Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Go down


Tłumaczyła się mu, ale ledwie nadążał; plątanina słów, które wyrywały się spomiędzy jej ust, przywodziła na myśl bohomaz w zeszycie znudzonego ucznia — nie dało się tego ogarnąć, wyprostować i poukładać w coś dostatecznie zrozumiałego. Przez krótki moment po prostu stał, ze zwieszoną lewą ręką i prawą przytkniętą mocno do warg, aby przynajmniej częściowo zatamować krwawienie z nosa (i, przy okazji, zbyt mocno się nie ubrudzić).
Dopiero huczenie sowy go ocuciło. Sam drgnął, ale nim zdążył zrobić krok do tyłu, poczuł jak na przedramieniu zaciskają się palce, które mimowolnie zatrzymały go w miejscu. Chociaż mózg zarejestrował sytuację, Atasuke nie odsunął się od dziewczyny jak to miał w zwyczaju, jakby fakt, że znajdowali się poza ostrzałem cudzych spojrzeń pozwalał mu wreszcie na takie akty empatii.
— Tu-tutaj nie ma wilków, prawda?
Odetchnął przez usta.
Tylko niedźwiedzie — mruknął stłumionym przez dłoń nosem, ale ironiczna nuta nadała całej wypowiedzi dziwnej, luźnej nuty, zarezerwowanej tylko dla dwóch dobrze dogadujących się jednostek. Jasne spojrzenie przetoczyło się po plenerze, jakby naprawdę zamierzał sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu nie czają się cienie w kształcie dzikich zwierząt, ale tutaj, blisko ośrodka, nie było ich na pewno.
— Ja przepraszam... Herauchi-kun!
Wzrok ześlizgnął się z szumiących drzew i opadł prędko na Shiori. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego i w pierwszej sekundzie rejestr opcji wskazywał tylko jeden wariant: uciekaj. Byłoby to o tyle łatwiejsze, gdyby palce dziewczyny nie zakleszczał się wokół jego przedramienia jak para szponów.
— Okropnie krwawisz.
Tak — przyznał bez ogródek, zerkając teraz na swoją rękę, którą Shiori (jakby wyczuła, że to zauważył) gwałtownie puściła. Był to odruch kogoś, kto dowiedział się, że dotyka trędowatego i — nie daj Boże — mógł się przez to zarazić. Chłopak wykrzywił się lekko, odrzucając od siebie tę myśl. To nie on z ich dwójki był obleśny.
— … przyciśniesz rękaw.
Nie trzeba — włączył się nagle do jej monologu, na wszelki wypadek odwracając głowę nieco na bok. Wolał, żeby go już nie dotykała w ten bezsensowny, czuły sposób, jakby miała do tego prawo. — W głównym budynku powinna być apteczka.
Nie trwało to długo, gdy wyszli z lasu. Pod butami chrzęściła leśna ściółka, na niebie migotały gwiazdy. Było cicho, spokojnie, sennie. Atasuke szedł na przodzie, choć główny obiekt był już widoczny i dziewczyna nie potrzebowała instruktora. Wydawało się jednak, że Herauchi nie wyszedł jeszcze z roli przewodnika, choć intensywność jego pewności zmalała, kiedy dotarli przed drzwi.
Koszulka, jaką miał na sobie, zdążyła przesiąknąć tuż przy szyi od krwi, jaka ściekła mu spod ręki, prześlizgnęła się po ustach, brodzie i szyi i wreszcie została wchłonięta przez biały materiał. Czuł już lekkie zawroty głowy, poza tym zaczynał się irytować, że krwotok, jakiego się nabawił, wciąż nie ustał. Pchnąwszy drzwi do wewnątrz nie ujrzał żywej duszy, a to tylko dodatkowy punkt do listy minusów dzisiejszej nocy.
Hol był nieużywany, miejsce za ladą, które wcześniej zajmowała niezbyt urodziwa, mało zadbana sekretarka, witająca przybyłych znudzoną, odklepaną z każdej strony formułką, wiało wręcz przeraźliwą, mroczną pustką. Nawet światła się nie paliły. Chłopak zmrużył oczy, aby rozejrzeć się za kontaktem, ale zamiast tego ujrzał czerwoną plamę kilka metrów wgłąb korytarza po prawej stronie. Wskazał ją ruchem głowy.
To apteczka?




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Dziwne
To była pierwsza myśl, jaka przecięła umysł dziewczyny po przekroczeniu progu pomieszczenia. Nie było aż tak późno, a jednak nie zastali tutaj żywej duszy. Czy nie powinno być jakiegoś dyżurnego albo chociażby stróża? Kogokolwiek? Złapała się dłonią za jedno ramie, powoli rozglądając, trzymając zaskakująco blisko Atasuke. To było dziwne uczucie, ale przy nim miała wrażenie, że nic złego nie może się zdarzyć. Co prawda gdzieś podświadomość szeptała jej, że to tylko pozory i nic więcej, ale chciała chociaż przez chwilę nacieszyć się tym.
Mhm, na to wygląda. - skinęła głową przytakując i pospieszyła w stronę apteczki, chociaż w panujących ciemnościach do najłatwiejszych z pewnością to nie należało. Ale gdy tylko światło rozświetliło i rozegnało mrok, chwyciła za drzwiczki i pociągnęła je. Nie drgnęły.
Zamknięte! - obejrzała się na chłopaka, a przez jej twarz przemknął strach. Co teraz? No właśnie co teraz. Może rzeczywiście powinni udać się po kogoś dorosłego? Oni na pewno będą wiedzieli co robić, a już na pewno będą wiedzieli gdzie znajduje się klucz do apteczki.
Zmarszczyła brwi, a jej spojrzenie zrobiło się delikatnie ostrzejsze.
Nie.
Atasuke-kun, proszę, usiąść na ziemi i oprzyj się o ścianę. Zaraz wrócę. - poleciła mu, a następnie odwróciwszy się na pięcie, ruszyła pospiesznie, niemalże biegnąc, przed siebie, w głąb korytarza. O ile pamiętała, tuż za rogiem znajdowała się łazienka. Wbiegła do niej i od razu sięgnęła po papierowe ręczniki, które zaczęła namaczać zimną wodą. Miała nadzieję, że nim wróci do chłopaka, to ręczniki nie rozpadną się pomiędzy jej palcami.
Pochyl głowę. - powiedziała, gdy znalazła się przy nim. Nawet jeżeli wcześniej nie posłuchał jej i nie usiadł, złapała go lekko za potylicę i pochyliła do przodu, jednocześnie kładąc mokry i zimny papierowy na jego kark.
Masz, przyłóż to do nasady nosa. - podała mu resztę i odsunęła się od niego.
Klucz. Gdzie mogą trzymać klucz?
No tak. Niemalże nie klepnęła się w czoło. Lada.
Podbiegła do niej, ale w ostatniej chwili zatrzymała się. Czy to nie będzie złamaniem regulaminu? Szperanie w niedozwolonym miejscu? Zacisnęła usta w wąską linię, a potem przystąpiła do przeszukiwania szuflad.
Nie tu. Nie tu... nigdzie go nie m-- hm? - w jednej z ostatnich szuflad znajdował się mały, srebrny kluczyk z czerwoną wstążką. Czyżby...?
Wyprostowała się i podeszła do apteczki. Wsunęła kluczyk, przekręciła i... otworzyła drzwiczki.
Znalazłam! - krzyknęła do chłopaka. Zgarnęła z niej wszystko, co, jak jej się wydawało, mogło się przydać i podeszła do niego.
Zrobię ci opatrunek. - zaproponowała i nawet nie czekając na jego odpowiedź, przystąpiła do działania. Delikatnie zaczęła ścierać krew ze skóry, nie chcąc zadać mu więcej bólu, a potem sięgnęła po gazę i plaster.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


Nathair





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Nie do końca rozumiał jej strach, ale z drugiej strony — chyba w ogóle niezbyt potrafił ją pojąć. Nie był przecież umierający. Co prawda w głowie mu szumiało, jakby wewnątrz czaszki szalała jesienna zawierucha, ale nie słaniał się jeszcze na nogach na tyle, żeby nie wiedzieć którędy na górę. Poza tym to nie pierwszy krwotok w jego życiu, a patrząc na to, że na wyciecze pojawił się ten snob Hirotaka, na pewno nie ostatni. Do bójki dojdzie prędzej czy później, jeżeli nie wygra zawodów i nie wgniecie Kenshiro w glebę samym blaskiem chwały.
— Pochyl głowę.
Jej słowa zadziałały jak sprzeczny sygnał.
Sam to zrobię — rzucił nieugięcie, wyrywając jej z rąk rozklejające się w palcach sterty zmiękłych kawałków papieru, które faktycznie przycisnął sobie do karku. Kiedy przywarł tą przemoczoną papką do skóry, kilka lodowatych kropel pociekło wzdłuż kręgosłupa i wywołało dreszcze. Jeszcze nim zdążył na to zamarudzić, Shiori wpadła w kolejny wir. Jej nogi człapały w szybkim chodzie — chyba biegu? — po korytarzu, łaziła tu jakby bez celu. Zachowywała się jak opętana, która szaleje, bo nie dostrzega swojego celu, zbyt zamroczona, aby uprzytomnić sobie, że ten już dawno zwiał. Zresztą, sam Atasuke miał ochotę ulotnić się stąd jak najprędzej. Panujący tu mrok nie działał zbyt korzystnie na jego zszargane nerwy i w ciemnościach jego „towarzyszka” naprawdę wyglądała na niepoczytalną. Został tylko dlatego, że wyjście z budynku było równe tchórzostwu, a tym, czego Herauchi nie znosił najbardziej, to podkulania pod siebie ogona. Nie mógł tego zrobić. Nigdy więcej.
— Znalazłam!
Zastygły pod ścianą przyglądał się więc, jak spasła zjawa podlatuje do apteczki, a potem nagle odwraca się do niego i zmniejsza dystans jaki ich dzielił. Ciemnowłosy nie zarejestrował chwili, w której cofnął stopę i przywarł plecami do lodowatej, pionowej powierzchni — i bardzo dobrze, bo to także uznałby za oznakę strachu, którego nigdy by sobie nie wybaczył.
— Zrobię ci opatrunek.
Poczuł już dotyk gazy zmazujący szkarłat z kącika jego ust, w momencie, w którym cisnął w bok zmiętą papierową papkę — plusnęła o ziemię. Złapał wtedy Shiori za ramiona i przytrzymał mocno. Krew nie ciekła już tak gęsto; zdążyła się jednak przelać wystarczająco, aby zabrudzić brodę, szyję i podkoszulek chłopaka. Atasuke wydawał się jednak ostatnią osobą, która się tym przejmowała. Zaciskał boleśnie palce na dziewczynie i trzymał ją na odległość swoich, wyprostowanych w łokciach, ramion. Skrzyżował z nią spojrzenia — jego było zacięte i przytomne, mimo szumu liści w skroniach.
Uspokój się — wycedził przez zęby. — Działasz mi na nerwy.
A to nie pomaga — zdawał się mówić jego wzrok. W ogóle nie pomaga, jasne? To gotuje krew w żyłach.
Nikt nie każe ci się o mnie martwić — przypomniał, bezceremonialnie wprawiając ręce w ruch. Każdy na jego miejscu poddałby się zabiegowi — zrobiłby to przynajmniej dzięki dobremu wychowaniu. Ale Harauchi, zamiast potulnie przystać na dobrotliwość koleżanki, odepchnął ją do tyłu, wykrzywiając zakrwawione wargi. — Poradzę sobie sam. W porównaniu do twojej przyjaciółeczki, która zdycha z bólu, bo ty postanowiłaś zabawić się w ambulans. Nie uratujesz wszystkich. Jeśli chcesz pomóc jej — biegnij z tymi cholernymi tabletkami do pokoju i każ jej łyknąć co najmniej dwie. Albo pięć. Wszystko mi jedno. — Przywarł nagle wierzchem dłoni do twarzy, ścierając z niej wciąż ciepłą, półpłynną ciecz. Rozmazał ją pod nosem; ciemna smuga ciągnęła się aż na polik. — Jeżeli chcesz pomóc mnie, staw się na tych nieszczęsnych zawodach i rób co ci każę. Niczego więcej od ciebie nie chcę.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Niczym grzeczne dziecko, posłusznie odsunęła się od chłopaka, kiedy ten postanowił zaprezentować jej swój bunt odrzucając jej pomoc. Wiedziała, że nie ma jakichkolwiek szans z jego dumą, dlatego też nie ingerowała więcej w jego stan, ale to nie oznaczało, że zaraz podniesie się i go tutaj zostawi samego. Gdyby to zrobiła, nie byłaby sobą. Atasuke mógł nią pomiatać, wycierać nią podłogę ale ona i tak w ostateczności była gotowa mu pomóc jeżeli sytuacja rzeczywiście tego wymagałaby.
Spuściła na moment spojrzenie, jednocześnie zaciskając mocniej wargi nie chcąc już go bardziej drażnić słowami. W końcu robiła to samą swoją obecnością.
Zgadza się. Ale też nikt nie każe mi cię zostawić w takim stanie. - odparła wreszcie, próbując uważnie dobierać wszystkie słowa. Miała wrażenie, że zaczyna stąpać po naprawdę cienkim lodzie, który przy każdym jej ruchu coraz bardziej zaczyna pękać, i kwestią czasu było gdy wreszcie wpadnie do przeszywającej lodem wody.
Jestem pewna, że jeżeli jeszcze trochę poczeka, to nic jej nie będzie. W przeciwieństwie do ciebie. Nie zamierzam cię zostawić samego, tutaj, w tych ciemnościach, kiedy tak krwawisz. Jeszcze zemdlejesz i co wtedy? - mruknęła w taki sposób, jakby rzeczywiście chłopak lada moment miał się przekręcić i odpłynąć do innego świata, a jego nieprzytomne ciało leżałoby tutaj do samiutkiego rana, nim ktoś wreszcie zainteresowałby się jego zniknięciem i postanowił go szukać.
Nie uratuję wszystkich, do prawda. Ale nie wybaczyłabym sobie, jeżeli odwróciłabym się plecami do osoby, która na moich oczach krwawi albo która potrzebuje pomocy. Nikt nie jest w stanie uratować wszystkich. Nikt nie zbawi całego świata, ale może ratując i pomagając jednej jednostce w ten sposób zbawiamy czyiś świat? Bo każdy z nas jest całym światem dla kogoś. - zmrużyła nieco brwi, wreszcie unosząc spojrzenie, by na niego popatrzeć. Chcąc czy też nie, jej wzrok omiótł cały jego profil, zahaczając o dłonie, na których widniały już nieco wyblakłe siniaki, zdarta skóra czy lekko odznaczające się na skórze blizny.
Dlaczego tak bardzo nie chcesz przestać walczyć na ten krótki okres czasu? Przecież powiedziałam, że przyjdę, ale warunku nie zmienię. Przecież... przecież nic się nie stanie, jeżeli przestaniesz się bić na ten czas, a twoje ciało nieco się zregeneruje. - chciała jeszcze dodać, że wygląda na to, że tego potrzebuje, ale w ostatniej chwili zdążyła ugryźć się w język. Coś jej podpowiadało, żeby nie próbowała na siłę przekraczać niewidzialną barierę.
W każdym razie jak już się lepiej czujesz, to powinniśmy powoli wracać. Chyba że mam dla ciebie kogoś zawołać?




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


Nathair





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Zacisnął wargi, gotowy na dalsze protesty. Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego się nie odezwał, choć wiele słów ciskało mu się na usta. Wedle opinii statystycznych ludzi jej warunek faktycznie był prosty — na okres wycieczki sobie daruj, Herauchi. Tyle chyba potrafisz? A jednak stał tu przed nią, z krwią cieknącą z nosa i nadwyrężonymi nadgarstkami, w których nieustannie czuł pulsowanie bólu. Zastygał, kiedy ciało nieruchomiało i pojawiał się znowu przy najlżejszym ruchu dłoni.
Atasuke wykrzywił się jeszcze bardziej, atakowany jej słowami jak bezbronny jeniec schwytany przez żołnierza opozycji. Korciło, aby raz jeszcze przetrzeć miejsce tuż pod nosem, ale powstrzymał się. Chora godność nie pozwoliła mu okazać słabości.
Wyszedł, gdy tylko to zaproponowała. Bez słowa.

Nad ranem zjadł śniadanie w stołówce. Kashiro, w naturalnym dla siebie podnieceniu, relacjonował to, czego się dowiedział, podsłuchując kadrę nauczycielską.
— … przynajmniej prawdopodobnie. To najtrudniejsze z zadań i...
Atasuke odsunął od siebie tackę z do połowy zjedzonym daniem, które dawno wystygło. Nie mógł spać, ale to nie sprawiło, że czuł się słabszy. Od śmierci siostry rzadko przesypiał całe noce, a organizm przyzwyczaił się do niewielkiej ilości odpoczynku. Choć twarz chłopaka wydawała się bledsza niż zazwyczaj, krwotok ustał bardzo szybko. Nie kręciło mu się w głowie.
Przed zawodami zahaczył o pokój. Kashiro deptał mu po piętach, cały czas trajkocząc. Najwidoczniej nie zdawał sobie sprawy, że jego towarzysz znajdował się za ochronną barierą — przytakiwał co jakiś czas, ale nie wchłaniał wypowiadanych przez okularnika słów. Był zbyt zajęty własnymi myślami. Przebrał się w szkolny dres, a gdy zarzucił na ramiona bluzę, wskazówki zegara pokazały dziewiątą.

Jeden z nauczycieli — inicjator całych zawodów, wuefista z pokaźnym brzuszkiem i całą historią alkoholu wydrążoną na twarzy — stał na podeście i krzyczał zasady. Rozdano już szarfy w różnych kolorach, a uczniów podzielono na pięć drużyn. Czerwoną, niebieską, fioletową, żółtą i zieloną. Herauchi obwiązał szorstki materiał wokół nadgarstka, patrząc na niego jakoś tak tępo. Mimowolnie wyłapywał niektóre słowa pana Totomiego, ale daleko mu było do uważnego słuchacza.
— … ażdy z was dobiera się w pary, a każda drużyna składa się z trzech par! Zaczynacie o dziesiątej w losowych miejscach, oddalonych od siebie o kilkadziesiąt metrów. Trasy zostały wyznaczone indywidualnie dla każdej pary, choć kilka punktów przecina się ze sobą. Jeżeli utrzymacie równe tępo, możecie natrafić na swoich przeciwników! Wygrywa ten, kto pierwszy znajdzie się na szczycie. To bardzo łagodne góry, a poza tym...

Atasuke nie mógł jej znaleźć. Być może nieuważnie się rozglądał, ale jak mógłby nie dostrzec tego wielkiego cielska szarżującego w umówiony punkt? Stojąc pod drzewem, którego solidną, niską gałąź obwiązano materiałem w kolorze jagód, a o pień oparto drewnianą tabliczkę z liczbą 3 (liczbą ich pary), sondował uważnie teren, wsłuchując się jednocześnie w przestrzeń. Wyczulił wszystkie zmysły, próbując jednocześnie nie wpadać w panikę i złość. Zasady były banalnie proste, jak co roku. Grunt, aby znaleźć się na szczycie — cała wspinaczka zajmowała mu zwykle nie więcej niż trzy godziny, a od dwóch lat znajdował się w ścisłej czołówce zwycięzców. Docierał do mety jako pierwszy lub drugi. W każdym razie — mieścił się na podium.
Nie wątpił w mocny, energiczny chód Kashiro, który od niepamiętnych czasów zajmował się górskimi wspinaczkami, tym samym stanowiąc idealnego kompana w zawodach. Inne drużyny miały równie solidne składy, ale Atasuke nie obawiał się z ich strony szczególnych przeszkód. Problemem był tutaj Takahiro oraz, rzecz jasna, Shiori. Czy ona da w ogóle radę przejść wyznaczoną linię na mapie, nie zatrzymując się co parę kroków i nie sapiąc jak po przebiegnięciu całego maratonu? Na lekcjach wychowania fizycznego wydawała się całkiem zmobilizowana i odporna na zmęczenie, ale kto wie, jak zachowa się jej ciało, gdy będzie zmuszone nieustannie przeć pod górkę?
Miał nadzieję, że go nie wystawiła. Nie mógł jej wypatrzyć w tłumie oblegającym pana Totomiego, nie był więc pewien, czy znała w ogóle zasady i trasę. Posiadali oczywiście mapę — jej jedyny egzemplarz spoczywał w plecaku, który Herauchi zarzucił sobie na ramię, zostali też poinformowani o tym, gdzie znajdują się punkty początkowe. Co jednak z tego? Równie dobrze mogła nie przyjść.
Do jasnej cholery, gdzie jesteś? — zapytał w przestrzeń, a chwilę później leśną ciszę przeszył huk z pistoletu. Sygnał startu.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Do samego końca nie była przekonana, czy rzeczywiście powinna wziąć udział w przedstawieniu chłopaka. Przez cały czas z tyłu jego głowy pobrzmiewał cicho alarm, żeby tego nie robiła, że jego celem jest jedynie ośmieszenie jej przed wszystkimi. Ale ostatecznie udała się na miejsce "spotkania", w końcu dała słowo. Obiecała mu, a ona zawsze dotrzymywała słowa. Z duszą na ramieniu ruszyła w wyznaczone miejsce, chociaż z każdym kolejnym krokiem powtarzała sobie w głowie, że jest jeszcze czas na ucieczkę. Wystarczyło odwrócić ciało, skręcić w bok, zatrzymać się. Zrobić cokolwiek, by nie dotrzeć na miejscu.
Nawet nie zorientowała się, kiedy dotarła na miejsce. W tym samym momencie, w którym powietrzę przeszył huk wystrzału.
Przepraszam za spóźnienie, ale... już jestem. - powiedziała cicho, rozglądając się niepewnie dookoła, mając wrażenie, że wszystkie oczy są zwrócone na nią. Zapewne wszyscy, włącznie z nią, zastanawiali się "co ona tutaj do cholery robi? Nie pasuje do tych wszystkich wysportowanych osób. Zasapie się, nim zdołają pokonać pół kilometra". Zapewne mieli sporo racji.
To co dalej? - pytanie choć początkowo dość naiwne, miało w sobie ukrytą aluzję odnośnie jego poprzednich słów. Żeby zostawiła wszystko jemu. Żeby mu zaufała. Naiwnie postanowiła tak uczynić. Nie mogli jednak dłużej stać, dlatego też bez zbędnych słów ruszyła za nim, zaciskając jednocześnie dolną wargę. Byli ostatni, prawda? I tak nie mieli szans na wygraną. Czego oczekiwał więc? Co chciał udowodnić?
Zerknęła na jego profil, próbując cokolwiek z niego wyczytać. W tym momencie był jedną, wielką i zamkniętą księgą.
Obok nich przebiegła parka, która posłała jej jedynie lekko kpiący uśmiech. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, kiedy szybko zaczęli zostawiać ich w tyle.
Im dalej się poruszali, tym bardziej był zalesiony teren. Shiori nie należała do najodważniejszych, to fakt, ale perspektywa pozostania w lesie gdy zaczynało zmierzchać przerażało ją jeszcze bardziej niż pająk we włosach. Miała nadzieję, że taki scenariusz ich nie spotka.
Jaki masz plan? Doskonale zdajesz sobie sprawę, że ja... - zamilkła. Nie musiała dokańczać. Oboje zdawali sobie z tego sprawę. "Doskonale zdajesz sobie sprawę, że ja nie dam rady wygrać tego". Póki co jednak próbowała za wszelką cenę dorównać mu kroku. Nie narzekała. Nie jęczała. Nie sapała. Nie płakała, że ma już dość, że chce przerwy. Starała się dać z siebie wszystko. Tyle, ile mogła i na ile jej ciało pozwalało.
Kiedyś biegała. Kiedyś, gdy jeszcze wierzyła, że potrafi schudnąć, że jest w stanie wyglądać jak jej siostra, matka czy koleżanki z klasy. Kiedyś, kiedy karmiła się mrzonkami o zdrowym trybie życie. Ale to było w przeszłości. Potem uderzyła z całej siły o beton rzeczywistości, gdy waga nie drgała. Cokolwiek nie robiła, jakkolwiek się nie ruszała i nie odżywiała - nie potrafiła stracić na wadze.
Zacisnęła dłoń w pięść.
Tym razem... tym razem spróbuje dobiec do mety.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


Nathair





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Porażka nie wchodziła w grę — na tym polega wygrywanie. Abraham Lincoln wszedł na podium tylko dzięki uporowi i wręcz obsesyjnej pewności co do tego, że osiągnie cel. Kto tak naprawdę zdaje sobie sprawę, że jeden z najsławniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych, nim zyskał koronę, ponad pięciokrotnie przegrał wybory? Kto wie, że po drodze aż dwa razy zbankrutował? Że zmarła mu żona, a on sam przeżył silne załamanie nerwowe?
Atasuke z całą pewnością miał geny Lincolna lub zaskakująco podobne. Huk startu poniósł się po lesie, wpychając główki ciekawskich zwierzątek z powrotem do bezpiecznych dziupli i nor. Herauchi wydawał się tymczasem odporny na presję, stojąc niewzruszenie w umówionym miejscu i robiąc to, o co niewielu by go podejrzewało — czekając.
Echo wystrzału niosło się jeszcze przez korony drzew, kiedy jakaś pobliska gałąź chrupnęła, zaszumiały liście.
Chłopak obrócił się o pół kroku.
— ... już jestem.
Już jest. Przytaknął machinalnie, sięgając po plecak oparty o pień i zarzucając sobie ekwipunek na lewy bark. Nowy ciężar ładunku wymusił na jego mięśniach napięcie i choć Shiori nie była w stanie zobaczyć tego bezpośrednio — Atasuke miał na sobie i t-shirt, i bluzę zapiętą aż pod brodę — to jednak żyły na szyi mocniej się uwydatniły, a twarz o łagodnych, dziecięcych liniach, nabrała ostrzejszych rysów.
Ruszył ścieżką. Nie biegiem, tylko szybkim krokiem.
— Co teraz?
Wiedziałabyś, co teraz, gdybyś zjawiła się o czasie i wysłuchała prostych reguł. Mogli być już sto metrów od startu, nie tracąc przy tym oddechu na wyjaśnienia.
— Jaki masz plan?
Sięgnął do kieszeni bluzy.
— Doskonale zdajesz sobie sprawę, że ja..
Nie zwalniając tempa wyciągnął rękę w jej stronę i tylko na sekundę, kątem oka, spojrzał prosto w twarz dziewczyny.
Ponieważ nie było jej na zebraniu, sam się pod nią podpisał, gdy pan Totomi był zajęty ścieraniem śliny z zakrzaczonego podbródka. Na widok młodych uczennic zamieniał się w zasapanego amstaffa, więc można tu było mówić o sporym szczęściu, skoro i w tym roku zawody spadły na jego barki. Dodatkowo ten mało... wiarygodny przedstawiciel kadry potrafił zapamiętać ilość zgrabnych nóg, ale nie radził sobie w pilnowaniu sumy szarf. Tylko dlatego Atasuke mógł teraz podać współzawodniczce fioletową chustę.
Symbol tego, że działali na jednej linii frontu.
Był tego boleśnie świadom, dlatego jej słowa wciąż o sobie przypominały, jakby tak naprawdę Shiori cały czas powtarzała je na głos.
... zdajesz sobie sprawę, że ja...
Ciebie nie ma — odezwał się dobitnie, nie wyglądając na kogoś, kto zdaje sobie sprawę z tego, jak krzywdząco mogą zabrzmieć takie słowa dla kogoś o niskiej samoocenie. — Mnie też nie — dodał po chwili, obrzucając teren, którym szli, badawczym spojrzeniem. — Teraz jesteśmy drużyną. Nie ma czegoś takiego jak "zębatka numer jeden" i "zębatka numer dwa". Jest cały mechanizm. Ty padniesz, ja też przestanę działać. Ponieważ w tym wypadku jestem częścią o sile napędowej, wystarczy, że się temu poddasz. Najważniejsze, abyś skupiła się na celu i po prostu szła do przodu. Twoje wątpliwości będą jak piach, który grzęźnie między szynami i tak dalej. Nie zmuszę sprzętu do ruchu, jeżeli coś od wewnątrz zablokuje połowę maszynerii. Rozumiesz? Skoncentruj się na mecie. Resztę zostaw mnie.

Szli już dobre pół godziny, gdy im oczom ukazał się pierwszy przystanek. Przy wąskim stoliku siedziała ładna, najwyżej dwudziestodwuletnia blondynka. Pełne usta ściągnęła w dzióbek zastanowienia, co kazało z góry założyć, że bez podobnych zabiegów nie była w stanie wykonywać innych czynności — przykładowo, jak obecnie, modelować paznokci.
Nawet nie podniosła wzroku, gdy Atasuke uderzył rękoma w ławkę ustawioną w cieniu rozłożystego drzewa, pod którym kryła się kobieta.
Jakie jest pierwsze zadanie? — rzucił pośpiesznie, ale "posterunkowa" najwidoczniej nic sobie nie robiła ze zniecierpliwienia nastolatka. Odsunęła pilnik i chuchnęła w krwistoczerwone szpony.
— Wiadra — odpowiedziała w końcu na odczepnego i machnęła nogą, mijając się butem tylko o centymetr od goleni Herauchiego. Chłopak obejrzał się za siebie i faktycznie — po drugiej stronie poustawiane były metalowe wiadra. W zasadzie wyglądało, jakby ktoś przybiegł tu, niosąc całą ich stertę, a potem, spiesząc się gdzieś, rzucił cisnął wszystkie i ruszył dalej.
Jasnowłosy, normując oddech, wsłuchał się w las. Z niedaleka docierał do nich szum.
— Do tej beczki — dorzuciła blondynka, zmieniając ułożenie nóg i tym razem zarzucając lewą na prawą, jakby tym ruchem wskazywała kierunek, w jakim uczestnicy powinni zerknąć.
Zadanie było więc proste — łapiesz wiadra w dłoń, biegniesz do strumienia, a potem wracasz i zalewasz beczkę aż nie wypełni się krystalicznie czystą wodą po sam brzeg.
Zrzucił ciężki plecak i podwinął rękawy.
Zaczekaj tu na mnie i odpocznij — polecił, łapiąc za rzucone samopas wiadra. Dwie beczki były już wypełnione, w dwóch następnych ciecz sięgała co najmniej połowy. Ostatnia, fioletowych, stała pusta.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Nie szydził z niej, ani też nie kpił. To było zupełnie nowe doznanie, kiedy ktoś traktował ją serio. Przez moment naprawdę uwierzyła, że nie zamierzał jej ośmieszyć przed innymi. A to dodawało jej jedynie skrzydeł, popychało do działania, żeby rzeczywiście dać z siebie tyle, ile tylko mogła, przekroczyć granice ograniczeń swojego własnego ciała.
Tak. Nie zawiodę go.
Z determinacją przyspieszyła, nie chcąc AŻ TAK BARDZO go opóźniać.
Niestety, choć organizm był w miarę wytrzymały, to nieprzyzwyczajony do aż takiego wysiłku, szybko zaczynał się poddawać. Nie odpuszczała jednak, desperacko trzymając się niewidzialnego celu. Gdy dotarli do punktu kontrolnego, miała wrażenie, że nie tylko jej nogi drżą z wysiłku, ale i całe ciało. Przycupnęła na trawie, łapiąc szybko i łapczywie hausty powietrza, mając wrażenie, że głowa jej zaraz wybuchnie.
Musiała odpocząć. Dać ciału trochę wytchnienia. Chociaż chwilę. Parę minut. To wystarczyłoby.
Skinęła lekko głową na słowa chłopaka, dopiero po krótkiej chwili unosząc głowę, by podążyć za niego spojrzeniem. Podniosła przedramię i otarła czoło z kropelek potu. Gorąco i duchota wcale nie pomagały w tym śmiesznym biegu. Biegu, w którym nie powinno jej być. Przeniosła wzrok na beczki, a gdy ujrzała że tylko ich stoi pusta, w klatce piersiowej zatrzepotało z bólu. Gdyby nie ona, Atasuke zapewne już dawno wykonałby pierwsze zadanie i byłby w drodze, a kto wie, może i na przedzie nawet. Gdyby nie ona...
Wzrok wbiła w ziemie w poczuciu wstydu i zażenowania. Dłonie ułożyła na swoim brzuchu, wyraźnie wyczuwając oponkę pod materiałem ubrania. To wszystko wina-
Chlup.
Niemal podskoczyła, kiedy niedaleko niej dwójka innych uczestników właśnie wlewała dwa wiadra pełne wody do beczki. Zmarszczyła brwi, zaciskając dłoń w pięści na trawie.
Weź się w garść, głupia gęsio, syknęła sama na siebie, karcąc się boleśnie w głowie. Podniosła się, choć miała wrażenie że nie był to najlepszy pomysł. Ciało nadal boleśnie domagało się odpoczynku.
To twoja wina, ale obiecałaś dać z siebie wszystko. Nie tylko ty jesteś zmęczona. Nie tylko twoje ciało domaga się rozluźnienia. Miała wrażenie, że nogi są jak z waty, gdy zgarniała jedno wiadro. Ruszyła w las, w stronę strumyka.

Nie jesteśmy już ostatni, prawda? - zapytała słabym głosem, kiedy pokonywali kolejne odległości. Kiedy opuszczali pierwszy punkt postojowy, jedna beczka nadal pozostawała niezapełniona do końca. To wypełniło dziewczynę uczuciem nadziei, że mimo wszystko, mimo jej tuszy, nie są ostatni. A to dodawało jej skrzydeł pełnych motywacji i pchało do przodu. Problem był jednak taki, że od dłuższego czasu nie napotkali żadnej żywej duszy. Nic. Nikogo. Jakby na świecie zostali tylko oni. Po drugie, już dawno powinni zahaczyć o kolejny punkt, gdzie mieli do wykonania kolejne zadanie. Ale jak nie było punktu, tak nie było.
Na pewno dobrze idziemy? - dopytywała, mając złe wrażenie. Już od jakiegoś czasu wydawało jej się, że mgła w lesie staje się coraz bardziej gęsta i zdradziecka, sprawiając wrażenie, że chce ich pochłonąć.
Może jednak zawrócimy? Hej! - zawołała do chłopaka, który szedł z przodu, wyraźnie nie zwracając na nią uwagi. Przyspieszyła, wyciągając dłoń i złapała go za materiał ubrania.
Nie oddalaj się tak, bo się rozdzielimy! - jęknęła, czując narastające przerażenie sytuacją.
Niedaleko nich rozległo się kwiczenie i chrumkanie.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


Nathair





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Gałęzie łamały się na ramionach. Niskie listowie szeleściło kopane przez łydki i wiadra. Nad głowami ćwierkały ptaki, ale zagłuszało je posapywanie i pomruki, dźwięk przelewanej wody i tupot podeszew. Posterunkowa chuchnęła z nudą w palce, kiedy kolejny raz rozległ się metalowy dźwięk porzucanych naczyń. Następna beczka zapełniona po brzeg. Trzeba pruć dalej.
 Atasuke otarł rękawem czoło. Czuł, jak do pleców klei mu się t-shirt. Skrzywił się lekko, rozsuwając poły bluzy, którą wcześniej zapiął pod samą brodę. Nie spodziewał się, że Shiori postanowi mu pomóc. Nie dlatego, że nie wierzył w jej niezłomność ducha. Wręcz przeciwnie.
 Właśnie przez to, że znał jej upór, zakładał, że dziewczyna będzie chciała dotrzeć do celu za wszelką cenę. Biorąc to pod uwagę... to oraz jej tuszę... trzeba było dać nacisk na postoje kiedy tylko nadarzała się okazja. A w jakich etapach mieli zrobić sobie przerwę jak nie podczas krótkich wyzwań zaprojektowanych specjalnie na rzecz wydarzenia?
Nagle poczuł szarpnięcie za rękaw. Pięta zaszurała, gdy łapał równowagę, robiąc krótki krok w tył. Obrócił korpus, by móc zerknąć za siebie, w kierunku pucołowatej twarzy swojej partnerki. Na jej policzkach dostrzegał mocne rumieńce zmęczenia, a to dopiero początek ich wycieczki.
 — Musimy iść — przypomniał, jakby Shiori zamarudziła, że cały czas musi oddychać. Pewne rzeczy po prostu trzeba robić. Herauchi czasami zapominał, że kiedyś, w odległej przeszłości, był do tej dziewczyny boleśnie wręcz podobny. Łapał zadyszkę po stu metrach biegu, ciągle poprawiał zbyt duże i podniszczone okulary, wywracał się o za długie nogawki, bo choć zgłosił problem na samym początku, szkoła nie mogła się zorganizować z odpowiednim numerem spodni od mundurka. Zawsze był na szarym końcu. Zawsze łapał kogoś za rękaw i błagał, aby na niego zaczekano. Zawsze...
 Cmoknął, klikając przy tym językiem. Zatrzymał się, zsuwając z ramion wypakowany plecak i rozsunął górną kieszeń, szukając w niej prowiantu. Palce natrafiły na ciepły już plastik.
 — Napij się. — Wyciągnął butelkę wody w jej stronę, unosząc przy tym spojrzenie i natrafiając na oczy Shiori. Były w kolorze, który z pewnością uwielbiała. Mleczna czekolada, co? — Przy następnym robisz sobie postój.
Nie potrafił odegnać obrazu siebie sprzed zaledwie... ilu? Dwóch lat? Tego żałosnego gnojka, którego kopano, łamagi, którą dziewczyny mijały szerokim łukiem. Patrząc na chomicze oblicze Shiori i na wałki tłuszczu naciskające na materiał koszulki nie potrafił tak po prostu zapomnieć o tym, jak bardzo rozumie jej położenie.
 Litość?
 Chciało mu się śmiać. Nie. Nie litował się nad nią. Nie dalej jak kilka dni temu był skory wyryć dziurę w jej twarzy piłką do zbijaka. Pluł jej między oczy kolejnymi obelgami. Spocona świnia. Spasła krowa.
 Czuł tę samą odrazę, która dopadła go, gdy patrzył w lustro w załzawione spojrzenie pryszczatego okularnika, potrafiącego rozwiązywać zadania z fizyki kwantowej, ale nie umiejącego powiedzieć „cześć” do kolegi siedzącego obok.
 Wzrok Herauchiego był twardy. Weź się w garść, dziewczyno.
 Kwiczenie.
 Głowa Atasuke uniosła się, odsłaniając szyję. Nie wiadomo dlaczego spojrzał w górę, w niebo jaśniejące nad ich głowami. Ciche chrumkanie dobiegało z prawej strony. Dzikie zwierzęta?
 — Chodź, po cichu.
 Ruszył przed siebie, ostrożniej stawiając stopy. Nie przypominał sobie, aby blisko szlaków znajdowały się jakieś dzikie zwierzęta — zwykle stroniły od ludzi, a ludzi, szczególnie w sezonie, było tutaj cholernie dużo. Nawet jeśli jakieś leśne stworzenia zabłądziły, powinny trzymać się na dystans. Zwłaszcza, jeżeli Herauchi i Tsubaki nie będą wykonywać gwałtownych ruchów. Jeszcze lepiej — jeśli oddalą się w porę.
 Nawet nie zwrócił uwagi, że gdy ruszył w tylko sobie znaną stronę, machinalnie złapał Shiori za rękę. Choć wewnątrz cały się gotował, dłoń miał zimną jak mur skąpany w nocy. Wszystko przysłaniała jedna myśl: musieli znaleźć się poza terytorium zwierzęcia. Tym bardziej, że był pewien swego; szli w dobrym kierunku i najwyżej za kilkanaście minut powinni natrafić na na drugi punkt.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Z każdym kolejnym krokiem, z każdym kolejnym oddechem, robiło się coraz ciemniej. Shiori zaczynała mieć coraz gorsze przeczucia, ale nie potrafiła odnaleźć w sobie na tyle odwagi, aby głośno zaprotestować, odezwać się, cokolwiek zrobić. Może po prostu wewnętrznie nadal wierzyła, że chłopak wie, gdzie idą i wie, co robią. Ostatecznie, postanowiła mu w pełni zaufać.
Prowadzona przez niego jak dziecko we mgle nawet nie zorientowała się, że dookoła nich zapadła bezgraniczna ciemność. Była bardziej skupiona na jego dłoni, która ją trzymała. W zasadzie to nie był pierwszy raz, kiedy ją tak prowadził. Chociaż ostatnim razem trwało to krótko, i jego palce owijały się dookoła jej nadgarstka. Dopiero teraz mogła poczuć, że mimo jego niskiego wzrostu, ma całkiem spore dłonie i ciepłe. Cholernie ciepłe, choć dookoła było coraz chłodniej. Nie wyrwała się, prowadzona niczym bezbronna łania na pożarcie.
Formalnie to był jej pierwszy raz, kiedy szła z chłopakiem trzymając się za dłoń. To co, że w tak niefortunnym momencie, w lesie, w ciemnościach.
I dopiero teraz ogarnęła się, że już coraz gorzej go widzi. Uniosła głowę i rozejrzała się dookoła. W lesie panowała dziwna cisza, przerywana od czasu do czasu odgłosami natury. To zaczynało ją przerażać. Ta cisza....
Atasuke... poczekaj. - odezwała się cicho, nieco zachrypniętym głosem. Ale chłopak nic nie odpowiedział. Nie zatrzymał się. Szedł na przód jakby prowadzony niewidzialną dłonią.
Atauske, to bez sensu. Atasuke... ATASUKE! - dodała głośniej, szarpiąc przy tym ręką, zrywając tym samym kontakt fizyczny między nimi. Nawet nie zorientowała się, że wręcz bezczelnie zwraca się do niego po imieniu, a nie po nazwisku jak japońska kultura nakazywała.
Zgubiliśmy się. Idziemy w jednym kierunku od dobrej godziny. Już dawno powinniśmy dotrzeć do jakiegoś punktu... na kogokolwiek. A tutaj nikogo nie ma, może powi- - zamilkła, patrząc gdzieś ponad jego ramieniem. Czy dobrze jej się wydawało? Widziała to, prawda? Widziała światło w oddali.
Widziałam coś! Miałeś jednak rację, to w tę stronę! - rzuciła rozentuzjazmowana wskazując za niego. Ruszyła szybciej ścieżką, choć czuła jak nogi z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej się pod nią uginają.
Jeszcze trochę. Jeszcze kawałek. Jeszcze parę metrów i....
Zdębiała.
Owszem, można powiedzieć, że jakimś cudem udało im się wyjść z lasu, ale zdecydowanie nie tego się spodziewała. Stali przed małą wioską, która wyraźnie wyglądała na opuszczoną, o czym świadczyły zarośnięte długimi chaszczami oraz stare, pogniłe deski czy też w niektórych miejscach zawalone dachy. Co jak co, ale widok był mało zachęcający.
A tymczasem w oddali zaczęło błyskać i pogrzmiewać.




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


Nathair





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Oczywiście, że parł do przodu. Uczestniczył w zawodach od dwóch lat, ale nawet nie o to chodziło. Kiedy postanowił zrezygnować z dawnego „ja”, pogrzebać żywcem inteligencję, która tak imponowała jego siostrze, wreszcie wyzbyć się przekonań i wejść w skórę kogoś nowego — wtedy właśnie powoli, ale skrupulatnie zaczął szlifować intuicję. Wcześniej łatwo mu było wyciągnąć z rękawa losową informację, a w niektórych przypadkach znaleźć zastosowanie dla tej wiedzy. Teraz zrezygnował z wiadomości na rzecz doświadczenia. A doświadczenie podpowiadało mu, że szli w dobrym kierunku. Dlaczego więc nie trafili jeszcze na drugie stoisko?
 W niczym nie pomagało nastawienie Shiori, która ze zdeterminowanej uczestniczki zamieniła się w popiskującą tchórzofretkę, raz za razem pompując balon rozdrażnienia, który rósł i pęczniał i drgał już od zniecierpliwienia. Zamknij się. Zamknij się. ZAMKNIJ SIĘ.
 — Co znowu?! — warknął, odwracając się do niej frontem. Głównie dlatego, że miał już dość, serdecznie dość jej biadolenia, ale także przez to, że gwałtownie szarpnęła go za rękę. Jakakolwiek wściekłość nie odmalowała się na jego twarzy, prędko zbladła. Poza tym, co mówiła Tsubaki, zdał sobie także sprawę, że trzymał ją za dłoń przez cały ten czas. On trzymał.
 Zacisnął zęby.
 Ucisk w skroniach przypominał o zbyt intensywnych pracach trybików w umyśle. Tak zawsze się działo, gdy coś analizował, wbrew nowemu sobie starając się pozostać antyintelektualną kreaturą. Skrzywił się, wysłuchując jej rozpaczliwego głosu. Czy musiała tak lamentować? Prędzej czy później wyjdą na szlak. Atasuke był pewien, że prędzej czy później wygrają także zawody, ale...
 — Miałeś rację!
 Rozluźnił się widocznie. Ruszył w ślad za nią, pozostawiając wszystkie uporczywe wątpliwości w miejscu, w którym się zatrzymali. Jak raz pozwolił, aby to Shiori obrała rolę przewodnika. Trzymał się krok za nią i kiedy wypadła z gęstego zalesienia był pewien, że trafiła na „punkt drugi”. Tymczasem zrozumiał jak bardzo się mylił już sekundę później.
 Omiótł jasnym spojrzeniem opustoszałe chaty. Zabite okna. Drzwi trzymające się tylko na dolnych zawiasach. Ściany, po których wspięły się rośliny. Zapadłe dachy. Te widoki, doprawione mroczniejącą atmosferą, dopięły swego. Wzdłuż kręgosłupa chłopaka przebiegł gwałtowny dreszcz, który wzmocnił się, gdy w tle huknęło.
 Burza.
 — Nie zapowiadali na dzisiaj burz — wymamrotał, chociaż nie zmieniało to ich sytuacji. Bez wątpienia pogoda nie miała zamiaru odpuścić tylko dlatego, że w porannych wiadomościach wmawiano widzom słoneczne popołudnie.
 Atasuke odetchnął głębiej, szybko godząc się z sytuacją. Szepnął do Shiori, aby poszła za nim i w chwilę później stał już przed jedną z pobliskich budowli. Cała była z drewna, jak w starożytnych czasach. Kto wie, kiedy te konstrukcje zostały wzniesione? Kto tutaj zamieszkiwał? Nie powiedział tego na głos, ale coś zażarcie ściskało go za żołądek. To bujdy, jednak nie potrafił odegnać od siebie myśli, że są obserwowani, jakby wchodząc między zapomniane chaty, wkroczyli jednocześnie na ziemię duchów. Wmawiał sobie jednak, że nie mogą teraz zawrócić. Mieli możliwość przeczekania deszczu pod zamkniętym sklepieniem lub wewnątrz lasu, gdzie mogło na nich czyhać coś o wiele gorszego niż legendy i irracjonalny strach.
 Pchnął drzwi, które przez lata zakopywane były przez piach. Musiał je dosłownie wcisnąć do środka, aby przedrzeć się przez wyższą niż za czasów ich świetności linię ziemi. Stworzył tym samym niewielką lukę między nimi a framugą, przez którą udało mu się przecisnąć. Mało dżentelmeński gest, jednak chwilę później kopnął butem zastały syf, który dostawać się tu musiał przez szalenie wiele lat.
 — Mam latarkę — objaśnił bezsensownie, wciąż używając tonu niewiele głośniejszego niż szept. Wewnątrz było sucho i — przede wszystkim — ciemno. Ściągnął z ramienia plecak i wygrzebał z jego odmętów latarkę o mocnym, białym blasku. Snop światła wbił się w zakurzoną podłogę dokładnie w chwili, w której kciukiem wcisnął klawisz.
 Atasuke okręcił się, rozganiając mrok na tyle, na ile pozwalało to urządzenie. W środku chaty były zgniłe meble, pod ścianą kominek. W rogu obrazy na dziwnych płótnach, rozciągniętych sztywno ku rogom drewnianych ramek. Nie dało się nawet dostrzec co przedstawiają — pokryły się tak wielką warstwą kurzu.
 Wnętrze pomieszczenia zajaśniało, gdy na dworze trzasnął piorun. Błysk przebił się przez wszystkie szpary w deskach, ukazując pokój w częściowej okazałości.




— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
Arcanine





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Powrót do góry