpiku, mrożąc go i topiąc naprzemiennie, doprowadzając do wrzenia, skotłowania, niepewności. Włoski na karku, teraz bujne i popielato-kasztanowe, stanęły mu dęba opierając się sile grawitacji. Coś wisiało w powietrzu, tego był pewien bardziej niż własnej sytuacji. Przystanął na chwilę, dźwigając szkielet tak wysoko, by przedrzeć się przez zarośla pomniejszych kamieni. Nie dojrzał niczego nowego; czerwonawe wrzody ciemniały na tle zachodzącego słońca, jakby zaraz miały pęknąć napęczniałe od niewypowiedzianej grozy. Przez brak oparcia runął na przednie łapy, boleśnie obijając je o luźny narzut spękań i odprysków skalnych. Powała otoczyła go aureolą rdzawego brudu, kryjąc przed wzrokiem i rozmazując nim wydostał się, unosząc łeb wysoko i nastawiając uszu. Niczego tu nie było. Niczego co wyło po nocy wskazując kierunek, którym nie wolno było podążać. Niczego co szeptało z cienia, wodząc wygłodniałym wzrokiem i spinając się na każdy ruch mięśni. Niczego, co cierpliwie orbitowało czekając aż zmożony snem padnie, by dać się okrążyć i bezmyślnie wpaść w pułapkę. Przerażająca pustka pomiędzy skałami nie dawała jednak poczucia bezpieczeństwa. Szpikulce metalowych łap wyzierały z ziemi karykaturalnie, wyciągając ku niebu utrącone łapy. Pokrzywione, zawiłe wzory wybrzuszeń, połamane iglice, pałąkowate mosty wyschniętych, drewnianych kół zagrzebanych w piachu i smętne, pełzające po ziemi warkocze czarnych powrozów niby mysie ogonki dekoncentrowały go i ogłupiały. Wyciągał łapy przed siebie ostrożnie, prostując je wiosłem rozcapierzonych palców po piasku, pazurem żłobiąc zadeptywane, plastyczne koryta. Pochylał się

         wyprężony i drżący, lśniący od potu, wysiłku i rozpalanego powolną, metodyczną iniekcją przerażenia. Wcześniej wił się niczym srebrny piskorz, uciekając zachłannym rękom, wyszarpując całe garści włosów z głowy i wyjąc, wyjąc do księżyca, do ciemnego nieba, do nieznajomych twarzy i pochodni, do wykrzywionych w brzydkim grymasie masek, których nie nazywał wyrazem. Teraz krzyczał długo, spinając się w całościowym skurczu ciała, drżąc na każdy dźwięk i ruch. Rejestrował przesuwające się cienie w słabym świetle rzucanym zza zasłon, gdzie pobrzękiwanie złotych monet rozszerzało mu powieki, a wyschnięte usta szemrały niespokojnie kołysanki o makowym mleku, pokrzywie, ostatecznie sile pięści. Rozgorączkowany przebierał uwiązanymi krat nogami, chcąc zluzować czarne powrozy i wyszarpać się, przecisnąć, uciec w mrok z dala od zgiełku, pochodni i tego szeptu. Bluźnierczej trucizny wlewającej się w kanaliki uszne zapchane kurzem, brudem i obojętnością. Inkantował nieskładne zaklęcia w tonach wysokich, piskliwych i błagalnych, roniąc kryształy łez wprost na brudne policzki, połykając je wraz z myślą, że zaraz przytuli się do miękkiej, ciepłej piersi i da pogłaskać po głowie, a chłód metalowej podłogi przemieni się w wypłowiały, splamiony kawą dywan koloru beżowego. Czuł pod palcami nierówności tkanych włókien, bezbłędnie wyczytując z nich historię – tu bawili się ludkami z gruzowatej plasteliny, a tu spadła świeca, zalewając róg woskiem, wypadając dziurę. Wtedy zasnute ciężkim kołtunem chmur i burzowych pomruków niebo wypluwało suche jęzory błyskawic ciskane w drzewa i samochody. Teraz widział wszystkie gwiazdy, leżąc na plecach i drżąc od mrozu, przyciśnięty do wyżłobionej nieznanym mu ciężarem powierzchni, bo nie było ani dywanu w kolorze beżu, ani plam kawy i jej mocnego, gorzkiego zapachu, ani spracowanych, acz delikatnych dłoni matki. Był sam pośród zbolałych jęków, już po pokazie, upodlony i pokonany. Z rozpaczy i bólu gryzł

własny język, skołowany, zaskoczony, zdezorientowany. Odskoczył jak sparzony elektrycznym uderzeniem, wciskając kosmaty zad w czerwień skały i rozglądając się mętnym, dopiero powracającym do rzeczywistości wzrokiem. Uniesiona dreszczem sierść opadła na grzbiet, kładąc się wirami i falami by zaraz zatańczyć na rozedrganych mięśniach, gdy skonstatował że sam zaciska zębiska, raniąc się i kalecząc. Wysunął koniuszek jęzora poza wargi, przesuwając nim pod poczerniałym nosem i zlizując zeń osiadłą kurzawę. Napęczniałe, niedźwiedzie serce rozrywało zbyt ciasne żebra, w szaleńczym biegu obijając się o nie ciągle i ciągle, i ciągle... Spłycony oddech dał się uspokoić dopiero po chwili, gdy spłoszony nowym aromatem zanurkował pomiędzy szczerby w skałach, pochylony w usłużnym pokłonie myśli, że chyba wariował, ale... Ale nie był tu sam! Już nie. Pierścień powalonych kamieni, płaskich i długich skrył go, rozedrganego i rozpalonego gorączką myślenia. Zarył łapą w miejscu, gdzie niczym piaskowy, tłusty wąż, skorodowany łańcuch wypełzał spod ziemi i krył się na odległość splunięcia z powrotem w skotłowany piasek. Piasek pełen pokruszonych, wyżartych przez drapieżniki kości i czaszek. Powinien wrócić do kun i przeprosić się z nimi. Ale kun już nie było.

Twarz miała wcale ładną; nieco tylko pucołowatą, skropioną złotym piegiem, lśniącą od opalenizny ozdobioną wielkimi gwiazdami jasnoniebieskich, prawie szarych oczu. Wąskie usta wykrzywione w delikatny uśmiech rozwarła, bezgłośnie wzdychając jakby zachwyciło ją to co zobaczyła. Kraciasta chusta opadająca na oczy poderwała się lekko, łagodnym spływem wachlując w powietrzu, gdy potrząsnęła głową, rozsypując rude loki po plecach. - Męczy się – zauważyła rezolutnie, nie patrząc się w tym samym co on kierunku, ale bezbłędne odgadując ukierunkowanie chwilowych myśli. Odziana w zgrzebną, grubą sukienkę do kolan i owinięta kraciastą tkaniną zdawała się abstrakcją, lecz przecież istniała. Pachniała. Starością, chorobą, usychającym makiem, zgorzknieniem i chłodną wilgocią skraplającą się w najciemniejszych norach, najgłębszych lochach, najdalszych zakątkach. Spięta w pasie bezbarwną, białą krajką wystrzępionych piór i połamanych lotek milczała, stając na palcach i nieruchomiejąc, wsparta na cienkim, ale ciężkim pręcie sięgającym jej ledwie za głowę. Zbliżyła się niezauważona, jakby wyszła ze snu, zmaterializowała się nieopodal niby pułapka odciągająca zmysły. Nie zostawiała w piasku śladów, opierając się własnemu ciężarowi, niezaznajomiona z podstawowymi prawami fizyki, lecz to ciężko było zauważyć gdyż stała. Po prostu stała, czekając na cios, uśmiech, odpowiedź lub zignorowanie. Spokojna, pogodzona z własnym losem i gotowa nie dziwić się temu co przyniesie. Nie przedstawiła się dalej, niepomna zasad wychowania, milknąc w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Pręt zwieńczony był prowizorycznie umocowanym, odwróconym siodełkiem kościanego sklepienia dziecięcej czaszki. Widać było, że czegoś im brakowało.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Gość on 24/4/2018, 15:44
Miarowy oddech wbija się w rytm tego miejsca; nigdy niewykonanych tchnień, które ugrzęzły tamtym w gardłach a teraz leżą zapomniane pod piaskiem. Pamięta, że zostawili ich ciała tak, jak upadły, jak je rozszarpano, jak pozwolono im dogorywać na piekącym słońcu z resztkami sił uciekającymi wraz z łzami. Też płakał. Był to jeden z tych momentów, w których zmęczone ciało kompulsywnie naciągało się, wyginało, drżało nad własną delikatnością. Wycieńczone mięśnie, karmione wszystkim tym, co obezwładnia i mami wszelką racjonalność, kuliły się do siebie jak u przerażonych stworzeń. Oczy zachodziły łzami nie tyle z przerażenia, co bezsilności. Mimo to, mimo tych  wszystkich małych śmierci, uśmiechał się nieprzytomnie, z nadzieją na niewyraźny, morderczy cień kryjący się w zaroślach. Pamięta układanie ich ciał w równych rzędach, ból poparzonego ciała, suchość na języku i w duszy. Wszystko to, czego Levi nie wspomina, a jedynie przywraca w pamięci,  jak żywe obrazy, wciąż i wciąż, analizuje cicho, cichuteńsko, skulony jak dziecko. Szlocha?
Jego klatka piersiowa zaczyna pulsować nerwową torturą. Widzi, że ta kulawa istota wije się, cierpi a on wraz z nią, tylko bezszelestnie, z palcami wszczepionymi w lewą pierś, z wrzaskiem wykrzyczanym kilka lat temu. Ale chwilę potem już jest pogodniej, już jaśniej robi się w głowie, choć słońce tylko skrawkiem pozostaje na horyzoncie. Przy przyjemnym bólu podobnym do nakłuć, wspomnienia ulatniają się jak małe igiełki. Nawet nie spostrzegł, że jego kolana dotknęły ziemi, zapewne osunęły się delikatnie, z prawą dłonią błądzącą po nagrzanej, kamiennej ścianie. Ciepło to powielane jest przez rozgorączkowane ciało szukające schronienia pod większymi zadaszeniami. Są to także ostatnie podrygi ciężkiego, pustynnego powietrza, które kotłuje się już nisko, niziutko przy ziemi. Omiata ich stopy, zapowiada chłodniejszą noc i łagodną wilgoć osiadającą na wysuszonych dłoniach.
Wraz z tą ulgą wypełnia go nadzwyczajny spokój. Niepodobny do żadnego innego. Łagodząca harmonia myśli prostuje słowa, które niczym lawina pędzą w jego głowie. Pozostaje delikatna pustka, miękka jak zdrowa, czysta sierść dawnych, domowych pupili. Ugładza ją spokojnym oddechem, lekko zdezorientowany, nadal z kolanami w piasku, z lewą dłonią wciąż wszczepioną we własne ciało.
Czuje jej obecność, jej aurę dziwnej i na swój sposób krępującej czystości, która nie współgra ze śmiałym wyglądem. Ten raczej wpisuje się w otoczenie: ziemiste, rdzawe kamienie nakrapiane ciemniejszymi plamami oraz wypaczone, częściowo fikuśnie wywinięte konary. Jakby wyrosła na tutejszej mogile, na trupach równiutko poukładanych pod jej stopami. Uśmiecha się? Nie, to tylko nikły cień wewnętrznego zadowolenia wplata się w jej oczy — figlarne i dziewczęce, kontrastujące z zapachem towarzyszącego jej kurzu. Próbuje określić jej wiek, ale ślizgające się po sylwetce spojrzenie wychwytuje jedynie światło bijące gdzieś z wewnątrz. Chciałby powiedzieć, że nieznośne, ale przynosi ulgę jego ciału.
Opiera skroń o  kamienną ścianę, ale tylko na krótką chwilę, prawie niezauważalny moment, w którym zbiera rozpierzchnięte siły. Ufa jej. Tą dziecięcą i głupią wiarą w legendy oraz baśnie. Nie czuje też pretensji Leviego, a i orientuje się, że ta forma jego ciała, zawsze ciążąca gdzieś w okolicach serca, zupełnie zniknęła. Zmartwiłby się, gdyby nie harmonia, której nie doświadczył od wielu lat. Podnosi się. Już pewniej, z dłońmi znajdującymi oparcie na udach.
— Nie on pierwszy na tych ziemiach — odpowiada gwałtownie, choć każdej kolejnej sylabie towarzyszy większy spokój; jego oczy skaczą z pogodnej twarzy kobiety ku ruchom schorowanej istoty. — Chyba nie oczekujesz, że mu pomogę?
Pytanie zawisa między nimi, bawi się jego emocjami, po czym rozpływa wokół ich sylwetek. Nie otrzymuje odpowiedzi a jedynie półuśmiech zamknięty pod wesołymi oczami, które zdaje się, że schowały w sobie wszelkie gwiazdy nieba. A te chmury, te chmury to tylko zasłona dla szpetnej kradzieży, którą kobieta popełniła. I śmieje się ona cicho, delikatnie unosząc ramiona, koniuszkiem palca dotykając kosmyka rudych włosów. Z jej policzków sypią się piegi i może to ten piasek wcale piaskiem nie jest, a właśnie porzuconymi znamionami, które niegdyś nosiło jej ciało.
Wzdycha. Mrok ogarnia pobliskie zakamarki, ale jest to ciemność przyjemna i pozszywana z okolicznych, jaśniejszych kamieni. To dziwne, że prócz myśli nie posiada w sobie silniejszych, wiążących emocji. Ani zdziwienia, które powinno towarzyszyć temu spotkaniu, ani też złości wynikającej ze stawianych mu oczekiwań. Jedynie klarowna analiza sytuacji, wzrok spleciony z tym jej i dziwne szarpnięcia w żołądku. Podobne do torsji, ale posiadające w sobie dawki drgającego niepokoju. Ciche warknięcie przeciska się przez jego zęby, gdy w końcu przełyka gulę zdenerwowania.
— Kurwa — komentuje wierzchem dłoni przeciągając po ustach i szybkim krokiem mijając jej osobę.
Nie odwraca się. Nawet wtedy gdy ramię kobiety prawie dotyka jego ciała. Dopiero teraz orientuje się, że wyjąca postać zniknęła. Zanurzona w gęstniejącej ciemności potoczyła się ku zakamarkom mu niedostępnym. Jedynie na moment przystaje, nieco zdezorientowany, by w końcu wzruszyć ramionami i wybrać okrężną drogę.
Idzie. Stopy zapadają się w ciężkim piasku, powrócił niepokój, podział emocji na dwoje, na jego i tamtego. Wspomnienia tłuką się po jego głowie, odbijają się echem o otoczenie, skrzeczą nieznośnie, pobolewają w mięśniach. Znajduje swoje miejsce, miskowatą ścianę i ten nieszczęsny kłębek futra oraz widocznej gehenny. Wokół jego chudej, dziwnej postaci roztacza się podobna aura do tej, którą prezentowała spotkana kobieta. Pociąga nosem. To dziwne, wspomnienie jej sylwetki wydaje się odległe, rozmyte gdzieś daleko w czasie. Pamięta, a pamięć ta przypomina odległą przeszłość, że uległ jej w niepodobny do siebie sposób. Raczej obojętny niż złowrogi, z gulą tamtejszych wydarzeń utkniętych w przełyku. Widzi ją. Jak opiera się po drugiej stronie kamiennego pierścienia i patrzy wyczekująco; spogląda na niego jak na zbłądzonego dzieciaka, którego musiała czule zaprowadzić do domu.
— Ty cholero — szepce, wzrokiem uciekając ku skulonej pomiędzy nimi postaci.
W końcu jednak ulega krokom, których niewykonanie mrowi w łydkach. Śpi? Automatycznie przygryza język, dla świadomości ciała i jako takiego jego poczucia. Gotowy do odwrotu, z dłonią zaciśniętą na niewielkiej kiścieni brzęczącej przy jego spodniach. Zatrzymuje się na kilka metrów od tej kupy schorowanych mięśni, nerwowo spogląda ku towarzyszce a ta stoi jak stała, wyprostowana i dumna, zawierająca wszystkie te skrajności, które dekoncentrują.
— Hej, ty! — zaczyna z dłonią zaciskającą się na drewnianym uchwycie; górne części ciała wychylają się do tyłu a twarz, mimo oczu skierowanych ku najmniejszym ruchom istoty, unosi się.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sabbath on 25/4/2018, 04:16
Na imię miał Pyrrus i nienawidził wszystkiego, czego nie rozumiał. Był rasistą, szowinistą, ksenofobem i hipokrytą, ale nie były to jego jedyne zalety. Oprócz nich miał także brzydki zwyczaj odcharkiwania flegmy wprost pod cudze nogi, zaczesywania rzadkich włosów kościanym grzebieniem jedynie w kierunku lewego ucha, sikania na cudzą własność i plucia za każdym razem, gdy artykułował beczące psalmy i rozkazy. Brzmiał bowiem Pyrrus niczym kozica w głębokiej przełęczy, urywając zdania i akcentując intensywnie wszelkie samogłoski, podniecając się swoim władczym tonem, aurą wymuszonego skurwysyństwa i posłuchem. Nosił starą, pożółkłą koszulę i proste, grube spodnie ze stanem prawie po pachy, jedynie w chłodniejsze dni okalając się dodatkowo derką z psiej skórki, przewiązaną w pasie długim, czarnym postronkiem. Derka miała krzywe wycięcie przez które wsuwał głowę i niebieski, marmurkowy deseń wyblakłej od słońca sierści, którego znalezieniem szczycił się jakby sam psa pokonał, a potem oskórował. W obyciu był gorszy niż plaga czarnej śmierci, ale nie przeszkadzało mu to bynajmniej w jego pracy. Nic mu nie przeszkadzało, bo i tak jej nie lubił.
Zwykł Pyrrus mawiać, że świat ogarnia pożoga brudu, zepsucia i kurestwa, waląc w tym samym czasie po prętach niskiej, skutej z metalowych prętów skrzyni, z wnętrza której dało się posłyszeć świszczący, złowieszczy possssyk wieńczący wulgarne przekleństwo. Wężowaci byli jego ulubionymi ofiarami, gdyż zwykle trzymano ich lepiej chronionych, przywiązanych, obciążonych i napojonych narkotykiem aż po koniuszki uszu. Byli bardziej spolegliwi, nie gryźli i nigdy nie widział ich paskudnych mord, a i oni nie widząc że nadchodzi nie sikali pod siebie ze strachu i zdenerwowania. Szczególnym uczuciem darzył jedną smarkulę, pochwyconą po drugiej stronie murów jakieś dwa, może pięć lat wcześniej. Była niska, miała chude łydki, długie ręce i krzywe kolana, ale jej łuski opalizowały niczym ulane na czerń asfaltu paliwo, przyciągając wzrok w każdy słoneczny dzień. Dziewucha żyła z workiem na głowie, skuta ciężkim ołowiem, z połamanymi kośćmi śródstopia i obciętymi piętami. Poza swoją skrzynią, w pierścieniu obroży grubym, podwójnym łańcuchem przywiązanym do głęboko wkopanego haka na środku obozowiska. Wchodziła do niej jedynie podczas przenosin, ale i wtedy na góra trzy, czy cztery dni. Pyrrus wyobrażał sobie, jak zjawiskowo będą wyglądać łuskowate, tęczowe rękawy, które przyszyje kościaną igłą i sznurkiem do swojej pięknej, marmurkowej derki. Niech no tylko przestaną za nią płacić. Pod nosem zwykł nucić specjalnie skleconą dla smarkuli piosneczkę, uważając za bardzo zabawne użycie słowa „pogłaskać”, gdy tak naprawdę miał na myśli coś zupełnie innego.
”Niee znasz ni dnia, ani jeego pory,
ucichną moneety, nie brzdęknie ni grosz.
A wtedy ja przyjdę i ujrzysz bucioory,
nie waż się płakać, taki, hee, Twój los.

Podniosę Cieeeee, więc wstań psie i uciekaj,
pieeszczotą noża tryśnie krew plugawa.
Pogłaszczę Ciee, obedree, zjeem, no już - nie zwlekaj,
Brzydko umieraj, taka, heee, zabawa.”
Pyrrus był niemiły, pachniał niemytym ciałem, oślim uporem, byczą siłą i zacięciem, z jakim wraz z innymi kozicami powinien pokonywać praktycznie pionowe ściany Smoczej Góry. W słoneczne dni przewiązywał ogorzałą, zarośniętą mordę kraciastą chustą, którą mocował na głowie pierścieniem białych, powyginanych badyli, sprawiając że dookoła niego rosła śnieżna aureola. Wieczorami, na kilka chwil przed otwarciem cyrku sam wybierał swoje zabawki, dobywając długiego brzeszczotu wpasowanego w kościaną rękojeść i bez ostrzeżenia kopiąc w pręty, by poderwać posiniaczone ciała ze stanu krótkotrwałego letargu.

Lavi nadszedł z złym momencie, od złej strony, ze złym, wyczuwalnym napięciem. Wciśnięty w ziemię łeb piszczał cichutko, gryząc piach, mieląc między zębami czerwony kwarc, rozcierając językiem o podniebienie całą słoność, jaką ten zawierał. Napięty kark drżał ponad cielskiem, górując galaretą roztańczonej kryzy futra, której kolor ginął, tonął w rychło ciemniejącym otoczeniu. Zimno jeszcze nie nadchodziło, pozostawiając całej trójce czas na zmianę swojego zdania, odwrócenie się i ucieczkę do ciepłej pieczary, gdzie wąskie korytarze blokują pęd powietrza, spowijając wnętrze ospałą, słodką stęchlizną i wilgocią. On czekał. Woń preparowanego maku przebijała się nieśmiało, spolegliwa wobec dominacji stygnących skrzeplin, głupiego heroizmu i mężczyzny. Głuchy, gardłowy bulgot wyrwał się z trzewi, w ustach mianując się warkotem i złowrogim pomrukiem. Oczy zabłysły. Zbolała, chora żółć ślepi na przekrwionych białkach ginęła pod rozpękającą czarną dziurą źrenic adaptujących się do mroku. Obnażył kły – przeżarty kurkumą różaniec ostrych zębisk rozciągnął się, wpuszczając pomiędzy siebie śliski od śliny jęzor podążający za górną, uniesioną wargą. Zły ruch. Broń... On już to widział. Garbowany brzeszczotem kark uginał się, kwitnąc maślaną breją krwi i rozdartej skóry. Zjeżył się, rozstawiając łapy i głębokim pokłonem poprzedzając dźwignięcie się do pionu. Urósł, spęczniał, wdrapując się na palce i chwiejąc niczym chorągiew na maszcie. Milczał, ale jedynie przez chwilę, przebijając pancerz ubrań, skóry i mięsa, docierając do żeber, do serca, do duszy, która choć milcząca, zdawała się krzyczeć wraz z jego. Zły ruch. Kiścień odbiła promienie słoneczne, atakując jeszcze nim została prawidłowo dobyta. Sabbath szarpnął się, rycząc opętanie i rodząc powałę, gdy ciężko opadł na pałąk napiętych łap. Mogło to zabrzmieć jak „nigdy więcej”, jak „mam dosyć”, jak „odejdź”, jednak zabrzmiało jak bezmyślny ryk zwierzęcia. Zwierzęcia opętanego demonem bez imienia, o kraciastych ustach i białej aureoli. Nie podniósł się znowu; ledwie przesunięty o dwie stopy w lewo mrużył fałdę powiek. Mocne, spięte uda odbiły się od podłoża, w niezgrabnym, powolnym tańcu ruszając impetem opadającej gwiazdy wprost na niego. Nie, nigdy więcej. Mamo. Wracam. Mamo, to boli.
A ona stała, gotowa na wszystko, pogodzona, nieporuszona. Wpatrzona w zmiany na twarzy, w zmarszczki na czole i zwężające się źrenice. W kiścień, W mężczyznę i przerażone zwierzę, panicznie szukające zapomnienia. W kości i łańcuch pod ich ciałami. W puste oczodoły o spękanym obrysie rozbryzgujące się w pół pod naciskiem łapy. We własne, zaciśnięte na pręcie dłonie. Zapach maku wzmógł się – wiosna docierała także na jej tereny.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Gość on 30/4/2018, 23:12
Woń maku panoszy się wokół ich sylwetek, sięga nozdrzy, gdy dłoń Laviego chwyta kiścieni. Już nawet zdziwienie znika z jego twarzy, brwi zwężają się, zastyga wraz z gardłowym pomrukiem rosnącej przed nim bestii. Nogi zapierają się o sypki piasek, szukają twardego podłoża, mocno osadzonej w zaspie pozycji, bo sylwetka jego, tak zazwyczaj dbająca o najmniejsze ruchy, truchleje. Nie wie, czy to ten zapach, czy strach skłębiony w nieposkromionej złości tej tutaj, futrzastej istoty, ale ciało jego drży tak, jak rażone nagłą, ale przewlekłą chorobą. Mimo to zaciska palce na broni, do bólu, do zbielenia skóry. Brak kontroli nad ruchami wywołuje w nim dławiący niepokój, choć dla podbudowania własnej pewności, uśmiecha się nieznacznie. Podbródek ciąży ku dołowi, chroni szyję, ale oczy wzbijają się w powietrze, wraz z tą zniekształconą sylwetką. Wymordowany, kolejny. Pokraczne kończyny, śmierć wetkana między kolejne fale krzyków, łapska, które zapewne rozerwały niejedno życie. I to niezrozumienie sytuacji wpisane w żółte ślepia.
— No to chodź, chłopcze! — Krzyczy w końcu głosem podobnym do tego wyrwanego z uciążliwej chrypy.
Wyrywa kiścień z rzepu, przenosi ciężar ciała na tylne stopy i nagle, jakby wcześniejsza stagnacja miała na celu przyzwyczajenie nóg do piaszczystego terenu, odskakuje na prawą stronę. Broń z długim, zawiniętym wcześniej łańcuchem, zakończona trzema metalowymi, niewielkimi kulami z wypustkami, podąża za jego ruchem, zdaje się śmiać tak, jak on będzie przy pierwszych kroplach krwi. Na ten moment to tylko niezobowiązujący uśmiech, pogarda wciśnięta między wargi i zirytowanie widoczne w chęci skończenia tej farsy. I już zaczepy sięgają obcego ciała, tak jak jego dłuższe pazury oraz wściekłość schowana pod sierścią. Już nie wie, czy to on pada ofiarą tępej zabawy, czy wcześniej dziecięca naiwność przejęła nad nim kontrolę. Obiecuje sobie, że zabije tę sukę, te parszywe loki splami krwią Wynaturzenia, które przed nim stanęło. A potem, kiedy jej uśmiech z wolna zastygał będzie na twarzy, pozwoli jej zapłakać. Bo głupio zrobiłam, powie kobieta, głupio, ściągając cię tutaj, bez powodu, dla własnej rozrywki.
Smak maku niemal materializuje się wokół tej dwójki schowanej we mgle odurzającego zapachu. Wydaje się, że woń przybiera postać lepkiej, lekko oleistej cieczy o żółtobrązowym zabarwieniu. Ma słodki smak, który rozpływa się na ich językach, ciąży na ciele, przyjemnie rozleniwia. Narkotyk działa usypiająco i nim którykolwiek sięgnie krzywdą tego drugiego, upadają z cichym łoskotem. Piasek układa się pod ich ciałami, oni leżą tak, chyba niewinnie, z chęcią mordu rozpływającą się w drobnych kamyczkach, w historii gdzieś pod nimi zapisanej. Cichy, urywany śmiech, charakteryzujący się niską, przyjemną barwą dźwięku wkrada się do ich uszu a oni drgają niespokojnie.
Przyjemny, ciepły dzień z rozbawieniem kotłującym się nad jego głową. Słońce grzeje powieki, fragment szczęki i policzka. Czule pieści go nagrzany piasek. Nie czuje bólu, zmęczenia, myśli, które zazwyczaj biegną w dwóch różnych kierunkach. Oddycha głęboko, spokojnie, jakby już tak na zawsze mógł zostać w ten pozycji, z jednym bokiem wciśniętym w podłoże, z rozleniwieniem dbającym o mięśnie. Wyciąga się wraz z powolnym unoszeniem powiek, z niejasnym wrażeniem, że śni, że to ciepło nie może być ciepłem realnym. Budzi się.
Na jego twarzy mozaika cieni i promieni słonecznych. Podnosi górne partie ciała, znajduje oparcie w dłoniach. Jest nadzwyczaj lekki, choć lekkie wydaje się i wszystko wokół. Wrażenie utkania wszelkich rzeczy wokół z pianki mija się z ich strukturą. Sięga pobliskiego drzewa, wysokiej palmy, jej kłodziny, która delikatnie zwęża się na samym końcu. Jest twarda, realna, znacząca palce odpowiednią chropowatością. Rozbudza go delikatne zaniepokojenie, które nie wynika z sytuacji. Ta wydaje się naturalna, tyle że jego ciało nie boli, po plecach nie spływają stróżki krwi, a i wielkie, zdeformowane ciało, które przed momentem na niego napierało, zginęło. Wraz z tym wspomnieniem jego skroń zaczyna pulsować, delikatnie, utraconą historię przedstawiając w formie przyjemnej bajki. I już wie, i już sięga broni, którą, jak się okazuje, stracił.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sabbath on 1/5/2018, 16:54
Ciepłe, skotłowane powietrze przeciął gardłowy pomruk wyrywający spomiędzy zębisk donośne, warkliwe obwieszczenie. Sabbath natarł, rozwierając pysk w kierunku wykrzywionej w dziwnym grymasie twarzy, szczerząc szpaler zaostrzonych szpil niczym upiorną, kościaną wystawę. Dolna warga odchyliła się, eksponując dodatkowo pokaźnych już rozmiarów szable. Silne uda odepchnęły cielsko w jego kierunku, odbijając się od piasku by w jednym, mocnym susie doskoczyć dokładnie w to miejsce, gdzie Lavi jeszcze przed chwilą napinał się cały i dygotał. Nie planował tego, nie kalkulował. Działał instynktownie, tnąc na wprost niczym słuszny gniew, niczym oniemiała ze zgrozy furia zamknięta tuż naprzeciw jej ukierunkowania. Zagrzmiał ze złością, agresywnie, lecz ciężko i zbyt wolno obracając w jego kierunku. Zatopione w ciepłej sypkości łapy niezbornie prześlizgnęły się na zewnętrzną, gdy w drugiej próbie zasadzał się na nieznajomego, warcząc i rycząc wciąż ten sam hymn, podnosząc pieśń ludu spętanego, któremu poczucie ledwie odzyskanej wolności zaczynało już uderzać do głowy. Nie godził się na to, głośno wykrzykiwał sprzeciw, falując gęstwiną ciemniejącego futra na ciepłym powiewie, targającym złotymi lokami tuż nieopodal. Gruby materiał zafurkotał cicho tuż ponad kolanami, gdy przesunęła się ku dwóm bestiom nacierającym na siebie w próbie uratowania własnych, nędznych żywotów.
Nawet nie drgnęła gdy wprawiona w ruch kiścień ograniczoną parabolą wzniosła się i runęła wprost na prawy bok Sabbatha. Podniecona tym widokiem wlepiała jaśniejące, coraz szerzej otwarte oczy podziwiając pokaz agresji uwalnianej wezbranymi falami pomimo względnej kontroli nakładanej na  czyny i gesty. Stwór załkał piskliwie, wycofując się o krok niczym cyrkowy lew pod naporem krzesła i bata. Wykrzywił pysk w parodii ludzkiego zniecierpliwienia i zaskoczenia. Nie spodziewał się tego ataku. Nie z tej strony, nie teraz, nie tak. Dźgnięty brzeszczotem odpowiedziałby mechanicznie, bez namysłu, bez kontemplacji tego co nastąpiło. Zdusiłby w sobie marsz brzydkich przekleństw, wzmagając opór mięśni i napierając dalej. Łapami przeczesywałby sobie drogę z przeszkód, zębami dobierał się do słodkiego, ciepłego środka. Znałby doskonale ten mechanizm, nigdy nie ustawiał się pod słońce. Giąłby się w uniżonych pokłonach, zmuszając go do mocniejszego wygięcia ręki, głębszego rozkurczu i ucieczki. Szarpałby bez opamiętania walcząc z demonem siedzącym w jego wnętrzu, płaczliwie, cienko szczebioczącym mu o własnej ułomności. Bał się przeraźliwie. Wdychał ciepłe powietrze, jednak wypuszczał już tylko parujący lęk osadzający się na wąskich wargach spierzchniętym strupem. Przetoczył po nich koniuszkiem nabrzmiałego jęzora, zlizując zeń kurz, brud i słonawe krople potu nachodzące z wciąż ludzkiej tkanki na barierę krótkiej, sztywnej sierści pyska. Chociaż w jego głowie minęły tygodnie, zawahanie trwało nie dłużej niż kilka odrętwiałych sekund, podczas których podjął decyzję o mężnym sprzeciwieniu się despotyzmowi nowego tyrana. Warknął niezdarny, nieartykułowany już sprzeciw i naparł ponownie, wrzynając poduszki łapy w miękką ciepłotę i odbijając się praktycznie z miejsca – ociężale, niewygodnie, lecz celnie. Krótki dystans działał na jego korzyść. Wciąż miał nieznajomego w polu rażenia pazurów i postanowił to wykorzystać, zarzucając wściekle łapą tak samo jak i on swoją bronią. Krótki świst przeszył pełne już westchnień i sapnięć powietrze, furkocząc ciężkim metalem, skórą i mocnym, sztywnym drewnem. Oczami wyobraźni już widział kły zatapiające się w na pozór miękkiej, ludzkiej skórze. Poznaczona gorejącymi na tle mlecznej prawie bieli plamami zdawała się zbyt mocno naciągnięta na kościec, p r o s z ą c a się o rozsunięcie, delikatne poluzowanie i odpoczynek od zbierania wszystkiego w chudą, ponurą całość. Sabbath wierzgnął łbem w kierunku cudaka, wyciągając ku niemu szyję i co śmielej rozwierając paszczękę, błyszcząc w promieniach słonecznych mocnym, wciąż zdrowym uzębieniem. Oczami wyobraźni kulił się też, głęboko w sobie czując przeszywające impulsy wypustek orzących mu wierzchnią okrywę, ingerujących w ciągłość skóry.
Nie zauważał przy tym słodkiego zaklęcia wyszeptanego z przejęciem prost w zaciśniętą piąstkę, rozlewającą się po ciele słonecznym promieniem trzeźwego upojenia i konsensusu. Bał się jak zwierzę zamknięte w klatce, zaszczute, traktowane z największego uznania wypaczeniem. Jednak nie mógł nic z tym zrobić, niezgrabnie padając wprost na ciepły piasek, bezradnie ryjąc w nim łapami i pyskiem, łapiąc pomiędzy niego moc czerwonawego kwarcu i utoczonych drobinek świeżej krwi. Nie wiedział tylko czyjej. Smakowała ziemią.
Śmiech. Perlisty, niczym utkany z kryształowego dzwonka smaganego szklanym bacikiem. Trzepot piórek ściągniętych u pasa niewidoczną, drobną kokardką opadającą na lewe, kształtne biodro. Mokra sensacja przełożenia nagrzanego pręta z jednej dłoni do drugiej, gdy wolnym krokiem wybiła się z wcześniejszego miejsca i przepłynęła tuż ponad nimi, racząc ich plecy prawie nieodczuwalnym, nierealnym naciskiem. Ważyła tyle to dobrze odżywiona mysz, zupełnie ignorując przy tym ciężar ubioru i wszelakich dodatków. Naga stopa wsunęła się w kłębowisko sierści na karku nienachalnie, nie krzywdząc, lecz sprawiając mentalny dyskomfort. Sabbath cicho westchnął, wzmagając to w krótki, ledwie sekundowy popisk skrzywdzonego szczeniaka. Gładzony pod włos wyprężonymi palcami bez udziału własnej woli zwarł powieki i zapomniał.

Słońce zatańczyło na jego nosie gdy poderwał się z ziemi, zarzucając łbem na lewo i prawo, tworząc kurtynę opadającego piasku. Zdezorientowany wyczołgał się z wykrotu wspierając łapy o grube korzenie powalonej palmy, wciąż zaskakująco żywej i kolorowej. Zmęczenie odstąpiło, czyniąc go lżejszym i zwinniejszym, pozwalając podskoczyć kilka cali i dźwignąć się w całości na lejkowatą płaszczyznę zwężającą się nieco zbyt lewostronnie w kierunku niewielkiego, mętnego wodnego zbiornika. Nachylające się ku niemu drzewa spuszczały długie liście, strosząc strzelisty pokrój kłodziny na kształt nieforemnej korony. Było tu o kilka stopni chłodniej niż pomiędzy skałkami, zaś lekki, dziwny powiew wiatru przyjemnie mierzwił końcówki włosków na grzbiecie. Wydawało mu się że jest tu sam, jednak od samego początku nieprzyjemne uczucie nie opuszczało dna jego żołądka, ciężką gulą sunąc pod prąd przez cały jego układ pokarmowy. Zacisnął mocno szczęki by nie wypuścić przez nie niczego niepożądanego i dopiero wtedy poczuł na sobie dodatkowy ciężar. Relikt starych czasów, prawdopodobnie jeden z niewielu, którym udało się uniknąć pogrzebania pod gęstą pierzyną piachu i wspomnień, obsadzony rdzą niczym aplikacją z drogich kamieni obciążał mu kark i giął łeb w nieintencjonalnym, ściętym pokłonie. Solidny kaganiec skuty z siatki mocnych, żelaznych prętów ograniczał swobodę ruchów, zaś trzy, grube skórzane pasy przecinające mu łeb nieprzyjemnie utrzymywały to wszystko w kupie. Ciężka klamra gdzieś za uszami powoli nagrzewała się od słonecznych promieni. Wierzgnął, próbując strącić ustrojstwo z siebie. Wyeksponował zęby, przetarł je końcówką jęzora i naparł na pień pierwszej palmy, trąc kagańcem w nadziei, że ten popuści. W raju panowały pewne zasady, zaś jedna z nich głosiła, że powinno być tu bezpiecznie.
Wtedy też dostrzegł ją po raz pierwszy. Lekki chlupot wody gdzieś po drugiej stronie zbiornika towarzyszył figlarnemu chichotowi kryształowego dzwonka. Mokre loki ściągnęła dłońmi na jedną stronę twarzy, odsłaniając piegowate ramię nieśmiało wyglądające spod wciąż obecnej sukienki. Przemoczony materiał, chociaż gruby, doskonale pokazywał to co także i zasłaniał, przyklejając się do ciała niby druga skóra. Zarówno klatka, jak i Pyrrus, czy zakorzeniony w nim lęk z przeszłości odpłynęły, dając mu możliwość trzeźwej oceny sytuacji, dlatego nie poruszył się ani o milimetr, zastygając z pyskiem wciskanym w palmę i wzrokiem utkwionym w jej sylwetce. Wychodziła z wody, schłodzona, odświeżona, lecz wcale nie czystsza niż jeszcze chwilę temu. Mokry materiał przyklejał jej się do piersi, brzucha, bioder i ud, ciężką kurtyną opadając na ciało. Wzdrygnął się uczuwając słodki, otępiający zapach maku, którego posmak wciąż cienko kładł się na wardze, odrętwiałej i niemiłosiernie suchej. Chciało mu się pić.
Lękliwie zawołał w jej kierunku, jednak z jego gardzieli wyrwał się jedynie stłumiony, niedźwiedzi ryk.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Gość on 10/5/2018, 17:56
Sceneria jest całkiem nierealna, jakby wtłoczona w jego głowę mglistym wspomnieniem. Otoczenie sprawia wrażenie znajomego, choć nie na tyle, by mógł odurzyć się wróconą ku niemu historią. Jedynie te powyginane ku ziemi palmy, między nimi schowana jako taka żywotność oraz przyjemna radość życia sprawiają, że wszelkie stworzenia popadłyby tutaj w stan sielskiego niedowierzania. Jakby zwrócono im stracone chwile w dobrobycie; choć tym najniższych lotów, to nadal będące skrawkiem tego wymarzonego Edenu.
„Eden”, myśli albo i mamrocze niewyraźnie, bo jego usta poruszają się delikatnie, chłoną przyjemne, rześkie powietrze. Jest jak te stworzenia, choć zamiast niedowierzania, rodzi się w nim nieufność spleciona z chciwą ciekawością. Jednocześnie wie, że został sam. Jego utulony w smutku brat zasypia gdzieś nad jego sercem, przyklejony do szybko bijącego mięśnia, przy aorcie, którą obejmuje z czułością; stara się utrzymać go przy życiu, daje znać o swej chwilowej niemożności. Chowa się i jego ciału towarzyszy wolne unoszenie klatki piersiowej. Już śpi.
Został więc sam.
Tkwi w przekonaniu o udawanej boskości tego miejsca. Jest pewien, że to iluzja, że takie utopie nie istnieją. Nie tutaj, gdzie słońce wyżera z ciał ostatnie ludzkie pierwiastki, gdzie życiom wciąż towarzyszy nieprzerwana trwoga, znieczulenie i pierwotne instynkty. Wypuszcza ze świstem powietrze i podchodzi do wysokiej kładziny. Dotyka jej nierównej powierzchni, spogląda ku rozłożystym liściom. To życie, którego tak dawno nie czuł pod swoimi palcami, mruży jego powieki, rozwiera usta i wlewa w jego skórę nieopisaną melancholię. A melancholia ta jest tak nieprawdopodobna, że aż przeraża. Przywraca światu chłopca o strachu rozsianym w oczach. Wspomnienia już tak dawno odrzucone, a może i schowane w zdarzeniach minionych, oddanych, nieswoich. Bo przecież wtedy, w tym laboratorium, gdy płomienie sięgały jego twarzy, bioder, całej tej kruchej egzystencji, wtedy poprzysiągł sobie, że już tam nigdy nie wróci. Myślą czy ciałem, nie wróci, bo wie, że jego ciało rozerwałoby się w spazmach tej niepamięci, fragmentów niechcianej historii, które oślepiłyby go jak błyski fleszy. Mimo wszystko teraz stoi oniemiały, jak dziecko, któremu zwraca się zabawkę. Jego oczy szklą się w sztucznym słońcu, na tym sztucznym piasku, z paznokciami wbijającymi się w pień palmy. Palce bieleją od nacisku, czuje ból na ich opuszkach, aż w końcu brud, naruszona skóra budzą go z amoku, dłoń chwyta mokrego policzka a on odskakuje od palmy.
Posmak mdłej, oleistej, choć niematerialnej cieczy wciąż ciąży na jego ustach. Jego ciału towarzyszą szarpiące się ze sobą emocje, tym razem niemożliwe do sprecyzowania. Jednak rwą go od środka, kawałek po kawałku, gdy tak idzie z bólem zapisanym w grymasie twarzy. Jego stopy kluczą między twardymi skałami, gdzieniegdzie lżejszym podłożem usypanym z miękkiego piasku. Oddycha płytko, opiera się o głazy, własne uda, próbuje rozmasować emocje pod klatką piersiową. Kiedy poddaje się, z wycieńczenia padając pod jednym z rozłożystych krzewów, wie, że ból ten nie jest przypadkowy. Że już kiedyś mu towarzyszył, a teraz podziela go ze stworem, któremu nadal chciałby wcisnąć kiścień między żebra. Tą niestety mu odebrano w zamian za próbę wpojenia fałszywego współczucia. Unosi spojrzenie.
Był już tutaj. Dawno temu. W jednym z tych wspomnień, które poszarpał i wyrzucił. Widzi i jego i ją; Wymordowanego po drugiej stronie stojącej wody, ją na brzegu, piękną, skrzącą się w upalnym słońcu. To morduje jego ciało, rozgrzewa skórę, wciska się pod mięśnie. W końcu cichy jęk rozpuszcza w parnej mgle. Nie wie, kiedy opadł na plecy, później na bok, z oddechem osiadającym na nagrzanej ziemi.
Pyrrus błądzi wokoło ciała poobijanego chłopaka, umęczonego w nocy, dzisiejszego ranka niemal dobitego, ku przestrodze. Ma na sobie zwiewne, całkiem eleganckie jak na okoliczności, ubranie. Na brzuchu opina się cienka koszula, która rozpięta pod szyją prezentuje niewielkie skrawki potu schowane pod fałdą skóry. Z niedogolonej brody leci jedna, słona kropla; opada ona na chłopięce barki. Znój mężczyzny odciska się w śladach, które pozostawiają ciężkie kroki w mocnym, kaczym chodzie. Skończył swe oględziny, pozostawił parę szram, zdławił rewolucyjną naturę. Pozwolił krwi kotłować się w jego gardle, krztusić kolejne słowa. Lepka ślina wraz z całą trwogą spływa po jego wardze. I tym razem nie dał rady.
Skulony otwiera powieki. Gwałtownie podnosi się z ziemi, by niedowierzanie mogło przelać się na całe ciało. Jego dłonie drżą, choć sam nie wie dlaczego. Wyciąga je przed siebie, wolno i ostrożnie. Ogląda chwiejące się palce, strach dogorywający za paznokciami. Natłok emocji uleciał z niego w jednym, zauważalnym momencie. Jakby te drgawki dały upust mirażowi uczuć i niewysłowionej trwogi.
Głęboki, niedźwiedzi ryk roznosi się po okolicy a w jego krwi rodzi się nieopisana złość. Wpierw delikatnie kiełkuje, jest niewinna. Ale wystarczą silne ruchy napiętych łydek, stóp zsuwających się z ubitego wzniesienia, by jego ciało nabrało prędkości. Wraz z nią wzrasta wściekłość za, sam nie wie za co, wie jedynie, że nie podobają mu się te palmy i ta woda, ta kurewska sytuacja bez krztyny racjonalizmu. Dopada więc jej ciała, jej mokrego ramienia, ale ona, jakby na to czekała, chwyta przegub jego nadgarstka. Delikatnie. Zaciska skromnie palce na chudej dłoni, zwraca ku niemu zdziwioną twarz, ale pozwala się dotknąć, mocno i bez lęku.
— Nie wiem, co do kurwy robisz, ale masz to skończyć — mówi szybko, ale nie atakuje; jedynie ciało ma napięte, wciskające się w wilgotny brzeg. — Słyszysz? Skończ!





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sabbath on 23/5/2018, 17:34
W rozbłysku ostrego światła widział jak ją dopada. Jak wciska chude, brudne palce w jej ramiona, a delikatne piegi chowają się w cieniu gniecionej skóry przed słońcem, przed nim, przed głośną furią jaką wykrzykiwał jej prosto w twarz. Był jednocześnie blady i czerwony, jakby złość mieszała się ze strachem w równych proporcjach, nie mogąc zdecydować się na odcień. Oblicze miała spokojne. Spodziewała się tego, bądź nie był jej przeszkodą, udręką, dyskomfortem ciasnej pętli i kropelek śliny rozbryzgiwanych spomiędzy zębów. Zakołysała się niczym tkanina szarpnięta falą. Jej wesołe oczy, teraz do połowy zakryte powiekami odszukały rozszalały, zagubiony wzrok, a pierś zafalowała jakby i w niej wzbierał się krzyk. Jednak nie wybuchła. Nie teraz. Nie ona. Łagodny, prawie prześmiewczy uśmiech zaginął w grymasie rozbawienia, gdy kąciki uniosły się eksponując obustronnie dołeczki. Zdawało się że tylko na to czekała, wreszcie spokojna że kolej rzeczy wróciła do naturalnego porządku.
- To nie ja. To wy. – Uniosła się na palcach i opadła, zagrzebując pięty w mokrym piasku. Krople wody lśniące na jej ciele niczym jasne perły zdobiły ją, ujmując prostoty jej sukience. Głaszczące ją promienie słoneczne nie omijały i jego, delikatnym muśnięciem grzejąc kark i brudne od piachu włosy. - Wy wszyscy – dodała po chwili, głębiej namyślając się nad sensem swoich słów. Czy powiedziała zbyt wiele? Zamilkła, wtulając skórę w jego coraz mocniejszy uścisk. Pewnie zabolało, jednak nie była jeszcze gotowa by zdradzić przed nim swą słabość. Nie teraz, gdy miał szansę zrozumieć, by pójść na zgubienie lub ocalić więcej niż samego siebie. Była miękka jak płatki kwiatów, ale jednocześnie twarda niczym kamień niewzruszenie doglądający ewolucji świata. - Męczy się – zauważyła ponownie, przechylając zainteresowanie w kierunku brodzącej ku nim bestii. Woda sięgała mu aż po wargi, wlewając się w gardziel gdy gubił oparcie w rozlazłym błocie. Ruszył ku nim pokonując otępienie, niezdecydowany jeszcze na to co powinien począć gdy już ich sięgnie. Istotnie się męczył, wyciągając pysk ponad zmąconą taflę, oddychając ciężko i młócąc łapami wodę. Co i rusz prychał, parskał i odkasływał, nie mogąc przełknąć wszystkiego co gubiło drogę w jego gardle. Topił się, zaraz odpychając się od dna i dryfując niczym powalona kłoda pomiędzy jednym, a drugim skurczem męczonych przeprawą mięśni. Był niespokojny jak i on, pobudzony i pełen sprzeczności, jednocześnie uciekając od tego miejsca i zagłębiając się w nie aż po koniuszki uniesionych uszu. Zaryczał, wysuwając grube pręty ponad zmąconą wodę.
Dla niego każde spotkanie nie było nowym rozdziałem tej samej książki. Nie zamykał strony, nie stawiał kropki, nie wznawiał historii jaką rozpoczął kilka stron wcześniej. Były to każdorazowo nowe woluminy, oprawione w jednakową skórę, bez tytułu na okładce, pogubione w nieładzie gdy tylko zamykał oczy i pomijane w rachunkach gdy tylko je otwierał. Potykał się o nie bezustannie, nieumyślnie nawiązując do wydarzeń jakich nie pamiętał i gubiąc wątek, jaki przeplatał z aktualnością. Twarz jaką widział gdy schodził pod wodę w niezgrabnym, foczym szaleństwie była mu obca i chociaż na końcu języka miał imię, nie potrafił go wymówić. Ogorzała twarz, szaro-niebieska sierść, szorstki od zarostu, podrapany podbródek pod mięsistymi, szeroko uśmiechniętymi wargami, brzydki zgorzel nad kolanem, wycinany przy ognisku wymoczonym w alkoholu nożem. Było tego dużo. Obrazy rozmywające się przed jego oczami wraz z celem, jaki chciał osiągnąć. Dwa ruchy łap, przeskok na zatopionych w wilgoci korzeniach, raz, raz, miękki, chłodny piasek tuż pod poduszkami, łaskotanie w łapę, ruch, byle do przodu. Wychynął z wody o kilka kroków od nich. Przemoczony, zimny, ciężki od wilgoci i spętany prętami kagańca nieporadnie otrzepał futro i zagrzebał łapy w piachu. Ona wciąż stała, on wciąż pulsował wzburzeniem, zaciskając palce i oczy, i zęby i mięśnie. Był jak ogień zamknięty w klatce, rozgorzały furią że ktoś ośmielił się go ograniczać. Palił, chociaż był jeszcze poza zasięgiem łap.
Skoczył ku nim, odpychając Laviego barkiem. Było jasno, zbyt jasno by stwierdzić, iż ona uśmiecha się jeszcze szerzej. Czekała i na to, spąsowiała od intymności, gdy ocierał się o jej uda i sukienkę zmierzwionym, mokrym futrem. On miał twarz Pyrrusa i ten wzrok, który życzył mu bolesnej, pełnej niewygód śmierci. To zacięcie, które nakazywało mu giąć kark i trzymać się blisko ziemi, by nie miał okazji sięgnąć brzucha i wyciągnąć poza jego wnętrze plujących krwią jelit. Nie lubił go, wciskając kaganiec w chudy brzuch i napierając, by wypchnąć go poza piasek, poza palmy, poza zasięg, którym mógłby pochwycić i ją. - Nie! – wyrwało się spomiędzy zębów gdy uświadomił sobie, że Lavi chce ją skrzywdzić. Nie pozwoli. Obroni. Nikogo nie będą już bili.
avatar





Sabbath
Zarażony
GODNOŚĆ :
Junichi 'Sabbath' Naoki


Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Gość on 23/6/2018, 15:55
Już czysta irytacja sięga gardła, bo niczym zmęczony rodzic, bez szans na wytłumaczenie własnego gniewu, dzierży jej ramię, przełyka ten mdły, miły uśmiech i wcale nie czuje drapiącej mięśnie furii. To czyste poddaństwo, bezradność oplatają gnące się ciało. A idź w cholerę, ty i twoje gierki, weź to chodzące męczeństwo ze sobą, te skołtunioną sierść o czterech nogach. Ma w dupie to, że się męczy, a już szczególnie wtedy, gdy ta czołgająca się gehenna o jasnych ślepiach i ryku zawieszonym pod nosem, jedynie prosi się o dobicie, o dłonie wciskające się w serce i rozszarpujące zniekształcony mięsień. Dziewczę nie uwodzi go wyglądem, nie wydaje się ponętne, bo ponętność ta już dawno zniknęła z tych ziem, z tego piasku, który pochłonął zbyt wiele żyć, by posiadać urok, dawniejszą piękność ukrytą w małych, pustynnych oazach.
Wkurwia się więc, ale jest to zdenerwowanie zmęczonego chłopca, który rozdrapał sobie kolano podczas zabawy w klasy. Kiedy z rozrysowanego kredą kwadratu przeskoczył w drugi, noga podwinęła się pod drugą i wystawiony został na osądzające spojrzenia, rozbawione uśmiechy, których ona była synonimem. I to jej zwierze marnie kładące kroki, jego ryk utkwiony ponad taflą wody. Może w końcu jest to pora na miłą śmierć, którą sam wybierze, poda rozedrganą dłoń, ale z drugiej strony wie, że tamten mu na to nie pozwoli. Że trwać będą jeszcze wiele miesięcy, nim złoży gnijące ciało do własnoręcznie wykopanej nory.
Jest on prostym człowiekiem. Bez skłaniania się ku fikcyjnym pogadankom, mentorskim rozmowom, które kobieta celowo uskutecznia. Białość jej skóry zlewa się z transparentnością zdań, które wypowiada z charakterystycznym dla siebie rozbawieniem. Gardzi nią bardziej, niż samym sobą. Gardzi jej ciepłą aurą, kwazi-filozoficznymi poradami będącymi jedynie przykrywką dla niezbyt wyszukanej musztry.
Metal wbija się w jego brzuch, ale jest to ucisk defensywny, wykorzystujący chwilowy szok oraz słabość ludzkich łydek, które nie potrafią znaleźć oparcia w sypkim piasku. Zwierzę jest silne na tyle, na ile rwie nim dziwna, kiełkująca dopiero agresja. Ewidentnie odciąga jego wścibskie dłonie od kobiecego ciała, pozostawia ją w odpowiedniej odległości, uśmiechniętą, na moment zwracająca głowę w kierunku ciepłego słońca. Nasłuchuje. Czego?
Dłonie zaciskają się na kagańcu, próbują odciągnąć jego pysk od wątłego ciała. Szamotanina trwa chwilę, choć przysiągłby, że sekudny przekształciły się w długie minuty. Upada. Wystający, ostry kamień wynurza się z piasku, kaleczy część lewej pięty, gdy popychane ciało nie potrafi odnaleźć równowagi. Ląduje na boku, z bolesnym sykiem naznaczającym język. Widocznie nie podejmuje nudnej walki. Chciałby jedynie zawalczyć o spokój i kontynuację swojej wędrówki.
— Kurwa, dajcie mi żyć — szepce z powietrzem wypuszczanym z płuc; dłonie wciąż zaciskają się na ciężkim kagańcu, gdy kolano ląduje pod szczęką tej zwierzęcej karykatury.
Uderza awanturniczo, choć nie mocno. Chce jedynie wysunąć się spod zdeformowanego cielska. Definitywnie ma dość. Gdy głowa istoty unosi się, on automatycznie siada, jedną z dłoni wciąż wciskając w metal.
— No już, odejdź, nic jej nie zrobię — mówi znudzony.
— Oho! — Radość aż obejmuje całą krainę, gdy długi palec kobiety wystrzeliwuje ku niebu. — Już są.
Ich spojrzenia momentalnie kierują się ku zadowolonej postaci towarzyszki. Jej piegom, które zdają się podskakiwać w rytm zbliżającej się, skocznej muzyki, asystuje usatysfakcjonowany błysk w oczach. Noga podryguje, małe dzwoneczki zawieszone nad kostką dźwięczą cichutko. Kaskada cichych śmiechów, choć podszytych trwogą, która niczym mgła zachodzi jego oczy, zbliża się ku tutejszej oazie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Stary szlak za grzęzawiskiem

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry