Go down


Gabinet Marceliny < WSTĘP WZBRONIONY! >

Pisanie by Marcelina on 30/12/2017, 22:32



Na piętrze, obok rzędu zwykle zamkniętych na klucz pokoi z krajobrazu wyróżniają się masywne, koloru ciemnego kasztanu grube drzwi z wywieszoną, podrapaną tabliczką z napisem JAMA CHAMA. Za nimi kryje się spore pomieszczenie, do którego wstęp ma tylko Marcelina i osoby posiadające oficjalne zezwolenie na przekroczenie progu gabinetu. Całość utrzymana jest w stonowanym, ciemnym odcieniu. Ściany raczej czyste i schludne, wywieszone różnymi zdjęciami i pięknymi, psychodelicznymi obrazami autorstwa właścicielki kasyna. Na półkach walają się książki różnego rodzaju, różnego pochodzenia, wieku i stanu okładki. Na lewo od drzwi, pod ścianą mieści się ogromne, podłużne terrarium w środku którego mieszka przedstawiciel udomowionych jaszczurowatych. Na końcu pokoju stoi dość spore, hebanowe biurko, a za nim równie wielki co stary, czarny, skórzany fotel z lekkimi pęknięciami na krawędziach. W prawym, najdalszym rogu dostrzec można drzwi prowadzące do kolejnego, sporego pomieszczenia - to schowek na łupy zdobyte w mieście-3 z innymi Szakalami, które przemyciła na tereny desperacji i którymi nierzadko handluje z jej mieszkańcami. Znaleźć tam można także często nieskończone obrazy wymordowanej artystki, które zachwycą nie jedno oko i większość z pewnością wprawią w zachwyt.
W głębi gabinetu dostrzec można drewniane, prostej budowy łóżko.


Ostatnio zmieniony przez Marcelina dnia 24/10/2018, 00:23, w całości zmieniany 1 raz



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Gabinet Marceliny < WSTĘP WZBRONIONY! >

Pisanie by Karitsuki on 23/10/2018, 23:36
Nie znasz dnia...

Śliczny to był dzień, piękny i zachmurzony, i mżawką nachalną przyozdobiony, z chłodnym i gryzącym skórę wiaterkiem pełniącym rolę smacznej wisienki na szczycie tegoż masywnego, majestatycznego tortu pogodowego. Przedzierającą się - wraz z jej aktualnym partnerem dzielącym z nią to jakże zacne, ekscytujące zadanie - przez tereny Desperacji kobieta o różowych włosach i dość kusym, niepasującym do obecnych warunków pogodowych wdzianku nie zwracała zbytniej uwagi na drobne, miniaturowe wręcz kropelki rozbijające się o jej gładką, jasną skórę. Krok jej był raźny, skoczny i naładowany energią na maksa, podczas gdy z prawej strony jej ust dyndała chudziutka, malutka gałązka brzozy, której to końcówkę Kari radośnie, z ukontentowaniem sobie przygryzała. Przy jednym z mocniejszych chrupnięć - które słychać było doskonale pośród wycia szalejących naokoło podmuchów - niebieskie oczka Wymordowanej skierowały się na towarzyszącego jej Androida, a usta - normalnie wykrzywione w chłodnym, aroganckim wyrazie - naznaczył delikatny, acz groźny przy tym i zaczepny uśmieszek. Co prawda zawitał on tam na chwiejny, marny moment, ale zawsze było to coś!
- Ty gadasz, ja nadzoruję - zwróciła się do niego w pewnym momencie, przerywając panującą między nimi od spotkania się przy podnóżu góry ciszę. Przeciągnęła się mocno i wyciągnęła ręce ku oblepionemu obłokami niebu, testując to, czy krótkie kimono i nietypowa, okrojona zbroja trzymają się tak, jak powinny. Stwierdziwszy, że tak, wszystko jest tak, jak powinno, Kari oparła lewy łokieć o wyżej położoną rękojeść spoczywających u jej pasa mieczy i przyspieszyła swój i tak prędki marsz.

Do miejsca docelowego dobrnęli stosunkowo szybko i sprawnie, wdzierając się - a przynajmniej w przypadku Żmii - bezczelnie i z przysłowiowego buta do budynku służącego za kasyno.
- Yo! My do szefowej - rzuciła tuż po przekroczeniu progu, kompletnie chyba zapominając o tym, że "Głosem" w tej sprawie miał być przecież Fran-mon. - Przyszliśmy po zapłatę za usługi! - dodała z jadowitym, wyzywającym wzrokiem, który aż krzyczał, żeby którekolwiek z nich rozpoczęło jakieś kłopoty. Chaos, chaos, chaos. Oboje, ona i szanowny Windykator, mieli przy sobie swoje DRUG-ONowe kły i to nawet w tym samym, doskonale widocznym dla wszystkich miejscu - na szyi. Cóż, ona przynajmniej swój miała widoczny, noszony na ubraniu, a nie pod nim. Bez problemu, toteż, powinni być zaprowadzeni do gabineciku właścicielki kasyna, gdzie to rozmówić się z nią mieli i odebrać to, co im się za wypełnioną misję należało. No, nie oni ją wykonali, ale to oni odbiorą należną zapłatę, ponieważ ktoś spartolił wszystko i sam nie potrafił zamknąć tej sprawy na amen. Kliknęła językiem, zaraz przygryzając mocniej przeżuwaną, podniszczoną już dość porządnie gałązeczkę brzozy i kiwając się ze zniecierpliwieniem na piętach.

... ani godziny, ha!
avatar





Karitsuki
Żmij     Opętany
GODNOŚĆ :
Karitsuki


Powrót do góry Go down


Re: Gabinet Marceliny < WSTĘP WZBRONIONY! >

Pisanie by Frankenstein on 10/11/2018, 12:46

Rabbit's foot
Z walizką w swojej prawej ręce i lewą ręką schowaną w kieszeni spodni, Frankenstein z uśmiechem – a przynajmniej tym na masce – kroczył żwawszym krokiem za Karitsuki. To była nietypowa, acz całkiem miła odmiana, wykonywać swoją pracę (choć ktoś mógłby przyczepić się określenia „swoją” w tym wypadku) w towarzystwie. Nawet, jeżeli Desmond nie wątpił w swoje możliwości do samodzielnego załatwienia sprawy, to obecność różowowłosej, mówiąc językiem bardziej zmechanizowanym, odciążał mu procesor. Oczywiście, jak się zignoruje wszelakie skazy w temperamencie Żmija.
Pokiwał głową na polecenie swojej towarzyszki. Taki podział obowiązków jak najbardziej odpowiadał Desmondowi. W sumie to nawet nietaktownym byłoby odmówić, skoro Karitsuki i tak zgodziła się, bez wszczynania większej awantury, na jego pomoc w tym zadaniu.
- Choć może Cię to mało interesować, to jestem wdzięczny za pomoc w tej sprawie - odezwał się android, gdy już zbliżali się do lokalu Marceliny - Choć technicznie to ja raczej pomagam Tobie, ale nie zwracajmy uwagi na te nieistotne szczegóły. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz tego żałować.
Miał przez to na myśli, że - choć będzie to mało wygodne - wydarzy się coś, przy czym towarzyszka Frankensteina będzie mogła się trochę rozerwać. Byłaby wielka szkoda, jakby przyszła tutaj w roli pasywnego, znudzonego widza. Jakieś impulsy podpowiadały Desmondowi, że jak się robota dla Żmija sama nie znajdzie, to ona sama się o jakąś postara. Taki scenariusz nie napawał optymizmem.
Choć to Frankenstein miał się zajmować gadką, niezbyt kulturalnie wchodząca do przybytku Marceliny Karitsuki zdawała się całkiem nieźle sama dawać z tym radę. Nawet nie myślał, żeby kwestionować jej metody albo przypomnieć o swojej roli, znowuż z czystej przyzwoitości. Wszedł tuż za różowowłosą, rozejrzał się i wyciągnął lewą rękę z kieszeni.
- Jak moja towarzyszka już wspomniała - zaczął mówić po Żmiju - chcielibyśmy spotkać się z właścicielką tego lokalu. Powinna się nas spodziewać.
Jeszcze raz przebadał wzrokiem pomieszczenie, by następnie utkwić go w osobie różowowłosej. Nie wiedział dokładnie, czego mógł się po niej spodziewać, acz planował interweniować tylko w najbardziej ekstremalnym wypadku, który groził powodzeniu misji. Jak się trochę juchy poleje i kilka rzyci zostanie skopanych, to nic się wielkiego nie stanie. A może samej Karitsuki dobrze to zrobi.

Poczebuję wakacji do lepszego pisania :c
avatar





Frankenstein
Windykator     Android
GODNOŚĆ :
Desmond Cromwell


Powrót do góry Go down


Re: Gabinet Marceliny < WSTĘP WZBRONIONY! >

Pisanie by Marcelina on 15/11/2018, 20:15
To był spokojny dzień. Taki, jakich w kasynie było wiele i wiele jeszcze będzie. Elisabeth ze znudzenia po raz dwudziesty polerowała tę samą szklankę, zmęczonym ze stagnacji wzrokiem wpatrując się w krzywą deskę w podłodze. Djikstra, który wpadł na chwilę do lokalu, dość ryzykownie huśtał się na półżywym krześle. Lokstar bawił się plikiem kart, budując z nich wysoki na kilkadziesiąt centymetrów domek; kilkoro gości, których liczebność można było policzyć na palcach jednej ręki siedziało w najdalszym kącie kasyna przy stoliku i w spokoju grało, konwersując o czymś cicho. Nikogo jednak nie interesował temat ich rozmowy, dlatego nikomu nie wpadło do głowy, by podsłuchać chociaż jej części.
Choć drzwi otworzyły się z przytupem, nikt nie zareagował z większym entuzjazmem na powitalny okrzyk różowowłosej. Lokstar zacisnął zęby, gdy jego dzieło runęło na wskutek wejścia nowych gości, wstał jednak, słysząc o celu podróży smoków. Spodziewał się ich. Elisabeth, dalej polerując szklankę wysłała znudzone spojrzenie Djikstrze, który z głośnym westchnięciem uniósł się w końcu z ulubionego krzesła i wstał, prostując się. Biomech był dobrze zbudowany i bardzo wysoki, bo mierzył grubo ponad dwa metry. - Zapraszam - powiedział z krzywym uśmiechem, łypiąc na dwójkę. Wskazał rękami korytarz nieopodal baru, czekając, aż dwójka ruszy w tamtą stronę. Lokstar stanął naprzeciwko niego, czekając na ruch Karitsuki i Frankensteina.
(Czytaj dalej, jeśli nikt nie postanowił rzucić się na Djikstrę albo Lokstara i pójść w wyznaczonym przez nich kierunku...)
Czwórka dotarła w końcu do sporych, masywnych wrót, na których wisiała wszystkim znana karteczka "Jama chama, wstęp wzbroniony i wypierdalać". Lokstar zapukał kilkakrotnie, otwierając drzwi i wchodząc pierwszy.
Oczom wszystkich ukazało się biurko i ogromny fotel, w którym siedziała stosunkowo do niego mała, chudziutka postać, wokół której rozciągał się gęsty, gryzący dym. Para ciekawskich, świecących niczym kocie, błękitnych oczu znacząco wyróżniał się na tle panującego tu, lekkiego półmroku, rozpraszanego przez zapaloną świecę. - Lokstarku, moje ty najdroższe złotko - warknęła z dziwną intonacją, uśmiechając się jednak szeroko. - Przywlokłem Ci... gośći - upadły anioł otworzył szerzej drzwi, pozwalając tym samym wkroczyć do środka dwójce smoków. Marcelina dopaliła swojego chudego papierosa i wyrzuciła go do swojej ulubionej popielniczki, przyglądając się wciąż dwójce przybyłym do jej groty.
Lokstar wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi, a wymordowana... patrzyła. Po prostu. - Witajcie w moich skromnych progach - odezwała się w końcu, wciąż nie zmieniając pozycji, jednakże sięgając po coś pod biurko. Po krótkiej chwili oczom gości ukazał się średniej wielkości worek, w którym znajdowała się sakiewka z odliczoną porcją monet, trochę leków i dwie sztuki broni z garścią amunicji - tak, jak umówiła się niegdyś z Asterionem. Puściła sakiewkę, by ta upadła na stół z głośnym brzękiem.



Myśli - kursywa | Marcelina - #523039 | Mary - #303030

7 DUSZ | VOICE | MIESZKANIE | KASYNO | HISTORIA | M - CHAT
| M A I N T H E M E | x x x x
avatar





Marcelina
Właścicielka Kasyna     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Gabinet Marceliny < WSTĘP WZBRONIONY! >

Pisanie by Karitsuki on 24/11/2018, 22:05
Skazy?

Jakież tam skazy! Może i jest troszkę gwałtowna i narwana, i niecierpliwa, i brutalna, i wyszczekana, i... ale żeby od razu nazywać to skazami? Pf! W niektórych sytuacjach te śliczne cząstki jej zwichrowanej, szalonej osobowości są bardzo, ale to bardzo przydatne i zbawienne. Czasami. Niekiedy. No, w miarę rzadko. Ale jednak! Różowowłosa parsknęła niezbyt kulturalnie na słowa swojego uroczego towarzysza, z którym nie podróżowało się wcale tak źle czy tragicznie. Nie był może jakoś specjalnie rozgadany i nie dawał się od tak sprowokować słowom oraz czynom Kari, ale obecność jego nie irytowała ją tak bardzo, jak niektórych innych tymczasowych partnerów poniektórych robótek ręcznych. Serio, kilka jednostek asystujących jej w minionych, przeszłych misjach naprawdę powinno się cieszyć z tego, że wyszli z nich w miarę bez szwanku i z głowami na karku. Może z siniakami i ranami, i złamaniami, i stłuczeniami, i brakującymi paroma rzeczami, ale żywi, ku niezbyt wielkiej uciesze i radości Żmii. Gdyby miała odwiedzić ich płonących w najgłębszych czeluściach wspaniałych, przyjemnych piekieł, to dźgnęłaby ich jeszcze do doprawienia kilka dobrych, porządnych razy. Hwat ptu na nich!
- Ja również mam taką nadzieję, Mon - powiedziała z zadziornym, drapieżnym uśmiechem, ukontentowana z tego, że obecny partner dobrze jej życzy.
Jej uśmiech poszerzył się o dobrą notę wtedy, kiedy Fran-chan zamiast krzywo, nieprzychylnie na nią spojrzeć i może nawet jeszcze zganić za bezceremonialne, gwałtowne wtargnięcie do budynku ich celu, popłynął spokojnie z prądem i zabrał niezmącenie głos po jej krótkim, raźnym przywitaniu się z tutejszymi pracownikami.

Wyposażona w dwie katany członkini DRUG-ON przyglądała się z otwartym, doskonale innym widocznym zaciekawieniem Biomechowi pracującemu w tymże przybytku, łokieć mając luźno, swobodnie oparty o wyższą z rękojeści przypasanych oręży. Bez sprzeciwów ruszyła za ich obecnymi przewodnikami, nie kryjąc się z dokonywanymi przez siebie obserwacjami rosłej, wysokiej i masywnej sylwetki jednego z nich - nie Aniołeczka, bynajmniej. Jakiż ogromny smutek jej był, kiedy to dobrnęli w końcu do gabinetu właścicielki Kasyna i wpuszczeni zostali łaskawie do środka, gdzie czekała już na nich sama Wymordowana. Puchate, różowe ucho drgnęło w odpowiedzi na kliknięcie zamykających się za nimi drzwi, zaś posiadaczka ich pokręciła z niezadowoleniem nosem na dryfujący sobie łagodnie w powietrzu, gryzący w gardło dym. Hufnęła, podchodząc energicznym, prędkim krokiem do biurka, za którym siedziała Marcelina i chwyciła za wyciągnięty spod lady, ciężkawy woreczek. Bez większych ceregieli rzuciła nim w stronę Fran-chana, nie oglądając się przy tym przez ramię i nie przejmując się jakoś ogromnie tym, czy ten go złapał, czy też nie - na pewno dał radę przechwycić go podczas lotu, tak samo, jak monetkę rzuconą prosto w jego czółko podczas jakże pasjonującego spotkania Smoków. Hm, chyba wyrobiła sobie nawyk ciepania przedmiotami w Androida. Ups? Hah!
- Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli poszarpię się troszeczkę z tamtym wielgaśnym słodziakiem, eh, Mon? - zapytała wesolutko, opierając się prawą ręką o blat mebla dzielącego ją od Wymordowanej i posłała jej swój najładniejszy oraz najszerszy uśmiech. Trzeba być przyjaznym, tak. Bardzo przyjaznym i miłym, i w ogóle. I patrzcie, jaka Kari jest miła! Pyta grzecznie, zamiast burdy od razu i z marszu wszczynać, un!
avatar





Karitsuki
Żmij     Opętany
GODNOŚĆ :
Karitsuki


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry