Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Go down


Świetnie, dzieciaku.
 Moroi przez dłuższy moment nic nie mówił i starał się zachować minę, która nie zdradzała za wiele na temat jego jakichkolwiek myśli (serio, zdarzało mu się  je mieć). Zmrużył w pewnym momencie oczy i przekrzywił głowę,  w której to odnotował, że ma przed sobą faktycznie przydatnego przyszłego żołnierza. Nie był jakimś łowcą wojskowych talentów, ale potrafił wychwytywać pewne cechy.
 –  Faktycznie  – Odpowiedział krótko, gdy już skierowali się w kierunku tego sklepu –  Chodzi o to, że tam jest ciasno. Dodając do tego, co powiedziałeś, kwestię wszelkich rykoszetów, robi się mniej kolorowo. Moja broń chodzi na zwykłe pociski, przy laserowych walka na małej przestrzeni jest raczej bezpieczniejsza. Jest mniej powierzchni, od których się odbijają. Tylko też, wiadomo, potrzeba ostrożności. Sprawa też jest taka, że jesteśmy ludźmi i nie jesteśmy w grze.  Jeśli skoczysz z budynku, musisz się liczyć z obrażeniami, a może nie być innej drogi. Oni mają wytrzymalsze ciała, więc szok związany z bólem pewnie minie szybciej, gdyby skakali za nami. Gdyby przyskrzynili nas w mieszkaniu, moglibyśmy liczyć na to, że zmysły ich zawiodą, ale z drugiej strony — co jeśli nie? Niektórzy z nich latają. Możemy zostać zapędzeni w pułapkę – Tłumaczył po drodze, usiłując naraz streścić się i powiedzieć to, co najważniejsze. Dotarcie na póki co spokojne miejsce dało im jeszcze chwilę na namysł, może nawet na jakiś bardziej opanowany oddech.
 –  Oba  – Zgodnie skinął głową, starając się trochę przybrać bardziej bierną postawę, choć wszystko w nim krzyczało „rusz się, obroń go”. Musiał zachować rozsądek; igrali z systemem, nie z czymś żywym i myślącym impulsywnie. Pewne rzeczy były kwestią programu i instynkt musiał odsunąć na bok… Po prostu na rzecz wypchnięcia Dinusia przed szereg, na rzecz zmuszenia go do działania. Zmrużył oczy.
 –  To, że tu weszliśmy, też jest na plus. Jest się gdzie schować, jest tu dużo mebli czy innych rzeczy, które możemy wykorzystać na naszą korzyść. – Krótka przerwa. Wychylił łeb zza lady w celu szybkiego rozpoznania w terenie.
 –  Moim zdaniem – Odezwał się znowu. –  Trzeba wezwać pomoc. Podać pozycję, ilość żywych, martwych, pojmanych. Trochę czasu jednak minie zanim pomoc nadejdzie, a poza tym nasi są w potrzasku  – Wskazał raz jeszcze na punkt na mapie. –  Rozdzieliliśmy się i nie wiemy, w jakim stanie są tamci. Możemy się tam zakraść i przebadać sprawę. – Przez jego głos dalej przedzierały się te same dźwięki. Irytowało go to, podobnie zresztą jak fakt, że przez kucanie jego kostka zaczęła się odzywać.
 – Zostaje kwestia tego dźwięku – Znowu wyjrzał za krawędź lady. –  Widzę tu kilka opcji. Mimo niego ruszyć w drogę po nadaniu komunikatu i liczyć na to, że nie polezie za nami. Zostać tutaj i liczyć na to, że nas nie wyczai. Zastawić pułapkę choćby i w jednym z tych bloków, bo minusy można obrócić na plusy. Albo nawet tutaj, choć każda wersja zdaje się ryzykowna. Źródło dźwięku zdaje się iść za nami… Skrobie i szura coraz bliżej. Krótka piłka, co robimy? – Pewnie były jakieś inne opcje. I jakiejkolwiek młody by nie założył, Moroi pójdzie za nim. Jakakolwiek szkoła by nie była, czy wojskowa, zwykła, artystyczna, zawodowa, obejmowała wzloty i upadki, nabieranie wprawy i przede wszystkim nie mogła podcinać skrzydeł ani wiązać ich ostrożnością. Żadnego upupiania, tylko aktywne działanie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Był pewien, że Hachirō Moroi go testuje, dlatego w pewnym momencie nagle zabrał głos.
Regały sklepowe działają na naszą niekorzyść tak samo jak ciasne klatki schodowe. Z tym minusem, że nie są ścianami. Mocniejsze pchnięcie może je przewrócić, również na nas. Wymordowani ze swoją siłą mogliby być do tego zdolni. Jeżeli niektórzy z nich latają, tutaj są w stanie rozprostować skrzydła i ponad meblami zaatakować nas z góry. W klatkach schodowych ten wariant nie przejdzie. W większości przypadków. Od góry do dołu jest ta sama, niezbyt wielka szerokość, poza tym jest mniejsza przestrzeń i ciężej byłoby im manewrować.
Potem już go słuchał.
„Trzeba wezwać pomoc”.
Tak, ale nie mamy łącznościdlatego proponowałem wejść wyżej. Rūka przyglądał się mu uważnie, jakby liczył na to, że dostrzeże sygnały niezadowolenia na twarzy rudowłosego w momencie, w którym zacznie mówić coś głupiego. — Proponuję udać się na dach i spróbować połączyć się z centralą. To teraz nasz priorytet i jeśli uda nam się to zrobić, powinni dać nam zezwolenie na zbadanie terenu lub odwrotnie — zakaz opuszczania aktualnego schronienia.
Sam wyjrzał zza ich tymczasowej barykady, by przeskanować pomieszczenie; mimowolnie doszukiwał się źródła tych dziwnych, nienaturalnych dźwięków.
Nie byłbym zbyt pochopny w tej kwestii. Możemy założyć, że to wymordowany lub jakieś zwierzę, ale póki jest wystarczająco daleko, nie ma powodu, by marnować amunicję i szczególnie hałasować. Jeżeli uda nam się przedostać na dach, prawdopodobnie nie przejdzie za nami; możemy zamknąć za sobą drzwi lub czymś je zablokować. Z góry mamy też szerszą perspektywę, może dostrzeżemy to z dachu. Możemy ruszać?
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


No, na parę rzeczy nie wpadł, taka już jego natura, że chce wszystko zrobić już, teraz, natychmiast. Włożyłby rękę do wrzątku tylko dlatego, że wykombinowanie sposobu na pozbycie się cieczy zajęłoby mu trochę dłużej. Zrobił minę jakby trochę wiedział, co robi, ale nie miał zamiaru przyznawać się do błędu, o nie! Zamiast tego uzna, że tak miało być i że to był egzamin. Jeżeli rekrut był takim geniuszem jak wielki i wspaniały bohater, to pewnie pomyśli tak samo, ot co.
 – Toooo całkiem niezły pomysł – Powiedział z pewnym ociąganiem, w dodatku tak, żeby Ruuka czasem nie pomyślał, że wychodzi na mądrzejszego. Przepychanie się w taki nieotwarty sposób w takiej sytuacji może było niezbyt roleplayowe, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, prawda? Cóż, to i owo mogła zdradzać jego mina, która przybrała wyraz zdeterminowany i uparty, jednak dalej zaznaczony nieco tym, co majestatyczne psiątko z mema miało wymalowane na ryjku.
 Pokiwał mimo wszystko łebkiem na znak zgody, po czym zdecydował się na krok trochę może zbyt zuchwały, biorąc pod uwagę powód tego dodatkowego szkolenia… Ale postanowił, że przekaże dowodzenie młodemu i zainterweniuje, jeżeli coś będzie szło bardzo nie tak. Kiedy skupił się na tym dźwięku, który gdzieś tam sobie był, Moroi Hachirō uznał, że faktycznie jest dość daleko i że może lepiej nie kusić losu. Ha, widzicie, oto punkty ujemne za nieroleplayowe podejście zostały zneutralizowane i równowagę przywrócono.
 Rudy odezwał się dopiero, gdy minęło może pół minuty, a może trochę więcej. Decyzja nie była wynikiem rozumowania, o jakie można by było go podejrzewać — „jak tak mędrkujesz to sam zrób” — a raczej wywołana została chęcią rozpalenia w Ruuce woli działania. Do starcia tak czy siak dojdzie i było to pewne, ale może jeśli przed nim dostatecznie wkręci tego rekruta w tę sytuację i nastawi go na odpowiednie myślenie, to wszystko pójdzie okej?
 – Leć. Kieruj, rządź, spraw, żebyśmy byli bezpieczni i potraktuj to na serio – Rozkazał twardo, choć jego wyraz twarzy trochę przybrał na konkretności, formując się w coś na wzór serdeczności, może zadowolenia. I oby tak dalej. Jeśli młody ruszy, Moroi pójdzie za nim bez wahania. Podejdzie nawet do ognia, ale nie skoczy za nim. W odpowiedniej chwili złapie rekruta za fraki i otrzeźwi.


żebyś czasem nie wyszedł na zero za szybko, ha. ha.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


| Wiedziałem, że o mnie zadbasz, senpai. |

Objąć dowodzenie?
  Spojrzał na niego tylko raz, ze wzrokiem pełnym zaprzeczenia i jakiegoś takiego bólu egzystencjalnego, jakby spodziewał się, że Hachirō lada moment wybuchnie śmiechem, poklepie go po klacie i przyzna się, że tylko żartował. Usta Kyōryū drgnęły, ale ostatecznie zwarły się ze sobą na powrót, bo choć nie lubił podejmowania decyzji — w zasadzie nie znał się na konstruowaniu strategii i był wręcz pewien, że gdyby przyszło co do czego, to wpędziłby cały oddział prosto w gardło potwora — to nie miał jednocześnie zamiaru się zapierać. Miał to w końcu wziąć na serio.
  Przekierował ich naprzód, między zakurzonymi regałami. Przemykając po zapomnianych alejkach sklepowych co chwila ocierał się ramieniem albo biodrem o lepkie nici pajęczyn, ale zdawał się w ogóle nie rejestrować tego faktu. Wzrokiem poszukiwał drzwi innych niż te oszklone, wejściowe.
  Znalazły się dopiero po przeciwległej stronie budynku, lekko uchylone i przekręcone o parę centymetrów w dół, jakby górny zawias ledwo już je przytrzymywał. Kyōryū oparł dłoń o pionową powierzchnię i pchnął ją do środka; ustąpiła z trudem. Potem wbiegł na schody, uprzednio dając Hachirō znać, by zamknąć przejście.
  Dach był płaski jak Ziemia w teorii Wilbura Glenna Voliva. Buty Rūki zostawiały na planszy ślady w centymetrowym brudzie. Zatrzymał się dopiero na skraju, wyciągając szyję, by zerkną w dół. Nie było tu żadnych barierek, ani nawet półmetrowego murka — o spadnięcie nietrudno.
  Chociaż symulacja nie była w stanie sprowadzić go do stanu konającego, chłopak najwidoczniej wczuł się na tyle w obecną akcję, aby nie przekraczać pewnych (fizycznych) norm. Niektóre z nich zakładały, że utrata równowagi może skutkować śmiercią. To jeden z argumentów potwierdzających tezę.
  — Jak sygnał? — zapytał, obrzucając plener analitycznym spojrzeniem. Chciał przede wszystkim spojrzeć na wszystko z góry; może stąd uda mu się wychwycić źródło wcześniejszych szmerów. A nawet jeżeli okaże się to jałową czynnością, istniało prawdopodobieństwo, że zobaczy cokolwiek innego, co przykułoby jego wzrok i wymusiło kolejne warianty.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Życie rudego oszołoma może być żartem, jednak nie znaczy to, że rudy oszołom wiecznie żartuje. Mimo to jego twarz wykrzywił uśmiech — nie błazeński, nie złośliwy, nie małpi — uśmiech raczej wskazujący na to, że rzucił mu wyzwanie. Sam działał lepiej, kiedy powierzano mu jakieś zadanie, kiedy miał wykazać się odpowiedzialnością nie tylko za siebie, ale i za kogoś jeszcze. Może na chłopaka też to podziała, nawet lepiej niż suche, nieprzyjemne powietrze pełne kurzu, niż dziwaczne skrobanie, niż perspektywa tego, że zostali sami na obcym terenie.
 Łyknął. Z oporem, ale łyknął dzielnie, nie tak jak kot, któremu ktoś próbuje wmusić tabletkę, ale dalej nie jak przysłowiowy młody pelikan. Ważne, że nie sprzeciwiał się rozkazom kogoś, kto do tej pory był wyżej — teraz Moroi będzie odwdzięczał się tym samym, w miarę możliwości i na tyle, na ile rozsądek i doświadczenie mogły mu pozwolić. W pozycji, która miała zapewnić mu bycie stosunkowo niezauważalnym, ruszył za swoim nowym dowódcą, przechodząc między regałami w kierunku jakiegoś wyjścia. Prawdopodobnie. Odnotował, że wymknięcie się tylnym wyjściem — a dostawy przecież zwykle tyłem szły — było decyzją cokolwiek dobrą. Jeśli coś szło za nimi, to była nadzieja, że było na tyle niemądre, by po prostu podążać za zapachem, dźwiękiem, pamięcią, to to mogło wyjść sensownie. Oby nie było dostatecznie bystre, by rozumieć faktyczną istotę pułapek i zasadzek.
 Nie krzywił się na myśl o wszelkich fujkach, które były na pobliskich półkach i alejkach; był już w gorszych sytuacjach, a lolitka z mackami była chyba najlepszym przykładem. Na samo wspomnienie przygody sprzed paru miesięcy skrzywił się, a jego żołądek chyba skręcił się niczym jamnik z balonów i jeszcze fiknął majestatyczne salto. Ale, jak to mawiają, co dzieje się na Desperacji, zostaje na Desperacji. Strzepnie to wspomnienie z siebie pewnego dnia, jak upierdliwą muszkę, która przysiadła na czystej koszuli. Beztrosko, odruchowo, ale z nieprzyjemną świadomością, że brud pozostanie i że ktoś może go zauważyć.
 Piasek chrzęścił cichutko pod butami wojskowych, kiedy natknęli się na ledwie trzymające się drzwi. Rudy skinął głową, gest był krótki, ale wyraźny, jednoznacznie przekazujący „rozumiem” i automatyczne „tak jest”. Trochę zmartwił go przed momentem fakt, że mogą za głośno skrzypnąć, upaść na posadzkę bądź otrzeć się zbyt głośno o jakąś ściankę, która mogła się znajdować na przeciwko nich.
 Tak się jednak nie stało, ku uldze starszego, który już-już chciał zwracać na to uwagę w bardziej werbalny sposób. Zgodnie z otrzymanym sygnałem, Moroi prześlizgnął się za Rūką, po czym podparł dłońmi drzwi i umiejscowił je jak najdokładniej na właściwej pozycji. Nic nie powinno zauważyć, że się wymknęli właśnie tędy — sklep był praktycznie cały oszklony, nie każda szyba musiała być cała, więc może drapieżnik postawił na opcję realniejszą? Zwierzę nie powinno rozumieć abstrakcji ani planować zbyt dokładnie.
 Wleźli na górę, a Hachirō znowu poczuł dyskomfort. Spadanie było niefajne, ale nie potrafił określić, czy mniej czy bardziej niż pedopułapka przy no-no square. Wypuścił bezgłośnie powietrze z płuc, upominając się, by nie patrzeć w dół. Spanikowałby. Spadłby. Umarłby tak w cholerę i jeszcze trochę, zawał serca tak murowany jak otoczenie M-3. Stał kawałek od krawędzi — usprawiedliwiał się w myślach, że przyglądał się wejściu na dach — i czekał na znak z nieba.Otrzymawszy go, uniósł rękę do ucha ze słuchawką, chcąc ponownie włączyć ją w celu wyłapania sygnału.
 – Centrala, tu Alpha. Zgłoś się, odbiór – Zaczął głośno i wyraźnie, decydując się najpierw na skontaktowanie się z tym niby końcowym elementem ich gry.
 – Alfa, tu Centrala, zgłaszam się, odbiór – Odpowiedział mu niewątpliwie mechaniczny i sztuczny głos mężczyzny.
 – Centrala, tu Alfa, oddział rozbito, zostało nas dwóch. Planujemy ich odbić, lokalizacja jest na mapie. Możesz wysłać pomoc? Odbiór – Kontynuował nadawanie sygnału.
 – Alfa, tu Centrala. Potrzebujemy czasu na zebranie oddziału ratunkowego. Zbierzcie informacje o ich otoczeniu, nie dajcie się zauważyć i nie angażujcie się w walkę. Oddział pojawi się w waszej aktualnej lokalizacji wkrótce, odbiór – Polecił im automat. Hachi zastanowił się przez momencik, czy to odgórne dopasowanie do scenariusza, czy maszynka była jednak mądra.
 – Centrala, tu Alfa, przyjąłem. Bez odbioru – Zakończył wymianę zdań, po czym wzrok, na krótką chwilę, przeniósł na Ruukę. – Mamy się tam przekraść i ocenić sytuację, dopóki nie przyjdą nasi. Wyłapałeś coś ciekawego? Możemy ruszać? „Proszę, nie każ mi patrzeć w dół…”





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Kyōryū był gotów na dalszą współpracę z trenerem, jednak w pewnym momencie poczuł wyraźne drżenie. W początkowej fazie był pewien, że budynek, na którym stali razem z Hachirō, lada chwila runie, grzebiąc ich żywcem. Gdzieś między komórkami przemykała słaba myśl, że to wyłącznie symulacja, ale zaangażowany w sytuację Rūka przypomniał sobie o tym dopiero wtedy, gdy całość zatrzęsła się, zamigała i wreszcie zgasła.
Przez kilka pierwszych sekund nie bardzo wiedział co się stało. Oddychał głęboko, jakby wyciągnięto go z głębin oceanu i rozglądał się ukradkiem dookoła. Oboje znajdowali się w tym samym, nieposiadającym urządzeń pomieszczeniu. Hachirō jako pierwszy zdjął hełm od stroju, a potem spojrzał przed siebie, prosto w drzwi, które uchyliły się, wypuszczając ich na niski korytarz.
Kazał Rūce poczekać, ale zniecierpliwienie przeradzało się w coś, czego Kyōryū nie do końca rozumiał. Ruszył więc za nauczycielem i kiedy dotarli do przejścia, obaj wpadli na niską kobietę w kitlu. Odbiła się od piersi Hachirō i, ledwo utrzymując równowagę, przytrzymała okulary.
— Są nowe rozkazy — rzuciła tylko, a potem (niezrażona wpadką) obróciła się na pięcie i pomaszerowała wzdłuż skąpanego w ciszy holu. Od ścian odbijały się kroki jej wysokich obcasów.
Rūce pozostało przytaknąć, kiedy Hachirō, ruszając za kobietą, kazał mu wracać do siebie.

@Ev. Ogółem miałem pół pomysłu na to jak z tego wybrnąć. Uznałem, że Hachirō został wezwany i przekierowany na front. W zamian przyśle swoje zastępstwo — czyli NPC, którego stworzysz. Nie musimy dalej bawić się w symulacje (ale możemy). Sposób nauki pozostawiam już tobie.


I'm not surprised.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Chłopak nie został pozostawiony sam sobie na zbyt długo. Niecałe pięć minut później, podbiegł do niego jeden z wojskowych, dość młody chłopaczek i nieco roztrzepany.
- Ty jesteś Kyōryū? - zapytał, ale nie dał nawet chwili na słowa odpowiedzi.
- Kazali mi przekazać, żebyś na dziś wrócił do siebie, a jutro stawił się w sali 13A w południowym bloku o godzinie piątej rano. To tyle. - poinformował go, skinął głową i odwrócił się, biegiem znikając za zakrętem, pozostawiając ciemnowłosego samego.

Piąta rano. Miasto w większości pogrążone w głębokim śnie, ale nie koszary wojska, gdzie już od godziny czwartej rozbrzmiewał gwar. Drzwi do wskazanego pokoju były uchylone. Pomieszczenie przypominało raczej salę wykładową, niż miejsce do faktycznego treningu. Przy biurku siedział zgarbiony mężczyzna, na oko mający z jakieś czterdzieści lat z hakiem. Ciemne włosy były pokryte pasmami siwizny, a twarz, niegdyś dość przystojna, poprzecinana głębokimi zmarszczkami. Uniósł umęczony wzrok na bruneta i wskazał zachęcająco ręką, aby wszedł głębiej.
- Siadaj. - polecił mu, wskazując miejsce przy stole na przeciwko niego. Gdy Kyōryū zajął już krzesło, mężczyzna odchrząknął cicho.
- Abel Kirishima. - przedstawił się krótko i położył przez chłopakiem broń, jednocześnie kładąc na biurku stoper.
- Mam nadzieję, że ten przykurcz nauczył cię rozkładać i składać broń? - zapytał a w jego tonie dało się wyczuć, że najchętniej leżałby właśnie w ciepłym łóżku, a nie uczył oseska podstaw.
- Sprawdzimy twoją zręczność. Odliczę do trzech i włączę stoper, a ty rozłóż i złóż broń. Gotowy? - spojrzał w ciemne oczy Ruuki swoimi błękitnymi tęczówkami.
- Raz. Dwa. Trzy. Start. - nacisnął stoper, który zaczął odliczać czas, lecz wzrok mężczyzny nadal był utkwiony w brunecie.

Termin: 12.09




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Było jeszcze przed piątą, gdy znalazł się w holu prowadzącym do pokoju 13A. Przywykł do późnego chodzenia spać — jak wczoraj, i wstawania skoro świt — jak dzisiaj. Minął bez słowa pomrukujących kolegów; słyszał ich statyczny, normowany oddech, świst pięści, potem uderzenie w zwisające z sufitu worki. Słyszał trzask odbezpieczanych broni, ładowanie naboi do magazynku.
Czuł się przy tym nieswojo, ale napędzała go jedna myśl.
Już wkrótce.
Pchnął drzwi i niemal natychmiast skierował się do środka pomieszczenia. Nie miał czasu na wahanie; Hachirō zaszczepił w nim przynajmniej śladowe zalążki mobilizacji, które kompletnie wyparowały na przestrzeni ostatnich kilku tygodni i utrzymanie poziomu samozaparcia Rūka uważał za najważniejsze.
Usiadł na krześle naprzeciwko mężczyzny, unosząc na niego ciemne, beznamiętne spojrzenie. Twarz nie zdradzała zbyt wielu emocji — nie drgnął żaden mięsień nawet po tym, jak padło „trzy” i ruszył stoper.
Kyōryū nie ruszył się o milimetr. Ważył jeszcze słowa, odcedzał te, które mogły brzmieć nieodpowiednio lub zbytnio przedłużać to, co chciał przekazać. Cyferki przeskakiwały, migały w coraz wyższych wartościach. Kiedy na przodzie pojawiła się 5 sekunda, chłopak wziął głęboki wdech.
Nie — słowo zabrzmiało jak strzyk nożyczek przecinających cienką linkę. — Moja zręczność nie ma tu nic do rzeczy. Nie znam się na broniach. Wczoraj pierwszy raz trzymałem jakąś w rękach — nawet jej nie użyłem. Szanuje wasze zdanie, ale nie wyszkolicie adeptów odpowiednio, jeżeli będziecie ich wrzucać na nieznane tereny i oklaskiwać tylko tych, którzy przypadkiem dali sobie radę. W tym tempie po prostu zginą. Mogę bawić się w symulacje i udawać, że potrafię trzymać karabin, ale to nijak się ma do prawdziwego doświadczenia. Wypuszczony poza mury M3, zginąłbym jako jeden z pierwszych, choć moje wyniki na treningach są duże. Wytrzymałościowe, sir. Nie mieliśmy żadnych lekcji praktycznych z pozostałych dziedzin. Potrzeba tu podstaw. — Czuł jak mięśnie tężeją; jak ściągają mu się łopatki i ramiona odchylają się nieco do tyłu. Pierś wydawała się teraz gotowa do przyjęcia niemal aroganckiej postawy, ale wzrok rekruta przeczył wszelakiemu snobizmowi. Patrzył nieruchomo na zabrużdżoną twarz siedzącego przed nim mężczyzny. — Jeżeli uważa mnie pan za stratę czasu — niech będzie. Jeżeli nie — chcę wpierw zobaczyć jak to się robi. Usłyszeć i doświadczyć minimum z minimum. Jeżeli jest coś, czego mogę wymagać, to wiedzy i naocznych przykładów. Nie ośmieszenia.
To każdy byłby w stanie zagwarantować sobie sam.


I'm not surprised.
avatar





Kyōryū
Rekrut
GODNOŚĆ :
きょうりゅう るうか (Kyōryū Rūka)


Powrót do góry Go down


Mężczyzna wyprostował się i spojrzał na chłopaka tak, jakby był jakimś kosmitą. Trwał przez krótką chwilę w ciszy, nie spuszczaj z niego wzroku pełnego niedowierzania, tak, jakby jego słowa były czymś zupełnie niezrozumiałym dla niego.
- To co ty tutaj robisz? - wreszcie odezwał się, a w tonie jego słów nie dało się ukryć zdumienia. Pokręcił delikatnie głową, zabierając broń i położył ją przed sobą, wzdychając ciężko, wręcz cierpiętniczo. Przyłożył palce do skroni i zaczął je powoli masować. Zmęczenie kiedyś go wykończy.
- W tym momencie jesteś stratą czasu dla mnie. Nie sądziłem, że jesteś głęboko w lesie nawet z podstawową wiedzą. - mlasnął pod nosem i wyprostował plecy. Ciężko było powiedzieć czy za taki stan rzeczy obwinia tylko i wyłącznie chłopaka, czy też osobę, która do tej pory była odpowiedzialna za jego trening. Prawdopodobniej i jednego, i drugiego.
- Patrz uważnie, bo pokażę ci to tylko jeden, jedyny raz. Nie jestem od niańczenia. Od tego są inni. - syknął, dotykając broni. Zaczął ją powoli rozkładać na czynniki pierwsze. Nic nie mówił, niczego nie tłumaczył, po prostu robił swoje. I chociaż wszystko przebiegało jak na zwolnionym filmie, jego palce miały wręcz wrodzoną zręczność. Po chwili zaczął ją składać na powrót, wciąż pozostając milczącym posągiem. Gdy cały proces zakończył się, odłożył broń i sięgnął po kartkę oraz długopis. Niespiesznie napisał parę słów, a potem podsunął ją niemal pod nos bruneta.
- Pójdziesz do biblioteki i ją wypożyczysz. Jest napakowana wszystkimi podstawami, których tobie w tym momencie brakuje. Masz tydzień, żeby przyswoić wiedzę. Jednocześnie każdego dnia, przez siedem dni, dwa razy dziennie będziesz udawał się do sali treningowej, brał broń przeznaczoną do treningów i rozkładał i składał. Za tydzień, o tej samej porze, w tym samym miejscu cię sprawdzę. Jeżeli będziesz znał już podstawy, wtedy będziemy mogli przystąpić do dalszej nauki. - zakończył mówić, po czym podniósł się. Krzesło cicho zaszurało, ale był to ostatni dźwięk, na jaki miał wpływ mężczyzna. Bez dalszego zbędnego gęglania zabrał swoje rzeczy i opuścił pomieszczenie, pozostawiając Ruukę samego z marnym świstkiem papieru.

Termin: 23.09




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Powrót do góry

- Similar topics