Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4   

Re: Pokój 4 (lokum Shaya i Neely'ego)    Pisanie by Shay on Sro Lis 15, 2017 12:41 am
W przyspieszonym tempie mijał szare odnogi grobowego Apogeum. Skryte dachy o nierównych konstrukcjach oraz martwe lasy starych, materiałowych szmat i kości walające się po ścieżkach Desperacji stanowiły tylko rozmazane tło.
  Kiedy przekroczył próg hotelu, z wepchniętymi dłońmi w kieszenie, cały mokry deszczem bijącym po twarzy, pozwolił spojrzeć sobie w kierunku baru. Wilczy mężczyzna stojący za długą ladą zauważył, go ale nie zareagował, podążył tylko za ciemną sylwetką wzorkiem, gdy ta ruszyła w kierunku pokoi i zniknęła mu z pola jego widzenia.
  Czarna melancholia była pusta. Pusta — patrząc na standardy panujące tu na co dzień. Ale co się dziwić? Ludzie potrafią wybić się w ciągu jednej nocy, a co wspominać o systematyczności w zasiadywaniu przy imitacji prawdziwego piwa.
  Żarówka zabrzęczała złowrogo, kiedy ciemnowłosy mężczyzna przemierzał hol. Kroki rozchodziły się po ścianach, a długi wychudzony cień sunął smętnie towarzysząc swojemu właścicielowi w nocnej podróży. Kolejna lampa którą minął zabrzęczała i zamigotała, a zbierające się wokół niej owady odskoczyły, zawiedzone ubytkami prądu. Shay jednak nie zatrzymywał się. Nawet jeśli światło migotało jak na diabelskiej paradzie, a jego smukła sylwetka szybko ginęła w mroku, on odnalazł drzwi pokoju, które opuścił niespełna dwa dni temu. Położył dłoń na klamce, przez chwilę zastanawiając się jak zareaguje Nobuyuki gdy go zobaczy. Tak — miał nadzieję, że go zastanie. Nie wiedząc czemu ta nagła myśl, spowodowała, że chłód obsiadł jego kark.
  Pchnął drzwi i wszedł do ciemnego pomieszczenia. Brzęk zamykanych drzwi prawie nie rozległ się w pokoju. Takahiro zadbał, aby tylko lekko przylgnęły do futryny. Ciemność jaka otoczyła jego ciało, wydawała się go pochłonąć. Żernice rozszerzyły się, a wzrok powoli zaczynał przyzwyczajać się do mroku. Ruszył przed siebie. Prosto w kierunku łózka, na którym widział kulącą się postać. Nozdrza poruszyły się wychwytując znajomy zapach, który przeniknął już każdy obiekt w tym miejscu. Zatrzymał się tuż przy posłaniu.
  Po co znów tu lazł?
  Próbował skupić swoje ślepia na stole i choć wychwycił na nim parę nowych obiektów, ponownie przeniknął przez ciemność i dojrzał blade oblicze Yukimury okryte białymi pasmami włosów. Musiał. Podszedł do stołu i przyjrzał się rzeczom leżącym na blacie. Pusta butelka po lekarstwie — najwidoczniej kot opróżnił całość, parę kartek (niezapisanych) i pakunek. Złapał za oba końce szmaty i rozwinął materiał. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego co zobaczył gdy oba końce tkaniny opadły na blat jak jedwabny koc. Jedzenie. Jego kącik ust zdarzał. Błysk w oku pogłębił się niebezpiecznie, a zimny chłód gniewu polizał go po wnętrznościach. Próbował się opanować, ale kiedy sięgnął po mała karteczkę upchniętą między dwoma kanapkami, ledwie opanował się, aby jej nie zjeść i nie zmielić zębami.
  Poczuł się jakby dostał obuchem w głowę, ale oszołomienie natychmiast zastąpiła wściekłość, ostatnio niemal zawsze mu towarzysząca. Podejrzewał, że może do tego dojść. Rudowłosy chłystek bardzo sumiennie zajął się opieką tego pokoju — tak jak chciał Takahiro. Zbyt sumiennie. Czarnowłosy stał bardzo długo patrząc w krzywe litery wypisane na pożółkłej kartce, a potem zgniótł je tak mocno, że pazury odbiły się na materiale jego rękawiczki.
  — Tchórzliwa dziwka — syknął i cisnął śmieciem w kąt pokoju. Z odrazą spojrzał na jedzenie.
  Kai musiał położyć je niedawno, kiedy Nobuyuki spał, dlatego nie zostało jeszcze otwarte. Shay nie wyrzucił go tylko dlatego, że nie chciał pozbawić Yukimurę jedzenia. Kto wie, czy coś jadł pod jego nieobecność. Pod nieobecność — dwóch dni.
  Podszedł do łóżka. Dźwięk jego ciężkich butów, odbijał się od ścian. Deski zaskrzypiały jak w nawiedzonym domu. Spojrzał na posłanie. Nobuyuki leżał na boku, twarzą w kierunku stołu. Był lekko skulony, jedną ręką zaciskał materiał koca, druga leżała przy twarzy. Karasawa przesunął wzorkiem po jego odkrytej sylwetce i zdał sobie sprawę, że opętańczo zagryza wargę. Ponowny widok Yukimury wyzwolił w nim  zaburzenia i schizofrenię. Czuł radość, ale zarazem strach, że wszelkie niepotrzebne emocje i sentymenty zabrały się na tę przejażdżkę.
  Wyciągnął rękę w kierunku koca, który odrzucił przez sen kot. Musiał się pochylić, aby złapać za skrawek, który był skopany przy nogach. Okrył go, czując jak ciało kocura porusza się przez sen. Patrząc na jego spokojną twarz zastanawiał się czy o nim myślał. Nigdy wcześniej nie przemknęło mu to przez głowę, ale teraz? Miał bombę tykająca w czaszce. Żadna ilość leków przeciwbólowych by jej nie wyłączyła.
  Patrząc tak na niego czuł ogarniający spokój. To prawda, że obecność kotowatego łagodziła to, czego nie znał. Ich kolejne spotkania były jak ogniwa w długim łańcuchu — a i on stał się już wystarczająco długi — w niektórych miejscach przyozdabiała go brudna rdza, w niektórych trwałe ubytki, które z ledwością trzymały materiał w całości. Jego zwisające odnogi wplatały się w jego życie, spętując ciało. Nie mógł już się z nich wydostać. Nie tak po prostu.
  Usiadł na materacu, a stare sprężyny ugięły się pod jego ciężarem i wydały przeciągły, jazgoczący jęk. Miał wrażenie, że zbudzi to kocura ze snu — nic bardziej mylnego. Spał nadal w tej samej pozycji z nosem wtulonym w pościel.
  Wyciągnął rękę w kierunku jego twarzy. Oblicze lisa skryte mrokiem nie poruszyło się. Przyłożył ubraną w skórzaną rękawiczkę dłoń, do jego policzka. Źrenice Shaya zmrużyły się kiedy zauważył wyraźny ruch kotowatego, który wydawał się przywrzeć do niej bardziej, jak młody kociak łaszący się do właściciela. Cienkie wargi Shaya wykrzywiły się w cynicznym uśmiechu. Chwilę pieścił jego skórę kciukiem, aby chwile potem przesunąć rękę wyżej, aż rękawiczka zniknęła w bujnej, białej czuprynie. Palcami pochwycił jego kociego ucha, chwile bawiąc się jego miękka końcówka. Mrok jaki ich otaczał wydawał się gęstnieć. Kontury twardej postaci Shaya zanikały. Za oknem nie było słychać nawet świerszczy, tylko wiatr i deszcz nic więcej. Złote oczy Takahiro błyszczały, jak dwa ogniki w tajemnym holu. Z łatwością można było sobie wyobrazić jego zamyślona, bezduszna twarz. Spokojna, niemal uduchowiona, z cisnącym się niesmakiem na wargi, jakby to co robił było kierowane inna strona jego osobowości.
  Odsunął rękę i wyprostował się. Srebrne pasma włosów Yukimury pozostały na jego nadgarstku jak krępujące dłonie liny. Mozolnie odgarnął je w bok, zahaczając kosmykami o nagie ramie członka CATS i wstał. Wziął ze stołu kartkę papieru i podszedł z nią do okna. Tu rzucające cienie nocy były jaśniejsze. Złapał za ołówek. Jego brązowy trzon pożarł już czas. Pochylił się i zaczął pisać. Nie zajęło mu to długo. Przez chwilę wydawało się, że czarnowłosy pozostawi skrawek na stole — obok rozpakowanego pakunku, ale z obrzydzenie ominął mebel i położył zgięty papier tuż przy głowie Nobuyukiego. Pochylił się nad jego okrytym ciałem i szepnął nisko do jego ucha:
   — Do zobaczenia, kocie.
  A potem wyszedł, i tym razem dbając o dokładne, ciche domknięcie.

„ Spotkajmy się przy kasynie barze 'Przyszłość'. Czegoś się dowiedziałem. Z wielkim bólem — nowe ubrania zostawiłem na krześle. Nie obrażę się jeśli zapomnisz je włożyć.
— Shay.”

— zt.


Ostatnio zmieniony przez Shay dnia Sro Lis 15, 2017 12:48 am, w całości zmieniany 1 raz

_________________

mowa: {#41344e} || kontrola: { #4a2020}
x I created a monster, a hell within my head x



Shay
-----------
Krupier     Opętany

avatar

Liczba postów : 549
GODNOŚĆ : Takahiro 'Shay' Karasawa.

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 4 (lokum Shaya i Neely'ego)    Pisanie by Neely on Sro Lis 15, 2017 12:45 am
Znowu był uciekinierem.
Słyszał za plecami tłum ludzi skandujących jakieś niewyraźne, aczkolwiek bardzo agresywne hasła. Deptali mu po piętach, ich kroki były coraz wyraźniejsze. Szli w zwartym szyku, rozglądając się z nim. W dłoniach mieli widły i sierpy, jakby właśnie rozpoczęli polowanie na czarownice. Pochodnie, które trzymali w dłoniach niektórzy z nich skąpo oświetlały najciemniejsza zakamarki lasu. Chmara ciekawskich oczu poszukiwała jasnego wilka o złotawym spojrzeniu — cennego okazu, który z taką łatwością im uciekł. Ale nic nie było jeszcze stracone — nie mógł daleko uciec.
Zwierzęca sylwetka przeciskała się między wystającymi gałęziami, nie bacząc na to, że drobniejsze z nich łamały się, pozostawiając wyraźne ślady — poszlaki dla zniecierpliwionych łowców, którzy byli w stanie poświęcić zdecydowanie zbyt wiele, byleby tylko zdobyć futro niespotykanego okazu. Wilk musiał jak najszybciej znaleźć jakieś schronienia jeśli nie chciał skończyć jako ozdoba salonowa. Krzyki z minuty na minutę stawały się coraz silniejsze. Wkrótce miał nadjeść rychły koniec.
Psowaty zatrzymał się zdezorientowany, gdy do jego nozdrzy napłynął charakterystyczny, bardzo przyjemny zapach mięsa. Różowy jęzor sam wylazł mu z pyska, a w ślepiach pojawił się pełen entuzjazmu błysk. Aż zastukał zębami z podniecenia. Dopiero kilka sekund później zdał sobie sprawę, że to sprawka ludzi — próbowali wabić go jedzeniem, bo doskonale wiedzieli, że dręczył go głód. Wydawało się, że dostrzegł swój błąd zbyt późno, bo kątem okaz dostrzegł zbliżające się płomienie. Byli zaledwie kilka metrów od niego, prawie go znaleźli. Niemalże od razu pojawiła się w nim obawa, do której dołączył strach, a nawet przerażenie. Łapy mu zadygotały, jakby mięśnie zmieniły mu się w wodę i nie były w stanie dłużej utrzymywać ciała.
Musiał uciekać, ale nie był w stanie.
Zwierzęce kończyny ugięły się — Neely runął na ziemię, lądując pyskiem w piasku. Próbował przesunąć ciało w pobliską gęstwinę lub schować się za sporych rozmiarów kamieniem, ale fala bólu przeszyła jego ciało, obezwładniając je na dobrą chwilę. A huczne wrzaski były jeszcze bardziej nieznośnie.
Ale nagle coś zaszeleściło.
Jakieś stworzenie ujawniło swoją obecność. Czuły węch od razu wyczuł zapach zwierzęcia — był bardzo charakterystyczny, ale również znajomy, jakby miał już z nim wcześniej styczność. Próbował go skonkretyzować i rozpoznać. Wtem spod średniej wielkości skały wysunęła się czarna łapa, która chwyciła wymęczonego ucieczką psa i wciągnęła go do nory. Zaraz po tym pojawił się tłum — kobiety i mężczyźni rozglądali się na boku, wymachując swoimi broniami i pochodniami na boki. Ominęli czarną jamę, częściowo zasłoniętą głazem. To właśnie tam bezpieczny leżał wilk, a obok niego tajemniczy kuzyn, który podał mu pomocną dłoń łapę.
Nie wiedział kim jest, ale czuł jego obecność. Czuł na sobie również jego ciekawskie spojrzenie. I ciepło — biło od niego bardzo przyjemne ciepło. Nobuyuki nie ruszał się, bo nie był w stanie. Dyszał ciężko, czekając na ruch swojego wybawcy.
Ciemny kształt ze spiczastymi uszami zbliżył się, a jego puszysty ogon musnął odsłonięty brzuch jasnego wilczura. Aż przeszedł przez niego dreszcz.
Uratował go czarny lis...


Przez większość czasu spał z delikatnym uśmiechem na twarzy. Włosy miał rozsypane po całym łóżku — gdyby nie były brudnawe i naznaczone krwią to z pewnością mogłyby wtopić się w biel pościeli (oczywiście gdyby ta też była czysta). Jasna sylwetka kotowatego odznaczała się w ciemnym, pogrążonym w mroku pomieszczeniu. Neely leżał skulony z podkulonymi dłońmi, usadowionymi blisko twarzy. Jego biały ogon leżał swobodnie obok nagiego uda, a jego niewielka część wystawała spod koca, którym był okryty.
Był pogrążony w śnie tak bardzo, że Shay nie zdołał go obudzić. Możliwe, że czuł jego obecność — zwłaszcza w momencie, gdy jego sen nagle się zmienił, a tajemniczy, czarny lis mu pomógł, łaskocząc go puchatą kitą. Ale nawet koniec snu go nie obudził. Regenerowanie sił bardzo mu się podobało — mógł leżeć całymi godzinami okryty tym miękkim (jak na desperackie warunki) kocem na łóżku. ŁÓŻKU, a nie na zimnej ziemi, w jakiejś wykopanej jaskini.
Ale wkrótce się obudził. Z początku na jego twarzy wymalowało się zdezorientowanie, jakby dopiero co ocknął się po grubej imprezie, której w ogóle nie pamiętał. Chwilę taczał się na łóżku, jak dziecko budzone przez matkę. Wymamrotał coś w stylu „jeszcze pięć minut, mamo” i otrzeźwiał dopiero, gdy chłód liznął go po odkrytej nodze.
Leniwie rozwarł powieki, wpatrując się w sufit przez dobie kilka minut. Mocniej ścisnął w dłoni okrycie, chowając pod nim również nogi. Chciał jeszcze chwilę poleżeć i nie przejmować się niczym. Chciał po prostu spędzić trochę czasu na miękkim posłaniu. Był rozluźniony, choć nieco bolały go niektóre partie ciała. Obrócił twarz i przypomniał sobie wszystko dopiero, gdy dostrzegł naznaczony czerwienią materac. Od razu wstał, wsparłszy się na ręce. Koc odsłonił jego klatkę piersiową i brzuch. Kocur zsunął nogi z łózka, stawiając stopy pewnie na zimnej podłodze.
Ujął twarz w dłonie, przecierając oczy i nos. Językiem nawilżył wierzch dłoni, a następnie przeczesał szybko włosy, przy okazji rozplątując je. Palcami przejechał po swojej szczęce, by następnie przesunąć nimi również po szyi. Wędrówkę zakończył na torsie, który lekko musnął opuszkami.
Z jego jasnych ust wydobyło się ciche westchnięcie.
Było już jasno, musiał zacząć się ogarniać. Zamyślił się na chwilę, ruszając stopami — raz w prawo, później w lewo. Przymknął oczy i wtedy pojawił się on — Takahiro. Do jasnej głowy napłynęło multum myśli, a wszystkie krążyły wokół niego. Ten cwany lis zapadł mu w pamięć, teraz nie potrafiłby się go pozbyć. Nie potrafiłby i nawet by nie chciał. Poczuł coś, darzył go uczuciem, którym nie darzył wcześniej nikogo innego. To było coś bardzo specyficznego, ale jednocześnie bardzo przyjemnego. Sama myśl o byłym wojskowym sprawiła, że przyjemne ciepło rozlało się po ciele członka kociego gangu jak nagrzana woda. Aż rozmarzył się na chwilę i dopiero po kilku minutach udało mu się ocknąć i powrócić do rzeczywistości. Do rzeczywistości, która wydawała się być pusta, bo nie było jego.
Westchnął ciężko, jednocześnie unosząc swoje szanowne cztery litery z łóżka. Był całkiem nagi, choć zdecydowanie mu to nie przeszkadzało. Podrapał się ostro zakończonymi paznokciami po pośladku i podszedł do okna. Oparł się łokciami o parapet i wyjrzał przez szybę. Złączył dłonie, odruchowo gryząc kostkę wskazującego palca. Odetchnął głębiej kilka razy, zakręcił się wokół własnej osi, wprawiając burzę białawych włosów w ruch.
Wreszcie dostrzegł przesyłkę, która stała na stole. Była odpakowana — prawdopodobnie otworzył ją Shay. W środku było jakieś jedzenie, ale to nie ono się teraz liczyło. Kotowaty natychmiast odwrócił się, lustrując pomieszczenie. Na krześle leżały jakieś ubrania — prawdopodobnie były nowe, bo ze pewnością nie należały do Nobuyukiego. Wiadomo dlaczego — zostały zniszczone przez jakiegoś zniecierpliwionego jegomościa, który postanowił je rozerwać i wetknąć łapy tam, gdzie nie powinien. I co? Wyszło jak wyszło — nikt się nie spodziewał, że sprawy potoczą się właśnie w taki sposób.
Złapał dłonią nowe cichy i rzucił je na stół, tuż obok pakunku. Przeszukał ich kieszenie, zgryzając wargę. Nie znalazł żadnego liściku. Zero informacji o czymkolwiek. Czyżby Shay zostawił go szybciej niż by się tego spodziewał? Czy pierwszy raz to on został porzucony? Pierwszy raz to nie on porzucał?
Pchnął krzesło, a te wywróciło się z ogromnym hukiem. Poirytowany i wściekły ruszył w stronę łóżka. Złapał za kołdrę i cisnął nią w podłogę, rycząc przy tym jak rozjuszone zwierzę. Zacisnął zęby. Miał ochotę otwartą pięścią uderzać w ścianę, chciał zdemolować ten pokój, nie pozwolić by cokolwiek z niego zostało. W tej jednej, krótkiej chwili chciał o wszystkim zapomnieć, wyzbyć się tego przeklętego kłamcy z głowy. Dopiero kilkanaście sekund później dostrzegł kartkę leżącą obok poduszki. W tym czasie zdążył uronić jedną łzę, która spłynęła po policzku, aż w końcu poczuł jej słony smak.
Od razu rzucił się w stronę karteczki, rozwinął ją i przeczytał krótki liścik. Usiadł na łóżku, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Zaśmiał się głupio, bardzo żałośnie.
Pozwoliłem doprowadzić się do takiego stanu. Pozwoliłem, by zniknięcie kogoś takiego wycisnęło ze mnie łzę.
Zgniótł skrawek z wiadomością, rzucając go gdzieś w bok. Zgarnął ubrania — nasunął na dupę bokserki, później spodnie, narzucił na siebie też podkoszulkę i bluzkę z długim rękawem. Nie zapomniał również o skarpetkach i butach. Następnie spojrzał na skromny prowiant zawinięty w kawałek szmaty. Rozpakował baton zbożowy, a raczej coś co go naśladowało, pożerając go niemal w całości, na dwa duże kęsy. Przełknął pospiesznie to co miał w paszczy, biorą też drobną resztę wykwintnego posiłku.
Zrobił kilka dużych kroków i znalazł się pod drzwiami. Spojrzał jeszcze raz na pokój — ostatni raz. Łóżko było pobrudzone, a koc leżał na ziemi. Krzesło było wywrócone, a gdzieś na nim leżały strzępy podkoszulka, który wcześniej miał na sobie Neely. Prócz tych kilku, drobnych zniszczeń pokój wyglądał całkiem nieźle. No dobra nieźle to może za duże słowo... ale był na pewno znośny! Statystyczny desperat by nie pogardził, więc nie było tragicznie.
Nacisnął na klamkę, wyjmując uprzednio klucz z drzwi. Otworzył drzwi, zamknął je, upewniając się kilka razy czy na pewno to zrobił. A potem wyszedł z Melancholii, by ruszyć na umówione spotkanie. Spotkanie, którego nie mógł się doczekać.

    ___ z/t



Neely
-----------
Członek CATS  Opętany

avatar

Liczba postów : 3468
GODNOŚĆ : Yukimura Nobuyuki, choć znany jest również pod pseudonimem — Neely.

Powrót do góry Go down


Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics