Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down


Jeśli do tej pory Rosjanin zachowywał pozory opanowania, trzymając własne nerwy na wodzy — teraz uleciały z niego, niczym powietrze z przytrzymywanego, napełnionego powietrzem balona. Przekrzywił głowę z jawnym niedowierzaniem malującym się na jego twarzy, co zostało podkreślone przez uniesione lekko ku górze brwi. Milczał, wpatrując się nienawistnie w absurdalną grę planszową, czując szybujące coraz to wyżej ciśnienie. Czas zdawać, by się mogło, że zwolnił przez narastający szum w uszach. Były wojskowy zacisnął ze zniecierpliwieniem szczęki, nim opadł powoli na krzesło, do którego zajęcia zachęcał go wcześniej Wieczny, wciągając w tym samym czasie głośno powietrze do płuc, domagających się w chwili obecnej kontaktu z nałogiem z racji wysuniętej do granicy akceptowalnej jego nerwów, a tych zdecydowanie nie należało w przypadku Morozova testować.
Omiótł pogardliwym spojrzeniem po pionkach na planszy naprzeciwko nich i zatrzymał go na dłużej na dziwacznej kobiecie, które nie wywarły na nim innego wrażenia, niż poczucia marnotrawstwa czasu. Był, do kurwy nędzy, lekarzem, a nie jakimś graczem, czy hobbystą od siedmiu boleści. Nie strzelał sobie partyjki szachów dla rozluźnienia i rozładowania napięcia seksualnego w przerwie między prowadzonymi badaniami, czy dotychczasowym przyjmowaniem pacjentów specjalnej, wojskowej troski. Następnie wwiercił ten sam wzrok intensywnie niebieskich tęczówek w kobietę, która najwyraźniej musiała się mocno uderzyć w głowę, i zdecydowanie zaliczała się do tych, których w dzieciństwie podrzucono trzy razy, a złapano ledwie dwa. Wpasowywała się wręcz idealnie w dość nonsensowny sposób w ten znajdujący się poza namiotem kolorowy, przytłaczający harmider.
Domyślam się, że chcesz grać dwóch na jedną, niech będzie, spełnię te masochistyczne zapędy — rzucił szyderczo, nie racząc powtórzyć swoich słów nawet po japońsku, by kobieta była w stanie go zrozumieć, aby chwilę potem, jak gdyby nigdy nic, przesunąć kolejnego, nadal poczciwego, zwykłego obywatela, tak, żeby ten znalazł się tuż obok tego, którym ruszył biomech. Zapewne ta przetłumaczona odpowiedź zostałaby okraszona ulubioną wstawką z rodzimego języka, a która niewątpliwie nie zaliczałaby się do najmilszych określeń jakimi Rosjanin obrzucał innych.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Kek
Yury i Chashka | Poziom Średni | Cel: Zmiana srebrnych obrączek w artefakty (Chashka - kontrola wody Yury - kontrola piasku)
"Gdzie się podziały te szklane domy... szczere uśmiechy i wesołe twarze?"

Żadne z nich nie było wyjątkowo czy szczególnie zadowolone z perspektywy bezczynnego, ich zdaniem, siedzenia na tyłkach i przesuwania po czarno-białej, marmurowej planszy pięknie wyrzeźbionych, przedstawiających sobą jednostki tak z piekła, jak i nieba pionków - ani jedno, ani drugie nie było fanem tego typu zabaw, uważając je za bezsensowną stratę jakże wartościowego, umykającego między palcami czasu. Pierwszym, który zareagował na niespodziewane, nagłe pojawienie się tego szachowego, cudownie wykreowanego zestawu oraz niespieszny, okraszony krótką wypowiedzią ruch wykonany przez tajemniczą kobietę był Biomech, chwytając jedną z figur i dokonując pobieżnych jej oględzin. Nie trwały one długo, gdyż zaraz odstawił pochwycony, upiorny element z powrotem na jego prawowite, początkowe pole, chwilę później - i bez zapoznania się ze spisanymi w cienkiej, użyczonej im łaskawie książeczce zasadami dotyczącymi tejże antycznej, niezwykle wiekowej gry - przesuwając zwykłego, stojącego przed prawym gońcem pionka o krateczkę w przód. Czynność ta zwieńczona została niezmąconym, twardym spojrzeniem wbitym w ślepia siedzącej naprzeciwko niego niewiasty sparowanym z pogardliwym uśmiechem. Gospodyni przyodziana w kilka ciężkich, acz wydających się nie sprawiać jej najmniejszego problemu przy poruszaniu się warstw materiału zareagowała na to delikatnym wykrzywieniem usteczek oraz niezachwianym, jawiącym się w mętnych, zielonych oczach spokojem. Niezadowolony z całej tej przedziwnej sytuacji i niezbyt przychylnie nastawiony wobec kobiety lekarz towarzyszący Yury'emu nie pozostał daleko w tyle, po szyderczo wypowiedzianych słowach dołączając się do rozgrywki i także wystawiając jedną z najsłabszych - i zarazem najsilniejszych, jeżeli odpowiednio i szerzej na to spojrzeć - figur do przodu - tak, aby stanęła ona tuż obok tej wybranej oraz przestawionej przez towarzysza jego.

Śmiech.

Z początku cichy i rozbrzmiewający w przestrzeni tej nieskończonej - a przynajmniej takie miało się wrażenie z powodu rozciągającego się nad, wokół i pod nimi wszechświata wypełnionego milionem migoczących, malutkich i ślicznie mrugających gwiazd - niby kilkanaście łagodnych, przestarzałych dzwoneczków, lecz zaledwie moment złamany później rozrastając się do grzmiącej, hucznej orkiestry. Śmiech szaleńczy i niekontrolowany, i roznoszący się echem na wszystkie strony otoczył dwójkę naszych zacnych bohaterów, dochodząc jakby z każdego kierunku i żadnego jednocześnie - to nie znajdująca się po drugiej stronie stołu kobieta była jego źródłem, jako że ta dalej siedziała stoicko, z niezmiennie cierpliwym i zakrapianym nutą wyzwania wyrazem twarzy na swoim prostym, drewnianym krześle.
- Cieszę się, że oboje przypieczętowaliście swój udział - odezwała się wtem, a głos jej ochrypły i opanowany zdawał się dobiegać do nich bez żadnych, jakichkolwiek przeszkód, przebijając się przez nowy, obłąkany dźwięk tła niczym strzała idealnie, perfekcyjnie wymierzona w cel. W nich. I wtem - po mrugnięciu jednym, szybkim - otoczenie zmieniło się po raz kolejny, przekształciło ponownie i poddało się metamorfozie... ale czy na pewno? Bo to oni znajdowali się teraz na szachownicy, stojąc w miejscu diabelskiej pary królewskiej i wzrostem dorównując pionkom, za które nie tak dawno temu złapali i które wysłali kratkę do przodu, w kierunku wroga. Prócz nich, po stronie ich nie było żadnej figury, podczas gdy naprzeciwko, na drugim końcu marmurowej szachownicy, stała dumnie armia niebiańskich, przyodzianych w ciężkie zbroje i wyposażonych w śmiercionośne bronie istot. - Zabić - rozkazała oponentka ich, która siedziała aktualnie na wysokim, ustawionym za jej białą armią tronie i spoglądała z góry mętnymi ślepiami na jednostki już niedługo mające związać się w pasjonującej, krwawej bitwie. Pionki z pierwszej linii - te zwykłe, teraz humanoidalne i dzierżące półtora-ręczne, rycerskie miecze - ruszyły naprzód w równym tempie, a kroki ich dudniące i głośne przyćmiły w dalszym ciągu rozbrzmiewający, acz cichszy śmiech, a także wbiły się brutalnie w otaczający ich wszystkich, przyozdobiony białymi i pomarańczowymi, i żółtymi punkcikami wszechświat.

(Dodatkowe) Informacje:
  • Warunki: ciepło (około 20 stopni Celsjusza), zero wiatru.
  • Zajęliście miejsce diabelskiej pary królewskiej, jesteście sami po swojej stronie. Maszerują na Was pionki (tylko te z pierwszej linii) niebiańskie, teraz wyglądające jak rycerze przyodziani w biało-złote zbroje. Za armią anielską jest tron wysoki, pięciokrotnie wyższy od pionków i siedzi na nim znajoma już Wam 'cyganka' - ona też się 'skurczyła', można rzec. Wokół Was nie ma już pokoju, tylko sam otwarty wszechświat z dużym słońcem pod szachownicą.


Ostatnio zmieniony przez Karyuudo dnia 8/9/2018, 21:46, w całości zmieniany 1 raz





MGowy temat - Jeśli prowadzę Ci misję, warto się z nim zaznajomić.

Pst, don't look inside!
Spoiler:
avatar





Karyuudo
Dezerter
GODNOŚĆ :
Karyuudo


Powrót do góry Go down


Jeśli kobieta sądziła, że twarz biomecha wykrzywi się w najprawdziwszym zdumieniu i zaleje go pot od cebulek włosów po małe palce u stóp, była w błędzie. Obnażył zęby w drapieżnym uśmiechu, a w poszarzałym oku pojawił się niebezpieczny błysk, jakby właśnie znalazł się w swoim destrukcyjnym, palącym skórę żywiole. Przez ten zabieg mogło się wydawać, że jego ludzkie rysy twarzy przepadły, podmienione przez żądzę krwi.
W końcu przestałaś pierdolić się w tańcu, brawo — pochwalił ją ze słyszaną zadziornością w głosie, jakby czekał na ten moment aż od chwili przekroczenia progu namiotu. Zasady obecnej gry zdecydowanie bardziej przypadły mu do gustu niż wersja poprzednia, z małymi, nic nieznaczącymi pionkami ułożonymi wzdłuż czarno-białej szachownicy, którą miał nieodpartą ochotę wywalić na podłogę jednym niedbałym ruchem nadgarstka. Teraz na szali znajdowało się ich życie, a cyganka w końcu wyszła ze swojej skorupy hazardzistki i zdjęła utkaną z pozorów maskę.  
Nareszcie czaję zasady tej gry. —Wyszczerzył się jak szaleniec, po czym odczepił od paska spodni nóż motylkowy i rzucił go bez ostrzeżenia w stronę Tsara. — Nie ruszaj się z miejsca — rozkazał mu, tym razem tonem, którego mogła zrozumieć trzy osoby, w tym Morozov. Osoby, które nie raz toczyły z nim walkę z dyszącymi im w kark nieobliczalnymi Wymordowanymi. Czekaj na odpowiedni moment/ — Rolą króla jest dopilnowanie, by królowej nie spadł włos z głowy, czyż nie? — zwrócił się do kobiety, sięgając po pistolet. Wycelował jego lufę prosto w odsłonięty skrawek skór  pionka, który wyprzedził swoich towarzyszy i mknął prosto w jego stronę z zawrotną szybkością małego odrzutowca, jak rasowy sprinter.
Nacisnął za spust. Odgłos wystrzału zawiesił się w eterze.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Dziwna kobieta z wnętrza namiotu wreszcie przestała się wydurniać i poszła po rozum do głowy, z kolei wcześniejsze wkurwienie wymalowane na twarzy Ilyi Antonowicza Morozova, ulotniło się jak nietrwała w swej naturze mgła, ustępując miejsca podekscytowaniu zwieńczonemu uniesionymi kącikami ust ku górze w zadziornym uśmieszku. Odczuł znajomy dreszczyk, który pamiętał jeszcze z czasów swojej wojskowej kariery, która została niechcący i zaskakująco nagle zakończona, co jednak w praktyce nie zmieniało jego dotychczasowych, wyrobionych na przestrzeni długich lat i na obecnym etapie stanowiły nierozerwalny sposób reagowania na niebezpieczeństwa i nie tylko.
Poprzednim i zarazem ostatnim razem, kiedy zmuszeni byli ze sobą współpracować, jak za dawnych, pamiętnych czasów, odkładając na bok osobiste niesnaski i urazy, znajdowali się jeszcze za dwoma barykadami. Kręgosłup moralny lekarza wojskowego zawsze odbiegał znacząco od jego kolegów z pracy i nie był powiązany z ideologicznym, ślepym, wręcz poddańczym oddaniem idei, okazywał się zaskakująco plastyczny, a jasnowłosy bywał wówczas bezwzględny. W intensywnie niebieskich tęczówkach nie można było dostrzec nic prócz esencji syberyjskich mrozów.
Morozov bez najmniejszego problemu złapał nóż motylkowy, wykazując się lepszą koordynacją ruchową niż jego towarzysz, by następnie otworzyć go horyzontalnie niemal automatycznie, zawieszając chwilowo wzrok na ostrzu. Jego uśmiech stał się jeszcze bardziej widoczny, wiedział gdzie najchętniej, by je wbił. Zdecydowanie najlepiej sprawdzał się w zabawie z ostrymi przedmiotami, nie tylko w sterylnej sali operacyjnej dawnej siedziby wojska czy warunkach polowych, gdzie reakcja musiała być szybka, nie do końca delikatna.
Nie ruszaj się z miejsca — władczy ton, spotkał się z odruchowym, pogardliwym prychnięciem ze strony Rosjanina, choć ten, o dziwo, nie zrobił nic, aby podnieść rzekomą niesubordynacją ciśnienia biomechowi. Mógłby rozproszyć właściciela blaszanego tyłka, a granie mu na nerwach i wygrywanie swojej ulubionej melodii zatytułowanej „chyba cię pojebało, tania shlyukho” — postanowił zachować na później. Cóż, tymczasowo grali w jednej drużynie i przyświecał im jeden, dobrze sprecyzowany cel, który wsparty był na fundamencie określanym mianem walki o przetrwanie.
Tylko nie rób z siebie króla, oszczędź mi tych bzdur — burknął pod nosem Rosjanin, nie do końca wyraźnie, a słowa, które wypowiedział mogły zniknąć w narastających odgłosów zbliżającej się akcji. Pokręcił przy okazji głową, jakby chciał pozbyć się tego głupiego nazewnictwa, które wskazywałoby na to, że został królową.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Kek
Yury i Chashka | Poziom Średni | Cel: Zmiana srebrnych obrączek w artefakty (Chashka - kontrola wody Yury - kontrola piasku)
"Gdzie się podziały te szklane domy... szczere uśmiechy i wesołe twarze?"

Obrót sytuacji - kompletna jej zmiana oraz gwałtowna metamorfoza - rozgrywającej się wewnątrz otwartego na ciemny oraz jasny zarazem wszechświat namiotu niejednego człowieka, Wymordowanego czy inną jednostkę przeraziłby okropnie, zdziwiłby niesamowicie i wprowadził w stan głębokiego zaniepokojenia wynikającego chociażby z przeważającej liczby uzbrojonych, opancerzonych wrogów będących pod komendą siedzącej na wysokim tronie kobiety. Nie naszą zacną, bojową dwójkę, jednakże, jako że obaj mężczyźni wydawali się niezwykle ukontentowani takim zwrotem akcji, czerpiąc z niego ogromną dawkę szaleńczej radości i odżywioną, nawodnioną nadciągającą dudniącym marszem walką chęcią do działania. Niechęć do zadawania się z nieznajomą, niezadowolenie wywoływane prowadzoną przez nią farsą, obrzydzenie jej spokojnym i obszytym mistycyzmem zachowaniem, zniecierpliwienie wobec prezentowanym, obcym im gierek - wszystko to rozpłynęło się w momencie, kiedy niewiasta o mętnych oczach wypowiedziała tę jakże prostą, krótką komendę swym wiernym pionkom; porzucone zostało na rzecz bliźniaczych, szerokich i nacechowanych drapieżnością oraz zadziornością uśmiechów; odrzucili w odległy, ciemny i osnuty zapomnieniem kąt, w miejsce tego umieszczając to palące, podżegające ducha i popychające do czynu łaknienie starcia się z biało-złotymi, kroczącymi ku nim figurami. W tej chwili - cennej, przewróconej na drugą stronę niby smakowity naleśnik, obiecującej szarpiącą i krwawą rozrywkę - oboje odżyli i poczuli, chyba po raz pierwszy, zaangażowanie do całej tej przedziwnej, magicznej okoliczności.

Jak niewiele potrzeba, aby uszczęśliwić człowieka.

Nakazawszy kompanowi swemu trwać w miejscu i obdarowawszy go nożem motylkowym - który pochwycony i przygotowany został do ewentualnej, potencjalnej akcji z niesamowitą, piękną zręcznością oraz wprawą - Yury ruszył do boju z pistoletem przy boku - a raczej w dłoniach. Nosiciel, zadziwiająco, posłuchał się rzuconego w jego stronę rozkazu, zamierzając najwidoczniej współpracować ze swym towarzyszem i nie wchodzić mu niepotrzebnie w drogę. Spoglądając na fakt, iż różne sytuacje rodzą w ludziach odmienne reakcje i wymagają konkretnych podejmowanych kroków oraz nieszczęsnych poświęceń, to zachowanie Chashki nie było wcale takie dziwne czy zaskakujące. Mieli, wszakże, wspólny cel, toteż nic nie stało im na drodze do współpracy - jedynie ich zatwardziałe, gryzące się ze sobą charaktery, które udało im się, na calutkie szczęście, tutaj opanować i uwiązać na luźnej, kruchej smyczy. Pierwszy strzał z broni palnej dzierżonej przez Biomecha rozgrzmiał niedługo później w powietrzu, a kula wypuszczona z lufy trafiła jednego z pionków w lewy, słabo - w porównaniu do reszty ciała - osłonięty zbroją obojczyk. Nie polała się, jednakże, krew i nie rozdarły boleśnie skóra oraz mięśnie - ugodzony pociskiem punkt ciała szachowego żołnierza pękł niby rąbnięty dłutem kamień wapienny, rozsypując się w biało-złoty pył i nierówne, chropowate odłamki. Mimo odniesionej rany postać ta szła dalej do przodu wraz ze swymi kamratami, a równa ich dotąd linia poczęła się zaokrąglać, aż niedługo później osiem pionków tworzyło zgrabne, mające zamknąć naszych bohaterów bez możliwości ucieczki półkole. Mieli zaledwie parę sekund na wyślizgnięcie się przez kurczące się stopniowo dziury pomiędzy krańcem szachownicy a nadciągającymi figurami - jeżeli im się to nie uda bądź postanowią tego najzwyczajniej w świecie nie robić, to za plecami będą mieli wszechświat przepastny i chłodny, z przodu czterech wrogów, a po lewej i prawej stronie po dwóch.

(Dodatkowe) Informacje:
  • Warunki: ciepło (około 20 stopni Celsjusza), zero wiatru.
  • W połowie drogi do Was pionki z prostej linii poczęły tworzyć półkole, wewnątrz którego zamierzają Was zamknąć na granicy szachownicy, gdzie obecnie stoicie. Macie jeszcze chwilę, nim to nastąpi i po bokach macie luki, przez które możecie się z tej nadchodzącej pułapki wymknąć.
  • Postrzelony pionek ma poszarpaną, sypiącą się dziurę w obojczyku, lecz nie wydaje się tym jakoś specjalnie przejęty.
  • Figur jest, naturalnie, osiem.
  • Przypominam, że wszyscy żołnierze szli marszem i żaden nie wystąpił - zwłaszcza biegiem - przed szereg.


Ostatnio zmieniony przez Karyuudo dnia 8/9/2018, 21:46, w całości zmieniany 1 raz





MGowy temat - Jeśli prowadzę Ci misję, warto się z nim zaznajomić.

Pst, don't look inside!
Spoiler:
avatar





Karyuudo
Dezerter
GODNOŚĆ :
Karyuudo


Powrót do góry Go down


Twarz Yury'ego, oprócz mocno zaciśniętej szczeki, nie zdradzała w tym momencie zbyt wielu emocji, gdyż jej ekspresja z reguły ograniczała się zazwyczaj albo do zademonstrowania złości, albo niezbyt komfortowej przez obecne warunki szaleńczej radości. Zrezygnował i z jednego, i drugiego na koszt skupienia, gdyż nie miał zamiaru oberwać od bezemocjonalnego kawałka drewna, którym bez wątpienia były te pozbawione termoregulacji pionki. Kiedy te zbliżyły się do nich znaczenie, adrenalina, potupująca krew w żyłach sprawiła, że temperatura ciała biomecha podniosła się o parę kresek w górę, jednakże metalowe części ją równoważyły i działały jak kompres na ten nagły wzrost ciepła. Zaciskając protezą na rączce od pistoletu, pogrzebał z kieszeni kurtki i wyciągnął z jej głęboki odmętów swoją małą radość w charakterze Zapalniczki Piromana, która w obecnym rozstawieniu pełnił rolę asa w rękawie, chociaż jej właściciel nie miał zbyt dłużej pewności, czy była wystarczającą kartą przetargową, by nieco rozluźnić atmosferę na szachownicy. Zerknął na Morozova, znacząco, może porozumiewawczo, jakby chciał w ten sposób wysłać tej rosyjskiej kreaturze zaszyfrowaną wiadomość, ale w porę się rozmyślił, kierując tor swojego ograniczonego pola widzenia na pionki. Mimowolnie zadrżał mu kącik ust, ale ostatecznie powstrzymał się przed ukształtowaniem na nich uśmiechu. W myśli zasady „skoro to drewno, to powinno wystraszyć się na widok ognia”, otworzył wieko i przejechał kciukiem po wyłączniku. Odpaliła od razu.
Odsuń się — rozkazał pionkowi, który stał na przeciwko niego, a w ramach argumentu przycisną zapalniczkę do jego ramienia. W razie ataku, mógł bronić się jeszcze nogami, tym jedną mechaniczną oraz dłonią, w której nadal trzymał broń. Palec znajdował się w bliskiej odległości od spusty, a lufa tym razem była wycelowana w bliżej nieokreślonym kierunku. W przestrzeń.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


W tym miejscu był tylko jeden wrogi, żywy cel, co nie powinno wzbudzać żadnych, choćby najmniejszych wątpliwości — okazywała się nim cyganka, znajdująca się z boku całego zdarzenia i obserwująca wszystko z bezpiecznej oddali jak najzwyklejszy tchórz. Ilya Antonowicz Morozov nie miał najmniejszego problemu z szybką analizą ich szans, niemal tak sprawnie, jak za starych, dobrych czasów, kiedy obydwaj znajdowali się w wojskowych szeregach — nie należały do największych. Drewniane figury pozornie nie posiadały słabych punktów w postaci: nerwów, układów, organów, na które jako lekarz wojskowy zwracał uwagę w pierwszej kolejności; stanowiły podstawę jego odniesienia. Nie zawsze przecież bronił ludzkiego życia, czasem ciążyła na nim odpowiedzialność, by takowe odbierać, lecz za to drugie odpowiadała w głównej mierze żołnierska fucha. Wciąż trzymany nóż motylkowy niezmiennie trzymany w mocnym uścisku przez Rosjanina, przygotowany został do ewentualnej obrony, choć starcie drewna z ostrzem nie miało większych szans — nie powinien zatem dziwić fakt, że sięgnął po pistolet nabity w rosyjską ruletkę, co w tym momencie zdawało się jeszcze większą kpiną. Na jego twarzy wymalował się półuśmiech, który bardziej można, by podciągnąć pod grymas. Mimo że ich spojrzenia się spotkały, wciąż pozostał na miejscu, w którym biomech dużo wcześniej nakazał mu pozostać.
Jeśli drewniaki nie zrozumieją tego przekazu, zawsze możesz ściągnąć koszulkę i podpalić ją, aby pojęły że za niedługo zrobi się tutaj gorąco — rzucił ironicznie Ilya, zatrzymując na moment wzrok w zapalniczce, którą jego towarzysz wydobył z wnętrza kieszeni. W jego głosie nie było wyjątkowo złośliwości; jego również dopadała sytuacyjna ekscytacja, zaś adrenalina buzowała jak należy. Lekarz wojskowy doskonale wiedział czym skutkować będzie podpalenie tej drewnianej bandy, a zwracanie czarnej flegmy w przypadku zatrucia dymem nie do końca było mu na rękę. Kąciki ust Rosjanina uniosły się w dobrze znanym biomechowi uśmieszku; zdecydowanie obydwaj lubili aż nadto stąpanie po kruchym lodzie i dźganie każdego ryzyka prosto w dupę. Każda kolejna sekunda oczekiwania zdawała się przeistaczać w długą, ciągnącą się minutę, w razie gdyby to rozwiązanie nie wypaliło, pozostawało jeszcze jedno, ale to zdecydowanie mniej podobało się Rosjaninowi.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Kek
Yury i Chashka | Poziom Średni | Cel: Zmiana srebrnych obrączek w artefakty (Chashka - kontrola wody Yury - kontrola piasku)
"Gdzie się podziały te szklane domy... szczere uśmiechy i wesołe twarze?"

Trzymający się z tyłu, bliżej krańca przepastnej i przeistoczonej w pole prawdziwej bitwy szachownicy, Medyk słusznie uważał oraz sądził, iż jedynym żywym, organicznym przeciwnikiem była tutaj Cyganka siedząca sobie wygodnie na swoim wysokim, umieszczonym za białą armią tronie i wydająca z pozycji swej bezpiecznej rozkazy żołnierzom będącym pod jej kompletną, całkowitą władzą. Same pionki przywodziły z początku na myśl armię istot niebiańskich, przyodzianych w szaty i biało-złote zbroje, jak również wyposażonych w miecze spore oraz niewątpliwie śmiertelne przy bliższym spotkaniu, jednakże po tym, jak Yury trafił jednego z nich w obojczyk celnym, niebezpiecznym dla zwykłego człowieka strzałem z pistoletu, dwójce bohaterów naszych było dane ujrzeć nowe oblicze zmierzających ku nim figur. Rana zadana przez Biomecha sypała się i kruszyła niby kamień - wapienny, najpewniej - z każdym ruchem wykonanym przez pionka nieszczęsnego, który to nie zwracał większej uwagi na tę powstałą w jego ciele dziurę. Udowadniało to, iż stworzenia - chociaż ciężko było nazywać ich takim właśnie mianem - będące ich wrogami nie były żywe, a stanowił zaledwie kukiełki, marionetki marne, za których sznurki pociągała kobieta o oczach mętnych i niezmąconej, spokojnej twarzy.

Dwójka będąca powoli zamykaną w półokręgu szachowych rycerzy postanowiła nie czmychnąć bokiem czy prześlizgnąć się między zacieśniającymi się pionkami, tylko zdecydowali się - a przynajmniej Yury - wyjść przeciwnikom naprzeciw. Wydobywszy cudowną, niezwykłą zapalniczkę i rozjarzywszy ją stałym, pojawiającym się już po pierwszym kliknięciu płomieniem, Biomech łaknął zagrozić podpaleniem figurze, którą to już zdołał uszkodzić. Chashka, tymczasem, uzbroił się w częściowo nabity pistolet, ażeby nie musieć polegać wyłącznie na motylkowym nożu. Wojownik, do którego odezwał się Yury nie zareagował słownie - wątpliwym w ogóle było to, czy zdolne są do wypowiadania wyrazów czy nawet rozumienia tych skierowanych przez kogoś do nich - i nie odsunął się z drogi Biomecha, miast tego wykonując wysokie, pionowe zamachnięcie - czubek dzierżonego przez niego miecza wskazywał w górę, na gwiazdy migoczące nad ich głowami - broniąc i następujące po tym, spadające z góry na Yury'ego cięcie ostrzem. Trzy pozostałe posągowe postacie skierowały się także ku Biomechowi, lecz nie czyniły jak na razie żadnego widocznego ataku, zaś cztery figury będące po bokach - dwa po lewej i dwa po prawej - pomaszerowały dudniącymi krokami w kierunku Medyka.

(Dodatkowe) Informacje:
  • Warunki: ciepło (około 20 stopni Celsjusza), zero wiatru.


Ostatnio zmieniony przez Karyuudo dnia 8/9/2018, 21:46, w całości zmieniany 1 raz





MGowy temat - Jeśli prowadzę Ci misję, warto się z nim zaznajomić.

Pst, don't look inside!
Spoiler:
avatar





Karyuudo
Dezerter
GODNOŚĆ :
Karyuudo


Powrót do góry Go down


Parsknął na komentarz mężczyzny, który przyssał się do niego jak glonojad do ścianki akwarium.
Byś mógł spłonąć z zazdrości? - dopytał złośliwie, lecz, jeśli z ust Chashki padła odpowiedzi, nie dosłyszał jej, bo wówczas jego cała koncentracja została skierowana na żołnierza kobiety.
Adrenalina w jego żyłach przebudziła się gwałtownie, kiedy do jego uszu doleciał zgrzyt. Niemalże od razu zarejestrował moment ataku i poczuł mocniejsze bicie mechanicznego serca w piersi. Cień wielkiego cienia padł na sylwetkę biomecha. Zacisnął mocniej dłoń na rączce noża, lecz zdawał sobie sprawę, że wynik tej konfrontacji był przesądzony. Jego rozmiar nie mógł konkurować z wielkim orężem, które zostało mu zaprezentowane z każdej strony.
Uderzenie miecza przeciwnika przecięła powietrze, kiedy Yury zrobił unik, a miecz musnął protezę w okolicy łokcia w akompaniamencie brzdęku metalu, jednakże nie skonfrontował się z jej całą powierzchnią, gdyż atak został wyprowadzony w spowolnionym tempie, jakby ciężar miecza lub ramion nie pozwalała jej użytkownikowi na bardziej energiczny ruch. Zapalniczka wymsknęła się spomiędzy jego palców, ale złapał ją zręcznie i schował głęboko w kieszeń, kątem zerkając jak drewniani kompani otaczają ich. Jednak zanim figury zdążyły dopaść go zewsząd stron, wślizgnął się pomiędzy dwa posągi, przemieszczając się po czarno-białych polach szachownicy w kierunku Morozova, który czekał w gotowości, aż wyrzeźbione ni to w drewnie, ni to w wosku figury wykonają swój ruch. Biomech był w tej materii szybszy od ich ciężkich, ołowianych ruchów. Zacisnął mocno lewą dłoń na ramieniu Rosjanina i popchnął go w otchłań mroku.
Mówiłem, że przy mnie stoczysz się na samo dno. — Obnażył pożółkłe zęby w okropnym, wręcz szaleńczym uśmiechu. Nie kłamał, gdyż sam, tracąc lekarza, skoczył jak kamikadze w czarną, bezimienną pustkę, otoczoną nieznaną mu materiom, wyglądającą jak czarna dziura.
Zacisnął palce na materiale, który zasłaniał ramiona Morozova przed negliżem, czując ciepło jego skóry, wyczuwalne nawet przez tą cienką warstwę ubioru.
Przeanalizował ich szanse na wygranie z pionkami, a wedle jego rachunku były zerowe. Ani on, ani Dr nie posiadali w swoim arsenale umiejętności, które byłyby w stanie powalić na ziemię tyle niemalże niezniszczalnych żołnierzy. Może udałoby im się przez przypływ adrenaliny pokonać jednego, może dwóch, a może nawet trzech, lecz w obliczu całej armii byli bezsilni - niczym mrówki podczas konfrontacji z cięższą podeszwą buta.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Ilya Antonowicz Morozov posłał biomechowi takie spojrzenie z uniesionymi brwiami, jakby właściciel drugiej srebrnej obrączki powiedział do niego coś w nieznanym Rosjaninowi języku, co było w gruncie rzeczy mało prawdopodobne. Roześmiał się perliście z niekrytą wręcz pogardą.
Zazdrość na widok ciebie bez koszulki i to paradującego wokół bezmyślnego drewna? Jeśli to spełnienie twoich erotycznych fantazji, to przyznam, że z każdym kolejnym dniem zdecydowanie ci się pogarsza — odparł szorstko były lekarz wojskowy, nawet nie siląc się jakoś szczególnie na udawane zatroskanie w głosie, natomiast jego uśmiech stał się szeroki od ucha do ucha i przepełniony równą wręcz złośliwością. Zważywszy na niesprzyjające ich jakże standardowej wymianie uprzejmości okoliczności i dzielącą ich odległość, podarował sobie stwierdzenie, że to ostatnie chwile na realizacje jego wyobrażeń, póki jeszcze mu staje przy tej chwytającej Yury’ego mocno we własne szpony starości. Nie, żeby wolniejszy manewr figury nie przykuł momentalnie uwagi rosyjskiego lekarza, wymuszając na nim względną powagę i przedwczesną ocenę ewentualnych skutków, które odbiły się w jego umyśle wachlarzem skutków ubocznych zbryzganych krwią. Nawet jeśli wywarło to na nim jakiekolwiek wrażenie, nie dał tego po sobie poznać.
Morozov na polu walki był skrajnym racjonalistą, nie umknęło mu naruszone przez pocisk drewniane wieko skrywające dziwne, sypkie wnętrze figur, lecz nawet to niczego tak naprawdę nie zmieniało. Mieli za mało naboi, przeciwników z kolei było o wiele więcej, może i poruszali się wolniej, lecz dysponowali o wiele większym orężem, jak i przewagą liczebną, co już samo w sobie nie sprzyjało nadmiernemu udawaniu bohaterów, było to zresztą w jego opinii pozbawione sensu. Nie wykonał zatem żadnego ruchu, nie rzucił się w szale i z organizmem wypełnionym adrenaliną do walki, a z jego ust wyrwało się zagłuszone westchnienie. Nic więc dziwnego, że nóż motylkowy, który otrzymał w prezencie od Żura z Desperacji za darmo, i nie, nie zamierzał go zwracać, chyba że wbijając go w część ciała tego bezmózga, odpłacając mu pięknym za nadobne, zamknął go w odwrotny sposób niż ten jakim go otworzył, by wsunąć go do kieszeni spodni — walka na ostrza, to dopiero byłoby śmiechu warte. Ich szanse były niewielkie wobec tej zastraszającej liczby przeciwników, a wyszkolenie wojskowe i lata współpracy ze sobą, czy rozumienie się bez słów, nie wpływały w żaden znaczący sposób na wzrost ich aktualnych szans. Tak bowiem prezentowały się fakty, a wyjścia z tej sytuacji nie dostrzegał, przynajmniej z obecnej perspektywy.
Kiedy Yury zupełnie nieoczekiwanie znalazł się obok niego, Ilya był wówczas zajęty zachowaniem przestrzeni osobistej względem nowych, drewnianych zabawek cyganki, które zawężały swój pochód, a on jeszcze bardziej utwierdzał się z przekonaniu, że musiał znajdować się pod wpływem jakichś środków odurzających. Biomech zrobił jednak coś, co kompletnie nie tylko wybiło z rytmu Rosjanina, ale i również zaskoczyło go, gdy ten jak gdyby nigdy nic złapał go za ramię i pchnął wprost w czarną, nieprzeniknioną otchłań. Morozov zaklął siarczyście pod nosem, wyklinając Wiecznego we wszystkie diabły, w które nie wierzył, lecz odzyskanie utraconej równowagi było już niemożliwe.
Na dno może sprowadzić mnie co najwyżej twoje ciężkie, mechaniczne dupsko, nie przypisuj sobie takich zasług. Ty już jesteś uosobieniem dna muszę cię aż nadto rozczarować, ale nigdy nie osiągnę twojego poziomu, choćbyś nie wiadomo jak bardzo się starał. — syknął lodowatym, pełnym wyższości tonem Rosjanin w stronę osobnika wątpliwej stabilności psychicznej, który miał jeszcze czelność zacisnąć łapę na jego koszulce, przyczepiając się do niego jak rzep do psiego ogona. — Jeśli przeżyjemy ten manewr, to cię zajebię, gwarantuję ci to, parszywa amebo.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Kek
Yury i Chashka | Poziom Średni | Cel: Zmiana srebrnych obrączek w artefakty (Chashka - kontrola wody Yury - kontrola piasku)
"Gdzie się podziały te szklane domy... szczere uśmiechy i wesołe twarze?"

Usadzona na wysokim, górującym ponad marmurową, czarno-białą szachownicą kobieta przyglądała się z ciekawością oraz zaintrygowaniem wymalowanymi na cygańskiej twarzyczce dwójce zmagającej się z wykreowaną przez nią, powołaną do życia - sztucznego i tymczasowego, posiadającego tylko jeden, piękny cel: służyć jej oraz spełniać wszelkie rozkazy rzucone przez nią w ich stronę - armią białych pionków. Figury te majestatyczne i na obraz aniołów stworzone, jak również wyposażone w miecze ciężkie i niezaprzeczalnie śmiertelne przy bliższym spotkaniu mogą wydawać się bardzo trudne do pokonania - zwłaszcza po tym, jak pocisk wystrzelony w jednego z jej wiernych, cudownych wojowników nadrąbał zaledwie obojczyk jego, ledwo wyżarł w nim i wybił obszarpaną i nierówną dziurę, która mało co hamowała jego ruchy i niemalże w ogóle nie kaleczyła podejmowanych przez niego działań. Niewiasta o ślepiach mętnawych, acz niezaprzeczalnie widzących - a może postrzegała świat ten cały kompletnie inaczej? Może wzrok jej pracował w zupełnie inny i niepowtarzalny sposób? Któż to wie? - spoglądała w dół, opierając luźno, beztrosko niemalże policzek swój o piąstkę podpartej o podłokietnik ręki. Gdyby nie nazbyt barwne, plebejskie szaty, w jakie była przyodziana i blizny naznaczające jej pomarszczoną, wiekową twarzyczkę, to ktoś wziąć mógłby ją za szlachetnie urodzoną personę - królową nawet - doglądającą aktualnie honorowego, wspaniałego i widowiskowego pojedynku dzielnych rycerzy.

Potyczka ta zakończyła się, jednakże, w chwili, w której Yury wyminął sprawnie i zwinnie spadający na niego atak masywnego, morderczego oręża. Niemalże upuszczając przy manewru tym swoją magiczną zapalniczkę i rozrzucając po okolicy nieprzyjemny, roznoszący się echem dźwięk haratanego - na calutkie szczęście w niewielkim tylko, minimalnym stopniu - metalu, Biomech umknął sukcesywnie przed natarciem Pionka. Łupnięcie rozgrzmiało na polu bitwy niby wystrzał z armaty potężnej i o imponujących rozmiarach, kiedy to ostrze zderzyło się z marmurową posadzką i wgryzło się w nią jak zakrzywione, jadowite kły wygłodzonego, rozszalałego węża. Nie oglądając się za siebie i nie przejmując dewastacją otoczenia, Wieczny począł lawirować między maszerującymi dudniącym krokiem Marionetkami - nie było to nadzwyczaj trudne czy ciężkie, nawet jeśli ci obracali się ku niemu i próbowali złapać go w zbyt wolne dla niego, niezgrabne w tego typu ruchach dłonie. Nie czekając na nic więcej i nie ryzykując ogarnięcia się chwilowo zamieszanych, skonsternowanych Figur, Yury pochwycił bezceremonialnie towarzysza swojego za fraki i wraz z nim skoczył w Bezkres rozciągający się tak pod nimi, jak i naokoło nich, a także nad nimi. Gdzie by nie spojrzeć, tak jawił się upstrzony jasnymi gwiazdami wszechświat i tylko jarzące się pod szachownicą, oślepiające i ogromne słońce psuło cały ten potencjalnie mroczny, noszący za sobą uczucie pustki klimat.

Po krótkim impakcie spowodowanym wybiciem się z krańca szachownicy zaczęli najzwyczajniej w świecie spadać w dół - co przeczyło temu, iż znajdowali się w środku prawdziwego wszechświata - ku ruszającej się, przepastnej i ognistej powierzchni wspomnianego wcześniej słońca. Nim dane im było wpaść w jego piekielne, niesamowicie gorące - czuli to, upał ten i wysoką temperaturę liżącą ich po odsłoniętych kawałkach skóry oraz wślizgującą się pod ubrania - objęcia, pochłonęła ich lepka, wszechobecna Czerń. Przez ułamek sekundy nie było niczego, nie słyszeli nawet własnych oddechów, nie czuli ciał swych i stracili kontakt z drugą osobą, zatapiając się w obezwładniającej i przytłaczającej Nicości. Trwało to moment ulotny, złamany - dla niejednego przerażający - po którym wylądowali ciężko i w dwuosobowym stosie na twardej, kamiennej powierzchni usłanej grubą warstwą naturalnego, piaszczystego kurzu, który wzbił się na chwilę w powietrze po tym, jak bohaterowie nasi zaliczyli bliski kontakt trzeciego stopnia z tutejszym gruntem. Kiedy ogarną się po podróży tej nietypowej i przez Pustkę prowadzącej, to rozejrzeć będą mogli się w końcu dookoła oraz rozeznać w sytuacji, w którą, dosłownie, wskoczyli.

I cóż to za widok był! Znajdowali się, bowiem, w klatce przestrzennej i okrągłej, o średnicy około piętnastu metrów, jak również otoczonej kratami siatkowatymi oraz zwieńczonej płaskim, metalowym sufitem - ostatnia rzecz zmuszała do zastanowienia się nad faktem, jak w ogóle się tu znaleźli spadając w dół. Odsuwając zagwozdkę tę na bok... Wnętrze tej pułapki było puste, obskurne i spartańskie wręcz - jedynymi 'rzeczami' tu wraz z parką nasza zacną zamkniętymi były dwie przedziwne, karykaturalnie chude postacie cechujące się makabrycznie bladą skórą, pozbawione twarzy i odziane w biało-złote, falujące nawet bez wiatru szaty. Najciekawszymi, jednakże, w nich elementami były jakby szklane, wbite w ich tors i będące wielkości zaciśniętej pięści kulki wypełnione świecącymi się substancjami - ta zamknięta w kryształowej bili postaci po lewej była jasnoniebieska, zaś tego po prawej mieniąca się złotawą barwą.

(Dodatkowe) Informacje:
  • Warunki: ciepło (około 20 stopni Celsjusza), zero wiatru.
  • Termin odpisów: 1.02.18r.


Ostatnio zmieniony przez Karyuudo dnia 8/9/2018, 21:47, w całości zmieniany 1 raz





MGowy temat - Jeśli prowadzę Ci misję, warto się z nim zaznajomić.

Pst, don't look inside!
Spoiler:
avatar





Karyuudo
Dezerter
GODNOŚĆ :
Karyuudo


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry

- Similar topics