Strona 2 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Go down


Re: Śmierć ma sto centymetrów wzrostu [Arcanine, Fucker, Jinx]

Pisanie by Arcanine on Nie Lip 23, 2017 10:32 pm
— Tak.
Więc gdzie?
Widząc uśmiech na twarzy chłopca, sam zmusił kącik ust do uniesienia się, wyglądając przy tym, jakby dostał szczękościsku niemożliwego do rozluźnienia.
Jeżeli chodzi o grę aktorską, był równie rewelacyjny, co Ryan czuły, a Sheba łagodny.
— Zostało wam czterdzieści osiem godzin...
Ale tutaj mina mu zrzedła i ręce z powrotem opadły. Stał nie tak daleko od jasnowłosego, lustrował go nieustannie spojrzeniem, oceniał i czuwał — a mimo tego nie wziął pod uwagę podobnych okoliczności.
Może po prostu liczył, że dziś będzie ten dzień, w którym los zagra wobec nich fair play? Rysy twarzy stężały, gdy wsłuchiwał się w głos, w którym usłyszał wyzwanie. W pierwszej chwili chciał odepchnąć od siebie tę myśl. Wyzwanie? Ten szczeniak? Ten mały gnojek, którego zmiażdżyłby jednym, niedbałym ruchem nadgarstka? A jednak zmieniający się wyraz twarzy chłopca coraz bardziej utwierdzał Growa w przekonaniu, że stoi naprzeciwko szaleńca. I że ten szaleniec właśnie mu grozi.
— Umrzecie.
Wybuchnął śmiechem.
Cały czas trzymał poziom, tamował wszystkie emocje, jakie byłby w stanie odwzorować jego opinie. Ale tutaj nie wytrzymał. Pękły ostatnie tamy i fala rozbawienia wylała się, powodując krótki, szczekliwy chichot niegodny poważnego dorosłego. Gardło było ściśnięte od zimna, ale nawet mimo tego struny zadrżały na dźwięk chrypliwego: „hr, hr, hr”, podczas którego ramiona Wilczura zadrżały, zdradzając faktyczną wesołość.
Ten mały...
Oczy Growa nagle nabrały mocy. Uśmiech zniknął w sekundę. Ktokolwiek teraz by mu się przyglądał, przysiągłby, że wizja śmiejącego się albinosa to tylko wytwór wyobraźni – tak prędko lawirował między maskami. Stał wyprostowany, z lekko opuszczoną brodą, ale wzrokiem nieustannie wbitym w twarz nieznajomego. Spojrzenie miał zaciekłe i ostre, pełne rozdrażnienia.
Pełne furii.
Psy są pod moimi rozkazami! — Podniósł głos, ale panował nad tonem. Nie krzyczał; nie można było tego nawet nazwać faktycznym „uniesieniem się”. Brzmiał jak ktoś, kto musi przemówić do ludu ściśniętego u jego stóp; do ludu, który jest tak obszerny, że trzeba mówić głośniej, by słowa dotarły do wszystkich uszu. — Nie umrą i nie zdradzą, dopóki tu jestem.
Jak książę w pordzewiałej, zarysowanej od kłów i zakrzywionej od zębów koronie; uniósł teraz brodę, wypinając pierś. Mokre ubranie lepiło mu się do skóry, zarysowywało kształt tam, gdzie suchy materiał by go zniekształcił. Widać więc było, jak nabiera wdechu, podczas którego mięśnie brzucha mocniej się napięły.
Oczywiście, daleko mu było do szlachetnej postawy. Równie daleko, jak do racjonalnego myślenia. Bo gdyby myślał racjonalnie i w żyłach huczało mu od krwi niebieskiej, pewnie z samej przezorności obejrzałby się przez ramię i spojrzał w stronę Grimshawa i Sheby. Zamiast tego nie spuszczał coraz mniej przyjaznego spojrzenia z nieznajomego, palcami znów sięgając po klucz, który ścisnął w ręce i wyszarpał z kieszeni przylgniętych do ud spodni. Nie reagował na otoczenie — na mgłę, na towarzyszy, na ich słowa (mówili coś? Ruszali się? Ich zapach wciąż tutaj był?). W tym momencie zmysły skupiły się wyłącznie na niewielkiej sylwetce kilka metrów naprzeciwko.
I gdy oczy chłopca nabiegły czernią Wilczur ruszył przed siebie. Wykonał pierwszy krok, z głuchym trzaskiem nadeptując na ziemię.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


  "— Widziałeś nas już wcześniej?"
   TUTAJ.
  Seledynowe spojrzenie wymordowanego bardzo szybko odsunęło się od napiętej twarzy Growlithe’a i spoczęło na Ryanie, jak na osobie, która miałaby go w tej chwili wybawić z opresji. Jak brutalna staje się jednak rzeczywistość. Oczy powiększyły się jak u dziecka w najgorszym momencie bajki, włosy okalające jego policzki, poruszyły się lekko jak za sprawą delikatnego wiatru.
  — Tak. — Przełknął słowa i potaknął podbródkiem jakby one nie miały być wystarczająco wiarygodne. — Leżeliśmy tutaj. — wskazał głową niewielkie wgłębienie, nie ryzykując wyciagnięciem ręki. Mężczyzna stojący naprzeciw niego nadal dominował go wzorkiem. Nie chciał dawać mu powodów do ataku. Wystarczało, że przeszywał go na wskroś jak drapieżnik czekający na swoją ucztę.
  Bardzo głodny drapieżnik.
  Mgła za jego plecami posuwała się leniwie, napędzana własnym ruchem. Ryan nie mógł dojrzeć w ekranie już nic, jakby ten czarny szybki cień postawił ostateczną kropkę nad ‘i’.
  — Leżeliśmy tu razem z wami, ale — urwał, by kątem oka przyjrzeć się szefowi psiego gangu, jego ostry wzrok spłoszył go — Baliśmy się. Ruszyliśmy zaraz po przebudzaniu. Heb nalegał. Nie chciał ryzykować. Mówił, że jesteście z DOGS.
  Głos dzieciaka roznosił się w panującym mleku otoczenia. Sheba osunął się w tył. Mgła zaczęła obejmować go za ramiona.
  — (…) Miałem wyrzuty sumienia więc wróciłem, aby upewnić się, że nic wam nie…
  Głos dzieciaka dochodził do właściciela burdelu równie głośno, co kilka sekund wcześniej — kiedy tak naprawdę wcale się nie odsunął od ich towarzystwa. Chwilowe otępienie znikało. Ból głowy zaczął się rozpływać wraz z kolejnymi półprzeźroczystymi kłębami wiszącymi w powietrzu jak wielkie opary dymu. Dziesięć kroków. Dziesięć pozostawionych śladów. Dźwięk żwiru dźwięczał mu pod butami, ale pustka jaka towarzyszyła temu miejscu nadal wydawała się pochłaniać każdy najmniejszy szmer. Sprawiała, że stawał się tępy i nierzeczywisty. Jak w próżni.
  Mgła lekko rozstąpiła się, ukazując za swoją półprzeźroczystą powłoką kolejne budynki składające się na żywe Apogeum. Gdzieś tam zarysowany był kawałek fontanny, część kolejnych budynków, których przeznaczenie miało różne zastosowania, a gdy obrócił głowę — mógł dostrzec kawałek formacji przypominający mu jego własny burdel. Nie był stąd dobrze widoczny. Mgła zasłaniała widok. Stał teraz opustoszały; takie przynajmniej stwarzał pozory, otoczony białymi maskami nicości.
  — Tam!
  Sheba przez chwilę mógł nie zorientować się, że słowa bachora są kierowane do niego. Ale gdy tylko obróciłby głowę mógłby dostrzec, że zielone tęczówki wpatrują się w niego wymownie. Jakby pragnął, aby mu uwierzyć.
  — Tam się ukryliśmy — ponowił tym razem półszeptem, a jego głos zadrżał w sekundzie, wskazując wzrokiem na granice — stąd prawie niewidocznego — łysego lasu.
  — Chcieliśmy wrócić do domu — powtórzył i znów spojrzał na Growlithe’a. Oczy miał bez wyrazu. — Nie chcieliśmy kłopotów. — Słowa szczyla sprawiały wrażenie, że ten nadal przekonany jest o prawdziwości tego miejsca.
  Trzymając ciągle rękę nad głową w obawie o ruch białowłosego, nie pokwapił się nawet o odpowiedź w stronę Ryana, choć widać było, ze się waha. Spojrzał na jego twarz, oczy zmrużyły się — zauważył w  ręku kamerę. Widać było, że zainteresował się, jego tęczówki zaiskrzyły w szarościach otoczenia.
  I wtedy się to stało. Usłyszał dźwięk. Jego zwierzęce uszy poruszyły się, a dzieciak instynktownie obrócił łeb. Zmartwiał, chciał się cofnąć, ale potknął się o kamień. Runął na ziemię, plecak zaasekurował jego upadek. Z otwartej kieszeni w torbie wyleciało czerwone jabłko. Na szarej otulonej pyłem ziemi, wyglądało jak zabytkowy relikt.
  — Co on robi?!
  — Dopóki tu jesteś?
  — Ja chce tylko pomóc — wyciągnął przed siebie ręce.
  — Jesteś już jedną nogą w grobie, Growlithe. Tak jak i twoi towarzysze broni. Aż tak naiwny jesteś aby wierzyć w lojalność obcych stworzeń? Skąd wiesz, że jeszcze żyją?
  Podsycające głosy szumiały w głowie Wilczura. Cios wydawał się być nieunikniony.



►  Arcanine: odczuwa wielką furię. Niewielkie skaleczenia na dłoniach, pęknięta, delikatnie krwawiąca warga.
►  Fucker: twarz pokryta płytkimi zadrapaniami, palące ślady po linie na kostkach.
►  Jinx: dreszcze zimna, uciążliwy kaszel, ból w ramieniu — uporczywie pieczenie, ruchy w tym stawie są ograniczone.
►  Macie mokre ubrania i odczuwacie wyraźny chłód.
►  Odpisy w kolejności dowolnej.
► Całkowita swoboda w działaniach.
Pogrubione kwestie widzi/słyszy tylko Arcanine.
►  Deadline: 26 sierpień.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


„Miałem wyrzuty sumienia...”
Jak słodko.
Na razie nie opuszczał ręki z kamerą, nawet jeśli od dłuższego czasu nie pokazała mu już niczego, co nie zgadzałoby się z rzeczywistością i nawet gdy poczuł ciężar na swoim ramieniu. Zerknął tylko w kierunku Jinxa, przesuwając spojrzeniem po jego profilu. Wszystko trwało jednak zbyt krótko, jednak uznał, że czarnowłosy od samego początku planował oddalić się kawałek dalej. Mimowolnie przesunął ją w bok, gdy dzieciak wskazał jakiś kierunek – dokładnie ten, w którego stronę szedł właśnie Sheba. Miało to jakiś sens, zważywszy na to, że miejsce ich kryjówki było niedaleko. Może nawet dzięki temu wyczuł moment, w którym wreszcie udało im się zebrać z ziemi.
Zauważył zawahanie, jednak to słowa Growlithe'a znacznie bardziej przykuły jego uwagę. Przynajmniej na razie, bo to w jego przypadku należało działać szybko..
„Co on robi?!”
Traci gardę.
Nie trzeba mu było tego mówić. Ręka ciemnowłosego ciężko opadła na ramię Wilczura – był to pierwszy ostrzegawczy gest. Zdawało się, że nie upłynęła nawet sekunda, a palce pewnie zacisnęły się na na jego ciele, bez wyczucia napierając na okolicę tuż pod barkiem, a ich nienaturalny i jednocześnie znajomy chłód bez wątpienia był w stanie wyczuć przez materiał koszulki. To ich od siebie różniło, a dziś znów to on był lodowatą wodą, która musiała ugasić ognisty temperament. Mięśnie ramienia wymordowanego napięły się, gotowe zablokować ewentualną próbę wyszarpnięcia się – nie szczędził siły w starciu z białowłosym, nawet jeśli odznaczał się drobniejszą posturą od jego własnej. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie należało lekceważyć pożaru, który rozpętał się nagle.
Za szybko.
Szarpnął go do tyłu, wymuszając na nim ustawienie się w tej samej linii. Chłodne tęczówki ulokowały swoje spojrzenie na twarzy Koiry, wyrażając coś, co tylko on był w stanie zrozumieć – próbę wymuszenia na nim spokoju.
Patrz na mnie.
Co ci powiedział? ― Żadnego „Co ty odpierdalasz?” albo „Daj spokój, to tylko dzieciak”. Nie. Musiał istnieć jakiś powód, dla którego wykrzykiwał swoje pozbawione sensu odpowiedzi, choć – nie ma co kryć – albinos nie uchodził za kogoś, kto miał równo pod sufitem. Grimshaw miał też dość jasno sprecyzowaną stronę, po której stał i bynajmniej to nie dzierżona przez niego chusta narzucała te zobowiązania. ― A ty się nie ruszaj, bo wtedy on stanie się twoim najmniejszym problemem. Na tych krótkich nogach nie zabrniesz za daleko ― rzucił do dzieciaka, wystawiając w jego stronę rękę z kamerą, jakby mimo drobnego balastu wykonywał znak stopu. Zerknął z ukosa na młodego wymordowanego, przelotnie zahaczając wzrokiem o jabłko, które zupełnie nie pasowało do całości. ― Masz wybór – możemy ułatwić ci życie albo sprawić, że będziesz żałował, że po nas wróciłeś. Osobiście wybrałbym współpracę. Spytałem cię, co jest w plecaku ― słowa ostatniego zdania starannie oddzielił, uświadamiając chłopakowi, że kolejny raz tego nie powtórzy. ― Otwórz go.
Ciężko było mu uwierzyć, że miał tam tylko jedzenie. Skoro wcześniej był tutaj razem z nimi, równie dobrze on i jego znajomy mogli wykorzystać to, że żadne z nich się nie podnosiło i tym samym zabrać wszystko, czym mogliby się obronić.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Świat, jaki go otaczał był daleki od realnego.
Halucynacje?
Przykucnął na jedno kolano i dotknął otwartą dłonią podłoża, po czym zgarnął nieco ziemi pomiędzy palce. Odczucia różnicy w panującej temperaturze, ból i niedogodności związane z ciałem były jak najbardziej realne i prawdziwe. Tak samo możliwość użytkowania mocy.
Podniósł się otrzepując dłonie, powoli rozglądając się. Był pewien, że nie są w Desperacji. Nie w pełni tego słowa znaczeniu. Zresztą, prawdziwość miejsca dla niego w tym momencie była najmniej kłopotliwa. Bardziej ciekawiła go osoba odpowiedzialna za to wszystko. Kto pociąga za sznurki.
Ruszył do przodu, pokonując kolejne dziesięć kroków, które oczywiście odliczył. Najchętniej ruszyłby do przodu pędem, ciekawy gdzie spotka się z granicą mgły, nie mógł jednak pozwolić sobie na zbyt pochopne działania.
- Robi się ciekawie. – mruknął pod nosem kierując się w stronę majaczącego budynku burdelu.
Teraz miał pewność, że to wszystko nie jest rzeczywistością. Jego burdel nie znajdował się w tej okolicy. A na pewno nie był widoczny z miejsca, w którym aktualnie się znajdował. Lewy kącik uniósł się wyżej, wykrzywiając nieprzyjemnie. Spróbował zaleźć jakiś kamień, albo inny przedmiot. Jeżeli takowy znalazł, to po pochwyceniu go, zamachnął się najmocniej jak mógł i rzucił nim w górę, leniwie obserwując jego tor lotu. Czy w coś uderzy, zahaczy, cokolwiek. Po tej krótkiej obserwacji, wsunął obie dłonie do kieszeni i odwrócił się, wracając do reszty, w myślach mając zamiar odliczać kroki do jego towarzyszy.




"Go to Hell!"
Oh honey, where do you think I came from?

Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


Re: Śmierć ma sto centymetrów wzrostu [Arcanine, Fucker, Jinx]

Pisanie by Arcanine on Pią Sie 25, 2017 11:46 pm
_Ziemia chrupnęła pod ciężkim butem, na który nacisnęła pięta. Był gotów go zabić
_(ZAJEBAĆ JAK PSA)
_ale coś go powstrzymało. Coś silnego i bezwzględnego. Coś, czemu nie mógł się wyszarpać tak łatwo, choć zaliczył pierwszą próbę — ślepa furia ogarnęła nie tylko ciało, ale i umysł. Naparł na przeszkodę. Zajebię. Zajebię. ZAJEBIĘ tego dzieciaka. Obedrę za skóry. Wcisnę paznokcie w tę jego tępą mordę tak głęboko aż poczuję mięso. Złapię. I zacznę szarpać.
_(szarpać szarpać szarpać)
_A wtedy dokopię się do kości. I będę je łamać. Jedną po drugiej. Jedną po...
_— Co ci powiedział? — Wypowiedzenie tych słów nie musiało dużo kosztować Ryana, ale zareagowanie na nie z jak największym spokojem kosztowało Growa sporo. Ślepia błyszczące od szaleństwa z trudem
_(ZAJEBAĆ)
_oderwały się od chłopca i wbiły w twarz przyjaciela. Zdał sobie sprawę, że się trzęsie — i nie było to spowodowane zimnem. Ogarniała go wściekłość nie do pohamowania. Ręce od razu zwinęły się w mocniejsze pięści, a umysł szeptał scenariusze kompletnie niepasujące do tego, co zrobiłby w każdej innej sytuacji.
_Puszczaj — warknął, raz jeszcze gwałtownym ruchem strząsając rękę ze swojego ramienia. Szarpnął się, ale jego sylwetka pozostała w miejscu; Grimshaw mógł mieć pewność, że osiągnął przynajmniej połowę sukcesu — zatrzymał go.
_Na chwilę.
_Nie rozumiesz, Ryū? Ten dzieciak... — Coś stanęło mu w gardle. Grow wsunął palce we włosy, hamując narastający, mrowiący go już w gardle śmiech. Do diabła, co się z nim działo? Dlaczego ludzie, których tak cenił, robili z niego wariata? Dlaczego nie dochodzili do tak oczywistych wniosków?
_Wilczur wciągnął powietrze do płuc. To nie ustabilizowało wewnętrznej furii, ale przyniosło sekundowe ukojenie; jak zimny okład nałożony na rozgrzane do czterdziestu dwóch stopni Celsjusza czoło.
_Mimowolnie znów spojrzał na dzieciaka. Chłopiec przewrócił się i wyrżnął o podłoże. Podłoże, po którym potoczyło się jabłko.
_Chryste, jakie to nierealne. Chore.
_Robicie ze mnie idiotę — wymamrotał nagle, ze wzrokiem wbitym w owoc, który wydawał mu się zbyt czerwony. Zbyt kolorowy na tle szaro-białej scenerii. — Idiotę, który robi za dużo zamieszania. Ale to gówno prawda. Powinienem je robić. Ty również powinieneś. Grozi nam. Szydzi. — Usta białowłosego się wykrzywiły. — To jabłko...
_(co ci powiedział)
_Grow zacisnął nagle powieki.
_(aż tak naiwny jesteś, aby wierzyć w lojalność obcych — OBCYCH OBCYCH OBCYCH — stworzeń?)
_Muszę stąd iść. Nie. — Zadarł nagle głowę i otwarł powieki, rozglądając się na boki, jakby był tu pierwszy raz. Albo jakby nagle przypomniał sobie, że przyszedł tu w innym celu i kończy mu się czas, aby ten cel zrealizować. — Wszyscy musimy. To symbol niezgody. Gdzie jest Sheba? Przypierdolę mu za spacerkowanie. EJ! Ty tragiczny chuju ze złamanym nosem, nie odłączaj się od wycieczki!
_Trzymał się na ostatniej nitce. Jeżeli teraz się nie odsunie to ich po prostu
_(ZAJEBIE)

Akapity by Tyrell ©


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Mgła z wolna zaczęła obejmować budynki i kłaść na nich swoje niesymetryczne macki. Weście do baru znów zaskrzypiało. Drzwi trzasnęły gwałtownie, a chłopak leżący na ziemi aż podskoczył, kiedy zawiasy zawyły jak w koszmarze. Podniósł się powoli na łokcie. Jego seledynowe oczy błyszczały w szarościach otoczenia jak dwa drogie kamienie. Przez chwilę mogło wydawać się, ze dzieciak zaleje się łzami, ale tego nie zrobił. Zaskoczony wytrzeszczał ślepia na dwójkę, którą aktualnie miał przed oczami. Palce instynktownie wsunęły się w suchą ziemię.
  Kiedy słowa Ryana uderzyły go jak obuchem w głowę, spiął się. Myśl o ucieczce bardzo szybko uleciała z jego umysłu — a mogło się wydawać, że właśnie o tym myślał.
  „A ty się nie ruszaj, bo wtedy on stanie się twoim najmniejszym problemem."
  Zmartwiał. Bardzo nerwowo potaknął głową. Szybko i energicznie, aż pojedyncze pasma włosów opadły mu na oczy. Wyglądał na przerażonego, jakby nikt od bardzo długiego czasu nie wymierzał podobnych słów jego kierunku. Jakby nikt mu nigdy nie groził. Dłoń Ryana trzymająca kamerę, bardzo skutecznie zatrzymała go, jakby gest  Grimshawa, miał w sobie jakąś nieznaną, niesprecyzowaną moc spętania. A potem padły kolejne słowa. Spojrzał sztywno na czarnowłosego i białowłosego jakby ich twarze miały w sobie ukryte zagadki, a może nieme pozwolenie na osuniecie się w mrok?
  „Otwórz go.”
  Spokojnie skierował swoje spojrzenie za siebie. Plecak nadal znajdował się na jego plecach. Upadek spowodował, że zamek rozpiął się, a wtedy poczuł lekkie zwątpienie. Wzrok DOGSa jednak był nieugięty. Bardzo powoli ściągnął go z pleców i położył między nogami, jednak robił to tak mozolnie, jakby umyślnie wydłużał każdą sekundę swojego życia czasu.
  Postać Sheby zniknęła mu z oczu. Przez moment zapomniał nawet o istnieniu tego trzeciego. Ta dwójka umiejętnie zasłaniała krajobraz swoimi silnie dominującymi postaciami.
  Kamień rzucony w górę poszybował na wysokość kilku metrów, zawisł w powietrzu zwalniając jakby natrafiał na barykadę w postaci gęstego powietrza, odbił się i zaczął spadać, znów przyspieszając. Chwile potem upadł przy pobliskim budynku. Odbił się od szarej konstrukcji i już się nie poruszył. Wszystko wyglądało bardzo zwyczajnie. Jakby Desperacja naprawdę umarła. Tym razem tak naprawdę.
  Kiedy Jinx zaczął wracać do swoich towarzyszy jego bursztynowe, czujne oczy mogły wychwycić jakiś ruch. Ciemny cień przemknął po boku jakiegoś budynku i zniknął. Przypominał ludzką sylwetkę. Skradającą się.
  Chłopak wpatrywał się w nich, palce trzymał na rozpięciu torby. Wsłuchiwał się w ich rozmowę jak szczeniak karcony przez właściciela. Uszy lekko położyły się na jego włochatej blond łepetynie, a ogon podkulił. Widać było zdziwienie na jego twarzy, jakby nie rozumiał za co jest besztany.
  — Nie zagroziłem ci ani razu!
  Przerwał na moment ich rozmowę, decydując się na obronę własnej wiarygodności. Jego usta zadrżały przy wypowiadaniu tych słów, a w głosie pobrzmiewała stanowczość przeplatana ze strachem.
  Napierające spojrzenia jego nowych 'oprawców' zmusiły chłopaka do opuszczenia wzroku. Być może zdał sobie sprawę, że przegrał z nimi tę walkę, że to koniec. Ich jest trójka, on sam. Nikt mu nie uwierzy.
  Pokaż co masz w środku.
  Przełkniecie jego śliny było słyszalne na kilka metrów. Czerwone jabłko leżało jak wcześniej. Nie poruszone żadna tajemnicza siłą. Rozpiął plecak. To było nie uniknione. Musiał to zrobić. Słyszał jak białowłosy robi ruch. Nawet nie odważył się na niego spojrzeć.
  Kiedy palce małolata miały już ujawnić wnętrze, donośny brzęk odbezpieczanej broni przerwał martwa ciszę w której utknęli.
  — Zagroźcie mu jeszcze choć raz, a was wypatroszę. Nie będę patrzeć czy jesteście z DOGS. Nie będę patrzeć czy jesteście kimkolwiek innym. Zróbcie choć krok.
  Za budynku baru wyłoniła się postać. Był nią wysoki jasnowłosy chłopak — mgła umiejętnie zaburzyła barwę jego włosów. Wydawały się być na granicy beżu a platyny. Broń którą trzymał w ręku przypominała wiatrówkę. Kolba opierała się o jego szczupłe ramie, jak gałąź wyrwanego drzewa. Nieznajomy był wysoki. Ponad metr siedemdziesiąt wzrostu. Ale znacznie starszy. Jego twarz pokryta była wieloma znamionami, jak po oparzeniu. Żadnych oznak obecności zwierzęcych  atrybutów. Jeśli szczyl, który siedział u ich stop mógł mieć góra dwanaście lat, ten mógł mieć równie dobrze dwadzieścia pięć.
  — Wiedziałem. Kurwa. Wiedziałem, że twoje naiwne rozumowanie, wcześniej czy później sprowadzi nad do tego miejsca. — Głos miał drażliwy. Jakby dwa kamienie o nierównej powierzchni pocierały się o siebie.
  — Ale, Heb...
  — Nic nie mów.
  Równie seledynowy wzrok nowoprzybyłego przesunął się po sylwetkach psów. Prawe oko lekko się znużyło, jak u celnego snajpera. Na muszce znalazł się Ryan. Wzrok na krótką chwile przeskoczył na dzieciaka, ale wrócił na swoje miejsce równie szybko.
  — Nie otwieraj go.
  Cisza.
  — Nie otwieraj go, słyszysz?
  Powtórzył licząc na jego potwierdzenie.
  — Nikt nie będzie nam dyktował warunków. Odsuńcie się i dajcie mu odejść, a nic wam się nie stanie.
  Ostre słowa chłopaka nie pasowały do jego aparycji. Był wątły i zapewne sam nie dałby sobie rady z mężczyznami. Ale miał broń. A oni nie. I wydawać się mogło, że doskonale o tym wie.
  Furia wirująca w głowie Arcanine zaczynała zanikać jak ziemia pod kolejną fala morza; jakby samo odsunięcie się od bachora spowodowało, że zaczynał odzyskiwał zdrowy rozum. Żadnych głosów. Żadnych nieznanych głosów. Zniknęły.
  — Dajcie nam odejść. — spojrzał na krótko na dzieciaka i wypowiedział to ciszej: —  Lastinn, wstawaj do cholery. Musimy iść. One tu są.


►  Arcanine: Fura zaczyna mijać. Niewielkie skaleczenia na dłoniach, pęknięta, delikatnie krwawiąca warga.
►  Fucker: twarz pokryta płytkimi zadrapaniami, palące ślady po linie na kostkach.
►  Jinx: dreszcze zimna, uciążliwy kaszel, ból w ramieniu — uporczywie pieczenie, ruchy w tym stawie są ograniczone.
►  Macie mokre ubrania i odczuwacie wyraźny chłód.
►  Odpisy w kolejności dowolnej.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 16 wrzesień.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


W ostatniej chwili zacisnął usta w wąską linię, gryząc się przy okazji w język. Gdyby nie przemykający gdzieś z boku cień, z pewnością odkrzyknąłby Growowi równie wulgarnie. Ale trzeba wiedzieć kiedy milczeć. Chociaż mężczyzna nie zatrzymał się, złota tęczówka przesunęła się w bok, próbując wychwycić ponownie tajemniczy cień.
”Dajcie nam odejść”
Przystanął na marnych parę sekund. A potem ruszył wyłaniając się z mgły, ze wzrokiem utkwionym w nowym aktorze na tej marnej scenie.
- Hoh. Jaki waleczny. – drwina przedarła się do wypowiadanych słów. Pstryknął palcami, unosząc lewą dłoń do góry, by wyrwać gwałtownie broń z dłoni jasnowłosego, a następnie odwrócić ją w powietrzu z lufą wycelowaną wprost w łeb młodego agresora. Lewy kącik ust podniósł się, wykrzywiając się nieznacznie jego oblicze.
Co zrobisz ptaszynko?
- Zaatakuj, a odstrzelę ci ten głupi ryj. Rusz się nawet milimetr, a odstrzelę ci ten głupi ryj. Pierdnij, a odstrzelę ci ten głupi ryj. - zamilkł, nadal kierując się do przodu. I wszyscy bogowie mu świadkiem, że nie żartował. Jeżeli chłopak poruszy się choćby odrobinę, Sheba nie zamierzał się powstrzymać i go postrzelić z broni. Może niekoniecznie w tej jego głupi ryj, bo przecież wszelakie informacje w ich przypadku się przydadzą, ale w ramię. A jeżeli i to nie powstrzymałoby go, to i w kolejne. W końcu ramionami nie mówił.
Zatrzymał się dopiero wtedy, kiedy znalazł się tuż przy pozostałej dwójce towarzyszy tej tragikomedii.
- Ej, mówisz, że kto jest tragicznym chujem ze złamanym nosem? – mruknął, kierując słowa do Growa, chociaż na niego nie spoglądając. Skupił uwagę na chłystku i broni, która lekko unosiła się w powietrzu.
- Co znajduje się w tej mgle? Więcej twoich znajomych? – miodowa tęczówka zaiskrzyła niecierpliwością.
- I gdzie jesteśmy? – uniósł wskazujący palec prawej ręki kierując go w górę.
- Co to za kopuła?


Użycie magnetokinezy: 1/3




"Go to Hell!"
Oh honey, where do you think I came from?

Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down


„Puszczaj.”
Palce ciemnowłosego nawet nie drgnęły, więc co tu mówić o rozluźnieniu przez nie uścisku na to krótkie zawołanie. Niemal przez skórę czuł, że coś było nie tak, ale to coś nie mogło dziać się z winy białowłosego. Srebrzyste tęczówki uważnie obserwowały dzieciaka – w ich oczach pozornie niewinnego – który z jakiegoś powodu nie wzbudzał sympatii białowłosego.
Może powinieneś pozwolić mu zaatakować? Sprzątnąłby dzieciaka w sekundę. Gnojek niczego nie potrafi.
Jeszcze nie.
„Nie rozumiesz, Ryū?”
Gówniarz mówi nam coś innego niż tobie ― stwierdził, jakby to wyjaśniało wszystkie nieporozumienia. Jakby nie było w tym nic dziwnego. Nie zarzucał mu szaleństwa, a nacisk, który położył na drugim słowie i który był w stanie wychwycić jedynie Wilczur, gdy zniżył głos do tonu, który bez trudu wzięto by za konspirację, świadczył o tym, że całą winę zrzucał właśnie na dzieciaka, który wziął się znikąd. Ale to nie był czas na rzucanie mu się do gardła. Nie, gdy jeszcze niczego nie widzieli. ― Chwila. Tyle potrzebujemy.
Na złamanie go.
Albo na złamanie mu karku.
Wiesz o czym mówię ― dodał zaraz, jakby pomimo różnicy zachowań, nadal stał po jego stronie, choć to nie żółta chusta go do tego zobowiązywała. Albinos musiał tylko poczekać, nawet jeśli było to trudne, gdy emocje próbowały rozerwać go od środka; gdy coś sprawiało, że nie myślał trzeźwo.
Dłoń Grimshawa zsunęła się z ramienia Growlithe'a. Jakby nie było sensu go dłużej trzymać, gdy dzieciak nieustannie się wahał. Istniała szansa, że Chika nie wytrzyma, jednak to przestawało mieć znaczenie, gdy coś nieustannie ukrywał, a niepewność na jego twarzy była na tyle wyraźna, że nawet gdyby udało mu się ją ukryć, wyryła się w pamięci wymordowanego na tyle dobrze, by odrzucił od siebie myśl, że była ona jedynie złudzeniem. Tylko na moment odbiegł wzrokiem ku odchodzącemu jasnowłosemu, jednak nie trwało to na tyle długo, by dać dzieciakowi czas na ucieczkę, zanim chłód jego wzroku na nowo próbował przyszpilić go do podłoża.
Masz dziesięć sekund. Raz--
Brzęk.
Był to pierwszy ton zagrożenia, choć ciemnowłosy był w stanie stwierdzić, że nie było na tyle groźne, by z miejsca wykonać gwałtowniejszy ruch. Chłopak, który właśnie celował do niego ze strzelby, zbyt szybko się odsłonił. Tracił czas na gadanie, co mogło świadczyć o tym, że albo próbował ich nastraszyć, bo w nieco podstarzałej już broni brakowało naboi, albo jeszcze nikogo nie zabił – dla kogoś, kto nie miał krwi na rękach, pierwszy krok ku splamieniu ich zawsze był najtrudniejszy.
Jak zawsze zapobiegawczy.
Wybuchnie ci w rękach, dzieciaku ― rzucił i nie liczył w tym momencie na cudowną interwencję karmy. Mówił tak, jakby już zdążył przewidzieć przyszłość, a nieruchome i pewne spojrzenie, zmierzyło się ze spojrzeniem młodzieńca. Gdyby tylko próbował doszukać się na jego twarzy choć cienia żartu czy kłamstwa, na pewno by go tam nie znalazł. I choć jasnowłosy chłopak nie mógł być pewien, czy Jay próbuje go tylko nastraszyć czy stosował faktyczną groźbę, opętany wiedział, że ciemność, która łypała na niego z wnętrza lufy już zdążyła zgęstnieć na tyle, by wystrzeliwany nabój napotkał na solidny opór. Ciężar broni nieco się zwiększył, choć równie dobrze już wcześniej mogła być na tyle ciężka, by uniesienie jej na wysokość celu męczyło ręce.
Myślenie było czasem równie ważne co działanie.
Szczególnie że już po chwili nieznana siła dobrała się do strzelby, a zaskoczony przeciwnik mógł równie dobrze pociągnąć zgiąć palec na spuście i sprezentować Ryanowi kolejną dziurę w ciele. Niemniej dobrze się stało, że mieli przewagę.
Nieustępliwy chłopak, co? ― wymruczał pod nosem w ojczystym języku. ― Plecak ― powtórzył z naciskiem, przeskakując wzrokiem na dzieciaka. Na pewno nie chciał, żeby jego kolega stracił głowę, bo kiedy tylko strzelba znalazła się w panowaniu Sheby droga do strzału została utorowana.
Nie zadawał więcej pytań, choć na słowo „kopuła”, mimowolnie wzniósł wzrok ku górze i przemknął nim wzdłuż jakiejś niewidzialnej linii.

___Kontrola cieni: 1/3 posty – zablokowanie wnętrza lufy, dopóki Jinx jej nie przejął.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Śmierć ma sto centymetrów wzrostu [Arcanine, Fucker, Jinx]

Pisanie by Arcanine on Pon Wrz 11, 2017 11:07 pm
 Jeżeli była tu osoba, która stała trochę z tyłu całego oddziału, przez co nie mogła dostrzec tego, co działo się na froncie wojennego pleneru, to był nią właśnie Grow. Z zaciśniętymi zębami i z głębokim przekonaniem o własnej nieomylności prawie splunął Ryanowi w twarz. Czuł już, jak kwaśna ślina zbiera mu się na końcu języka, a policzki nieco zapadają do wewnątrz. Powstrzymał się w ostatniej sekundzie, wyszarpując wreszcie ramię i obrzucając go wściekłym spojrzeniem kogoś, kto został zdradzony w najmniej odpowiednim momencie.
 O ile jakikolwiek moment był dobry na zdradę.
 — Szczerze mam to w dupie, o czym dyskutujecie, Ryū. Wiem, co słyszałem — wycedził przez kły, dając wreszcie upust przynajmniej części swojego niezadowolenia. Bo do umysłu wciąż dobijały się te irracjonalne przeświadczenia, że został zostawiony sam w sobie; że Ryan i Jinx zdawali się patrzeć na niego jak na wariata. Albo na kogoś, kto żyje w swoim świecie — nierzeczywistym i bezsensownym. Takim, który nie ma żadnego pokrycia z rzeczywistością.
 A przecież wiedział, co słyszy. Widział twarz tego szczyla, a jego słowa były aż nazbyt prawdziwe. Jak w takich sytuacjach uznać, że było się pomylonym? Że to tylko fikcja? Że wyobraźnia płatała figle, że po prostu coś mu się przesłyszało?
 — On ma broń — wyszeptał nagle...
 … dokładnie w tym samym momencie, w którym odezwał się nowy głos, ściągając na siebie zainteresowanie Wilczura. Białowłosy wyprostował się i zlustrował go nieufnie, choć nic nie wskazywało na to, by dalej targały nim nerwy — tak jakby za pomocą jednego pstryknięcia wszystkie dotychczasowe emocje wygasły, a na ich miejsce pojawiły się komendy nowego systemu — odpowiedzialnego za spokojne, analityczne reakcje.
 Co było bzdurą, bo wewnątrz trząsł się od niepewności. Jak zaszczute zwierzę, które czuje pod żebrami ostry koniec kija wżynający się w skórę i mięśnie i które jest o krok od zaatakowania, choć lata tresury nakazywały mu znoszenie dziecięcych wybryków. Ile mógł się jednak słuchać porad Ryana? Jego wiecznego: „uspokój się, to nic nie da”, gdy wszystko wokół wskazywało na to, że spokój był ostatnią rzeczą, jaką powinien się teraz odznaczać? Nie tylko jak alfa DOGS, ale w ogóle. Jako on sam. Jako osoba, z której próbowano zrobić...
 (on ma broń)
 Wilczur przymrużył ślepia; myśl uderzyła w niego ze zdwojoną siłą. Nie patrzył już na blondyna, który dzierżył na ramieniu strzelbę, jakby nie stanowił żadnego zagrożenia. Wzrok ześlizgnął się na siedzącego na ziemi dzieciaka, który nie tak dawno... Grow był przekonany... choć teraz jakby mniej... Ale widział przecież broń.
 (widziałeś ruch)
 Tak. Widział ruch. Ruch, który kojarzył z orężem.
 Nabrał naraz głębokiego wdechu, by odświeżyć pamięć; głównie jednak potrzebował tej sekundowej przerwy, aby się uspokoić. Czuł już, jak mięśnie przestają napinać się samoistnie i robią to tylko przez to, że tak im nakazywał. Powoli ustępowała dzika furia, która szarpała za jego łańcuchy, będące jedyną nitką łączącą go z człowieczeństwem. Tym razem nic nie powiedział, nie wykonał też żadnego niespodziewanego ruchu. Nie użył mocy nawet po to, by przypalić lewy półdupek... jak mu tam? Heba? Beha? Lecha? choć przecież w każdych innych okolicznościach byłby pierwszy do pokazania efektów działania swoich artefaktów.
 Poczeka.
 Poczeka na rozwój wydarzeń. Na odpowiedzi. Nawet na atak ze strony dzieciaka. Poczeka, będąc w pogotowiu, bo choć dotychczas nie wykazał się chęcią zaatakowania nieznajomych z dystansu, tak gotów był zmienić bieg wydarzeń.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Blondyn nie pociągnął za spust. Palec zadrżał mu, ukazując to czego członkowie gangu mogli się spodziewać od samego początku. Chłopak nie był doświadczonym strzelcem, wahał się. Mierzył do Ryana, próbując skupić muszkę raz na jego głowie raz na sercu, jakby oszacowywał, które rozwiązanie miało być najbardziej korzystne. Jednak nie stało się żadne. Jego umysł był gnieciony wewnętrznymi obawami, aby poruszyć ciałem i zdecydować się na strzał. Czekał na ich reakcję, z coraz bardziej drżącą strzelbą w dłoni.
  Ryan zdawał się rozszyfrować to najszybciej, szybciej od samego strzelca. Chłopak poczuł ciężar, jakby mgła błąkająca leniwie wokół jego broni postanowiła osiąść niebezpieczną siłą na jej zardzewiałym zamku. Ale czy stało się to za sprawką mocy wymordowanego? — cień nie obejmował żadnej konstrukcji, nawet ich przedmiotów. Mięśnie drgnęły chłopakowi, syknął krótko znów przeskakując wzorkiem na Lastinna, siedzącego wśród unoszących się lach popiołu. Samotna kropla potu potoczyła się z jego czoła i wpełzła leniwie na wystająca kość policzkową. Czas upływał. Zimne macki chłodu sięgały jego ramion. Miał już opuścić broń. Nie zniósł by jej ciężaru ani chwili dłużej. Więc kiedy kolejny spazmatyczny ból objął jego przedramiona, a muszka osunęła się gdzieś w okolice wątroby wymordowanego,  zaskoczony zdał sobie sprawę, że broń nie ciąży mu jak wcześniej. Ona uniosła się. Jakby żyła własnym życiem oderwała się  od jego palców i obróciła lufą w kierunku jego bladej jak prześcieradło twarzy; zagadkowa, zimna czeluść jej wnętrza patrzyła prosto w jego oczy.
  — HEJ, HEJ, HEJ. SPOKOJNIE.
  Uniósł gwałtownie racę w górę. Jego twarz nie mogła wyglądać bardziej głupio.
  — HEB.
  Dzieciak poderwał się gwałtownie z ziemi widząc, że lewitująca broń skierowana jest w oblicze starszego. Zebrał się z ziemi wręcz momentalnie. Stopy grzęzły mu w ziemi, potykał się o żwir, ale wstał i zamarł. Nie poruszył się kiedy usłyszał hardy głos Sheby. Jasne, iskrzące oczy szczeniaka napotkały jego; powoli wyłaniające się z mroku jak jeden ze zapomnianych, najczarniejszych scenariuszy. Drgnął. Wątłe ciało wstrząsnął dreszcz, policzki zaczęły robić mu się purpurowe od chłodu bijącego w skórę. Potem błyszczące zwierzęce ślepia przeskoczyły na Rayana, a słowa jakie wypowiedział spowodowały, że nogi jeszcze bardziej spętał wyimaginowany łańcuch.
  „Plecak”
  Uzmysłowił sobie, że trzyma go w dłoniach. Zaciska sztywne palce na jednym, prawie poprutym ramieniu. Wzrok przeskoczył na Growlithe’a, który teraz wydawał się bardziej spokojniejszy. Zawartość torby niemal wyleciała mu na ziemię.
  Wtedy nastąpiła ta długa ale napięta chwila. Nie trwała dłużej niż trzy sekundy. Blondyni wymienili między sobą spojrzenia. Heb wyraźnie się spiął. Widać było strach górujący w jego oczach; był jak niewygodna odpowiedź, która musiała się ujawnić. A może i nie? Kto wie, co miał w zanadrzu nieznajomy? W każdym razie, ramiona opadły nieco niżej, jakby i na nich pojawił się niewidzialny balast, unoszącej się chmury mgły.
  — Heb, odpuśćmy. To nic nie da. Nie mamy na to czasu.
  Blondyn zacisnął szczęki, a wargi odsłoniły jasne zęby. Widać było, że walczy z cisnącymi się na usta przekleństwami. Najwidoczniej nie podobał mu się ten nagły obrót spraw. Zdecydowanie nie lubił być zamykany w klatce.
  — Dobra. — Odetchnął, a biała para wokół ust uniosła się wraz z tymi ciężkimi słowami. Opuścił nieco łeb, a ręce uniósł wyżej, ukazując tym swoją kapitulacje. — Opuście bro---
  — Wzięliśmy wam rzeczy.
  Chłopak stał pośrodku mgły jak zagubione dziecko. Jego głos przedostawał się do pozostałej dwójki z opóźnieniem. Ogon zgubił się dawno pod kołdrą zimnego powietrza. Blondyn, przed którym lewitowała broń, wytrzeszczył na niego oczy, jakby w tej jednej chwili dzieciak przemienił się w żabę.
  — CO-
  — Nie chcieliśmy. Ale. Myśleliśmy, że nie żyjecie!
  — Co ty gadasz, Lastinn – wyrzęził przez zęby.
  — To po co tu przyszedłem! Mam tu wszystko co mieliście przy sobie, oprócz dwóch noży — Tu podniósł wzrok na Jinxa, ale szybko uciekł gdzieś w dół, gwałtownie zaczął otwierać plecak. — Zostały u nas w kryjówce. Nie mieliśmy czasu. Tu coś jest. Goniło nas znikąd, złapało mnie za nogę. — Lastinn pokazał im swoją łydkę. Była czerwona od krwi. Ślady układały się w długie podłużne pasma. — Nie miałem sumienia ich tu zostawiać. Od samego początku. — Obrócił głowę w kierunku Heba, który nadal otępiały patrzył się na chłystka, który z zaangażowaniem wyciągał na brudną ziemię kolejne przedmioty. Nim minęła chwila, na popielatym kawałku ziemi pojawiła się karta pamięci, kastety i nóż sprężynowy.
  — Pamięć wyciągnąłem — odpadł zawstydzony, nie patrząc na stojącą przed nim trójkę. — Aparat nie chciał jej odtworzyć, myślałem, że uda mi się znaleźć inne urządzenie, które pokaże mi jej zawartość…



►  Arcanine: Niewielkie skaleczenia na dłoniach, pęknięta, delikatnie krwawiąca warga.
►  Fucker: twarz pokryta płytkimi zadrapaniami, palące ślady po linie na kostkach.
►  Jinx: dreszcze zimna, uciążliwy kaszel, ból w ramieniu — uporczywie pieczenie, ruchy w tym stawie są ograniczone.
►  Macie mokre ubrania i odczuwacie wyraźny chłód.
►  Odpisy w kolejności dowolnej.
► Całkowita swoboda w działaniach.
►  Deadline: 11 października.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Ujrzawszy, że gówniak wybrał jedyną słuszną drogę, czyli poddanie się, opuścił nieco broń, po czym poruszywszy palcem, przyciągnął ją do siebie I pewnie pochwycił. Nie musiał mówić na głos, że konfiskuje. Skoro dzieciaki tak odważnie sobie poczyniły i ich okradły, to w odwecie on miał prawo do zabrania tego, czego chciał. Nie żeby kiedykolwiek i o cokolwiek pytał. Zazwyczaj brał to, co chciał (pozdrowienia dla Hirokiego). Najpierw sprawdził zawartość magazynku, chcąc się upewnić, czy smark nie próbował ich jedynie nastraszyć, chociaż z drugiej strony patrząc po jego reakcji, kiedy sprawy obrały korzystny wynik dla Jinxa, był niemal pewien, że parę naboi powinno być. Następnie zabezpieczył broń, i zarzucił sobie na ramię, wpatrując się teraz uważniej w dzieciaki, oraz to, co wyciągały z plecaka.
Uniósł górną wargę w niezadowoleniu na informacje o nożach, ale prawdę powiedziawszy, to akurat powinno być ich najmniejszym zmartwieniem. Mimo że w ich sytuacji każda sztuka broni była na wagę złota.
- Nie przeciągajmy tego. Bo szczerze powiedziawszy straciliśmy za dużo czasu na tę pierdoloną zabawę w kotka I myszkę. – warkną, robiąc krok do przodu.
- Więcej szczegółów. To, co was goniło było wielkie, małe, miało postać humanoidalną? Warczało? Wydawało z siebie jakieś dźwięki? Jak złapało cię za nogę. Ręką, pazurami, kłami? Było jedno, więcej? – poklepał zniecierpliwiony palcami o swoje biodro, powoli tracąc resztki cierpliwości, i pozwalając, by irytacja zaczęła niebezpiecznie pulsować.
- Co wiecie o tym miejscu. Jak długo tu jesteście. Widzieliście jeszcze kogoś, oprócz naszego tajemniczego stalkera, który zmacał ci nóżkę?




"Go to Hell!"
Oh honey, where do you think I came from?

Theme 1 || Theme 2
Wilcza forma || Mglista forma

"I know that you like big tits, but won't a big cock also do?"
avatar





Jinx
Mastiff       Poziom E
GODNOŚĆ :
Servant of Evil


Powrót do góry Go down







Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Powrót do góry