Go down


Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Chyży on Sob Paź 21, 2017 11:23 pm

Czas akcji: Nieco ponad tysiąc lat wstecz, zdecydowanie przed wybuchem apokalipsy
Miejsce akcji: Dom dziecka; gdzieś na terenach Irlandii


........Nicca zmrużył szaroniebieskie oczy wpatrując się uważnie w rozgrywającą się przed nim scenę. W sierocińcu przebywał już od kilku miesięcy i nie miał specjalnego problemu z zaaklimatyzowaniem się w nowym miejscu. Zapewne przez to, że w odróżnieniu od większości dzieci nie łudził się specjalnie - wiedział, że jego rodzice po niego nie wrócą (chyba że wstaną z grobu, ale to raczej dość absurdalna wizja), podobnie jak nieżyjący dziadkowie. Owszem, niezaprzeczalnie odczuwał smutek, a czasem i złość, ale był generalnie przerażająco racjonalny jak na dziewięciolatka. Wiedział, że śmierć jest nieodwracalna i choć często bywa niesprawiedliwa, to prędzej czy później dosięga każdego. Zresztą, aktualnie miał większe problemy niż rozmyślanie o przyszłości. Chociaż w bidulu nie było źle i miał paru kolegów, to i tak jego wygląd stał się pewnym utrapieniem. Ku jego niezadowoleniu uwzięła się na niego pewna grupka starszych chłopaków, przez co wykonywanie niektórych codziennych czynności zostało znacząco utrudnione. Nie dość, że był  mieszańcem, to jeszcze w dodatku jego uroda ewidentnie była zbliżona do kobiecej.  To wystarczyło, aby parę bardziej męskich przedstawicieli uznało za punkt honoru zrobienie z niego "prawdziwego" mężczyzny.
A figa. Nie da skąpać się w kiblu.
Był szybki i dostatecznie bystry, by odkryć, jak ich unikać. Poza tym nie bał się kolejnych obelg ilekroć za najbardziej atrakcyjną opcję uznawał zwinne obrócenie się na pięcie i danie nogi. Raz wyskoczył przez okno, ale zdecydował się na to tylko dlatego, że było ich więcej niż zazwyczaj, a i zamiary jak zwykle mieli paskudne. Poza tym odległość od ziemi nie była aż tak duża, więc wyszedł z tego tylko z paroma obiciami.
Tym razem jednak nie uwzięli się na niego, tylko na rudowłosego chłopca o imieniu Nicolas (lub coś w tym stylu, tylko go kojarzył). Jeśli się nie mylił, to Irlandczyk był od niego młodszy, tudzież zbliżony wiekiem, ale najwyraźniej coś w nim wybitnie raziło w oczy oprawców, przez co zdecydowali się na niego uwziąć.
Cholera. Jak na złość żadnych opiekunów w pobliżu. Biec po nich? Nie, może być za późno, zdążą zgnębić rudowłosego. Póki co jeszcze jego samego nie zauważyli, więc równie dobrze mógł po prostu odejść, ale... no właśnie. Nie zamierzał.
Najgorsze było to, że niewiele widział. Głównie plecy starszaków, a samego Nicolasa wyłapywał tylko od czasu do czasu, ponieważ był jeszcze za niski, by sięgać wzrokiem ponad głowy zebranej bandy. Co najwyżej mógł słyszeć obelgi, jakieś dziwne uwagi i łacinę podwórkową.
Nicca prychnął. Mógł się założyć, że utworzyli zwartą grupę tylko z jednej strony, a więc druga była wolna. Zakładali, że takiego drobnego szczeniaka i tak dogonią. No cóż, niewątpliwie będą deptać im po piętach, ale trudno. Cofnął się parę kroków w tył, wziął głęboki wdech, a następnie ruszył gwałtownie biegiem do przodu. Rzucił w międzyczasie trzymaną butelką z wodą w głowę jednego ze starszych, po czym gładko przecisnął się między falującym tłumem.
- Kurwa, zajebię cię, szczeniaku - krzyknął szesnastoletni pseudo dowódca bandy, który oberwał w głowę. - Wracaj, dziewczynko. Nicca!
Czarnowłosy nie zatrzymał się, a jedynie zdecydowanie przyspieszył, łapiąc za rękę osłupiałego chłopaka. Pociągnął go za sobą, korzystając z faktu, że mieli wolne przejście.
- Jazda! Biegnij za mną - krzyknął, obracając głowę w stronę Nicolasa i posyłając mu szeroki uśmiech.
Wystrzelił niczym strzała, zaciskając mocno palce na nadgarstku rudowłosego. Nie zamierzał lecieć w stronę nauczycieli. Skręcił w lewo w pierwszym możliwym momencie i niemalże wleciał w drzwi prowadzące do wyjścia na zewnątrz. Trzeba było je ciągnąć podczas wychodzenia, co w tym momencie zdecydowanie nie działało na ich korzyść, bo grupa naprawdę deptała im po piętach. Ledwo udało im się wyskoczyć na dwór, a Nicca od razu ostro skręcił w prawo, biegnąc wzdłuż budynku.
- Przyśpiesz trochę - krzyknął, chociaż wyczuł, że chłopak traci nieco równowagę, ale krzyki z tyłu zdecydowanie nie zachęcały do zwolnienia.
To nic. Już niedaleko. O ile się nie pomylił, bo jeśli źle to wszystko obliczył, to będą mieli naprawdę olbrzymi problem. Wskoczył za róg budynku i niemal od razu odbił się od wyższej sylwetki, lądując automatycznie na ziemi, a właściwie częściowo na Nicolasie. Nieco oszołomiony potrząsnął głową i zadarł ją do góry, z pewnym zaskoczeniem odnotowując fakt, że widzi kogoś podobnego do chłopca za nim. Niemniej zdecydowanie starszego.
- Nicca! Ej, gdzie tak pędziłeś?- zza sylwetki Shane'a wysunął się niczym cień Connor, jeden z najstarszych chłopaków w sierocińcu. - Ach. Znowu się na ciebie uwzięli? Szuje.
Wyciągnął w jego stronę dłoń, by pomóc mu wstać akurat w tym samym momencie, gdy dogoniła ich grupa "oprawców".
- Ech. Tym razem nie mnie - naprostował jedynie przedstawioną kwestię ciemnowłosy, podbródkiem wskazując na Nicolasa.
A więc trafił ze swoim pomysłem. O tej godzinie często zbierała się tutaj grupa chłopców ze starszych roczników, a także część młodych. Connor był bardzo otwartym człowiekiem i chociaż życie mocno go doświadczyło, to pozostawał niezłym wzorem do naśladowania. I zdecydowanie nie tolerował gnębienia.
- Wy durne... - brunet urwał ledwo rozpoczęte zdanie. - Connor.
Nicca wstał z ziemi, od razu ciągnąc przy okazji Nicolasa. Wolał zejść teraz z drogi starszym.

| Tym razem mowa ogólna bez kursywy.


"Białe KŁY połyskują zimno i czerwienią się przed świtem
I stal śpiewa czysto i jasno swą MELODIĘ o śmierci w bitwie"



"UGRYŹĆ, by przebić skórę, demon stworzony z błyszczących kryształów
Opowiada o wiecznej wojnie i ziemi, która barwi się na CZERWONO..."


avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Shane on Sob Lis 04, 2017 8:01 pm
Nicolas Maccoy był o pięć lat młodszym bratem Shannona. Wiecznie radosny, z przyklejonym uśmiechem do twarzy i roześmianymi oczami, gnał przez sierociniec nie zważając na nic. Ciepła pogoda dopisywała, a on nie mógł dłużej usiedzieć w miejscu pod czujnym okiem starszego brata i tylko czekał aż ten zaśnie, a on będzie mógł się wymknąć, i porobić trochę dziecięcych spraw.
W sierocińcu byli dobre już cztery lata, ale Nicolas nie narzekał. Nie znał swoich rodziców, a raczej ich nie pamiętał. Przyzwyczaił się do stołówkowego jedzenia, do krzątania się obcych ludzi po bidulu, którzy szukali swojego wymarzonego dziecka. Jednak, nie ich. Ludzie nie interesowali się nimi, mijali ich, jakby praktycznie stali się niewidzialni. Shannon wydawał się być tym niewzruszony, jednak on — Nicolas, owszem. Zastanawiał się wielokrotnie dlaczego nie może mieć mamy, ani tym bardziej taty. Czemu nie może jak inne dzieci ze szkoły jeździć z nimi na wakacje i jeść wspólnie posiłku w niewielkim gronie? W końcu jednak przestał zaprzątać sobie tym głowę, zauważając, że jego gdybania nic nie zmienią. Zaczął cieszyć się każdą małą rzeczą, którą mieli w przytułku i szanował to. Jednak nie wszyscy podzielali jego szczęście i entuzjazm. Rzadko kiedy ktoś go zaczepiał, ba, prawie nigdy. Jednak tym razem brak opieki ze strony starszego Maccoy'a poskutkował, że grupa starszych chłopaków uwzięła się na niego. Zabrała mu piłkę i droczyła się z nim za nic w świecie nie chcąc jej mu ją oddać. Nie było tutaj brata, któremu mógł się poskarżyć, nie było nawet opiekunów. Musiał sobie radzić sam. Jednak jako mały, cherlawy sześciolatek jedyne co potrafił w tej sytuacji, to rozpłakać się. Wielkie grochy łez wzbierały się w jego oczach, szykując się mentalnie na okropny łomot, jednak cios nie nadszedł. A na pewno nie na jego osobę. Zaskoczony odwrócił głowę w stronę swojego rycerza, który zaatakował butelką z wodą najstarszego. Nicolas roześmiał się dźwięcznie widząc ten jakże przezabawny obraz. Jego bohater pociągnął go za rękę i szarpnął za sobą. Gnał za nim, śmiejąc się jak oszalały.
— To było niezłe! — krzyknął, przyspieszając jak ten mu kazał. Jednak obaj w ekspresowym tempie zmierzyli się z murem w postaci starszego Macccoy'a.
Shane stał twardo na nogach i nawet nie zachwiał się pod wpływem dwóch małych, chudych dziecisków. Brązowe oczy namierzyły młodszego brata, który chętnie przyjął pomoc Nicca i wstał z ziemi.
— Cześć Shane! — krzyknął młodszy, jednak rudzielec najwidoczniej wcale nie podzielał jego euforii. Uchylił usta, aby coś powiedzieć, kiedy za jego pleców wyskoczył — niczym królik z kapelusza — Connor.
— Ach. Znowu się na ciebie uwzięli? Szuje.
Shane podniósł brew słysząc to zdanie. Spojrzał na Nicolasa, którego policzki nadal błyszczały się od zaschniętych łez, a następnie jego wzrok powędrował na grupę starszych chłopaków, którzy pojawili się w nie odpowiednim momencie. Shane pomimo tego, że miał dwanaście lat był niezwykle wysoki jak na swój wiek, przez co wielu odbierało go za starszego aniżeli był w rzeczywistości.
Zrobili ci coś, Nico? — zapytał, a młody energicznie pokręcił głową.
— To nic takiego! Daj spokój! — Zaśmiał się promiennie. Uśmiechnął się w stronę Connora, a potem odwrócił głowę i pokazał język bandzie oprawców.
Jak to nic...? — zapytał mimo wszystko starszy rudzielec.
— No nic, ten o tu — Wskazał małym palcem na Nicca. — Pomógł mi, kiedy tamci zabrali mi piłkę. — Naburmuszył się. Założył ręce na piersi, gdyż w grupie starszych kolegów czuł się niezwykle pewnie. Shane automatycznie, niczym uruchomiony za sprawką magicznego guzika wyrywał się w przód i z impetem przywalił najstarszemu z oprychów, hersztowi bandy, prosto w nos. Krew trysnęła i jedynie krzyk Connora powstrzymał Shannona przed kolejną falą upustu złości.
— SHANE! — Podniósł głos, a dwunastolatek mimowolnie puścił koszulkę kolegi, na której zacisnął pięść i szykując się do kolejnego natarcia. — Ile razy mówiłem ci, że przemoc nie jest rozwiązaniem! Puść go! — Polecił Connor, ale Maccoy nadal mierzył nienawistnym spojrzeniem swojego wroga.
Potem się policzymy — mruknął cicho w jego stronę, odsuwając się od dzieciaka. Podszedł do Nicolasa i złapał go za nadgarstek.
Idziemy, Nicolas. Kolacja już na stole — rzucił, chcąc pociągnąć młodszego za sobą, jednak ten zaraz dodał.
— Ej, ej! Nicccca! — Zaparł się piętami o ziemię i niczym uparty osioł, nie dał się ciągnąć. — Zjedz dzisiaj z nami! U nas jest miejsce!
Shane wolał tego nie skomentować. Oczywiście, że miejsce przy ich stole zawsze były puste, bo nikt nie chciał się z nimi kolegować. A całą winę ponosił za to starszy z braci. Trudno było go lubić, zazwyczaj buczał na każdego, gromił wzrokiem i niechętnie się odzywał. Trudno nawiązać z kimś nić porozumienia, kiedy ta osoba zapiera się nogami i rękami, a jedynym mianownikiem łączącym ją z otoczeniem był młodszy, piegowaty brat.


Stołówka oblegana była przez cały sierociniec, niczym ul przez pszczoły. Wszystkie dzieciaki miały swoje miejsca i dawno zajadały stołówkowe żarcie. Jedynie stolik pod ścianą był praktycznie pusty. Siedząca przy nim dwójka nijak zdawała się tym przejmować. Shane zajadał jakieś kromki, a Nicolas jadł i rozglądał się za kimś.
Co się tak rozglądasz? — mruknął ponuro starszy rudzielec.
— N-o, tak sobie! Nie interesuj się!
No to nie interesował się. Nie wnikał w jego nadpobudliwość dopóki miał go w zasięgu wzroku.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Chyży on Nie Gru 31, 2017 9:50 pm
....... Nicca wpadł szybko na stołówkę, mało co nie zahaczając barkiem o pełniącą dyżur panią Straszydło. Wzdrygnął się pod wpływem jej chłodnego spojrzenia i wymamrotał pod nosem jakieś przeprosiny, a następnie skierował się do grupy swoich znajomych, oglądając się ostrożnie za siebie. Cholernie podpadł dzisiaj starszym chłopakom, co zapewne oznaczało noc pełną skradania się po sierocińcu i milczącej wojny. Kiedy jak kiedy, ale wieczorem trzeba było uważać na opiekunów, ale starsi mieli większą swobodę poruszania się, a więc Nicca automatycznie znajdował się na znacznie gorszej pozycji. Coś czuł, że rano będzie musiał się tłumaczyć z kilku siniaków, ale wiadomo - skarżenie było potępiane, dlatego czekało go wymyślanie wymówek. Chyba że przechytrzy bandę mięśniaków, wtedy będzie miał znacznie lepszy humor i przede wszystkich satysfakcję ze zwycięstwa.
Po drodze do przyjaciół  jego oczy wypatrzyły niemalże opustoszały stół z bardzo charakterystyczną dwójką, dlatego po chwili wahania machnął ręką w stronę znajomych w jakimś usprawiedliwiającym geście i skręcił w przeciwną stronę. Przyspieszył kroku i zgrabnie wskoczył na miejsce obok młodszego rudzielca, najwyraźniej w ogóle nie przejmując się perspektywą podpadnięcia impulsywnemu (z tego co zdążył zauważyć) Shane'owi.
- Cześć, Nicolas - rzucił, opierając dłoń o podbródek i kradnąc sobie kromkę chleba z ich stołu (cóż, nie tyle co kradnąc, a po prostu korzystając z tego, że wszystkie stoły zawsze posiadały ten sam przygotowany zestaw) i smarując masłopodobnym czymś. - Sean zostawił już cię w spokoju, prawda?
Być może szesnastolatek i jego szakale próbowałby się uwziąć na młodego, gdyby nie fakt, że ten ciągle znajdował się pod opieką starszego brata. Zresztą istniało ryzyko, że cała banda uweźmie się na nich i nawet wojowniczość dwunastoletniego Maccoy'a wtedy nie pomoże, ale jak na razie interesowała ich słabsza ofiara. Cóż, Nicca nie przejmował się tym specjalnie - toczył z nimi grę od samego początku pobytu tutaj i jak na razie radził sobie całkiem nieźle. W kiblu go jeszcze nie spłukali, włosów nie obcięli, co najwyżej kilka razy nieźle poobijali. Jak tak dalej pójdzie, to czarnowłosy niedługo będzie przypominał chyżą łanię, rozwinie sobie zwinność i szybkość - ponadto wolał być nazywany tchórzem, niż dla durnej dumy dać się złapać.
- Raczej sobie odpuści, ale przez najbliższy czas nie wchodź mu w drogę - zerknął ukradkiem na dwunastolatka. - Twój brat raczej nie zdobył jego sympatii. Tak na marginesie, jesteś Shane, prawda?
Tym razem wlepił niebieskie ślepia prosto w najstarszego z ich grona chłopaka, nie przejmując się specjalnie w tym, że właśnie znowu mógł komuś podpaść. Zdarza się. Na chwilę obecną bracia Maccoy zbyt mocno wzbudzili jego zainteresowanie, by tak po prostu sobie odpuścił i truchcikiem wrócił na swoje miejsce. Zresztą właśnie na salę dotarli ostatni spóźnieni, co spowodowało wstąpienie na twarz chłopaka krzywego uśmiechu.
-  Nie zdążyłem się poprzednio przedstawić, nazywam Nicca O'Reilly - powiedział, zaraz później zapychając sobie usta prowizoryczną kanapką.
Maniery przy stole na niezbyt wiele się zdawały, kiedy w perspektywie niedługo mogła się zacząć wojna o jedzenie, gdy tylko opiekunka na dostatecznie długą chwilę odwróci wzrok.


"Białe KŁY połyskują zimno i czerwienią się przed świtem
I stal śpiewa czysto i jasno swą MELODIĘ o śmierci w bitwie"



"UGRYŹĆ, by przebić skórę, demon stworzony z błyszczących kryształów
Opowiada o wiecznej wojnie i ziemi, która barwi się na CZERWONO..."


avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Shane on Czw Lut 01, 2018 2:50 pm
 Stół poza dwójką chłopców był opustoszały, a to ze względu na słabej jakości reputację jednego z nich. Większość omijała szerokim łukiem impulsywnego Shannona, który potrafił się uaktywnić niczym odbezpieczonym granat i oderwać nogę. Opiekunowie nie potrafili poradzić sobie ze starszym Maccoy'em, który nijak dał się okiełznać. Na nic się zdały przymusowe kary społeczne, pogadanki z dyrektorem placówki czy groźby nie znalezienia dla nich rodziny ze względu na jego wątpliwe zachowanie.
 Długi czas trzymał się w ryzach. Starał się. Naprawdę. Próbował nikogo nie zaczepiać, a tych którzy weszli mu w drogę, łagodnie spychał z niej i szedł dalej. Tym razem było inaczej. Zapalnik odpalił się w oka mgnieniu, a było to spowodowane ucieczką Nicolasa. Starszy rudzielec obawiał się o młodszego brata, a kiedy zobaczył jednoznaczną sytuację, upust emocji wylał na starszych kolegów. Nicolasa nie uderzył nigdy.
— Cześć!
Zaświergotał radośnie Nicolas, zaraz sadzając cztery litery spokojnie na krześle. Owski nagle uspokoiły się, co sugerowało, że młodszy tam uparcie wypatrywał O'Reilly, który niczym przyciągnięty magnesem przywarł do nich.
Shane skrzywił się na jawną zuchwałość nowego towarzysza przy stole. Obserwował uważnie, z zauważalnym dystansem jak ten podbiera kromkę, a potem stara się przekroczyć jego strefę komfortu psychicznego.
Gryzł kanapkę, dając sobie tym samym więcej czasu na wymyślenie jakieś kąśliwej zaczepki, która skutecznie mogłaby przegonić natręta, jednak nim zdążył odpowiedzieć, Nicolas z prędkością światła wciął się w zdanie.
— Shannon. Shane to skrót.
Wyjaśnił młodszy.
— A ja nazywam się Nicolas Maccoy. Miło cię poznać, co neeee, Shane?
Wbił ślepia w brata, a ten niczym postawiony pod ścianą, spiął się i burknął.
Ta. Fantastycznie.
— Sean da mi szybko spokój. Zawsze mi dają. Zobacz na mnie! Jetem uroczy jak cukierek, trudno mnie nie lubić! Ne?!
Zaśmiał się pogodnie rudzielec, a wyraz twarzy Shane wyrażał jedno — miał ochotę strzelić sobie w twarz. Za każdym razem załamywał się podobnym podejściem Nicolasa, ale na głos nie chciał tego komentować.
Zerknął na Nicca, aby sprawdzić jak ten zareagował na przechwałki młodszego. Ostrożnie, aczkolwiek dyskretnie, aby ten nie pomyślał sobie, że się kumplują czy coś.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Chyży on Nie Mar 18, 2018 9:22 pm
....... Jak dobrze, że Nicca nie miał w zwyczaju przejmowania się reputacją innych. Nawet jeśli wiedział, że ktoś niekoniecznie słynął z uprzejmości, to i tak nie przeszkadzało mu to w zaczepianiu takiej persony, jeżeli właśnie taką w danym momencie miał ochotę. Niekoniecznie zawsze dobrze się to kończyło, no ale cóż – nie mógł przecież zawsze patrzeć się tylko i wyłącznie na ewentualne niemiłe konsekwencje. Tudzież po prostu nie chciał. Poza tym w tym momencie plotki na temat Shane’a niekoniecznie go interesowały, w końcu bardziej chodziło mu o rozmowę z jego młodszym bratem, a przynajmniej na razie. Dlatego zignorował przenikliwie spojrzenie starszego chłopaka (chociaż odruchowo spiął się nieco, w myślach na wszelki wypadek konstruując sobie drogę do w miarę sprawnej ucieczki), całkowicie koncentrując się na osobie Nicolasa, który wydawał się szczerze zadowolony z jego obecności.
„Shannon. Shane to skrót.”
Psotne iskierki pojawiły się w niebieskich oczach Chyżego, najwidoczniej zamierzał sobie dobrze przyswoić tą jakże cenną informację – na nieszczęście samego Shane’a. Niemal można było zobaczyć, jak niemo powtarza pełne imię chłopaka, a jego wargi zaczynają układać się pełen rozbawienia uśmiech. Nawet niechętna i przymusowa odpowiedź starszego niespecjalnie zrobiła na nim wrażenie, wręcz mimowolnie wydawało mu się to wszystko teraz jeszcze bardziej zabawniejsze. Miał wrażenie, że Nicolas wiedzie prym w tej relacji, chociaż nie do końca tego świadomy.
- Pewnie – rzucił, kończąc przeżuwać kanapkę. – Obawiam się jednak, że Sean to osoba mająca uczulenie na słodycze i urocze rzeczy. Taki już z niego dziwny człowiek.
Pstryknął delikatnie Nicolasa w nos w ramach zaczepki, uśmiechając się jednocześnie. Chłopak był młodszy (może różnica nie była olbrzymia, niemniej na tym etapie dość istotna), dlatego jego podejście specjalnie nie raziło ciemnowłosego. Wręcz przeciwnie, poniekąd była to pewna nowość w tym miejscu – jakby nie była, większość osób tutaj była dość poważna.
- Poza tym twój brat naprawdę mógł im trochę podpaść – stwierdził, tym razem już całkowicie poważnie. – Chociaż zapewne akurat od was będą trzymać się z daleka. Co za dużo wysiłku z dorwaniem kogoś to niezdrowo według ich logiki.
Tak. On stanowił lepszą ofiarę, chociaż teoretycznie zachodu mieli z nim aż za dużo. No cóż, nikt nie powiedział, że da się łatwo złapać. A że Sean i jego grupa nie przewidzieli, że Nicca sam będzie miał mnóstwo zabawy z tej specyficznej zabawy to już inna kwestia.
- Tak w sumie… długo już tutaj jesteście? – trochę bezpardonowe pytanie, ale w tym wieku mógł sobie pozwolić na nieco mniejszą subtelność.
Ukradł kolejną kromkę. Trzeba korzystać, póki ma taką szansę.


"Białe KŁY połyskują zimno i czerwienią się przed świtem
I stal śpiewa czysto i jasno swą MELODIĘ o śmierci w bitwie"



"UGRYŹĆ, by przebić skórę, demon stworzony z błyszczących kryształów
Opowiada o wiecznej wojnie i ziemi, która barwi się na CZERWONO..."


avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Shane on Czw Kwi 19, 2018 12:59 pm
 Nie podobał mu się ten chłopak. Czuł wewnętrzna niechęć i nieufność względem Nicca. Podyktowane to było brakiem sympatii ze strony rówieśników, więc dlaczego ktoś niby wyłamywać się ze schematu? Zwłaszcza jeśli należało się do grona osób lubianych i mających stosunkowo więcej znajomych od liczby jeden.
 Shane od razu wychwycił grupkę machającą do Nicca i zachęcająca go wzrokiem, aby jednak zmienił zdanie i usiadł z nimi aniżeli z duetem wyrzutów, którego reputacja jedno z nich była wątpliwa.
Po co robić sobie problemy. Po co ściągać na siebie niechciane kłopoty, kiedy można było delektować się znanym smakiem towarzyskiego uwielbienia, które wypracowało się. Po co więc trudzić się w relacji, która od początku skazana była na klęskę?
Nad tym zastanawiał się rudzielec, gryząc kromkę z masłem i szynką. Przetrawiał własne myśli z kolejnymi kęsami pieczywa i zapijał wszystko lekko posłodzoną herbatą.
 Bacznie przesunął wzrokiem po twarzy Nicolasa, który całkowicie został przekupiony przez swojego nowego wybawcę, będąc w niego zapatrzonym niczym w święty obrazek. Brakowało jedynie maślanych oczu i cieknącej śliny, aby obraz żałosności dopełnił widok młodszego Maccoy'a. Starszy miał ochotę przydzwonić sobie otwartą ręką w czołu, wiedząc jak bardzo Nicolas lgnie do wszystkich tych, którzy mu okażą równie duże zainteresowanie, co on sam światem.
Shannon spodziewał się, że werdykt zapadł. Nieświadomy jeszcze niczego, siedzący przed nim chłopak, nie spodziewał się, że Nico wybrał go sobie na kompana w wygłupach i będzie za nim chadzał, jak uczepiony rzep psiego ogona. Wizja ta nie odpowiadała starszemu ze względu na fakt, że on również będzie zmuszony do głośnego towarzystwa dzieciaka.
— Sean nie lubi cukierków? To jakiś głupek, nee? Cukierki są spoko. Naprawdę, o ile nie przyklejają się do zębów, nie lubię dłubać ich paluchami, bo Sara na mnie krzyczy, że mam je brudne, a już pcham je do buzi.
Nieskładny słowotok popłynął, jak rzeka z ust Nicolasa.
 Akcja: Papla. Została rozpoczęta.
 Misja: Zanudzić przeciwnika. W toku.
 Shane w ciszy konsumował swoje jedzenie, nie mając najmniejszego zamiaru ingerować w dobry wizerunek brata. Nicolas nie potrzebował nikogo.
[Miał jego]. A im więcej będzie mówił, tym szybciej przepłoszy natręta. Tak było zawsze.
—  Jeśli im podpadnę, będzie mi to bardzo na rękę.
Rzucił cicho Shane, dopiero teraz odzywając się od tak długiej ciszy. Spojrzał w niebieskie oczy Nicca i dziwny prąd przebiegł mu po kręgosłupie.
 Niebie niebo. Jego oczy kojarzyły mu się z morzem, nad które wyjeżdżał razem z rodzicami, kiedy był jeszcze całkiem małym chłopcem nieodrastającym od ziemi.
— Daj spokój! Sara mówiła, że masz przestać się bić!
Sara, Sara i Sara. Ulubiona pani psycholog Nicolasa, która zajmowała się asymilacją tej dwójki w przytułku. To ona wypracowała w Nicolasie bezwzględną otwartość i szczerość, a w Shane poczucie odrzucenia.
Miałem przestać się bić w szkole, aby szkoła nie zgłosiła tego nigdzie dalej. Nie pamiętasz? Nie było mowy o domu dziecka. Na jego terenie nie muszę przestrzegać zasad.
— Musisz! Wszyscy muszą! Zwłaszcza ty!
Zbuntował się Nicolas. Czasem Shane miał wrażenie, że on więcej rozumie i widzi, niż on.
Nie muszę, Nico. Co oni mogą mi zrobić? Wyrzucić? Pozbyć się? Dawno z nami to zrobiono.
Warknął ostro, rzucając końcówkę chleba na talerz. Odechciało mu się jeść. Wstał od stołu, szurając nogami krzesła. Stara Clara spojrzała na niego krzywo, upominając wzorkiem. Nie przejął się niemym pouczeniem. Niech się goni.
Wyszedł z jadalni, pozostawiając po sobie aurę nieprzyjemności. Gorzkiego posmaku.
 Był zły na Nicolasa. Zawsze musiał poruszać niezręczne tematy. Nie miał ochoty rozprawiać o takich rzeczach przy publiczności, ale jak na złość mała papla się tym nie przejęła. Ba, nawet nie zwróciła uwagi na kwaśną minę brata.
 Parszywiec.
 Nicolas westchnął ciężko i wsparł głowę na dłoni, machając nogami, którymi nie dosięgał do ziemi. Spojrzał na Nicca jak młody dorosły.
—  Shannon nie ma nikogo poza mną.  Musisz mu wybaczyć, że jest taki nieprzyjemny, ne. Tak już ma. Sara mówi, że zachowuje się jak zaszczute zwierzę. Nie wiem co to znaczy, ale jak to mówiła nie miała wesołej miny, więc chyba nic dobrego.
Mruknął pod nosem, a potem wytarł wierzchem dłoni nos. Woda mu leciała. Czyżby alergia?
—  Ty też nie masz znajomych?
 No cóż. Nicolas nie był tak spostrzegawczy, co Shannon, dlatego też nie widział tych wszystkich roześmianych oczu, które jeszcze bardziej pojaśniały widząc samego Nicca. Zwłaszcza tej jednej pary, należącej do Alice Duff, której wzrok podążał za młodym O'Reilly'm. To ona najbardziej się zainteresowała kiedy zrobił się szum wokół nielubionego stolika Maccoy'ów. Uważnie śledziła przebieg wydarzeń, ukrywając wąskie usta wykrzywione w grymasie za krawędzią szklanki od herbaty.
— Nicca! Chodź do nas!
Zawołała go w końcu. Dała mu wystarczająco dużo czasu do nacieszenia się towarzystwem kogoś obcego.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Chyży on Wto Lip 17, 2018 3:16 am
.........Nie można było zaprzeczyć temu, że Nicca posiadał swoje grono dobrych znajomych, ale mimo wszystko czasami łatka mieszańca potrafiła się na nim odbić. Ponieważ ciągle był w stanie wojennym z paczką starszych chłopaków to z jednej strony zyskał szacunek swojej grupy wiekowej, a z drugiej był uznawany za osobę, którą lepiej czasami trzymać na dystans. Zresztą to mu było nawet na rękę. Gdyby ktoś za mocno się jego uczepił, automatycznie stałby się celem, co O’Reilly pewnie zniósłby dość ciężko. Łatwiej było mu dbać tylko o własny tyłek, niż jeszcze czyjś. Sam wychodził zwycięsko z większości potyczek, ale te pojedyncze przegrane były wystarczająco bolesne. Chociaż przynajmniej w dalszym ciągu nie dał się zmoczyć w kiblu. Może i nie złamałoby go to, ale z pewnością nieźle podeptałoby jego godność, a ją zaskakująco mocno sobie cenił.
Dlatego choć w gruncie rzeczy miał swoją paczkę, to często doczepiał się również do innych. Rozkładał nieco w ten sposób swoją uwagę, a więc i automatycznie uwagę swoich młodocianych prześladowców. Dzięki temu ci, którzy się z nim zadawali byli względnie bezpiecznie. A tyle wystarczyło. Z całą resztą rzeczy potrafił już sobie poradzić sam. Był wyjątkowo niezależny jak na dziecko, ale cóż… dom dziecka przecież wymaga szybkiego dorastania. A niebieskooki był dość pojętnym uczniem, dlatego nie ignorował nauczek dawanych przez życie. Które równie często bywało fajne, jak i parszywe. No, kapkę częściej parszywe.
Chwilowo jednak Nicca nie był świadomy tego, że Shannon aż tak dokładnie rozważa jego poczynania – owszem, czuł się obserwowany, ale raczej zakładał, iż rudowłosy po prostu niespecjalnie entuzjastycznie reaguje na jego towarzystwo… podejrzewał zresztą, że Shane reagował tak na większość osób, a przynajmniej to tłumaczyłoby jego reputację, ale na samym mieszańcu nie robiło to specjalnego wrażenia. W końcu sam swoją własną łatkę kundla nauczył się już w pewnym stopniu wykorzystywać. Może to samo robił starszy chłopak. Co nie zmieniało faktu, że jego wzrok był nieco przerażający. Aż w pewnym momencie ciarki go przeszły i musiał na usta przylepić uśmiech, by ukryć zaniepokojenie.
Nie, żeby zwykły niepokój miał go powstrzymać. Instynkt samozachowawczy trochę u niego kulał.
„Sean nie lubi cukierków?...”
Nicca zamrugał i ponownie skupił się na swoim młodszym rozmówcy, uśmiechając się wyrozumiale. Nie miał nic przeciwko słuchaniu słowotoków. Powtórzył „cukierki są spoko” i kiwnął dodatkowo głową, jakby chcąc dodatkowo potwierdzić potwierdzenie. Cóż, dodatkowo Sean faktycznie nie grzeszył inteligencją, ale niekoniecznie było związane to ze słodkościami, ale kto by się martwił takimi szczegółami.
„Jeśli im podpadnę, będzie mi to bardzo na rękę.”.
Nicca skrzyżował swoje spojrzenie ze wzrokiem Shane’a. Niebo odbijające się w jego oczach zachmurzyło się niczym te irlandzkie przed burzą. Wysunął nieco wyzywająco podbródek do przodu i gwałtownie pokręcił głową.
- Nie. Nie będzie – powiedział zaskakująco stanowczo biorąc pod uwagę okoliczności, jednak jego słowa już po chwili zeszły na bok z powodu nagłego wybuchu Nicolasa; chociaż koniec końców chłopak wcale mu się nie dziwił.
Wolał nie wtrącać się na razie w sprzeczkę pomiędzy braćmi, no to było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie. Nie chciał specjalnie narzucać się rudowłosemu, który chwilowo nie był do niego specjalnie pozytywnie nastawiony, a wbrew pozorom Nicca naprawdę nie był typem przyklejającym się bez powodu. Powiedzmy. Sprzeczka braci robiła się jednak dość prywatna, dlatego odkaszlnął cicho i skierował spojrzenie w inną część sali zwracając uwagę na to, że nie są sami.
Słysząc szurnięcie drgnął i ponownie skierował wzrok na starszego z rodzeństwa. Zdążył jednak tylko odprowadzić go wzrokiem, mając na swojej twarzy wyraz lekkiego zakłopotania. Przeniósł niebieskie ślepia na twarz Nicolasa, a następnie przekrzywił lekko głowę, słuchając go uważnie. Miał wrażenie, że określenie zaszczute zwierzę pasuje do Shane’a idealnie, ale nie bardzo wiedział, jak wytłumaczyć to znaczenie młodemu. W gruncie rzeczy w sierocińcu było dużo takich osób. Nawet Sean miał pewnie swoje powody bycia dupkiem, co nie sprawiało, że mieszańcowi było go żal, nie na tym etapie. Wszystkim było ciężko, ale nie dawało to prawa do gnębienia innych, a przynajmniej do takiego założenia dochodził Nicca.
„Ty też nie masz znajomych?”.
Ciemnowłosy uśmiechnął się niemrawo i pokręcił głową.
- Mam kilkoro – machnął dłonią w stronę konkretnego stolika. – Trochę się już niecierpliwią. Pewnie czekają na dzisiejsze nowiny. Mam dar do opowiadania o swoich kłopotach. Może chcesz, żebym cię im przedstawił? Są naprawdę w porządku, chociaż Alice bywa nieco sztywna na samym początku znajomości. Ma jednak swoje zalety.
Propozycja ewidentnie była szczera. O’Reilly doskonale wiedział jak to jest być samotnym. Sam po prostu był dostatecznie przebojowy i otwarty, by móc znaleźć sobie własne grono pomimo swej lekkiej odmienności. A może nawet właśnie dzięki niej, nawet jeśli nie było to specjalnie proste.
- Co ty na to, Nico?


"Białe KŁY połyskują zimno i czerwienią się przed świtem
I stal śpiewa czysto i jasno swą MELODIĘ o śmierci w bitwie"



"UGRYŹĆ, by przebić skórę, demon stworzony z błyszczących kryształów
Opowiada o wiecznej wojnie i ziemi, która barwi się na CZERWONO..."


avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Shane on Czw Lis 08, 2018 3:59 pm
 Nicolas w porównaniu do swojego starszego brata nie był zamkniętym na otoczenie dzieckiem. Cieszył się z każdego dnia, czerpał garściami i po prostu starał się być gówniarzem. Shane zawsze mu powtarzał, że ma takie zasrane prawo, z którego ma bezczelnie korzystać do momentu, w którym czas przykro nie upomni się o niego. Starszy z Maccoy'ów nie miał tyle szczęścia i nie mógł pozwolić sobie w trwaniu w beztroskim dzieciństwie, dlatego chciał, aby chociaż z ich dwójki ktoś na nim skorzystał.
Nicolas spoglądał na oddalające się plecy brata z pochmurną miną. Wiedział, gdzie ruda czupryna pójdzie się ukryć. Pomimo swojej emocjonalnej dojrzałości nadal pozostawał zagubionym dzieckiem, które bardzo szybko zostało osierocone, a następnie rzucone na głęboką wodę, w wir wychowania młodszego rodzeństwa.
— Jasne!
Odpowiedział od razu. Pokiwał z entuzjazmem głową, doskonale wiedząc, że Nica nie wpakuje go w żadne kłopoty. Chłopak w jego oczach stał się dobrym kolegą pomimo tego, że praktycznie nic o nim nie wiedział. Ufność biła od rudzielca i może dlatego często zjednywał sobie dzieci, czy dorosłych. Ludzie lubili podobnych do niego, gorzej było z tymi co sprawiali problem.
 Kiedy chłopcy zbliżyli się do stolika, Alice dawno mierzyła młodego wzrokiem. Prychnęła pod nosem, trochę ostentacyjnie, jednak młody Maccoy kompletnie zdawał się tego nie zauważać niezadowolenia.
Sam od razu wystartował z ręką, witając się ze wszystkimi po kolei i z uśmiechem przedstawiając się. Inni onieśmieleni jego werwą oraz odwagą, podążyli za jego tropem. Przygarnęli go do stolika i zadawali jakieś głupie pytania. Alice jednak siedziała z boku z nosem zawieszonym na kwintę i nijak podobała się jej obecność Nicolasa.
 Złapała za łokieć Nica i pociągnęła go w swoją stronę, tak aby nikt nie usłyszał ich rozmowy. Wbiła wzrok w jego lazurowe spojrzenie i przez chwilę miała problem, aby utrzymać koncentrację na problemie, który miała.
— Słuchaj, ja rozumiem, że szkoda ci tego dzieciaka i litujesz się nad nim, ale... chyba to nie roztropne, aby zapraszać go do naszego stolika.
Zaczęła delikatnie. Bała się, że zaraz go rozzłości, a przecież tego nie chciała. Potajemnie podkochiwała się w nim, dlatego też nie chciała go do siebie zrażać, jednak jej obawy miały swoje podstawy.
— Wiesz, że jego brat ma niezbyt ciekawą opinię. Z nim są same problemy. Większość chłopaków, nawet tych starszych, nie chce mieć z nim nic do czynienia. Nie uważasz, że coś musi być na rzeczy, skoro nikt z nimi nie chce się kumplować?
Zapytała konspiracyjnym szeptem.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Chyży on Pon Lis 12, 2018 2:20 pm
………Ogółem Nicca był całkiem spostrzegawczym dzieckiem, jednak z pewnością umykało mu, jakie spojrzenia posyłała za nim jego koleżanka. Niezbyt był świadomy tego, że Alice czuje do niego „coś więcej”, tym bardziej, że sam jakoś niekoniecznie miał głowę do tego typu spraw, nie ten wiek, za dużo na głowie i w ogóle. Jak na razie dziewczyny albo trzeba było bronić albo się z nimi kolegować, a najczęściej marudzić na ich dziwne zachowania, ale cóż. Gdzieś tam głęboko w nim zakodowany był dżentelmen, więc wobec dziewczyn był po prostu uprzejmy. Nic więcej, chociaż co poradzić, generalnie zachowywał się przyjacielsko i dość otwarcie, więc w sumie niby można było czasem opacznie zrozumieć jego zachowania. Miał jednak dziewięć lat, dlatego pewne kwestie w ogóle nie absorbowały jeszcze jego głowy.
O’Reilly uśmiechnął się subtelnie, widząc, że Nicolas bez problemu odnajduje się w jego niewielkim, lecz dość zgranym kręgu stałych znajomych, z którymi jednak nie trzymał się zawsze ze względu na notoryczne problemy z grupą starszaków-chuliganów. Wolał, by przypadkiem nie oberwali rykoszetem, dlatego doczepiał się do innych, bądź też krążył sam, przy okazji mogąc sobie wtedy ponucić cicho pod nosem. Najwyraźniej jednak niedostatecznie cicho, bo pan od chórku go wyłapał, ale jak na razie Nicca nie zamierzał dołączać do grona śpiewających. Niemniej to inna historia.
Irlandzkie niebo odbijające się w jego oczach (jak już kontynuujemy ten romantyzm) skoncentrowało się teraz na Alice, która najwyraźniej była czymś, hm, zmartwiona? Z pewną dozą zakłopotania Nicca zmarszczył brwi, a następnie pochylił się bliżej niej, chcąc się dowiedzieć, co takiego chciała m powiedzieć, a czego mieli nie usłyszeć inni. Zaraz to westchnął cicho,  rozumiejąc nieco dziewczynę, ale nie do końca zgadzając się z nią.
- Alice, ja się nad nikim nie lituję. Poznałem dzisiaj Nicolasa w południe, gdy Sean i jego grupka próbowali się nad nim znęcać, a sama wiesz, wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Poza tym Nico jest naprawdę sympatyczny – uśmiechnął się pocieszająco, klepiąc łagodnie dziewczynę po ramieniu.
Przekrzywił głowę, słuchając kolejnej wypowiedzi koleżanki i zaraz to potrząsnął przecząco głową.
- Nie martw się aż tyle. Owszem, jego starszy brat jest nieco nerwowy, ale przypominam, że w odróżnieniu od co niektórych starszych nie próbował mnie utopić w łazience – mruknął, czochrając znajomą po głowie. – Poza tym Shann… Shane pomógł mi dzisiaj, gdy Sean przerzucił swoją niechęć na mnie. Powiedzmy.
Nieco tutaj naginał prawdę, ale poniekąd można było powiedzieć, że faktycznie starszy rudowłosy uratował mu dzisiaj tyłek, to mnie istotne, że on wcześniej pomógł jego bratu… oraz, że z tym właśnie bratem razem uciekał. Zresztą podejrzewał, iż tą właśnie historię będzie zaraz opowiadał Nicholas.
- Poza tym, wiesz, Alice, ze mną na początku też niespecjalnie chciano się przyjaźnić, a jakoś teraz dogaduję się z wieloma osobami – powiedział, szczerząc zęby w przyjaznym uśmiechu. – Może po prostu, bo ja wiem, są nieśmiali i przez to wydają się zdystansowani? Trzeba innym dawać szansę. Będzie dobrze.
Klepnął teraz dziewczynę w plecy i odwrócił się ponownie w stronę grupy, nieświadom tego, że mógł ją wprowadzić w zakłopotanie. Jego uwaga ponownie była skupiona na rozmowach, przy niektórych anegdotach śmiał się otwarcie. Wiedział jednak, że zaraz skończy się kolacja, rozpocznie proces mycia i kładzenia się spać, a wtedy… cóż, prawdopodobnie Sean mu dzisiaj nie odpuści.


"Białe KŁY połyskują zimno i czerwienią się przed świtem
I stal śpiewa czysto i jasno swą MELODIĘ o śmierci w bitwie"



"UGRYŹĆ, by przebić skórę, demon stworzony z błyszczących kryształów
Opowiada o wiecznej wojnie i ziemi, która barwi się na CZERWONO..."


avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Shane on Wto Lis 13, 2018 3:22 pm
 Nicca naprawdę był głupio bystry w swoim uroku. Alice nie afiszowała się ze swoim zauroczeniem, jak to na dziewięciolatkę przystało, ale również nie kryła zainteresowania nim. Chłopcy zawsze jej dokuczali, śpiewając jakieś idiotyczne rymowanki, a ona rzucała w nich kamieniami, aby przypadkiem Nicca nie usłyszał tych głupot. Początkowe przekomarzania zyskały na sile, a jej wzrok miękł widząc umorusaną buźkę Nicca.
W jej oczach: rycerz w obdartych spodniach i mokrą głową od wody z kibla.
— Wiem, że jest sympatyczny! Ale...al-le. Jego brat. No wiesz, to z nim jest problem.
Mruknęła trochę nadąsana, że tak ochoczo walczył o nowych w grupie. Ciekawa była czy o nią równie mocno biłby się z innymi.
— Hmpff. Widzę, że kompletnie ześwirowałeś. Tylko nie płacz potem, jak dadzą ci w nos!
Burknęła. Przeczuwała, że chłopak dawno podjął decyzję i przybłędy będą siadać przy ich stole, i dzielić ich radości oraz smutki. A smutków było pełno — brak chleba z cukrem, herbata zamiast kompotu do obiadu czy nawet galaretka owocowa zamiast budyniu z syropem malinowym. Alice nie lubiła dzielić takich smutków na tak dużą rzeszę pysków przy stole.
 Zamlaskała. Wytarła umorusane dłonie z drożdżówki w spódnicę i popiła herbatą cisnące się słowa.
— M-może. Może masz rację.
Wydusiła, gdyż bitwę wygrał Nicca. Skapitulowała po całości, wywieszając białą flagę w obawie przed jego złością. Lubiła go, może nawet za bardzo. Trzymała się kurczowo niego, wiedząc, że z nim jej nic nie grozi. Czuła wówczas spokój, czuła, że gdzieś przynależy.
Sama również pamiętała czasy kiedy wszystkie inne dziewczynki wytykały ją palcami, gdy pojawiła się w domu dziecka. Jedna nawet obcięła jej długie blond włosy na śnie, dlatego też po dziś dzień nosiła przycięte do dziurek od kolczyków; dostała je od mamy, kiedy opieka zabierała ją z meliny, a matka z dwoma promilami alkoholu we krwi bełkotała coś o miłości i o walce o nią. Najwidoczniej po dziś dzień była to walka z wiatrakami, gdyż mijał kolejny rok i matki nie widziała ani razu.
 Nicolas zwrócił w końcu uwagę na szepczącą dwójkę. Odchrząknął i pociągnął Nicca za rękaw.
— Niccaa.
Wbił w niego oczekujące spojrzenie.
— Pójdziesz sprawdzić co z Shannonem?
Zapytał. Nie chciał podpaść jeszcze bardziej bratu. Pewnie i tak nawet nie odezwałby się do niego słowem, wkurzony że paplał na lewo o i prawo ich prywaty.






Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Mama, they try and break me [Chyży x Shane]

Pisanie by Chyży on Wto Lis 13, 2018 8:23 pm
………..Trzeba było przyznać, że w sierocińcu niejednokrotnie trzeba było walczyć o swoje miejsce; historie tragiczne mieszały się ze smutnymi, rodzaje przeżyć były bardzo różnorakie, każdy pragnął zrozumienia i poniekąd tego ciepłego uczucia, którego jakiś czas temu zabrakło. Tworzyły się grupy, można było wychwycić naturalnych liderów, outsiderów, czy kozły ofiarne, a także całą gamę innych jednostek. Nicca raczej należał do osób bardzo otwartych, mało rzeczy mu przeszkadzało, poza tym potrafił być czasem naprawdę rozbrajająco uroczy, jak na dziewięciolatka przystało.
Dlatego jego szczery uśmiech skierowany do Alice sięgnął oczu, gdy O’Reilly po raz kolejny powtarzał, że „wszystko będzie dobrze”. Bo przecież musiało być c’nie? Przecież w bajkach zawsze zakończenie było szczęśliwe niezależnie od wszelkich przeciwności, to dlaczego u nich miałoby być inaczej? Proste.
Niebieskie ślepia przyszłego tropiciela skoncentrowały się na młodszym chłopaku, gdy słuchał, co ten miał do powiedzenia. Wydął w zadumie wargi, zastanawiając się, co powinien zrobić, a następnie pokiwał entuzjastycznie głową.
- Pewka, nie ma problemu, młody – odparł dumnie, bo o tak, w końcu mógł tak do kogoś powiedzieć, od razu czuł się taki… doroślejszy, zdecydowanie, starszaki często się tak do niego zwracali. – Gdzie go teraz znajdę, Nico?
Odgarnął kosmyk ciemnych włosów za ucho, energicznie wstając z miejsca. Poczochrał jeszcze raz koleżankę po włosach, jakby chciał powiedzieć „przecież wiesz, że mam rację, w końcu jestem chłopakiem i wiem, co mówię”. Gdy uzyskał od młodszego kolegi potrzebną informację żwawo skierował się w stronę wyjścia ze stołówki, posyłając podejrzliwie zerkającej na niego Pani Straszydło niewinny uśmiech. Gdy tylko znalazł się na korytarzu w podskokach ruszył dalej, kierując się w stronę podwórka. Miał pecha, bo akurat przy drzwiach stał Sean i jego grupka, ale odpukać – zobaczył ich w samą porę. Wycofał się spokojnie, zanim go zauważyli, otworzył znajdujące się na parterze okno i po prostu przez nie przelazł, lądując z ciężkim stęknięciem na ziemi, bo taka odległość i tak na razie była dla niego dość… wysoka. Następnie puścił się sprintem w stronę domku na drzewie.
Z rozpędu wskoczył na drabinkę, jego czoło zatrzymało się gdzieś kilka milimetrów przed korą drzewa, ale nie przejął się tym specjalnie.
- Shaaaannnooon – zawołał, zupełnie nie przejmując się tym, że chłopak był kimś praktycznie obcym. – Nico się o ciebie martwi. I pora kolacji dobiega końca.
Wspiął się wyżej, ciekawy, czy starszak nie zablokował przypadkiem wejścia, chociaż liczył, że aż takim ponurakiem rudowłosy nie był.


"Białe KŁY połyskują zimno i czerwienią się przed świtem
I stal śpiewa czysto i jasno swą MELODIĘ o śmierci w bitwie"



"UGRYŹĆ, by przebić skórę, demon stworzony z błyszczących kryształów
Opowiada o wiecznej wojnie i ziemi, która barwi się na CZERWONO..."


avatar





Chyży
Opętany
GODNOŚĆ :
Kobayashi Hayate (fałszywa) | Nicca O’ Reilly


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Powrót do góry

- Similar topics