Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Z błękitu w czerń. [Arcanine | Tyrell]    Pisanie by Tyrell on Czw Sty 12, 2017 8:38 am
Jakiś czas temu...

Kiedy przekraczał martwy skwer na wschód od dziewiczych zakątków Czerwonej Pustyni, był już pewny, że nie zdąży dotrzeć do Smoczej Góry przed zapadnięciem zmroku. Słońce co prawda wychylało się miedzy sękatymi gałęziami, przypominając tubylcom o rychłym końcu dnia i nadejściu nocy, ale przed najemnikiem nadal pozostawał spory kawałek tułaczki. Zachód słońca o tej porze roku zawsze stawał się szybszy, a nikle światło, ograniczające się do sierpa błyszczącego księżyca, który jednak nie każdej nocy był widoczny na atramentowym niebie, powodował, że rzadko kiedy decydował się na przemarsz w kompletnych ciemnościach nocy. Miał wiec mniej niż dwie godziny na rozbicie tymczasowego obozowiska i przeczekania w nim do rana.
  Zatrzymał się dopiero o zmroku - na skraju polany otoczonej wysokimi, szpetnymi konarami z namiastką żałosnej kępki liści. Był to spory obszar. Tutejszy las zataczał pewnego rodzaju półkole, które zamykała szara, poszarpana, kamienna ściana na wprost niego. Chłopak spojrzał w górę, na strzelistą formację wznoszącą się nad poszyciem lasu. Kamienne głazy układały się w masywny, ostry wierzchołek. Nie widząc jednak w tej sferze żadnego punktu przyczepienia, przyjrzał się obszarowi na samym dole. Gdzieś u samej podstawy zdołał zauważyć wgłębienie – niewielkie. Płaszczyzna, w lichym świetle młodej nocy, prezentowała się jak czarna plama po farbie. Musiał zaryzykować. Jeśli znajdowała się w tej górze, choć kilkumetrowa wnęka, zamierzał ją wykorzystać na tymczasowe obozowisko. Anioł ściągnął z ramienia swój czarny, materiałowy plecak, którego zamki pokrywał teraz biały, półprzezroczysty szron i ruszył przez zaspy. Podnosił nogi ostrożnie, choć skurcze pustego żołądka, nalegały wręcz, by puścił się pędem i jak najszybciej ulokował pod imitacja kamiennego zadaszenia. Po raz ostatni obejrzał się za siebie, prosto na pozostawiane przez siebie ślady, przeklinając fakt, że tak wyraźnie zdradzają jego pozycje.
  Ale nie mylił się.
  Niezidentyfikowana czarna plama okazała się płytka wnęką do której wszedł bez zastanowienia. Usiadł na przyprószonej śniegiem ściółce; plecak rzucił tuż przy swoich nogach. Z trudem rozsunął zamrożony zamek i wysunął rękę do środka. Kiedy to robił jego ciałem wstrząsały pojedyncze drgawki. Czego oczekiwać po osobie odzianej w krótki rękaw, ciepła, grubą bluzę z kapturem, materiałowe spodnie i wysokie buty, których podeszwa była teraz mokra jak po spotkaniu z porywistym wodospadem? Twarz chłopaka osłaniała tylko strzępiona chusta, którą naciągnął aż na nos, zapewniając sobie odrobinę dodatkowego ciepła.
  Nie zwlekając zaczął wyciągać materiały na podpałkę. W zagłębieniu w ziemi umieścił trochę waty i podartej tkaniny, którą znalazł gdzieś na dnie w plecaku. Na sam wierz dodał trochę kory i kawałków drewna, jakie udało mu się zebrać w okolicy. Nie były one całkowicie suche, ale to nie stanowiło dla niego problemu. Tak przygotowany do rozpalenia ogniska, Tyrell wyciągnął dłonie przed siebie. Ogień buchnął gwałtownie, a po paru sekundach pomarańczowa iskra zajęła dół podpałki podsuszając drewno na samej górze.
  Ten wieczór spędził krótko, przez godzinę posilając się konserwą noszoną w plecaku, a następnie naprawiając swoje buty, w których po długiej podróży powstały dziury; stopy miał przez to podrapane i posiniaczone. Po zjedzeniu posiłku nie zamierzał ryzykować już dłużej. Desperacja zawsze była dla niego wielką dżungla, w której drapieżniki pełniły rolę swoistych królów. Założył plecak na ramiona (bowiem nie rozstawał się z nim nawet na chwilę), zasypał ognisko śniegiem i położył się spać.

❋❋❋

  Głośne mlaśnięcie przecięło powietrze poranka. Słońce stało dokładnie nad lasem, jego ostre promienie łączyły się z błękitnym niebem tworząc roztańczone jezioro światła. Mrużąc oczy oślepiony blaskiem, mógł jedynie rozróżnić sylwetki bestii, które postanowiły wpaść na śniadanie. Znieruchomiał i przywarł do zimnego podłoża. Krew zapulsowała mu w skroni.
Czy mnie widziały?
  Poczuł, że oblewa go zimny pot. Słyszał dźwięk bijącego serca we własnej głowie, a leżąc tak przyciśnięty mocno do gruntu, oddychał w przerywanym rytmie. Podczołgał się ostrożnie w kierunku jedynej dostępnej osłony, jaką był samotny kilkumetrowy głaz. Nasłuchiwał uważnie, ale nie wychylał się. Dla pewności dotknął plecaka, upewniając się, że wciąż wisi na jego ramionach. Czując jego materiałową tkaninę znów poczuł złudne bezpieczeństwo ze strony krótkiego, ostrego skalpela.
  Bardzo powoli wysunął głowę zza kamiennej formacji. W odległości kilku jardów zobaczył stadko dzikich psów. Stały pośrodku polany i pożerały coś, czego z tego punktu obserwacyjnego nie był w stanie zobaczyć. I po prawdzie, nie to interesowało go teraz najbardziej. Wilków wówczas było pięć. Żaden jednak nie wykazał zainteresowania wgłębieniem, przy którym obozował, ale przeczucie podpowiadało mu, że to tylko kwestia czasu. Musiał stąd odejść. Jak najszybciej.
  Nie miał dużego pola do popisu. Doszedł do wniosku, że wilki znajdują się zbyt blisko, aby mógł rzucić się pędem ku gołym zaroślom. Wyciągnął z kieszeni torby krótki scyzoryk. W świetle nowego dnia promienie słońca migotały na jego powierzchni w tysiącu barw.
  A potem jedno ze zwierząt podniosło łeb. Postawiło zainteresowane uszy na sztorc. Dopiero wtedy Tyrell zauważył, że w wysokim zasp wyskakują jeszcze dwa młode szczeniaki, szarpiące się za uszy, zajęte zabawą w najlepsze. Zakrwawiona morda skierowała się w stronę chłopaka, a ten bardzo szybko schylił się i przywarł ponownie do kamiennego głazu, zza którego się wychylał. Zacisnął zęby, aż zabolała go sama szczęka. Palce owinęły się wokół noża.
  Trzeba działać. Czas na plan.

_________________

mowa: #344f55 | gabinet medyczny | sekretny motywator



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 981
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Z błękitu w czerń. [Arcanine | Tyrell]    Pisanie by Arcanine on Pią Lut 10, 2017 7:38 pm
Dyszał, a wiatr rozbryzgiwał parę na jego twarzy. Śnieg skrzypiał pod naporem twardych podeszew, topniał, kiedy gorące krople czerwieni spadały w zaspy, drążąc w nich długie, cienkie dziury.
W tle słyszał ryki, posapywania, piski.
Zacisnął więc zęby i zmusił się, żeby postawić jeszcze jeden krok, ramieniem szurając po szorstkiej fakturze drzewa.
Jak, do cholery, do tego doszło?

Stary płot, którego lata świetności musiały sięgać plemion z Mezopotamii, już tylko jakimś nieludzkim cudem utrzymywał opartego o niego białowłosego chłopaka. Szczupła sylwetka może nie przywodziła na myśl kogoś, kto byłby w stanie złamać ciężarem choćby gałąź, ale wielu zdawało sobie sprawę, że gra pozorów mogła kosztować życie, dlatego nawet mimo niepozorności trójka pozostałych trzymała się o kilka kroków dalej niż powinna.
Może ze względu na renomę, jaką cieszył się albinos. Albo to kwestia psów leżących u jego stóp — wilczurów, dobermanów, kundli z kłami wychylającymi się zza uniesionych warg, powarkującymi, szerzącymi aurę „nie podchodź, zagryzę na oślep”.
Bob — ten cholerny, cichociemny barman z Przyszłości — dał mu jasne wytyczne. Poprowadź tych ludzi przez Desperację, Grow. Tu masz mapę. Na miejscu są duperele. Weź co chcesz i spieprzaj do domu. Łatwiej nie mogło być, nie?
No nie, nie mogło.
Nikt mu jednak nie powiedział, że...


Pod butem trzasnęła gałąź, a usta wymordowanego od razu powykrzywiały się w bezczelnie kpiarskim uśmieszku. Na chwilę las stanął w kompletnej ciszy; nie wiał wiatr, nie trzepotały skrzydła, nie biło serce. Chwilę po tym blokada puściła, a do jego uszu dotarło głośne buchnięcie z północy.
To odgłos ich kroków.
Łap, które jednym ruchem przemielą mu łeb, jeżeli nie dotrze w bezpieczniejsze miejsce.

— Bob mówił, że jesteś dobry. Nie wyglądasz na dobrego.
Bob praktycznie się nie myli. — Głos Growa zabrzmiał jak warkot.
Od kilku godzin marszu szedł ramię w... biodro z dzieckiem. Burza szarych od popiołu włosów, olbrzymie oczy w kolorze zaschłej krwi ulokowane na pucołowatej buzi. Ubrania wisiały na nim jak na wieszaku i tylko nieludzkim sposobem za duża koszulka nie zsunęła się z obu ramion, odsłaniając przy tym pewnie niezbyt rozwinięty korpus. Jego twarz nie wykazywała oznak dziwnej dojrzałości, jaką można było wyłapać u licznych aniołów, które pechem pozostały w ciałach sześciolatków, dlatego Grow był niemal pewien, że o ile „gra pozorów mogła doprowadzić do śmierci”, tak w tym przypadku był kompletnie bezpieczny.
— Mówił też, że jesteś brzydki — dodał dzieciak, uderzając butem w wystający spod śniegu kamień.
Powieka Growa drgnęła.
Dlatego powiedziałem: „praktycznie”.


W czaszce nadal rozbrzmiewał mu wysoki pisk bólu, jaki wydał z siebie Tora. Grow od początku życzył mu rychłej śmierci, ale nie spodziewał się, że ta przyjdzie jak na zawołanie. Bardzo nie w porę, skoro nie udało im się jeszcze dojść do „tego” miejsca — jakkolwiek daleko to było.
Mapy Boba nigdy nie były zbyt dokładne. Mieli kierować się na południe, więc kierowali; po drodze napotkali kilka problemów, ale były zaskakująco nietrudne do rozwiązania. Czasami wystarczyło tylko spojrzenie, uśmiech albo pojedyncze szczeknięcie jednego z psów. Grow był przekonany, że nie natrafi na nic gorszego niż ględzący szczyl albo...

— Znowu upadł. — Tora przewrócił oczami, zatrzymując się wpół kroku i odwracając zręcznie o sto osiemdziesiąt stopni. — Pomóż go podnieść.
Grow przez ramię dostrzegł tylko dziurę w śniegu. Przechodzili przez zaspy sięgające im kolan, ale nie spodziewał się, że ten kretyn wlezie w największe góry, w których — po wyrżnięciu się — zniknie z pola widzenia.
Nie płacą mi za tachanie trupów.
— Dziadek Ona nie jest trupem. — Prychnął Tora, próbując wejść w śnieg, sięgający mu już do połowy ud. — Jest dziadkiem!
Growowi w głowie się nie mieściło, jak ktoś, na kogo mówili „Ona” mógł być dziadkiem, nie babcią, ale wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby, odwrócił się i pomaszerował w kierunku jednej z eskortowanych postaci. Przy mamroczącym coś pod nosem staruchu stał już trzeci ewenement — największy, niemal trzykrotnie szerszy od Wilczura, z oczkami jak rodzynki i z rybimi ustami. Tępy wyraz twarzy niekoniecznie pokazywał, jak wiele ogarnia ze świata rzeczywistego, a sam Grow był chętny oddać prawe ramię w zakładzie, że nie ogarnia niczego. Nawet teraz wydawało się, że ledwo pojmował po co mu ręce.
Poczekaj, ja to zrobię — wtrącił się, odrywając ogromne łapy od kruchego ramienia leżącego twarzą w śniegu Ony. Długie, siwe włosy rozsypały się, niemal niewidoczne na tle białej ziemi. Były jednak mocno przerzedzone i nietrudno było dostrzec pokrytą wątrobianymi plamami skórę. Był najsłabszym ogniwem. Kładąc dłoń na jego barku przez głowę Growa przebiegła myśl, że łatwo złamać te wiekowe kostki, jeżeli nie będzie się dostatecznie ostrożnym.


Z ust zszedł mu uśmiech, gdy odepchnął się od kolejnego pnia i przecisnął pomiędzy dwoma blisko stojącymi drzewami. „Dziadek Ona nie jest trupem” — pamiętał to zdanie tak mocno, jakby wypaliło mu się na gałkach ocznych, zmuszając do ciągłego patrzenia na nie.
Cóż.
Teraz na pewno jest.
Skrzek z jego ledwo działającego gardła nie był na pokaz. To wrzask kogoś, kto doświadczył jak to jest zapoznać gardło z kilkudziesięciokilogramowym cielskiem. Jak to jest czuć coraz słabszy przepływ lodowatego powietrza.
Jak to jest czuć ich kły na swoim ramieniu, co, Jace?
W głowie mu zaszumiało. Setki przekrzykujących się, szemrzących, mamroczących głosów o różnej tonacji i szybkości mówienia zagłuszyły wszystko — trzask śniegu, trzepot skrzydeł, bicie serca, świst wiatru.
Cicho. — Język z ledwością odlepił się od podniebienia, gdy wypowiadał to słowo. Czuł tylko gorąco cieczy spływającej między palcami zamkniętymi na rannym ramieniu i zimno poranka muskające kark — poza tym nic. Zapomniał, dlaczego tak szczerze nie znosi robót od Boba, ludzi, którzy zawsze byli bardziej upierdliwi, niż użyteczni. Zapomniał o marszczącej nos bestii, zapomniał o własnych psach, które rozpierzchły się pod naporem jego komendy. Zapomniał o lesie, do którego wszedł i o polanie, na której postawił pierwszy krok. Na kilka chwil nie rejestrował tego, co dzieje się dookoła.
Aż wreszcie pszczela paplanina ucichła.
W sekundę.
Usłyszał tylko leciutki szept: błąd i oczom ukazała mu płaska ziemia bez drzew.
Zmrużył ślepia, gwałtownie wciągając powietrze w chwili, w której obraz się wyostrzył, nabrał kolorów i kształtów. Parę pysków skierowanych było gdzieś indziej — licha twoja nadzieja, psie — ale pozostałe dwa wilki zwróciły łby ku niemu.
Jeżeli jeszcze przed chwilą nie był w stanie wyłapać ani barw, ani przedmiotów, tak teraz czerwień spływająca po ich zębach wydawała się nad wyraz intensywna.
Za plecami miał sarghale. Przed sobą watahę. Tak wiele szczęścia, w tak pięknym poranku — jak mógłby narzekać?
To twoi bracia, wychrypiał jeden z głosów, gdy wilczysko nastroszyło sierść na karku i zrobiło krok ku niemu.
Z innej matki. Przebiegł językiem po spękanych wargach. Nie mamy zbyt dobrych relacji.
Wzrok przemknął dookoła, jakby w poszukiwaniu wyjścia, choć niemożliwym było dostrzeżenie czegokolwiek, prócz niższej warstwy śniegu, paru nagich, poskręcanych drzew, kamieni i tego charakterystycznego błysku odbijającego światło wschodzącego słońca. Na ułamek sekundy gardło ścisnęło się mocniej w przedsmaku oczekiwania, gdy przyglądał się wnęce gór, ale charknięcie zwierzęcia szybko przywróciło go do porządku.
Palce, dotychczas zaciśnięte na rannym ramieniu, sięgnęły do paska. Ostro zakrzywiony nóż wywołał głośniejszy warkot w zbliżającym się wilku.
Spokój.
Trzeba działać. Czas na plan.

_________________

Throw me to the wolves
and I'll return leading the pack



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 18017
GODNOŚĆ : Grow, na Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Z błękitu w czerń. [Arcanine | Tyrell]    Pisanie by Tyrell on Nie Mar 05, 2017 9:27 pm
Czując rosnącą desperacje, rozważał swoje szanse. Jeśli będzie czekał zbyt długo zapewne drapieżniki wywęszą go zaraz po strawionym posiłku — domyślał się, że zostaną tu na dłużej aby odpocząć i wyleżeć się w słońcu wstającego dnia. Jeśli jednak spróbuje ucieczki, któryś na pewno usłyszy jego ruch. Śnieg był kruchy jak szkło. Cienka warstwa lodu pękała pod butami wytwarzając charakterystyczny zgrzyt. I nawet jeśli jakimś cudem udałoby mu się zakradnąć do samotnego głazu lezącego pod okryciem białego puchu na środku polany i ruszyć w głąb łysych konarów, wciąż będzie znajdował się na pustej przestrzeni. Ucieczka w tym przypadku wydawała się fiaskiem. Pod każdym względem. Był zmuszony walczyć.
  Wychylił się jeszcze raz zza kamienia i zlustrował okolice. Psy znów były zajęte zdobyczą. Nie rzuciło mu się w oczy nic prócz białych zasp i długiego rzędu drzew ustawionego za szczupłymi sylwetkami wilków. Jeden z nich właśnie się wyprostował i obrócił głowę w kierunku lasu. Był wysoki i chudy. Jego nogi wydawały się być  dziwnie nieproporcjonalne i nieporadne w porównaniu do pokrytego białą sierścią ciała. Wilcza wataha wyglądała bardziej jak psy podwórkowe niż drapieżniki, aczkolwiek nagły ruch samca poderwał resztę stada do życia i zachowania ostrożności. Drugi — czarny również spojrzał w wyznaczonym kierunku. Trzy pozostałe nastawiały uszu.
  Coś zauważyły. Tyrell jednak nie był wstanie zauważyć punktu, na którym zawiesiły wzrok. Musiałby wtedy wychylić się bardziej, a jak wciąż wolał pozostać niewidoczny. Musiał zaryzykować. Śnieżnobiały wilk wyszczerzy zęby wbijając wzrok w niezidentyfikowany obiekt. To szansa.
  W pośpiechu zarzucił plecak na ramiona i naciągnął chustę na połowę twarzy. W dłoni ściskał scyzoryk. Ruszył. Chwilę przedzierał się przez ośnieżone pole roziskrzone blaskiem świtu. Pokryty futrem kaptur szczelnie osłaniał jego twarz przed mrozem i  zacinającym wiatrem. Jego cień stopił się w długi kształt sunący po skorupie śniegu. Marzył, żeby jak najszybciej znaleźć się w lesie. Odruchowo zastanawiał się jaka droga powinien się udać. Nawet jeśli zauważyłyby go na  granicy leśnego poszycia, ciągle miał szanse zwiać. Drogi na Desperacji były długi i kręte. Ale zawsze gdzieś prowadziły.
  Nie patrzał nawet w stronę wilków, po prostu szedł w kierunku zimowych konarów których biel zlewała się z krajobrazem. Światło wstającego dnia oślepiło go kiedy długa włócznia złotego blasku wystrzeliła się zza martwego drzewa. Jedną ręką osłonił oczy, mrużąc je i starając się wciąż patrzeć trzeźwo i ostrożnie. Słyszał dźwięk pękającego lodu pod stopami i głębokiego śniegu, za każdym razem gdy wpadał w głębokie zaspy. Był zesztywniały; wręcz pewny, ze z tej odległości zwierzęta słyszą go wręcz doskonale. Ale nadal nie odważył spojrzeć się w ich stronę. Głęboki warkot rozciągający się gdzieś  po jego prawej stronie uspokajał go; uciszał podświadomość, która klarowała obraz który zapamiętał przed wyruszeniem z kryjówki. “On wciąż warczy na to co zobaczy, Tyrell. Nie na ciebie. Nie na ciebie.”.
  Nad jego głowa przeleciały dwa szare sokoły. Ich krzyk poniósł się echem po dolinie. Zapewne szukały jedzenia. Zakrzywiły skrzydła i wykonały zgrabne koło, by chwilę potem zniknąć gdzieś za wysoką góra.
  Chłopak wbił wzrok w rozciągający się zagajnik, z którego przyszedł wczorajszej nocy. Wiedział, że kilkadziesiąt mil dalej znajduje się Czerwona pustynia, więc będzie musiał udać się na wschód, aby uniknąć konfrontacji na otwartej przestrzeni. Nie należał do elity najlepszych wojowników. Wolał więc kryć się w cieniu i unikać większych grup napotykanych wymordowanych, których tropy potrafił wyczytać ze śniegu czy błotnistej ziemi. Ale teraz był już blisko.  Las był blisko.
  Jakieś  szmery po prawej rozciągły się echem.
  Zignorował je.
  Któryś z wilków zawarczał głośniej, skomląc przeciągle.
  Usłyszał dźwięk pękającego śniegu.
  A potem coś trzasnęło pod jego nogami.
  Popatrzył na wilki z niepokojem w oczach. Zatrzymał się dokładnie po środku polany. Zdębiał. I to nie przez fakt, ze nagle wydały mu się one znacznie większe. Nie przez to, że kiedy dotarł do tego miejsca wiatr zmienił kierunek i trzy pozostałe wilki poczuły jego zapach — wszystkie obróciły głowę. To przez to, że jego wzrok, ponad ich wątłymi sylwetkami wychwycił czyiś cień. Wysoki. O ludzkim kształcie. Musiał zmrużyć oczy; na jego rzęsach nanizane były paciorki z białego lodu. Wcześniejsze oślepienie jaskrawym promieniem słońca powoli blakło, ukazując mu ponury obraz stojącego mężczyzny. W dłoni zabłysło mu zakrzywione ostrze.
  Biały wilk wciąż jednak wpatrywał się w nieznajomego. Odsłonił ociekające krwią zęby i zrobił w kierunku Growlithe'a pierwszy krok. Z głębin jego gardzieli dobiegło stłumione warczenie. Obniżył barki, który to ruch był zarówno defensywny, jak i ofensywny.
  Widać było, że w zwierzęciu walczyły przeciwstawne instynkty — z jednej strony musiał bronic zdobyczy, a z drugiej na terytorium pojawiły się dwie osoby, które znajdowały się po przeciwnych stronach. Wahał się. Położył uszy na futrzanym łbie.
  Tyrell wciąż wpatrywał się w stojącą kilkadziesiąt jardów dalej postać, jakby chciał wyczytać coś z jego oczu. Jakby próbował nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Teraz skamieniały w pół pochylonej pozycji wygadał jak gipsowy odlew jednoosobowego oddziału Marines; na jego osłoniętej chustą twarzy odznaczały się tylko turkusowe oczy.
  Ale nie trwał tak długo. Usłyszał warczenie za swoimi plecami i instynktownie padł na ziemie. Szary wilk przeskoczył nad jego głową, chybiając karku. Szósty.
  Biały obrócił nadgryzione ucho. Słysząc, co dzieje się w tyłu rzucił się na Growlithe'a, z ostrymi kłami, a w jego ślad poszły dwa pozostałe. Dwa szczeniaki skuliły ogon chowając się pod padliną.
  Tyrell podniósł się na rękach, ale szary wilk okazał się szybszy. Zawrócił i zwinnie doskoczył do chłopaka, zatapiając ostre zęby w jego barku. Skalpel wypadł mu z dłoni. Czuł, jak silna szczęka unieruchamia mu staw. Adrenalina stłumiła stęk. Zacisnął zęby, szarpiąc się z wilkiem. Ciągle starał się trzymać głowę jak najdalej jego pyska. Czuł zapach mokrego futra i krwi. Przystawił wolną rękę do zwierzęcego pyska i strzelił czerwonym płomieniem, który osmolił zwierzęciu mordę. Wilk zaskomlał i odskoczył. Łapą przesunął po nosie.

_________________

mowa: #344f55 | gabinet medyczny | sekretny motywator



Tyrell
-----------
Hydra     Anioł Stróż

avatar

Liczba postów : 981
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Powrót do góry Go down

Re: Z błękitu w czerń. [Arcanine | Tyrell]    Pisanie by Arcanine on Pon Mar 13, 2017 7:24 pm
Stał wyprostowany, z ręką ściskającą nóż. Wolą przesunął po gorącej skroni.
Jedna z mar, niewidoczna dla cudzych oczu, stała obok niego – tak samo wyprostowana, dumna, spokojna. Jej patykowate łapy były o wiele za długie, pysk wysunięty i niemal spłaszczony na końcu, a ogon dwukrotnie dłuższy od ciała, puszysty i poddany sile wiatru jak lekka tkanina. Wilczyca długo wpatrywała się naprzód, ale nie na watahę. Patrzyła ponad nimi.
Po co ci nóż, skoro do niczego ci się nie przyda? - zapytała z kpiną, kątem oka sięgając broni trzymanej przez śliskie od krwi palce.
Szczęki Growa zwarły się w mocniejszym uścisku.
Skoro tak patrzymy na sprawę to po co ci mózg?
Futro na karku Shatarai nastroszyło się, jak uniesione w gotowości do boju igły jeżozwierza, ale nic nie odpowiedziała. Jej łapa miękko nacisnęła na śnieg, nie pozostawiając po sobie śladu.
Straciła jednak zainteresowanie – i Growem, który normując oddech, nie spuszczał spojrzenia z białego wilka, i stadem. Łeb obrócił się leniwie na bok, wzrokiem zahaczyła o skradającą się kilkadziesiąt metrów dalej postać. W niego się teraz wpatrywała. Był niewidoczny dla otoczenia – tak samo jak ona. Ale nie tak doskonały. Uśmiechnęła się pod nosem, trochę boleśnie dla samej siebie. Widziała skradającego się wilka i błysk na skalpelu. Widziała kolor oczu nieznajomego, każdy ruch mięśnia na jego twarzy. Mogłaby coś zrobić, mogłaby zatrzymać dech w piersi szarego basiora, pociągnąć go za ucho, podciąć łapy. Ale po co?
Przez głowę przeszła jej mało subtelna myśl, że chętnie zostawiłaby to wszystko takim, jakie jest. Patrzyłaby w spokoju, jak zmęczone nogi Jace'a uginają się pod ciężarem ciała, jak ze spojrzenia znika determinacja i pojawia się na jej miejscu zrezygnowanie i zmęczenie. Ale czuła już to charakterystyczne mrowienie pod skórą, które mówiło jej, że są na granicy. Cała się trzęsła; nie ze strachu, nawet nie ze zmęczenia. Trzęsła się przez niestabilność, jaką sobą reprezentował.
Dlatego, choć niechętnie, zdusiła dumę.

Biały wilk charknął, aż mięśnie wymordowanego napięły się – wreszcie – gotowe do podjęcia walki. Zręcznym ruchem obrócił nóż – teraz trzymał broń ostrzem do dołu. Choć czuł pulsowanie z rannego ramienia, adrenalina coraz prędzej toczyła krew przez żyły. Mroczyła umysł na tyle, by ten zapomniał o bólu, skupił się na tym, co istotne.
Jace – pociągnęła wilczyca, obracając ku niemu pysk, unosząc oczy, wykrzywiając mordę w ludzkim uśmieszku. Wiem, że jesteś zajęty, ale jest coś, co chcę ci powiedzieć.
Za późno.
Biały wilk nagle skoczył do przodu, Grow w bok. Podeszwy rozbryzgały nietknięty dotąd śnieg, gdy lądował w lekkim przysiadzie, szarpiąc ramieniem, przecinając lodowate powietrze. Świsnęło, gdy ostrze zarysowało plener – kilkanaście, może nawet kilka milimetrów od futra kryjącego napęczniałe od naprężenia mięśnie basiora. Cielsko wylądowało na łapach, ślizgnęło się kawałek, a potem nagle zawróciło. Wilk demonstrował długie, zakrzywione zęby, warczał i ukąsił powietrze, znów wybijając się w stronę Psa.
Jace – westchnęła Shatarai, patrząc ze znużeniem, jak białowłosy cudem unika kontaktu z paszczą. Kły naderwały mu rękaw. Jace, to ważne.
Ważniejsze od zachowania głowy na karku? W to wątpił. Ignorowanie jej niskiego, drżącego od warkotu głosu zawsze było trudne – tym trudniejsze, im bardziej próbował się skupić na czymś innym. Wtedy zawsze uderzała w niego świadomość, że wciąż nie potrafił w pełni odciąć się od jej obecności. Była jak drzazga, której nie wyjęto. Dawno zniknęła pod nowym naskórkiem, ale każdy mocniejszy nacisk przypominał o jej istnieniu.
Za dużo czasu tracił na ignorowaniu. Przez to nie przechodził do ataków. Nie nadążał. Wpierw mówił: „Shat, dość”, a dopiero potem noga przesuwała się w tył. Cofał się cały czas, ale nie można było tego nazwać unikami. To ucieczka.
Otrząśnij się.
Dłoń ścisnęła rękojeść jeszcze mocniej, jakby próbował wytopić w tworzywie sztucznym odcisk palców. Potem wreszcie przeszedł do ofensywy, przecinając nożem na skos. Metal ostrza nie trafił w oczy, w które celował, ale nadszarpnął pysk i nos zwierzęcia, które od razu wydało z siebie głośniejsze, mniej drżące warknięcie. Kilka kropel krwi zbrukało podłoże.
Jace – powtórzyła Shatarai, nic nie robiąc sobie z faktu, że do białego wilka dobiegały już dwa inne przedstawiciele: czarny i bury. Jace, zbliżasz się do ognia.
Kątem oka wychwycił jakiś ruch za sobą. Coś, co wybijało się ponad otaczającą krajobraz bielą. Węch wychwycił też zapach. Woń inna niż mokre od topniejącego w kontakcie ze skórą śniegu futro, niż para wydychana przez psi pysk.
Jak człowiek.
I płomień. Czuć było spaleniznę, ale nie tak drażniącą, więc to nie żaden pożar.
Ponad dudnieniem w czaszce wybiły się kolejne dźwięki.
Niespełna kilkanaście metrów dalej... Grow zmarszczył brwi.
Shatarai, daj mi czas.
Wreszcie zwolniono z jej gardła ścisk obroży, z kostek zdjęto kajdany. Pojawiła się, jak po pstryknięciu. Wyskoczyła ze swojego umysłowego więzienia. Opadła ciężko na ziemię, ale nie pozwoliła sobie nawet na sekundę zawahania, bo łapy od razu ugięły się do skoku. W jej długich, cienkich zębach od razu znalazł się kark burego wilka. Oboje – Shatarai i przeciwnik – runęli w zaspę, rozkopując na bok puch. Plątanina ich kończyn i kłapanie zębów rozpoczęło zajadłą walkę.
Nim jej obecność zniknęła, wypowiedziała tylko dwa słowa.
„Za tobą”.
Dłoń wymordowanego zadrżała pod naporem zmęczenia. Biały wilk już unosił łeb, a czarny dobiegł i stanął za nim, kładąc po sobie nadszarpnięte ranami uszy.
Ale w głowie Growa odbijały się słowa mary: za tobą, za tobą, ZA.TOBĄ, więc mimowolnie zerknął przez ramię, w stronę innych hałasów. Szare wilczysko. Gardło ścisnęło się z furii na samą myśl o następnym przeciwniku. Ale wilk potrząsnął nagle łbem, długim jęzorem oblizał bok pyska i skoczył. Nie na niego. Wtedy Grow uniósł nieco wzrok i dostrzegł mignięcie turkusu. Dostrzegł oczy, złapał kontakt.
Coś ponad lasem ryknęło.
Kącik ust Wilczura nagle szarpnął się ku górze, przecinając jego twarz wyzywającym uśmiechem. Prawie tak, jakby mówił do nieznajomego: zapomniałem wspomnieć, że na imprezę sprosiłem kogoś jeszcze.
A kroki sarghali były coraz głośniejsze.

_________________

Throw me to the wolves
and I'll return leading the pack



Arcanine
-----------
Wilczur     Poziom E

avatar

Liczba postów : 18017
GODNOŚĆ : Grow, na Desperacji.

Powrót do góry Go down

Re: Z błękitu w czerń. [Arcanine | Tyrell]    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics