:: M3 :: Południe

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Pride on Pią 20 Kwi - 13:58
 „Policja wie lepiej ode mnie, jakich brudnych sztuczek używają wymordowani.”
Pieprzony dzieciak.
Syknął pod nosem niezadowolony z bezczelnej odpowiedzi gówniarza, który okazał się być cwańszy niż Niklas przypuszczał.
 „Na twoim miejscu zachowywałbym się pokorniej.”
Pokorniej? Co on powiedział?
 Skrzywił się widocznie, a złość wykrzywiła ładną buźkę lekarza. Spiorunował go wzrokiem, wolno i demonstracyjnie podnosząc kościsty tyłek z kanapy, dając mu wyraźny sygnał przystopowania w swoich osądach. Nie mógł zapominać, kto tu był prawdziwym zagrożeniem. Warknął gardłowo. Oczywiście nie wyszło mu to, tak jak planował, jednak Pip nie musiał o tym wiedzieć. Wystarczyło, że z jego gardła wyrwał się niekontrolowany dźwięk sprowadzający rozbrykanego nastolatka na ziemię.
Nikt go nie będzie uspokajał, ani tym bardziej żądał pokorny. W jego mniemaniu Pip przekraczał granice zwykłego podnóżka króla w doradcę, prawą rękę. Być może chciał sam zasiąść na tronie.
 Pride urósł do rangi tygrysa bojowego, gotowego skoczyć jednym sprężystym ruchem do anioła i przegryźć mu tętnicę.
Ale.
 „Aniołem też nie możesz być, wiem kim są anioły.”
Aniołem.
No tak. Mógł chociaż spróbować wytypować ten gatunek po zapachu Pipa, jednak nie obcował z nimi zbyt często, aby zapamiętać wyczuwalną  dla tego gatunku aurę. Od początku świadom był nieludzkości chłopaka, jednak nie zauważył również boskiej ręki w tworze marnego chucherka, które chwilę temu rzucało w niego poduszką.
Nie miał pewności czy aby na pewno chłopak należał do tego gatunku, mogło się równie dobrze okazać, że Niklas szaleje przez głód narkotykowy, który jedynie nasilał zazwyczaj niewidoczne dolegliwości na rzecz innego otoczenia, powietrza.
 Zagryzł wargę. Wbił lekko wystający kieł w dolną wargę, czując jak kącikiem stacza się wolno krew. Wpatrywał się w niego upiornie, nieco zahipnotyzowany. Myśli pochłonęły go całkowicie, a wyglądem przypominał prawdziwą zmorę.
—   Wiesz kim są anioły? To powiedz mi kim ty jesteś w takim układzie.
Wymamrotał mechanicznie, dopiero po chwili zmuszając się do mrugnięcia. Wrócił do rzeczywistości, stawiając karty na stół. Skoro młodemu wybawcy zależało na informacjach, to dlaczego nie można byłoby się o nie potargować?
—  Nie jestem człowiekiem. Nie jestem też aniołem. Anioły są zbyt dobre, naiwne, chcące nieść pomoc, prawda?
Przechylił lekko głowę w bok na nowo wracając z zadziornym uśmiechem do gry. Opuścił jak dotąd spięte ramiona, a dłońmi przestał ściskać krawędzie łóżka.
 Nie jesteś bogiem i chyba masz za wysokie mniemanie o sobie.
—  Jaką masz pewność, że nim nie jestem?
A mniemanie Pride, Pip  niech zostawi w świętym spokoju. Lekarz wystarczająco długo utwierdzał naiwniaków, że to on jest królem życia i śmierci, dlatego też hołdy były wręcz wymagane. W tej materii dzieciak nie mógł żądać cudów.
 —  Usiądź na łóżku i się nie ruszaj.
Nie ruszał się. Siedział spokojnie.
 Do czasu kiedy chłopak nie zniknął mu z oczu. Od razu podszedł do okna, próbując je otworzyć. Kiedy uporał się z klamką, wyjrzał za parapety zewnętrzny w dół. Dałby radę wyskoczyć, jednak zbyt duża publiczność ściągnęłaby mu na głowę żołnierzy.
Musiał wyjść normalnie. Jak każdy normalny człowiek w mieście. Przez drzwi.
Kłóciło się to z jego wewnętrznym ekshibicjonizmem własnej, wspaniałej osoby, jednak świat musiał zaczekać na króla. Król nie mógł przechadzać się ulicami miasta w koszulce w jednorożce, niczym podrzędny żebrak. Potrzebował godnych ubrań.

 Wrócił na swoje miejsce nim Miki zdążył wrócić. Spojrzał pobieżnie na wcześniej przygotowane buty, którym nawet nie raczył poświęcić pięciu minut.
A skarpety masz?
Bo oczywiście na Desperacji zachowanie higieny było podstawą. Tam na każdym rogu stały stragany z czystymi skarpetami i majtkami, aby biedni wymordowani nie latali z tyłkami na wierzchu. Oczywiście.
Próżność Pride nie znała granic, a wachlarz jego bezczelności nie kończył się na tak niewinnej prośbie. Zapewne w krótkim odstępie czasowym Miki sam zaprosi go do drzwi wejściowych i grzecznie za nie wyprosi.
—  Jak Myszka Miki.
Rzucił, zajmując się swoją raną. Odebrał wszystkie rzeczy od chłopaka i zdezynfekował ranę. Polał obficie na nią wodę utlenioną, która nie sprawdzała się tak dobrze jak spirytus. Marudzić nie będzie.
 Miał już pochwycić w palce igłę, kiedy poczuł bliskość chłopaka. Siedział w niewielkiej odległości od niego, jednak nadal na wyciągnięcie ręki. Zerkał z niemałym zaciekawieniem na poczynania Niklasa, którego wzrok przykuła zaschnięta krew na wardze. Zapatrzył się na nią, czując dziwną potrzebę usunięcia jej.
Podniósł dłoń do swoich ust śliniąc kciuk, a następnie skierował go na zabrudzenie chłopaka. Ścierał nim zaschniętą krew, ale nie szło to tak jak sobie tego życzył, dlatego też w pełnym skupieniu ze zmarszczonymi brwiami, walczył z małą przeszkodą. Ta w końcu odpuściła.
Gdybyś miał dziewczynę nie miał byś takich głupich pomysłów. Siedziałbyś z nią w pokoju zamiast ze mną i próbował się do niej dobrać, a nie majaczył o wymordowanych.
Rzucił nieprzejęty złamaną barierą osobistą chłopaka. Wziął igłę i zaczął zszywać swoją stopę, jak gdyby to co przed chwilą zrobił, wcale się nie wydarzyło.
—  Na prawdę byś wtedy umarł, prawda?
—  Głupota.
Prychnął. Głupotą było, że prawie wysuszył się tam na słońcu i gdyby nie pomoc Mikiego najpewniej uprażyłby się albo zostałby zaatakowany przez ptaka, a on nie miałby sił się schować.
Pride





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Gość on Pią 20 Kwi - 22:08
Groźby ukryte w spojrzeniu wymordowanego topiły się w bezkresnym błękicie oczu anioła. Nieważne jak bardzo krzywił się i szczerzył na niego zęby, Miki pozostawał opanowany. Przeszło pierwsze wrażenie, podczas którego w bardzo realny sposób odczuwał zagrożenie. Pozostały niespełnione groźby i wizerunek zbira, który więcej mówi, a mniej robi. Chociaż co do tego drugiego chłopak wolał się nie przekonywać. Prowokacje zostawił na boku, teraz po prostu czuł się nieco pewniej, niż z początku, gdy sytuacja była dla niego zaskoczeniem.
Mój dom jest moją twierdzą. Powtarzał sobie w myślach i nawet kiedy w pokoju rozległo się warknięcie, zmrużył oczy tylko na ułamek sekundy pełnej niepewności. Za dźwiękiem nie podążył czyn, pięści nie zwinęły się i nie trafiły go znowu w twarz. Najwyraźniej urwane charknięcie miało być dla niego ostrzeżeniem, ale ta myśl przyszła już po fakcie. Były jednak granice, których nie zamierzał oczywiście przekraczać.
 — M-mieszkańcem miasta... zwykłym. — Zająknął się na moment. Tak było zawsze, gdy przez jego gardło przechodziło świadomie wypowiedziane kłamstwo. Równie dobrze dałoby się to zrzucić na podenerwowanie, którego doświadczał, ale tylko on wiedział na pewno, że nie mówi pełnej prawdy. — Po prostu... spotkałem kiedyś jedną osobę, która podawała się za anioła...
 Odwrócił głowę i uciekł wzrokiem gdzieś ku bocznej ściance z doniczkami. Nie lubił wspominać tej historii, bo nadal miał na żebrach opatrunki a na głowie ukryte pod włosami sińce. Tamten człowiek mówił mi, że jest aniołem, ale jednocześnie maltretował go tak długo, aż Pip stracił przytomność. Nie do końca ufał tamtej personie, uznawał anioły za byty z całkiem odwrotnym charakterem, pomocne, miłe, dobre. Momentami bardzo nie rozumiał tego świata.
 — Tak, chyba tak... — Przytaknął ostrożnie, bo biorąc pod uwagę ostatnie doświadczenia, nie był do końca przekonany, czy każdy przedstawiciel jego rasy przejawiał cechy, o które oskarżał je Pride. Brzmiało to bardziej tak, jakby szperał w umyśle Gilarda i piętnował każdą jego widoczną cechę charakteru.
 Nagle powróciła niepewność. Poczuł się ogołocony z ochronnej bariery, którą tak usilnie wokół siebie budował od początku rozmowy.
 A przecież nie było nic, co odróżniałoby go od człowieka. Nie posiadał skrzydeł, nie należał do anielskiej społeczności, jedynym dowodem na to, że jego matka nie kłamała było pojawienie się w pewnym wieku dziwacznych mocy. Nadal oswajał się z tą myślą, chociaż minęły dobre cztery lata, słowa rodzicielki, która odchodząc wyznała mu prawdę dźwięczały w jego uszach każdego dnia.
Twój ojciec był aniołem, Pip. I ty też nim jesteś.
 — Nie mam pewności. — Przyznał. — Po prostu nie pasujesz mi do wyobrażenia Boga. Ale... — Zawahał się przez moment. Przysunął palce do podbródka i przesunął wzrokiem po wszystkich roślinach, aż w końcu znowu zatrzymał spojrzenie na mężczyźnie. — Może jesteś bogiem swojego małego świata wyobraźni. — Zasugerował powoli, jakby w obawia, że Pride domyśli się jakiego rodzaju skojarzenia znajdowały się teraz w głowie chłopaka. Mówiąc najprościej, doszukiwał się w nim wariata. I nawet z tą myślą spoglądał na niego w ten sam łagodny sposób.
 To przynajmniej tłumaczyłoby kilka spraw.

 — Czy ja Ci wyglądam na Caritas? — mruknął zniecierpliwiony.
 Nie mógł oddać mu całej swojej szafy, szczególnie teraz, gdy domyślał się już, że pomaga osobie, której nie powinno być w ogóle wewnątrz murów. Czy za taką pomocą wojsko mogłoby go pojmać i wrzucić do więzienia? W pewnym sensie czuł się jak zakładnik wykonujący polecenia porywacza, chociaż zaczęło się niemal zupełnie odwrotnie. To on przytargał do mieszkania stworzenie i trzymał je w akwarium, póki to nie zamieniło się nagle w człowieka. Wtedy sytuacja wymknęła się spod kontroli.
 Westchnął cicho przy komentarzu odnośnie swojego imienia. To nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, kiedy właśnie w ten sposób ktoś zinterpretuje jego przesłodzony pseudonim. Sam go nie używał, zaczęło się bodajże w podstawówce, kiedy na balu przebierańców przyszedł przebrany właśnie za myszkę. Wtedy uważał, że to dobry pomysł, ale żałował go przez kolejne kilka lat, do momentu aż przywykł.
 Zabawniejsze wydało mu się w tym momencie to, że Pride skojarzył pochodzenie tego przezwiska. Przez takie małe gesty i niektóre słowa wydawał się blondynowi całkiem ludzki. Prawie nie mógł uwierzyć, że ten sam człowiek jeszcze chwilę temu był kolczastą jaszczurką.
 Był jednak na tyle zaciekawiony samym procesem szycia, że zamilkł i wbił spojrzenie w ręce poruszające się z igłą i szwami. Całe otoczenie przestało mieć znaczenie. Przypomniało mu się wiele godzin walki z książkami i praktykami, szczególnie te mniej przyjemne wśród osób dużo starszych od niego. Tylko na prośbę matki znosił dokuczanie studentów, kiedy jako czternastolatek dygocąc na całym ciele zjawił się w akademii mówiąc, że na papierze ma polecenie jego osoby od byłej pani generał.
 To było za wiele jak na dzieciaka, ale kobiecie nigdy nie odmawiał. Wiedział, że niewiele pozostało im wspólnych chwil.
 I kiedy odeszła, poczuł nie tylko smutek, ale także ulgę, której wstydził się do teraz. Błogi stan wolności i odrętwienia jakie nawet teraz opanowało jego ciało, kiedy wzrok rejestrował tylko mały fragment pełnej wizji. Kadr ucięty był na granicy rany i dłoni wyznaczonych do zajęcia się obrażeniami.
 Do momentu, aż w ten mocno ograniczony ekran postrzegania wdarł się niespodziewany element obcej dłoni.
Wystrzelił jak torpeda, jak pies zaatakowany przez jeżozwierza. W jednej sekundzie znalazł się na podłodze, półtora metra dalej, ukryty za krawędzią łóżka. W dłoni dzierżył tarczę w formie poduszki z nadrukiem wyszczerzonego kota i tylko oczy wyglądały zza tej niewielkiej barykady.
 — Nie wolno tak robić! — Jęknął, nie do końca przekonany, czy w taki sposób powinien wyrazić swoje obawy i niezadowolenie. Na szczęście refleks miał wystarczająco dobry, by znaleźć się na odpowiednim dystansie zanim całkowicie się zagotował. Wypuścił poduszkę i skrzyżował ramiona nad głową w wielki 'X'. — Umyj ręce. W ślinie jest masa zarazków, a ty jadłeś robaki! Jeżeli dotkniesz nimi rany, to może wdać się jakieś zakażenie! — Machał rękami w powietrzu jeszcze przez chwilę szukając jednocześnie zmiany tematu.
 Nie wychylał się jednak ze swojej kryjówki za bardzo. Prawda była taka, że od szyi do czubka głowy pokrył się paskudnym rumieńcem i tylko ciemniejsza karnacja ratowała go przed całkowitym utonięciem w basenie wstydu. Niewiele mógł jednak zaradzić na swoją ciekawość pomieszaną z odrobiną niepokoju. Prowadził tak nudne i spokojne życie, że pojawienie się na horyzoncie tak unikatowej persony wywoływało w nim zwarcie systemu.
 Chciał zobaczyć więcej, a jednocześnie nie wychylać się za mocno poza granice bezpiecznej niewiedzy.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Pride on Sob 5 Maj - 20:06
 Im dłużej Pride przebywał w dziwacznym towarzystwie Pipa, tym mocniej uświadamiał się w fakcie, że kompletnie nie odnajdzie się w mieście. Gołym okiem będzie widać, że nie jest tutejszy, a każde odstępstwo od normy ściągnie na niego problemy
Nie pachniesz, jak zwykły mieszkaniec miasta, kłamczuchu.
Odparł karcąco, jak gdyby przyłapał go na kłamstwie. Oczywiście, Pride nie miał zielonego pojęcia o prawdziwej naturze chłopaka, jednak mieszanka zapachów,jakie doświadczył na tle swojego długiego życia, podpowiadała mu, że Miki należy do grupy interesujących obiektów badawczych.
 Wzrok Pride nagle zaciekawił się. Pojawiła się chora fascynacja, a oczami wyobraźni widział jak rozkłada jego ciało na czynniki pierwsze i grzebie w każdej najmniejszej tkance.
Piękny widok.
Ja nigdy nie spotkałem anioła albo nie wiedziałem, że nim jest. Ty mi pachniesz jak człowiek, ale coś w tej całej kompozycji mi nie pasuje. Coś mnie gryzie w nosie.
Nie alergia. Chyba, że na głupie pierdolenie. Wtedy wówczas dostawał czerwonych wypieków na twarzy oraz kurwików w oczach, którymi gdyby mógł, to zabijałby.
 Przyglądał się aniołowi długo, trawiąc własne myśli. Niezdrowe zainteresowanie zazwyczaj objawiało się w najmniej oczekiwanym i pożądanym momencie, przez co Pride musiał walczyć z własnym wewnętrznym głosem, szepczącym mu: sprawdź. Przekrocz granice.
 Nie mógł. Nie znajdywał się na frywolnej Desperacji, gdzie nikt nie znał prawa, ani tym bardziej nie stosował się do niego. Desperacja dawała duży wachlarz osobowościowy — można było być tym, kim się chce. Spełniało się tam wszystkie chore i nielegalne fantazję. Zaczynając od bardziej przyziemnych, a kończąc na dewiacjach seksualnych.
Gdyby Miki trafił poza mur, zapewne znalazłby się w ostatniej kategorii. Ładna buźka, zdrowa cera, młodość i chęć życia. Waluta, która na Desperacji była cenniejsza niż pożywienie. Każdy chciał zobaczyć tlącą się w oczach iskrę, pośród tych wszystkich wygłodniałych trupów. Szybko zechcieliby zedrzeć z niego całą dobroć.
 — Może jesteś bogiem swojego małego świata wyobraźni.
Pride wpatrywał się w dzieciaka. Spokój wygładził wcześniejszą złość, a zamiast niej szybko pojawiło się rozbawienie. Perlisty śmiech rozniósł się po pomieszczeniu trawiąc ciszę, jaka zapanowała po kropce na końcu zdania.
Zapowietrzył się w końcu, łapiąc za brzuch i opadł plecami na łóżko. Zasłonił przedramieniem oczy, śmiejąc do siebie.
Uważasz, że jestem niepoczytalny? Ha! Oczywiście, że tak myślisz!
Śmiał się. Śmiał. W końcu jednak śmiech cichł. Myśli powracały, mózg się resetował. Wracał na odpowiedni tor.
Gwałtowność Pride była niezauważalna. Szybko doskoczył do dzieciaka, wychylając się poza podłokietnik sofy i mając twarz parę centymetrów od poduszkowej fortecy anioła.
Bu!
Dmuchnął mu w twarz, szczerząc się w paskudnym uśmiechu. Jeden bardziej wystający kieł naszedł na dolną wargę, sprawiając, że wygląd przybrał na figlarności. Nie dało się wyczuć prawdziwych intencji lekarza. Sposób jego zachowania pozostawiał wiele wątpliwości. Stanowił prawdziwą sinusoidę emocji. Skrajnych, złych i pozytywnych.
Nie jestem wariatem, chociaż na takiego wyglądam. No może trochę jak za dużo wezmę opium, NOALE, zachowuje całkiem racjonalny umysł. Jestem ponadprzeciętnie inteligentny, ale po co to pokazywać światu? Lepiej można się bawić bez tego.
Uśmiech nie schodził mu z ust. Zabrał poduszkę Mikiemu i zacisnął szczupłe palce na jego nadgarstku.
To ty mnie nakarmiłeś tymi robakami! Nie zapominajmy o tym. Nadal pamiętam.
Szarpnął go z powrotem na sofę, gdyż nie mógł przejść obojętnie obok fascynacji medycyną. Nawet tak upierdliwy dzieciak mógł pobierać lekcje u samego Króla i dzięki temu zyskać trochę wiedzy.
Patrz jak to robię i przestań jojczyć jak panienka albo zaliczysz wypadek z okna.
Ostrzegł warknięciem.
 Wbił igłę zszywając sobie stopę, mając w tym sporo wprawy. Zszycie tak niewielkiej rany zajęło mu nie więcej jak kilka minut, jednak aby Miki wyniósł jakąkolwiek lekcję musiał sam to zrobić.
Blondyn pochylił się i sięgnął po większy kawałek szkła z ziemi. Jedno cięcie, a krew wylała się z rany. Uśmiechnął się zadziornie, spoglądając na rozciętą dłoń.
Twoja kolej. Zszyj to albo poderżnę ci gardło. To twój test.
Pride





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Gość on Czw 10 Maj - 19:20
 Zacisnął usta poruszony oskarżeniem. Mały gest krył w sobie kilka sprzecznych emocji, lecz przede wszystkim górował wstyd z powodu kłamstwa. Być może nie rozminął się z prawdą tak mocno, lecz doskonale zdawał sobie sprawę o co pyta Pride. Kręcenie i krycie niektórych informacji leżało niebezpiecznie blisko łgania. Przymknął oczy jak trafiony pięścią w brzuch, ale nie wypuścił z ust ani jednego słowa wyjaśnienia.
 Nawet jeżeli nie był zwykłym mieszkańcem, to osobą, jaka powinna czuć się z tego powodu gorzej był wymordowany. Teraz nie miał już pewności co do tego, z kim ma do czynienia i czy Miki naprawdę jest tylko bezbronnym kwiaciarzem, który w chwili zagrożenia mógłby bronić się jedynie doniczką z kaktusem.
 — Może to zapach chemikaliów? — zasugerował ostrożnie, jakby w obawie, że sugerowanie takich oczywistości mężczyźnie może odbić mu się czkawką. — Może twój nos nie jest przyzwyczajony do woni miasta?
Uniósł jedną brew mając nadzieję, że przekieruje myśli lekarza na bezpieczniejszy tor. Czy aż tak bardzo zależało mu na odgrzebaniu prawdy? Oboje mogliby zostawić to w punkcie, w jakim się znajdywali, na samych domysłach stworzyć zmowę milczenia, która jednemu i drugiemu pozwoli brnąć dalej przez ten zwariowany świat. Na pewno nie są bowiem jedynymi, którzy ukrywają coś przed otoczeniem. Tak każdemu żyje się łatwiej.
 Zmusił się do wytrzymywania jego iskrzących spojrzeń. Niewiele potrafił z nich wyczytać, lecz czuł się w towarzystwie dużego psa. Jeżeli okaże się strach, wykorzysta to i zdominuje sytuację całkowicie. Nie podnosił z dna tej ostatniej kotwicy, która pozwalała mu jeszcze balansować na niebezpiecznym oceanie. Woda nagle zalała mu nogi, ale uparł się, że da radę.
Nie powiedział tego bezpośrednio, ale Pride zgrabnie czytał między wersami. Nie myślał tylko o niepoczytalności. Cały zestaw nieprzychylnych określeń cisnął mu się na usta, ale wychylenie zza twierdzi z metalowej ramy łóżka i poduszki prowadziło do niebezpiecznego rozwinięcia scenariusza. Przełknął słowa i przygotował się do powstania z klęczek w przypływie nagłej pewności siebie, ale nagły doskok mężczyzny skutecznie usadził go znowu na podłodze.
 Pierwsza linia obrony, poduszka rzucona do przodu miała go ochronić przed ewentualnym złym, jakie miało nadejść. Szczęście w nieszczęściu, że skończyło się na dziecinnej próbie wywołania zawału u anioła z bijącym szaleńczo sercem. Dmuchnięcie nie mogło mu wiele zrobić, ale dłoń ułożona przy materiale nad sercem wyraźnie świadczyła o tym, że gwałtowny ruch przeraził go tak samo mocno, jak przestraszyłby małego gryzonia.
 — To marnowanie talentu od Boga. Bogów. Kogokolwiek, kto dał Ci ten dar inteligencji. — Nie próbował nawet podważać słów mężczyzny. Niezależnie od tego jak bardzo prawdziwe bądź fałszywe uznawał jego słowa, kontynuował rozmowę bez cienia wątpliwości, jakby wszystko co padało z ust Pride'a było automatycznie uznawane za właściwe. Świadomie pozwalał mu grać w swoja grę. — Podobno ponadprzeciętnie mądrzy ludzie płacą za swoje zdolności na polu innych umiejętności.  Nie myślisz, że większą satysfakcję w życiu dawałoby Ci wykorzystywanie talentu dla dobra innych?
 Co prawda niewiele mógł wiedzieć o tym, kim właściwie jest wymordowany poza murami. Być może strzelił coś zupełnie głupiego, gdyby okazało się, że używa swojego umysłu dla poprawy życia reszty, poza miastem, ale w tym momencie nie prezentował się jak jeden z takich. A Pip nie wiedział nawet, czy poza M-3 istnieją istoty, którym należy pomagać. Błąkał po niepewnym gruncie, ale kiedy drugi mężczyzna nie próbował go atakować, rozmowa brzmiała nawet interesująco.
Wzrokiem szczeniaka odprowadził poduszkę uciekającą z jego uścisku. Dawała mu odrobinę psychicznego komfortu, a teraz znowu czuł się goły i bezbronny. Zaparł się, ściągnął brwi i starał się emanować wręcz odwrotną aurą.
 — Nie kazałem Ci udawać jaszczurki. I wcale nie ja pchałem Ci je do buzi. — zbuntował się, bo czuł, że ma rację. Nie mógł odczuwać skruchy, kiedy wina nie leżała po jego stronie. Sekundę później znowu dał się zapędził w kozi róg, speszył nagłym chwytem i szarpnięciem. Coś na kształt niezadowolonego burknięcia wydobyło się z jego gardła. — Wiem jak się to robi. I nie groź mi. Nie dam się wyrzucić z własnego okna. Mówiłem już przecież, że jestem miły dlatego, że chce być miły. Jeżeli będę miał ochotę, to też się zdenerwuję.
 Potem jednak milczał w skupieniu. Praktyki i obserwacji nigdy nie będzie za wiele, szczególnie w zawodzie, który w pewnym momencie życie miał zamiar kontynuować. Skończyło się jednak dosyć wcześnie, dlatego wiedzę posiadał w wielu przypadkach czysto teoretyczną. Tylko pech ostatnich miesięcy pomógł mu obyć się z wieloma paskudnymi sytuacjami. A jednak nadal istniały momenty, które całkowicie go paraliżowały.
Czekaj! Co ty robisz?! — podniósł ręce na wysokość twarzy i chciał już wytrącić szkło z ręki wymordowanego, ale coś wiązało mu dłonie. Nie czuł się na tyle pewnie, by użyciem nawet minimalnej siły uderzyć go w ręce i powstrzymać przed tym, co przewidywał. Szkło cięło szybko i gładko, a krew w kilku ciemnych kroplach natychmiast zabarwiła dywan i koc pościelony na łóżku. — Dlaczego? Dlaczego...? — W jego głosie natychmiast pojawiła się panika i niezrozumienie. Był jeszcze nienaturalny ból w klatce piersiowej, który zwiastował podświadome ciśnienie na użycie leczącej mocy. — Przecież nie można szyć od razu. Opuchlizna wokół rany... i krew... trzeba zatamować krwawienie!
 Nabrał płytkiego oddechu i skoczył do opatrunków, które w kilku krótkich ruchach wyrwał ze sterylnego opakowania. Reagował instynktownie, a nie na polecenie wymordowanego. Jemu z resztą od razu miał ochotę przywalić za prezentowanie swoją osobą tak skrajnej głupoty. Jego głos drgał, ale ton był równocześnie karcący.
 — Co ty sobie myślisz?! Na świecie tyle jest rannych i chorych ludzi, który potrzebują pomocy. Biedni, smutni, samotni, głodni... nie mogą sobie pomóc, albo nikt nie może im pomóc. I tyle rzeczy, które można uczynić, tyle dobra jakie należy. A ty sam sobie rozcinasz rękę i dokładasz mi pracy? Po cholerę? Dla przyjemności? — Warknął ze zdenerwowania i naskoczył na mężczyznę ignorując cały strach, który nim telepał. — Masz się nie ruszać. Nawet nie drgnij. Brudzisz mi czysty koc.
 Zmrużył powieki i sięgnął po wodę, z pomocą której, zaraz obok czystej gazy mógł powstrzymać krew przed uciekaniem na boki.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Pride on Wto 22 Maj - 10:54
Może to zapach chemikaliów?
Chemikaliów. Oczywiście. Z nimi miał do czynienia częściej, niż prostytutka ze zmianą majtek. Żył zbyt długo i nawąchał się w swoim czasie naprawdę przeróżnych rzeczy. Dopiero w momencie spotkania z Mikim, musiał na chwilę przystanąć i zastanowić się nad aromatem, który otaczał chuderlawe ciało.
 Kwiaciarz w swoich słowach mógł mieć stuprocentową rację — Pride mógł mieć schrzaniony nos i/lub po prostu się mylić. Jednak jego pokręcona osobowości kazała mu drążyć temat za wszelką cenę, aż nie usłyszy... No właśnie, czego? Nie był do końca pewien dlaczego naciskał na dzieciaka. Podejrzewał własną, wrodzoną złośliwość i natarczywość, która całkowicie przyćmiła mu umysł.
Może twój nos nie jest przyzwyczajony do woni miasta?
Może. Może odzwyczaił się od ludzkości. Może stał się bardziej wymordowanym aniżeli człowiekiem, chociaż patrząc milenium lat wstecz, w czasach własnego człowieczeństwa, również za wiele go nie było.
 Zatracił się? Sprzedał duszę?
Nie jeden raz.
 Przyglądał się Mikiemu z zaciekawieniem wypisanym na twarzy. Radość jaką czerpał ze straszenia młodego anioła, sprawiała mu niesamowitą frajdę, którą nawet nie zamierzał ukrywać.
 W tym momencie nikt nie pomoże chłopakowi. Został zupełnie sam z wymordowanym w pokoju i musiał poradzić najlepiej jak potrafił. Pride praktycznie co rusz zmieniał swój stosunek względem Pipa, co mogło zielarza mocno wytrącić z równowagi. W tym przypadku nie miał nikt prawa się dziwić sugestią na temat niepoczytalności, której anioł namacalnie doświadczał.
Sądzisz, że marnuje talent od Boga? Miki, Boga nie ma. Ja nim jestem. Jak to powiedziałeś swojego małego świata. W nim jestem królem. Panem życia i śmierci, wykorzystuję swój dar odpowiednio.
Spoważniał na chwilę. Przez ułamek sekundy mogłoby się wydawać, że zachowuje się całkiem normalnie; racjonalnie. Ale to tylko przez ułamek.
Podobno ponadprzeciętnie mądrzy ludzie płacą za swoje zdolności na polu innych umiejętności.  
Zawiesił głos, chwilę zamyślając się.
Na polu innych umiejętności.
Hah. Ojciec zapewne wiele miałby na ten temat do powiedzenia. Roześmiał się do swoich myśli.
Usadził Mikiego obok siebie i dostrzegł nagłe spięcie ramion. Z nikłym uśmiechem na ustach, kompletnie zignorował stres młodzika.
Owszem nie kazałeś mi udawać jaszczurki, ale ja nie pchałem ci się do terrarium. Ja wiem, że wyglądam cool ----- Ej, mówi się tak jeszcze? Nie brzmi to głupio?
Przerwał myśl na rzecz czegoś zupełnie innego.
Pieprzenie! Nie jesteś wcale miły, bo taki chcesz być. Ty chyba się już taki urodziłeś, co mnie w ogóle odrzuca. Bleh. Jak można być tak cukierkowym jak ty? Spójrz na te jednorożce na koszulce! Kupiłeś to na dziale dziecięcym?!
Musiał mu to w końcu powiedzieć. Po prostu musiał. Zbyt długo dusił w sobie własne zdanie, co Miki powinien docenić, że od razu nie zbluzgał go za to.
 Spojrzał na swoją rozciętą rękę, zauważając jak ta zaczyna obficie krwawić.
Dlaczego? A dlaczego nie? Masz szansę się wykazać. Poćwiczyć.
Rekompensata za zebranie ze słońca. Innego podziękowania nie uznawał.
Działaj Myszko Miki.
Co ty sobie myślisz?! Na świecie tyle jest rannych i chorych ludzi, który potrzebują pomocy.
Niklas przewrócił oczami. Nie chciało mu się słuchać tego jazgotu.  Jeszcze tego brakowało, że dzieciak zaczął go pouczać i umoralniać. W tej kwestii nie było ratunku. Chirurg przepadł w otchłani.
 Ziewnął ostentacyjnie na niekończący się wywód, po czym położył głowę na ramieniu anioła.
Czekał.
Spodziewał się reakcji.
Nagłej, gwałtownej i energicznej.
Ten gest nie pozostanie bez odzewu.
Przestań jojczyć, nudzisz mnie.
Burknął mlaszcząc. Zerknął kątem oka na dłoń.
Dobrze sobie radzisz.
Pochwalił go, ale zaraz został znowu skarcony za koc.
 Przecież nawet się nie ruszał!
 Spochmurniał, jednak swego niezadowolenia nawet nie ukazał. Przemilczał tę kwestię, w myślach prosząc, aby gówniarz się czymś zaciął.
Pride





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Gość on Sob 9 Cze - 21:12
 Nie czuł się dobrze w tej walce słownej, bo swoje życiowe doświadczenie uważał za skrajnie minimalne. Niemal w ogóle nie wychylał nosa poza gmach kwiaciarni i nawet wtedy, gdy chodził jeszcze do szkoły zaraz po lekcji wolał wrócić do domu i zająć się kwiatami, zamiast smakować życie w mieście, z innymi. Jego wiedza o innych miejscach i innych rasach była minimalna. Wymordowanych znał z nazwy, były jeszcze anioły, androidy, łowcy no i oni, ludzie.
My, ludzie...? Może powinienem myśleć o sobie w kategoriach jakieś niemoralnej hybrydy...
 Skrzywił się nieznacznie. Igła przebiła rękawiczkę i ukłuła go w palec, ale zbył to bez komentarza. Musiał skupić się na kolejnych czynnościach, ostrożnie i powoli zająć się paskudnym cięciem po szkle, którego w ogóle nie powinno tam być.
 — Na Desperacji... pomagasz innym? — zapytał bez odwracania wzroku od dłoni mężczyzny. Miał nad czym myśleć, ale kontynuacja rozmowy wynikła całkowicie naturalnie. Jego usta poruszały się mimowolnie, gdy próbował nie tylko ostrożnym zachowaniem, ale i słowami uspokoić pacjenta, tak jak robił to zawsze, niezależnie od tego, kim była leczona osoba.
 Było to odrobinę abstrakcyjne, bo wnętrze Mikiego nadal kipiało. Strach zmieszany z dezorientacją dawał wybuchową mieszankę, która paradoksalnie go wyciszyła. Nie próbował nawet udawać, że ta sytuacja nie jest dla niego stresująca, pozwolił nieprzyjemnemu dreszczowi przejść całe ciało i nagle wszystko ustało. Został tylko on i rana, jaką musiał się zająć.
 To, kim była druga osoba nie miało żadnego znaczenia. Musiał nieść pomoc, nawet jeżeli wymordowanemu, przestępcy, szaleńcowi.
 — Nie mówi się. — odparł odrobinę rozbawiony. Musi być bardzo stary... Ściągnął brwi niżej w skupieniu, oczyścił radę wodą i przycisnął do niej czystą gazę. Na dobrą sprawę szew nie był tutaj aż tak potrzebny. Rana tego pokroju mogła wydawać się bardzo bolesna, ale tkanki na dłoni były bardzo elastyczne, skóra może zbiec się sama, jeżeli poczeka się kilka tygodni. Zawahał się. Nie wiedział jak to przekazać mężczyźnie. — Albo może mówi. Nie wiem, nie jestem cool. — Westchnął głośno i wciągnął powietrze w usta. — Nawet jeśli na dziecięcym to co? Nie obchodzi mnie, co sobie o mnie myślą inni. Lubię takie rzeczy, okej? Są... wesołe.
 W kontraście do swoich słów Gilard spochmurniał. Otoczony taką masą kolorowych, pastelowych i intensywnie zabarwionych przedmiotów, kwiatów i bajecznych motywów nadal potrafił wykrzywiać się w niezadowoleniu i smutku. Nagle ciepło na ramieniu wytrąciło go nieco z równowagi.
 Dreszcz przebiegł go z góry do dołu, ale nie drgnął.
 — Jest pan śpiący? — zapytał z opanowaniem starego lekarza, jakby nawet w tym geście doszukiwał się konsekwencji lekkomyślnego zachowania Pride'a. — Przez utratę krwi? Albo słońce...
 Prawdą było, że nie wiedział też, co ma w tym wypadku zrobić. Odsunąć się i pozwolić jego głowie paść na koc? Odsunąć go od siebie i przechylić na drugą stronę łóżka? Pozostać w takiej pozycji, która dawała ma ujemny komfort i ograniczała ruchy rąk? Przełknął ślinę głośno.
 — Uważam, że ta rana jest wystarczająco płytka, a pan dostatecznie młody, by wszystko samo się zasklepiło w niedługim czasie. — oznajmił w końcu, po dłuższej chwili walki wewnątrz głowy. W końcu odmówił wykonania polecenia narzuconego mu przez wymordowanego. Czuł niepokój, ale i triumf. Pierwszy raz postawił się komuś tak groźnemu.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Pride on Wto 12 Cze - 11:19
 Był zmęczony. Podróż wyssała z niego wszelką energię, a przemiana jedynie pogłębiła ten stan sprawiając, że powieki stały się niesamowicie ciężkie.
 Obserwował ruchy i działania chłopak spod lekko przymkniętych powiek. Z głową spoczywającą na ramieniu anioła czuł się wyjątkowo komfortowo i bezpiecznie.
Przerażające.
Tak. Pomagam.
Umierać.
Przemilczał, nie mając ochoty wysłuchiwać jazgotu dzieciaka. Podejrzewał, że altruizm skończyłby się bardzo szybko, a tymczasowa poduszka uciekłaby mu spod policzka. Chciał jeszcze chwilę odpocząć, a potem sobie iść... Wystarczyła minutka, może dwie.
 — Widocznie jestem bardzo stary.
Wypowiedział myśli Mikiego na głos. Zrobił oględziny rany, starając się ocenić poprawność działania. Osiem na dziesięć, ale jedynie tylko dlatego, że zrobiłby to lepiej. Nadmuchane ego zajmowało zbyt wiele miejsca w tak chudym ciele i często próbowało wydostać się każdym możliwym sposobem. Najczęściej ustami, przez które miewał nie lada problemy. Nagroda za jego głowę, znajdywała się na wysokiej, desperackiej liście i tylko mieszkańcy czekali aż powinie mu się noga, a kark sam podsunie pod topór.
Pan? Raz mi mówisz na ty, raz na pan. Zdecyduj się.
Mruknął trochę urażony. Może faktycznie należał do wiekowych eksponatów, jednak fizycznie prezentował się bardzo dobrze. Poza chudymi ramionami i sporym spadkiem wagi przez zażywanie środków odurzających.
Przez twoje gadanie.
Naprostował. Podniósł się leniwie z posłania, dając dzieciakowi nieco więcej przestrzeni osobistej. Przesunął się niczym duch w stronę okna.
Zasklepi, zaklepie. Ta rana to małe gówno. Nic więcej.
Wymamrotał nieobecny.
 Przesunął koniuszkiem języka po spierzchniętych wargach.
Uczucie niepokoju na nowo powróciło, kołatając jego serce. Puls przyspieszył, a chęć złapania tchu stała się jeszcze większa. Czaszkę rozsadzało ciśnienie.
 Potrzebował wyjść.
 Uciec z tego miejsca.
 Od tego chłopca.
 Natychmiast.
Im dłużej przebywał w jego towarzystwie poczucie stabilizacji wracało, a chęć pozostania na jeszcze chwilę przeciągała się.
 Rozstania należało traktować jak ranę z plastrem. Pociągnąć szybko za plaster i zapomnieć o bólu. Tym razem nie zamierzał zrobić wyjątku, zwłaszcza, że Miki przyprawiał go o zawroty głowy. Zbyt dużo cukru i dobro w jednym pomieszczeniu, w krótkim odstępie czasu. Dla Niklasa odruchy młodzieńca były tak nienaturalne i wyjęte z dotychczas znanego mu świata, że przez chwilę zastanawiał się czy czasem nie oszalał.
Możliwie, że stało się to dawno temu.
Muszę iść.
Odparł głosem nieznoszącym sprzeciwu. Spojrzał kątem oka na siedzącą na sofie postać, czując wobec niej dług wdzięczności.
Nienawidził być dłużnikiem.
Gdybyś kiedyś zgubił się na Desperacji i potrzebował...
No właśnie, Niklas, czego?
Pomocy?
Twojej?
Nie bądź śmieszny. Dobre sobie.
 Uśmiechnął się półgębkiem, nieco cynicznie. Roześmiał się w ten typowy dla siebie, perlisty śmiech i zamknął wargi.
Czas się zbierać. Musiał załatwić swoje sprawy, a potem wracać na Desperację. Pozostawienie apteki w rękach Jekylla mogło okazać się jego największym błędem.
 Ruszył do drzwi wejściowych. Spojrzał na Mikiego, a potem zniknął.



[z tematu — Pride]
Pride





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Gość on Pon 18 Cze - 12:14
 Nie miał powodu, by nie wierzyć, a jednak słowo 'pomagam' wypowiedziane w tak ostro wywołało na ciele Gilarda dreszcz. Czuł, że jest dokładnie odwrotnie, ale nie widział sensu, by drążyć niewygodny temat. Postanowił wbrew wszystkiemu, przede wszystkim wbrew sobie uwierzyć.
 — Pomagasz. To dobrze...
 Poczuł się tak, jakby na moment stracił równowagę. Do tego momentu zapomniał, jak kiedyś, bardzo dawno temu gdy matka jeszcze żyła, ale była już bliska śmierci obiecał sobie, że znajdzie odwagę, by uciec poza mury i znaleźć swojego ojca. Tera, gdy odkrywał gwałtownie charakter świata poza bezpieczną utopią nie był już tak pewny siebie.
 Odwrócił głowę lekko urażony. Miał problemy z określeniem wieku Pride'a, więc nie mógł zdecydować się na formę. Wcześniej uznał, że jest od niego nieco starszy, ale nie na tyle, by zwracać się per pan. Kiedy wyszło, że może ich dzielić wiele dziesiątek... nie, setek lat, został znowu sprowadzony na ziemię, czuł się jak dzieciak i przedrostek w wypowiedział zjawił się naturalnie. Przecież nie znał etykiety Desperacji.
 Przynajmniej miał nadzieję, że coś takiego tam istnieje.
 Odetchnął głośni, kiedy mężczyzna się niego odsunął. Od początku ta sytuacja wyraźnie mieszała mu w głowie, nie mógł poradzić sobie z jednoczesnym byciem sobą, ale i dobrym medykiem. Poniekąd czuł, że prawdziwy lekarz był w stanie poświęcić swoje własne ja dla dobra drugiej osoby, ale on tego jeszcze nie potrafił. Czasami chciał czuć się dobrze sam ze sobą i nie zwracać uwagi na innych. Zachowanie drugiego człowieka i to, że on sam był jakiegoś rodzaju specjalistą w tej dziedzinie stawiała poziom zadania na nieosiągalnym dla anioła poziomie.
Muszę iść.
 — Już? — zapytał mechanicznie, ale skarcił się w myślach za brzmienie swojej wypowiedzi. — Mam na myśli... już czujesz się na tyle dobrze?
 Odepchnął się rękami od skraju łóżka by wstać i podążył wzrokiem za mężczyzną. Nie wyglądało na to, by miał doczekać się odpowiedzi, ale w pewnym sensie rozumiał potrzebę emanująca z jego spojrzenia. Musiał stąd zwiać, nawet jeżeli mógłby także zostać. Przez całą rozmowę nie czuł tego tam mocno jak teraz. Ten człowiek niewątpliwie nie był stąd.
 Kiwnął głową lekko zmieszany na słowa, które usłyszał na samym końcu.
 Bardzo wątpliwe, że znajdzie się kiedyś na Desperacji, ale nie chodziło wcale o faktyczną wdzięczność. Wystarczyło, że wymordowany okazał tym nawet minimalną dobroć. To wystarczyło, by Miki wybaczył mu obicie nosa i wszystko inne. Nie było czasu na dłuższe zastanawianie się nad tym, co miało właśnie miejsce. Musiał wrócić do sklepu i pomóc babci. Przesadzając kwiaty na magazynie będzie miał wystarczająco dużo czasu na zastanowienie.

z/t
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Laura on Wto 27 Lis - 15:18
Lekarka zadarła głowę ku błękitnemu niebu, przerywając na chwilę lekturę pożółkłego kompendium medycyny sądowej, kupionej za grosze w antykwariacie. Od zawsze wiedziała, że przeprowadzanie sekcji zwłok byłoby super, a ten podręcznik tylko ją w tym upewniał. Weźmy choćby pod lupę utonięcie. (I pomińmy niewyjściowy wygląd nieboszczyka.) Gdyby ktoś utonął w bagnie, ciało przez pewien czas byłoby jak zmumifikowane i nie zmieniłoby się o jotę.
Wesołe rozmyślania przerwał jej migający alarm przepustki, przypominając o zbliżającym się spotkaniu. W sumie była już na miejscu, pod konkretną kwiaciarnią, tkwiąc na ławeczce z absurdalnie czerwoną apaszką na szyi, której sama nigdy by nie wybrała, więc, tak, przypomnienie nie było konieczne. Przeklęta szkarłatna chustka odznaczała się na tle jednolicie ciemnego stroju Laury – elastycznych spodni i bluzki o koronkowych rękawkach.
W reklamówce jednej z odzieżowych sieciówek miała 10 bandaży elastycznych, po 10 jałowo zapakowanych strzykawek różnych rozmiarów i opakowanie igieł. Nie miała pojęcia kim jest kontakt z telefonu Lazarusa i czego oczekuje jako towaru prócz enigmatycznego „sprzętu medycznego”. Ze swojej strony (strony ogródka) dorzuciła po woreczku suszonego kwiatu lipy, młodej pokrzywy i mięty pieprzowej.
Spodziewałaby się wszystkich, ale nie Pride’a wewnątrz murów Miasta. Nie wi(e)działa jednak jeszcze, że to on, sam mężczyzna z kolei nie musiał jej poznać, bo gdy jeszcze przesiadywała na Desperacji, była znacznie chudsza, jasnoruda i nie posługiwała się prawą ręką.




Dobry ratownik to żywy ratownik


Laura





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Pride on Czw 29 Lis - 13:43
 Szedł ulicą w dobrze znane przez siebie miejsce. Umówione spotkanie odbyć się miało niebawem, a on już i tak wiedział, że będzie spóźniony. Kuternoga zapewne czekała zniecierpliwiona i z jawnym grymasem na ustach, który prawdę mówiąc, nie odrywał się na moment od jego twarzy.
 Naciągnął mocniej na siebie sweter, obejmując dłońmi własne przedramiona i chowając nos — na tyle ile się dało — w kołnierzu ubrania. Pachniał urzędnikiem, a jemu ten zapach kojarzył się pralnią chemiczną. Zważając na osobliwą osobowość pana Havoca mógł pokusić się o stwierdzenie, że wszystkie swoje rzeczy oddawał w ręce profesjonalistów, którzy do cna wytrzepali z jego ubrań nieporządne bakterie.
Trącił ramieniem jakiegoś chłopaka, kiedy przechodził przez ulicę.
— Ej, uważaj trochę!
Obruszył się zdenerwowany, odwracając głowę w stronę nietutejszego gościa. Niklas obejrzał się również na obiekt, który zamiast oczu, posiadał puste, czarne oczodoły. Szybko odwrócił wzrok doskonale wiedząc, co było skutkiem przerażających obrazów, które zdarzało mu się widywać od czasu do czasu.
 Przemknął niczym cień, snując się między mieszkańcami zmierzając do Papierowych Motyli. Był blisko.
 Pokonał dystans w kilka minut, zerkając w wytyczone miejsce. Przystanął z boku, mieszając się z tłumem i starając się wzrokiem odszukać paskudną gębę Lazarusa.
Nie ma go.
Zaśmiał do siebie pewny, że śmieć go wystawił. Syknął żałując interesów z nim.
Błądził chwilę wzrokiem po nieznajomych, chcąc ostatecznie odpuścić, ale dostrzegł znajomą sylwetkę. Stała się niezwykle wyraźna na tle pozostałych, a on mógł śmiało odgadnąć kogo profil rozpoznał.
 Spojrzał w odbicie witryny zegarmistrza, patrząc na własne smutne odbicie, zastanawiając się czy go rozpozna. Oblizał spierzchnięte usta, paznokciami sięgając do szyi i rozdrapując na niej niewielki strupek. Niewielki strupek odleciał, zostawiając po sobie czerwony punkcik. Punkcik, których na jego ciele było zbyt wiele.
Muszę wracać
 Ruszył do dziewczyny. Zaszedł ją z boku, łapiąc za nadgarstek i pociągając w swoją stronę.
Witaj.
Uśmiechnął się przyjacielsko.
Gdzie ten, pieprzony, Kuter---Lazarus?
Poprawił się szybko, nie tracąc na uprzejmym tonie. Spojrzał na trzymaną przez dziewczynę siatkę, jednak na ułamek sekundy, potem szybko wrócił na jej twarz. Puścił lekarki nadgarstek, odsuwając się od niej na krok w tył dając tym samym nieco więcej przestrzeni.
Pride





Pride
Opętany     Lekarz
GODNOŚĆ :
Pride & fałszywe nazwiska.


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Laura on Czw 6 Gru - 3:07
Napawała się przebywaniem na powierzchni, pod gołym, błękitnym (nawet jeśli nadal sztucznym) niebem. Tegoż nieba i technologii brakowało jej najbardziej w nowym życiu. Tych dwóch rzeczy brak najdotkliwiej odczuwała w skądinąd niemal przyjaznych tunelach Łowców. Nadal nie czuła się ich częścią. Mówiła: „Łowcy to, Łowcy tam, oni tamto i siamto”, jakby stała z boku, jedynie obserwując; zawsze bierna, skora jedynie do pomocy gdy zrobią sobie „ała” i nabiją „kuku”. Mimo przystąpienia do grupy oporu brakowało jej swobody działania, rozmyślała z rozbawieniem w ten jakże ciepły, wczesny, idealny wieczór. Idealny zachód słońca, rozlewający się różową i cynobrową łuną za drzewami i okolicznymi budynkami, okalał idealne przedmieścia i ich idealnych mieszkańców – zawsze zdrowych, zawsze uśmiechniętych, zawsze dobrze ubranych. Wypuściła długi, wstrzymywany oddech.  Powinna teraz pokręcić z politowaniem głową – nad sobą samą. Była częścią państwa i było jej źle; jest częścią ruchu oporu przeciwko niemu – i nadal nie może sobie znaleźć miejsca. Gdzie by nie poszła, i tak czegoś jej brakowało, i tak nie do końca łapała zasady gry. Może powinnaś wrócić na Desperację, gdzie ich nie ma?

A jednak to Desperacja z hukiem wdarła się w jej osobistą przestrzeń (pewnie w odwecie, że Laura natychmiast odrzuciła pomysł powrotu poza mury M-3). Przypuszczała, że kontakt Lazarusa będzie kimś spoza Miasta, ba! musiał nim być skoro nie mógł nabyć towarów jak normalny, biały człowiek, nie przypuszczała jednak, że będzie na tyle bezczelny, by łapać ją za ręce i podrywać z ławki, ciągnąc w ciemny kąt. Prawie.
Zielone spojrzenie kobiety spiorunowało winowajcę nim jeszcze myśl dogoniła wzrok i mózg lekarki przetrawił, że stojący przed nią delikwent jest bardziej niż znajomy. Blizna na twarzy jest bardziej niż znajoma. Cienie pod oczami więcej niż znajome. Wtedy po sekundzie lub dwóch wzrok jej złagodniał, a kamienna zwykle twarz przybrała wyraz czegoś podobnego do osłupienia, szoku czy innego niewielkiego, lekkiego zdziwienia. Całe szczęście powstrzymała się przed otworzeniem ust; już teraz wyglądała wystarczająco głupio. Zamrugała, a pierwszymi od czterech lat słowami była prośba, by powtórzył pytanie, bo zupełnie go nie słuchała. Dokładniej, poprosiła, żeby powtórzył pytanie, bo „znów mamrocze pod nosem jakby mówił do swojego ego, nie do niej”, ale to tam, na marginesie. I ten jego uśmiech, spreparowany na potrzeby publiki. Aż przechodziły od niego dreszcze.
Gdy cel pobytu Pride’a stał się jasny – ergo to on przybył po przedmioty, które ona oferowała, lekarkę uderzyły implikacje faktu, że pojawiła się tutaj w zastępstwie Lazarusa. Wiedziała, że mężczyzna przed nią – bez względu jak bardzo jego uśmiech był czarujący i przyjazny – nie jest miłą osobą. Żaden Desperat nie jest, jeśli chce na pustyni przeżyć i to we względnym spokoju. Laura z kolei, bez względu na sentyment jaki odczuwała i odczuwa do tego lekarza – a czy czuje, nie musiała sprawdzać, wystarczyło ściśnięcie gdzieś głęboko w środku na sam jego widok – nie zamierzała tanio sprzedać skóry. Nie miała pojęcia, czy Pride był świadom, że handluje z Łowcą, a nie zwykłym obywatelem, ale wcale nie musiała się przyznawać, że zna Lazarusa akurat z organizacji. Lepiej, żeby Desperat nie połączył za szybko faktów.
Uwolnienie ręki przyjęła z zadowoleniem; jeszcze chwila i sama by ją wyszarpnęła, z pewnością przy okazji robiąc scenę. Cofnęła się o kolejny krok, przysiadając na oparciu ławki. Zamierzała zacząć od oczywistości w rodzaju „rozumiem, że to Ty miałeś się z nim spotkać”, jednak postanowiła nie obrażać ani jego, ani swojej własnej inteligencji i przejść od razu do rzeczy. Przywołała na twarz pogodny uśmiech, nijak współgrający z rozedrganiem, które wciąż czuła.
– Wybył z miasta, chyba. W każdym razie kontakt z nim urwał się na dobre jakiś czas temu – odpowiedziała mu cicho, tonem wskazującym na pogawędkę o ładnej pogodzie lub smacznym sushi, które zamówiła wczoraj na kolację. – Ostatnie zlecenie przekazał mnie, bo – jak wiesz – siłą rzeczy orientuję się w takich sprawach.
Pride był wymordowanym, ona była biomechem i o nic więcej żadne z nich w przeszłości nie pytało. Jednak gdyby zebrać teraz do kupy wszystkie fakty, lekarka miała mało możliwości ukrycia się w M-3, tym bardziej niemałym zaskoczeniem mógł być dla niego jej widok. Miała jednak nadzieję, że mężczyzna oszczędzi sobie dociekań i zainteresuje się reklamówką, którą przyniosła specjalnie dla niego. Pozostała przecież jeszcze kwestia negocjacji ceny.




Dobry ratownik to żywy ratownik


Laura





Laura
Medyk     Biomech
GODNOŚĆ :
Laura, Wieczna lekarka


Powrót do góry Go down


Re: Kwiaciarnia "Papierowe Motyle"

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry