:: M3 :: Wschód




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Taisei - góry niskie    Pisanie by Kyōryū on Nie Lis 12, 2017 6:05 pm


Taisei - najniższe pasmo górskie jest też uznane za najbezpieczniejsze. Wzniesienia okazują się na tyle łagodne, aby dodać odwagi początkującym wspinaczom górskim, którzy nie muszą martwić się ciągłym widokiem przepaści po boku czy zbyt mocnym podnoszeniem nóg okutych w ciężkie obuwia. Trasy mają sprawiać wrażenie lekkich i odprężających – rzadko kiedy potrzebny będzie sprzęt do pokonania danego odcinka.
Dodatkowo Taisei charakteryzuje się zaskakująco bogatą i gęstą florą – początek prezentuje się niemal jak las o wyjątkowo pochyłym podłożu. Zewsząd słychać poćwierkiwania i cichy trzask patyków łamiących się pod naporem drobnych łapek gryzoni i innych niewielkich ssaków.
Pasmo nie jest szczególnie wysokie – mierzy sobie ledwie 337 metrów – jednak szerokie na tyle, aby pomieścić parę schronisk i chat.

_________________





Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 754
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Kyōryū on Nie Lis 12, 2017 7:40 pm
 Spotkał się z nią przed klubem – punkt 10:00. Kilkanaście minut później stali przy ławce na peronie, czekając na przyjazd pociągu do wschodniej części M3. Pojazd zjawił się punktualnie, więc o 10:25 byli już w drodze. Niespełna godzinę później płuca oddychały zupełnie innym powietrzem, a pod nogami chrzęściła ściółka. Centrum M3 było zielone, władza zadbała o to, by miasto cieszyło oczy, ale to wciąż budynki pełne metalu, szkła i bilbordów. Dookoła wyczuwało się nadmiar technologicznych cacuszek – migające światła, dźwięk samochodów, roboty sprzątające. A tutaj? Tutaj do umysłu dobijała się cisza przerywana sporadycznym trzepotem skrzydeł albo świśnięciem wiatru.
 ─ To bezpieczna droga. – Wskazał palcem przed siebie, na wspinającą się coraz wyżej kamienną ścieżkę. ─ Z trasy zboczymy dopiero za jakiś czas, ale tam też nie powinno być problemów. Jak na pierwszy raz to chyba żadne wyzwanie?
 Oparł uniesioną wcześniej rękę na ramiączku plecaka. Spojrzał wtedy kątem oka na Verity, mimowolnie, wręcz klnąc na siebie w myślach, przeciągając  spojrzeniem od butów dziewczyny po czubek jej głowy. Choć zdawał sobie sprawę, że było to niepotrzebne, obecnie czuł się w obowiązku, by dokonać szybkiej analizy – na wypadek, gdyby coś było nie tak. Mimo paru prób, w czasie których starał się wybić z głowy wszystkie początkowe opinie na temat Verity, najwidoczniej pozostała w nim cząstka, która narodziła się kilka lat temu. Może wtedy na dachu. Albo w klubie. W każdym razie nie tylko narodziła – zakorzeniła na tyle głęboko, aby nie dało się jej pozbyć przez byle powierzchowne rozdrapanie. Aby się do niej dostać, musiałby rozerwać na strzępy wszystkie uprzedzenia i rozdrażnienie.
Byłbym do tego zdolny? – zapytał ironicznie, zaciskając mocniej zęby, gdy but Verity trafił na jedną z gałęzi; cichy trzask jak dźwięk odbezpieczanej broni...
 Kyōryū poruszył głową, jakby strzepywał z włosów popiół. Zaraz potem palce wsunęły się w ciemne pasma, gdy odgarniał przykrótką grzywkę do tyłu.
 ─ Dużo się zmieniło od ostatniego spotkania?
 Nic, kompletnie nic o niej nie wiesz – zaszeptał prowokacyjnie jakiś dotychczas milczący głos w czaszce. I stąd te standardowe pytania, co?
 Opuścił rękę. Palce prześlizgnęły się jeszcze po twarzy, jakby dzięki temu był w stanie przybrać maskę z inną, bardziej przyjazną mimiką, ale nawet myśl, że mogłoby to rozluźnić atmosferę nie okazała się wystarczająca. Wokół było spokojnie i tylko gdzieś na górze ścieżki majaczyły dwa kształty – pewnie kolejna para, która przyjechała tu na chwilę relaksu. Rūka przyglądał się w roztargnieniu pochylającym się nad trasą drzewom, przegryzając wewnętrzną stronę policzka.
 ─ Mogę być mało taktowny?

_________________





Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 754
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Verity on Nie Lis 12, 2017 8:04 pm
Pod klubem siedziała już od dziewiątej czterdzieści i usadzona na pobliskiej ławce entuzjastycznie machała nogami, obserwując przy okazji najróżniejsze przewijające się chodnikiem osobistości. Sama jak zwykle się nie wyróżniała, choć można było poznać, że wybiera się gdzieś dalej niż do osiedlowego sklepiku po mleko i płatki. W końcu nie co dzień wyciągała z szafy porządne buty i nieprzemakalną kurtkę, dlatego też była sobie wdzięczna, że jakiś miesiąc temu słusznie postanowiła przenieść wszystkie swoje rzeczy ze starego domu do wynajmowanego pokoju na stancji pani Akiko. Miała dziwne przeczucie, że do posiadłości w południowej dzielnicy miasta może nie wrócić przez lata; na pewno nie zamierzała pokazywać się tam aż do powrotu Adriana, a to wydarzenie nie zapowiadało się na najbliższe kilkanaście miesięcy. Musiała nauczyć się żyć sama - znowu. O dziwo, tym razem nie wydawało się to już ani trochę straszne, nie licząc tylko perspektywy samodzielnego naprawiania gniazdek.
Pojawienie się Ruuki przyjęła może i niezbyt wylewnie, ale z pewnością entuzjastycznie i nie dało się tego nie zauważyć. Pomna jednak na jego dość konsekwentne milczenie, sama też nie odzywała się przez większość drogi. Tym bardziej, że w pociągu zasnęła ze skronią opartą o szybę i po niespodziewanej pobudce na ich docelowej stacji przyznała się tylko, że podróż momentalnie ją usypia. Jeszcze tylko przez kilka minut wykazywała pewne oznaki nieprzytomności, jednak niedługo odzyskała wigor i z niezmordowanym uśmiechem na twarzy obrzuciła spojrzeniem pnącą się do góry ścieżkę. Teraz tym bardziej nie potrzebowała nic mówić - bo po co, skoro tuż przed oczami miała tak piękny widok? Uwielbiała atmosferę gór, lasu i choć jesienny chłód nieco szczypał w policzki, mogłaby stać i podziwiać w nieskończoność. Do ruszenia się z miejsca zmuszała ją tylko konieczność załatwienia jakiejś sprawy, o której wspominał Ruuka oraz nadzieja na to, że podczas marszu też będzie co pooglądać.
- Niesamowicie dużo, aż mi nawet trudno uwierzyć. Zaczęłam studia, przeprowadziłam się, bo tatę przenieśli do jednostki zewnętrznej... nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle wróci. - Skrzywiła się nieco, po raz pierwszy od początku dnia okazując cokolwiek poza standardową radością życia. - Ale tam przynajmniej ma dużo do roboty, a to go uszczęśliwia. Jak musiał siedzieć w domu z powodu leczenia, to aż żal było patrzeć - dokończyła, uśmiechając się znów lekko. Chociaż bardzo jej brakowało przybranego ojca, nie mogła znieść jego złego nastroju. Widać było jak na dłoni, że niemożność wykonywania zawodu zabija go od środka. To był ten typ człowieka, który po prostu musiał działać. A skoro przywrócenie go do życia wymagało wyjazdu, Verity była w stanie się z tym pogodzić.
- Mogę być mało taktowny?
Spojrzała na czarnowłosego z lekką konsternacją, ale nie zatrzymała się.
Bez żadnego trudnego tematu na dzień nie bylibyście sobą, podszepnął ironiczny głosik z tyłu głowy.
- Po prostu mów, o co chodzi - odpowiedziała łagodnie. Jeśli już miała usłyszeć cokolwiek niepokojącego, wolała zmierzyć się z tym prosto z mostu, zamiast godzinami bawić się w podchody.

_________________



Verity
-----------
Student

avatar

Liczba postów : 1628
GODNOŚĆ : Daisy Verity Greenwood

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Kyōryū on Nie Lis 12, 2017 8:38 pm
 Ściskany za gardło przez rosnącą w piersi wściekłość mimo wszystko się uśmiechnął. Sporo się działo. Dawniej nie do pomyślenia. Choć nie. Inaczej. Dawniej też działo się wiele, ale aura, jaką otaczała się Verity, była inna. Mroczniejsza i bardziej gęsta – jak burzowe chmury. Patrząc na to z perspektywy czasu, zmienić musiało się naprawdę dużo, łącznie z jej punktem widzenia. Pamiętał, że skończyła „spotkania”, ale dalej? Dalej była po prostu przepaść. Kilka ostatnich miesięcy spędzonych na zaklętym milczeniu.
 Jak zareagowałaby wcześniej na jego widok?
 Zacisnął lekko usta, sięgając w głąb wspomnień. Prawdopodobnie odwracałaby wzrok. Naciągała rękawy za dużego swetra na dłonie. Mówiła cicho i mało, jeszcze mniej. Cień wreszcie nabrał kolorów i dźwięków. To, co dawniej wtapiało się w tło, nabrało trochę ostrzejszych kształtów. Zaczęła sprawiać wrażenie osoby, która naprawdę ma coś do powiedzenia.
 Zabawne.
Kiedyś ja taki byłem. A teraz?
 W gardle pojawiła się gula jak niewypieczone ciasto, którego nie da się tak łatwo przełknąć. Utrzymał spojrzenie, które już wcześniej przekierował naprzód. Milczał jeszcze chwilę, uparty do ostatniej sekundy. Przeczekał aż para, którą zauważył parę minut temu wreszcie ich minie. Mężczyzna, przechodząc tuż obok, wybuchnął śmiechem na jakiś żart idącej obok niego kobiety, która sama zachichotała, unosząc ręce do poprawy przekręconego na głowie kapelusza.
 „Po prostu mów o co chodzi”.
 Przełknął blokadę.
 ─ Kim był tamten frajer? – palnął nagle, nawet nie trudząc się, by przerzedzić przez sito wszystkie niekoniecznie poprawne określenia. Usta lekko się wykrzywiły, ale oczy mimo rozdrażnienia pozostały czujne. Prawie tak, jakby spodziewał się, że chłopak poznany w kawiarni niespodziewanie wyskoczy zza sosny i rozkładając ramiona na boki krzyknie coś o napadzie. W każdym razie – że po prostu gdzieś się tu czai.
 Może przez wiadomości od Ylvy był przewrażliwiony i do każdego przyjemniaczka doklejał plakietkę stalkera, ale nawet jeżeli – wolał mieć w tym temacie czyste konto. Mrowiło go zresztą w gardle, by dorzucić jeszcze parę innych pytań, ale skutecznie tłamsił to w sobie, jak mantrę powtarzając w myślach zdanie, że powinien skupić się na drodze, aby nie ominęli odpowiedniego miejsca.
 Nie bywał tu przecież aż tak często – raz na jakiś czas, po prostu. Musiał więc rozglądać się po przestrzeni, aby wyczuć „ten” moment... musiał też to robić, by nie pokazać po sobie, jak bardzo zaskoczyła go metamorfoza młodej Greenwood.
 Czas nie stoi w miejscu – to jasne. Kiedy wyjechał, nie było opcji, aby życie w centrum nagle zamarło, czekając na jego powrót. Ylva, ten cholerny element kojarzony z bezpieczeństwem i stałością, też z tygodnia na tydzień go zaskakiwała. Skąd więc naiwne przekonanie, że Verity pozostanie niezmieniona?
 Zerwał z pochyłego drzewa krótką gałązkę i zaczął ją oskubywać z igieł.
 ─ Chociaż sam chyba zachowałem się wtedy jak kretyn.
 „Chyba” było tu zbędne, ale sądząc po tonie, w jakim to wypowiedział, Rūka był ostatnią osobą, która zdawała sobie z tego sprawę.
 ─ Opowiesz mi co się teraz dzieje?
 Ze szczegółami.
 ─ Bo mam spore braki, a potem... - Zaśmiał się roztargniony, machnięciem ręki rozmywając resztę zdania. ─ Sama wiesz. Wściekam się, że jestem zbyt daleko, by widzieć te wszystkie zmiany na własne oczy.

_________________





Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 754
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Verity on Nie Lis 12, 2017 9:24 pm
Szczerze mówiąc, spodziewała się trudniejszego pytania. Nie żeby miała na myśli jakieś konkretne, czy nawet określony ich zakres, ale na wzmiankę o ich poprzednim spotkaniu nieco jej ulżyło. To nie była znowu taka ciężka kwestia, a przynajmniej nie dla samej Verity. Może bardziej dla obu panów, którzy rozstali się w nie najlepszej komitywie, a ich jedyna wspólna znajoma nie za bardzo miała możliwość złożenia natychmiastowych wyjaśnień. Na tamtą chwilę bezpieczniej było rozdzielić tę wybuchową mieszankę i pozwolić jej ostygnąć, a potem jakimś dziwnym trafem nie było okazji, żeby do tamtych wydarzeń wrócić. Jak widać, teraz był na to czas.
- Żaden tam frajer - zaczęła rozbawiona, odrzucając włosy z twarzy. Wiele rzeczy mogło się w niej zmienić, ale nadal mówiła relatywnie cicho, w jakiś dziwnie ciepły sposób. - Znamy się z Willem od małego, tak bardzo, że nawet nie pamiętam czasów, kiedy nie było go w pobliżu. Jako dzieciaki siedzieliśmy wciąż na jednym podwórku, bo mieszkał bardzo niedaleko. Ale w sumie nie byliśmy bardzo blisko, on się trzymał ze swoim kolegą, a ja z moją przyjaciółką, Hope - wyjaśniła. - Potem trafialiśmy do jednej klasy w każdej szkole. Nawet nie mogę powiedzieć, żebyśmy ze sobą dużo rozmawiali. Tylko czasami, jak przy pracy w grupach za bardzo wkurzali nas ludzie chcący żeby za nich odwalił całą robotę jakiś kujon, to robiliśmy im na złość i pracowaliśmy we dwójkę.
Zamyśliła się na chwilę, powracając myślami wstecz. Dlaczego w ogóle ktokolwiek miałby myśleć, że są między nimi jakiekolwiek znaczące więzi? Przecież łączyło ich niezbyt wiele...
- Czasami, jak akurat tak wypadło, wracaliśmy razem do domów.
... i trudno było przypuszczać, żeby im na sobie nawzajem zależało...
- W sumie to trochę dziwne, ale od małego zawsze pamiętał o moich urodzinach i zawsze mi dawał jakiś ładny prezent.
... no w gruncie rzeczy, Verity mieszkając przez ponad roku w M-3 ani razu o nim nie pomyślała.
- I to tyle, tak myślę. Bardzo niewiele o nim wiem tak naprawdę, tylko w której klatce mieszkał.
Zamilkła, wpatrując się w ścieżkę przed sobą. W gruncie rzeczy trochę słabo jak na tyluletnią znajomość, ale z drugiej strony, wcale nie miała do siebie żalu. Po to zostawiła życie w M-1 za sobą, żeby już więcej się tym nie przejmować.
Co wcale nie było takie proste, kiedy fragment tejże przeszłości znienacka zwalił jej się na głowę.
- Oj weź - wtrąciła zaraz optymistycznym tonem. - Takie rzeczy się zdarzają. Dobrze, że nic się w końcu złego nie stało. Udowodniliście mi tylko, że w życiu nie zrozumiem facetów. - Parsknęła krótkim śmiechem, obciągając nerwowo dolną krawędź kurtki. Tamto wtedy... wolała wspominać jako dziwne popołudnie o zamglonych szczegółach, a najlepiej to w ogóle o nim nie myśleć. Za dużo rozpamiętywania mogło spowodować tylko mętlik w głowie, a to nie było jej potrzebne.
- Tylko, jeśli potem ty też mi wszystko opowiesz. - Ukosem rzuciła Ruuce wymowne spojrzenie, sugerując wyraźnie, że przepływ informacji nie jest bynajmniej jednostronny. Kiedyś oboje podchodzili do siebie równie tajemniczo, bo Greenwood nie mówiła o sobie nic i nikomu, a jej starszy kolega, choć paplał jak najęty, też nie zdradzał się z niczym szczególnie osobistym. Wtedy panowała zdrowa równowaga i wypadało ją utrzymać, żeby zapobiec znaczącym zachwianiom w małym światku ich już i tak niestabilnej relacji - która, choć własnie tak chwiejna, paradoksalnie pomagała Ver zachować ogół życiowej normalności.
- Nie wiem w sumie, od czego zacząć... no ale skończyłam szkołę, przyjęli mnie na studia biochemiczne. Przeprowadziłam się do centrum, żeby mieć bliżej na zajęcia. Stancja jest bardzo sympatyczna, pani Akiko ma wykupionych kilka pięter w wieżowcu i wynajmuje chyba tylko studentom. Na każdym piętrze są cztery osobne pokoje, dwie łazienki i wspólna kuchnia z salonem, więc mieszka się trochę razem, trochę osobno. Na moim piętrze oprócz mnie jest jedna dziewczyna w sąsiednim pokoju i dwóch chłopaków naprzeciwko.
Chwila przerwy na wdech.
-Przez cały tydzień mam raczej sporo zajęć, ale to bardzo dużo ćwiczeń praktycznych, więc jest absolutnie cudnie. Przy pracach laboratoryjnych miałam trochę problemów i okazało się, że mam wadę wzroku, teraz do czytania noszę okulary. Nie jest tak źle, ale na początku ciągle zapominałam je brać ze sobą. Może po dwudziestce zrobię sobie operacyjną korektę wzroku, ale może nie będzie trzeba, w sumie okulary są całkiem ładne, nie? - Wzruszyła lekko ramionami. - Teraz już nie wracam do domu na weekend, bo miesiąc temu tatę oddelegowali, ale to już mówiłam. Pozbierałam wszystkie swoje rzeczy, czego się nie dało zabrać to schowałam i dom stoi jak surowy. Trochę żal, ale z drugiej strony, nie chciałabym tam być sama całymi dniami.
Przerwała, zmuszona do złapania oddechu. Przez ten długi jak na siebie monolog zaczęła tracić dech, a podejście górską ścieżką wcale nie ułatwiało jednoczesnego mówienia i przemieszczania się.

_________________



Verity
-----------
Student

avatar

Liczba postów : 1628
GODNOŚĆ : Daisy Verity Greenwood

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Kyōryū on Pią Lis 17, 2017 1:26 am
Kto by pomyślał, że ten gość od wymierzania czasu był tylko kolegą, nie? Rūka uśmiechnął się skrycie pod nosem, chociaż rozbawienie było ostatnią rzeczą, jaką teraz odczuwał. Skoro jednak tak lekko podeszła do tematu to nawet nie miał zamiaru się tłumaczyć. Początkowo aż go skręcało na myśl, że nie dobierze odpowiednich słów i wymamrocze coś, co będzie brzmiało jak... Akt zazdrości, dokończył beznamiętnie. Albo zaborczości. Już mówiąc to sobie w głowie czuł się jak palant z niedoborem klepek, dlatego teraz, gdy dotarło do niego, że rozwiała wszystko rozbawieniem, skomentował to ledwo słyszalnym westchnięciem. Świetnie. Jeden problem mniej.
Teraz cała reszta.
Słuchał jej jednak uważnie, jednocześnie patrząc na drogę, aby przypadkiem ich nie zgubić. Taisei nie było może niebezpiecznym miejscem, ale to miała być prędka wycieczka i nadużywanie trasy zwyczajnie mijało się z celem. Mniej więcej w momencie, w którym zaczęła opowiadać o studiach, nagle zwolnił. Potem przystanął. Nic nie powiedział, żeby jej nie przerywać. Wskazał tylko ręką w las. Tutaj skręcali, zbaczając z linii przeznaczonej dla turystów. Widać było jednak bardziej udeptaną, wąską ścieżkę, można więc śmiało stwierdzić, że nie byli jedynymi, którzy postanowili wybrać skrót.
Łał – wykrztusił wreszcie, jak niedobitek, któremu tylko jakimś nieziemskim cudem udało się przetrwać huragan. Mniej więcej taką miał właśnie minę – jakby przeszło po nim tornado. Teraz, gdy zdecydował się odezwać, zapanowała między nimi chwila ciszy. Natrętnym już gestem odgarnął włosy z czoła – zazwyczaj robił to przez przyzwyczajenie, bo wojskowy światek rządził się swoimi prawami i chociażby ze względu na nie nie mógł już nosić wcześniejszej, dłuższej fryzury. Aktualnie był to odruch od „kupna czasu”. Zwilżył językiem dolną wargę. ─ Jestem zaskoczony, że umiesz wypowiedzieć tyle... słów.
Nie żartował. Gdyby dorzuciła jeszcze ze dwa zdania, pewnie zarządziłby przerwę, żeby dać sobie moment na przetworzenie gigabajta informacji. Jasne, domyślał się, że nie zawsze będzie cichą myszką, wiecznie chowającą twarz za plecami obrońców – matki, ojca, kolegi, koleżanki. Ale najwidoczniej nie brał pod uwagę tego, że tak się uzewnętrzni. Szczególnie po cyrku, jaki ostatnio jej zgotował.
Proszę, proszę, zaśmiał się w duchu, opierając dłoń o jakąś nisko rosnącą gałąź, żeby odgarnąć ją na bok, bo brakowało mu tylko znokautowania przez przypadkową sosnę, żeby do końca roku nie mógł spojrzeć na siebie w lustrze. Naprawdę...
... dużo się zmieniło. Ale to chyba dobrze? Chociaż to wszystko brzmi tak poważnie. – Znów się zaśmiał. ─ Biochemia? Serio? Jeszcze wczoraj uczyliśmy się na egzaminy, których wyniki nie doprowadzały do wybuchów, a teraz... Sam nie wiem. To było twoje marzenie?
Pod butami chrupnęło mu kilka gałęzi, nim zdecydował się zrewanżować.
Budzą nas o piątej, żeby się rozgrzać. O szóstej trzydzieści mamy śniadanie, a od siódmej zajęcia pierdołowate. Matmę. Japoński stosowany... Chyba po to, żeby  umierając można w ojczystym języku wyzwać przeciwnika, a tuż przed tym, zanim zrobi się ciemno, jeszcze wyliczyć, ile ma się nabojów w magazynku. Trochę psychologii, choć to bardziej zamiłowanie wychowawcy, niż faktyczny przedmiot – wciska w nas wszystko, co powinniśmy wiedzieć o umyśle innego człowieka na każdych zajęciach organizacyjnych. Nie wiem po co. Przecież nie walczymy z ludźmi. – Znów się ściął. Dał sobie moment, żeby obraz przed jego oczami zniknął; rozpłynął się jak mgła. Potem wciągnął gwałtownie powietrze przez zęby. ─ Jeszcze sporo jest prawa i logistyki. – Wsunął dłonie do kieszeni kurtki. ─ I całej cholernej reszty. Historia. Informatyka. Fizyka. Jestem zmęczony – przyznał niechętnie, przymrużając oczy, pod którymi kryły się cienie. ─ Ale lubię to co robię. W mieście jest bezpiecznie, rekrutów nie brakuje. Wyeliminujemy zagrożenie. To tutaj.
Wraz z ostatnimi słowami posłał jej krótkie spojrzenie i pokazał zęby w uśmiechu. Pomiędzy drzewami widać było drewniane zabudowanie; mocno już podniszczone i zarośnięte od dziko rosnących krzewów.
Nogi Rūki zatrzymały się, a on sam omiótł ciemnymi oczami niewielki, może dwupokojowy domek zbudowany na podwyższonym, kamiennym fundamencie. Okiennice dawno zabito, a druga deska z pięciostopniowych schodków złamana była na pół. Zdawało się, że dach swego czasu musiał udźwignąć wyjątkowo niekorzystny ciężar, bo teraz był nierówny i poszczerbiony. Naraz z ust chłopaka zniknął uśmiech, a twarz przybrała bardziej poważny, niemal  zniekształcony przez nostalgię wyraz. Wspomnienia drżały pod kilkucentymetrowym już kurzem i choć wielokrotnie starał się strzepywać brud, umysł nie był w stanie odświeżyć tego, co dawno zardzewiało i zaczęło się rozsypywać w rękach. Musiał liczyć się z faktem, że z biegiem lat będzie zapominał coraz więcej, aż wreszcie zacznie tu przychodzić samemu nie wiedząc po co.
Mieszkałem tu kiedyś. Dawno temu – powiedział wreszcie, nakierowując wzrok na Verity. ─ Teraz przychodzę tu tylko do brata. Chociaż to niezbyt godne miejsce.

_________________





Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 754
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Verity on Pią Lis 17, 2017 2:10 am
Kiedy zamilkła, zaczęło w niej narastać nieco dziwne uczucie. Rzeczywiście, nie była typem osoby, która mówi dużo i rozwija tematy do szczegółów. Jeśli tylko mogła, starała się skrócać i streszczać, odzywając się tylko na czyjeś wyraźne życzenie. To nawet nie była do końca jej własna wola, a wychowanie, które wchłaniała od małego i dopiero później, w okresie dojrzewania nagięła nieco pod siebie. ale i tych modyfikacji nie potrzebowała zbyt wiele, bo pozostawanie w cieniu do pewnego stopnia jej odpowiadało. Dawało poczucie bezpieczeństwa, którego przez tak długi czas nie miała wcale, toteż wychodzenie ze strefy komfortu zawsze traktowała z pewną dozą sceptycyzmu i nikomu nie pozwalała sobie dyktować, kiedy ma się na nie zdobyć. Forsowanie w niej jakiegokolwiek otwarcia zazwyczaj kończyło się efektem dokładnie odwrotnym.
- Jestem zaskoczony, że umiesz wypowiedzieć tyle... słów.
- Och, weź - speszyła się nagle, odwracając wzrok. Nie zmieniło się tyle, żeby taka uwaga nie spowodowała u niej lekkiego rumieńca. Zacisnęła nerwowo dłonie na brzegu kurtki, pozwalając też zębom zacisnąć się nieznacznie na wewnętrznej stronie policzka. Oczywiście, że potrafiła mówić dużo, po prostu zazwyczaj nie miała takiej potrzeby. Ta zrodziła się tylko dlatego, że widywali się niemożliwie rzadko, toteż streszczenie wszystkiego w jednym zdaniu byłoby okropną nieuprzejmością. Czuła się zobowiązana do tego, by odpowiadać w stopniu zadowalającym dla osoby, która zapytała, a więc nie mogła sobie pozwolić na pomijanie istotnych szczegółów. W dodatku, temat był szczególnie jej przyjazny. Początki studiów były rzeczywiście bardzo ciekawe i przyjemne, może tylko poza wyjazdem Adriana, którego do zalet wpisać się nie dało. Poza tym jednak radziła sobie dobrze i była z tego dumna; w końcu jeszcze niedawno tkwiła w stanie psychicznym, którego określenie jako niestabilny byłoby eufemizmem ponad miarę. Chciała przekazać, że trzyma się dobrze.
- To wyszło dość... spontanicznie. Jeszcze przed egzaminami końcowymi myślałam nad zdawaniem do szkoły muzycznej. Dopiero kiedy czekałam na wyniki tknęło mnie, że wolę robić coś... coś naprawdę pożytecznego - wyjaśniła, obserwując kamyk, który właśnie przypadkiem wykopała do przodu. Ten jednak odbił się kilka razy od ścieżki i zniknął w pobliskich krzewach, umykając jej sprzed oczu. - To trochę przez ciebie - dodała po chwili, nie zdobywając się jednak na spojrzenie w kierunku rozmówcy. - Nie wiem, jak to robisz, ale zawsze dajesz mi do myślenia.
Dobrze się złożyło, że wreszcie mogła zamilknąć na nieco dłużej i zregenerować siły. O wiele łatwiej było słuchać teraz o zupełnie innym życiu, niż ona sama obecnie prowadziła. Mogła uspokoić się nieco, a nawet przyhamować rozbawienie, kiedy oczami wyobraźni zobaczyła Ruukę ślęczącego nad zeszytami z matematyką i fizyką. Był oto w pewien sposób satysfakcjonujące, ze czas i wysiłek, które włożyła w przygotowanie i przeprowadzenie korepetycji, teraz miały szanse przynieść rzeczywisty skutek. Nie wątpiła, że zapamiętał chociaż trochę z jej długich wywodów, a to już było dowodem na to, że udało jej się dokonać czegoś pożytecznego. A w właśnie takie miała teraz ambicje, czyż nie?
- Brzmi jak mnóstwo nauki - zdążyła tylko skomentować po cichu, bo właśnie znaleźli się, jeśli wierzyć słowom starszego, na miejscu docelowym ich obecnej wędrówki. Rozejrzała się uważnie, od razu wyłapując podniszczoną budowlę, ukrytą nieznacznie między dziką roślinnością. Zatrzymała się ramię w ramię z chłopakiem, dopiero w tym momencie odważywszy się zerknąć w jego kierunku. Nie umknęła jej zmiana wyrazu twarzy, może już nie tyle zaskakująca, co jednak nadal - nowa. Ścisnęła nieznacznie wargi, świdrując ciemnowłosego nieco zmartwionym spojrzeniem. Nigdy nie potrafiła odgadnąć zbyt wiele na jego temat; mogła tylko pozwolić, by nostalgiczna atmosfera udzieliła się i jej, przynajmniej dopóki nie powie... no cóż, czegokolwiek.
Zadrżała nieznacznie na dźwięk kolejnych słów. A więc mieszkał tutaj, w miejscu, które dla wielu byłoby pewnie ideałem domostwa. W ciszy lasu i otoczeniu natury, daleko od miejskiego zgiełku i zabiegania. W pierwszej chwili zdawało sielankowe, ale wystarczyła sekunda spojrzenia na ruiny domu, by optymistyczny obraz zastąpiło wyobrażenie jakiejś bliżej nienazwanej tragedii. Po samym tonie wypowiedzi zaczynała wyczuwać co nieco na temat owego miejsca, choć nie była w stanie nazwać żadnych konkretów.
- Nigdy nie wspominałeś o bracie - na wpół powiedziała, na wpół szepnęła. Przy okazji wspólnej nauki spotkała część jego rodziny i nie miała wątpliwości, że składa się z kobiet: matki i dwóch sióstr, zaś o nikim innym z bliższego kręgu krewnych nigdy niczego nie usłyszała. W obecnej sytuacji wydawało się dość oczywiste, jaka była tego przyczyna, choć oczywiście - jak zwykle, kiedy chodziło o cokolwiek dotyczącego Ruuki - niczego nie mogła być pewna.
- Czy on... - urwała, przenosząc wzrok z powrotem na budynek. Miała tylko przypuszczenia, ale to wystarczyło, by zaczęła się lekko trząść, choć wcale nie z zimna. Obiecała sobie jednak, że zachowa fason. W końcu miała za sobą już tyle starań, że nie powinna rozsypywać się z każdego przykrego powodu.
Zacisnęła pięści tak mocno, aż poczuła ból krótkich paznokci wbitych w miękką skórę po wewnętrznej stronie dłoni. Musiała wytrzymać, musiała.

_________________



Verity
-----------
Student

avatar

Liczba postów : 1628
GODNOŚĆ : Daisy Verity Greenwood

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Kyōryū on Sob Lis 18, 2017 9:42 pm
Trochę przez niego? Na końcu języka miał odważne: „chyba dzięki mnie!”, ale zdusił to w sobie ze skrzywieniem, nawet nie do końca rozumiejąc, skąd ta nagła skromność. Doszedł jednak do wniosku, że to nie jest coś, czym szczególnie by się chwalił. Biochemia brzmiała niebezpiecznie, a jak na złość poszedł do  wojska, by Verity nie była zagrożona. Do licha, czy zawsze musiała psuć mu szyki? Czuł się, jakby dopiero co wyrzucił bombę za burtę i otarł pot z czoła, a ona w tym czasie nieoczekiwanie wstała i wskoczyła do wody. Z kamieniem przymocowanym do szyi. I betonową kulą u stóp.
Jaka złośliwa, pomyślał, przesuwając palcami po twarzy, jakby naprawdę usłyszał, że Verity pakuje się w kłopoty celowo. A przecież biochemia nie musiała oznaczać niczego złego. To nie konstruowanie granatów, nie? Poza tym, do cholery, przecież poszła tam dzięki niemu. To nie powód do dumy? Zmieniał umysły. Otwierał oczy. Był tym przysłowiowym cieniem, który nagle kładzie ci ręce na ramionach, pochyla się nad uchem, mówi: „teraz albo nigdy” i pchnięciem dodaje otuchy.
To to miejsce, zauważył, nagle zaskoczony, że nie wpadł na to wcześniej. To nie tak, że przez cały czas był zły na Verity, bo wolała biegać wśród trujących oparów, niż pośród tłumów fanów. To nie tak, że nagle się wściekł, bo sięgnęła po coś, co źle mu się kojarzyło. Z równowagi wytrącał go ten dom. Może nawet cały las. Był taki milczący, jakby weszli do sfery całkowicie wyczyszczonej z dźwięków. A to przecież nienaturalne.
- Czy on...
Rūka, nie do końca świadom, że to robi, pozwolił zapanować ciszy o kilka sekund za długo. Wpatrywał się tylko uparcie w drzwi, którymi za dzieciaka trzaskał aż cała chata trzęsła się w posadach, a które teraz jakby ostatnim tchem wisiały na zawiasach. Czy on naprawdę?
- Chyba tak. – Zaśmiał się. A potem uniósł rękę i złapał się za szczękę, jakby w niedowierzaniu, że coś tak absurdalnego wydobyło się z jego gardła. Zawsze uchodził za dobrze wychowanego i raczej rzadko naciskał ludziom na odcisk. Był na tyle taktownym, by w porę gryźć się w język i panować nad mimiką – a teraz, gdy mowa o śmierci, nagle wybuchał śmiechem?
Wypełniało go jednak coś poza nostalgicznym współczuciem. Nie był jeszcze do końca w stanie tego sprecyzować, ale może nazwać to rozdrażnieniem? Zmęczeniem? Opuścił rękę i postawił pierwszy krok, uchylając już usta do słów, które dosłownie odbiły się od jego zębów. Zacisnął szczęki gwałtownie w chwili, w której wzrok padł na Verity.
Patrzyła prosto na dom – na tę cholerną ruderę – i trzęsła się.
- Zimno ci? – Zdał sobie sprawę, że nim padło pytanie, trzymał już w palcach zamek od kurtki. Zaraz potem dotarła do mózgu druga oczywistość – nie o temperaturę chodziło. - Ah.
Sporo przecież przeszła. Idealny obraz miał wypalony w pamięci. Kadr, w którym klęczała na brzegu dachu, z rękoma przyciśniętymi do twarzy i podrygującymi ramionami – chociażby. Jeszcze kilkakrotnie ten obraz pojawiał mu się przed oczami. Szczególnie w nocy, gdy obalał się na łóżko i leżąc na kołdrze podnosił wzrok na czysty sufit. Zdarzyło się to wystarczająco wiele razy, by zapamiętał każdy szczegół i wrył w pamięć fakt o jej stanie. Albo kawiarnia? Nawet tam wydawała się porcelanowa. Jedno spojrzenie więcej mogłoby ją rozbić. I dlaczego? Bo przyszło mu na myśl podrzeć się na palanta, którego z góry uznał za prześladowcę z niedoborem IQ – przecież nie była tam nawet główną atrakcją, a i tak toczyła bitwę o wiele solidniejszą, niż on sam stoczył z Willem. I chociażby na podstawie tego powinien się domyślić, jak wiele kosztowało ją wychodzenie poza strefę swojego komfortu – przykładowo w akcjach takich jak ta, gdzie ktoś zaciągał ją do lasu, prosto w łapska przeszłości. W szpony czegoś, od czego sama próbowała się wyrwać wieloletnią walką.
Dotarło, debilu?
Rūka uniósł rękę i westchnął, opuszczając ją na ramię dziewczyny. Pod palcami wyczuł materiał kurtki. Pod materiałem drżące ciało. Pod ciałem była naga dusza. Dotarło.
- Nie musisz tam ze mną wchodzić – podsunął spokojnie, cierpliwie czekając, aż skrzyżuje z nim spojrzenie. - Chociaż to żaden nawiedzony dom, zdaję sobie przecież sprawę, że zabrakło nam wycieraczki z napisem „WELCOME”. Dobra?

_________________





Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 754
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Verity on Nie Lis 19, 2017 3:11 pm
Właściwie to tak powinna była to ująć: dzięki tobie. Może zadziałała tu przekora zielonowłosej, a może po prostu błąd językowy; trudno rozstrzygać, ale faktów to na szczęście nie zmieniało. Pomysł wyboru takiego, a nie innego kierunku studiów pewnie nawet nie przeszedłby jej przez głowę, lub też zostałby szybko z niej wyrzucony, gdyby nie przykład płynący z kierunku, który wydawał się być dość nieprawdopodobny. Sama nie mogła w to uwierzyć, jak wiele niespodziewanych rzeczy była w stanie zrobić tylko dlatego, że obserwacja zachowania starszego kolegi ją do tego skłoniła. Po części miała na ten temat swoją własną opinię, mniej lub bardziej zgodną z prawdą, chociaż nie było szczególnie pola do jej weryfikacji. Podczas licznych zajęć laboratoryjnych przywykła do sprawdzania każdego obiektu badań pod wszystkimi możliwymi parametrami, notowania wszystkiego i analizowania szczegół po szczególe. A czasami trzeba jednak zwyczajnie przyjąć do wiadomości, że coś po prostu jest i nigdy nie dotrze do przyczyny.
Śmiech puściła mimo uszu. Patrzyła w domek jak zaczarowana, jak gdyby pod wpływem spojrzenia miał nagle zalśnić nowością lub zacząć wygłaszać przepowiednie. Odpowiedź Ruuki na jej pytanie, choć niejednemu wydawać się mogła gorsząca i nie na miejscu, dla Verity wydawała się tak niespotykanie naturalna. Przestała widzieć ukryty między drzewami budynek, przed oczami pojawiły się projekcje kilku bardzo szczególnych scen, których nie mogła pozbyć się w pamięci. Też wypełniał je śmiech, choć o wiele bardziej piskliwy i histeryczny. Nabrzmiewał coraz głośniej i głośniej, choć kłębił się tak naprawdę wewnątrz jej własnego umysłu, powodując takie uczucie, jak gdyby miała za chwilę wybuchnąć. Potrząsnęła lekko głową, a ciemnozielone pasemka zafalowały za jej plecami, szeleszcząc cicho o materiał kurtki. Obraz wrócił do normy.
- Zimno ci?
- Nie, nie. To nic takiego - odparła pospiesznie, rozcapierzając palce dłoni i przez chwilę poruszając nimi w powietrzu. W ich wnętrzu odznaczały się różowe ślady po paznokciach, teraz znieczulone przez chłód. Wzięła głęboki wdech, zmuszając się do większego opanowania. Przecież nie mogła się teraz posypać... nie mogła się posypać już nigdy. Przysięgała to sobie nie raz, ale dopiero w ostatnim czasie zaczynała czuć, że to rzeczywiście jest realny cel. Skoro więc był już na wyciągnięcie ręki, nie mogła zakładać ich za plecami i biernie patrzeć, jak się oddala. Nie, nadszedł czas, żeby wziąć sprawy w swoje ręce.
Dlatego więc, kiedy poczuła dotyk na swoim ramieniu i machinalnie spojrzała w stronę chłopaka, w jej oczach już nie odbijała się panika, ale determinacja. Usta miała lekko uchylone, jeszcze na kilka ostatnich sekund powstrzymując słowa, gdy ledwie zauważalnym ruchem wsunęła dłoń między palce Ruuki. Jej skóra była zimna jak lód, pewnie przez to, że cały czas trzymała ręce na wierzchu i już zaczynała powoli tracić czucie.
- Nie - zaczęła, niespodziewanie stanowczo, choć głos drżał wraz z całym ciałem. Wzięła głęboki wdech, pozwalając jesiennemu powietrzu kłuć się w płuca. - Pójdę z tobą. - Nie pytała już o zgodę, ale podejmowała decyzję. Taką, jakiej bała się podjąć od zbyt wielu lat i która nawiedzała ją zawsze wtedy, gdy myśli zbaczały na niebezpieczny grunt. Wiedziała, że nie będzie jej łatwo i wiele razy będzie sobie wyrzucać, że nie pozostała w bezpiecznej strefie; że będzie chciała zawrócić, ale sama sobie na to nie pozwoli.
Właśnie miała jedną z tych nielicznych szans, by nie walczyć sama - a więc teraz, albo nigdy.
Robiąc pierwszy krok w stronę starego domku, wybierała teraz.

_________________



Verity
-----------
Student

avatar

Liczba postów : 1628
GODNOŚĆ : Daisy Verity Greenwood

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Kyōryū Today at 2:01 am
Dłuższą chwilę się nie odzywał, wyłączony ze wszystkich funkcji prócz tych najbardziej prymitywnych – oddychania, mrugania, trzymania się pionu. Nie potrafił wyłapać pomysłu, który ostatecznie byłby na tyle dobry, aby wcielić go w życie, choć przeciągające się nicnierobienie również nie prowadziło do żadnych profitów. Samoistnie przerwał jednak ten dziwny stan skostnienia. Przez cichy las zygzakiem przemknął trzask gałązek – w rzeczywistości cichy, ale dla Rūki, który oderwał się od świata zewnętrznego i skupił tylko na tym, co było wewnątrz, chrupnięcie ściółki wydawało się intensywne, jakby trzymał głowę tuż przy kości, którą jednym ciosem złamano na pół.
Przymrużył nagle oczy, przypatrując się nadal jej dłoni; pod stwardniałymi od treningów opuszkami wyczuł o wiele delikatniejszą rękę i przeszło mu przez myśl, że gdyby przesunął kciukiem po jej wierzchu, skóra zerwałaby się jak nasączony wodą papier. Odchrząknął. A potem złapał ją mocniej, wsuwając swoje palce między jej. Głupota. Nic się nie stanie.
Wyraz twarzy mu się nie zmienił, ale chłód spojrzenia stał się mniej oczywisty, jakby na dnie oczu faktycznie zatlił się cieplejszy płomień. Pociągnął ją w kierunku domu, samemu wreszcie odwracając głowę ku drzwiom. Przejście po pięciu niskich stopniach to tylko pięć milisekund na poukładanie myśli. Zdawało się, jakby cały dom nagle przeistoczył się w gigantyczną skrzynię po brzegi wypełnioną cuchnącymi i zastałymi skarbami – wspomnieniami. Klucz spoczywał w przedniej kieszeni spodni Kyōryū.
Teraz najczęściej używało się czytników do zwalniania blokady – urządzenia przymocowane były przy każdym mieszkaniu i na ścianie każdego sklepu, jednak ludzie wciąż chodzili z czymś tak prymitywnym jak klucze – na wszelki wypadek, gdyby generator padł albo gdyby czytnik nagle zaczął robić problemy. W porównaniu jednak do apartamentowców w centrum M3, chata otoczona ze wszystkich czterech stron drzewami wyglądała na surową, wręcz głupio nienowoczesną. Nie tylko nie widać było żadnej maszyny skanującej tuż przy zamku, ale same drzwi stawiły opór, gdy Rūka wcisnął klucz i próbował otworzyć wejście. Cofnął nadgarstek, a potem przekręcił go ponownie.
Kliknęło.
Wrzucił klucz z powrotem do kieszeni i pchnął drzwi, które skrzypnęły złowrogo na zawiasach jak jęk banshee. Od razu dopadł ich charakterystyczny zapach rozkładu – mokrego drewna, zapleśniałych gazet, zastałego kurzu. Rūka nie wyglądał jednak na przejętego; minę nadal miał stanowczą i obojętną. Przepuścił ją przodem, przytrzymując rozchwierutane drzwi. Zamknęły się same, gdy wszedł tuż za nią. Cichy trzask oczywistości – odwrotu już nie było. Opuścił wtedy plecak z ramienia na nadgarstek i puścił Verity, by odszukać latarkę.
Bzzzz-t.
Rozpiął zamek.
- Pójdziemy w dół – podyktował w ciemnościach, obracając w ręku elektryczną lampę, aż wreszcie wyczuł pod kciukiem guzik i przesunął go naprzód, rozganiając mrok stożkiem białego światła.
Drobinki kurzu tańczyły w zastałym powietrzu.
- To stary dom i wszystko się rozpada. Na schodach musisz uważać, są przeżarte przez korniki – włączył mu się syndrom instruktora - ale pójdę pierwszy i w razie czego zdaj się na mnie.
Jeszcze w trakcie mówienia położył rękę na jej nadgarstku. Wyczuł tempo pulsu, gdy zsuwał palce niżej, ujmując jej zimną dłoń. Zdążył przyzwyczaić się do gryzącego zapachu wypełniającego pomieszczenie, ale nie umiał zmusić się, by złapać ją mocniej, bo nadal po głowie krążyła mu myśl o zbyt cienkiej skórze. Widział ten obraz z każdym postawionym krokiem. Gdyby nie dotarli szybciej do schodów, prawdopodobnie by ją puścił, bo na słowo honoru zaciskał zęby wystarczająco długo w obliczu przeświadczenia, że połamie jej palce, jeżeli się zapomni.
Kiedy ruszyli przed siebie, na zbielałej od kurzu podłodze zostawiali odciski podeszew, ale niknęły zjadane przez mrok. Cały pokój, do którego weszli, wcześniej musiał stanowić coś w rodzaju salonu – światło uchyliło ciemność i odsłoniło róg zatęchłej, kiedyś czerwonej kanapy. Na ścianach widać było zabrudzone czasem ramki, gdzieś mignęła komoda. W końcu snop bieli padł na barierkę, ochronnie strzegącą schodów. Rūka skierował latarkę w dół, ale nawet jej moc nie była w stanie pokazać ostatniego stopnia.
Stąpanie po niezbyt imponującej konstrukcji zajęło im chwilę i jak się okazało – nie było tak źle, choć schodki wydawały się śliskie i mało wiarygodne. Na dole woń mokrej ziemi stała się jeszcze cięższa. Rūka przesunął ramieniem po policzku, przeciągając latarką po ścianach i oświetlając przy tym mały korytarz, do którego zeszli. Prowadził do dwóch kolejnych pomieszczeń, ale ciemnowłosy wybrał ten po prawej.
Drzwi były uchylone na całą szerokość.
- Matka uważa, że brat zginął w wypadku samochodowym.
Głos cichy, ale nie słaby. Mówił stanowczo, luzując chwyt, ale nie wypuszczając jeszcze jej dłoni spomiędzy palców. Oczy utkwione miał w miejscu, w którym przytrzymywał jej rękę, chociaż w ciemnościach wzrok sprawiał wrażenie kompletnie nieprzydatnego zmysłu.
- Z własnej winy.
Wyślizgnęła mu się. Zmarszczył lekko brwi, zaciskając rękę w pięść, a potem rozcapierzając palce.  Nic. Pokręcił głową i przerzucił latarkę do lewej dłoni, żeby podać ją dziewczynie.
- Poświeć mi. To na wprost.

Pokój był niski – Rūka prawie dotykał głową sufitu. Na ziemi znajdowała się wykładzina, a przynajmniej coś, co dawniej nią było, bo aktualnie bardziej przypominała ser szwajcarski albo durszlak. Pod ścianami stały różne meble – komoda, szafa, biurko z opuszczonym krzesłem, parę półek, łóżko piętrowe. Wszystko tonęło w przydymionym kolorze. Tu i ówdzie znajdowało się kilka zapomnianych zabawek. Od jednego z nabrzmiałych od pleśni pluszaków w kształcie trochę panoramicznego Batmana pajęczyna ciągnęła się aż do rogu pokoju.
Naprzeciwko znajdowało się coś jeszcze. Zasyfiona ramka ze zdjęciem wciśnięta była w niewielki, domowy ołtarzyk. Rūka doskonale zdawał sobie sprawę, że światło odegna ciemność ze wszystkich zakamarków i odkryje to niedokończone miejsce ku czci zmarłego w całej niespecjalnej okazałości.
Ale na razie czekał.

_________________





Kyōryū
-----------
Rekrut

avatar

Liczba postów : 754
GODNOŚĆ : きょうりゅう るうか

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Verity Today at 2:48 am
Kiedy postawiło się już pierwszy krok, czysto teoretycznie cała reszta powinna już być łatwiejsza. Może i tak było, chociaż w przypadku Verity mógł wchodzić w grę zupełnie inny czynnik. Zdecydowała się zaryzykować, więc już tylko i wyłącznie jej problemem było to, żeby sobie z tym poradzić. Oczywiście, w wielu aspektach polegała na Ruuce, można nawet powiedzieć, że jak na nikim innym. Ufała, że nie wciągnie jej w nic niebezpiecznego i że nie zrobi jej krzywdy - to już były dwa założenia, którymi obdarzyła bardzo niewielu. Ale nigdy nie oczekiwała, że w czymkolwiek ją wyręczy lub zastąpi. Była wrażliwa, to fakt, ale nie całkowicie bezbronna. I potrzebowała wsparcia, nie klosza. Wyglądało zaś na to, że nie zamieniwszy na ten temat ani słowa, z miejsca uzyskali porozumienie.
Jeden krok, drugi, trzeci i czwarty, a zaraz potem schody - jeden przeskoczyła, bo znając siebie, stanąwszy na złamanym stopniu ni chybi by się przewróciła lub zapadła. Nim znaleźli się przed drzwiami, mocno wciągnęła powietrze, jeszcze świeże i chłodne, ale już dało się wyczuć ukrytą po drugiej stronie frontowej ściany stęchliznę. Próbowała nie myśleć; gdyby jeszcze tylko zmienić porę dnia na którąś z godzin po zmroku, scena stałaby się jak wyjęta z horroru. Lepiej było nie pytać, dlaczego owa wizyta wymaga wejścia do środka ciemnego, zapuszczonego budynku. Zamiast tego przyglądała się wszystkiemu, przez co po kolei przechodzili. Staroświecki klucz i jego szczęk w zamku, dźwięk obcy uszom, ale doskonale znany z kart książek. Skrzypnięcie drzwi, znów przywodzące na myśl film grozy, choć co zaskakujące, nie czuła strachu. Stres może owszem, ale nie lęk przepełniający zwykle osoby, którym dane było przeżywać taką sytuację. Żadnych zjaw wyłapywanych kątem oka, żadnych gwizdów w uszach, jak gdyby zaraz miał się pokazać demon.
Drgnęła, kiedy wraz z trzaskiem drzwi nastała ciemność, a światełko latarki powitała nieznacznym westchnieniem ulgi, dosłyszalnym tylko dlatego, że wokół panowała tak niesamowicie nienaturalna cisza. W centrum miasta nawet nocą słychać było silniki samochodów, rzadsze co prawda niż za dnia, ale wciąż produkujące znajomy szum, mieszające się ze sporadycznymi rozmowami czy stukotem czyichś obcasów o chodnik oraz głuchym echem basów z najbliższego klubu. Tutaj było inaczej. Cisza przenikała każdą komórkę ciała, dając usłyszeć własny oddech, bicie serca, a nawet mrugnięcie, gdyby nadstawić ucha.
- Okej - przytaknęła cicho, jakby nie ważąc się naruszyć perfekcyjnej bezdźwięczności panującej w okolicy. Momentalnie wyczuła powrót znajomego dotyku na skórze i nie mogła oprzeć się poczuciu spokoju, jaki wywołał. Dziwnie było to przyznać, ale potrzebowała tego, a nie chcąc stracić, pewniej objęła palcami większą od swojej dłoń. Nie przeszkadzała jej szorstka faktura, tak różna od własnej, bowiem wcale nie była aż tak delikatna, jak mogło się wydawać.
W normalnych okolicznościach może rozglądałaby się po mijanych pomieszczeniach, ale oblegający ściany i meble mrok nie pozwalał na to. W krótkich momentach, kiedy snop światła mijał poszczególne przedmioty, rejestrowała je wzrokiem, choć niewiele dało się tak naprawdę rozpoznać. Nie dziwiło jej to; gdyby miała odwiedzić swój stary dom, też chyba nie chciałaby zatrzymywać się na zwiedzanie. Tym bardziej, że to, co ich czekało, miało znajdować się w innym miejscu. Była dość sceptyczna co do schodzenia po kolejnych schodach, tym razem do tego niewiele widząc, dlatego ważyła każdy krok i zawsze zatrzymywała się na sekundę lub dwie, nim odważyła się znów sięgnąć stopą w dół. To zajęło trochę czasu, ale ostatecznie stopnie skończyły się, ustępując miejsca podłodze.
Nagle, mając puste ręce, poczuła się nieswojo. Jakby zniknęło nawet i to niewielkie światełko, dzięki któremu cokolwiek jeszcze widzieli w ciemnym pokoiku, jakby cichło bicie serca, które dotąd cały czas słyszała obok. Złudne to było wrażenie, a jednak niepokojące i rada była, że mogła odpędzić myśli od nieprzyjemnego uczucia, biorąc latarkę do ręki i zgodnie z prośbą kierując jej światło do przodu.
- A jak było naprawdę? - odważyła się wreszcie zapytać, choć obawiała się, że w te cztery słowa może wstąpić na grunt zbyt grząski lub co gorsza - przekroczyć krawędź urwiska. Czyż jednak już dzisiaj nie udowodniła sobie, że już nie boi się zrobić kroku naprzód?

_________________



Verity
-----------
Student

avatar

Liczba postów : 1628
GODNOŚĆ : Daisy Verity Greenwood

Powrót do góry Go down

Re: Taisei - góry niskie    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: M3 :: Wschód