Strona 2 z 19 Previous  1, 2, 3 ... 10 ... 19  Next

Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Arcanine on 28/12/2013, 04:18
Kroki, pomrukiwania, ciche sapnięcia psów, zagubionych gdzieś w tunelach podziemi.
To naprawdę nie było niczym trudnym. Wystarczyło w pewnym momencie zwrócić twarz ku przybyłym. Ciemna sylwetka pierwszego z zaginionych właśnie postanowiła się ujawnić. I co? Pewnie myśleli, że będąc „cudownie spóźnionymi” to doda im punktów do równie wspaniałej zajebistości? Wyimaginowana szczytowa samoocena była w tym świecie poważnym problemem, chorobą, w większej mierze nieuleczalną. Sam Jonathan walczył z narastającym egoizmem. Mimo to, nigdy nie był zadowolony z faktu, że zwyczajnie zawalił.
Pewnie z tego powodu nie był też w stanie znieść tego wrednego spojrzenia szarych tęczówek. Za kogo się miał? Cudownego twórcę, przesiąkniętego narcyzmem, który w jego mniemaniu nie jest niczym złym? No? Za kogo tym razem? Jonathan mimowolnie się uśmiechnął, ale był to gest, łudząco przypominający rekini; zbyt dużo zębów, zbyt mało radości.
- Po co się ograniczać, co nie, Jay? Choć raz bądź na tyle odważny, żeby powiedzieć co ci nie gra. – Splunął na bok, marszcząc przy tym jasne brwi. Fakt, że ilekroć spotykał się na „przyszłych misjach” z ciemnowłosym, który za każdym razem wyglądał, jakby matka siłą zmusiła go do przyjścia w umówione miejsce, sprawiał, że Growlithe przestawał mieć dobre mniemanie o kimkolwiek. - Może od razu mam ci oddać dowodzenie nad grupą? – Wzruszył barkami, w lekceważącym geście. - Jestem ciekaw, jak poradziłbyś sobie w utrzymaniu na smyczy tak wielu... oho, kolejny rodzinek.
Wzrok padł na białowłosą kotkę. Uśmiech, czy może raczej grymas, zniknął natychmiastowo.
„No cześć, coś mnie ominęło kochanie?”
Nic godnego uwagi, Lucky, odpowiedział w myślach, by w dalszym etapie przyglądać się jej pewnym poczynaniom. Chwilę później ramiona delikatnie mu opadły, jakby przyjął na swoje barki wszystkie niedogodności tego podłego świata. To nie tak, że był zapchlonym wariatem, którzy rzuca się na stado wilków, będąc owcą. W rzeczywistości powątpiewał czasami w organizację niektórych jednostek. Czego ona się spodziewała? Że zacznie rysować im każdy, najmniejszy choćby rozkład budynku, przedstawi liczbę wrogów, dzieląc to na metr sześcienny, później zwróci uwagę na czas, okoliczności, prawdopodobieństwo? Naprawdę myślała, że chwilę temu, mając do swojej dyspozycji zaledwie jednego członka, chciał się popisać wiedzą, którą sam dawno posiadał?
„Pozwolisz?”
Tylko go nie połam, pojawiło się w jego umyśle, gdy unosił dłoń, by rozmasować obolałe skronie. Nawet nie zwrócił uwagi, w którym dokładnie momencie, pulsujące żyłki rozszarpały do końca jego nerwy. Głowa pękała od natłoku niepotrzebnych informacji, lawiny odgłosów, zapachów, nawet emocji, które przewaliły się przez niego tak prędko, że nie był w stanie zorientować się, która rzeczywiście teraz góruje.
Szelest sprawił, że zmrużył ślepia, nawet nie zerkając na wyłożone na stole stosy plików, karteczek i innych pierdoł. Spuścił posiniaczoną dłoń. Rzeczywiście. Mając przy sobie ledwie jedną osobę – Arthura – nie musiał wyrzucać na podłogę ton makulatury. Tego był pewien, bez konieczności tłumaczenia się obecnym z – według niektórych – fatalnego zorganizowania. Trudno mu było się jedna powstrzymać przed nieuniknionym. „Tylko spokojnie” - mruczał jakiś niski, warkliwy głos w jego głowie, powtarzając to zdanie jak cholerną mantrę. „Spokojnie, Jace. Spokojnie. Widzisz? Wszyscy są spokojni... Dlaczego ty nie miałbyś być?” Próba uregulowania oddechu nigdy nie wychodziła mu zbyt dobrze. Co więcej, w chwili, w której ktokolwiek (nawet on sam) próbował go uspokoić, on – paradoksalnie – robił się bardziej wzburzony.
„Wyruszamy od razu czy masz zamiar poczynić jeszcze jakieś przygotowania?”
Otworzył usta, ale żadne, choćby najcichsze słowo nie opuściło jego gardła, wkrótce zresztą zostając połkniętym wraz z śliną, gdy ciszę wypełniły inne zastępcze dźwięki. Zamiast jego tonu, w pomieszczeniu rozległa się przemowa zastępczyni. Palce dłoni drgnęły, w ostatnim momencie powstrzymując się, przed zwinięciem w pięść i uderzeniem w ledwie dychający stolik do kawy. W dodatku nieprzyjemny zapach tytoniu. Podrażnione zmysły, emocje. Jak tu się nie wściec?
Jonathan w pewnym momencie spojrzał w stronę Nathaniela, nachalnie wyczekując, aż ten skrzyżuje ich spojrzenia. Czasami mam wrażenie, że Bóg, tworząc ludzi, przecenił nieco swoje umiejętności, Aniele. Jakim prawem..? Ugryzł się w język. Dziesiąty raz dzisiejszego wieczoru. Setny dzisiejszego dnia. Nie pomogła rozmowa z Nathanielem, nie rozluźniła przejażdżka z dziwolągiem, ani chwila pogawędki z natarczywą, niezdecydowaną staruszką sprzed balu.
„Spokojnie, Grow...”
- Ty tak serio? – warknął, w momencie, gdy tylko Sakid skończył swoją litanię. Rysy twarzy białowłosego drastycznie się wyostrzyły, wraz z chwilą, jak zacisnął zęby w gniewnym geście. Wszystkich was chyba popieprzyło. Mimo wściekłego błysku, który fikał koziołki w jego dwukolorowych oczach, ton głosu brzmiał wyjątkowo spokojnie, a ciało, prócz spiętych mięśni, nie wykazywało żadnego, najdrobniejszego chociażby efektu rozwścieczenia. - Lucky, jesteś schlana. Chyba ci się w dupie poprzewracało, że wezmę cię na misję. Sakid będzie pilnować tyłów, Nathaniel będzie pilnować Sakida. Koniec dyskusji. Żadnego „ale”. Do środka wchodzę sam z Arthurem i Jay'em. Lu, gratuluję wiary w cuda, ale kundel jest z nami od paru godzin, jego pierwsza reakcja, to rzucenie się w szale na swojego szefa. Mam głęboko w poważaniu, jak prezentowałem się na balu. Każdy podkuliłby ogon, choćby przed najstraszliwszym skurwielem, gdyby zależało mu na posadzie. Sakid jest albo narwanym wariatem, albo wcale mu nie zależy. Oby to pierwsze. Nie dam jednak spartaczyć szansy, którą Ojczulek z góry wykłada nam na srebrnej tacy, tylko dlatego, że gość świeci do ciebie oczkami, więc w sumie czemu mu nie zaufać? To były wojskowy, Lucky. On jeszcze żyje rozkazami, poleceniami... – Growlithe pokręcił głową, jakby w tym momencie rzeczywiście żal mu się zrobiło czarnowłosego. - Po prostu nie. – Spojrzał na Sakida. - Nie zrozum mnie źle. Nic do ciebie nie mam. Ale to nie czas i miejsce, by zgrywać cnotki. Nie jestem święty, ty też nie. Licho jedno wie, co przyjdzie ci do głowy, gdy staniesz przed nowymi perspektywami. Nie wyglądasz jak niektórzy. Nie wyżarło ci pół twarzy, nie rozrosłeś się, wciąż mówisz i czujesz jak normalny człowiek. S.SPEC może cię uznać za jednego ze swoich.
A ty możesz wykorzystać sytuację. Bo czemu by nie?
Kto by nie wykorzystał?
- Jeśli ktoś ma coś jeszcze do powiedzenia, to teraz. Później nie będzie czasu. Byłem w siedzibie Władzy dwa, góra trzy razy. Naturalnie, nie pamiętam całego rozkładu pomieszczeń, ale nie wydaje się on skomplikowany. Jest coś, co powinniśmy wiedzieć? – zwrócił się z pytaniem do Sakida. - Coś naprawdę ważnego? Jeśli nie, ruszajmy. I tak dość zmarnowaliśmy.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Fucker on 28/12/2013, 11:52
W praktyce trudno było spóźnić się na coś, o czym nawet nie zostało się poinformowanym. Może spóźnienie nie dodawało mu punktów dodatnich do „wspaniałej zajebistości”, ale kompletny brak zorganizowania na pewno ujmował je ich dowodzącego. Gdy telepatyczne przekazy nie działały, warto było sięgnąć po cud rozwoju techniki, którym był telefon komórkowy i poświęcić kilka sekund swojego życia, chociażby po to, by wystukać na klawiaturze krótką wiadomość, by się stawić. Mimo rozwiniętych zmysłów, ten szósty nie zawsze działał na tyle sprawnie, żeby ni z tego, ni z owego domyślić się, że Wilczur coś kombinuje. Może i zdarzało mu się to dość często, ale nikt nie miałby ochoty uganiać się za przygodami przez cały dzień i noc.
Grymas na twarzy białowłosego nie zrobił na nim wrażenia, przez co w tym momencie mogli tworzyć coś w rodzaju idealnego kontrastu. Być może ego Ryana swoją wielkością sięgało nieco za wysoko (i za szeroko), ale nie był jedyną osobą w tym pomieszczeniu, którą cechowało wysokie mniemanie o sobie – ich przywódca także nie grzeszył skromnością. To, kto bardziej się z tym obnosił było nieistotne.
Liczyłem, że będziesz na tyle bystry, by samodzielnie odgadnąć co mi nie gra, Jace. Poza tym doceń to, że choć raz postanowiłem nie ingerować w twoje wspaniałe zdolności przywódcze, żeby sprawdzić jak dziecinnie prosta okaże się ta misja. ― Na moment zmrużył kocie ślepia, których źrenice zwęziły się. W słabym świetle tęczówki błysnęły wyzywająco i nic już nie wskazywało na to, by Grimshaw rzeczywiście miał zamiar sporządzić mu listę popełnionych błędów. Gdyby się zastanowił, najpewniej sam doszedłby do tego, jakie błędy popełnił. To wcale nie tak, że koniecznie chciał zmieszać go z błotem, ale cudza bezmyślność za nic nie chciała prześliznąć się obok niezauważona. ― Jeżeli tylko zniósłbyś cudze zwierzchnictwo... Chociaż nie. Nie mam czasu na zabawę w tresera, a przecież sam radzisz sobie doskonale ― sarkastyczna nuta w jego głosie dobitnie dała o sobie znać. Srebrzyste oczy ostentacyjnie omiotły spojrzeniem zebrane towarzystwo, którego liczebność była do niczego. Nie czuł potrzeby mówienia o tym na głos. ― Jestem przekonany, że nikt nie zrobiłby tego lepiej. ― Wreszcie wysunął dłonie z kieszeni, rozkładając bezradnie ręce. Niezależnie od tego, co powiedziałoby jedno – drugie i tak znalazłoby kolejny argument.
Gdy woń papierosów i alkoholu zawisła w powietrzu, zerknął z ukosa w bok. Dość szybko rozpoznał burzę białych kosmyków, a to tylko przesądziło o tym, że zainteresowanie przybyłą nawet nie zdążyło w nim wykiełkować. Trudno jednak było całkowicie zignorować kogoś, kto capił meliną i mówił więcej niż powinien.
„Wpadaj tutaj częściej.”
O pani, jeśli tak bardzo sobie tego życzysz, z jeszcze większą chęcią tego nie zrobię. Jedno przelotne spojrzenie w jej stronę, by zrozumiała jak mało ważne było jej zdanie. Ale przecież lepsze to, niż nic, prawda? Równie dobrze mogła zostać zdegradowana do roli powietrza, trochę zanieczyszczonego, ale wciąż niewidzialnego i niesłyszalnego.
Wypuścił powietrze ustami z niemą rezygnacją i wreszcie przekroczył próg salonu. Ze znużeniem zaczął obserwować trójkę gromadzącą się przy stoliku, ale sam nie wydawał się być na tyle zafascynowany stertą zapisanych papierów, a wizja tłoczenia się w jednym miejscu nie podobała mu się o tyle, że sam także postanowił dotrzymać towarzystwa jednej ze ścian, o którą oparł się plecami, zakładając ręce na klatce piersiowej. W ciszy przyglądał się tej parodii planowania wielkiej wyprawy, która pomimo swojej niedorzeczności, bynajmniej nie wywołała nawet cienia rozbawienia na jego ziejącej obojętnością twarzy. Sam starał się odgadywać poszczególne emocje z twarzy „aktorów tego przedstawienia”. Nie potrzebował dużo czasu, by w głowie zacząć odliczać kolejne sekundy do wybuchu niezadowolenia i... nie rozczarował się.
No, no. Nie ma tak źle, co, Ryan?
„(...) S.SPEC może cię uznać za jednego ze swoich.”
Jeśli już nie uznał ― wtrącił chłodno, a kąciki jego ust drgnęły, chcąc wygiąć się w zdegustowanym wyrazie. Mimo wszystko czasem warto było założyć i najgorsze. Przykładowo to, że wojsko już mogło spokojnie czekać sobie na ich przybycie, a oni jak gdyby nigdy nic zamierzali udać się tam za instrukcjami kompletne obcego mężczyzny, który niegdyś zajmował się tropieniem pasożytów Świata-3. Też trudno było mu uwierzyć, że tak szybko zmienił zdanie. Ciemnowłosy przytknął palce do skroni i rozmasował ją. Zapowiadał się długi dzień.

Lucky, taka uwaga: przed i po myślnikach stawia się spacje. Gwarantuję, że palce od tego nie odpadają, a myślniki nie będą czuły się samotnie. Krążą plotki, że jest im nawet lepiej, gdy tekst nie ogranicza ich przestrzeni. Koniec ogłoszeń parafialnych. Ejmen.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 29/12/2013, 17:19
A co porabiał pod ścianą Nath? Miał zamiar zabrać głos? Tańczył właśnie makarenę ku uciesze i ociepleniu serc reszty zgromadzonych? Nie. Nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy kompletnie przestał zwracać uwagę na wszystko, co tutaj się działo. Gapił się jedynie obojętnie na przeciwległą ścianę. Oczywiście ona też go nie obchodziła. Mało brakowało, a zacząłby przysypiać, przekonany o tym, że nikt i tak nie zwraca na niego uwagi. Wychwycił jednak czyjeś spojrzenie, które przeznaczone było właśnie dla niego. Zerknął w kierunku domniemanego obserwatora. No tak, któż inny mógł nim być, jak nie osobnik, przez którego anioł się tu znalazł? Nathaniel przez chwilę nieświadomie spełniał niemą prośbę wymordowanego, patrząc mu w oczy. Powinien pewnie dorzucić do tego jakiś pokrzepiający uśmiech czy coś w tym stylu, ale zamiast tego jego wzrok powędrował po wszystkich ludziach {i nieludziach} gnieżdżących się w pobliżu ich przywódcy. Oj, oj, oj, sytuacja robiła się napięta.
Skoro i tak mieli niedługo wyruszać, Levittoux nie widział sensu w przedłużaniu tego wszystkiego. Włożył ręce do kieszeni spodni, przygotowując się… właściwie nie wiadomo na co i odbił się od ściany, kierując się ku Sakidowi. Zdążył akurat na zakończenie tyrady na temat prawdopodobieństwa zdrady przez jego niemalże współpracownika. Posłał Jonathanowi chłodnie spojrzenie. To po co go tu w ogóle sprowadzałeś, idioto? – mówiło jednoznacznie.
Dłoń anioła wylądowała na ramieniu nowego.
- Jestem pewny, że nie będzie sprawiał żadnych problemów. Opróżni teraz nawet kieszenie, żeby przekonać nas o tym, że nie będzie miał jak z kimkolwiek się skontaktować, prawda, Sakidzie?
To nie było pytanie. To był niekwestionowany rozkaz od gostka, który nie miał do wydawania ich żadnych uprawnień. Brak uśmiechu i poważny ton powinny jednak utwierdzić świeżo upieczonego wymordowanego w przekonaniu, iż nie ma co się sprzeciwiać. Przecież ciocia Nathaniel chce zawsze dla wszystkich jak najlepiej!
Zabrał łapę z ramienia wymordowanego, upewniwszy się mniej więcej, że ten nie zrobi niczego głupiego. Przynajmniej na razie. Stał jednak wciąż na tyle blisko, by świeżak nie zapomniał o jego obecności.
Więc mają wyruszyć jak najszybciej… A Nath tak strasznie chciał wziąć w końcu prysznic. I przebrać się. Tak, po przebywaniu na balu, w takim tłumie ludzi, nie czuł się ani trochę majestatycznym aniołem Pana, a raczej kimś w rodzaju skrzydlatego podnóżka. Przemilczmy już fakt, że w najbliższej okolicy nie miałby nawet jak spełnić swych marzeń o prysznicu. Głupia apokalipsa i głupie, ożywione trupy.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 29/12/2013, 21:13
- A mam wybór?
Spytał ze zrezygnowaniem, wzruszając barkami. Jeśli wielki szef Growlithe uważa, że Sakid ma w ogóle jakiekolwiek prawo odezwania się, wolność wyboru lub cokolwiek, niech lepiej powie to teraz, bo póki co, dwie osoby chcą go zabić już teraz, trzecia chce go zabić nieco później, czwarta go olewa, piąta uważa go za cudotwórcę który z powietrza nagle przypomni sobie cały rozkład miasta i wypełni każde puste miejsce papieru informacjami. Yey, jeśli faktycznie Ez ma wybór, niech lepiej z miejsca to drogi wilczarz powie. Albo lepiej, niech już oszczędzi mu tego wszystko i skróci o głowę. Jego życie skończyło się w momencie, gdy zmartwychwstał... I to nie tak że nie chciał się zabić. Nie miał odwagi samemu się zabić, lepiej zwalić to na kogoś innego. Prościej.
I poszedł wywód o tym, jakim to psem któremu nie da się ufać jest Ez. Yey, fajnie. Może skoro jest taki niegodny zaufania to czemu jeszcze nie jest skuty i przywiązany do jakiegoś kamienia z połamanymi wszystkimi kończynami, co aby nie zagroził nikomu, hm? Z trudem siłą woli powstrzymywał odruch zaciskania pięści, co by szpony nie wbiły mu się w dłonie. Jeśli faktycznie mają iść gdzieś, to na pewno robienie śladu z krwi swojego ciała nikomu tam nie pomoże.
- Dziwne że jeszcze mnie nie skuliście w jakieś łańcuchy i nie połamaliście obu nóg oraz ramion, tak na wszelki wypadek.
Posączyło się trochę gniewnego głosu z jego ust, ale i tak nie zamierzał nic z tym dalej zrobić. Westchnął wyraźnie, o ile jeszcze za to westchnięcie zaraz od nikogo nie oberwie, to będzie dobrze. Może jednak lepiej było sobie wkroić ten miecz w żołądek i mieć spokój? Tak, to z pewnością byłoby w porządku.
Wzdrygnął się, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Nerwowo rzucił spojrzenie na siebie, a sylwetka... Dosyć sporego mężczyzny mimo wszystko nie napawała go optymizmem. Na słowa Nate'a nie mógł zareagować inaczej, jak parsknięciem śmiechu, wsuwając dłonie do kieszeni i wyciągając ich zawartość, czyli wielką pustkę.
- Myślisz że ktoś by zostawił trupa z jego sprzętem w spokoju? I tak dobrze że jeszcze jakieś ciuchy na sobie miałem. Jedyną rzecz jaką posiadam, to ta broń na moich plecach, którą wyrwałem z zimnych rąk jednego ze swoich "towarzyszy" po tym, jak pożarłem jego serce. Jak chcesz, to ją weź, ale raczej nic w niej nie znajdziesz.
Mimo wszystko, powiedział to w dziwnie rozbawiony sposób. Ciekawe, jakby podejrzewali go o noszenie przy sobie conajmniej radiostacji nadawczej czy czegoś innego. Yey, normalnie, środki ostrożności lepsze niż przy wejściu do prywatnego kibla dyktatora po prostu.
Słowa skierowane ku niemu sprawiły, iż jego wzrok wrócił z powrotem na facjatę szefa. Coś ważnego? Hm...
- Wejście do biura Shirai'a jest zawsze ochraniane przez minimum dwójkę żołnierzy. Samo biuro zlokalizowane jest na najwyższym piętrze, a z biura zawsze czuć psi zapach. Jeśli psy są wytresowane by wyczuwać zagrożenie, mogą zaalarmować Shirai'a przynajmniej do tego stopnia, by ten od razu wymierzył gnata w drzwi, poza tym... Który pies nie zacznie warczeć gdy wyczuje zwierzę w miejscu, gdzie być go nie powinno? - Po tych słowach wzruszył barkami, nie mając pomysłu na nic więcej. - Poza tymi faktami, raczej nie powiem niczego, czego byście już nie wiedzieli.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 30/12/2013, 22:41
Arth kompletnie się wyłączył. Zdawał się gdzieś całkowicie odpłynąć myślami i z całą zgrają być obecnym jedynie fizycznie. Jego wzrok był trochę pusty, wbity gdzieś w ścianę po przeciwnym końcu sali, twarz wyrażała zimną, beznamiętną obojętność. Przestał nawet mrugać. Właściwie... nie musiał tego robić. Druga para bezbarwnych powiek idealnie chroniła gałki przed wysychaniem, a do tego nie była widoczna, więc mógł je mieć cały czas zamknięte. Mimo takiego stanu, cały czas słuchał. Wymagano od niego czujności. Cały czas, bez względu na wszystko. Musiał zbierać informacje nawet podczas snu. Znaczy się... Tego już mu nikt nie kazał, ale blondyn znał swojego kuzynoszefa. Zapewne krążyło mu to po głowie i zostałby uduszony gołymi rękami, gdyby przespał jakieś ważne wydarzenie. Dlatego też częściowo wyłączał umysł, spowalniał procesy życiowe i zachowywał czujność, wyglądając niczym ledwie żywa lalka.
Wcześniej zdążył jeszcze parę razy zareagować. Na przykład gdy nowy nabytek organizacji odpowiedział jakże ciętą ripostę o szczeniakach, Adrich zaśmiał się cicho i rzucił dziwne, wręcz zboczone spojrzenie psu, który tak go „polubił”. W normalnych warunkach zapewne warknąłby jakąś mało przyjemną odpowiedź, ale coś sprawiało, iż jego nastrój polepszył się i zniósł bez marudzenia jego słowa. Potem uśmiechem odpowiedział na słowa Jonathana. Dowody na to, że Lucky nie zareagowała? Gadzi stał przed białowłosym w jednym kawałku, nawet nie draśnięty. To chyba był wystarczający dowód. Ucieszyło go też zainteresowanie kuzyna co do pomocy. Cóż... Choć „zainteresowanie” to za duże słowo. Po prostu reakcja. To wystarczało. Nie będzie sam, gdy zaatakuje jakiegoś zboczeńca, który się napalił na Ayę, o to chodziło. Zresztą... Gdzie mordobicie, tam i Jace, tak? Kolejną reakcją było lekkie skłonienie głowy przed Lucky i opuszczenie wzroku. W dalszym ciągu się nie odzywał (może poza cichym „przepraszam”), jak na posłusznego kundelka przystało. O nic go nie pytano, więc milczał. Szczególnie, że oboje z szefostwa byli w pomieszczeniu i czymś się zajmowali.
Nie podszedł do stolika, gdy kotka rozłożyła coś na nim. Zainteresował się ciemnym kątem salonu, gdzie patrzył półprzytomnie przez dłuższy czas. Jedynym ruchem, jaki wykonywał, było powolne unoszenie się klatki piersiowej przy wdechach i wydechach. Wreszcie poprawił okulary na nosie i cicho podszedł do kąta. Przykucnął i ujął w dłonie przedmiot, który tam leżał. Z czułością przejechał palcami po ciemnym drewnie, uśmiechnął się lekko do siebie. Skrzypce. Więc już wiedział, gdzie je posiał. Uniósł instrument i wrócił pod „swoją” ścianę, o którą lekko się oparł. Szarpnął delikatnie jedną ze strun. W pomieszczeniu rozległo się ciche, czyste, melodyjne brzdąknięcie. Arthur najwyraźniej nie przejął się tym, że może to komuś przeszkadzać, bo przejechał powoli smyczkiem po tej samej strunie, poruszając palcem, by wywołać lekko drgający dźwięk. Zagrał cicho, jednak prawie wszyscy tu byli wymordowanymi, a głośno również nie było. Szybko jednak się opamiętał i stanął spokojnie, na powrót praktycznie nieruchomo, trzymając instrument w jednej z rąk. Podzielna uwaga pozwalała mu na śledzenie przebiegu rozmowy. Wszystkie ważne informacje od razu starał się zapamiętać, by potem nie denerwować Growa pytaniami.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Arcanine on 30/12/2013, 23:56
Niektórzy najwyraźniej mieli zbyt wysokie mniemanie o sobie. W dobie telefonów komórkowych faktycznie najłatwiej byłoby poinformować wszystkich zwykłym sms'em. Growlithe nie był jednak magikiem i naprawdę mocno nad tym ubolewał. Jego tajne moce zostały odebrane wraz z chwilą przerwania cienkiej linii łączącej dzieciństwo z późniejszym, bardziej twardym życiem. Jeszcze pal licho, gdyby był rok 2012, gdzie człowiek mógł zwlec się z łóżka, wstąpić do sklepu dwa kroki od klatki i kupić doładowanie.
Tutaj nie było sklepów na rogu, nie było doładowań, ani niekończących się pieniędzy na wiecznie aktywnym koncie telefonu komórkowego. Tutaj pozostał prymitywny sposób – chwycenie za marker, wypisanie krótkiej wiadomości i przywieszenie jej w głównym holu, gdzie każdy miał prawo, a przede wszystkim możliwość spojrzenia na ewentualne zbiórki. „Ignoranta iuris nocet”. Prawda była taka, że to nie Growlithe'a zgubiło niedbalstwo.
- Raz? – podchwycił mimo woli. - Zawsze milczysz, wasza pieprzona wysokość. I jakim prawem? Skoro masz tyle do powiedzenia, dlaczego nie naprawisz chwiejnego świata? Boisz się, że nie będziesz mieć racji? Boisz. – Słowa wypowiadał z dobitnością i znanym tak dobrze gówniarskim, lekceważącym akcentem, którego niejeden degenerat nie był w stanie znieść. Sytuacja różniła się tym, że przed sobą nie miał pierwszego lepszego bufona, a osobę na tyle opanowaną, by przełknąć każdy, choćby najgorszy z tonów młodego inspektora wydziały detektywistycznego. - Jeśli misja okaże się trudna, przyznam ci rację. Na chwilę obecną twoje słowa nic nie znaczą. Dramatyzujesz, przesadzasz, warczysz. Jesteś jak głupi pies, który goni samochód, a gdy go wreszcie złapie, nie wie co ze sobą zrobić. Słowa Jokera.
Jego dłoń uniosła się nagle, palce ułożyły się charakterystycznie, by chwilę później rozbrzmiało głośne pstryknięcie.
„Jeżeli tylko zniósłbyś cudze zwierzchnictwo... Chociaż nie. Nie mam czasu na zabawę w tresera, a przecież sam radzisz sobie doskonale”.
- Wiem! Sarkazmem próbujesz ukryć swój wewnętrzny ból, zgadłem? Twój ojciec był sławnym biznesmanem, nie mającym czasu dla swoich synów, matka nie umiała się mu przeciwstawić, więc żywiłeś urazę do obu. Ponadto twój starszy brat zawsze był faworyzowany, ty zamknąłeś się w sobie i choć mogłeś jeździć czerwonym mercedesem, wciąż brakowało ci miłości rodziny, a twój pies tak naprawdę nigdy cię nie lubił i oboje o tym wiedzieliście – zakończył wielce ważny wywód, marszcząc przy tym zabawnie nos. - Tchórzysz, jak zawsze. Spróbuj choć raz postawić na swoim, wtedy porozmawiamy o twoim awansie i moim „znoszeniu cudzego zwierzchnictwa”.
W tym momencie odwrócił wzrok od Ryana, jawnie dając mu do zrozumienia, że skończył rozmowę i woli w tym momencie zając się sprawami większej wagi. I szlag by trafił, że miał to liche szczęście dostrzec ukrytą wiadomość w oczach Anioła. Odpowiedział tylko zmarszczeniem brwi, jakby ledwie docierało do niego, że zrobił coś nie tak. Generalnie był przecież zdania, że jeśli misję zawaliłby akurat Sakid, wina będzie leżeć właśnie po stronie Nathaniela. To ty chciałeś iść, warknął w myślach. Ty wybrałeś tę opcję.
„Dziwne że jeszcze mnie nie skuliście w jakieś łańcuchy i nie połamaliście obu nóg oraz ramion, tak na wszelki wypadek”.
- Coś ty taki niecierpliwy? – parsknął, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Oczywiście, rozumiał, że masochistyczne zapędy nowego były na wyjątkowo wysokim levelu, ale to nie znaczyło, że musiał się z tym aż tak obnosić. Jonathan zapewni mu całą salwę zabaw, gdy tylko zabije tego sukinsyna, trzymającego nieszczęsnych, przygłupich ludzi. Przygłupich przez rząd, nie zasługujący na władzę, prawda, Jonathanie?
- Shha – mruknął cicho, w kierunku Jay'a, gdy tylko ten wtrącił swoje cudowne trzy grosze. W tej chwili białowłosy przypatrywał się Sakidowi. Facet wydawał się wyjątkowo rozbawiony całą sytuacją. To dobrze. Nie ma sensu robić z siebie marudnego pierdoły. Lepiej umrzeć ze śmiechu, niż rozpaczy. Lepiej też czasami słuchać, niż udawać, że słowa są nic niewarte. Z tego powodu Growlithe, wpatrując się w twarz czarnowłosego i skubiąc brzeg koszulki, zwyczajnie słuchał. Faktycznie, psy mogły stanowić problem. Uznał jednak, że jeśli weźmie parę swoich podopiecznych, będą w stanie zatrzymać pchlarzy dyktatora i uciszyć je, nim Shirai się dowie.
„Skąd Sakid wie, że chodzi o Shiraia?” - zabrzmiało w głowie natrętne pytanie, które białowłosy wymiótł z umysłu równie prędko. Generalnie był pewien, że ani razu nie ujawnił, którego z dyktatorów chce dorwać. Może to było oczywiste? Z Shiraiem szczególnie się nie lubił. Chwila. Może informacja, że akurat on zostaje sam w siedzibie była ogólnie znana wszystkiemu co się rusza? Oby Ash mi się tam nie wpieprzył.
„Który pies nie zacznie warczeć gdy wyczuje zwierzę w miejscu, gdzie być go nie powinno?”
Growlithe przewrócił oczami.
On nie warczał jak debil na wszystko co mu się nie podobało...
- Ruszamy. Mam tylko trzy konie, dlatego Jay pobiegnie. – Cień uśmiechu. - To daleko, będzie niewygodnie. Takie warunki – mruknął, kierując się już ku wyjściu.

_ _ _ _ _ _ _ _
Na zewnątrz czekały trzy rosłe rumaki o ciemnoszarej, karej i ciemnobrązowej sierści. Arthur z pewnością będzie mieć większy problem z wskoczeniem na grzbiet nieposłusznego transportu, ale – jak mówił Growlithe – takie warunki, będzie niewygodnie, prawda?
Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając pomarańczowo-różowe smugi na dotychczas nieskazitelnie niebieskie niebo. Choć nie było jeszcze tarczy księżyca, do której wilk mógłby wysłać swoje modły i tak odrzucił łeb do tyłu, odchylił uszy, a z gardła popłynęła długa, cienka linia wysokich, dźwięków – charakterystycznych dla każdego przedstawiciela należącego do pierwszej lepszej watahy. Urwał w połowie, zwieszając łeb, który oblizał zaraz różowym jęzorem bok pyska i... rzucił się biegiem ku zachodzącemu słońcu.

| zt |


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Fucker on 1/1/2014, 14:19
Dzieci i ryby głosu nie mają – ta zasada obowiązywała także w przypadku Jace'a. Skoro zachowywał się jak gówniarz, był traktowany jak gówniarz. Jeżeli myślał, że ostrymi słowami wywoła chociażby najmniejszą emocję, która zaburzy chłodny i godny marmurowego posągu wyraz twarzy ciemnowłosego, to się pomylił. Zresztą mylił się nie tylko w tej sprawie – każde kolejne zdanie, które wyrzucał z siebie na próżno było kolejnym błędem do odnotowania. Szczerze mówiąc, nie rozumiał po co Growlithe w ogóle strzępił sobie gardło, skoro miał lepsze rzeczy do roboty. Jeżeli ktoś tu ustawiał się na przegranej pozycji, to właśnie on – irytując się podważaniem słuszności jego decyzji i nie dopuszczając do siebie świadomości, że może nie mieć racji, ale dążenie do przekonania innych nie polegało na desperackiemu narzucaniu im swojego zdania. Boisz się, bo ja tak mówię, miałeś trudne dzieciństwo, bo to wydedukowałem – rzeczywiście logiczne. Plus dwadzieścia do pomysłowości za bajkopisarstwo, przy czym nie obyło się bez pobłażliwego spojrzenia szarookiego. Niesforny dzieciak musiał mieć sporo zabawy z nieudaną próbą obrażenia swojego rówieśnika, chociaż momentami ciemnowłosy czuł się, jakby dzieliło ich – może z tej perspektywy już nie tak znaczące, ale jednak – co najmniej dodatkowe czterdzieści lat. Z czego to jemu przypadł pech bycia starszym i konieczności męczenia się z wysłuchiwaniem bredni niedoświadczonego chłystka.
Już? ― rzucił lekceważąco, unosząc brwi. Nie zamierzał potwierdzać, ani zaprzeczać temu, co powiedział. Mógł wierzyć w co chciał, łudzić się, że ma rację. Tak, jak dziecko, które uparcie twierdzi, że prezenty pod choinkę przynosi opasły brodacz w czerwonym stroju. Na całe szczęście z niektórych teorii się wyrastało, choć komuś tak wiekowemu trudno wyrzucić z głowy przekonania i tym Charles różnił się od dziecka. ― Porozmawiamy dopiero wtedy, gdy będziemy wymieniać zdania, a nie je sobie narzucać. Musiałeś być bardzo niedoceniany w przeszłości. ― Skoro tak uparcie starał się mu wmówić, jaki jest, choć niewiele wiedział, to coś musiało być na rzeczy.
Sam także nie zamierzał już ciągnąć tego tematu. Pozwolił powiekom leniwie opaść na jego oczy i choć przez cały czas wydawał się być oderwany od otaczającej go rzeczywistości i wyglądało na to, że przestał utożsamiać się z resztą grupy, jakby w ogóle nie miał z nimi nic wspólnego, przez cały czas słuchał uważnie, analizując zarys planu działania. W końcu nie można było przyznać, że akcja była planowana długo przed ich spotkaniem. W przeciwnym razie nie byłoby ich teraz tutaj. Ale grunt to pozytywne myślenie, co? Musiał po prostu spojrzeć na to z lepszej perspektywy. Na przykład...
„I tak nie przejmiesz się, gdy ktoś padnie, Jay.”
Racja. Niektóre łby nawet zasługiwały na ścięcie. Nikt nie powiedział, że będzie musiał kiwnąć chociażby palcem, gdy ktoś z grupy będzie zagrożony. Jego lista obowiązków opierała się głównie na mordowaniu, a nie robieniu z siebie bohatera, którym bynajmniej nie był.
„Mam tylko trzy konie, dlatego Jay pobiegnie.”
Nie wyszło, Jace.
Od początku nie planował wsiadać na żadnego z trzech przedstawicieli parzystokopytnych. Było to zbyteczne, biorąc pod uwagę, że rzeczywiście mógł pobiec sam. Jeżeli nie o własnych nogach, to o własnych łapach. Uchylił powieki i zerknął z ukosa na Charliego i mimowolnie wzruszył barkami w niemym potwierdzeniu tego, że to żaden problem. Kiedy indziej miał przyjść czas na wymienianie złośliwości z pełną swobodą, a nie w towarzystwie kilku dodatkowych par uszu i oczu. Nie odezwawszy się już ani słowem, opuścił wcześniej założone na klatce ręce i odbił się od ściany, by od razu ruszyć za Wilczurem. Grimshaw musiał mieć naprawdę mnóstwo cierpliwości, jeżeli nie zniechęciła go postawa Jonathana, ale miał jeszcze dużo czasu, by zrobić coś, co podcięłoby mu nogi.
Chyba.
Gdy znaleźli się na zewnątrz, wilcze wycie prędko dotarło do jego uszu. Skoro nie chciał biec sam, wystarczyło powiedzieć. Szatyn pokręcił głową, która w niedługim czasie została zastąpiona wielkim, czarnym łbem przedstawicieli dzikich kotów, tak samo jak reszta ciała urosła do niebotycznych rozmiarów, nie pozostawiając po sobie już żadnego dowodu na to, że przerośnięta bestia miała coś wspólnego z człowiekiem. Zwierzęcy pomruk wyrwał się z gardła przerośniętej pantery, która koniec końców ruszyła za wilkiem.
    z/t.




You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.
avatar





Fucker
Rottweiler     Opętany

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 1/1/2014, 23:01
Śmieszne, nie wiedział, że w jego wypowiedzi było cokolwiek, co mogło tak rozbawić Sakida. Kiedy ten wreszcie dobrnął do końca porywającej historii życia - konkrety, nieludzie, konkrety, tego człeka tu trzeba walić po pysku konkretami - Nathaniel jedynie wzruszył ramionami.
- Zawsze mogłeś wziąć też od niego komórkę.
Bynajmniej nie poruszyła go ta cała „Opowieść O Tym Jak Stałem Się Potworem”. Żałował tylko, ze jego rozmówcy nigdy nie mogą być bardziej rzeczowi. Lekkim skinieniem głowy wskazał broń wymordowanego.
- Zostaw. Może ci się przydać - kiedy znowu będziesz chciał zabić kolegę po fachu. Ale Nath nie osądza…
Zapowiadało się, że ten dzień nie skończy się wcale tak szybko. Levittoux ruszył do wyjścia wraz z resztą kolorowej bandy, nie spuszczając przy tym Sakida z oka. Skoro już podjął się tego durnego zadania, miał zamiar wypełnić je do końca. Nawet jeśli nie zależało mu zbytnio na osobniku, któremu został przydzielony w roli strażnika. W sumie nic dziwnego, skoro dopiero co się poznali, ale mniejsza.
Trzy konie. Jay pobiegnie. Ale nadal brakowało im jeszcze jednego… Ach, tak, przecież Jonathan umiał zamieniać się w pieska. Interesujące jak łatwo Nathanielowi przychodziło zapominać o pewnych sprawach. Przecież to takie nieistotne! Cztery nogi czy dwie - kogo to właściwie obchodzi, nie? Może to wszystko dlatego, że normalnie Jace nie hasał wokół niego, jako ten radosny szczeniak ani nie obśliniał mu z entuzjazmem nogawek. W każdym razie dwa zwierzaki już pobiegły w siną dal, więc wypadałoby je dogonić. Albinos, bez dalszego ociągania, sprawnie wskoczył na grzbiet myszatego ogiera. Nie jeździł konno już od paru(set) ładnych lat, ale coś tam z tego jeszcze pamiętał. W końcu były i takie czasy, kiedy akurat ten środek transportu był najpowszechniejszym z wszystkich ówcześnie dostępnych społeczeństwu.
Jeżeli Sakid potrzebował jego pomocy w ulokowaniu się tam, gdzie jeździec lokować się powinien, anioł zwlókł swój tyłek z powrotem na ziemię, żeby mu pomóc. Jeżeli próbował w jakikolwiek sposób kombinować, Levittoux przypilnował go, żeby z powrotem zachciało mu się współpracować. A jeżeli z wymordowanym nie było żadnych problemów, to świetnie. W każdym razie Nath dopilnował, żeby na tym etapie wielkiej-megaważnej-misji jego nowy podopieczny nie sprawiał {zbyt wielu} problemów i popatatajał w stronę zachodzącego słońca w ślad za przywódcą DOGS i jego wygadanym podwładnym.

| zt + Sakid |





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 3/1/2014, 00:51
Lucky słysząc słowa swojego szefa spojrzała na niego po czym szybkim ruchem rozłożyła się na siedzeniu i wyłożyła nowi na stół niszcząc tym samym plany. Nie odzywała się już, nic nie robiła zastygła tylko w tej pozycji półleżącej słuchając jego słów. Jakie to było smutne, jakie smutne, że traciła rodzinę. Może po prostu się za bardzo na to zestarzała. Tak, pewnie o to chodzi, zrobiła się stara i inaczej myśli, nie ma już tej werwy. Jednak cały plan zdawał jej się zbyt ryzykowny. Mają za mało osób, przecież nie powinni ruszać na śmierć. Przymknęła powieki i oddychała miarowo i głęboko. Starała się nie myśleć o tych czarnych scenariuszach. O tym, co może stać się jej rodzinie i o tym, że jej tam nie będzie. Nawet nie była pijana, a to, że śmierdziało od niej alkoholem to było normalne.
Słysząc kroki otworzyła oczy. To koniec idą, a ona zostanie. Jedna osoba wyszła, druga i kolejne dwie. Nikt nie wychodził. Pochyliła się do przodu i zakryła twarz w dłoniach. Nadal do niej nie docierało co się dzieje. Powinna chyba coś z sobą zrobić, jakoś się ogarnąć. Jednak ona siedziała nadal i ledwie powstrzymywała łzy. Za dużo widziała takich przegranych bitew by zostawić to bez odzewu. Mimo wszystko nie powinna iść skoro jej nie chcą. Nie wiedziała właściwie co chce zrobić. Wiedziała tylko, że musi znaleźć jakieś miejsce by pozbierać swoje własne myśli i się uspokoić. Z dala od domu, a kto wie czy dalej jej domu.
[z/t]





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Gość on 4/1/2014, 19:00
„Mnietojebizmowy” nastrój blondyna zaczął się pogarszać przez bezczynność, jakiej doświadczał. Czasem zdarzało mu się ot tak zacząć denerwować na nudę i nicnierobienie. Choć jego zawodowy uniwersalizm wymagał czasem chwili spokojnego egzystowania w bezruchu, to nadal psuło mu to humor. A nie ma nic gorszego od kapryśnego kurdupla, który czasami naprawdę lubi zdrowo pozrzędzić na otaczający go świat. Całe szczęście, że najpierw zaczynało się od wzroku wyrażającego kompletny brak emocji. Wzrok ten przesuwał się leniwie po całym zgromadzeniu, łącznie ze zwierzętami.
Przysłuchiwał się wymianie zdań, przymknąwszy świecące ślepia. Gdzieś w głowie odezwał się cichy głosik zmuszający do zrobienia czegoś konkretniejszego od stania jak martwy posąg. Gadzi odetchnął głęboko, cicho, wyciszając się przed misją, przygotowując się psychicznie, choć wcale nie było co przygotowywać. To był po prostu kolejny wypad, a on ostatnio cały czas był spokojny.
Odbił się od ściany, gdy Growlithe zarządził ewakuację. Poczekał trochę, aż wszyscy wyszli, rzucił spojrzenie szefowej, przyczepiając skrzypce do paska, a jego w następnej kolejności do pleców, na płaszcz. Nie martwił się, że zmienna pogoda wyrządzi instrumentowi jakąś szkodę. Przeszedł już tyle, iż po prostu był nie do zniszczenia. Skubnął lekko wargę ostrymi kłami i ruszył za resztą. Fakt, Lucky mogła chociaż w godzinach pracy powstrzymać się od alkoholu. Będąc już na górze, podszedł do wolnego rumaka. Przejechał dłonią po jego szyi, którą delikatnie klepnął. Wierzchowiec nie zaczął go kopać i gryźć, więc było dobrze. Wiercił się jednak nieco, więc Arthur musiał go przywołać do porządku lekkim szarpnięciem. Zaraz też wskoczył na jego grzbiet, o mało nie lądując na glebie, gdy rumak postanowił przemieścić się parę kroków. Gdyby nie lekcje w dzieciństwie, to zapewne stwierdziłby, że pierdzieli i idzie z buta. Ruszył za całą zgrają, na samym końcu.

[zt]





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Senpai's stalker on 5/2/2014, 20:51
Cicho odetchnęła, gdy wreszcie skończyła szorowanie podłogi. Normalnie lśniła jak glaca niemowlaka. Aż mucha nie siada i można z niej jeść. Sięgnęła do pogniecionej kartki i przeleciała wzrokiem po wytycznych, jakie jej zostawili. Tak, wszystko wysprzątała. Nawet pranie zrobiła, tak jak kazali. Zostało jeszcze ugotowanie czegoś.
Eve nie przeszkadzało, że była wykorzystywana do sprzątania i wszyscy tutaj praktycznie wysługiwali się nią. Właściwie sprawiało jej to chorą przyjemność, że była pomocna. I w ten sposób mogła im udowodnić, że robienie dobrego uczynku popłaca. A i wewnętrznie można poczuć spokój i oczyszczenie. Chciała im to udowodnić i powoli pokazać, żeby sami zaczęli robić coś dobrego dla innych. Co prawda jeszcze daleka droga ku temu, ale wszystko trzeba było zrobić delikatnie i małymi kroczkami.
Odłożyła wszystko gdzieś w kąt i przeciągnęła się, siadając na wyleniałej sofie spoglądając w sufit. Zastanawiała się kiedy wrócą. Nigdy nie chcieli jej nigdzie zabierać. No dobra, wiedziała, że to głównie dlatego, że przeszkadzała im w mordowaniu niewinnych. Ale przecież to nie powód, by cały czas zakrywać się jakimiś domowymi obowiązkami, które ma wykonywać. A, że ona jak to ona, nie potrafiła odmawiać pomocy innym - zawsze zostawała w domu. Nawet jak próbowała się przeciwstawić to nigdy jej nie wychodziło. Zawsze jakaś wymówka.
Przechyliła się w bok i położyła na sofie wzdychając ciężko i bezdźwięcznie. Była stworzona do czegoś więcej niż sprzątania. Miała misję do spełnienia, ale jak mogła się z niej wywiązać, skoro cały czas siedziała w miejscu. Dobra, dość.
Podniosła się gwałtownie a w jej oczach zapłonął ogień sprawiedliwości. Tak, dzisiaj pójdzie i zacznie głosić słowo Boże. Zacznie od samego serca Desperacji. To tutaj znajdzie wiele zabłąkanych duszyczek, które czekają na pomoc kogoś z Nieba. Była tego pewna! Tak ,to dobry plan.




avatar





Senpai's stalker
Kotek     Anioł
GODNOŚĆ :
Eve, ewentualnie Ewa, Matka Ludzkości.


Powrót do góry Go down


Re: Duży salon

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 19 Previous  1, 2, 3 ... 10 ... 19  Next

Powrót do góry