Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 1 z 17 1, 2, 3 ... 9 ... 17  Next   

Duży salon    Pisanie by Arcanine on Pon Gru 16, 2013 7:34 pm
DUŻY SALON.
Jak salon wygląda - każdy dobrze wie. W pierwszej kolejności po prostu musi posiadać coś na czym można usadowić szanowne cztery litery, wypalone na słońcu. I tym razem nie jest inaczej. Wykopana dziura jest naprawdę sporych rozmiarów - jest to jedno z największych pomieszczeń w całej organizacji, a przy tym doskonale... wybudowanym. Trzy (z czterech, naturalnie) ściany wyłożone są betonem, w późniejszym etapie przykrytym drewnianymi deskami. Sufit podtrzymywany jest przez potężne belki, poobklejane plakatami i rozpiskami Kundli.

Głównym punktem na którym skupia się każdy wzrok przychodnia to trzy wielkie, podłużne sofy ustawione w podkowę. Jedna z nich z czerwonym obiciem, druga ciemnozielonym (poobdzierana) a trzecia biało-brązowa w krowie łaty. Choć nie brzmi to zbyt zachęcająco: takie wyposażenie wydaje się rajem na Ziemi, gdy w grę wchodzi całodniowy pobyt na bezkresnych, śmiertelnych pustkowiach Desperacji. W tym wdzięcznym półkolu znajduje się również stolik, zwykle zawalony masą (wycinków) z gazet, rzadziej dokumentami zostawionymi przez co poniektóre nierozważne osoby z gangu.

Jeśli ktokolwiek pomyślałby, że wszystko tu będzie z jednej parafii, to może już iść nad rzekę utopić się w smutku i rozczarowaniu - każdy mebel, każdy najmniejszy detal jest od siebie tak różny, że nawet świadomość wszechobecnego "misz-maszu" nie ratuje sytuacji. Nie można jednak zaprzeczyć, że mimo brzydoty, jest tu nader przytulnie. Może to dlatego, że psy wreszcie znalazły swój kącik?

Pod prawą ścianą znajduje się bujany fotel podwędzony jakiejś nieuważnej emerytce. Tuż obok dwie wielkie poduchy - czerwona i szara. Gdzieś w kącie zbyt duża doniczka, do zbyt małej paproci, która cudem jeszcze żyje i (co jeszcze dziwniejsze) ma się całkiem dobrze.

Pod lewą zaś - regały z książkami, atlasami, nawet kulą ziemską.


_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 21506

Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Wto Gru 17, 2013 10:02 pm
Szarpana wycieczka dobiegła końca, gdy wyliniałe (a przynajmniej tak sobie wyobrażał Sakid) psisko doprowadziło go na miejsce, gdzie miał w teorii zostać zaprowadzony. Czuł iż jest tu znacznie większa przestrzeń niż w wypadku korytarzy przez jakie się przebijał... Czuł to, poprostu to czuł, nawet bez wzroku. Tą przestronność, to powietrze wirujące w tym powietrzu znacznie luźniej niż w wypadku innych miejsc. Delikatnie rozchylił bandaże... Nie było tu zbyt jaskrawo, co niezmiernie cieszyło jego osobę. Poluzował owe bandaże, by podnieść je niżej i zawiązać wokół szyi, by w razie potrzeby, móc bez większego problemu znów podnieść opaskę do góry i przysłonić swój przewrażliwiony wzrok. Teraz mógł spojrzeć na kundla, który go szarpał... A który teraz wydał się go olać.
Nie był wyliniały, to zdecydowany fakt. Wyglądał w sumie na dosyć zdrowe, przerośnięte bydle. I takie tylko "leciutko" dziabnęło go w ramię... Gdyby zacisnął mocniej szczękę, bez problemu odgryzł by ramię aż do barku. Aż delikatne ciarki przeszły wymordowanego wzdłuż kręgosłupa, gdy to sobie wyobraził.
Chociaż w sumie ciężko stwierdzić, czy spotkanie z Growlithem nie skończy się dużo gorzej, prawda? Niestety, nie było odwrotu. Te szpony oszpeciły twarz "szefa", i pewnie szef weźmie za to odwet. Zresztą... Jego ton, no i w sumie ton Sakida też mówiły, że to się dobrze nie skończy. I choć teraz emocje opadły, a wymordowany nie jest już tak poniesiony bestią i własnym gniewem...
Musi zapłacić za to, co zrobił, prawda?
By więc zaczekać w miarę przyjemnym spokoju na swoją "egzekucję", postanowił zająć czymś myśli. Pstryknął nieznacznie palcami w wystającą znad pleców rękojeść, jakby chcąc sprawdzić, czy broń tam dalej jest. Jest... Skierował swoje kroki więc ku... Regałowi. W końcu, kto mu zabroni przeczytać czegoś przed śmiercią? Szybko dotarł do takowego, zgarniając pierwszą książkę jaka mu się nawinęła w dłoń. Pomimo oświetlenia jakie było, nie miał problemów z odczytywaniem tego, co w tej książce znalazł. Nie siadał tam na tych kanapach, bo kto wie, czy jeszcze by nie zajął podpisanego miejsca, czy coś. Miast tego, oparł się plecami o zimną, betonową ścianę i, cóż... Zajął się umilaniem sobie czasu przed śmiercią, pozwalając się ponieść wyobraźni i wciągnąć w świat książki. To zawsze lepszy pomysł, niż zmienić się w kłębek nerwów, a potem paść z płaczem do nóg białowłosego, tudzież rzucić się na niego z zębami i chęcią rozszarpania go na strzępy, prawda? Zachowajmy spokój i czystość umysłu, a może jakoś wybrnie się z tego w jednym... Dwóch... Trzech... Całych kawałkach, które potem nie będą żarciem dla jednego z tych bydląt jakie sprowadziły tu sokolookiego.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Arcanine on Czw Gru 19, 2013 11:00 pm
„Nie”.
Aha.
Fajnie.
W sumie Growlithe zawsze lubił, gdy pozwalano mu na wyrażenie swojego zdania, wyklepania jakichś obiekcji czy cokolwiek innego – w tym przypadku najwyraźniej nie miał się co łudzić. Nie to nie. Koniec. Następny, proszę. Gdyby jednak bardziej się nad tym zastanowić, to zawsze mogła być jakaś chora wersja „martwię się”, prawda? Szeptem wypowiadane słowa, które nigdy nie dotrą do uszu obdarzonych wykwintnym wręcz zmysłem słuchu. Choć wizja ta zdawała się podobać chłopakowi, ostatecznie i tak wyparł ją przez rzeczywistość.
„Spokojnie, Growlithe” - powtarzał stanowczy głos w jego myślach, a on mimowolnie poddał się tej tępej manipulacji, jakby nic innego już mu nie pozostało. „Spokojnie. Co złego mogłoby się stać?” Właśnie. Co złego mogłoby się stać, prócz ewentualnych szkód wyrządzonych przez wojsko? Jeżeli rzeczywiście uda im się cicho przedostać na tereny, gdzie przebywa dyktator – wątpliwym było, by Shirai siedział w swoim pokoju sam. Jeśli nie z cholerną, uległą i – zapewne – wypicowaną i sztucznie piękną panienką, to chociażby jego drzwi były istnym skarbem do chronienia.
Jeżeli zastaniemy go z kochanką – zaczął marudnie, przesuwając wzrokiem po profilu idącego bardziej na przodzie Nathaniela. Nic nie mógł poradzić na to, że takie traktowanie przez skrzydlatego irytowało go zdecydowanie bardziej, niż wizja przyszłego napadu. Świadomość, że ilekroć by jednak nie stawiał na swoim, anioł i tak ostatecznie go złamie – jako jedyny mając na niego taki wpływ – była wręcz przytłaczająca. Nawet fakt, że przy nodze białowłosego dreptał posłusznie olbrzymi czarny dog niemiecki, nie był na tyle silny, aby poczuć się bezpieczniej.
- Nie wygadaj się tylko – warknął w pewnym momencie, mrużąc świecące w ciemności ślepia. Jego ton zabrzmiał szorstko i nieprzyjemnie. Przez moment te same cechy odbiły się również w jego oczach, prędko przysłoniętych przez gęstą grzywkę. - Zawsze spieprzysz każdy pomysł. Milcz jak milczysz przy mnie.
I co z tego, że powiedział to z nieopisanym wręcz wyrzutem? Zresztą, nie był do końca pewien, czy anioł rzeczywiście miał zbyt długi język w innym towarzystwie. W takiej sytuacji wydawało się, że dla Nathaniela dosłownie każde towarzystwo jest lepsze i bardziej odpowiednie do rozmowy niż to, które składało się z Growlithe'a i jego szeroko pojętego ego. Marudna fala negatywnych wyobrażeń na temat opiekuna sprawiła, że usta wykrzywiły się i zostały w tak kwaśnym grymasem do czasu, gdy twarz została oświetlona przez lichy blask lampy naftowej salonu.
Zmrużył bardziej oczy od razu zauważając Sakida, obmacującego książkę. Delikatnie kiwnął głową w jego stronę, dając Nathanielowi znak. „Tak, to ten”. Nie musiał mu nic więcej mówić. Wiedział, że anioł zrobi, co do niego należy, wypełniając swoje zadanie perfekcyjnie i schludnie. Robiąc to dokładnie tak, jak nie zrobiłby tego Jonathan.
- Jednak przyszedłeś – odezwał się, wreszcie przerywając marsz. Dog niemiecki u jego boku zatrzymał się w tym samym momencie. Nieruchomy pysk nie drgnął nawet w momencie, gdy na czarnym łbie wylądowała dłoń młodo wyglądającego przywódcy. Tylko złote oczy zdawały się być ruchome. Dog wpatrywał się intensywnie w sylwetkę nieznajomego, czekając na najmniejsze drgnięcie Sakida.
Growlithe oderwał wzrok od czarnowłosego.
- Widzę, że Lawrence cię znalazła.
Owczarek niemiecki na dźwięk swojego imienia poruszył nieco łbem, zwracając go ku właścicielowi. Długi, puszysty ogon przeciął parę razy powietrze, wyrażając resztki zachowanych emocji, które białowłosy przyjął nader pozytywnie. Pomijając oczywiście fakt, że choć kącik ust drgnął nieco, to grymas zadowolenia nie wstąpił na jego usta. Miast tego omiótł z rozżaleniem pokój.
„Pustki, Jonathanie”.
- Długo czekasz? Całkowicie sam? – zapytał wyraźnie Sakida, wreszcie zatrzymując spojrzenie na nim. Błysk w oczach nie wróżył nic dobrego. Bitwa godna pieśni. Łut szczęścia lub całkowita klęska. Powód do radości albo gorzkie łzy smutku. Ta nieprzemożona chęć zabrania nowego ze sobą, tylko po to... Pokręcił głową. Jakim przywódcą by był, gdyby skazywał swoich na pewną śmierć? Zacisnął zęby. Marnym. Sam fakt, że pomyślał o takiej opcji był nie do przyjęcia. Co z tego, że wcześniej się martwił, powierzając temu nieokrzesanemu idiocie kogoś, na kim zależało mu do nieopisanego stopnia? W chwili obecnej miał chęć chwycenia Nathaniela za ramiona i wypchnięcia go z salonu z tekstem: „no ale serio zostawiłeś włączony odkurzacz”.
Rana na policzku zapiekła mimowolnie.
- Generalnie dobrze będzie, jeśli się poznacie. Wychodzi na to, że teraz będziecie ze sobą bardzo zżyci.
Z tymi słowami, cofnął się na bok, by obejrzeć się w stronę białowłosego towarzysza. Posłał mu tylko niechętne spojrzenie.

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 21506

Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Pią Gru 20, 2013 1:12 am
Noga za nogą, krok po kroku, powoli i nieuchronnie kierował się do salonu. Musiał odpocząć gdzieś daleko od hałasu, zebrać rozrzucone na wszelkie strony myśli. I przypomnieć sobie wygląd tego skurwysyna, który dobierał się do jego jedynej plamki światła w tym szarym, spierdolonym świecie. Do siostry. Do Ayi. Nie wybaczy burej suce i zabije przy najbliższym spotkaniu. To było po prostu pewne. Nie tolerował nikogo, kto się dostawiał do bliźniaczki. Każdy prędzej czy później musiał spotkać terapię pięściową gadziny.
Organizacyjne kundle jak zwykle się do niego przyczepiły. Szczególnie jeden, który już od wejścia mu towarzyszył. Arthur tolerował go, nawet przywitał pogłaskaniem po wielkim łbie, jednak nie czuł się przy nim zbyt dobrze. Jakby nie patrzeć... byli podobnej wielkości. Gdyby bestia stanęła na dwóch łapach, spokojnie przewyższyłaby biednego kurdupla. A to byłaby wręcz zniewaga!
Blondyn ignorował zwierza, który szedł tuż obok, jakby na coś czekając. Przewrócił ślepiami i westchnął ciężko. Akurat ten się go musiał uczepić. Bo co? Bo jednym pacnięciem łapy potrafił go przewrócić? Znalazł sobie ofiarę do męczenia, kiedy mu się nudzi? Dlaczego ja?! Damn. Serio, Koszmarkowy powinien iść do jakiegoś dennego programu telewizyjnego i zaprezentować swoje problemy. "Arthur Adrich, 1005 lat. Prześladuje go pies szefa, który jest jego krewnym."
Na poziomie trzecim poczuł dziwny zapach. Rozwidlony język przeciął powietrze, w ułamku sekundy go smakując. Zmarszczył lekko nos. Kojarzył ten zapach i już mu się to nie podobało. Drugi jednak był bardziej znajomy i przez to delikatnie się uśmiechnął, choć jego twarz ciągle wydawała się być ponura i obojętna. Ruszył dalej, wolnym krokiem, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza. Niedługo po tym wylądował na glebie. Warknął głośno.
- Żesz ty kur... Złaź ze mnie! - zepchnął psisko ze swoich pleców i podniósł się jak najszybciej. Jego wściekły, wysoki głos dało się zapewne słyszeć aż w salonie. Poprawił okulary i strzepnął sporą część ziemi z ubrania. Otarł też większość z twarzy. Zielone tęczówki zaczęły ociekać jadem i wyraźnie świecić w półmroku. Rzucił mordercze spojrzenie "psiakowi", który jednak miał na to wywalone i zaczął machać ogonem w prawo i lewo. - Tsh - prychnął, ruszając dalej. W głowie już formowały się plany zabicia bestyjki na co najmniej dwadzieścia sposobów.
Kilka kroków przed wejściem do największego i najbardziej luksusowego pomieszczenia w całej zapchlonej norze, znów liznął powietrze. Świeżość... Wciąż lekko trącało człowieczyną, ale już taką mocno popsutą. Teraz był to zapach ludzko-zwierzęcy. Zupełnie jak pracownik jakiegoś schroniska, czy coś. Blondyn wychylił się zza rogu i w ciszy przejechał świecącymi ślepiami po całym tym burdelu. Westchnął cicho i wsunął się do salonu.
- Yo, szefie - rzucił obojętnym tonem, zawieszając wzrok na Jonathanie. Zaraz spojrzał w kierunku tego mizernego czegoś, co śmiało podnieść wcześniej rękę na jego kochanego kuzyna. - Widzę, że przygarniasz już nawet suki w rui. I do tego ledwie stojące na nogach - dodał. Jego głos wyrażał teraz obojętność zaprawioną łagodną nutą drwiny. Tylko szukał powodu do rzucenia się z kłami na tego zdechlaka bawiącego się książką. Przysunął się bardziej do Growa.
- Swoją drogą - dwie sprawy. Raz, że wygrałem zakład. Nawet na mnie nie spojrzała. Dwa... Jakiś skurwysyn dobierał się do Ayi. Przydałaby mi się twoja pomoc - sciszył głos, choć niepotrzebnie. W podziemiach i tak było słychać wszystko. Rzucił szefowi porozumiewawcze spojrzenie i odsunął się pod ścianę, o którą oparł się plecami. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i czujnie obserwował. Jakoś nie ufał temu świeżakowi.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Pią Gru 20, 2013 6:31 pm
Najpierw w lewo, potem w prawo. I wyglądaj, jakbyś wiedział, dokąd masz iść. Teraz trzeba chyba iść jeszcze kawałek prosto…
Błoga cisza, która o dziwo ich otaczała, musiała, oczywiście, zostać przerwana. I przez kogo? Levittoux ani na chwilę nie zwolnił kroku, nie zerknął nawet za siebie w kierunku towarzysza.
Nie wygadaj się tylko.
Phie i komu ty to mówisz?
Zawsze spieprzysz każdy pomysł.
Może i od czasu do czasu Nathaniel miał ochotę otworzyć do kogoś gębę, żeby wmówić mu, że Jace ma paranoję, ale żeby od razu oskarżać go o psucie wszystkich planów? Och, chyba że z tym „pieprzeniem pomysłów” chodzi o uniemożliwianie Jonathanowi buntowniczych ucieczek spod czujnego oka stróża – w takim razie, fakt, zawsze udaje mu się je spartaczyć.
Milcz jak milczysz przy mnie.
Jak sobie jaśnie książę życzy…
No, to sobie pogadaliście.
Anioł parł dalej niestrudzenie naprzód. Teraz w… lewo? Zobaczymy. Po skręceniu i przejściu jeszcze paru kroków ujrzał całkiem spore pomieszczenie. Elementy wyposażenia kompletnie do siebie nie pasowały, ale zauważył kilka kanap, więc… od biedy można było uznać to za salon. W przekonaniu o swojej boskiej orientacji w terenie utwierdził Nathaniela widok stojącego pod ścianą chuchra. Zważywszy na tajemne sygnały przesyłane mu przez Growlithe’a, doszedł do wniosku, że to właśnie z nim mieli się spotkać! {Och, aniele, twoja dedukcja także jest boska – zahuczały wierne fanki.}
Po przekroczeniu progu, pragnąc wypełnić powierzone mu zadanie jak najlepiej, udał się prosto do jednej z kanap, na której to uwalił się, kompletnie ignorując przy tym swojego przyszłego „współpracownika” i dwie kudłate bestie, kręcące się po pokoju. Splótł ręce za głową, po raz kolejny tego dnia dając pochłonąć się emocjonującemu zajęciu, jakim z pewnością było gapienie się w sufit. Może to jakiś fetysz? Tak czy siak, jako że przywódca gangu zajął się rozmową z nowym, Levittoux mógł kompletnie oddać się swojemu najnowszemu hobby. Okazało się jednak, że nawet to nie może być zbyt proste, bo znowu ktoś coś od niego chciał.
„Miałem milczeć” powiedziało przekorne, a zarazem znużone spojrzenie, posłane Jace’owi w chwili wydania przez niego nakazu integracji. A w sumie… niech mu będzie. Skoro miał spędzić z tym świeżakiem trochę czasu jako jego prawie-osobisty bodyguard, prędzej czy później i tak będzie zmuszony mu się przedstawić. Już chciał nawet otworzyć do niego gębę, gdy do ich wesołej gromadki dołączył blond kurdupel, będąc od progu niezwykle uprzejmym dla nowego nabytku organizacji. Ciekawe… młody zdążył już zaleźć komuś za skórę?
Nath przyglądał się temu wszystkiemu z umiarkowanym zainteresowaniem, podrzucając i łapiąc w locie piłeczkę, którą przed chwilą znalazł koło nogi sofy. Nie należało to do najmądrzejszych rzeczy jakie zrobił w życiu. Przekonało go o tym bydle, które, radośnie machając ogonem, przywaliło go swoim cielskiem.
Dlaczego. Tu. Wszędzie. Do cholery. Są. Te. Bydlaki.
Anioł zrzucił z siebie ten niechciany ciężar, przeklinając go w duchu. Psisko warknęło, obnażając przy tym kły. Za chwilę jednak było już zbyt zajęte gonieniem lecącej piłki, żeby dalej przejmować się czymś tak nieistotnym, jak warczenie na gostka ze skrzydłami. I to ukrytymi, trzeba dodać, więc tym bardziej nie było w nim nic pretendującego do miana „lepszego niż piłka”.
Stwierdzając, że teraz i tak wszyscy wiedzą już o jego obecności, wstał z kanapy, otrzepując się przy tym ze zdegustowaniem. Powiódł wzrokiem po zgromadzonych i jęknął w duchu, z trudem zmuszając się, by nie powrócić na łaciatą sofę.
Co ja robię tu-uuuuuuuuuu? zaśpiewało w nic coś {chyba wątroba} z pełną świadomością ironii zawartej w tym zdaniu.
Ignorując wewnętrzne głosy, zwrócił się w stronę najmłodszego wymordowanego.
- Nathaniel. Będziemy współpracować podczas… – w tym momencie spojrzał na Jace’a, jakby nie wiedział, ile może powiedzieć. W końcu całkiem niedawno ktoś tu opieprzył go za to, że zawsze coś spieprzy, jak już raczy otworzyć japę.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Pią Gru 20, 2013 8:50 pm
Na swój sposób pasjonujące było czytanie o geografii tego regionu, wiedząc iż jest to możliwie ostatnia lektura w życiu. Tak patrząc, nawet gdyby wybrał najnudniejszy romans, okazałby się nader ekscytujący, nie pozwoliłby się oderwać od siebie ani na sekundę, tak długo... Tak długo jak pozostało trochę życia.
Dosyć specyficzny sposób na spędzenie ostatnich chwil żywota, ale cóż począć? Nie miał nic innego do dyspozycji, czyż nie? Mógł popełnić seppuku czy coś, ale nie jest samurajem, a tym bardziej, nie miał chyba powodów do czynienia czegoś takiego, jak przynajmniej sądził.
Zagłębiając się więc w niesamowicie pasjonującej lekturze opisującej geografię miasta-3, bo jakżeby inaczej znaleźć w tych czasach jakieś dzieła opisujące faktycznie regiony Japonii, którą sam z siebie znał na pamięć, powoli oczekiwał na nieuniknione, na to, co mu obiecano. Śmierć. Śmierć ciała, ducha, woli, nieważne. Śmierć. Unosił co jakiś czas spojrzenie znad książki, które szybko natrafiało na psiaka, jaki go tu przyprowadził. Wydawał się dokładnie go obserwować - pilnować, co by nigdzie nie umkną? Możliwe. Tym niemniej, przynajmniej nie musiał się bać, że jest tu sam. Ma psa obronnego! Co z tego że ten pies prędzej zagryzie jego niż oponenta! Ma, i już.
Hej, hola, Sakid nic nie obmacuje, fetyszu książek jeszcze nie ma. Tym niemniej, wyczucie zapamiętanego dosyć mocno zapach Growlitha to czynnik, jaki sprawił, iż były wojskowy oderwał się od książki, spoglądając w kierunku z którego to osoby, jak wyczuwał, zbliżały się. Przeczulone zmysły dawały o sobie znać, mieszanką kolorów lekko odurzając wymordowanego, póki ten nie posortował tego jakoś. Pies, Growlith i... Ktoś jeszcze. Co prawda, mógł to rozpoznać też po krokach, bo gdy zapach dotarł do jego nozdrzy, byli już nader blisko... Cóż, nieważne.
- Dryl wojskowy robi swoje, "przywódco". Rozkaz musi zostać wykonany, lub konsekwencje będą dotkliwe.
Mówiąc to uniósł wzrok na "szefa", pozwalając ich spojrzeniom na moment się spotkać. W spojrzeniu Sakida nie było tej buty co wcześniej, nie było tej dzikiej pewności siebie i wprost zwierzęcej agresji. Zachowywał się spokojnie, tak jak powinien na samym początku... Ale oczywiście nie, musiał zniszczyć swoją znajomość już na starcie. Neh.
Chcąc nie chcąc, jego spojrzenie wychwyciło drugą osobę... Moment... Skupił na nim spojrzenie, mrużąc oczy i zbiegając brwi w zamyśleniu. Mooooment... On kojarzy tego typa... Ten zapach coś mu mówi, pamięta go z chwili, gdy wyszarpał Yunosuke z balu. Moment...
Gdy jego szare komórki w końcu skojarzyły, o kim myślał, przez jego łeb przebiegł krótki impuls, jaki był jednoznaczny. Ez, jesteś udupiony. Tenże typ który właśnie uwalił się na kanapę i uznał, że sufit jest nader pasjonujący to osobnik, od którego wymordowany odbił się jak od muru skalnego, gdy w niego wbiegł. Tak... Nawet nie wzruszył tym za mocno tego osobnika. Świetnie... Poprostu wspaniale.
Z tych myśli wyrwały go jednak słowa jego głównego rozmówcy. Lawrence? Uniósł wzrok i rozejrzał się, a widząc nieco rozemocjonowanego psa, który go tu sprowadził, skojarzył szybko fakty. Aha. Odłożył książkę na półkę, a jego dłoń nieco podświadomie powiodła na lekko pogryzione przedramię, delikatnie je pocierając.
- Nie zaprzeczę iż miała swoje "środki nacisku" by mnie tu sprowadzić.
Chcąc nie chcąc, uśmiechną się nieznacznie. Mimo wszystko, było to specyficznym przeżyciem, które może warto by było zapamiętać.
No i ma też dziwne wrażenie, że zatopienie zębów w przedramieniu krnąbrnego mężczyzny było całkiem ciekawą rozrywką dla Lawrence, ale to już jego domówienia.
Na pytanie Jonathana pokręcił nieznacznie głową przecząco, wzruszając barkami. Nie miał w sumie jak inaczej opisać tego poprzez mowę ciała.
- Nie mam pojęcia, nie sądzę iż długo, i tak, sam... Poza tym, czekanie na śmierć potrafi wydłużyć nader mocno czas... Bo nie zapomniałeś o tym, jak mówiłeś, iż będę cierpiał tak mocno, aż będę błagał o śmierć, prawda?
Przechylił nieznacznie głowo, unosząc brwi i spoglądając w nieznacznym zapytaniu na szefa.
- Jakoby nie było, ja jestem gotów na poniesienie konsekwencji swoich zachowań, niezależnie od tego, czy były one wystosowane przeze mnie, czy pchnęła mnie ku temu moja nowa, dzika natura.
Splótł dłonie za plecami, przyjmując wyprostowaną, niemal żołnierską postawę. Był gotów, na wszystko. Od śmierci przez strzał w głowę, po dekapitację.
... Co nie zmieniło faktu że jego zainteresowanie wzbudziły jakieś dzikie okrzyki z innego korytarza, gdzie ktoś najwidoczniej wpadł w oko jakiemuś napalonemu psiakowi. Ta myśl sprawiła że, chcąc nie chcąc, zaśmiał się cicho pod nosem, by potem wrócić do poprzedniej postawy. Już kojarzył, o kogo chodzi. Mimo bycia skamieniałym przez dolność Lucky, nie zabierało mu to słuchu czy wzroku, a słyszał i widział groźby Arthura. Skierował na niego swój wzrok gdy ten wszedł, a na uwagę która była prawdopodobnie ku niemu, wpłynął na jego twarz nieznacznie drwiący uśmiech.
- Cóż, przynajmniej ta suka nie musi obawiać się iż jakiś napalony psiak zechce mieć z nią szczenięta.
Lekko drażniąca uwaga na temat poprzedniej sytuacji, ale to chyba normalnie w wypadku osób i relacji międzyludzkich. Czasem trzeba sobie dopiec. Wracając jednak do Jonathana, który postanowił znów zabrać głos. Ehm? Zerkną to na dryblasa, jaki przypadł w gusta psiakowi jak widać za posiadanie piłeczki, to z powrotem na "szefa" z drobnym niezrozumieniem tematu. Hm... M? Odruchowo chciał się podrapać po głowie, lecz nim jeszcze wbił sobie szpony w czaszkę, zdołał się powstrzymać.
- Ehm... Nie chciałeś może mnie zabić, aniżeli ehm... Właśnie, aniżeli to?
Nie wiedział w sumie nawet jak to określić, znów swoje spojrzenie przerzucając na drugiego mężczyznę, jaki chyba w końcu się zwlekł z ziemi i postanowił coś powiedzieć. Arthur został sążnie olany, przynajmniej chwilowo, a w centrum zainteresowania znalazł się jego "towarzysz"? W sumie nie wiedział, jak to określić.
Nathaniel. Będziemy współpracować podczas...
E, wróć. My? Współpracować? Podczas? Co tu się dzieje się dzieje się? A czy on nie miał może umierać? Ekhem... Hę? Cóż, nie wiedząc co zrobić zbytnio, z dłońmi splecionymi za plecami podszedł bliżej mężczyzny, nieco zadzierając spojrzenie ku górze, gdy się zbliżył, by jako tako wpatrywać się w jego twarz.
- Jakkolwiek nie rozumiem chwilowo co tu się dzieje, miło mi poznać. Sakid. - Z ostatnim słowem wysunął prawą dłoń ku aniołowi(kij że nie wie o tym iż to takowy) w geście powitania. - Mam tylko nadzieje, iż znów nie będę musiał się z tobą zderzać, jak na balu. - Dodał z uprzejmym uśmiechem, drugą dłoń trzymając dalej za plecami. Cóż... Nie zapomniał swojej kultury i ogłady, gdy jej potrzebuje i gdy jakaś bestia nie chce mu rozłupać czaszki.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Arcanine on Pią Gru 20, 2013 9:52 pm
| „Prześladuje go pies szefa, który jest jego krewnym” - to zabrzmiało, jakby pies Growlithe'a był krewnym Arthura. xD |


Istotnie. Wściekle szalony głos Arthura dało się słyszeć wszędzie. A przynajmniej tutaj, gdzie czujny słuch Growlithe'a wyłapywał najdrobniejsze dźwięki wiatru. Nie mógł powstrzymać ucha, które drgnęło pospiesznie sygnalizując wszystkim, że usłyszało każdą rysę w tonie Adricha; a także tego, że na usta wstąpił delikatny zarys kpiącego uśmiechu, tak szalenie niepasujący do zadrapanej przez pazury twarzy.
Nie potrzebował zresztą żadnego znaku z Nieba lub Ziemi, by wiedzieć, że krewny pojawił się w pomieszczeniu. Jego charakterystyczna woń nasilała się z każdą chwilą, a coraz potężniejszy zapach należący do Javiera stał się zbyt intensywny, by go nie rozpoznać.
„Yo, szefie”.
Nie drgnął. Nie poruszył się. Nawet nie mrugnął.
Jakby słowa nigdy nie zaistniały, jakby Arthur nie miał prawa się odezwać bez wyraźnego pozwolenia – generalnie jednak jedyne co się zmieniło, to wyraz twarzy białowłosego. Przywołał do porządku swoje wiecznie wykrzywione usta, by wreszcie wstąpiła na nie ta beznadziejna część powagi, którą Jonathan zwykł chować głęboko pod skorupą. Bycie poważnym było takie kłopotliwe...
W milczeniu obserwował reakcję Sakida.
Choć daleko było Charliemu do gustownego biznesmena, który wymaga od każdego zołzowatego podopiecznego ukłonów i owacji, to jednak pewne rzeczy dla wyższych stanowisk pozostały niezmienne – ta odrobina szacunku, respektu. Ta chwila bez braku obojętności. Wymagał zbyt dużo? Powinien się ograniczyć? Zacząć ustalać lepsze, dogodniejsze dla psów zasady? Growlithe nagle się uśmiechnął, gdy nowy – khm – nabytek łaskawie uniósł na niego spojrzenie. „Już lepiej” - zdawał się mówić jego hardy wzrok, bezczelnie oceniający każdy drobny odcinek twarzy wymordowanego. Zaraz mimowolnie uśmiechnął się szerzej.
- Wszyscy mają swoje sposoby. Ty drapiesz, Lawrence gryzie.
Lawrence drgnęła na dźwięk swojego imienia. Te psy nie były zwyczajne. One żyły tym paskudnym, zgniłym trybem, tymi polowaniami, tropieniem niewinnych i słabych. Wszyscy byli słaby, dopóty nie udało im się złamać – a psów nie da się złamać. Zwierzęta dumne i płochliwe, agresywne i spokojne, sympatyczne i wrogie – zawsze jednak niepojęcie lojalne. Ta malutka, prywatna armia na usługach Growlithe'a była wierna w sposób szczególny.
Ile psów zdechło, tylko po to, by nie zaprowadzić wroga do siedziby?
Ile poświęciło się, aby odciągnąć wojska bezczelnych ludzi?
Ilu lizało rany, podkulając ogony? Ilu zostało rannych, ilu straciło wzrok, słuch, czucie?
Jak mógłby mu umknąć ten cudowny widok, gdy ręka bezimiennego pocierała obolały bok?
- Musiałeś być bardzo kapryśny. Nie gryzą bez potrzeby.
Palce musnęły lekko kark doga niemieckiego, którego ogon mimowolnie się poruszył.
Ile psów będzie musiało jeszcze zginąć w imię zasad, które nigdy nie były im potrzebne? W imię świata, którego nienawidzą, zabaw, które nie cieszą, strachu, który zagląda w oczy co rusz po wyjściu z siedziby? Growlithe pokręcił głową z politowaniem.
Nagle jednak oderwał spojrzenie od czarnowłosego. Nie musiał się obawiać o niespodziewany atak z jego strony – ledwie te trzy psy, które kręciły się teraz po salonie, to wystarczająca obrona na jednego wymordowanego. Był pewien, że ledwie jeden nieodpowiedni ruch ręką, a były wojskowy mógł liczyć się z ewentualną utratą całego przedramienia. Z tą też świadomością Growlithe mógł skupić się całkowicie na kuzynie. Ale ty pieprzysz, Arth.
„Widzę, że przygarniasz już nawet suki w rui. I do tego ledwie stojące na nogach”.
Otworzył usta. Właściwie ledwie je uchylił, ale nieoczekiwana odpowiedź nowego zdusiła słowa w zalążku. Nie spojrzał na niego, w zamian odpowiadając na te słowa cichym parsknięciem.
„Błagam, zignoruj to, Jace” - podszeptywał głosik w głowie, a on po raz kolei usłuchał go, choć zdawało się, że w ostatniej chwili zdusił wyrywający się na zewnątrz śmiech.
- Raz – podjął temat – daj mi dowody, że to prawda. Wtedy – być może – ci uwierzę. Dwa, sukinsyn zginie. Później o tym pogadamy. Mam ważniejsze sprawy niż Aya.
Jak źle teraz to zabrzmiało?
Jonathan był świadom, że dla Arthura jego młodsza, śliczna siostrzyczka była całym bożym światem. Każdą drobnostką, która cieszy, którą trzeba pielęgnować i dbać o nią, aby nie umarła. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że per „Sukinsyn” z pewnością nie został zostawiony z niczym. Jeśli Adrich mu nic nie zrobił – to tylko kwestia czasu aż wygłodniałe kundle ruszą w ślad za postacią białowłosego, gotowe porozrywać tego tępego idiotę na czynniki pierwsze.
I pomyśleć czasami, że wystarczy coś tak błahego jak więzy krwi, by nieznajomy wkopał się w gówno po usta.
„Jeszcze nie teraz. Naprawdę”.
- Powiedziałem też, że śmierć sama przyjdzie. I nie – uściślił nagle, na nowo podejmując przerwany temat. Postąpił krok ku Sakidowi. - Nie zapomniałem. Będziemy mieli naprawdę dużo zabawy. – Uniósł brew w wymownym geście, przecinając dzielącą ich przepaść. Jeszcze dwa kroki, a zdawałoby się, że wpadnie na czarnowłosego. - I tak – westchnął. - Chciałem cię zabić. Chcę cię zabić. Zresztą... „to” mogłoby się obrazić.
Zerknął za siebie w stronę podchodzącego tego... znaczy się... Nathaniela. I to uroczo urwane zdanie...
Odsunął się, gdy Sakid ruszył w stronę anioła.
Aha.
„Sakid”.
Kurde, strzał w dziesiątkę. Po to „zaproponował” by się poznali, żeby – tak całkowicie przy okazji – dowiedzieć się, jak to czarnowłose bydle ma właściwie na imię. Nieważne. Chłopak rozejrzał się po ziejącym pustką pomieszczeniu. - Szału nie ma – mruknął pod nosem, by chwilę później powiedzieć kolejne słowa głośno i wyraźnie: - Plan jest prosty. Dostaliśmy potwierdzone informacje o pozostaniu w siedzibie jednego z dyktatorów. Zaatakujemy dzisiaj, biorę psy, Arthura. Sakid będzie trzymać się blisko Nathaniela. Nie zrozum mnie źle, ale jesteś narwanym idiotą, który może spieprzyć, a nie polepszyć plany. – Gorzki uśmiech. - Jest jednak coś, w czym będziesz mógł być pożyteczny. Dobre, co? Kto by pomyślał, że już w pierwszym dniu pracy, otrzymasz jakieś zadanie? Jako były wojskowy znasz jednak rozmieszczenie sal, wiesz doskonale, gdzie zwykli przebywać dyktatorzy, prawda? Skoro pozostała dwójka w chwili obecnej jest poza murami północnej części miasta – schwytanie jednego będzie dziecinnie łatwe. Zmniejszyła się liczba wojskowych, bo wielu towarzyszy teraz pozostałym władcom S.SPECu. Pojedziemy konno aż do wielkiej skały, stamtąd pójdziemy pieszo na północ w stronę murów Miasta-3. Dojdziemy zapewne dopiero po zachodzie słońca. Mam tylko nadzieję, że nasz uroczy, agresywny dyktator będzie słodko spać, gdy wpadniemy do niego z wizytą. Pytania? Wątpliwości? Ktoś nie umie jeździć konno?

_________________

CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE? TAM WRÓG TWÓJ SIĘ UKRYŁ JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI ZAŻARCI, I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI.         JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ.



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 21506

Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Fucker on Sro Gru 25, 2013 1:53 pm
Prawdę mówiąc, jeszcze nigdy nie odczuwał aż tak ogromnej chęci unikania własnego domu, jednak na tę chwilę każda opcja wydawała się być znacznie lepsza od spędzenia czasu w towarzystwie dwójki osób, której zachowanie nie przekraczało poziomu przedszkolaków. „Obraziłeś mnie, więc zrobię ci na złość” – durna logika, która w sporach prowadziła donikąd. Miał wrażenie, że po ostatnich nieciekawych doświadczeniach gorzej już być nie mogło, aczkolwiek to w żaden sposób nie usprawiedliwiało tego, że postanowił zjawić się na terytorium terenów DOGS. Abstrahując od tego, że miał do tego pełne prawo, niezupełnie zaliczał się do grona osób, które wykazywało się chęcią integracji z innymi, a z tego względu nawet z Kundlami nie był za pan brat. Każda jego obecność tutaj równała się świętu narodowemu. Jeżeli ciemnowłosy przewijał się tutaj, na ogół musiał mieć w tym większy cel, niż zwykłe zaczerpnięcie odpoczynku z narażeniem siebie na ryzyko niepożądanej pogawędki z którymś członkiem ekipy spod ciemnej gwiazdy. Nie ukrywając, w większości przypadków nawet nie stawiał się na wezwania, bo wedle jego logiki nie każdy przekaz musiał być udzielany w cztery oczy. Na dłuższą metę oszczędzało to nerwów – rzecz jasna, jego rozmówcom.
Przechadzając się skąpanym w półmroku korytarzem, wsunął ręce w kieszenie bluzy. Spojrzenie srebrzystych tęczówek niemalże cały czas wpatrywało się w to, co miał przed sobą. Ku jego zaskoczeniu, w siedzibie było całkiem spokojnie. Przez chwilę odniósł wrażenie, że był zupełnie sam, chociaż w powietrzu unosiły się jeszcze stosunkowo świeże wonie: znane oraz te, których w ogóle nie kojarzył. W im dalsze zakamarki jaskini się zapuszczał, tym jego uszy były w stanie wychwycić jakieś niewyraźne szmery, które różniąc się od siebie, coraz bardziej zaczynały przypominać konwersację. On sam zachowywał się cicho, chociaż od czasu do czasu szurnięcie podeszew w kontakcie z podłożem groziło tym, iż obecni w salonie mogli szybko zorientować się, iż ktoś się zbliżał. Nie to, żeby zależało mu na anonimowości.
Jedna z zasad dobrego wejścia obejmowała spóźnienie się na spotkanie. Co prawda, w tym wypadku czysty przypadek chciał, że zjawił się (względnie) w porę, nie mając pojęcia o tym, że szykowała się jakaś większa afera. Można powiedzieć, że jego wyczucie czasu było wprost idealne, biorąc pod uwagę to, że gdy plan działania był przedstawiany zainteresowanym, był już na tyle blisko, by mieć możliwość zapoznania się z nim. Gdzieś w połowie wypowiedzi Jonathana, znajdował się już w progu salonu, gdzie postanowił się zatrzymać. Z kompletnym zobojętnieniem na twarzy i znużeniem w oczach pobieżnie omiótł wzrokiem niewielką grupę zebranych. Analizując wszystkie wymienione przez białowłosego fakty, był skłonny przyznać, że sytuacja prezentowała się marnie. Z jego ust nie wyrwało się żadne powitanie, a jego głowa nawet nie drgnęła, by uraczyć ich chociażby skinieniem. W świetle spraw spoufalanie się było zbędne, a dzięki nieodgadnionemu wyrazowi twarzy doskonale ukrywał swoje niezadowolenie z faktu, że w pobliżu przebywały nowe osoby. Jeszcze chwila, a zleci się tu cała Desperacja, a Growlithe zacznie urządzać przyjęcia herbaciane.
Tryb narwańca aktywowany, mruknął w myślach ze zrezygnowaniem, zaś nieszczęśnikiem, który otrzymał w prezencie najwięcej uwagi Ryana okazał się Jace. Nic dziwnego, skoro właśnie wygłosił przemowę, która w swojej treści zawierała kilka niedorzeczności – w mniemaniu Jay'a oczywiście. Nie pozostało nic innego, jak tylko wyrazić wszelkie swoje wątpliwości, jednak nie odezwał się ani słowem. Zdarzało się tak, że samym spojrzeniem można było wyrazić więcej niż tysiąc słów, jednak to jasne, że nikt nie lubi, gdy patrzy się na niego w sposób, który zrzuca na jego barki ciężar niepoczytalności lub nie do końca przemyślanych decyzji. Wszystko wskazywało na to, że respekt wobec kogokolwiek poszedł się kochać razem z taktownością. Aczkolwiek z pewnego punktu widzenia niebezpieczeństwa były kuszące. Ktoś, kto miał za sobą wieki doskonale wiedział, że najlepszą formą rozrywki jest dostarczenie sobie porządnej dawki adrenaliny, a nie gra w scrabble ze znajomymi – nawet, jeśli prób podekscytowania z roku na rok stawał się coraz wyższy.

_________________



You see this face? This is my face of
NOT GIVING A SHIT.



Fucker
-----------
Rottweiler     Opętany

avatar

Liczba postów : 5290

Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Sro Gru 25, 2013 5:52 pm
Miałaś wrócić do domu?
Jedna myśl, zwykła myśl i po chwili człowiek dostaje świra, że się spóźni. Ale kto się tym przejmuje, wszystko dzieje się jak zawsze, jej nigdy nie ma gdzie powinna. Za to zbiera się jak zawsze z czyjejś sypialni pośpiesznie bez obietnicy powrotu. Jeszcze tylko wskoczyć do swojego pokoju po ubranie, albo nie. I tak jest za późno, kto tam by się przejmował. A może lepiej skoczyć? Po alkohol i plany miasta, tak plany siedzib, które nas interesują. To się przyda...
Po drodze nikt się do niej nie zbliżał, nawet psy. Zresztą po co. Byli naturalnymi wrogami. Zresztą psy znały ją za dobrze i wiedziały, że nie muszą jej towarzyszyć. Jak to kot, zawsze chodziła własnymi ścieżkami. Szła szybko lecz jak na kota przystało wyjątkowo cicho. Pewnymi krokami posuwała się do przodu znając korytarze jak własne kieszenie. W końcu znalazła się w środku. Jej wejście naturalnie wyprzedziły opary dymu papierosowego i zapach alkoholu, z butelki trzymanej przez nią w ręce.
-No cześć, coś mnie ominęło kochanie?
Słowa na szybko rzucone z uśmiechem i kierowane do szefa. Nie liczyła, że zacznie od nowa swój monolog, który zresztą słyszała przy wejściu. I tak nie musiał znała częściowo przynajmniej plan. Znała ich działanie i znała plany miasta. Na razie to jej starczy, a resztę się dopowie. Gorzej z ludźmi, mało ich było i to bardzo. Kotka jeszcze się rozejrzała. Uśmiechnęła się do psiaków i spojrzała na Arthura.
-Lepiej mnie więcej nie dotykaj.
Zaciągnęła się resztkami tytoniu i jeszcze raz spojrzała na zebranych. Wzrokiem zatrzymała się dopiero na istocie, której widok był nader rzadki. Kto by pomyślał, że drugi kociak tutaj zajrzy. Uśmiechnęła się na wpół ironicznie a na wpół sympatycznie? Tak, to może być dobre określenie na ten specyficzny grymas na jej twarzy.
-Wpadaj tutaj częściej.
Rozłożyła się na wolnej sofie. Postawiła na stole butelkę z sake i popielniczkę.
-To co, zaś mam wam chronić tyłki zapaleńcy? Wątpię, że znamy plany rozmieszczenia sal w budynku, a przynajmniej częściowo się przydadzą. Dodatkowo nie znamy liczny zabezpieczeń i wojskowych.
Kotka po kolei rozkładała plany i składała je, aż zawaliła stolik białymi i żółtymi papierami z zakreślonymi planami, ulicami i planami budynków władz, które poznała przez znajomości. Głównie wnętrza budynków były puste, lub niedokończone w planach.
-Pozwolisz?-Spojrzała na Growa po czym nie czekając na jego pozwolenie odezwała się przenosząc wzrok na Sakida.-Chodź młody, zobaczymy czy się przydasz.
Jej głos był poważny i spokojny. Zgasiła niedopałek w popielniczce, która była stworzona z pustej już pełnej petów puszki i wzięła ze stołu butelkę sake rozkładając się na kanapie. Podniosła butelkę wyżej i pociągnęła z niej porządnego łyka.
Ciekawie się zapowiadało, jak zwykle bez przygotowania i ludzi. Jednak może nie będzie tak źle. Nie, nie może być źle. Nie mogą sobie pozwolić na stratę ludzi.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Sro Gru 25, 2013 6:47 pm
Wow, ktoś chciał tu kogoś zabijać? Świeżak aż tak zalazł wszystkim za skórę? I jeszcze przychodził tutaj, spodziewając się egzekucji, jakby jego życie w ogóle nie miało dla niego znaczenia… Absurdalne posunięcie. Chyba polubią się z Nathanielem.
Puste spojrzenie wędrowało od jednego szczeniaka do drugiego. Tak, szczeniaka, wszyscy tu zachowywali się jak wyszczekane, młode psy – oprócz faktycznych przedstawicieli tego gatunku, ograniczających się do niemalże bezszelestnego przemierzania pomieszczenia wzdłuż i wszerz. Cóż za ironia… Levittoux wreszcie złapał dlaczego ta banda nazywa siebie tak, a nie inaczej. Nowy zdecydowanie się do niej nadawał. Anioł westchnął pod nosem, jakby ostatecznie, po długiej, wewnętrznej walce, pogodził się z rolą, którą będzie musiał odegrać.
Sakid… więc tak wymordowany postanowił się przedstawić? Krótkie, łatwe do zapamiętania. Idealnie. Albinos bez wahania uścisnął jego dłoń. Patrzcie państwo, nowy nabytek, jak chce, potrafi się nawet zachować! Odkrycie godne naukowca, mój drogi.
Wsłuchiwał się w słowa wymordowanego, nie skupiając się na nich zbytnio. Zderzać. Jak na balu. Wiele osób postanowiło poturbować go podczas balu… Nathaniel zmierzył rozmówcę od stóp do głów. Coś w końcu zaskoczyło pod tą nieogarniętą, białą czupryną.
- Istotnie.
Że też Sakid pamiętał coś tak błahego. Doprawdy ludzie nie mają o co się martwić w życiu… Ale, chwila, czy to nie jest ten tajemniczy porywacz, którego wywiało gdzieś razem z tym małym, kotopodobnym stworzeniem? Mimo braku bandażu zakrywającego oczy domniemanego kidnapera, anioł nie miał wątpliwości, że to był właśnie on. Ciekawe, co stało się z tym dzieciakiem... Nie, właściwie wcale go to nie obchodziło. Ani trochę. Cóż, później znajdzie czas na rozwodzenie się na temat swojej nadgniłej moralności. Aktualnie miał, kolejny tego dnia, wywód do wysłuchania. Jak marzył, żeby ludzie wreszcie się zamknęli! Ale, ale, przecież właśnie zdradzano mu super-tajny-ekstra-ścisły-plan, mogący odwrócić bieg wydarzeń i będący w stanie zmienić losy ludzkości! Skup się. Więc. Łaskawie. Debilu.
Dobra, plan to trochę za dużo powiedziane. Pojadą konno do jakiejś skały, zostawią wierzchowce bez opieki, wyruszą na wyprawę życia prosto na terytorium „tych złych”, a potem co? Będą udawać dostarczycieli jedzenia? Bo jak inaczej mieli dostać się do środka pilnie strzeżonej siedziby organizacji rządzącej? Och, pewnie, wszystko wyjdzie w swoim czasie. Zawsze tak było. Levittoux nie otworzył więc nawet gęby, nie mając zamiaru niczego kwestionować. Skinął w milczeniu głową na znak zrozumienia. Jeżeli ktokolwiek spodziewał się po nim czegoś innego… człowieku, w jakim ty świecie żyjesz?
Anioł przeanalizował informacje, które chwile temu otrzymał. Czas. Kiedy mają zamiar ruszyć stąd tyłki? O to jednak musiał się zapytać.
- Wyruszamy od razu czy masz zamiar poczynić jeszcze jakieś przygotowania?
Bynajmniej nie odezwał się w nim wewnętrzny altruista, popychający go do pomocy w organizacji wypadu. Był po prostu zmęczony. Najchętniej zamelinowałby się gdzieś i przespał kolejny dzień. Wiedział, że w żadnym wypadku nie mógł sobie na to pozwolić, lecz ta wizja była taka kusząca…
Jeśli myślicie, że anioły nie muszą jeść, spać ani pić, cóż, pewnie nigdy nie mieliście do czynienia z żadnym z nich albo najzwyczajniej w świecie trafiliście na anielskiego robocopa. Ludzka powłoka była słaba i miała swoje potrzeby. Przynajmniej w przypadku kogoś tak nisko postawionego, jak anioł stróż. Trzeba przyznać, że nie była to najbardziej ceniona wśród skrzydlatych poczwar pozycja - coś pomiędzy zawodem ludzkiej przedszkolanki a opiekuna z domu starców.
Rozważania na temat jego opłakanego – tyle że nie – stanu przerwało mu czyjeś przybycie. Niby gościu wcale się z tym nie afiszował ani nic, ale, że kątem oka Nathaniel jednak go dostrzegł, postanowił uraczyć go spojrzeniem. I, z tego co udało mu się wyczytać z twarzy nowoprzybyłego, wywnioskował, że nie tylko on jest sceptyczny wobec tego całego planu. No cóż…
W rozpoczęciu dywagacji na ten temat przerwało mu przybycie kolejnej osobistości. Och, nie szalejcie tak, bo jeszcze zrobi się tu tłoczno! Zmierzył kobietę sceptycznym spojrzeniem, przysłuchując się potokowi słów, którym od wejścia zalała wszystkich znajdujących się w salonie mężczyzn. No, może oprócz Levittouxa, bo kto by się tam nim przejmował?
Anioł ziewnął, zakrywając kulturalnie usta dłonią, po czym przeciągnął się i zlustrował pomieszczenie. Stwierdzając, że jest tu wystarczająca liczba członków organizacji, których to wszystko powinno obchodzić zdecydowanie bardziej niż jego, wycofał się pod ścianę, domyślając się, że za chwilę wokół kanap rozpęta się Armagedon. Wciśnięty gdzieś w kąt, doszedł do wniosku, że naprawdę nie chce mu się nigdzie iść. Jakie to matkowanie ludziom jest ciężkie…

// Sakidzie, mam ci przekazać, żebyś pisał po mnie, więc… przekazuję ci, no~



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Gość on Sro Gru 25, 2013 8:41 pm
Nie mógł odmówić Jace'owi tego, iż jego wzrok było czuć nader wyraźnie. Nawet jeśli nie patrzył prosto na "szefa", doskonale wiedział i czuł, kiedy JEGO oczy spoglądały w tą stronę. Może nie jest to coś nader ważnego, nader silnego, lecz to uczucie, gdzieś w podświadomości gnieździło się mocno i wyraźnie, z każdą chwilą gdy "wisiał" wzrokiem na Ezechielu. Cóż, mimo iż ten uśmiech był jaki był, niezbyt potężnie radosny czy powalający, to zawsze jakiś, zawsze coś. Od razu takowy nadał odrobiny... Człowieczeństwa tej osobie, jakkolwiek to nie zabrzmi.
- Nie będę się tłumaczył. - Westchnął bezradnie. - I tak nie mam argumentów, przeprosiny zaś to, jak sądzę, nic nie znaczące słowa. Jakkolwiek jednak - Przepraszam, o ile coś to znaczy.
Fakt, niestety tu nie miał nic na swoją obronę. Co z tego że jakiś narwany bies siedzi mu pod czaszką i wtedy postanowił akurat wysadzić w powietrze całą logikę działania, to nie jest uzasadnienie, to nie jest argument, to żadna linia obrony. Nawet dosyć skruszony ton i przeprosiny niewiele mu pomogą, ale jeśli i tak ma zginąć, to chociaż z, w pewnym sensie, spokojną duszą. To zawsze odrobinę milsza perspektywa, niż umrzeć z przekonaniem, że można było coś jeszcze zrobić.
- Nie zaprzeczę iż byłem odrobinę... Zbyt pewny siebie.
Mógł poprzysiąc że kończąc te słowa, poczuł na sobie wzrok wyżej wymienionej Lawrence. Wzrok z pewną dozą skrytej satysfakcji, choć może to tylko wrażenie. Co by jednak nie było, to wrażenie sprawiło, że splótł ramiona, jakoby "przypadkowo" obejmując dłonią, jeszcze lekko pulsujące od ugryzienia miejsce. Mimo wszystko, i póki jeszcze ma czas na rozpamiętywanie bólu, to ten się upomni. Później już, gdy skupi się na czymś innym, zapomni o tym odczuciu.
Mając jako taki krótki moment "oddechu" gdy Growlithe i Arthur zajęli się na moment rozmową ze sobą, rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu, jakby doszukując tutaj jakichś czynników, kamer, kij wie czego w sumie. Był zbyt przyzwyczajony do tego, że niemal na każdym kroku w mieście jest się śledzonym przez systemy kamer, inwigilujących ludzi. Tutaj... Tutaj czuł się wolnym. I ta wolność była obcym uczuciem, do którego musi przywyc. Powiódł wzrokiem na swoje szpony, chwytając jednym uchem słowa dwóch wymordowanych, a drugim wypuszczając. Przez chwilę zadawał sobie pytania w umyśle, pytając samego siebie ile osób zginie od nich, ile krwi upłynie...
Wyrwany z zamyślenia przez słowa szefa, jaki postanowił postąpić krok bliżej ku swojej przyszłej "ofierze", jak podejrzewał Ez. Szybko podniósł wzrok, łapczywie chwytając informacje, które mu umknęły przez zamyślenie. "Szok" informacyjny trwał krótką chwilę, ukazany pytającym wyrazem twarzy, ale już po tej chwili wrócił do normy, rozplątując ramiona.
- Dużo zabawy? - Chcąc nie chcąc, skopiował mimikę szefa, samemu unosząc brew do góry. - Przynajmniej rozerwę się przed śmiercią. - Dziwnie rozluźniony uśmiech pojawił się na jego twarzy, jakoby był pojednany i gotów na przyjęcie kosiarza. Słuchał jednak dalej, ale coś złapało jego uwagę. To? Jego twarz znów przyjęła pytający wyraz. - To?
Hm, w pewnym sensie wyszło to dosyć ciekawie, jak "wyminą" swojego szefa, w pewnym sensie go "olewając", ale skoro ma z kimś współpracować, to lepiej najpierw skupić się na nim, potem na swoim kacie...
Proces myślenia u białowłosego dryblasa postępował nieco powoli, ale wyglądało na to, że załapał o sytuację, w jakiej się znaleźli na kilka, krótkich chwil. Gdy psowaty począł na nowo podejmować tematykę działań, odwracając się do niego przodem i nadstawiając uszy. Złożył prawe ramię w łokciu do kąta 90 stopni, kładąc na dłoni łokieć lewej dłoni i obejmując w zastanowieniu podbródek palcem wskazującym i kciukiem. Na uwagę a propo siebie nie mógł wstrzymać uśmiechu, wykonując formę luźnego salutu ku Jace'owi. Nathaniel był dosyć rzeczowy w swym pytaniu, to też nie przerywał mu.
- Teraz już wiem czemu nazywacie to "Desperacją".
Skomentował krótko, w tym jednym zdaniu zawierając całą swoją opinię tematyczną w tej kwestii pod względem tonu i wyrazu twarzy, mówiącym wszystko. Istna desperacja.
Jeszcze w czasie wykładu chłopaka zaczął wyczuwać nowe, a czasem i stare wonie, które tu przybywały. Jednej zupełnie nie znał, to też po zakończeniu wywodu, skierował tam wzrok. W przejściu stał osobnik, do którego jak ulał pasowało określenie "typ spod czarnej gwiazdy" lub "zakazana morda". No nic to, nie mógł wiele zatrzymać wzroku na nim, bo wkroczyła jego znajoma Diva...
Lucky.
Nie przerywał jej zbytnio, w sumie chcąc się wcisnąć w jakiś kąt przy ścianie i mieć spokój... Ale, rzecz jasna, na coś takiego mu się nie pozwoli, prawda? Szybko został pochwycony wzrokiem i spętany słowem. Z westchnieniem podszedł bliżej, rzucając swoim okiem na plany miasta i budynków. Sporo pustych miejsc w kwestii wnętrz.
- Więc, czego oczekujecie? Nie jestem cudotwórcą, nie znam rozmieszczenia każdej kamery w mieści, czy czasu co do sekundy każdego patrolu. Nawet jeśli dwójka pozostałych dyktatorów jest w innych częściach miasta, Shirai nie będzie taki bezbronny, a i dostanie się do jego biura to też nic prostego. Mamy coś do rysowania? Postaram się to jakoś powypełniać, choć kartograf ze mnie żaden.
W pewnej chwili przez jego umysł przemknęło mu myśl, by, razem ze sobą, poprowadzić ich wszystkich na zgubę i śmierć, prosto w ramiona wojskowych, jacy by ich zabili. To by było ciekawe... Zniszczyć organizację DOGS poprzez poprowadzenie na śmierć przywódcy i zastępcy.
... Nie. Nie oni jednyni chcą zemsty na tych ludziach.
On też jej pragnie.



Gość
-----------
Gość



Powrót do góry Go down

Re: Duży salon    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 1 z 17 1, 2, 3 ... 9 ... 17  Next   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics