:: Eden :: Ogrody Edenu

Strona 1 z 11 1, 2, 3 ... 9, 10, 11  Next

Go down


Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Senpai's stalker on 28/1/2014, 01:05
STRUMIEŃ PRZECINAJĄCY OGRODY
Nieco poskręcany, mały i wartki strumień, który przecina ogród, dzieląc go na dwie części. Nikt nie wie, gdzie się zaczyna a gdzie się kończy. Ponoć był ktoś na tyle odważny, by sprawdzić, ale słuch po nim zaginął.
Obie części ogrodu łączy mały, drewniany most, który delikatnie skrzypi, gdy ktoś przez niego przechodzi. Ale mimo wszystko wygląda na dość stabilny. Strumień jest również głównym wodopojem pobliskich zwierząt. Woda jest nieskazitelnie czysta, nie zmącona jakimikolwiek zanieczyszczeniami. A z dna migoczą małe, kolorowe kamienie.
avatar





Senpai's stalker
Kotek     Anioł
GODNOŚĆ :
Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości.


Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Arcanine on 23/7/2014, 22:16
Dlaczego to miejsce? Nie wiedział.
Growlithe podrzucił coś i zręcznie złapał w palce.
Dlaczego noc, a nie dzień? Też nie potrafił ustalić konkretnej odpowiedzi.
Przyjrzał się swojej nowej zabawce.
Wszystko sprowadzało się do śmiesznego stwierdzenia, że tak po prostu chciał. Zwykły, nastoletni kaprys, jakich strasznie wiele w tym buntowniczym świecie z licznymi skazami. „Jace” - wychrypiała Shatarai, leżąc na gałęzi tuż nad nim. Jej długi, czarny ogon, niewidzialny dla cudzego oka, kołysał się lekko od prawej do lewej strony. Niezłomnie, jak wskazówka zegara. Jace uniósł podirytowane (oh, znowu ty, suko) spojrzenie i natrafił na szeroko rozwarte ślepia wilczycy. „Spóźnia się” - dopowiedziała, kładąc długi pysk między przednimi łapami. Na chwilę nie spuszczała bacznego spojrzenia z twarzy swojego właściciela, nawet gdy ten opuścił głowę i zajął się sobą.
Ta, spóźnia się. Growlithe siedział na grubej gałęzi drzewa, dostatecznie wytrzymałej, aby nie martwił się tym, że badyl nagle złamie się wpół i ironicznie rzuci mu w twarz: „tadam!”, podczas gdy on ostatkiem sił starałby się choćby musnąć opuszkami szorstką gałąź wyżej. Długie nogi zwisały luźno nad przepaścią, bok zaś oparł ciężko o chropowatą korę rozłożystego dębu i przyglądał się niewielkiemu kształtowi, jaki spoczywał na jego rozwartej dłoni. Księżyc również przypatrywał się przedmiotowi swoim przymrużonym okiem i rzucał słaby blask na niewielkie znalezisko. Błysk przebiegł zręcznie po srebrnym łańcuszku, który Growlithe chwycił w dwa palce i uniósł do góry. Wąż - zawieszka znalazł się na wysokość twarzy Wymordowanego i wpatrywał się swoimi czarnymi, bezdennymi, wręcz nienawistnymi oczami wprost w ślepia białowłosego, który na widok tego uroczego akcentu uśmiechnął się zadowolony.
Przyjdzie, pomyślał w końcu, puszczając łańcuszek, ale zręcznie łapiąc węża wykręconego w literę „S”, nim ten zdążyłby upaść na ziemię dobre ponad dwa metry niżej. Palce przesuwały się po nieskalanym żadnymi wcięciami metalu, gdy Wilczur uniósł parę smolistych uszu i skierował je do przodu, próbując wyłapać coś poza cichym szemraniem strumienia.
Tak, był pewien, że Miażdżyca zjawi się w wyznaczonym miejscu - z własnej woli lub dzięki Abstractowi. Nieważne. Grunt, że się tu pojawi, choć Jace nie liczył, że zrobi to szczególnie pokornie, kajając się przed nim i oddając (należyty) szacunek. DOGS ostatnim czasem przeżywało istny kryzys, a Growlithe, jako przywódca, nie mógł pozwolić na porażkę. Nie miał zbyt wiele zajęć, które mógł oddać ze świadomością, że nie zostaną spieprzone, ale co tylko się nadawało - rozdawał bez namysłu. Obładowany niedokończonymi sprawami czuł się dokładnie tak jak frajer, któremu niedawno zwędził wisiorek - oszukany przez los. Fakt, że postanowił wykorzystać Miażdżycę był dla niego równie czarujący co spadająca na łeb cegła, a i to, że dzieciak będzie się stawiał, też niespecjalnie wprawiało go w dobry nastrój.
Ciesz się, póki możesz Jace.
Za moment ktoś rozwali ci humor.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Gość on 23/7/2014, 22:47
...kurwa. Po kiego piekielnego, spierdolonego czorta on się zgodził na dołączenia do psów to tylko najstarsi i najmądrzejsi wiedzą. Wiedział tylko to, że będzie musiał robić różne rzeczy. Podsłuchiwać, chodzić za ludźmi, męczyć się. I po co to komu. Mógł wieść sielankowe życie na jakiejś wsi, poza murami, albo w objęciach murów. Na pewno byłoby lepiej niż teraz. Idąc za jakimś kundlem, chłopak kopnął kamień. Wiedział do kogo należy ten pies - w końcu żółta bandana na lewej łapie wszystko wyjaśnia. Tylko jedna osoba jest tak bardzo pojebana i głupia, żeby ubierać psy w jakieś szmaty. Grymas powiększył się do rozmiarów XL, a w brzuchu zaburczało. Ogólnie to było tak, że Miażdżyca sobie siedział i jadł bułkę, którą sam osobiście ukradł z jakiegoś sklepu. No. Taki zdolniacha z niego. Ale, oczywiście, ktoś musiał mu przerwać. I to było właśnie te psisko. Gdyby wybrał tylko jakieś inne miejsce... albo gdzieś się schował. To by go nie znalazł, na sto procent. W końcu to tylko jakiś pies, przybłęda, sierściuch. Chociaż psy tolerował, bo wydawały mu się puchate i milusie, to ten nie był. Chłopak został ugryziony w rączkę, jego bułka trafiła prosto do żołądka kundla i teraz jest jeszcze głodny. Jego jeszcze zdrowa ręka ruszyła do góry, w stronę czapki. Poprawił sobie ją, bo mu jakoś tak zwisała i nie wyglądało to najlepiej. Gdy już sobie wszystko poprawił, spojrzał znowu na psa.
- Jebany kundel. Żebyś zdechł w rowie. - Powiedział w jego stronę, ale nie było to kierowane do niego. Dokładnie. Tylko idioci gadają z psami. Nigdy Ci nie odpowie, nawet nie zrozumie. Ale te tępe istoty, które chodzą po tej ziemi zawsze wiedzą lepiej. Gdyby był tylko jakiś środek na wyleczenie głupoty, to Miażdżyca oddałby wszystko za takie coś. Tylko żeby ludzie się w końcu nauczyli czegoś. Jego rozmyślenia przerwał straszliwie donośny i głośny dźwięk... dochodzący z jego brzucha. Znowu burczenie. Splunął na ziemie i kontynuował wędrówkę za psem, a w tym samym momencie zdjął z pleców plecak. Może coś mu zostało? Jakieś jedzenie? ...tak!
Zobaczył na samym dole batonika. Zawsze coś, prawda? Wyciągnął go i już miał zamiar otwierać, gdy coś zauważył. Jebana twoja mać, jest cały rozpuszczony. Takiego świństwa to on jeść nie będzie, o nie. Chłopak zamachnął się i rzucił rozpuszczonego batonika gdzieś w krzaki. Meh. Najwyżej będzie głodny. A może coś przywódca mu da? I tak by nie przyjął. Tylko słabi ludzie przyjmują coś od kogoś. Spojrzał znowu na czarnego psa. Nie wiedział dlaczego to robi, nie wiedział dlaczego za nim idzie, ale skoro przywódca stada Cię woła, to musi być to coś ważnego. Popatrzył w lewo, a potem w prawo. Gdzie jest? Nigdy tutaj nie był. Stracił chłopaczyna rachubę czasu i nie patrzył gdzie idzie. Jakieś ogrody, wszystko piękne. Aż rzygać się chce. Nie znał miejsca, nie mógł więc obrać jaka ścieżka będzie najlepsza. Pewnie ten kundel zna się na tym. Oczami powędrował dookoła i znowu mu się na mdłości zebrało.
Mhr... oby to było coś ważnego, albo mu kurwa tak wygarnę, że się nie zbierze przez najbliższe parę dni. Chuj mnie obchodzi, że jest przywódcą. Może mnie w dupę pocałować. - Tylko to mu w głowie siedziało. W końcu coś go wybudziło z tego transu-- strumyk. Woda. Och, jak bardzo chciałby się wykąpać... Nawet jeśli już tak bardzo nie myślał o tym co będzie, a oczy były skierowane na piękną toń wody, to chłopak wszedł w drzewo. Perfidnie w nie wszedł. Jebany kurwa badyl, grubości mojego kut... stający na środku ogrodu. Kto to kurwa wymyślił. - Niech Cię kurwa piekło pochłonie, jebany badylu. Jeszcze kurwa mnie popamiętasz. - Powiedział dość głośno, prawie krzycząc. Pomasował sobie czoło, gdy zobaczył, że pies stoi tuż obok drzewa. Co stracił trop? Miał go doprowadzić do przywódcy, a ten go zaprowadził w jakieś nieznane miejsce. O co mogło chodzić? Co, zajebali w końcu tego frajera i go tutaj pochowali? Gdy miał już odejść, kątem oka coś zauważył. Coś siedziało na drzewie. A cóż to...
Chłopak spojrzał w górę i od razu rozpoznał.
- Złaź kurwa na dół, bo muszę Ci zapierdolić, kundlu. - Powodzenia.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Arcanine on 25/7/2014, 02:06
Mówiłem?
„0:1 dla ciebie, Jace.”
Przesunął palcami po twarzy, na której kreślił się teraz wyraz tak zbolały, że w ogólnym rozrachunku wyszłoby, że co drugi człowiek przystanąłby przy nim i zapytał jak pomóc. Jak można przyjebać w drzewo? Jak można przyjebać w drzewo, które rosło tu, rośnie i będzie rosnąć od wieków i nie należy do najmniejszych? Poprawka - to nie Jace'owi potrzebna była pomoc. On jeszcze dostrzegał rzeczy, które znajdują się dwa centymetry od jego nosa, nim ten rozkwasi się na jakimś randomowym murze. Gdyby nie zgubił komórki jakiś czas temu, już teraz wystukałby konkretny numer i wysłał dla Miażdżycy smsa o treści „WSPARCIE”.
„Jesteś pewien?” - westchnęła Shatarai, przesuwając czarnymi ślepiami po sylwetce dzieciaka, który właśnie wspaniałomyślnie zrozumiał przekaz Abstracta - krzyżyk na drogę, psie - spojrzał w górę i tym miłym akcentem przywitał Wilczura. Shatarai wiedziała, że to nie skończy się zbyt dobrze. Widać to było po wyrazie jej pyska, gdy wyginała go w grymas łudząco podobny do szyderczego uśmiechu. Ta zniewaga...
Bach.
Growlithe zsunął się z gałęzi i zwinnie wylądował w półprzysiadzie. Jego białe kosmyki opadły na czoło akurat w chwili, gdy prostował plecy. Dokąd mierzył Miażdżyca? Poniżej linii jego barków? Jeszcze mniej? Otaksował go kpiącym spojrzeniem. Mniej. Zdecydowanie mniej.
- Waż słowa, wykolejeńcu - wycedził przez zaciśnięte kły, przez co słowa brzmiały dokładnie tak, jakby je niemalże wysyczał. Brakowało tu tylko zielonego kwasu wypływającego z ust, skraplającego ziemię i wyżerającego dziury w glebie. Co poniektórzy mogli mieć wrażenie, że taki za moment wycieknie z kącika jego warg. - Proponuję korzystny dla obu stron układ. Ty grzecznie wysłuchasz co mam ci do powiedzenia, a potem przytakniesz i pobiegniesz nogami do przodu wykonać rozkaz, a ja w zamian nie przerżnę cię tu i teraz zakneblowanego i skrępowanego, nie odetnę ci niewyparzonego języka ani tym bardziej nie zostawię cię z obdartą skórą na pożarcie dzikich zwierząt. Jestem pacyfistą, Mia, zwolennikiem pokoju, a ty rób co ci każę albo cię zabiję. Nadążasz czy mam ci to rozrysować albo ułożyć rymowankę?
Nie potrafił rozgryźć tego dzieciaka, ale w ogólnym kontekście wydawało się, że wcale nie musiał. Miażdżyca był, jaki był - lekkomyślny. Cholera wie, co znajdowało się pod tą małą czapeczką w małej główce, ale Growlithe szczerze wątpił, by było to coś większego od pistacji. Mózg ważna rzecz, ale ważne rzeczy wielu wyrzuca. Jak to mawiał pewien szczególnie mądry, znany na całym świecie typ, którego imienia Grow nie potrafił sobie przypomnieć: lepiej jest nie odzywać się wcale i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. Więc zamknij mordę, parszywy oszuście, warknął w myślach. Choć na zewnątrz trudno go było odróżnić od skały, w środku szlag go trafiał.
Dlaczego on nigdy - NIGDY - nie mógł natrafić na kogoś lojalnego i posłusznego, że aż rzygać się chciało? Jakiegoś cudowne pazia, przytakującego, gdy otrzyma rozkaz, wypełniającego go od razu, bez krzty zawahania? Białowłosy niechętnie podrzucił w ręce wisiorek z wykręconym wężem, by złapać za brzeg łańcuszka i podnieść na wysokość oczu Miażdżycy.
- Widzisz to? - Lepiej było pytać. Skoro nie dostrzegł drzewa grubości ciotki z Tybetu... - Wiesz co to jest? - Uniósł lekko brew, zadając kolejne proste pytanie. - To twoja karta przetargowa. Za to małe gówno dostaniesz tyle żarcia, że starczy ci na dwa tygodnie. - Już przynajmniej wiadomo, dlaczego Growlithe był niewierzący. Ateistą został z powodów moralnych. Uważał, że twórcę rozpoznajemy poprzez jego dzieło. W jego odczuciu świat jest skonstruowany tak fatalnie, że wolał wierzyć, iż nikt go nie stworzył. - Dwa tygodnie bez głodu, jedzenia ponad miarę. Może nawet starczy ci na dłużej jeśli będziesz oszczędzał. Czego chcę? To proste.
Abstract zaskomlał. Był to dźwięk tak żałosny, że niemal nie nadawał się jako coś, co mogło być wydane przez psa o podobnej aparycji. Czarne uszy wilczura zaczęły drgać lekko, a on sam podniósł się tylko po to, by za moment usiąść z powrotem na miejsce. Growlithe zdawał się nie zareagować na dziwne zachowanie swojego pupila. Cały czas wpatrywał się w uroczą twarz Miażdżycy. Nie żartował, gdy mówił, że Ratler nie ma wyboru.
Nie miał.
Jace był zdolny, aby go upokorzyć, bez względu na sentymenty czy - jak wielu by zakładało - reputację w gangu.
- Udasz się do starych koszarów, niedaleko Apogeum Desperacji. Stąd może... maksymalnie cztery godziny drogi. Znajdziesz dla mnie siedzibę frajerów, którzy ośmielili się napadać na Psy. Po więcej informacji mógłbyś zgłosić się do Ryana, ale pewnie niewiele ci powie. Nic nie wiemy, prócz tego, że załażą nam za skórę. Tu twoja rola - dowiedzieć się kto, co i po co. Jak?
Uśmiechnął się kącikiem ust.
- Wszystko mi jedno, cel uświęca środki. Masz trzy dni, aby zdać mi raport. Abstract pójdzie z tobą. Był na miejscu zdarzenia, gdy nas zaatakowano. Powinien rozpoznać woń oprawców, może nawet złapać trop.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Gość on 25/7/2014, 08:44
Tupiąc stopą, chłopaczek czekał aż wielmożny przywódca zejdzie w końcu na tą zasraną ziemię. Już go zaczynało to wszystko perfidnie wkurwiać, tak. Zęby dały o sobie przypomnieć przez pulsujący ból, głowa ponownie rozpoczęła swój strajk przeciwko myśleniu, a obraz lekko mu się rozmazał, bo dawno nic już nie jadł - dawno dla niego. Normalny człowiek by wytrzymał prawie cały tydzień bez jedzenia, Miażdżyca mógł najwyżej dzień. Może. Stópka przestała się ruszać, ponieważ tracił tylko niezbędne pokłady energii. Pewnie będzie musiał spierdalać za chwile. Gdy białowłosy szedł na dół, czerwony kubraczek ruszył powolnie głową w górę i w dół na znak, że jeszcze go widzi. Mówił, że mu w twarz strzeli, ale okazało się, że jest za wysoki. Gdyby tylko miał jakiś punkt, gdzie mógłby się odbić... albo krzesło. Albo coś, co by go podniosło na wysokość policzka drugiego mężczyzny. Ale niee, bo po co to komu...
"...aż słowa, w y k o l e j e ń c u."
O kurwa, nie. Przesadził, nienienei. Do policzków napłynęła krew, przybierając kolor czerwoności. I to nie było ze wstydu. Tylko ze złości. Jeszcze mu inne czynniki podwajały tą złość. Zęby i migrena. Już miał zamiar się zamachiwać na przywódcę, ale szybko zacisnął szczękę i zatrzymał w miejscu. Było blisko... ciekawe co by ten wyglądający-jak-pedofil-mężczyzna mógł zrobić, gdyby się go prosto w ryj uderzyło. Już miał jednego na na swojej liście, oczywiście. Ryan jest pierwszy, phe. I tak niedługo dostanie po twarzy. Ten przerośnięty kundel będzie następny. Nic was nie uchroni przed tym małym skurczybykiem.
- Zamknij ryj. A ty co? Na małpy się z psów przerzuciłeś? A może na dzieci polujesz? - powiedział, a na ustach pojawił się malutki uśmiech. Niech Cię poważnie piekło pochłonie badylu, a przy tym możesz wziąć tego kundla razem ze sobą. - Ogólnie, kiedy ostatnio zęby myłeś? Chyba dawno, co? Tak jebie, że aż czuję tutaj. - a na potwierdzenie swoich słów, zatkał sobie nos zdrową ręką, a drugą, tą ugryzioną, pomachał przed nosem. Nie śmierdziało tak bardzo... może nawet wcale, ale Miażdżyca sobie lubił z innych żartować. Bo co. Kto, bogatemu zabroni, he? Wysłuchał jego słów, a już gdzieś w połowie uniósł brew do góry.
...co on kurwa pierdoli. Zgubiłem się w środku. Coś mówił o robieniu zadania, chodzeniu, potakiwaniu... a chuj Ci w dupę, jebany orangutanie. Nigdzie nie idę, możesz mnie w dupę pocałować. - i więcej, więcej wyzwisk. Dodajcie sobie jakieś tam. Tak. To były jedyne słowa, które układały mu się w głowie. A te słowa, które były najważniejsze, bo wyglądały na groźbę, przeleciały jakby obok niego, nie zostawiając przy tym żadnego śladu istnienia. Dla niego te groźby nie istniały. Się kurwa wkopał. Niemożliwość myślenia racjonalnie już dawno stracił, gdy jego najsmaczniejsza bułka na świecie, którą sam ukradł została POŻARTA przez jakiegoś czarnego kundla. Na samą myśl o jedzeniu, w brzuchu zaburczało. Z ust uciekł cichutkie i malutkie ziewnięcie. Można byłoby pomyśleć, że to nie ziewnięcie, tak ciche było. Stracił zainteresowanie. Przykro mi. W uszach mu zabrzęczało, prawie nic nie słyszał. Zmęczył się taką długą podróżą i, ogólnie, chyba zaraz się tutaj położy na ziemi i pójdzie spać. Gdy już miał się kłaść na podłodze, usłyszał coś o jedzeniu. Cocococ. Jedzenie? Gdzie? Jak? Kiedy? Usta ułożyły się w niezawodną literkę "v", oczka mu zaświeciły, a on sam spojrzał na wisiorek, który miał w rękach przywódca stada. Gdyby miał jeszcze ogonek, to by nim pomerdał.
- ...daj to. Oddaj to! - wykrzyknął i zamachnął się, by ukraść wisiorek, a potem uciekać gdzie pieprz rośnie, ale głód zwyciężył, a on sam chybił haniebnie, wywalając się twarzą w ziemie. No... jebana kurwa twoja mać żebyście wszyscy poumierali psy jebane kurwa znajdę was wszystkich i pozabijam najpierw wasze matki, a potem was wy jebane kundle. Chciał to wszystko powiedzieć, żeby się wyżyć, ale oczywiście coś musiało mu przeszkodzić. JAK ZAWSZE. Twarz w ziemi, ubrania pobrudzone. Kurwa. Co za pech, jak można mieć taki pech, to już nikt nie wie. Nikt. Z cichym burknięciem podniósł się z pomocą zdrowej ręki, wycierając resztki gleby ze swoich ubrań, które ujebały go jak jakiś stół z TVN. Ugh... co za pech. Nic mu się nie udaje ostatnio. Brzuch znowu oddał dziwne odgłosy, a ten czuł się jakby miał już zaraz paść na podłogę.
...nie! Nie może się tak dać łatwo! Uszczypnął się w udo, po to by się jakoś uwolnić z tego stanu. Odetchnął głęboko, zęby i migrena sobie odpuściły, a ten szybko odwrócił się w stronę przywódcy, który najwyraźniej... dawał mu jakieś zadanie. Nie zrobi go. Bo mu się nie chce. Nawet za jedzenie - wisiorek i tak kiedyś tak pewnie dostanie za coś innego, phe.
- Wypierdalaj. Nic dla Ciebie nie zrobię. Zniknij, przepadnij, szympansie zniewieściały. - Wystarczająco obraźliwie? Można byłoby polemizować. Czy 'zniewieściały' można użyć jako przezwisko? Miażdżyca nawet nie wie co to znaczy, usłyszał przypadkiem jak ktoś mówił na jakiegoś faceta "...ty zniewieściały kundluu! Co żeś zrobił!?" I tak dalej. Co to znaczyło? Lewą łapką ujął swój własny podbródek i zaczął rozmyślać. Poważnie, co to mogło znaczyć. A co jeśli to było jakieś miłe słowo? O kurwa, wtedy będzie wyglądał jak jakiś miły chłopczyk. Kurwa, nie. Na pewno nie. To musi być coś złego. Gdyby był czymś dobrym, wtedy tamten pan by tego nie użył. Tamtych ostatnich jego słów, już nawet nie słuchał. Następne ziewnięcie. Phew, coraz bardziej chce mu się spać. Tak naprawdę... to nie miał co zrobić. Nie będzie nic robił dla tego przerośniętego kundla, ale też wrócić nie może. Gdzie on w ogóle kurwa był? Co to za miejsce? Jakieś piękne, kwiatki. Mdłości znowu się pojawiły. Boże, kto to wymyślił, naprawdę. Wyprostował się mężnie i spojrzał prosto w twarz przywódcy, która najwidoczniej jeszcze coś tam mówiła. Ale jak grochem o ścianę - nic do głowy tego chłopaczka nie weszło. Rzucił wyzywającym wzrokiem nr 69, czyli 'i co teraz? Poddajesz się? Moje wyzwiska Cię zniszczą, czujesz się jakbyś któreś z twoich psów dostał po pysku... jeje...' i czekał na zwrot akcji. Co zrobisz teraz, przywódco?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Arcanine on 28/7/2014, 02:38
Pogawędka z nim była równie ujmująca co rozmowa z nogą od stołu. Chrzanisz od rzeczy, a i tak spływa to po nim jak po kaczce. Nieważne do czego pijesz - do korzyści, niebezpieczeństwa albo czy używasz gróźb - dzieciak najwidoczniej miał swój własny, mały światek, w którym był królem. Wykreował indywidualną rzeczywistość. Coś pięknego. Growlithe przewrócił oczami. Szkoda, że nieprawdziwego, bo w obecnym świecie, nie był niczym innym od szczekającego ratlerka, rzucającego się na nogawkę właściciela. Sam zobacz, cholerny Dobermanie. Omiótł chłopca nieprzystępnym spojrzeniem, pełnym jadu i zniecierpliwienia. Są gorsi ode mnie.
Ale była jeszcze dobra strona medalu.
Zawsze istniał cień szansy, że wrzody na dupie, które Miażdżyca musi wyśledzić, zrobią z niego tylko stertę mięsa, prędko zresztą pożartą przez niewymagających drapieżników. Jak hieny. Sępy. Cały margines społeczny. Tak. To też jakieś pocieszenie. Jedna gęba do wykarmienia mniej. I tak był nieposłuszny. I nieszczery.
- Aha. Złożyłeś już papiery do Comedy Central? - Szczupłe palce artysty wsunęły się w białe włosy, przyprószone czarnym węglem. Odgarnął kosmyki z twarzy tylko po to, by te zaraz opadły na policzki i czoło, formując jeszcze większy bałagan. Do czego on był zmuszany w chwilach niżu... - Słuchaj--
… oho.
Spojrzał tylko, jak Miażdżyca z pełnym politowania wyrazem twarzy rzucił się na spotkanie z glebą. Growlithe się nawet zbytnio nie wysilał, żeby go upokorzyć. Ratler radził sobie świetnie sam. Bez niczyjej pomocy. Niby chciał podnieść wyżej rękę, żeby Miażdżycy nie dane było dosięgnąć naszyjnika, ale nawet nie musiał. Dłoń nie drgnęła choćby o milimetr, choć srebrny wisiorek praktycznie został muśnięty opuszkami. Game over, you stupid idiot.
Szkoda, że mały przesadził...
Odmowa się Wilkowi nie spodobała.
Nie przywykł do tego.
No jak to? Jego pies, jego prywatny, zapchlony kundel, wierny, lojalny, pełen oddania i miłości ot tak odmawia wykonania polecenia? W dodatku tak prostego, że aż śmiesznego? Przecież nie kazał mu iść na wojnę. Nie kazał walczyć za dwóch, przebiec globu w dwa dni ani zjeść żywego robactwa. Kazał tylko zrobić coś, co i tak należało do jego zaplutego obowiązku.
Jego cierpliwość złamała się na pół jak sucha gałąź, dokładnie w chwili w której trzasnął chłopca z pięści w twarz. Pękła mu żyłka. Co miał robić? Zostawić to tak? Zignorować? Zaśmiać się? Zasada numer jeden: nie lekceważ. Trzymał się jej. To dlatego. Chwycił Miażdżycę za brzeg ubrania i poderwał go całego do góry, nim ten w ogóle zdążyłby się zorientować co się stało. W akompaniamencie wilczego warknięcia szarpnął ręką tak, by wbić chude, kruche ciało Miażdżycy w gruby pień drzewa, którego chropowata powierzchnia a z pewnością nie mogła być porównywalna z poduszką. Drobne kawałeczki kory spadły w milczeniu na ziemię, gdy Growlithe przygniatał go przedramieniem, spoglądając głęboko w szkarłatne oczy. Dopiero teraz zorientował się, że zatrzasnął w palcach nie tylko skrawek jego ubrania, ale również szyję Miażdżycy.
- Co jeszcze? - Splunął w bok, wykrzywiając usta w okrutnym grymasie obrzydzenia. - Coś jeszcze masz do powiedzenia, narwany kretynie? - Wzmocnił uścisk, gniotąc grdykę, na tyle silnie, aby z twarzy chłopca odeszła krew, ale na tyle lekko, aby w odpowiednim momencie móc wypuścić go z żelaznego uścisku, sekundę przed uduszeniem. - Narwany, cholerny, skretyniały, kurewski imbecyl, szczyl kłapiący dziobem na prawo i lewo. Co mi zrobisz? Uderzysz? I co? - Zachichotał rozbawiony. - Myślisz, że by mnie zabolało? - Miażdżyca mógł poczuć, jak paznokcie Wymordowanego wbijają się w jego skórę, wyduszając ostatnie zapasy tlenu z płuc. Abstract u jego boku niezadowolony szczeknął głośno, ale nie ruszył się z miejsca. - Zginiesz, szczeniaku. Z takim podejściem zdechniesz pod rowem. Sądzisz, że ktoś by to zauważył? Nikt. Stado to jedyne co ci pozostało. Teraz grzecznie wykonasz polecenie. Zrozumieliśmy się?


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Gość on 30/7/2014, 20:52
Taka rozmowa była dla Miażdżycy niczym sen. Kompletna różnica koszmaru. Nie musiał się męczyć, mógł mówić co ślina na język przyniesie, a nic mu się nie stanie. Mógłby tą rozmowę tak ciągnąć i ciągnąć, aż... komuś pęknie żyłka na czole. Czy coś takiego się zdarzy? Czy to aby możliwe? Czy dostanie ten mały chłopczyk kurwa jebaną mać w końcu w ryj? Od własnego przywódcy? Jak tak, to idziemy do tego miejsca... coś tam z obroną zwierząt. Żaden właściciel swego kundla bić nie powinien. No, ale trzeba jakoś takiego psa wytresować. Straszna szkoda, że Miażdżyca jest typem, którego wytresować się nie da. Jest to niemożliwe. Awykonalne. Nieważne co byś zrobił, tego Ratlerka nie da się oswoić. Nawet biciem. Komentarz mężczyzny schował sobie do kieszeni, kompletnie go ignorując. Spojrzał ukradkiem w lewo, a potem w prawo. Jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Walczyć z tym dużym kolesiem nie może, więc musiałby jakoś się wyślizgnąć. Tylko jak? To było pytanie, które ciągle siedziało w głowie chłopaka i uderzało pięściami o ściany mózgownicy, żeby tylko coś wymyślić. Nie ma żadnego wyjścia z tej sytuacji. Chociaż był dzieckiem, to do najgłupszych nie należał. Może był troszeczkę zbyt pewny siebie, usta prawie się nie zamykały, a jedyne słowa, które przez nie wylatywały to były przezwiska, to głupi nie był. Był pewien, że w walce z tym kundlem nie wygra. Na umysły też się nie chciał pojedynkować, bo... hah, oczywiście. Ten kundel, który śmie nazywać się przywódcą stada ma mózg wielkości niczego. Pustka. Nic tam nie ma. Po prostu nie chciał go pokonać w taki łatwy sposób, tak. Te słowa były głupie. Mógł najpierw je porządnie przemyśleć, wtedy mógł rzucać obelgami. Ból zębów znowu powrócił, migrena dała ponownie się we znaki, a policzki przybrały kolor czerwonego różu. Myślenie o tym jak mogło by się tu zniszczyć mężczyznę, po prostu go zmęczyło. Mgłą zaszła mu oczy, ledwo co się na nogach trzymał, ale wzmianka o wisiorku, który mógłby go wyżywić przez cały tydzień dała mu siłę do walki. Ale cóż. Nigdy nie idzie jak w planie.
Tak, to jest właśnie życie. Pozagrobowe życie. Bo tak naprawdę już chłopak nie żyje, ale no... dobra, nieważne. W każdym razie - któż by pomyślał, że z taką chęcią chciał złapać ten wisiorek. Wywalił się, no co. Każdemu się zdarza. Stópka mu się poślizgnęła, nic dziwnego, ani śmiesznego w tym nie było. Gdyby tylko się to nie zdarzyło, gdyby tylko się nie poślizgnął, potknął czy cokolwiek się zdarzyło, a wisiorek byłby w jego rączce, to by już dawno zniknął z pola widzenia przywódcy. Pech to pech. Nie da się z nim walczyć. Przeznaczenie to przeznaczenie. Też się z nim nie można pojedynkować. To musiało się zdarzyć. Pewnie ten, który siedzi tam kurwa nad chmurami i wszystko nadzoruję, teraz się śmieje z małego chłopczyka, który chciał tylko się dorobić czegoś. Ale nigdy się nie chce. Lenistwo to też jeden z jego minusów, ale nie może się tak łatwo dać losowi. Kto powiedział, że szczęśliwe zakończenia są zabronione? Może to tylko taki wstęp, wiecie... jak jest w bajkach. Najpierw jest źle, potem jeszcze gorzej, a na końcu coś się zdarzy i wszyscy będą szczęśliwi?
Na. Pewno. Kurwa. Nie. Takie coś tylko w bajkach dla dzieci jest. Gdy tylko się podniósł z ziemi, chłopak spojrzał z dumą na mężczyznę. Podda się? Musi się poddać, tylko tak może się ta opowieść zakończyć.
...
...
...
Niestety. Przegrałeś życie, mały skurwysynie. Wszystko zdarzyło się tak szybko, nawet nie miał czasu na reakcję. Po dumnym spojrzeniu nie było śladu, a zamiast tego, było zaskoczenie. Co się właśnie stało? Chłopak mrugnął parę razy i poczuł jak mu łzy do uczy napływają. Co się właśnie kurwa stało. Nie minęła sekunda, a ten w końcu zrozumiał. Dostał perfidnie w twarz. To nie tak miało być. Nie tak się miała skończyć ta opowieść. Oczy się nawodniły, drgająca ręka miała już zacząć masować miejsce gdzie został uderzony, ale nikt nie powiedział, że to już zakończenie. Spojrzał prosto na przywódcę, gdy ten w tym samym momencie, wziął Miażdżycę za kołnierz... nie, nie za kołnierz. Wziął chłopaczynę za nagą szyję i go podniósł, przypierając do drzewa. Nie, znowu źle. Został wbity w drzewo, twardą korę, która nie należała do najmiększych rzeczy na całym świecie. W mgnieniu oka powietrze przestało napływać do płuc, a on sam poczuł jak ostatnie krople siły z niego uciekają. Co teraz? Dalej walczyć? Przestać? Nigdy. Nie po tym wszystkim co przeszedł. Był już w gorszych tarapatach - zawsze się jakaś okazja na ucieczkę zdarzała. Zebrał wszystkie swoje chęci i złość, żeby ruszyć nogami i spróbować uderzyć większego. Nic to nie dało. Nawet takie zasrane dwulatki mają silniejsze kopnięcia.
- P-Puść... - gdyby dał radę, to by powiedział więcej, ale niestety, to jedyne słowo, które dał radę powiedzieć. Jakaś okazja się zdarzy. Musi się zdarzyć. Od razu by była wykorzystana. Wyzwiska wypłynęły by niczym rzeka. Nic, ani nikt by go nie powstrzymał. Jedyna akcja, na którą się zebrał to było zwykłe machnięcie głową, jakby chciał powiedzieć 'nie, jebana kobyło. nic dla ciebie nie zrobię. nigdy, przenigdy.' Dokładnie to.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Arcanine on 31/7/2014, 00:26
Silne palce naznaczone licznymi bliznami nawet na ułamek sekundy nie zwolniły uścisku, gniotąc szyję Miażdżycy w sposób okropny, bo nieludzki. Paznokcie wbijały się w miękką skórę, rozrywając ją w pięciu miejscach i choć nie były to głębokie rany, drobna kropelka krwi i tak prześlizgnęła się wzdłuż gardła chłopca, finalnie wsiąkając w materiał czarnej koszulki bez żadnego nadruku i tym samym kończąc swój krótki żywot. To był cudowny widok; prawdopodobnie najlepszy, jaki Miażdżyca mógł mu zaprezentować. Zaszklone oczy (z nieznanych powodów Growlithe miał niewytłumaczalną słabość do cudzych łez), zaskoczenie wymalowane pewną ręką w jego oczach i wpierw zaczerwienione, a wkrótce niemalże białe policzki, z których odpłynęła krew.
Wiesz, co może się teraz stać? - zapytał umysł Growlithe'a, gdy ten z namiętnością wpatrywał się w szkarłatne tęczówki dzieciaka. Teraz krew przestanie być transportowana do mózgu. Serce zwariuje. Dłonie zdrętwieją. A on puści martwe truchło o sinej twarzy i nie oglądając się więcej za siebie odejdzie, by poszukać innego Ratlera. Tak mogłoby być, bo nie miał zamiaru wahać się w żadnej sytuacji, ale gdy dobiegły do niego słowa, jakie wychrypiał słabym głosem Kundel gangu, Jace tylko uniósł nieco górną wargę w wyrazie najwyższego obrzydzenia. Czarne uszy wilka, wystające spomiędzy białych, potarganych włosów poruszyły się prędko, zatrzepotały i odchyliły się do przodu, dokładnie tak, jakby nie był pewien, czy się nie przesłyszał.
I przy okazji nie przywidział z racji tego, że Miażdżyca machnął głową, skazując ostatnie resztki litości na dożywocie... nie. Jednak na śmierć. Twarz Growlithe'a automatycznie spochmurniała. Cienie pod oczami jakby się wyostrzyły, odznaczając się na jasnej skórze jeszcze większym kontrastem. Nie miał zamiaru nic robić? To po jaką cholerę dołączał do gangu? Miał ich za frajerów, którzy będą go wyżywiać, dawać dom, ochronę, wsparcie? Dzieciak nic nie wiedział o życiu tutaj, tak samo jak Growlithe nic nie wiedział o dzieciaku - jedynie tyle, że sam targał się na to, by być martwym. Błagał wręcz o to na kolanach.
Cień uśmiechu.
Łup... łup... łup... łup łup łup... łup...
Ten dźwięk przypominał powolne, ale mocne uderzenia serca. I pewnie tym by właśnie był, gdyby nie to, że obaj byli martwi, a to faktycznie nie jest bajeczka, która kończy się uroczo i klarownie. Ciężkie uderzenia jakie mógł poczuć Miażdżyca to jedyne, co teraz doświadczało jego ciało, gdy Growlithe raz po raz odrywał go od pnia i ponownie za sprawą silnego ramienia wgniatał w korę, cały czas trzymając go brutalnie za szyję. Chciał go zabić? Czemu nie. Szczeniak sam go o to prosił, droczył się, prowokował. Dlaczego miałby nie spełnić jego prośby, w tak nieciekawym świecie, gdzie żadna prośba nie jest spełniana? Raz jeszcze odchylił ramię do tyłu, łokieć zgiął się posłusznie, utrzymując cały ciężar Ratlera. Sekunda. Dwie. Drobne stopy nie dotykały ziemi od dawna. A potem bezkompromisowo cisnął nim ostatni raz o drzewo, wreszcie puszczając i wbijając przeszywające, dwukolorowe spojrzenie w osuwającego się na ziemię Miażdżycę. Na ubraniu i nadgarstkach Ratlera pojawiły się cienka, ciemne pasma, które jednak w żaden sposób nie krępowały jego ruchów. Na razie.
- Żałosne. - Skrzywił się, przechylając lekko głowę na lewo. Chciał ujrzeć swoje dzieło - pięć dorodnych siniaków, otaczających niewielkie, czerwone kreski - z nowej perspektywy. Dla niego były tym samym, co dla Miażdżycy - niczym nad czym trzeba by się rozwodzić. Może urwać mu ręce? Złamać nogi? Przegryźć rzepki wyrwać język, wsunąć palec prosto w oko, by to pękło jak napowietrzony balon?
Srebrny łańcuszek trafił do kieszeni spodni, znikając sprzed nosa Miażdżycy równie prędko, co się pojawił. Nie dla psa kiełbasa, jak rzecze stare powiedzenie. Kto by pomyślał, że chęć jaka naszła przywódcę DOGS zostanie tak odebrana? Nie miał mu płacić, a sam fakt, że to zrobił, oznaczał podjęcie się pewnych wyrzeczeń. Ktoś tu miał widoczne problemy z okazywaniem wdzięczności. Białowłosy kucnął, wyciągając przed siebie lewą dłoń. Ujął podbródek chłopca, zmuszając go, by zadarł głowę do góry. Spokój, to jedyne co mogło teraz uratować Miażdżycę. Całe jego ciało oplecione było czarną wstęgą, na oko łudząco przypominającą cień czy ogień. Czymkolwiek to jednak było - oplotło jego korpus, przedramiona i nogi, sprawiając, że każdy gwałtowniejszy ruch spotka się co najwyżej z zaciśnięciem magicznych więzów. Lina, gotowa unieruchomić go w razie iskry problemu.
Będziesz grzeczny, prawda, Mia?
Growlithe wsparł się prawą dłonią o pień drzewa, by móc bez przeszkód pochylić się nad Miażdżycą. Odchylił jego głowę na tyle, aby posiniaczona szyja została praktycznie całkowicie odsłonięta. Zapewnienie, że nie będzie bolało, było równie prawdziwe, jak obietnica arachonofobika, że połknie pająka na śniadanie. Ciepłe wargi musnęły miejsce jabłka Adama, które jeszcze niedawno przygniatane było przez rękę. Czuły gest, jak na kogoś, kto zaraz rozchylił wargi i wgryzł się w gardło, jak w masło. Wsunęły, natychmiast docierając do pulsujących żył. Krew wręcz trysnęła mu, gdy pociągnął pierwszy, duży łyk.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Gość on 31/7/2014, 14:48
Długie palce mężczyzny nawet na chwilę nie chciały zluźnić uścisku. Czy zimne, czy ciepłe - nie miało to żadnego znaczenia. Ból był taki sam. Nie dość, że nie mógł oddychać, a z każdą sekundą tracił coraz to większe zapasy tlenu, to chłopaczek ciągle czuł ten straszny ból, czyli wbijające się paznokcie. Prosto w zimną, nagą i bladą szyję. Doznał jeszcze większego bólu, ale tym razem umysłowego, gdy poczuł jak kropelki krwi poleciały w dół, ciągnąc za sobą bordowy ślad. Kropelka szybko jednak zniknęła, wsiąkając prosto w czarną, bawełnianą koszulkę. Czy to już naprawdę koniec? Nie może tak skończyć swojego żywota... żywota-żywota. Jakby to wyglądało, no? Zostać zabitym przez kogoś takiego jak ten człowiek, to musi być ogromna skaza w kartotece. Resztki sił, już końcówki, wykorzystał na zebranie całej śliny z ust i plunięcie nią prosto w przywódcę. Nieważne, czy trafiło, czy nie. Jeśli ma już umrzeć, to chociaż chce jeszcze jakoś powalczyć. Choć taki sposób walki nie jest najwygodniejszy, czy najpiękniejszy, to i tak został użyty przez Miażdżycę. Po tym już całkowicie się wykończył, życie zaczęło z niego uchodzić, jak powietrze z przebitego balonu.
Co się dzieje? Spojrzeć w dół nie mógł, nic nie mógł tak naprawdę zrobić. Siły już go opuściły, tylko nogi jeszcze jakimś magicznym sposobem wytrzymywały, ciągle próbując kopać przywódcę psów. Jedno oko samo się zamknęło, jednakże drugie dało radę zostać otwarte.  Było one skierowane prosto na Wymordowanego, pełne nienawiści i złości. Te szkarłatne oczy, wypełnione wszystkimi najgorszymi chęciami, które są na tym świecie. Rumieniec zniknął z czasem, im dłużej mężczyzna trzymał go za gardło, tym coraz bladziej wyglądał. Jeszcze chwila, a przezroczysty się zrobi. Jedna łza popłynęła po jego policzku, a ręka lekko drgnęła, chcąc się podnieść i wytrzeć tą wkurwiającą wilgoć. Ale nie mógł się ruszyć. Mógłby jeszcze wytrzymać z parę sekund, ale gdy jeszcze otworzone oko zauważyło, że Growlithe się uśmiecha, szybko zrozumiał co się zaraz stanie.
Plan Miażdżycy legł w gruzach. Miał się wymigiwać z obowiązków, ignorować rozkazy albo robić je, ale na odwal. Wtedy, dostawałby jedzenie za darmo, a oni po jakimś czasie, sami i tak by to zrobili. Niestety. Przeliczył się chłopak. Nie wiedział, że przywódca stada jest aż takim brutalem. Niby wyglądał na jakiegoś tam niby strasznego pana, ale często wokół siebie miał tą aurę dobroci i szczęśliwości. Albo tylko tak dla Miażdżycy się wydawało? Znaczy się, ogólnie to... nie wiedział co się stanie. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Z osobą, która najwyraźniej ma zaburzenia psychiczne nigdy nic nie wiadomo. Mógł nim rzucić o jakiś kamień, wyjąć z kieszeni scyzoryk i go pociąć, albo podpalić zapalniczką. Perfidnie wszystko mogło się zdarzyć. Niestety, ten oto pan, najwidoczniej nie zna słowa 'litość'. Na początku, chłopak poważnie myślał, że to wszystko, te całe jego pozagrobowe życie to był tylko straszliwy koszmar, a on się z niego właśnie obudził. W końcu - usłyszał bicie serca. Umysł już ledwo co wytrzymywał bez tlenu, ręce opadły bezwładnie, a nogi przestały się wiercić. Oko walczyło wytrwale i ciągle było otwarte. Nie minęło pięć milisekund, a on się zorientował, co się dzieje z jego ciałem. Każde uderzenie pleców o pień, zabierało z chłopaka ostatnie oddechy. Z pierwszymi pchnięciami, przyszła stróżka krwi, wypływająca z kącików ust. Z następnymi, było już tylko gorzej. Gorzej, mam na myśli... o, jego czapka spadła na ziemie. Włosy wydostały się na wolność, jak zawsze rozwalone w każdy kierunek świata. Ostatni rzut nim o drzewo, był dla chłopaka już prawie finiszem.
Nic już nie czuł, nic a nic. Bólu, kończyn. Umysł już od dawna zaprotestował przeciwko myśleniu, usta suche, popękane i w krwi, nie mogące nic wykrztusić. Tak się najwyraźniej skończy ta opowieść. Jego wzrok był wbity w ziemie, a przez usta wylatywały tylko coraz cięższe oddechy. Nie był wstanie nawet zachłysnąć się powietrzem, bo ten odór, który wydawał z siebie ten zasrany przywódca, czyli wanilię, był do niezniesienia. Jak na złość. Wszystko inne odmawiało posłuszeństwa, to nos dalej działał. Nie chciał wąchać tego powietrza, nie chciał nim oddychać. Jeszcze by tu zwymiotował i co? Gdy tylko Miażdżyca poczuł jak ciepła ręka dotyka jego podbródka, a potem jeszcze zmusza go do podniesienia głowy, to od razu chciał się wyrwać. Jakiś tam 1% sił do niego błyskawicznie wrócił, ale nie mógł się ruszyć. Dlaczego? Jego lewe oko, te które było ciągle zamknięte, otworzyło się błyskawicznie i spojrzało w dół; jest jakby czymś splątanym. Lina? Łańcuch? Tak ogólnie, ile oni już tutaj w ogóle siedzą? Tak bardzo dostał, że nawet już liczenie czasu jest dla niego czymś zbyt trudnym? Nie mógł nic wymyślić. Wszystko było za ciężkie, oporne. Wtem, poczuł zimny powiew wiatru na swojej szyi. Nie mógł nic zobaczyć, ale przywódca już tak. Co? Podziwia swoje nowe dzieło? Jest z tego dumny? Że pobił, prawie zabił piętnastoletniego dzieciaka? Gratuluję. Oczy były wbite w ziemie, ciągle w łzach. A po tym całusie, jego wszystkie włosy stanęły na dęba. Co się dzieje? Cichutki, najcichszy jęk na całym świecie wydostał się z ust chłopaka, jak tylko poczuł co się właśnie dzieje. Przywódca wbił swe kły w nagą szyję, wypijając krew. Słodką, prawdopodobnie najsłodszą krew jaka istnieje. Choć bardzo chciał się wymigać, uciec, uderzyć go, odepchnąć... cokolwiek... to nie mógł. Wygląda na to, że będzie to długa noc.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Arcanine on 1/8/2014, 00:53
Słodka.
Jego krew była s ł o d k a. Ciepła i wyładowana mocą, jakiej Growlithe teraz wcale nie potrzebował. Mógłby mu tego oszczędzić, ale prawdę mówiąc... wcale nie chciał. Brał na zapas, nic więcej. Łykał wielkimi porcjami, wyciągając duszę z Miażdżycy jak najprawdziwszy Żniwiarz, chwytając ją silnie w dłonie, tak jak jeszcze przed momentem pochwycił gardło chłopca i wyszarpywał raz po raz przez dwa otwory na szyi, jakie mu sprezentował. Abstract wciąż nerwowo poruszał uszami, ogonem albo łbem, a widząc, jak blisko ofiary znalazł się jego właściciel z głębi wilczura wyrwało się ciche piśnięcie, tak drobne, jakby to był ledwie podmuch wiatru. Pies wyczuwał zdenerwowanie Growlithe'a, dlatego sam był niespokojny. Potężna więź jaka ich łączyła nie pozwalała po prostu zwierzęciu czuć się inaczej. Nic więc dziwnego, że Abstract tylko czekał na moment, w którym ostre, długie kły wysunęły się z nieskazitelnej dotychczas skóry Miażdżycy.
Dłoń, która dotychczas ujmowała jego podbródek brutalnie zadzierając go ku górze, w końcu ustąpiła, zamiast tego wsuwając się w rozczochrane kosmyki Ratlera, uprzednio opuszkami muskając jego blady policzek. To nie miało się tak skończyć. Planował inaczej to rozegrać, ale Miażdżyca trafił na nieodpowiednią partię. Na kogoś, kto za najdrobniejszą zniewagę, choćby przypadkową, odpłaca się z nawiązką. A robi to tym bardziej, gdy wie, że jest silniejszy. Choć istotnie splunięcie spowodowało nowy przypływ złości, to prędko starł dłonią ślinę - zrobił to tą samą ręką, którą teraz przeczesywał włosy młodszego Wymordowanego. Growlithe nic nie mówił. Cóż. Wcale nie musiał. Wszystko wydawało mu się aż nazbyt ostre i jasne. Przesunął całą powierzchnią języka po rankach, z których wciąż wyciekała niewielkimi kropelkami krew. Zlizał szkarłat i ucałował wgłębienia, by wreszcie odsunąć się na parę centymetrów. Podniósł głowę i hardym spojrzeniem zerknął na Miażdżycę.
- Głupia owco, z wilkiem nie wygrasz - mruknął mu prosto w usta, wreszcie odrywając się od niego całkowicie. Wyprostował się i cofnął o krok, aby ten mógł jakkolwiek się poruszyć nieprzytłoczony jego nazbyt nieoczywistą bliskością. Miażdżyca popełnił wielki błąd - zdaniem Growlithe'a - już w chwili, w której w jego umyśle zakiełkowały pierwsze szczątki planu, aby oszukać Psy. Podczepić się pod silny gang. Pod tych, którzy jako nieliczni posiadają jedzenie, broń, czasami nawet leki. To idiotyczne z jego strony, że nie pomyślał o skutkach. Co będzie, jeśli Kundle się o tym dowiedzą? Jeśli odkryją tego nieudolnego pasożyta?
- Wstań - zażądał, unosząc rękę.
Ułożył odpowiednio palce i pstryknął nimi, a czarna lina jaka oplatała drobne ciało pobitego dzieciaka rozleciała się i nie pozostał po niej żaden ślad. Growlithe zdawał sobie sprawę, że Miażdżyca mógł czuć się jak puste opakowanie po papierosach, zgniecione przez ciężką podeszwę wojskowego buta. Każdy następny i kolejny, i jeszcze jeden łyk, jakim Growlithe pozbawiał jego organizm z krwi, jednocześnie odganiał wszelakie siły, jakie dotychczas uporczywie trzymały się wyszczekanego Ratlera. Miał świadomość, że Miażdżyca może nie być w stanie utrzymać się na nogach. Jeśli upadnie - niech mówi z ziemi. Jeśli nie będzie w stanie mówić - niech daje znaki. Skoro dostawał ostatnią szansę, aby zawalczyć o swoje życie, niech robi wszystko, aby wyszło na jego. Martwy, nie będzie już mógł postawić na swoim.
- Daję ci wybór, Mia - zaczął donośnym głosem, spokojnym i władczym. Absolutnie nie pasującym do kogoś, kto jeszcze gotował się z wściekłości od środka. Co z tego, że na zewnątrz zdawał się wręcz znudzony, gdy języki ognia drażniły jego mięśnie. To wszystko, co działo się w głębi niego, prowokowało go, aby przestał się bawić, a zrobił to, co powinien już dawno temu. Skręcił mu kark, wydrapał oczy, zdarł żywcem skórę i zostawił na pożarcie zwierząt. Jak obiecał przecież. Ale ta drobna cząstka człowieczeństwa, która cały czas kurczowo trzymała się jego charakteru właśnie, kurwa, teraz postanowiła się odezwać ze zdwojoną siłą. Growlithe zmarszczył brwi. Czuł drobne pulsowanie w skroniach. I czyiś cichy, subtelny głos, szepczący mu na ucho w kółko dwa te same słowa. Nie zabijaj... nie zabijaj... nie zabijaj... - Zostajesz z nami, oferując mi swoje życie, gwarantując posłuszeństwo i lojalność albo daję ci dwa dni na ucieczkę. Drugiego dnia, o świcie, puszczę psy tropiące. - W jego oczach pojawił się błysk podniecenia. Uwielbiał moment spuszczania psów z łańcuchów. - Zwęszą twój ślad, dopadną cię i rozszarpią, choć istnieje cień szansy, że im zwiejesz. Chcesz być taki dorosły, więc dorośle podejmuj decyzje.
Skrzywił się.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Gość on 3/8/2014, 20:32
Szary obłoczek uciekł przez usta chłopaka, jak przywódca łapczywie wysysał z niego krew. Każda kropla krwi = mniej sił. Dlaczego tak chętnie ją pił? Przecież w pełni sił był od początku, bać się nie musiał o nic... w końcu -- kto go może pokonać? Nikt, najprawdopodobniej. Arthur nie powiedziałby tego na głos, bo duma mu zabraniała. Poczułby się źle względem siebie. Ale taka jest prawda, najwidoczniej. Nie dość, że mężczyzna jest nawet wysoki, co dawało mu już ogromną przewagę nad Miażdżycą, ale także jego magiczne umiejętności. Nie miał z Grow'em żadnych szans od samego początku, chociaż próbował. Co mógł jeszcze zrobić, żeby w jakikolwiek sposób z nim wygrać...? Nic. Jest kompletnie w przegranej sytuacji. Gdyby może ktoś mu na pomoc przyszedł... ale kto? Nie ma przyjaciół, jego 'pan' pewnie gdzieś się szlaja po burdelach, a żadna osoba z DOGSów nie przeciwstawi się przywódcy stada. Dlatego są słabi. Łzy już wyschły, zostawiając po sobie tylko czerwone obrzęknięcia i pulsujący ból w głowie. Oczy zbladły już do końca, straciły swój szkarłatny blask, a zamiast niego przybrały coś podobnego do brudnego różu. Następne jęknięcie wydostało się na powierzchnie, gdy posiadacz mocy wampiryzmu wyciągnął swe kły z nagiej szyi chłopca.
Oczy ponownie się zamknęły na piętnaście spustów, jak poczuł ciepłą rękę na swym zimnym policzku, a potem między swoimi blond włoskami na głowie.  Myślał, że już po nim. Że urwie mu ucho, włosy, albo ukręci kark. Ale nic takiego się nie stało. Tylko chwilowe ciepło. O co mogło mu chodzić? Dlaczego miałby tarmosić mu teraz włosy, jak chce go zabić? Nic już nie można było logiczne wyjaśnić. Głowa go bolała, ledwo co przytrzymał siebie samego przy zdrowych zmysłach. Chłopak wystawił krótki język na powierzchnie i mozolnie oblizał sobie wargi. Były tak kurewsko suche, że to nie pojęte. Już pustynie mają większą zawartość wilgoci w sobie. Nie było wcale cicho. Głośne oddychania Miażdżycy można było usłyszeć w całym parku. Położył obydwie ręce na klatce piersiowej i ze wszystkich sił... well, których nie miał, spróbował odepchnąć przywódcę, gdy ten polizał jego rany. A co to ma być? Jakiś przejaw miłości i dobroci dla człowieka? A to nie jest tak, że pies liże rany właściciela? Bo mają coś tam w swojej ślinie? Czy to ma mieć jakiś ukryty przekaz. No, był wdzięczny, w każdym razie. Te liźnięcie i pocałunki przyniosły ulgę, a także ukojenie dla ran, które powstały jakieś parę minut temu. Poruszył swoim całym ciałem z zażenowaniem, znowu próbując go odepchnąć. Nic nie dało. Wszystko z niego wyssał. A może coś się jeszcze znajdzie...? Na jakąś okazję, to zawsze można coś znaleźć. Gdy przywódca prawie co dotknął swoimi ustami, usta Miażdżycy, ten zamachnął się swoją głową, uderzając czoło białowłosego, swoim czołem. Nie było to jakieś najsilniejsze uderzenie; bardziej przypominało one jak, ee... o! Jak małe szczeniaczki dotykają swoim łebkiem właścicieli. Rany znowu zaczęły piec, szczypać, cokolwiek innego, jak wyższy Wymordowany odsunął się na bezpieczną odległość. Dostał z bańki i od razu się wystraszył... na pewno. Jego pierwsze słowa do niego nie dotarły, w uszach zbyt głośno mu brzęczało. Następna prośba, a może rozkaz prosto w niego pierdolnęła.
"Wstań."  
Cię chyba pojebało. Miał wstać? Po tym wszystkim co się właśnie stało? Jakieś kości pewnie ma złamane, oddychać mu było trudno, na oczy ledwo co widział. Kilka kropelek szkarłatnej krwi dalej spływało z ran na jego szyi, koszulka jest przesiąknięta potem, a ciało złością. Jedyne czym mógł ruszać, to... ręce, nogi, nos i uszy. I tylko to. Nic innego. Musiał się chwilę zastanowić nad jego rozkazem. Wstać... czy nie wstać? Uśmiechnął się lekko, a razem z tym podniosła się jego ręką z wyciągniętym środkowym palcem. Jednakże, szybko upadła, nawet dwie sekundy w powietrzu nie mogła wytrzymać. Nie mógł z nim walczyć już więcej... przegrał. Przegrał tą walkę. Ale nie przegra wojny. O nie. Na nogi podnieść się nie mógł, od razu by upadł. Ha, nawet nie marzył o ruszeniu jakimkolwiek palcem u nogi. Wszystko z niego uciekło. Jak gaz z dziurawego balona, wypełnionym powietrzem; jak tlenek wodoru z przebitego basenu, napełnionego po brzegi zimną wodą. Wysłuchał jego propozycji w ciszy - bez żadnego wyzywania, bez żadnego uśmiechu na ustach. Bez grymasów, tak naprawdę... to wyglądał jakby umarł. Zamarł w czasie i przestrzeni. Wyglądał jak lalka przez pewną chwilę.

...zgodzić się na jego pierwszą propozycję?

...a może odmówić i walczyć o swoje?

Wszyscy, którzy znają Miażdżycę, już wiedzą jaka będzie odpowiedź. Jego struny głosowe zagrały jak chciał, nie chciały z nim walczyć. Cichy śmiech uciekł z spomiędzy zamkniętych ust, a oczy na nowo zaświeciły lekko szkarłatem. Otworzył usta i zaczął mówić. Choć sprawiało mu to ból, to na chwilę obecną się nim nie przejmował. Później będzie się o to martwił. Pojękiwania, stękania i lekkie grymasy pokazywały swoją obecność wbrew jego woli. Nic nie mógł na to poradzić.
-- H-Haha... Ty... mi dajesz wybór? C-Chyba nie wiesz z kim rozmawiasz... Choć miałbym nawet zdechnąć jako j-jebana kurwa pod twoim b-butem, to nie wygrasz. N-Nigdy się nie zgodzę na twoje warunki. Wypuszczaj s-sobie te swoje zapyziałe i zasrane kundle, kiedy tylko chcesz. Nawet możesz do nich d-dołączyć... możesz... z największą chęcią poukręcam parę łbów. Rozpierdolę... ka-każdego kto stanie mi na drodze. K-Każdego z twoich zjebanych sługusów. -- Złość go całkowicie ogarnęła; nie wiedział co mówi. Stracił panowanie nad sobą. Wiedział, że nie da rady walczyć nawet ze szczeniakiem wielkości pięści. Kaszlnął donośnie, wypluwając już chyba ostatnie resztki krwi. Nie mógł się poddać... tylko słabeusze się poddają. Nawet jeśli to był głupi pomysł na walkę z nim. Nawet jeśli straci teraz swoje pozagrobowe życie. NAWET JEŚLI NIE MA ŻADNYCH SZANS NA WYGRANĄ. Nic go to nie obchodziło. Będzie stawiał na swoim do samego końca. I tak takie życie nie jest najlepsze. Desperacja... wirusy... pff.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Strumień przecinający ogrody.

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 11 1, 2, 3 ... 9, 10, 11  Next

Powrót do góry

- Similar topics