Strona 17 z 19 Previous  1 ... 10 ... 16, 17, 18, 19  Next

Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 26/8/2017, 11:20
Hemofilia już dawno przestała wierzyć w tego, który opuścił ich tysiąc lat temu. A raczej nie wierzyła w jego powrót. Dlatego wszelakie świecidełka związane z religią były dla niej oznaką słabości. Ale nie zamierzał w żadne sposób tego komentować. W końcu to słodka, mała Eve, która potrzebowała czegoś takiego jak wiara, zaś Wilczur mógł to nosić dal czystego sentymentu.
Nie sądziła, że jej głos spłoszy go przed wykonaniem czegoś, po czym będzie czuł się zdecydowanie lepiej. Było to na swój sposób urocze. Również miała wrażenie, że im bardziej był skatowany, tym częściej odsłaniał swoje słabości. Źle świadczyło to o nim, ale tę kwestię także chciała przemilczeć. Tak będzie najlepiej dla nich wszystkich.
Wieczorem wyruszamy.
- Ale póki co udam się do cel, aby zobaczyć, czy wszystko jest w porządku - ucięła jego zdanie, nie chcąc słuchać o tym, jak to będą musieli porozmawiać. Wcale nie musieli, to tylko czyste formalności, które chciał zaliczyć Growlithe. Heh, zaliczyć... - Spotkamy się w trakcie drogi - dodała, drugą jego wypowiedź ignorując, głównie dlatego, że już przy pierwszej zaczęła kierować się ku wyjścia. Skoro chciał, aby zregenerowała siły, musiała mieć na to odpowiedni czas. Wychodząc stąd, udała się w miejsce, w którym będzie mogła spokojnie zjeść, któryś z medyków ją bardziej przebadał, a po niecałej godzinie, odnalazła Loser, a wraz z nią udała się ku celom. Miały niewiele czasu, więc musiały się śpieszyć.

z/t





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Arcanine on 4/2/2018, 01:15
(umrzesz)
Przewrócił oczami na sam dźwięk tego chuja wartego stwierdzenia. Miał ochotę wykrzywić popękane wargi i odpowiedzieć. „Jak każdy, geniuszu”. Ale się powstrzymał. Być może dlatego, że całą swoją silną wolę wkładał w stawianie kolejnego kroku i jeszcze jednego, i następnego. A może dlatego, że wdawanie się w dyskusje z bandą pomyleńców nigdy nie miało sensu. A nie tym były mary? Setkami głupców w jego głowie? Wszystkimi idiotyzmami, które musiał trzymać wewnątrz?
Nie wierzył, że dotychczas siedziały cicho. Kilkakrotnie ich szepty, mdłe i przerywane, jak na marnej jakości nagraniu, przebijały się przez bariery umysłu. Poza tym miał od nich święty spokój. Pierwsza ze zmor odezwała się w połowie drogi powrotnej — kiedy przystanęli, by obejrzeć Gavrana i w miarę możliwości podreperować jego wadliwy stan. Mamrotała mu wtedy uparcie, żeby przestał się wygłupiać.
„Zabij go. To mu pomoże”, proponowała współczującym tonem. „Śmierć i tak go dopadnie. Albo z twojej ręki, już teraz, albo później, po wielkich męczarniach. Przecież zależy ci na towarzyszach, mam rację? Mam rację? Mam?”.
Później głosy się powieliły. Niektóre, podobnie jak ten pierwszy, szeptały coś tylko potulnie, rzucały nieśmiałe opcje, łagodnie przekonywały. Znalazły się jednak i takie, które wrzeszczały. Był moment, w którym Grow na chwilę przystanął, przyciskając polik do uniesionego ramienia. Głowę mu jakby rozsadziło. Pisk przypominał bezlitosne jeżdżenie paznokciami po tablicy, był tak wysoki, tak nierealny...
Wilczur zamknął powieki. Czekał aż Jericho podniesie właz. Starał się uspokoić, biorąc nieme wdechy, zatrzymując powietrze w płucach przez dwie sekundy, a potem wypuszczając je nosem. Nie pomogło. Wciąż czuł to irytujące przeświadczenie, że c o ś go obserwuje. Coś przemyka bokiem, zawsze zbyt szybkie. Kątem oka wychwytywał ciemną plamę, ale tym razem mary pozostawały nieuchwytne.
W dodatku ręka rwała jak diabli. Ścięgna miał tak napięte, że jeszcze odrobina, a popękają jak zbyt mocno naciągnięte struny. Prowizoryczny opatrunek, jaki zrobił, gdy tylko oddalili się od terytorium Kotów, przeciekał lepką czerwienią. Zapach krwi był intensywny i drażniący. W pewnym punkcie na zmysły oddziaływał najbardziej, bo gdy wzrok przestał się przydawać, Wilczur bazował już tylko na węchu.
A ciemność otuliła ich szczelnym kocem szybko i bezgranicznie. Znaleźli się w pustce absolutnej. Wielu na ich miejscu dawno by spanikowało — mimo szeroko otwartych ślepi nie widać było nic. Żadnego zarysu, żadnego przebłysku koloru innego niż ebonitowa czerń. Grow czuł się jednak odprężony. Ten mrok był ich domem. Znali tutaj każdy zakamarek, każdy centymetr ubity przez ich stopy ziemi.
Zszedł pierwszy, a potem przejął Gavrana. Chwilę później usłyszał, jak tuż obok zeskakuje Shion. Podano mu Ailena. Ponieważ salon był umiejscowiony o wiele wcześniej niż pomieszczenie medyków, Grow skręcił w jego kierunku.
Gavran nie wyglądał ciekawie. Powieki były opuchnięte, skóra dookoła szwów zaczerwieniona albo całkowicie sina. Kładąc go na kanapie Grow miał wrażenie, że nie słyszy bicia serca. Dopiero gdy wyślizgnął dłonie spod ciała i przyłożył rękę do piersi młodszego wymordowanego, pod palcami wychwycił ledwo wyczuwalne dudnienie.
Idź po medyka — ochrypł.
Shion układał akurat Ailena na kanapie obok. Na dobrą sprawę wyszedł z wydarzenia bez większego szwanku, choć Grow miał pewne podejrzenia. Prostując plecy obrzucił rudowłosego przeciągłym spojrzeniem. Po samej twarzy nie można było skonkretyzować, jakie emocje nim targają.
Później odpocznij w pokoju. Przyjdę tam.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Jekyll on 5/2/2018, 01:05
Spał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Słyszał każdy szmer dochodzący z korytarza, ale powieki miał ściśnięte, umysł nie był w stanie skonstruować żadnej, składnej myśli. Czuł twardość materaca i sprężyny wbijające się w kręgosłup. Poruszył się niespokojnie, zmieniając swoje położenie. Przewrócił się na lewy bok, a potem zamarł w bez ruchu. Jego błędniki zarejestrowały dźwięk. Delikatnie, ale stanowcze pukanie do drzwi. Otworzył oczy i przetarł je do czerwoności. Ciche „O co chodzi?” potoczyło się z jego ust. W ramach odpowiedzi otrzymał szarpnięcie klamką. Drzwi zostały uchylone, a przez szparę wyjrzał jeden z Ratlerów. Powiadomił Jekylla o zbliżającej się do kryjówki ekipie, która wyruszyła na ratunek Gavranowi. Bernardyn nagrodził tą wiadomość wiązanką przekleństw. W między czasie niespodziewany gość zniknął bezszelestnie.
 Wstał gwałtownie z pryczy, czując ból głowy, który towarzyszył tej czynności. Zachwiał się, podpierając o ścianę, by nie upaść.  Za dużo wypił. Zdecydowanie za dużo, a teraz ma za swoje. Zdjął z nadgarstka gumkę i złapał ją między zęby. Odgarnął przyklejone za sprawą potu włosy z czoła i zgarnął ją dwiema rękami, by finalnie związać je w długi, koński ogon. Parę pojedynczych kłaków zostało mu w dłoni. Otarł nią o materiał spodni, w celu pozbycia się ich. Podszedł do miski z wodą, która leżała na małym, chwiejącym się na wszystkie strony stoliku. Zanurzył w niej twarz. Poczuł ulgę. Otrzeźwienie przyszło niemalże od razu. Wytarł morą skórę jedną z koszulek przerzuconych przez oparcie równie zdezelowanego krzesła i odłożył ją na miejsce. Potem zabrał apteczkę, w której znajdował się jego cały asortyment medyczny i wyszedł z pustego pomieszczenia. Zamknął drzwi na zatrzask, choć zwykle tego nie robił, ale wiedział, że Hyde już nie wróci. Pokój należał teraz tylko do niego.
 Echo jego kroków rozprowadzało się równomiernie po pustym, pozbawionym życia korytarzu. Kryjówka była martwa, jakby wydarzyło się coś potwornego. Zszedł po prowizorycznych schodach na dół, na najniższą kondygnacje. Usłyszał szmer dochodzący z jednego z tamtejszych nor, z dużego salonu. Rzadko tam zaglądał, teraz miał okazję. Zatrzymał się w połowie kroku, wyłapując znajomą barwę głosu. Ciche westchnienie wypadło z jego warg.
Idź po medyka.
 — Nie musi. — Jekyll stanął w drzwiach. Spiorunował surowym spojrzeniem Wilczura. Zielone ślepia prześlizgnęły się bezwstydnie po paskudnym obliczu herszta bandy. Nie musiał pytać, aby znać odpowiedź na kształtującą się w jego głowie zagadkę. Widział to w jego ekspresji twarzy, w spojrzeniu. Zapach posoki unosił się w powietrzu. Cicha akcja przekształciła się w rzeź.
 Bez słowa wszedł w głąb pomieszczenia. Rozejrzał się, a z jego ust uleciało powietrze w wyrazie ulgi na widok Gavrana. Potem wycelował oczyma w pogrążoną w nieprzytomności sylwetkę szczeniaka, który parę miesięcy temu ujadał na jego kozetce. Nadal nie wybaczył mu wymiocin na podłodze. Zazgrzytał zębami ze złości. Miał uważać, ale najwyraźniej w dupie miał zalecenia lekarskie. Jednym uchem wleciały, drugim wyleciały. Chciał podjeść i w akcie frustracji kopnąć w fotel, ale przytrzymał emocje na wodze. Potem wbije do niego zęby. Teraz zimna kalkulacja, praca. Wyzwanie w obliczu poskładania ich do kupy, a może nawet wyrwania ze szponów śmierci.
 — Bloody child. — Podszedł do Shiona, którego określał tym przydomkiem przez nadprodukcje krwinek w jego żyłach. Przyjrzał mu się uważnie. Złapał w palce jego nadgarstek, aby sprawdzić puls i upewnić się, że faktycznie był w dobrej kondycji. — Zejdź po jeszcze jednego medyka, tę medyczkę…  — zrobił pauzę w próbie przypomnienia sobie jej imienia, bezskutecznie. Miał nadzieję, że bloody child zrozumie przekaz. — I córkę brudel-kinga. Potrzebuję dodatkowej pary rąk — wyjaśnił krótko. Oraz dziewczynkę na posyłki, dorzucił w myślach. — A ty — zerknął na Wilczura — siad. Nie wyglądasz najlepiej — odburknął, siląc się na bezemocjonalność, jednak nerwowy tik mrużenia powiek zdradzał jego zdenerwowanie. Grdyka poruszyła się, gdy przełknął ślinę. Informacje, które chciał mu przekazać, musiały poczekać. Sytuacja kryzysowa. Nie chciał denerwować go bardziej. Na razie.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Jericho on 5/2/2018, 23:44
Hemofilia zmarła niemalże na jego oczach. Cóż, zdarzało się. Nie raz widział śmierć swoich towarzyszy. Nie zawsze dało się uratować wszystkich. Czy jednak ta misja była warta tej ceny? Wyszli po Gavrana z cichą akcją, która przeistoczyła się w dramatyczną walkę o przetrwanie. Ledwo wyszli z tego żywi i tylko łut szczęścia sprawił, że nie zdechli tam wszyscy. Każdy z nich odniósł większe lub mniejsze obrażenia, ale snajper w tym momencie martwił się najbardziej o siebie.
Bardzo głupie było robienie sztucznego oddychania wymordowanej. On był człowiekiem, a był cały umazany w krwi Hemofilii. Czuł jej metaliczny posmak w ustach. Czy zaraził się wirusem? Czy umrze i powstanie z powrotem, jak inni? Zdeformowany, z mocami, ale i z nie wiadomo jaką częścią własnej osobowości? Nie chciał tego. Chciał być człowiekiem.
Popełnił błąd.
Starał się reanimować trupa, który, gdy jego życie chyliło się ku końcowi, obficie krwawił.
I ta noga...
Czuł, jak krew spływała po jego łydce, mimo prowizorycznego opatrunku, który miał, w teorii, zatamować krwawienie. Okazał się on jednak zbyt prowizoryczny. A czasu na jego zmianę nie było. Musieli opuścić terytorium CATS najszybciej jak to było możliwe. Wszyscy byli ranni, nieśli dodatkowy balast w postaci dwóch osób. Jericho był nawet w stanie pomóc, ale sam był dosyć obładowany własnym ekwipunkiem. Ekwipunkiem, który, być może, uratował dzisiaj nie tylko jego, ale i resztę wraz z całą misją.
Z każdym krokiem noga bolała go coraz bardziej. Czuł palący ból w tej kończynie, jakby ktoś co chwila przysmażał go rozżarzonym prętem. Parł jednak naprzód. Nie chciał być balastem. Chciał być użyteczny, chciał się wykazać.
Wreszcie dotarli do kryjówki. Jericho uniósł włazi puścił wszystkich przodem. Na samym końcu zszedł do podziemi. Podążał za Arcaninem wierząc, że ten wiedział, gdzie szedł. Jeszcze nie znał tego miejsca w stu procentach. Wreszcie dotarli do jakiegoś salonu, w którym Mokugawa nigdy nie był. Rzucił kilka spojrzeń na boki starając się dostrzec coś ciekawego. W tym czasie herszt wydawał polecenia.
I wtedy usłyszał głos za sobą, w wejściu. Nie spotkał się nigdy z tą osobą, ale coś było w jego sposobie bycia, co jasno dawało do zrozumienia, że nie warto z nim zadzierać. Dodatkowo, jak on się zwracał do ich alfy? Jak do psa. Dlaczego Arcanine sobie na to pozwalał?
Nie zamierzał wnikać w tę sytuację.
Mężczyzna był medykiem, a jego interesowało teraz to, by dowiedzieć się, czy Gavran przeżyje oraz czy on sam się nie zaraził wirusem. No i byłoby miło, gdyby opatrzył mu nogę.
W zasadzie nie znał Gavrana. Może raz czy dwa razy przemknął mu gdzieś, ale nigdy nie zamienił z nim nawet słowa, nie wiedział kim był. W zasadzie, gdyby Gavran nie przeżył to w innych okolicznościach Jericho by się tym zupełnie nie przejął. Ale teraz było to dla niego ważne, by wiedzieć, czy ich misja nie poszła na marne. Czy śmierć Hemofilii nie okazała się bezsensowna.
avatar





Jericho
Kundel     Desperat
GODNOŚĆ :
Han Mokugawa


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Nove on 6/2/2018, 17:43
Pani doktor nie planowała marnować czasu i ruszyła żwawym krokiem, gdy tylko ten dzieciak przybiegł po nią. Była w stanie uwierzyć, że jak tylko zdąży wrócić do Kryjówki to znajdzie się dla niej robota, ale fakt, że miała okazję udowodnić, że jeszcze żyje i jest przydatna prawie od razu rozbroił ją na tyle, że nie zdążyła porządnie wypytać o stan i ilość osób, jakim pomoc trzeba było udzielić natychmiastowo. Wychodziła z założenia, że pewnie zaraz wejdzie do pokoju medycznego i będzie miała wystarczająco dużo asortymentu przy sobie, aby załatać z jednego czy dwóch idiotów, którzy znowu poszli rozwalać kasyna z gracją duetu popapranych Dobermanów.
Przez chwilę miała wrażenie, że nawet się denerwuje, ale zdążyła wyśmiać samą siebie w myślach, żeby nie robić tego przy jej nieszczęsnym towarzyszu. Co to, to nie, gra zajebistą, bo jest zajebista. Czas na rozterki życiowe będzie później, jak skończy pracę i wreszcie się położy u siebie.
- Tak w ogóle, to kogo znowu zjedli... - zaczęła, aczkolwiek nie miała okazji skończyć, bo nagle jej stopa zawitała w dużym salonie zamiast w pokoju medycznym, a jej wzrok szybko wyłapał co najmniej kilka zmasakrowanych psin - ...Tyle was zjedli. Świetnie wyglądacie.
Brwi wymordowanej poleciały do góry. Szybko uporała się z małym szokiem, po czym podeszła bliżej i oceniła sytuację, jakiej była świadkiem na tyle, ile pozwalała jej upierdliwa głowa i oczy.
Dzieciak i drugi Bernardyn, jeszcze żywi. Chart, prawdopodobnie tylko nieprzytomny, wciąż żyje. Wspaniały Szef, w połowie martwy. Nic nowego, przeżyje, czego ten koleś nie przeszedł w życiu. Jeden z zaskakująco ludzkich Psów, jeszcze się trzyma. Również przeżyje.
Gavran, jeżeli dobrze pamiętała jego imię... Trup. A przynajmniej zmasakrowany tak, że na jego widok Nove miała ochotę nawrócić się na górę i już nigdy tutaj nie wrócić. Nawet dla ich dobra wzięła aż jeden kaukaski granat i aż trochę bandaży, a tu taki ciul. Nie no, dobra robota, Fede. Żałujesz im już nawet pierwszej pomocy, a ludzie umierają. Dobry powrót.
- Czy to wszyscy, czy mamy się spodziewać dodatkowej grupy martwych? - dziewczyna pokręciła głową i spojrzała kątem oka na Jekylla - Towarzyszu, raport. Co wiemy, czego nie wiemy, jak bardzo zarywamy noc?
Miała okazję przyjrzeć się wszystkim i zbadać ich powierzchownie własnym wzrokiem, ale nie miała bladego pojęcia co się stało i wolała, żeby ktoś z obecnych nieco oświecił jej duszę wiedzą, zanim przypomną sobie, że pojawiła się niczym ninja z kartonu z nie wiadomo skąd. Niby kogo to miało obchodzić, ale cholera jasna wie, co im przyjdzie do głowy. Tylko co oni robili, że doszli do takiego stanu? Pamiętała, że mówili coś o akcji ratunkowej, ale to tyle.
Po stanie obecnych miała wrażenie, że to coś z Gavranem.
Odłożyła nieszczęsną butelkę gdzieś dalej pod ścianą, po czym wróciła i ponownie spojrzała na Jekylla, czekając na odpowiedź. Albo jego, albo kogokolwiek na sali.



Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.
avatar





Nove
Bernardyn     Opętana
GODNOŚĆ :
Federica Vanessa Carramusa.


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Insomnia on 6/2/2018, 20:29
Nie trzeba jej było daleko szukać. Była ledwie kilka zakrętów dalej, czego przeoczyć się nie dało - gromki śmiech młodej wymordowanej niósł się echem po korytarzu. Ktoś właśnie opowiedział naprawdę niezły dowcip, więc kiedy Shion pojawił się w pokoju, wciąż jeszcze ledwie łapała dech, kiwając się na krześle zgięta wpół. Usłyszawszy jednak, że ma się stawić w salonie, dość prędko się uspokoiła. Jednym wprawnym ruchem odgarnęła włosy z twarzy i zerwała się na nogi, bez zwłoki wypadając z pomieszczenia. Prosto, w lewo, znów w lewo i w prawo - tylko tyle było trzeba, by dopadła do celu. W wejściu o mało nie zderzyła się z plecami z jasnowłosą Bernardynką, na szczęście w porę wyhamowała. Tylko tego by brakowało, by ktokolwiek doznał kolejnych obrażeń. Nayami to tam nic, złamany nos naprawiłby się jej raz-dwa, ale wolała nie myśleć, co by się stało, gdyby przypadkiem posłała Nove prosto na glebę.
- Melduję się! - zawołała zaraz potem, gdy wejście do salonu było już możliwe bez konieczności przenikania przez ściany. Zatrzymała się tuż przy drzwiach, naprędce obrzucając wzrokiem wszystkich zgromadzonych. Dwóch medyków, wujaszek Grow i dwójka mniej znanych jej Psów, jeden wyglądający gorzej od drugiego. W gruncie rzeczy nie za bardzo rozumiała, po co ją wołali; nie orientowała się zbytnio w opatrywaniu rannych i w tej chwili chyba najbezpieczniej by było, żeby nie wchodziła w drogę. No chyba, że w ten sposób miała się wreszcie czegoś nauczyć, w warunkach co prawda dość ekstremalnych, ale to zawsze coś. Ewentualnie mogła podawać nożyczki, skalpel, czy co tam było potrzebne. Tak czy inaczej, cokolwiek mogła zrobić, zrobić zamierzała. Spojrzała na Jekylla, oczekując jakichś konkretów; wyglądał na najbardziej zorientowanego w sytuacji i przytomnego jednocześnie.

// Nie będę tego posta dopieszczać, ja tu tylko wchodzę.


avatar





Insomnia
Kundel     Opętana
GODNOŚĆ :
Nayami Leather


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Skoczek on 6/2/2018, 22:04
........Chris wpadł trochę później od reszty, problemy z chodzeniem nawet i po płaskich powierzchniach były normalne w jego przypadku, a w dodatku musiał nieco przemyśleć to, co wydarzyło się w jednej z miejscówek gangu CATS. Przede wszystkim nigdy więcej cichych i szybkich akcji, zawsze z bronią palną i należy włączać myślenie podczas ucieczki. No cóż, ostatnie misje nie były zbyt szczęśliwe dla Pudla, który w dalszym ciągu nie wiedział, co robił na bojowych wypadach. Zdecydowanie nie czuł w sobie powołania do tego typu akcji, a i jego przydatność była niska. Czasem potrafił zabłysnąć, ale ewidentnie lepiej szła mu robota z organizowaniem DOGS, zbieraniem informacji, plotek i tak dalej. Wojownik był z niego marny.
Minął w jednym z tuneli Shiona i dzięki temu wiedział, że powinien dotargać się do salonu. Po przekroczeniu progu (czy raczej po wyrżnięciu w niego), w końcu zobaczył resztę grupy i Bernardynów. Na widok Jekylla drgnęła mu nerwowo powieka, ponieważ przeczuwał solidny opieprz za zabranie na misję Charta, aczkolwiek sam nie zamierzał się podkładać. Był obolały, nieco rozgoryczony, a w dodatku strasznie swędziała go cała skóra. Był cały spocony, ale po wysiłku, który został mu zaaplikowany dzisiejszego dnia, wcale go to nie dziwiło. Potrzebował prysznica, czy też raczej jego namiastki, ale wpierw było parę istotniejszych rzeczy do załatwienia, jak chociażby zobaczenie, czy wszyscy przeżyją i zadbaniu o powstałe rany. W gorszym stanie były jego stare obrażenia z kasyna, niż nabyte teraz, ale wolał nie ryzykować żadnego zakażenia. Jedną z rąk w ogóle nie mógł poruszać, w dodatku przeczuwał, że jak usiądzie, to pewnie będzie miał problemy ze wstaniem. Ignorował pamiątki po Kirinie, ale teraz, gdy adrenalina opadła, znowu był ich świadom. Słyszał kawałek pytania Nove, więc jak przystało na Pudla otworzył usta zaraz po pojawieniu się w pokoju.
- Wilczur, Jericho, Ailen, Gavran, ja, Shiona widziałem przemykającego przez tunele. Czyli mamy komplet, ponieważ Hemofilia nie wróci - jego głos był zadziwiająco suchy, zupełnie jakby zdawał standardowy raport przed Growem (bo w otoczeniu innych charakteryzował się znacznie większą żywotnością głosu), ale wewnętrznie chciało mu się wymiotować, jego organizm potrzebował odreagowywać cały przeżyty stres, ale przecież nie zacznie się trząść jak osika przy innych Psach. - Jericho miał bezpośredni kontakt z krwią Hemofilii, mogła przedostać się do jego organizmu, więc istnieje ryzyko, że mógł się zarazić wirusem X. Gavran był nieprzytomny odkąd go znaleźliśmy, w dodatku nie jesteśmy pewni, co się stało z Ailenem. Growlithe'a pogryzł pies, jeśli się nie mylę, mi na głowę spadł kawałek sufitu.
Pewnie dlatego koszmarnie bolała go głowa. Trzęsły mu się nieco ręce, ale mógł to zwalić na karb zadrapań, na które się załapał. Oparł się o ścianę, ze swoimi obrażeniami mógł poczekać nieco dłużej, chociaż pewnie zajmie trochę czasu, zanim wróci do stanu perfekcyjnego. Niezaleczone obrażenia poddane obciążeniu miały paskudny nawyk długotrwałego paprania się. Unikał skupiania na kimkolwiek wzroku, w myślach konstruując mapę dotychczasowych wydarzeń. Analizował, przestrzennie rozstawiał miejsce, dokonywał korekty punktów, które dotychczasowo uznawali za niebezpieczne.

|| Czas rozwoju choroby (Syndrom Obcego); 1/5
Dla medyków, żeby łatwiej było się odnaleźć w obrażeniach (wiem, że większość ma powpisywane, ale tak na zaś, tym bardziej w przypadku nieprzytomnych osób), kawałek postu Tyrella z bunkrowiska.
Spoiler:

Ailen: wstrząśnienie mózgu — amnezja, która dotyczy przebiegu zdarzeń po zakleszczeniu wroga przez artefakt. Uszkodzony mięsień czworoboczny — problem z poruszaniem prawą kończyną (strzała nadal tkwi). Rana na czole — krwawi. Uszczerbiony lewy płatek ucha.[/color]
Nastepstwa napisał:Jeśli rany nie zostaną opatrzone dojdzie do zakażenia po jednej rozegranej fabule.

Jericho: lekkie zadrapanie na szyi, rana na łydce po pazurach, zranienie na prawym policzku.

Nastepstwa napisał:Rana zaczyna ropieć. Obrzęk pojawi się po jednej rozegranej fabule — jeśli wcześniej nie zostanie opatrzona.

Arcanine: płytkie draśnięcie na prawym barku, ugryzienie na lewym ramieniu, guz na części ciemieniowej. Zdrętwiały lewy bark — ograniczenia w ruchu kończyną.

Nastepstwa napisał:Zakażony mięsień (po ugryzieniu przez wściekłego rottweilera) przestanie pełnić swoje funkcje i wystąpi szerzący się stan zapalny po dwóch rozegranych fabułach (o ile nie zostanie opatrzony wcześniej).  

Shion: rana po wewnętrznej stronie dłoni i poziome rozcięcie na nosie.
Skoczek: poprzeczne oparzenie na szyi, draśnięcie na kostce, rozcięta skorą na części czołowej czaszki. Obdrapane dłonie, zakrwawione knykcie.
Gavran: Złamany nos, dziura w tchawicy. Obite płuca. Rana na dolnej powiece. Podrażnione oko. Zaszyte powieki. Płytka rana tuż nad uchem.

Nastepstwa napisał:Poprzez utrudnione oddychanie wystąpiło kilkuminutowe niedotlenienie mózgu — objawiło się paraliżem lewej ręki i lewej nogi. Skutki pozostaną trwałe jeśli Gavran nie trafi pod oko doświadczonego lekarza w przeciągu najbliższej fabuły z jego udziałem. W innym przypadku — decyzję o jego rekonwalescencji ustali prowadzący go medyk.
W okolicy dziury w przełyku zagnieździło się zakażenie, przeniesie się na drogi oddechowe w przeciągu jednej fabuły – chyba, że zostanie odesłany pod oko doświadczonego specjalisty w pierwszym rozegranym przez niego wątku.


Oto akt, w którym lada moment Hetmana zbije Pionek
Oto akt, w którym za chwil kilka Owca pożre Wilka



Stadami ruszamy, kruszymy mur
Dzielimy chleb, dzielimy BÓL
Słabi silni siłą silniejszych
Każdy jest WAŻNY, nikt nie jest pierwszy



avatar





Skoczek
Pudel     Opętany
GODNOŚĆ :
Christopher Alexander Black


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Arcanine on 7/2/2018, 18:51
W nielicznych sytuacjach znaczenie miały nawet ćwiartki sekund. Niby nic, ale odpowiednia dawka bodźców, w odpowiedniej chwili, mogła zaważyć o całych losach. Grow zdał sobie z tego sprawę wystarczająco szybko, żeby komentarze Jekylla, jego postawa i mina w jaką się uzbroił, wywołała czystą złość. I szok.
Miał ochotę zacisnąć zdrową rękę w pięść, wcześniej oplatając palce dookoła jego gardła. Zgnieść krtań, którą Bernardyn używał głównie po to, by wypuszczać na światło dzienne kretyńskie komentarze. Komendy.
Setkami impulsów do mózgu Wilczura napływała świadomość, że ta szkapa była przekonana o swojej nieomylności. Władzy. Czuł się tu dyrygentem tylko dlatego, że jako jedyny nie wyglądał jak po kontakcie na linii ciało-kosiarka.
Białowłosy wciągnął powietrze przez nos. Uspokój się — nakazywał zdrowy rozsądek. Pierdolę spokój — wrzeszczał prześmiewczo drugi głos. Kpina na moment wykrzywiła Growowi twarz, a w oczach natychmiast pojawił się błysk ostrzeżenia. Był ranny, zmęczony i brudny, ale nie zmieniało to jego statusu.
Zaskakujące, że cwaniakujesz tylko wtedy, gdy coś omal nie upierdoliło mi ręki — mówił cicho i chrypliwie, nie zdejmując badawczego spojrzenia z lekarza. — A przecież została mi lewa. Jest sprawna, ale nie wybijam ci nią zębów. Głównie dlatego, że wciąż się łudzę o ich użyteczność. Teraz przykładowo mógłbyś się nimi użreć w ten swój durny jęzor, Jack, żeby udowodnić, że dobrze robię trzymając łapska przy sobie.
„Masz robotę do odhaczenia” — dało się słyszeć w ciszy, jaka zapanowała między nimi.  Potem wzrok Wilczura padł na Gavrana.
Kundel DOGS trzymał się już tylko na słowo honoru. Musiał spędzić w podziemiach Kotów kilka dni, może nawet dwa tygodnie. Wierzyć się nie chciało, że przeżył tortury, upokorzenie, samotne godziny rozciągające się w lata. Tłukli go i poniżali bez końca, dowody były aż nazbyt widoczne. A on? Czekał na ratunek do upadłego, a może już spisał się na straty, żyjąc z przyzwyczajenia, a nie chęci.
Grow przymknął powieki. Przed oczami natychmiast stanął mu widok nieruchomej Hemofilii, z klękającym przy niej Christopherem i Jericho ścierającym krew z własnych ust. Cel został osiągnięty, tak. Gavran leżał na kanapie w miejscu, które należało do niego, z osobami, które się nim zajmą i które przy nim będą. Ale akcja wciąż traktowana była jako przegrana sprawa. Zapłacili surową cenę za błędy. Głupie potknięcia, których mogło nie być wcale, gdyby...
Otworzył oczy, naraz czując się jeszcze bardziej zmęczonym. W salonie zaczęło się zagęszczać, co było mu wybitnie nie na rękę. Szumiało mu w głowie, większość myśli skupiało się tylko na tym, by wreszcie usiadł (czego nie miał zamiaru robić, na złość Jekyllowi). Zmysły wyłapywały wszystkie mało ważne szczegóły. Szurnięcie podeszwy o ziemię, gdy Christopher przechodził przez framugę. Słodkawa woń krwi, jaka lepiła się do rannej nogi Hana. Zbyt intensywna biel maski wchodzącej do salonu Nove...
Kiedy medyczka zaczęła się do nich zbliżać ten śnieżny kolor niemal go oślepiał. Musiał zmrużyć oczy, by nie odwrócić spojrzenia. W czaszce zaczęło mocniej dudnić, aż ledwo wyłapywał słowa, które wypowiadała.
— … ak bardzo zarywamy noc?
Towarzysz wymęczy do końca Gavrana — warknął, unosząc górną wargę w sekundowym rozdrażnieniu. Miał wrażenie, jakby czas się rozłaził. Rozciągał, a potem nagle spłaszczał. Przyspieszał i spowalniał bez żadnego sensu. Grow trzymał się przekonania, że go marnują, że wszyscy stoją w miejscu i czekają na zbawienie. Na instrukcje obsługi, choć nie byli dziećmi i nie trzeba ich było prowadzić za rączki. Widzieli co mają przed oczami. Skąd ten brak kooperacji?
A może po prostu potrzebowali rozkazów, które rozkują ich kostki z łańcuchów i nadgarstki z kajdan.
Wziął płytki wdech.
Zajmij się Chrisem, Ailenem i Jericho. Weź do pomocy Insomnię. Gav jest w takim stanie, że nie powinniśmy go stąd przenosić, więc zostanie, gdzie go powalono do czasu, aż mu się poprawi. Potrzebna będzie więc woda i koce. W dodatku mój pies również został ranny. Prawdopodobnie kręci się przy włazie do wejścia kryjówki. Ktoś musi go opatrzyć.
Aisha został zapewne tam, gdzie zazwyczaj przesiadywał, gdy nie miał nic do roboty; w tunelu początkującym siedzibę. Jego obrażenia nie były szczególne, ale wystarczające, żeby potrzebował pomocy.
Więcej grzechów nie pamiętam. Bierzcie się do roboty.
Ramię go rwało. W dodatku krwawił jak świnia i już teraz czuł, jakby do rannej kończyny przylegał mu papier nasiąknięty półpłynną masą; tłusta, szkarłatna ciecz dawno temu przesiąknęła przez prowizoryczny opatrunek i teraz gęste krople spływały od ran, przez łokieć, na czubkach palców drżąc, by wreszcie oderwać się i skapnąć na podłogę.
Łezki krwi spadały na glebę jak piasek przesypujący się w klepsydrze.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Jekyll on 7/2/2018, 23:27
  Atmosfera zagęściła się jeszcze bardziej. Źle skonstruował polecenie. Pożałował, że nie ugryzł się w język, ale nie umiał w inny sposób wyrażać troski życie istot, które nie umiały o nie zbadać. Ailen był tego doskonałym dowodem. Sam jego widok przyprawił Bernardyna o zawroty głowy. Brakowało tylko piany toczącej się z pyska, w ramach ukoronowania jego stanu emocjonalnego. Był zdenerwowany i jednocześnie sfrustrowany, a trzymanie tych dwóch pozornie sprzecznych emocji na wodze wykraczało poza jego kompetencje, dlatego nie wytłumaczył się z nich. Zacisnął jedynie mocniej rękę na rączce apteczki, pewny, że od tej czynności pobielałą mu knykcie, ale tylko tak mógł ukryć ich drżenie. Groźba Wilczura nie wywarła na nim odpowiedniego wrażenia, a pewnie powinna, bo przecież Dr dobrze wiedział, że ten mężczyzna z reguły nie cofał się przed niczym, aby takowe spełnić. Nawet posiadając tą niezbędną do przeżycia w tym miejscu wiedzę, nie drgnął. Nie mrugnąwszy, złapał kontakt ze zmrużonymi w bezgranicznej wściekłości żółtymi ślepiami. Instynkt samozachowawczy został wypłukany przez wodę, którą obmył sobie twarz, zanim zdecydował się tutaj przyjść i wypełnić swoje obowiązki, do których zobowiązywała go chusta z wizerunkiem bernardyna zaczepiona o szufelki spodni.
  — Nie musisz się hamować, uderz. — Prychnął. Nie bał się konfrontacji warg z żylastymi dłońmi mężczyzny. Może nawet potrzebował takiej formy motywacji, by wytrzeźwieć i nie zwariować od nadmiaru serwowanych mu wrażeń, chociaż niewątpliwie, w innym wypadku, rozbudziłaby się w nim ekscytacja na widok takich złożonych obrażeń na ciałach pacjentów.
  Poczuł nieprzyjemny skurcz w brzuchu. Zaczerpnął gwałtownie powietrze do płuc, po czym zacisnął mocne szczękę, zgrzytając na zębach. By ukryć krzywy grymas, wykrzywiający jego usta, odwrócił się plecami do Wilczura. Jego zamglone spojrzenie prześlizgnęło się po sylwetce Gavrana. Podszedł do niego, by ocenić jego stan i zdiagnozować dolegliwości, które dotknęły go z rąk katów wrogiej organizacji. Przyłożył dłoń do czoło, zgarniając z niego  spoconej skóry kosmyki.  Było rozgrzane.
  — Niedobrze — wymamrotał pod nosem. Potoczył wzrok po jego zeszytych powiekach, potem zerknął na ranę w tchawicy. Koty miały fantazje i były piekielnie skuteczne w zadawaniu komuś bólu. Przejechał palcami po zranieniu, czując pod opuszkami ciecz. Ropa. Przycisnął wierzch dłoni do ust, niby w celu zdławienia w sobie śmiechu, ale daleko było mu do wesołości. Walczył z mdłościami, które były wiernymi towarzyszkami kaca. Żołądek podszedł mu do gardła z całą swoją zawartość. Przełknął ślinę, w celu pozbycia się posmaku żółci żołądkowej z przełyku. Odetchnął. Odzyskał kontrolę nad swoimi organizmem. Przynajmniej tymczasowo.
  — Nie wycisnęli z niego nic wartościowego — stwierdził po chwili. Rany rozsypane po skórze były tego najlepszym dowodem. Heroizm. Prychnął bezgłośnie. Zastanowił się, czy jego byłoby stać na taki akt odwagi. Pewnie nie. Jego wartości zamykały się na terminie „medycyna”.
  Położył apteczkę obok pozbawionego ruchu ciała i otworzył jej wioku. Przyjrzał się jej skompletowanej zawartości i złapał między palce ampułkę z przezroczystym środkiem. Ostatni egzemplarz znieczulenia jaki posiadał. Odkorkował naczynie i wyjął niewielką, plastikową strzykawkę. Nabił ją na pojemnik i napełnił ją. Pochwycił igłę i włożył ją do małej szczeliny. Za pierwszym razem. Był z siebie dumny. Donie nie drżały mu jak o nałogowemu alkoholikowi. Trzymając gotowe znieczulenie w jednej ręce, drugą zacisnął na nadgarstku Gavrana. Poczuł puls, słaby, ale przynajmniej wyczuwalny. Na twarzy Bernardyna pojawił się wyraz krótkotrwałej ulgi, ale po chwili znikł. To nie czas na triumf, na świętowanie. Wbił igłę w skórę, w żyły. Nie miał pewności, czy to uśmierzy odczuwalny przez kundla ból. Zastosował go na wszelki wypadek, w celu zabezpieczenia, gdyby obudził się w trakcie bolesnego zabiegu zrywania szwów lub jakiegokolwiek innego z udziałem jego ciała. Istniała szansa, że wprowadzi go w tymczasowe otępienie. Jekyll chciał przetestować wszystko, ale to wymagało czasu. Musiał odczekać aż środek zacznie działać.  
  Zainteresowanie znów skupił na alfie, który nie zawiódł jego oczekiwań. Nie dostosował się do polecenia. Musiał go przekonać do zmiany decyzji, ale na samą myśl z ust uleciało ciche westchnienie, zagłuszone przez pojawiające się w pomieszczeniu osoby. Darował sobie komentarz na widok Pudla. Obarczył go jedynie ciężarem spojrzenia. Zignorował diagnozę i nie dopilnował stanu zdrowia Charta. Nieodpowiedzialność i brak kompetencji. Potem zostały rozdzielone obowiązki. Do końca tliła się w nim nadzieja, że Wilczur nie przydzieli go od opatrywania Gavrana, ale takowe były płonne. Skrzywił się, ale nic nie powiedział. Poruszył palcami, by pozbyć się w nich nieprzyjemnego mrowienia i wyprostował je. Zabrał swój ekwipunek i znów spróbował wywrzeć na Wilczurze odpowiednie wrażenie. Spiorunował go surowym spojrzeniem, chociaż wiedział, że takowe zostanie zignorowane.
  — Współpracuj — warknął po chwili, zniecierpliwiony i zrezygnowany. Chciał mieć to za sobą. Nie mógł w nieskończoność milczeć w sprawie dobermana, który wyrwał się z łańcucha.


Exitus acta probat.
UWAGA! Jekyll ma trudność z zapamiętywaniem imion, więc zwykle nadaje anglojęzyczne przydomki.
avatar





Jekyll
Bernardyn     Opętany
GODNOŚĆ :
Dr Jekyll


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Jericho on 8/2/2018, 09:57
Atmosfera zgęstniała tak, że można by ją kroić nożem. Pomiędzy Wilczurem, a Bernardynem narastało jakieś napięcie, zupełnie jakby się nie znosili. Może tak było? O ile Jericho wcześniej się dziwił, że Arcanine pozwala tak do siebie mówić, o tyle poczuł ulgę, gdy okazało się, iż alfa nie pozwalał, by pomiatać sobą. Wszyscy powinni odczuwać przed nim respekt. I dobrze. Kąciki ust Hana uniosły się delikatnie w górę w geście bladego cienia półuśmiechu.
Wszyscy już się zjawili, przez co w salonie zaczęło się robić tłoczno. W końcu nie był to taki duży salon, jak jego nazwa wskazywała. Herszt, by zmobilizować lekarzy do działania wydał odpowiednie dyspozycje, kto się kim zajmie.
Nim zatem miała się zająć ta urocza, ale i niebywale dziwna osoba, o której Mokugawa nie wiedział absolutnie nic. Drgnął, gdy usłyszał własne obrażenia z ust Chrisa.
"...mógł się zarazić wirusem X..."
Snajperowi zaschło w gardle, a blady strach obleciał jego ciało. Chciał pozostać człowiekiem, ale teraz wszystko mogło się zdarzyć. Zaraził się? A może miał na tyle szczęścia, że tym razem go to ominęło? Jeśli ta pierwsza opcja była prawdziwa, to najbliższy czas będzie dla niego bardzo ciężki. Jeśli zaś ta druga, to chyba się rozpłacze się ze szczęścia. Jako Wymordowany nie miałby odwagi, by pokazać się w Mieście - 3, by zobaczyć syna. Co prawda był wygnany z tamtego miejsca, ale opracował plan oraz trasę, dzięki czemu mógł przemknąć niezauważenie, przy odrobinie szczęścia. Było to też niezwykle ryzykowne, ale cóż poradzić? Chciał chociaż raz na kilka tygodni czy miesięcy zamienić z synem kilka słów, przytulić go.
Odpędził od siebie te myśli biorąc kilka głębszych wdechów. Był strzelcem wyborowym. Często od jego celności i opanowania zależało życie jego towarzyszy. Nie mógł więc pozwalać emocjom, by brały nad nim górę.
Uspokoił się.
Nie chciał tutaj jedynie bezczynnie czekać na swoją kolej, chociaż zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo był zmęczony i jak bardzo mu się pić chciało.
Wodyyy
Całą swoją porcję zużył na terytorium CATS, by przemywać rany Hemofilii. A ona i tak zmarła. O ile na początku to nim wstrząsnęło ze względu na to, że w zasadzie lubił tę całkowicie nieprzewidywalną Wymordowaną, o tyle teraz jakoś to przełknął. W końcu to była Desperacja. Tutaj codziennie ktoś umierał w ten czy inny sposób.
avatar





Jericho
Kundel     Desperat
GODNOŚĆ :
Han Mokugawa


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Nove on 8/2/2018, 14:34
Witamy w domu.
Myśl ta cisnęła się bardzo szybko, kiedy zaskakująco spokojnie - spokojnie jak na wkurzonego Bernardyna, który szykuje się na wyklinanie w kosmos braku wszystkiego i uporu niektórych pacjentów - przyglądała się dalej rannym. Postarała się całkowicie zignorować małą wojenkę między wspaniałym szefem i cholernie zadowolonym towarzyszem broni, podczas gdy ona sama spojrzała na Skoczka, który akurat wparował i zdał jej raport tak szybko, jak tylko się dało. Na usta cisnęło jej się pytanie, po kiego czorta ten Pudel wyjechał z nimi na misję, niemniej jednak sam fakt, że wciąż stał i żył świadczył, że Skoczek wciąż nie był tak słaby, jak niektórzy potrafili mówić. Nawet dla żartów.
To, co ją zdziwiło, to ostatnia część jego wypowiedzi. Czyli jednak kogoś stracili... Z Hemofilią różnie bywało i szczerze mówiąc miała z nią zaskakująco mało kontaktu, niemniej każda strata psa była bolesna - choć tego nawet nie było widać po niej. Wyglądała tak, jakby zaraz miała wzruszyć ramionami i rzucić, że ładna dzisiaj pogoda, zaraz pójdzie szyć ludzi.
- Grazie, Skoczku. No tak, wciąż mamy zaskakująco ludzkie psy. - rzuciła, po czym podeszła do Jericho - Wciąż masz jakieś szanse, chłopie. Będziesz się musiał pilnować przez najbliższy czas. Jak będziesz czuć że umierasz mimo iż nic nie robisz, życzę powodzenia.
Nawet nie była w tej chwili zbyt złośliwa. Większość z obecnych w tym salonie przeszła kiedyś to piekło, stąd w razie czego może będą w stanie wychwycić co nie co. Z naciskiem na może.
Chwilę potem, bo jakże inaczej, przywalono jej prosto w twarz z podziałem pacjentów, na co wręcz nieświadomie parsknęła śmiechem, kiedy jej wzrok skierował się ku przywódcy. W tym momencie ledwo co rozpoznali sytuację i już mieli brać się do roboty, a wyszczekany Wilczur już rzucał uwagami, co? Kusiło ją, żeby dorzucić coś na temat tego, kto w tej chwili ma więcej do powiedzenia, jednak powstrzymała się od tego - bo w głębi duszy była wdzięczna, że dwa najcięższe przypadki zostały tak po prostu wciśnięte w łapy Jekylla.
Dzisiaj udało się uniknąć piromanów i pozszywanych ofiar tortur. Pełen sukces, można po tym świętować.
Jej wzrok ponownie skierował się na Jericho, przy którym cały czas stara niczym wierna pielęgniarka.
-  No już, koleżko, nie rozklejaj się na myśl, że zostaniesz zombie. - Nove pokręciła głową i przyjrzała się porządnie zranieniom na policzku i szyi Desperata - Daj spokój, wyglądasz jak prawie nowo narodzony, chyba że czegoś nie widzę. Jak masz coś pod ubraniami, to je podwijaj, rozbieraj się, co wolisz. Zaraz wrócę do ciebie.
Wszak miała aż trzech pacjentów. Podeszła nieco bliżej Skoczka i przyjrzała się bacznie oparzeniu, na widok którego miała wrażenie, że jej własna blizna zaczyna ją boleć. Bernardynka pokręciła energicznie głową i przeniosła wzrok na twarz Skoczka, zgarnęła delikatnie włosy z okolic rany. Wciąż cierpiała na brak czegoś lepszego jak bandaże do tamowania, będzie trzeba drzeć materiał albo prosić Inso o cokolwiek.
- Inso - nie uraczyła jej nawet spojrzeniem, kiedy łapała dłonie Skoczka i to im poświęcała swoją uwagę - coś do przetarcia tej cholernej krwi, nie będziemy niepotrzebnie marnować czystych bandaży. - dodała po chwili, po czym rzuciła jej swoją torbę, gdy tylko skończyła podziwiać Pudelkowe dłonie - Jest tam apteczka, sięgnij po nią. Możliwe że coś tam się ukrywa, w razie czego improwizujemy. A pan niech przysiądzie przy Jeri, cokolwiek. Cholera, pocisz się jak popieprzony.
A przynajmniej takie odniosła wrażenie. Oby to nie był żaden dodatkowy syf. Dała dwójce czas na wykonanie jej bardzo prostych poleceń, a sama zbliżyła się do Ailena i sprawdziła szybko jego puls, upewniając się, że wciąż żyje, potem naderwała niewielki kawałek własnej bluzki, który w miarę się nadawał i przyłożyła do krwawiącej rany Charta. Najgorzej miała się sprawa ze strzałą, będzie ją trzeba w miarę delikatnie wyciągnąć. Chciałaby jednak najpierw szybko ogarnąć Jericho, jako że jego stan był całkiem niezły, stąd po dłuższej chwili znowu podeszła do niego i zaczęła delikatnie usuwać prowizoryczny opatrunek mężczyzny.
- Siostro, skalpel... Znaczy, apteczka. Zaraz zobaczymy co tam się dzieje.



Słyszysz ten dziwny język? Kursywa podpowiada wam, że w tym momencie ktoś wymawia to zdanie w języku włoskim. Jednak znika po chwili - i już wiesz, że Nove wróciła do japońskiego.
avatar





Nove
Bernardyn     Opętana
GODNOŚĆ :
Federica Vanessa Carramusa.


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 17 z 19 Previous  1 ... 10 ... 16, 17, 18, 19  Next

Powrót do góry