:: Eden :: Rajskie miasto




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 2 z 2 Previous  1, 2   

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Laviah on Sro Lut 15, 2017 10:52 pm
Laviah nie dawał po sobie poznać, że minione wydarzenia z Góry Babel nie wprawiały go w pozytywny nastrój. Nie sądził również, by był to temat tabu, który powinno odsuwać się na bok, jednak gdyby miał większy wpływ na losy świata, z bez najmniejszych wątpliwości cofnąłby czas i podjął próbę odwiedzenia aniołów od konfliktu. W końcu to nie do nich należało osądzanie innych w ten sposób. Ale nie posiadał magicznych zdolności, które pozwoliłyby mu na wymazanie tego z przeszłości – miał jednak szczerą nadzieję, że z czasem wszystko będzie brnęło ku lepszemu, zaś skrzydlaty zamierzał się do tego przyczynić.
Wiele się wydarzyło, przez co wszyscy potrzebują trochę czasu – jedni więcej, inni trochę mniej – żeby znów się do siebie przekonać. W gruncie rzeczy zdania co do Sądu były mocno podzielone, ale myślę, że wkrótce każdy z nas zrozumie, że mimo tego nie jesteśmy dla siebie wrogami ― odparł, uogólniając całą sprawę. W ty konflikcie nikt nie był bez winy i nikt też nie zasługiwał na to, by bezpośrednio wytykać go palcami. Zwierzchność wiedział jednak, że zmiany, o których mówił mogły nastąpić, ale istniała też szansa, że wszystko zatrzyma się w miejscu i dawna świetność nie powróci. Był jednak z tych osób, które na dobry początek skłaniały się ku wierze w bardziej pozytywną opcję. ― Masz rację, powinniśmy. Dlatego wciąż będę starał się to robić, mimo wszelkich uprzedzeń, z jakimi się spotkam ― zapewnił, nie będąc gołosłownym. Choć nie mówił tego na głos, już od jakiegoś czasu planował wcielenie w życie pewnego planu, nawet jeśli nie wiedział, na ile poradzi sobie z nim samodzielnie.
„Z-znaczy…”
Zwrócił uwagę na zająknięcie. Dla odmiany samemu myśląc, że w jakiś sposób uraził chłopaka.
Powiedziałem coś nie tak? ― jego pytanie przemieszało się z „Nie chciałem pana urazić” wypowiadanym przez Cayenne'a. Białowłosy przechylił nieznacznie głowę na bok, karcąc się w myślach za wprawienie gościa z zakłopotanie. ― W mojej obecności nie musisz uważać na słowa ― odparł, zapewne nie do końca wiedząc, na co się pisze. Jednak kto jak kto, ale Lav w swoim życiu nasłuchał się już wielu prawd i szczerych słów, których drugi anioł z pewnością nie był w stanie przebić. ― Zdaję sobie sprawę ze swoich przyzwyczajeń.
Dziwne, że jeszcze się ich nie pozbył.
Nie ma warzyw i owoców, których bym nie lubił ― odpowiedział, jakby potknięcie młodszego anioła zadziałało na jego korzyść. Tym razem udzielił mu bardziej rzeczowej odpowiedzi, nie sądząc, by był sens zagłębiać się w ten temat. Tym bardziej, że już wkrótce gość zajął się jedzeniem. ― Cieszę się, że ci smakuje. ― Zerknął w stronę czajnika, z którego już zaczynał dobiegać charakterystyczny odgłos gotującej się wody. Dla skrzydlatego było to sygnał, że najwyższy czas wyciągnąć z szafki kubki i tak też uczynił, ostatecznie nie chcąc pozostawiać gościa bez towarzystwa przy herbacie. Do każdego z naczyń wsypał po łyżeczce ususzonych liści herbaty i dorzucił po odkrojonym plasterku cytryny, przysłuchując się historii anioła, która sama w sobie powinna odwieść go od pomysłu zjedzenia obiadu u chłopaka.
Gotującego się jedzenia trzeba czasem bardzo pilnować. Wystarczy chwila nieuwagi, a przygotowywana potrawa łatwo może się przypalić. Jeżeli będziesz miał ochotę, mogę nauczyć cię przyrządzania niektórych rzeczy, gdy przyjdę cię odwiedzić. Rzecz jasna, jeśli nie miałbyś nic przeciwko. ― Zdjął czajnik z pieca, który zaraz wyłączył i zalał herbatę wrzącą wodą, by podejść do stołu i podać gorący napój młodzieńcowi. Gdy zajął miejsce naprzeciwko niego, objął swój własny kubek dłońmi. Chwila odpoczynku od pracy mogła mu się przydać, a nie mógł od tak zostawić go samego. ― Pomyślmy ― zastanowił się, opuszczając spojrzenie jasnych oczu na swoje ręce. ― Myślę, że najbardziej boję się kompletnej bezsilności. Że któregoś dnia ktoś będzie potrzebował mojej pomocy, a ja nie dam rady mu pomóc. Boję się o każdego z aniołów. Myślę, że też niepokoi mnie, co mógłbym zastać na Desperacji, chociaż w gruncie rzeczy chciałbym się kiedyś tam wybrać. ― Uniósł kubek i dmuchnął w niego, chcąc nieco ostudzić napój przed pociągnięciem łyku. ― Boję się też, że kiedyś mogę zrobić coś, czego będę żałował ― dodał jeszcze, choć jego obawy nieco różniły się od tych przedstawionych przez drugiego skrzydlatego. Niemniej jednak wciąż były obawami. ― Nie ma problemu. Gdy tylko Pan Lis się obudzi, przygotuję dla niego poczęstunek. A jeśli chodzi o mnie, nie jestem głodny. Nie musisz krępować się tym, że jesz sam i jeśli będziesz miał ochotę na więcej ciasta, możesz ukroić sobie więcej z blachy.

_________________

WAŻNE: w obecności Laviaha wszyscy zobowiązani są mówić prawdę. Jeżeli nie posiadasz blokady umysłu, a w poście zaznaczone jest, że moc prawdy jest w użyciu (będę to zaznaczał pod spodem każdego posta), nie ma mowy, by twoja postać skłamała. Nawet jeśli spróbuje, usta zwyczajnie zrobią swoje. Więcej informacji w KP.



Laviah
-----------
Archanioł

avatar

Liczba postów : 114

Powrót do góry Go down

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Cayenne on Nie Lut 26, 2017 10:55 pm
Wbił widelczyk w kolejny kawałek ciasta I zapakował go sobie do ust, uważnie słuchając słów, jakie wypowiadał srebrnowłosy anioł, choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak ktoś, to jest o wiele bardziej skupiony na cieście, a nie na rozmówcy. Na chwilę odstawił widelczyk, i przysunął sobie bliżej kubek z parującą herbatą. Nachylił się, podmuchał i siorbnął parę razy, czując, jak przyjemne ciepło rozpływa się po jego przełyku.
Co robi pan całymi dniami? I nie, nie, proszę się nie przejmować. Nie uraził mnie pan w żaden sposób. – powiedział pospiesznie machając obiema rękami na boki, jakby tym sposobem chciał jeszcze bardziej potwierdzić wagę swoich słów.
Coś, co mógłby pan żałować? Na przykład co? A ma pan jakieś marzenia? Albo swoje ulubione miejsce? Ja tam lubię to miejsce we wschodniej części lasu, przy starych ruinach. Był tam pan kiedyś? Wie pan, ja panu mogę kiedyś pokazać! Skoro pan chce mnie nauczyć gotować, to ja panu pokażę parę fajnych miejsc! Tehehehe. – zaśmiał się do samego siebie i zjadł resztki ciasta, po czym zsunął się z krzesła. Gdy ranna stopa dotknęła drewnianej podłogi, skrzywił się nieznacznie z bólu. Zgarnął pusty talerz i podszedł do zlewu.
Dziękuję bardzo za ciasto. Pozwoli pan, że umyję po sobie. – zaproponował i stanął na palcach, by bez większego problemu sięgnąć do kurka, który odkręcił. Z uśmiechem na twarzy zaczął zmywać nie tylko talerz, ale również całą resztę naczyń, jakie akurat znajdowały się w pobliżu zlewu.
A wie pan, tak sobie właśnie pomyślałem, że może kiedyś będę mógł z panem udać się na Desperację? Bo wie pan, tak sobie myślę, że będąc z panem, to ja się chyba nie będę bał. – odłożył ostatni kubek na suszarkę, zakręcił kurek i odwrócił się, nieco spanikowany szukając jakiejś ścierki, w którą mógłby wytrzeć mokre dłonie. Nie znalazłszy jednak nic takiego, bez jakiegokolwiek zahamowania zaczął wycierać w swoje spodnie.
Chciałbym się jakoś odwdzięczyć za pana gościnę. Naprawdę chciał--- panie Laviahu? – wbił spojrzenie, choć nie było go widać pod gęstą grzywką, w nadgarstek mężczyzny. Na moment zapomniał o jakichkolwiek manierach jakich nauczał go Pan Lis, i w zaskakująco krótkim czasie pokonał odległość jaka ich dzieliła. Złapał za rękaw bluzy i podciągnął materia wyżej, aż do przedramiona.
Prosze pana… kto…? – opuszki drugiej dłoni przesunęły się po nierównych zgrubieniach na skórze jasnowłosego. – Kto panu to zrobił? Bito pana? Torturowano? – w głos chłopaka wdarło się zaniepokojenie oraz nuta złości. – Ale jak to? Jest pan przecież taki dobry i miły i uczynny i ciepły i fajny… kto mógłby panu coś takiego zrobić?!



Cayenne
-----------
Anioł Służebny

avatar

Liczba postów : 44

Powrót do góry Go down

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Laviah on Sob Mar 04, 2017 2:18 pm
Pomyślmy. ― Delikatnie potarł palcami swój podbródek, słysząc dość niecodzienne pytanie, na które tak czy inaczej powinien być w stanie odpowiedzieć od razu. Kto lepiej niż on miałby wiedzieć o tym, czym się zajmował? Problem polegał na tym, że nie do końca umiał krótko określić, co robił. Prawdopodobnie dlatego, że było tego wiele, a czynności często wykraczały poza zakres jego kompetencji. ― Wiele różnych rzeczy. Można powiedzieć, że niemalże codziennie znajdzie się dla mnie coś nowego, a jeśli nie, staram się zająć sobie czas we własnym domu – wtedy najczęściej zajmuję się roślinami, a głównie leczniczymi ziołami, którymi wspomagam inne anioły. Ewentualnie próbuję doskonalić przepisy. ― Mimowolnie zerknął w kierunku blachy z ciastem, które w pełni było jego dziełem.  ― Jednak przede wszystkim lubię dni, kiedy mogę spotkać się z resztą aniołów i jakoś się im przysłużyć. Czy to opiekunom na Górze Babel, czy po prostu okolicznym braciom i siostrom, potrzebującym pomocy w domach. Czasami pomagam też w nauczaniu młodych aniołów ― odparł, a jego twarz wyraźnie złagodniała, jakby te czynności rzeczywiście sprawiały mu największą przyjemność. Zaraz jednak pokręcił głową, prostując się nieznacznie i wlepił spojrzenie jasnych oczu w młodego anioła. ― Przepraszam. Nie chciałem się aż tak rozgadać. Może teraz ty opowiesz mi, co robisz całymi dnami? ― dodał szybko z wyraźnym zainteresowaniem. Zawsze odwdzięczał się rozmówcom dokładnie tym samym, nie chcąc, by ktokolwiek czuł się przy nim ograniczony pod względem tematów.
Tym bardziej, gdy sam był zasypywany tyloma pytaniami, od których ktoś inny na jego miejscu już dawno czułby się przytłoczony, jednak dla Laviaha nie był to żaden problem. Nieczęsto spotykało się takich rozmówców i od większości dało się wyczuć pewien dystans, przez który białowłosy uświadamiał sobie, że istniały granice, których nie powinien przekraczać.
Mógłbym żałować tego, że kogoś zraniłem. Umyślnie bądź nie ― odparł i choć mogło brzmieć to niejasno, nie potrafił dokładnie sprecyzować, co mogłoby wpłynąć na niego w tak negatywny sposób. ― Nie mam jakichś konkretniejszych marzeń. Po prostu chciałbym, żeby wszystko dobrze się układało. A jak jest z tobą? ― Przechylił lekko głowę na bok, wyczekując odpowiedzi. Dla niego było to tylko kolejne trudne pytanie. ― Lubię ogrody Edenu. Obecność tak dużej ilości roślin i ich różnorodność mnie uspokaja. Szczególnie w okolicach strumienia, jednak chętnie wybiorę się z tobą w twoje ulubione miejsce. Nie miałem jeszcze okazji zwiedzić wszystkich terenów naszego domu.
„Pozwoli pan, że umyję po sobie.”
Wyciągnął rękę przed siebie, zupełnie jakby próbował zatrzymać skrzydlatego siłą woli. Można się było spodziewać, że jak zwykle nie chciał, by ktoś zajmował się jego obowiązkami. Jednak było już nieco za późno, a Lav z rezygnacją opuścił rękę i odetchnął głębiej.
Nie musisz tego robić, chłopcze. Ale to miłe z twojej strony. ― Ścisnął w palcach kubek z herbatą i upił kolejny łyk, zaraz odstawiając naczynie na stół. Odwrócony tyłem do niego chłopak nie mógł zauważyć lekkiego poruszenia, które targnęło nim, gdy poprosił go o wspólną podróż na Desperację. Nawet jeśli zwierzchność nie chciał wierzyć plotkom, istniała szansa, że tamto miejsce w rzeczy samej było tak niebezpieczne, jak mówiono i przez to wolał nie podejmować niepotrzebnego ryzyka.
Przykro mi. Wolałbym, żeby nic ci się nie stało ― wyjaśnił spokojnie. Uwzględniał to, że i jemu coś mogło się stać, jednak własne dobro było dla niego o wiele mniej ważne niż cudze. ― Dalej uważam, że nie masz się za co odwdzięczać. Poza tym i tak zamierzasz zaprosić mnie do sie--
Wzdrygnął się, gdy jego gość nagle znalazł się tuż obok. W dodatku stawiając go w dość niekorzystnej sytuacji. Ostatnią rzeczą, która miała się tu wydarzyć, miało być odkrycie jego nieprzyjemnych dla oka blizn. Cayenne mógł poczuć, jak anioł odruchowo cofa rękę, chcąc uwolnić ją z uścisku, choć bynajmniej nie zamierzał jej siłą wyszarpywać. Ostrożnie ułożył też wolną rękę na dłoni chłopaka, sugerując, że nie powinien tak robić.
Nie ma potrzeby, by się tym martwić. Nikt mnie nie torturował ani nie bił. To już bardzo stare blizny, jednak nie ma na świecie nikogo, kogo mógłbyś za nie obwiniać. Dlatego, proszę, nie złość się. I jeśli to nie za wiele, wolałbym, żebyś nie musiał ich oglądać.
Zacisnął palce na brzegu rękawa, gotów, by w każdej chwili zsunąć go aż po nadgarstek.

_________________

WAŻNE: w obecności Laviaha wszyscy zobowiązani są mówić prawdę. Jeżeli nie posiadasz blokady umysłu, a w poście zaznaczone jest, że moc prawdy jest w użyciu (będę to zaznaczał pod spodem każdego posta), nie ma mowy, by twoja postać skłamała. Nawet jeśli spróbuje, usta zwyczajnie zrobią swoje. Więcej informacji w KP.



Laviah
-----------
Archanioł

avatar

Liczba postów : 114

Powrót do góry Go down

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Cayenne on Pon Mar 13, 2017 10:42 pm
Uniósł jedną stopę I wsunął pod nogawkę spodni przy drugie nodze, by podrapać się palcami po łydce, wsłuchując uważnie w jego słowa. W pewnym momencie przekręcił głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby nie do końca pojmował istotę treści wypowiadanych przez starszego anioła słów.
Czemu ktoś taki dobry jak pan miałby kogoś kiedykolwiek skrzywdzić? Nawet nieumyślnie? To jest totalnie niepojęte, panie Laviahu! Jestem pewien, że nie skrzywdziłby pan nawet muchy czy zabłąkanego w pańskim domu pająka, a co dopiero mowa o kimś innym! – machnął dłonią w powietrzu, co wyglądało nieco jakby bagatelizował powagę przypuszczalnego czynu. Laviah był pierwszą, i w zasadzie jedyną osobą, która z nim rozmawiała bez uprzedzeń, więc już na starcie dostał łatkę „bardzo dobrego anioła”. Cayenne nie był w stanie swoim małym móżdżkiem pojąć i nawet sobie wyobrazić krwi na jego bladych i niewinnych dłoniach. To tak, jakby powiedzieć, że jakaś straszliwa bestia z opowieści Piekieł okazała się być reinkarnacją samego boga. Brzmiało to równie niedorzecznie.
I właściwie każdy mój dzień wygląda tak samo. Wstaję rano, czasem później, myję twarz i zęby, jem śniadanie – uniósł dłonie i zaczął wyliczać na palcach – Potem wychodzimy z Panem Lisem i idziemy do anioła Martella czy ma dla mnie jakieś zadanie. Najczęściej mam do posprzątania świątynię albo anielskie domy. Czasem muszę uporządkować główną ścieżkę z kamieni albo patyków! Albo mam pobiec do innych aniołów z wiadomościami! A jeżeli nie ma nic dla mnie, to chodzę sobie po lesie z Panem Lisem. Raz znalazłem pisklaka, który wypadł z gniazda, to mu pomogłem wrócić do gniazda! Czasami spotykam Ducha Lasu to z nim sobie rozmawiam! Albo idę nad strumień przy północnej części lasu i szukam sobie ładnych kamyków. Lubię kamyki, te, które mienią się kolorami tęczy! Lubi pan kamyki? Kamyki są super! Mogę panu pokazać moją kolekcję jak przyjdzie pan do mnie, tehehehe, nawet mogę dać panu jakiegoś, jak spodoba się panu. – zaśmiał się drapiąc po grzbiecie nosa, czując jak policzki robią się czerwone z ekscytacji na samą myśl, że wreszcie ktoś odwiedzi jego skromną chatkę.
Zamilkł jednak na moment, kiedy rozmowa zeszła na temat marzeń. W jego oczach, choć z tej perspektywy nieosiągalne dla spojrzenia jasnowłosego, zaiskrzyły się i stały na moment nieobecne.
Marzenie…. Mam jedno. Mam jedno marzenie. Chciałbym… latać. – powiedział cicho, choć nie chciał rozwijać tego tematu. Nawet, jeśli jego rozmówcą był Laviah. To było dla Cayenne bolesne i przede wszystkim upokarzające. Posiadać skrzydła, ale nie móc wznieść się w górę, nie móc szybować nad pięknymi lasami Edenu wraz z ptakami oraz innymi aniołami. Ale nie rezygnował ze swoich marzeń. Wierzył, że kiedyś mu się uda poszybować. Że nauczy się, a wtedy… wtedy na pewno wrócą po niego. Był tego pewien.
Hehehe, tak, takie mam marzenie. – dodał śmiejąc się wesoło bardziej do siebie, aniżeli do swojego rozmówcy. Uśmiech jednak został zatarty przez zmartwienie i wstyd swoim zachowaniem. Domyślił się, że niepotrzebnie naruszył przestrzeń osobistą Laviaha, dlatego też odsunął się od niego na dwa kroki i zaczął kłaniać się w przepraszającym geście.
JA PRZEPRASZAM! Ja naprawdę nie chciałem naruszyć pana prywatności! Przepraszam! Oczywiście, że ja się nie gniewam, to pana sprawa, a ja orutnie… znaczy okrutnie próbowałem wcisnąć swój nos w nie swoje sprawy! Najmocniej pana przepraszam, ja… ja… ja- – ale Laviahowi nie było dane usłyszeć końcówki wypowiedzi chłopaka, kiedy jego ciało zastygło, a potem przewróciło się na wznak niczym worek kartofli. To były ułamki sekundy, kiedy Pan Lis momentalnie zjawił się przy chłopaku. Naparł przednimi łapkami na jego policzek i nacisnął, przekręcając jego głowę na bok, a następnie przeskoczył jego ciało i złapał w zęby materiał jego ubrania, ciągnąc w swoją stronę. Piórkowa waga chłopca pozwoliła mu na bezproblemowe przekręcenie dzieciaka na bok, zresztą, zwierzę wyglądało na takiego, które przywykło do podobnych sytuacji i wiedziało co zrobić w danej chwili. Następnie usiadł przy ciele Cayenne i nic więcej nie robił, wpatrując się intensywnie w twarz Cayenne. Nie ruszał się, chociaż klatka piersiowa poruszała się w miarowym rytmie, bez większych problemów w oddychaniu. Usta od czasu do czasu poruszały się, ale nie wydawały z siebie jakiegoś dźwięku, a oczy, teraz odsłonięte przez za długą grzywkę, wpatrywały się przed siebie, oddalone, bez blasku.
Stan chłopaka trwał niecałe czternaście minut, kiedy młody skrzydlaty poruszył najpierw palcami jednej dłoni, potem drgnęły kolejne, aż w końcu mozolnie zaczął zbierać się z ziemi do pozycji siedzącej.
Znowu…? – zapytał cicho, kładąc dłoń pod grzywkę. Pan Lis podniósł się na łapy i podszedł bliżej, wsuwając pysk pod brodę Cayenne, na co chłopak odlepił dłoń od czoła i położył na głowie zwierzęcia.
Nic mi nie jest… – powiedział cicho I uśmiechnął się delikatnie, gramoląc się z podłogi. Zachwiał się nieco, dlatego kiedy tylko stanął na nogach, szybko usiadł na krześle i nieco nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w blat stołu. Wyglądał jak ktoś, kto dopiero wstał z długiej drzemki albo przymierzał się do niej. Sekundy mijały a blask w jego oczach powracał, aż wreszcie uniósł głowę i spojrzał na Laviaha, uśmiechając się przepraszająco.
O… o czym rozmawialiśmy?



Cayenne
-----------
Anioł Służebny

avatar

Liczba postów : 44

Powrót do góry Go down

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Laviah on Sob Maj 13, 2017 5:16 pm
Los pisze dla nas różne scenariusze, a świat jest bardziej skomplikowany niż mogłoby się nam wydawać ― stwierdził i wystarczyło dobrze mu się przysłuchać, by wychwycić w jego tonie drobną nutę zawahania. Błękitne tęczówki uważnie obserwowały twarz Cayenne'a, jakby nawet tak wiekowemu skrzydlatemu trudno było pojąć, dlaczego tak szybko wyrobił sobie o nim dobre zdanie i dlaczego zakładał, że nie byłby wstanie skrzywdzić nikogo ani niczego, nawet jeśli nieumyślnie. ― To miłe, że tak sądzisz i że pokładasz we mnie tak wielkie nadzieje. ― Zadrapał bezgłośnie paznokciami o trzymany kubek. ― Robię co mogę, by uniknąć cudzej krzywdy, więc będę dobrej myśli, że uda mi się to na tyle, byś nigdy nie poczuł się rozczarowany.
Chociaż oboje znali się tylko chwilę i zdanie czarnowłosego anioła nie powinno być dla niego aż tak ważne, białowłosy wydawał się mówić całkiem poważnie i szczerze. Zawsze chciał przeżyć swoje życie tak, by dobrze go zapamiętano. Nie chodziło tu, rzecz jasna, o żadne wielkie pochwały czy zostanie materiałem na autorytet, jednak zależało mu, by nikt nie wiązał z nim jakichś przykrych wspomnień, nawet jeśli to dzięki nim łatwiej było zająć miejsce w cudzej pamięci.
Nie sądziłem, że robisz tak wiele ― odparł bez cienia ironii. Podobne zaangażowanie było czymś rzadko spotykanym, nawet jeśli chodziło o zgoła drobne sprawy. Właściwie anioł twierdził, że te najczęściej były pomijane i odkładane na bok, choć bagatelizowanie ich na dłuższą metę mogło wyrządzić więcej szkód niż korzyści. ― To naprawdę godne podziwu, że na wyrost starasz się służyć pomocą. A dziś sam przekonałem się, że sumiennie wypełniasz swoje zadania ― pochwalił go, nawiązując do wywiązania się z przekazania mu wiadomości od innego anioła. Uważał, że każdy zasługiwał na dobre słowo, choćby po to, by mieć wiadomość tego, że jego praca była doceniana i nie poszła na marne. ― Chętnie zobaczę twoją kolekcję kamieni. Postaram się odwiedzić cię najszybciej, jak tylko będzie to możliwe. Jednak będziesz mógł zachować cały swój dobytek. Moglibyśmy mieć problem, gdyby spodobały mi się wszystkie. ― Gdyby nie spokojny ton skrzydlatego, można byłoby uznać, że zażartował w uprzejmy sposób. Tymczasem brzmiało to jak fakt. Cały urok Lava polegał na tym, że wykazywał się wiarygodnym zainteresowaniem wobec... zainteresowań innych i prawdopodobnie to w jakiś sposób przyciągało do niego innych, pomimo dość nieludzkiego zachowania.
Czasami jednak wydawało się, że robi dla innych aż za wiele.
„Chciałbym… latać.”
Oczy anioła rozszerzyły się nieznacznie. Wewnątrz poczuł jakieś nieprzyjemne ukłucie, które sprawiło, że pożałował swojego pytania, choć nie mógł przewidzieć, że za jego sprawą przywoła bolesne wspomnienia.
Przepraszam. Nie wiedziałem, że...nie możesz, nie dokończył już zdania na głos i pochylił lekko głowę w pokornym geście, jakby zrozumiał, że podobne słowa mogłyby okazać się nietaktem z jego strony. ― Liczę na to, że kiedyś uda ci się je spełnić ― dodał szybko. Może i fizyczne ograniczenia były czymś trudnym do pokonania, jednak na pewno nie niemożliwym. Nawet w tym przypadku albinos chciał być dobrej myśli, chociaż sam nie znał sposobu, który byłby łatwo osiągalny. Im dłużej jednak przyglądał się chłopakowi, tym coraz bardziej chciał mu pomóc, choćby poszukiwania rozwiązania miały ciągnąć się latami. Był zbyt dobry, by zasługiwać na tak niegodziwy los.
Sięgnął dłonią za siebie, wsuwając palce w jasne kosmyki, z kolei drugą rękę wystawił przed siebie, jakby tym samym próbował powstrzymać kolejny monolog chłopaka. Nie zamierzał wymuszać na nim przeprosin, które nagle wystrzeliły z niego jak amunicja z karabinu maszynowego. W końcu nie zrobił niczego na tyle złego, by kajać się przed jasnowłosym w tak dosadny sposób.
Chłopcze, proszę. Nie musisz mnie przepraszać. To nic takiego ― jego niezbyt donośny głos w tym momencie, nie zdołał przebić się przez słowa chłopaka. Te jednak nagle urwały się, a Laviah jak na zawołanie poderwał się z miejsca w ostatniej chwili łapiąc niebezpiecznie przechylający się kubek z gorącym napojem, jednak mocne chluśnięcie wywołane zdecydowanym naprostowaniem naczynia sprawiło, że płyn chlusnął, a parę kropel zachlapało blat stołu. Jednak to nie było jego największym problemem.
Obwiniał się.
Chociaż obserwował jak Pan Lis bez większego poruszenia odciąga nieprzytomnego chłopaka, nie potrafił powstrzymać się od podejścia bliżej i przykucnięcia obok.
Wszystko z nim w porządku? ― spytał zwierzęcia, przenosząc na nie zmartwiony wzrok. Nie oczekiwał słownej odpowiedzi – wystarczyło kiwnięcie pyska, mrugnięcie oczami. Stworzenie wydawało się na tyle rozumne, by było zdolne do podobnych czynności, chociaż istniała szansa, że anioł zwyczajnie je przeceniał.
Z ogromną ulgą przyjął fakt, że mimo tak nagłego upadku jednak żył, o czym świadczyły wyraźne ruchy ust i klatki piersiowej. Może już wcześniej był przemęczony, a nagłe zdenerwowanie wywołało tak niepożądany efekt? Jeśli tak, miał nadzieję, że wybudzi się jak najszybciej. Może powinien przenieść go na kanapę? Nie chciał jednak odciągać go od stróżującego czworonoga.
Pozostało czekać.
Gdy chłopak wybudził się, mógł dostrzec siedzącego obok Lav'a, który czekał na niego, ściskając nerwowo szklankę z wodą. Gdy tylko zauważył, że chłopak podnosi się z ziemi, zrobił to w ślad za nim, będąc gotowym, by w każdej chwili robić za podporę. Nie wyglądał dobrze.
Jesteś pewien, że wszystko w porządku? Nigdzie się nie uderzyłeś? ― spytał, wyciągając szklankę w jego stronę. ― Tak nagle upadłeś...

_________________

WAŻNE: w obecności Laviaha wszyscy zobowiązani są mówić prawdę. Jeżeli nie posiadasz blokady umysłu, a w poście zaznaczone jest, że moc prawdy jest w użyciu (będę to zaznaczał pod spodem każdego posta), nie ma mowy, by twoja postać skłamała. Nawet jeśli spróbuje, usta zwyczajnie zrobią swoje. Więcej informacji w KP.



Laviah
-----------
Archanioł

avatar

Liczba postów : 114

Powrót do góry Go down

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Cayenne on Pon Maj 29, 2017 11:29 pm
Jeszcze nieco mętny wzrok przesunął się po pomieszczeniu, jakby znajdował się tutaj zupełnie sam, a gospodarz dziwnym sposobem rozpłynął się w powietrzu. Dopiero mokry nos Pana Lisa, który prześlizgnął się po wnętrzu jego dłoni kompletnie ściągnął go na ziemię. Cayenne na moment opuścił głowę i potrząsnął nią, aż za długa grzywka na chwilę zawirowała.
Nie, nie. Nic mi nie jest. Dziękuję za troskę I przepraszam, że pana zmartwiłem. – odparł z delikatnym cieniem uśmiechu, który zawitał na jego ustach. – Ja już tak mam. To kara, z którą muszę żyć, a do której już przywykłem. To nic takiego. – powoli podniósł się z krzesła i poprawił bluzę, która delikatnie podciągnęła się.
Wybaczy pan, ale jednak już chyba pójdę. Tak, już czas na mnie. Przepraszam jeszcze raz za zamieszanie. – pokłonił lekko głowę, po czym skierował się do wyjścia, a w jego ślady zniknął lis.


| zt |



Cayenne
-----------
Anioł Służebny

avatar

Liczba postów : 44

Powrót do góry Go down

Re: Dom Laviaha.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 2 z 2 Previous  1, 2   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: Eden :: Rajskie miasto