Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Z błękitu w czerń. [Arcanine | Tyrell]    Pisanie by Tyrell on Czw Sty 12, 2017 8:38 am
Jakiś czas temu...

Kiedy przekraczał martwy skwer na wschód od dziewiczych zakątków Czerwonej Pustyni, był już pewny, że nie zdąży dotrzeć do Smoczej Góry przed zapadnięciem zmroku. Słońce co prawda wychylało się miedzy sękatymi gałęziami, przypominając tubylcom o rychłym końcu dnia i nadejściu nocy, ale przed najemnikiem nadal pozostawał spory kawałek tułaczki. Zachód słońca o tej porze roku zawsze stawał się szybszy, a nikle światło, ograniczające się do sierpa błyszczącego księżyca, który jednak nie każdej nocy był widoczny na atramentowym niebie, powodował, że rzadko kiedy decydował się na przemarsz w kompletnych ciemnościach nocy. Miał wiec mniej niż dwie godziny na rozbicie tymczasowego obozowiska i przeczekania w nim do rana.
  Zatrzymał się dopiero o zmroku - na skraju polany otoczonej wysokimi, szpetnymi konarami z namiastką żałosnej kępki liści. Był to spory obszar. Tutejszy las zataczał pewnego rodzaju półkole, które zamykała szara, poszarpana, kamienna ściana na wprost niego. Chłopak spojrzał w górę, na strzelistą formację wznoszącą się nad poszyciem lasu. Kamienne głazy układały się w masywny, ostry wierzchołek. Nie widząc jednak w tej sferze żadnego punktu przyczepienia, przyjrzał się obszarowi na samym dole. Gdzieś u samej podstawy zdołał zauważyć wgłębienie – niewielkie. Płaszczyzna, w lichym świetle młodej nocy, prezentowała się jak czarna plama po farbie. Musiał zaryzykować. Jeśli znajdowała się w tej górze, choć kilkumetrowa wnęka, zamierzał ją wykorzystać na tymczasowe obozowisko. Anioł ściągnął z ramienia swój czarny, materiałowy plecak, którego zamki pokrywał teraz biały, półprzezroczysty szron i ruszył przez zaspy. Podnosił nogi ostrożnie, choć skurcze pustego żołądka, nalegały wręcz, by puścił się pędem i jak najszybciej ulokował pod imitacja kamiennego zadaszenia. Po raz ostatni obejrzał się za siebie, prosto na pozostawiane przez siebie ślady, przeklinając fakt, że tak wyraźnie zdradzają jego pozycje.
  Ale nie mylił się.
  Niezidentyfikowana czarna plama okazała się płytka wnęką do której wszedł bez zastanowienia. Usiadł na przyprószonej śniegiem ściółce; plecak rzucił tuż przy swoich nogach. Z trudem rozsunął zamrożony zamek i wysunął rękę do środka. Kiedy to robił jego ciałem wstrząsały pojedyncze drgawki. Czego oczekiwać po osobie odzianej w krótki rękaw, ciepła, grubą bluzę z kapturem, materiałowe spodnie i wysokie buty, których podeszwa była teraz mokra jak po spotkaniu z porywistym wodospadem? Twarz chłopaka osłaniała tylko strzępiona chusta, którą naciągnął aż na nos, zapewniając sobie odrobinę dodatkowego ciepła.
  Nie zwlekając zaczął wyciągać materiały na podpałkę. W zagłębieniu w ziemi umieścił trochę waty i podartej tkaniny, którą znalazł gdzieś na dnie w plecaku. Na sam wierz dodał trochę kory i kawałków drewna, jakie udało mu się zebrać w okolicy. Nie były one całkowicie suche, ale to nie stanowiło dla niego problemu. Tak przygotowany do rozpalenia ogniska, Tyrell wyciągnął dłonie przed siebie. Ogień buchnął gwałtownie, a po paru sekundach pomarańczowa iskra zajęła dół podpałki podsuszając drewno na samej górze.
  Ten wieczór spędził krótko, przez godzinę posilając się konserwą noszoną w plecaku, a następnie naprawiając swoje buty, w których po długiej podróży powstały dziury; stopy miał przez to podrapane i posiniaczone. Po zjedzeniu posiłku nie zamierzał ryzykować już dłużej. Desperacja zawsze była dla niego wielką dżungla, w której drapieżniki pełniły rolę swoistych królów. Założył plecak na ramiona (bowiem nie rozstawał się z nim nawet na chwilę), zasypał ognisko śniegiem i położył się spać.

❋❋❋

  Głośne mlaśnięcie przecięło powietrze poranka. Słońce stało dokładnie nad lasem, jego ostre promienie łączyły się z błękitnym niebem tworząc roztańczone jezioro światła. Mrużąc oczy oślepiony blaskiem, mógł jedynie rozróżnić sylwetki bestii, które postanowiły wpaść na śniadanie. Znieruchomiał i przywarł do zimnego podłoża. Krew zapulsowała mu w skroni.
Czy mnie widziały?
  Poczuł, że oblewa go zimny pot. Słyszał dźwięk bijącego serca we własnej głowie, a leżąc tak przyciśnięty mocno do gruntu, oddychał w przerywanym rytmie. Podczołgał się ostrożnie w kierunku jedynej dostępnej osłony, jaką był samotny kilkumetrowy głaz. Nasłuchiwał uważnie, ale nie wychylał się. Dla pewności dotknął plecaka, upewniając się, że wciąż wisi na jego ramionach. Czując jego materiałową tkaninę znów poczuł złudne bezpieczeństwo ze strony krótkiego, ostrego skalpela.
  Bardzo powoli wysunął głowę zza kamiennej formacji. W odległości kilku jardów zobaczył stadko dzikich psów. Stały pośrodku polany i pożerały coś, czego z tego punktu obserwacyjnego nie był w stanie zobaczyć. I po prawdzie, nie to interesowało go teraz najbardziej. Wilków wówczas było pięć. Żaden jednak nie wykazał zainteresowania wgłębieniem, przy którym obozował, ale przeczucie podpowiadało mu, że to tylko kwestia czasu. Musiał stąd odejść. Jak najszybciej.
  Nie miał dużego pola do popisu. Doszedł do wniosku, że wilki znajdują się zbyt blisko, aby mógł rzucić się pędem ku gołym zaroślom. Wyciągnął z kieszeni torby krótki scyzoryk. W świetle nowego dnia promienie słońca migotały na jego powierzchni w tysiącu barw.
  A potem jedno ze zwierząt podniosło łeb. Postawiło zainteresowane uszy na sztorc. Dopiero wtedy Tyrell zauważył, że w wysokim zasp wyskakują jeszcze dwa młode szczeniaki, szarpiące się za uszy, zajęte zabawą w najlepsze. Zakrwawiona morda skierowała się w stronę chłopaka, a ten bardzo szybko schylił się i przywarł ponownie do kamiennego głazu, zza którego się wychylał. Zacisnął zęby, aż zabolała go sama szczęka. Palce owinęły się wokół noża.
  Trzeba działać. Czas na plan.

_________________

mowa: #344f55 | gabinet medyczny | sekretny motywator



-----------
Hydra     Anioł Stróż


Liczba postów : 855
GODNOŚĆ : Tyrell. Kiedyś Sora.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry