:: Eden :: Ogrody Edenu




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 2 1, 2  Next   

Polana nad strumieniem.    Pisanie by Malakh on Czw Kwi 13, 2017 12:13 am
Wiosenny wiatr przedarł się przez wielkie korony drzew, opatulonych radosną, zieloną barwą i przefrunął dalej poprzez łuki wydeptanych ścieżek i szlaków bliżej nieuczęszczanych. Wesoły szelest liści dźwięczał z zapałem ponad konarami, niby to dzwony zapowiadające nadejście wyjątkowej osoby bądź chwili. W istocie była to swoista zapowiedź, jednak nie do uchwycenia w gwarze krzątającego się po okolicy towarzystwa.
Z chwilą przerzedzających się drzew, świeża trawa rozkładała się na pokaźne połacie terenu, tworząc obszerną polanę, której kraniec wyznaczał strumień. Łaskawa pogoda oświetlała lokum, przyozdabiając białe skrzydła niektórych z obecnych o piękne, złote przebłyski. Atmosfera z jednej strony wydawała się nad wyraz lekka, z drugiej przybierała znacznie bardziej uroczyste tony. Trwał ceremoniał.
Na skraju jednego ze wzniesień wybudowano coś, co najprawdopodobniej miało przypominać ołtarz. Nie ulegało wątpliwości, że na pewno posiadało taki sam stopień ważności, ponieważ właśnie wokół niego zebrał się tłum zadbanych, schludnie przystrzyżonych lub przystrojonych w wieńce głów. Był poranek wielkanocny, a aniołowie przysiedli na trawie tuż pod wzgórzem, wysłuchując tego, co miał do powiedzenia jeden z ich szanowanych braci.
- Moi kochani. Rad jestem, że przybyliście tak licznie w ten niewątpliwie uroczysty dzień, by wspólnie świętować zmartwychwstanie Syna Bożego... –  głos był potężny, zdecydowanie przyzwyczajony do wygłaszania powszechnych mów, a jednocześnie nie odstręczał od siebie słuchaczy. Wręcz przeciwnie. Ciemnowłosy anioł w białej, lnianej szacie tkał słowa wyjątkowo umiejętnie, potrafiąc z każdego zdania wykreować interesującą zagwozdkę. Nawet, jeśli mówił o rzeczach ogólnikowych i takich, które bez wątpienia przewijały się rok za rokiem w tym samym charakterze, na twarzach cierpliwie słuchających anielic i aniołów, z chęcią wykwitały uśmiechy. – … pozwólcie mi przytoczyć ideę naszego spotkania oraz fundament, dla którego ten dzień przyświeca nam taką ważnością…
Wszyscy tu zebrani, w tym goście z innego świata, którzy przemieszali się pomiędzy edeńskimi braćmi, mogli zauważyć, że ceremoniał, zaczęty z najwyższym dostojeństwem, z czasem rozluźniał się i idealnie wpasowywał w lekkość wiejącego między jasnymi sylwetkami wiatru. Tradycja była pojęciem względnym, nieuchronnie związanym z przemijającym czasem. Tak i obrzędy zmieniały się wraz z upływem wieków. Ciemnowłosy anioł nie czytał Pisma, a opowiadał o nim to, co sam zapamiętał z własnego doświadczenia. Nie ukrywał się pod płaszczem powagi. Biła od niego siła, której nie musiał podkreślać chowanym uśmiechem, gdy przecież dzień był taki radosny.
Potok słów zakończył się wspólną modlitwą.
Czasy wymagały jednak nie tylko wspomnień syna Kreatora… czasy wymagały również modlitw za tych, którzy naprawdę powtórnie otworzyli oczy po śmierci, a nie zostali zaproszeni do Królestwa Niebieskiego. Choć nie było to wspomniane w prelekcji anioła w lnianej szacie, wszyscy zdawali się wiedzieć, że ich wspólne spotkanie musiało mieć też wyższy cel, niż zwykłe świętowanie.

( … )


- Zapraszam wszystkich na śniadanie! – zarządził jasnowłosy anioł z lekko zakręconą po bokach czupryną. Ruchy miał rześkie, twarz bardzo przyjazną. Wskazał ręką ku dołowi polany, gdzie od dobrych kilku godzin na wszystkich czekał poczęstunek. Skromny, wedle samego Istarotha, który to właśnie udzielał się najżwawiej w całym towarzystwie, a z pewnością bogaty dla wszystkich gości z Desperacji, których to jego szybkie, zielone spojrzenie usilnie próbowało wyłapać. – Wy! – poczłapał w końcu do stróżów, przybyłych wprost ze Smoczej Góry, z uśmiechem kładąc im dłonie na ramionach. – Niezmiernie się cieszę, że mogłem was zastać… Uriel! – zwrócił się do niższego szatyna z tyłu całego zbiorowiska, wychylając się gwałtownie za najemników. – Przyprowadź proszę naszych braci z Desperacji! I wszystkich stróżów! Niech wszyscy zasiądą tuż obok mnie. W końcu, nie wiem czy pamiętacie, ale to ja dostarczyłem wam listy. Mam nadzieję, że dokładnie je przeczytaliście i jesteście chętni na rozmowę. Chciałbym was lepiej poznać… jak zapewne większość z nas. – rzucił zamaszystym ruchem wskazując na całe zbiorowisko, które mimo przyjaznych twarzy, nie zwróciło na Istarotha większej uwagi. Wyjątek stanowił Hitoashi, który nieszczęśliwie nawinął się na tor lotu nieokiełznanej ręki anioła, niefortunnie wpadającej mu wprost na twarz. Istaroth był jednak zbyt zaaferowany własnym trajkotaniem, by móc to zauważyć, więc przepraszające spojrzenie dostał od nieco mniej śmiałego Uriela, prowadzącego resztę gości.
- Może też się przysiądziesz? – zaproponował szatyn z delikatnym uśmiechem, nerwowo poprawiając białą koszulę. Tymczasem żwawy skrzydlaty zszedł na sam środek polany i zajął miejsce na obszernym kocu, niedaleko koszów z owocami, chlebem czy innymi dobrodziejstwami. Wkrótce za nim przybył Uriel.
- Do mnie, do mnie! – wołał zachęcająco Istaroth. – Przysiądźcie się i przedstawcie, proszę!

Lista obecności:
- Hitoashi
- Nathair
- Dude
- Raven
- Tyrell
- Viktor
Termin odpisu: 20.04.2017, godzina 20:00
Kolejność odpisów dowolna.


_________________
A to przykazanie mamy od niego,
aby ten, kto miłuje Boga,
miłował i brata swego.

_______________________________1 Jana 4,21



Malakh
-----------

avatar

Liczba postów : 11

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Viktor on Pią Kwi 14, 2017 1:28 am
Viktor wstał dzisiaj dość wcześnie, pomimo że zasnął dopiero koło trzeciej w nocy. Pierwsze promienie słoneczne zaczęły dostawać się do jego domu przez okna powoli oświetlając pomieszczenia. Nie tracąc czasu zerwał się na równe nogi po czym rozpoczął przygotowywać się na dzisiejsze wyjście. Poranna toaleta, ubranie się oraz przygotowanie kilku rzeczy do torby. Po mimo, że jest wybiera się na wspólne świętowanie nie może zabraknąć mu pod ręką najprzydatniejszych przedmiotów medycznych. To też po chwili niewielkich rozmiarów brązowa torba przez ramię wypełniła się bandażami, gazami, wodą utlenioną, igłami, szwami, rękawiczkami oraz kilkoma preparatami.
Przed dziesiątą opuścił swój dom i skierował się w stronę ustalonego miejsca spotkania. Ubrany w elegancką białą koszulę, granatowy krawat, czarny długi płaszcz, czarne spodnie garniturowe, czarne lakierki oraz skórzane czarne rękawiczki. które skrywały Destroyers. Przez ramię przewieszoną miał torbę z medykamentami. Po dłuższym spacerze znalazł się na polanie nad strumieniem, gdzie zebrało się już sporo zaproszonych gości. Wszyscy słuchali uważnie przemowy ciemnowłosego anioła. Viktor nie chcąc nikomu przeszkodzić stanął na uboczu pod drzewem i sam wsłuchał się w słowa płynące z ust jednego z jego braci. Po przemowie oraz wspólnej modlitwie został jeszcze przez chwilę pod drzewem przyglądając się zebranym osobą. Nie dostrzegł jednak żadnej znajomej twarzy. Może niektórych widział gdzieś w Edenie czy na Desperacji, ale nikt nie wydawał się specjalnie znajomy. Kiedy zgromadzeni zaczęli zbierać się dookoła Istarotha na kocu Viktor postanowił się dosiąść. Usiadł na skraju koca lekko podpierając się jedną ręką o ziemię czekając na dalszy rozwój sytuacji.

_________________
#660033- wypowiedzi Viktora
myśli



Viktor
-----------
Anioł

avatar

Liczba postów : 63
GODNOŚĆ : Viktor Blue

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Tyrell on Pią Kwi 14, 2017 10:34 pm
Kto by pomyślał, że siedząc w zimnym pokoju, w Kamiennej Wieży i ściskając w dłoni zmierzwiony kawałek listu odważy się wykonać krok przeciwko monotematycznym obiekcją, pałętającym się za nim jak smolisty cień. Niepamięć potrafiła być zbawienna. Sam był tego zresztą przykładem. Przez lata biała mgła spowijała jego nieświadomy umysł nie pozwalając na pamięć o Edenie i dawnej tożsamości, dopóki nie natrafił na pewien kłopotliwy mur. Mur zwalisty i nieuchronny w postaci anioła, od którego wszystko się zaczęło...
  Teraz stał z tyłu, na samym końcu zgromadzenia. Pod rozłożystą korona drzew, której ciemne cienie młodych liści padały na jego twarz w postaci plamistych, niekształtnych kropek. Raksha siedział mu na ramieniu, z zainteresowaniem obracając małą główką i dziobiąc cienką gałąź, która najwidoczniej mu przeszkadzała. Słońce tego dnia było wyraźne na tle pięknie zieleniejących terenów raju. Patrząc tak ponad głowy wszystkich zebranych i wpatrując się w nikły, majaczący horyzont był prawie pewien, że pamięta z tego miejsca wszystko. Co prawda fragmenty wspomnień nadal były niekompletne, ale coraz wyraźniej odbierał to miejsce jako swoje. Czy żyjące tu anioły go pamiętają? Na pewno nie. Nigdy się nie wyróżniał. Na dodatek kiedy zniknął miał naście lat. Dawni przyjaciele? Przyjaciele... Właśnie.
  Ocknął się dopiero, kiedy przemowa dobiegła końca. Skończył modlitwę krótkim skinięciem głowy. Był spięty. Bardziej niż zwykle. I choć nie było tego widać po jego pustej niewyrażającej emocji twarzy, to jednak wyraźny błysk w oku pozwalał czytać z niego jak z otwartej księgi. Przetoczył wzrok na stojącego tuż przy nim Dude'a, zaraz potem Evana. Sam nie ośmieliłby się tu wrócić. Nigdy.

❋❋❋

  Poprawił swój materiałowy plecak (po zewnętrznej stronie zaczepione były — ostrzem do dołu — dwie błyszczące kamy) i otrzepał bluzę z sypiącej się kory. Miał już ruszyć na rekonesans wzdłuż rozciągającej się doliny, kiedy poczuł na swoim ramieniu czyjąś ciepła dłoń. Odruchowo obrócił spokojna twarz w kierunku rozpromienionego oblicza blondyna. Bark Tyrella opadł gwałtownie pod jego dotykiem, jakby ręka anioła ważyła z tonę. Skierował wzrok gdzieś w bok szybko uwalniając się spod śmiałego spojrzenia. Zbyt blisko. W tym samym momencie dłonie wesołka pościły ich obu i właśnie wtedy dostrzegł kątem oka wyłaniającego się Uriela, a zaraz ponad jego ramieniem rozłożystą polanę okrytą kolorowym jedzeniem. Nie widział czegoś takiego od dawna. Ślina machinalnie zebrała się w jego ustach, czego nie potrafił w żaden sposób zignorować. Rzucił krótkie spojrzenie na Dude'a i Evana, którzy znajdowali się w zasięgu jego wzroku, jakby chciał zobaczyć na ich twarzach odpowiedź, a potem ruszył wolno. Raksha poruszył błyszczącymi skrzydłami.
  Schodząc po delikatnym wzniesieniu czuł zawiewający, przyjemny wiatr. Skurcz żołądka wydał się jeszcze wyraźniejszy, gdy znalazł się tuż przy rozłożonym bufecie. Podniósł głowę znad rozmaitych owoców i spojrzał na Istarotha.
  — Przysiądźcie się i przedstawcie, proszę!
  — Tyrell — zaczął pierwszy spokojnym głosem bez krzty przejęcia i znów przesunął wzorkiem po pożywieniu. Zasiadł po turecku. Raksha zaskrzeczał, przeskakując z nogi na nogę.
Tyrell, jesteś tego pewien? Nie powinieneś się przedstawić jako Sora?

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Gość on Nie Kwi 16, 2017 11:47 pm
Siedział w bezruchu na poniszczonym materacu, a jego zamyślony wzrok wpatrywał się w brudną, obdartą z tynku ścianę.  Gdyby ktoś przyglądałby mu się z boku, mógłby pokusić się o stwierdzenie, że szarowłosy w tamtej chwili wyglądał jak kamienny posąg. Jego twarz był pozbawiona jakichkolwiek głębszych emocji, blade, złączone wargi udawały poziomą kreskę, a oczy wydawały się być puste, pozbawione jakiegokolwiek połysku, jakby doszczętnie wyschły.
Oddychał spokojnie, biorąc bardzo duże wdechy powietrza, które wypuszczał z siebie bardzo powoli, jakby z trudem. Śmiało można go było porównać do osoby, która dopiero co wykaraskała się z jakichś poważnych kłopotów i dość niedawno została odłączona od szpitalnej aparatury, bez której ledwo co dawała radę samodzielnie łapać oddech. Do przeciągłych wdechów i wydechów doszło również ciche rzępolenie, które z czasem zaczęło mu przeszkadzać, powodując, że tak nagle powrócił do szarej rzeczywistości, odcinając się od wszystkich dotychczasowych przemyśleń.
Nerwowo zamrugał oczami, by te na nowo zaczęły błyszczeć. Machnął głową na boki, a potem zwyczajnie pozwolił ciału runąć do tyłu. Wylądował plecami na twardym, w kilku miejscach wybrakowanym materacu, a głowę przechylił w bok. Wzrok skupił na złożonym na pół liście, który był zaproszeniem do Edenu. Zaproszeniem, do wspólnego spędzenia świąt w anielskim towarzystwie.
Ułożył zmęczoną dłoń na swoim chłodnym czole, przymykając na chwilę oczy, by w tej wygodnej pozycji móc znów zacząć rozmyślać. Nie był pewny czy powinien skorzystać z tej inwitacji. Nigdy specjalnie nie bratał się z tymi, który wiedli spokojniejszy żywot w Edenie. Jak niby mógł tak po prostu do nich wrócić? Czy w ogóle udałoby im się odnaleźć wspólny język? Powątpiewał w to. Nie chciał tam wracać, nie czuł się na siłach, by móc przeprowadzić spokojną rozmowę z innymi skrzydlatymi, z którymi nie miał jakiegokolwiek kontaktu od bardzo dawna.
Wyciągnął dłoń, po omacku odszukując zwój. Dopiero, gdy udało mu się go namierzyć otworzył oczy i ostatni raz zapoznał się z jego treścią, jakby chciał się upewnić czy aby na pewno wszystko dobrze zrozumiał, czy nie przegapił niczego ważnego. I nie, nie przegapił, a przynajmniej tak mu się wydawało.

***
Na odwiedziny Edenu zdecydował się niemalże w ostatniej chwili i głównie dlatego, bo okazało się, że dwójka innych skrzydlatych z Drug-on również miało tam pójść. Mogłoby się wydawać, że żaden z nich nie chciał iść sam, dlatego też zabrali się we trójkę, żeby było raźniej. Dudley ich potrzebował, wiedział, że gdyby nie oni to z pewnością nie zdecydowałby się na samotną podróż.
Trzymał się blisko Tyrella i pewnie złapałby go za rękaw, jak dziecko szukające pomocy swojej matki wśród otaczającej go ciemności, ale nie zrobił tego, uznając to za całkowicie niestosowne. Po prostu szedł obok, kątem oka sprawdzając czy ciemnowłosy wciąż idzie obok. Nie chciał go zgubić, bo nawet z nim czuł się nieco zagubiony. Nie chciał myśleć co by się działo, gdyby musiał tu być sam.
„Niezmiernie się cieszę, że mogłem was zastać…”
Na twarzy Dude'a pojawił się aktorski, wymuszony uśmiech. Skinął głową, zerkając na najemników, z którymi przyszedł, jakby kolejny raz upewniał się, że nie zniknęli mu gdzieś, bo tego wolał uniknąć.
Mrugał energicznie oczami, skupiając się co chwilę na coraz to nowych elementach wystroju. Raz zerkał w stronę ogromnego koca, później przesuwał wzrok gdzieś w stronę drzew, zahaczając po drodze o kosze z owocami i innymi smakołykami. Starał się nie zaślinić na widok tego dobrobytu, przytykając wierzch dłoni do lekko popękanych ust.
Uśmiechał się, teraz już nieco bardziej szczerze, jakby nabrał nieco pewności, choć nadal nie czuł się w towarzystwie edeńskich skrzydlatych bardzo komfortowo. Oni przyodziani w piękne, czyste ubrania... a on? Miał na sobie podziurawione, częściowo połatane spodnie w ciemnym odcieniu i pobrudzoną bluzę. Nie wspominając już o desantach, do których grudki błota przywarły chyba na stałe.
„Przysiądźcie się i przedstawcie, proszę!”
Obdarzył ciemnowłosego stróża, właściciela młodego feniksa porozumiewawczym spojrzeniem, by następnie zająć miejsce zaraz obok niego. Otwartą dłoń ułożył na miękkim materiale koca, a nogi specjalnie wyciągnął tak, by swoimi uwalonymi buciorami nie ubrudzić płótna.
Nie wiedział jak powinien się przedstawić, a raczej, czy powinien powiedzieć na głos swoje imię, czy też pseudonim. Krótka chwila namysłu pomogła w rozstrzygnięciu zewnętrznego sporu — imię, było mniej inwazyjne.
Dudley. — Był równie oszczędny w słowach co Tyrell, u którego wciąż szukał wsparcia.
Wydawało mu się, że Evan był w pobliżu i że nawet zasiadł obok nich. Rozejrzał się, by go namierzyć i w razie czego machnąć do niego dłonią, by dołączył do grzania miejsca na miękkim kocu.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Nathair on Sro Kwi 19, 2017 7:30 pm
Do ostatniej chwili nie był przekonany, czy aby na pewno udać się na to wielkie, wielkanocne spotkanie. Wolał jak już spędzić to we własnym, skromnym gronie. Aczkolwiek ostatecznie zgarnął kurtkę i opuścił swój dom, nie do końca samemu będąc pewny, dlaczego właściwie tam idzie. Być może skusiła go perspektywa darmowego jedzenia, a jak wszyscy wiedzą, Nathair lubił jeść. Choć nie wyglądał na takiego, i bliżej mu do anorektyka aniżeli do kogoś z nadwagą. Niemniej znalazł się na miejscu w momencie, kiedy właściwie już wszyscy się zebrali. Wsunął obie dłonie głęboko do kieszeni kurtki, przesuwając nieco znużonym wzrokiem po zebranych, aż jasne spojrzenie zatrzymało się na nim. Na tej jednej, konkretnej osobie, która do cholery jasnej miała czelność pokazywać swoją paskudną gębę w Edenie.
Zacisnął obie dłonie w pięści, choć nie było tego gestu widać z racji ukrycia ich we wcześniej wymienionej kurtce. Ale po twarzy łatwo można było wywnioskować, oraz po mocno zaciśniętej szczęce, że Heather walczy sam ze sobą, by nie ruszyć w stronę Sory, złapać go za żuchwę i przywalić łbem o pierwszy kamień.
Miał ochotę.
Ale nigdy tego nie zrobi.
Tsk. – syknął pod nosem zajmując miejsce najbardziej oddalone od jego przyjaciela starając się ignorować go do końca tego całego śniadania. Zaczął naprawdę żałować, że w ogóle tutaj zawitał. W sumie zawsze może wstać i pójść sobie, prawda?
”Tyrell”
Uniósł brew ku górze, gwałtownie odwracając głowę w jego stronę. Czy on przypadkiem nie przesłyszał się? Tyrell? To jakieś, cholera, żarty?
Tyrell? – parsknął zwracając się do chłopaka, nie potrafiąc powstrzymać kpiny, która wkradła się do jego tonu. – Wstydzisz się swojego prawdziwego imienia, Sora? – zaśmiał się prześmiewczo, ale bardzo szybko ogarnął. To nie był czas i miejsce na to.
Przepraszam was za moje zachowanie. – dodał pospiesznie kierując swoje słowa do innych aniołów, byle nie do tego małego, przebrzydłego zdrajcy.
Nazywam się Nathair.

_________________

"When the snows fall and the white winds blow, the lone wolf dies but the pack survives"



Nathair
-----------
Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 11405
GODNOŚĆ : Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Raven on Czw Kwi 20, 2017 12:47 pm
Nawet nie spodziewał się tego, że dostanie zaproszenie na taką uroczystość, na którą swoją drogą nie był nawet w minimalnym stopniu przygotowany. I to nie chodzi o wizerunek, a o sam sposób bycia. Nie był odpowiednią osobą, która mogłaby gościć przy czymś takim. Najwyraźniej sumienie gryzło go do tego stopnia, że nawet nie był gotów wybrać się na zwyczajne święta wielkanocne, które co roku są robione w Edenie. Czemu zatem teraz go zaprosili, a wcześniej nie? Dobre pytanie. Czuł, że jest w tym jakiś haczyk, którego z łatwością połknie.
Bił się z myślami, rozważając wszelakie za i przeciw, aby znaleźć się w tym niecodziennym dniu. Ostatecznie stwierdził, że głupio byłoby jednak nie pójść, pomimo tego, kim się stał. Na całe szczęście nie odsunął się całkowicie od Edenu, żeby czuć wstyd i pogardę, kiedy znalazł się wśród braci i sióstr. Dobrze wiedzieli, że Evan zawsze służył pomocą, kiedy Eden akurat jej potrzebował. Był gotów poświęcić naprawdę wiele. W końcu wiedział, jakie życie wiedzie i dobrze jest chociaż w minimalnym stopniu się odpłacić. Przynajmniej sumienie mniej gryzło.
Stojąc jak zwykle na uboczu, obserwował wszystkich zebranych dość uważnym spojrzeniem. Szybko pośród tłumów wyhaczył dwóch smoków, których swoją drogą spodziewał się. Bardziej oni mogli się nie spodziewać przybycia Evana na coś takiego. W końcu tego typu "imprezy" nie były jego mocną stroną. Niemniej najbardziej jednak skupił się na wypowiadanych słowach, które chciał im przekazać organizator tej całej tradycji. Tradycji, która na przestrzeni lat mocno się zmieniła. Westchnął cicho, trochę ciężko, odmawiając z całą resztą modlitwę na samym końcu. Po słowach "podejdźcie tu i się przedstawcie", Rush miał mieszane uczucia, aby to zrobić. Jednak odbijając się od drzewa, przy którym stał i się opierał, podszedł do całej reszty gromady, chcąc się chociaż w minimalnym stopniu zintegrować. Nie będzie to proste.
- Raven - powiedział krótko, bez zbędnych ceregieli i uwag odnośnie tego, iż nie przedstawił się prawdziwym imieniem. Również spojrzał się surowo po tych, którzy chcieli wtrącić swoje trzy grosze, bo przecież nie tak się nazywał. Wiedział jednak, że pośród nich jest parę wymordowanych, którym udało się wkręcić na owe przyjęcie. Nie chciał, aby jego tożsamość przez nich została odkryta, dlatego wolał posłużyć się pseudonimem, niżeli prawdziwym imieniem. Pozwolił sobie także usiąść nieopodal smoków, wcale nie dlatego, że ich twarze kojarzył najbardziej. Także skubnął winogrono, które ochoczo prosiło się o zjedzenie. Widocznie nie miał krępacji z częstowaniem się jedzeniem, które przed nimi było. Szkoda, aby się zmarnowało.

_________________
Mowa Evana #660000



Raven
-----------
Żmij     Anioł

avatar

Liczba postów : 1183
GODNOŚĆ : Znany jest jako Evan Rush.

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Hitoashi on Czw Kwi 20, 2017 7:51 pm
Przymknął na moment oczy, pozwalając by jasne promienie słońca osiadły na jego twarzy w ten niezwykły wiosenny poranek. O wiele łatwiej jest się skupić na opowieści snutej przez jednego z braci, kiedy nic wokół nie jest w stanie Cię rozproszyć. Znał ją. Słyszał już tyle razy. Niemal każdą wersję powtarzaną rok rocznie od początku, prawdopodobnie aż do nieskończoności. "Bowiem tak wielka jest chwała Pana." Sądził poniekąd, że to dlatego iż ludzie mają słabą pamięć, a i najpewniej znajdą się tacy, którzy jeszcze o niej nie słyszeli. To historia która nigdy się nie nudzi, jednak takie lubią rozleniwiać najbardziej. Szczególnie tego dnia, w tak pięknym miejscu. Drzewa, miękka łąka, rzeka i ten delikatny, ciepły wiatr. Z Hitoashim nie było inaczej. Rozbudził się dopiero po skończonej modlitwie, by zaraz po tym wstać i spojrzeć na nowo przybyłych. Wielu twarzy nie znał. Wręcz większości, jeśli wziąć pod uwagę również wymordowanych oraz anioły spoza Raju. Ci ostatni jawili mu się zawsze jako bohaterzy, którzy najwięcej dla świata czynią. Opuścili bezpieczną przystań aby poświęcić się pracy na Desperacji. Tak przynajmniej sądził. Za mało na ziemi bywał i za mało widział aby móc się w pełni na ten temat wypowiedzieć. Tym bardziej iż jego wyobrażenia,  wciąż pozostają mocno spaczonym obrazem świata sprzed wieków.

Tuż po ceremonii przeszedł się kawałek, chcąc uciec od tłoku oraz wyjść z gwarnego tłumu, który został pokierowany ku kocom zastawionym świątecznym jadłem. Nie spieszyło mu się. W domu nie brakowało również jedzenia, zatem uznał iż pierwsi do posiłku powinni zasiąść Ci najbardziej potrzebujący oraz Ci którzy nieczęsto widują tak urozmaicone potrawy - czyli mieszkańcy Desperacji. Od dłuższego czasu im się przyglądał. Nie nachalnie. Po prostu był ich ciekaw. Tego jak sobie radzą i jakie krzywdy muszą znosić. Sądził, iż podobne obserwacje pomogą mu nieco lepiej zrozumieć się z bratem oraz poznać sprawy, którymi owy się kieruje gdy znika poza bramą Edenu. Dziecięca naiwność nadal się go trzymała. Zaś jak dało się usłyszeć z różnych stron, nie tylko jego.
Anioły z Desperacji w większości stawiły się w Edenie dopiero na specjalne zaproszenie. Niczym na słowa starej matki, zwołującej zwaśnione dzieci na niedzielny obiad, by chociaż tego jednego dnia - w święta - poudawać jedną, wielką i szczęśliwą rodzinę. Część z nich wydawała się nieco rozczarowana tą doniosłą 'imprezą,' natomiast druga część zabrała ze sobą swe troski i urazy ani myśląc udawać. Z nieznanych mu względów nie mogąc sobie odpuścić. Aż tak źle się tu czuli?
Hito również chciał się przedstawić licząc na to, że atmosfera wkrótce się poprawi. Przynajmniej kilku skrzydlatych, którym wiary i zapału nie brakowało bardzo o to zabiegało. Może nawet tych starań było aż nadto, bowiem dobre intencje Oashiego szybko zostały wybite mu z głowy, ręką samego Istarota. Niespodziewany cios wywołał lekki szok w młodym aniele. Cofnął się o krok, natomiast szeroki uśmiech odruchowo został zastąpiony przez grymas bólu. Chyba nie do końca był pewien co się dokładnie stało. To tylko przez nieuwagę ich obojga – wyjaśnił niemo w stronę przepraszającego go Uriela, starając się przywołać pogodny wyraz twarzy - nic się nie stało, wszystko jest w porządku, już nawet nie boli.
- Może też się przysiądziesz?
- A-a, tak. Miałem taki zamiar.
Pomachał mu, a gdy tamten tylko się odwrócił, zasłonił nos rękawem kimona masując go dyskretnie. Jednak bolało. Mimo wszystko nie zrażał się tym małym incydentem. Pewnie nawet nikt nie zauważył – poza nim oraz Urielem oczywiście. W każdym razie postanowił, że teraz zajmie miejsce bardziej na uboczu. Pośród mniej rozbuchanego i gwałtownego towarzystwa. Jeszcze brat sobie pomyśli, że go w Edenie pobito i zabroni mu uczestniczyć w takich uroczystościach. To mogłoby doprowadzić do wielu nieporozumień, a Hito bardzo chciał tu być. Westchnął głęboko, wyrzucając z siebie wszelki ciężar oraz myśli, po czym przysiadł się do jednego ze słabiej okupowanych miejsc, tuż przy koszach.

_________________
治せ正せや 乱れたこの世
Heal & correct this chaotic world
_______________________________________________
a93a4d- mowa skrzydła głos



Hitoashi
-----------
Anioł

avatar

Liczba postów : 32
GODNOŚĆ : Hitoashi Koyomi

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Malakh on Pią Kwi 21, 2017 9:13 pm
Serdeczny, szeroki uśmiech wciąż trzymał się jasnej twarzy blondyna, który z wyraźnym entuzjazmem odchylał łeb na wszystkie strony, upewniając się, że każdy z osobiście zaproszonych przez niego gości, zasiada przy nim na kocu. Energiczne były nie tylko gesty Istarotha, ale i same grymasy, które szybko zmarszczyły mu nos w zawiedzionym wyrazie, zauważając, że pierwszy z aniołów postanowił zasiąść tak daleko od niego. Skrzydlaty rozwarł usta i już przymierzał się do pewnej uwagi w kierunku Viktora, gdy nagle odezwał się pierwszy z głosów. Zakręcone loki zatrzęsły się pod wpływem szybkiego obrotu łba w kierunku zasłyszanego dźwięku.
„Tyrell”
„Dudley”
Zawiedzenia ciąg dalszy.
- Ależ jesteście oszczędni w słowach! – zaśmiał się, próbując obrócić wyczute napięcie w żart. Istaroth, tak jasny i czysty na tle gości z Desperacji, wyraźnie nie rozumiał zamknięcia przybyszy, przechylając z zainteresowaniem łeb to w jedną, to w drugą stronę. Uriel, który do tej chwili siedział spokojnie, zwrócił wymowne spojrzenie w stronę ruchliwszego brata, najwyraźniej posiadając więcej zrozumienia do mniej narwanych jednostek.
- Istarocie, myślę, że twój entuzjazm może ich przytłaczać. Wszak dla większości jest to sytuacja nowa i nieznana. – uprzejmie zauważył brunet. – Tyrellu, nie krępuj się. Skosztuj trochę jadła, bo przecież po to ono tutaj jest. Wy wszyscy możecie się częstować, proszę. – dodał po chwili Uriel, zauważając łakome spojrzenia Smoków. Dla zachęcenia, sam sięgnął sobie po niewielki kawałek chleba, uznając, że może, gdy sam zacznie coś jeść, inni również się odważą. Był oszczędniejszy w ruchach i minach, jednak bez wątpienia sprawiał wrażenie osoby, której zależało na komforcie gości.
Zasłyszeli kpinę w czyimś głosie.
Zielone spojrzenie Istarotha zatrzymało się na twarzy Nathaira. Zmrużył ślepia wpierw w zaskoczeniu, później w lekkiej naganie. W tym samym momencie speszony Uriel przemknął przelotnie po Sorze, acz nie był specjalnie zaskoczony wypłyniętymi na wierzch faktami. Bardziej przeszkadzała mu ewentualna możliwość zmiany atmosfery.
- Nic nie szkodzi Nathairze. Pamiętam cię z wielu anielskich spotkań, w dużej mierze organizacyjnych. Udzielasz się bardzo chętnie we wszelkich dyskusjach i z tego powodu mam do ciebie szacunek. – pociągnął Istaroth, który na moment przybrał poważniejszy wyraz twarzy. Nie był na tyle zakręcony, by pozwolić jednej osobie na zniszczenie tak radosnego dnia. Mimo wszystko cieszył się pozycją i pełnił określoną rolę w tym spotkaniu. – Rozumiem również, że macie osobiste zatargi i nie jestem w stanie nic na to poradzić. Jednakże proszę nie włączać ich w ciąg naszej rozmowy, która miała przebiegać w przyjaznych stosunkach. Tyrellu, bądź Soro, jest nam obojętne w jaki sposób poprosisz nas o zwracanie się w twoim kierunku. Nieważne które z imion jest prawdziwe, ważne, abyś nie czuł się tutaj źle. Niemniej sprecyzuj, którą godność preferujesz. Dla jasności. – puścił mu oczko, przemalowując sobie serdeczny uśmiech, starając się zażegnać ewentualne napięcie.
Uriel wpatrywał się wówczas w dal, uznając, że gadatliwy anioł lepiej rozprawi się z zaistniałą gorzkością. Choć wydawał się nieobecny, z pewnością jednym uchem wszystkiego słuchał. Wzrok jednak niezmiennie zahaczał o kręcącą się nieopodal – u skraju wzgórza - sarnę. Jakże go to ucieszyło, że nawet tak z natury płochliwe zwierzę, teraz z zainteresowaniem przygląda się anielskiemu spotkaniu. Tylko podkreślała łagodność i świeżość wybranego przez skrzydlatych miejsca.
Istaroth klasnął w dłonie.
- Nasze tegoroczne spotkanie jest inne, niż poprzednie. Bowiem, choć żadnemu aniołowi nie bronimy wstąpienia do Edenu, pierwszy raz osobiście otrzymaliście zaproszenia. Bardzo zależało nam na waszej obecności, ponieważ chcielibyśmy dowiedzieć się więcej o panujących realiach na Desperacji. – odparł blondyn, ubierając słowa w trochę bardziej rzeczowy ton. – Oczywiście w miłej atmosferze, niemniej z wyłożonymi na wierzch faktami i uwagami, które przecież zwykliście oglądać na co dzień. W obliczu wciąż dość świeżych wydarzeń – na samo wspomnienie o Metatronie, Istaroth wyraźnie zesmutniał - … chcemy dostać informacje z pierwszej ręki, by zacząć naprawiać popełnione wcześniej błędy. – pokiwał głową, jakby na potwierdzenie własnych słów i powiódł miłym spojrzeniem po wszystkich stróżach. – W listach umieściliśmy subtelną wzmiankę o waszych podopiecznych. Z radością posłuchamy kim są, czym się zajmują i czego im na co dzień brak. Być może rozpoczęcie naszej dyskusji o osobach, które są dla was najważniejsze, nieco was wszystkich ośmieli. I proszę się nie krępować w dosłownych opisach. To, że nasze oczy widują na co dzień mniej grzechów, nie znaczy, że nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Nikogo nie zamierzamy osądzać. Nie dzisiaj. – dodał, jakby na pokrzepienie. – Zaś wy – tutaj zwrócił się do aniołów, które nie piastowały stanowiska stróżów – Śmiało przedstawiajcie wszelkie uwagi, które byłyby pomocne dla zorganizowania pomocy dla Desperatów. I na miłość boską… chodź tu bliżej i przedstaw się. – zaśmiał się serdecznie, machając zapraszająco ręką w stronę Viktora.  – Dzisiaj odwiedzą nas też inni goście z Desperacji, prowadzeni przez specjalnie wyznaczonych do tego skrzydlatych. Do tego momentu mamy czas, aby na spokojnie omówić wszystko z anielskiej perspektywy.
Gdy rozgadany Istaroth nareszcie przestał mówić, Uriel rozbudził się. Podczas gdy zielonooki blondyn z wręcz wulkanicznym entuzjazmem i szczerą zachętą wpatrywał się w desperackie anioły, brunet zauważył, że jeden z gości nie do końca do owego grona pasuje.
- Mam nadzieję, że nos już cię nie boli. – zwrócił się łagodnie i cicho w stronę Hitoashiego, patrząc z uwagą w stronę nieumyślnie trzepniętego przez Istarotha miejsca. – Wydaję mi się, że akurat ty zamieszkujesz w Edenie, prawda? Co prawda widziałem cię może raz… lub dwa. Jednak czy nie mylę się, że w obecności drugiego, łudząco przypominającego cię człowieka?

Termin odpisu: 27.04.2017, godzina 20:00
Kolejność dowolna.

_________________
A to przykazanie mamy od niego,
aby ten, kto miłuje Boga,
miłował i brata swego.

_______________________________1 Jana 4,21



Malakh
-----------

avatar

Liczba postów : 11

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Tyrell on Nie Kwi 23, 2017 5:21 pm
Głosy wzbierały się w pobliżu jadła, które stało się swoistym gwoździem programu. Ponad zasiadającymi w pobliżu osobami Tyrell napotkał szczery seledynowy wzrok Istarotha i właśnie wtedy pozwolił swoim ramionom zelżeć oraz opaść luźno w swym ubraniu. Pomimo iż miejsce to emanowało ciepłem, to czuł się w ich czystym gronie jak czarna owca wśród nieskazitelnego stada. Nie przywykł do uśmiechów, do kolorów malujących się paletą barw na twarzach osób które widywał każdego dnia. Przez ostatnie kilkanaście lat zdawał dostrzegać tylko bezkresną szarość, ból i krzywdę — jej ciemny, bezkształtny obraz przywarł do jego tęczówek jak trwały tatuaż, karzący mu postrzegać siebie przez jego pryzmat.
  Gdyby tylko potrafił odpowiedziałby Istarothowi uśmiechem, ale dawno zapomniał jak się to robi. Sięgnął już zachęcony w stronę rozstawionych owoców łapiąc w dłoń duże jabłko. Jego czerwień kontrastowała na tle białej jak całun dłoni, której wierzch pokryty był czarnym tatuażem wydostającym się spod długiego rękawa kurtki. Przybliżył owoc do ust. Raksha zaskrzeczał nachylając od razu łeb. Nigdy nie przegapiłby takiej okazji. Może właśnie to miał na myśli Shane, nazywając zwierze kłopotliwym? Przymknął oczy, gryząc w ustach soczysty kawałek i przysuwając nadgryziony przysmak w kierunku bestii, która zaczęła chętnie wydziobywać biały środek. Jabłko. Zwyczajny owoc, ale tutaj, w Edenie smakował jak ambrozja.
  Wiatr delikatnie musnął jego polik. Miał już odsunąć podarunek od zachłannego dzioba Rakshy, kiedy usłyszał ten głos. Właśnie wtedy. Mówi się, że życie jest jak pudełko czekoladek, ale Tyrell nie lubił słodyczy...
  — Wstydzisz się swojego prawdziwego imienia, Sora?
  Obrócił powoli głowę w kierunku postaci, która znalazła się w jego polu widzenia najdalej. Siedziała na skraju emanując tą samą, niezmienną nienawiścią co pierwszy raz, w lesie. Zastygł. Jego czoło i policzki już wcześniej blade, teraz pobladły jeszcze bardziej. Poczuł jak organy wewnętrzne wykręcają go od wewnątrz, ale zdołał utrzymać na swojej twarzy opanowaną i badawczą minę; jak można było się spodziewać nie okazywał radosnego zadowolenia. Siedząc tak mógł niemal wyobrazić sobie hasające za jego plecami stado rumaków. Pojawienie się Nathaira wyzwoliło zaburzenia, schizofrenie. Czuł radość, ale i zarazem strach, że wszelkie zło z przeszłości zebrało się na tę przejażdżkę. Poczuł mrowienie w palcach. Skierował swoje poparzone oblicze w kierunku blondyna od którego usłyszał kolejne słowa.
  — Sory już nie ma. Umarł tamtego dnia. — Po tym zdaniu podniósł spojrzenie na Isaritha, ale wydawać się mogło, że przede wszystkim swoje słowa kierował w kierunku Nathaira. W końcu tylko on mógł poprawnie zrozumieć ten przekaz. — Tyrell — dodał dla jasności tu już kierując się do Istarotha.
  Reszta przemowy przebiegła zwyczajnie. Posłał w stronę Dude'a krótkie spojrzenie dziękując w duchu, że jest obok, a Raksha nadal zadowalał się nadgryzionym jabłkiem, które Tyrell położył na kocu, więc ptak musiał zeskoczyć na materiał. Chłopak był zupełnie spokojny. Teraz kiedy doszło do tego spotkania, czuł jedynie zimny spokój. Tak chłodny, że niemal lodowate szpony ściskały go za serce.
  — W listach umieściliśmy subtelną wzmiankę o waszych podopiecznych. Z radością posłuchamy kim są, czym się zajmują i czego im na co dzień brak. Być może rozpoczęcie naszej dyskusji o osobach, które są dla was najważniejsze, nieco was wszystkich ośmieli. I proszę się nie krępować w dosłownych opisach. To, że nasze oczy widują na co dzień mniej grzechów, nie znaczy, że nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Nikogo nie zamierzamy osądzać. Nie dzisiaj.
  Napotkał wzrok Istarotha. Obrócił głowę w stronę Dude'a, jakby chciał się przekonać czy może on zacznie pierwszy, ale czując nacisk wzorku blondyna, obrócił znowu spojrzenie w jego stronę i zaczął powoli, może byt mechanicznym głosem:
  — Nazywa się Shane i nie jestem pewien kim jest. Wiem tylko, że jest specyficzny, skryty i indywidualny. Zabija. Jest w nim coś mrocznego. Ukrywa to i nie mówi o tym nikomu. Rzadko kiedy prosi kogoś o pomoc. Przeżył już wiele lat, za dużo pije i za dużo pali. Czego mu brakuje? — zamilkł przez moment. — Nie wiem. Jest sceptyczny. Trudno się do niego zbliżyć. A może myśli, że to co ukrywa jest wszystkim co ma?
  Dopiero kiedy wypowiedział to zdanie zdał sobie sprawę z granic jakie ich dzielą. Nigdy nie widział ich tak wyraźnie jak teraz. Zaczął się nad tym zastanawiać. Pochylił się lekko, opierając łokcie o okryte jasnym materiałem kolana.

_________________



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 1168
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Gość on Wto Kwi 25, 2017 7:28 pm
Doskonale wiedział, że nie pasuje do towarzystwa skrzydlatych z Edenu — czuł to całym swoim wnętrzem, bo te dawało masę dosadnych znaków, które jedynie potęgowały uczucie odmienności. Ogólny niepokój oraz uczucie dyskomfortu trzymały się go od czasu, gdy tylko jego stopa dotknęła ziemi, na któreś niegdyś sam żył. Potem doszły nieprzyjemne skurcze żołądka, które za nic w świecie nie chciały dać mu spokoju. Czuł się jakby jakieś niewidzialne łańcuchy coraz ciaśniej zaciskały się wokół jego brzucha. Delikatnie uniósł się, chcąc choć odrobinę poprawić swoją aktualną pozycję. Brudne desanty wciąż jednak leżały poza miękkim kocem — Dude o dziwo nie zapomniał o manierach.
Na chwilę uciekł wzrokiem gdzieś w bok, nie mogąc znieść na sobie cudzych spojrzeń. Spojrzeń tych czystych, niemalże idealnie przykładnych sługusów bożych, do których już dawno nie należał. Desperacja mocno go zmieniła i niejednokrotnie zmuszała do podejmowania decyzji, których żałował naprawdę długo i których wstydził się przed samym sobą. O części z nich z pewnością zapomniał, bo jego pamięć czasami szwankowała, ale były również te wybory, o których nie potrafił wymazać z pamięci nieważne jak bardzo się starał. Trudna przeszłość lubiła dawać o sobie znaki w najmniej odpowiednich momentach.
Po kilku minutach obserwacji otoczenia powrócił wzrokiem do zebranych na kocu skrzydlatych. Jego blade usta znowu wykrzywiły się w grymasie, który uparcie dążył do tego, by przyjąć formę uśmiechu, co udało się już po kilkunastu sekundach starań. Głębokie wdechy i wydechy pomagały mu panować nad buntującym się ciałem, a dłoń zaciśnięta na kościstym kolanie miała go stale uświadamiać o tym, że jego obecność w Edenie to nie żaden żart czy sen, a najprawdziwsza prawda.
„Wstydzisz się swojego prawdziwego imienia, Sora?”
Zaciekawione spojrzenie bez problemu wychwyciło różowowłosego chłopaka, który cisnął w Tyrella tym pełnym kpiny pytaniem. Dudley nie wiedział o co właściwie chodzi, choć w pierwszym momencie uznał wypowiedź Nathaira jako jawny atak w kierunku najemnika, z którym przyszedł. Nie miał ochoty mieszać się w sprawy, które go nie dotyczyły, choć nie mógł się powstrzymać przed obdarzeniem Colina pytającym spojrzeniem, które po krótkiej chwili przeniósł na czarnowłosego.
„Sory już nie ma. Umarł tamtego dnia.”
Nie dało się ukryć, że na chwilę cała magiczna atmosfera tego miejsca została zepchnięta na bok. Sytuacja stała się jakby bardziej niewygodna i jakby napięta, na szczęście nie trwała długo, bo Istaroth płynnie zmienił temat. W tym samym czasie Dudley zdecydował się sięgnąć po któryś z owoców, które znalazły się w zasięgu jego ręki. Brzuch zaburczał mu bezdźwięcznie, informując jedynie jego, że zgarnięcie czegoś do jedzenie to naprawdę dobry pomysł. Wzrok anioła pospiesznie przeleciał po produktach zgromadzonych na kocu. Pochylił się do przodu, wyciągając dłoń w stronę pomarańczy, które leżały w koszu tuż przed szarowłosym. Chwycił jedną z nich, a potem powrócił na swoje miejsce. Obrócił owoc w palcach, jakby chciał dokładniej zbadać jego strukturę, jakby zapomniał jak wygląda i jak jest zbudowany.
Zgrabne palce poczęły powoli obierać egzotyk z pomarańczowej skórki, w którą powoli wbijały się poniszczone paznokcie anioła. W chwilę pozbył się wierzchniej warstwy, by bez problemu dostać się do miąższu. Zatopił zęby w pomarańczy z takim wczuciem, że kilka kropel słodkiego soku spłynęło mu po brodzie. Pospiesznie wytarł palcem wilgotną skórę. Łapczywie połknął następne kawałki owocu, a potem skupił się na dalszej części przemowy.
„W listach umieściliśmy subtelną wzmiankę o waszych podopiecznych. Z radością posłuchamy kim są, czym się zajmują i czego im na co dzień brak.”
Poczuł na sobie wzrok Tyrella. Nie chciał zaczynać, dlatego jedynie machnął delikatnie przecząco głową. Najemnik opowiedział o swoim podopiecznym, a Dudley oczywiście był pod wrażeniem łatwości z jaką mu to przyszło. Choć właściwie nie wiedział co czarnowłosy przeżywa we wnętrzu. Może jedynie tak dobrze kamuflował emocje, które szargały go od środka? Może.
Moim podopiecznym jest Sidhe. Należy do grona tych spokojnych, wyrozumiałych i kompletnie nieszkodliwych typów. Na co dzień pomaga innym i prowadzi mały ogródek z ziołami, choć uprawianie roślinności w Desperacji jest piekielnie trudne. Nie sprawia mi żadnych problemów, innym też nie. Ostatnio przeżyliśmy nieco dłuższą rozłąkę z mojej winy, ale staram się wszystko naprawić. — Podczas swojej wypowiedzi zwracał szczególną uwagę na dobór odpowiednich słów. Nie chciał powiedzieć za dużo, nie chciał też obdarzyć zgromadzonych zlepkiem kłamstw i ograniczonym słownictwem. Zależało mu na tym, by pokazać, że anioł z Desperacji wcale nie jest gorszy, bo momentami właśnie za gorszego się uważał. Nie był tak idealni jak inni.
Dude, spokojnie, jesteś wśród swoich.
Wymusił na swojej twarzy uśmiech, tym bardziej nieco szczerszy, choć bardzo nieśmiały.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Malakh on Czw Kwi 27, 2017 8:00 pm
Uprzejmie proszę nie zostawiać odpisów na ostatni dzień/godzinę. Mistrz gry chciałby odpisywać szybko i sprawnie, ale im mocniej przeciągacie złożenie swoich odpisów, tym mnie więcej zajmuje napisanie odpowiedzi.
Ze względu na odbywający się konwent (przez który  zapewne wielu z Was nie było w stanie odpisać), termin zostaje  przedłużony do 02.05.2017, godzina 20.00.
Posty wysłane po wyznaczonym czasie nie będą brane pod uwagę.
Kolejność odpisów dowolna.


_________________
A to przykazanie mamy od niego,
aby ten, kto miłuje Boga,
miłował i brata swego.

_______________________________1 Jana 4,21



Malakh
-----------

avatar

Liczba postów : 11

Powrót do góry Go down

Re: Polana nad strumieniem.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 2 1, 2  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: Eden :: Ogrody Edenu