Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down






4 miesiące wcześniej – jesień


W tle huknął piorun na kilkanaście ułamków sekund będąc najjaśniejszą częścią nieba i ziemi. Białe światło odbiło się w czarnym jak sam ebonit ekranie telefonu, wykrzywiając usta – praktycznie jedyny widoczny spod kaptura element twarzy – w grymasie, który śmiało można nazwać rozpaczą. Nie wierzył w to, co się stało.
Od początku?
Kilkadziesiąt godzin temu wywlekł z domu wszystkie swoje rupiecie, odpowiednim palcem żegnając i jego, i . Niecały kwadrans później był już w podziemnym metrze, chuchając w skostniałe z zimna rękę. Nawet nie zauważył, w którym momencie lato przemieniło się w jesień, a temperatura gruntownie spadła na łeb na szyję do soczystych sześciu stopni na pełnym słońcu. Nic dziwnego, że umknął mu również inny, równie ważny, fakt. Pierwszym, co zarejestrował, był kolor oczu. Niebieski. Intensywnie, lodowato, przeszywająco niebieski kolor oczu, w których dostrzegł niekoniecznie zrozumiały, niekoniecznie chciany błysk wściekłości. Gdyby znalazł się w identycznej sytuacji raz jeszcze, pewnie zareagowałby inaczej. Jakkolwiek. Ale w tamtym momencie tylko zacisnął mocniej zęby. W porę. Trzask policzka zwrócił dziesiątki głów w ich kierunku. Patrzyła z żalem, smutkiem, tęsknotą, nienawiścią, irytacją, pretensją. Wpierw wrzeszczała, potem przyszedł czas na płacz. Przeklinała go i prosiła na przemian. Świnia. Dupek. Kurwa. Wynoś się stąd! Jazda! Jezu, mogłeś powiedzieć. Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? Nienawidzę cię! Shawn, zostań tutaj!
Może – i tylko może – gdyby zdobył się na jakikolwiek gest, całe przedstawienie skończyłoby się inaczej. Może zostałaby aż do jego odjazdu albo przynajmniej pozwoliła się uspokoić. Może przestałaby tak zawzięcie wyzywać go od ŁAJDAKÓW, CHAMÓW, ŚCIERW, ZDRAJCÓW i pozwoliła sobie wszystko wytłumaczyć.
Ale został w miejscu, nie krztusząc żadnego słowa. Patrzył na nią niepewnie, z butami wbitymi w ziemię i ramionami opuszczonymi pod natłokiem wyrzutów sumienia. Miała rację we wszystkim, co mówiła. Najbardziej w chwili, w której mocno go odepchnęła i uciekła, ledwo wyszeptując: "to koniec".
Dokładnie tak.
To był koniec.
Shawn przez całą podróż z M2 do M3 chciał wierzyć, że to koniec jednego rozdziału. Początek nowego, lepszego, śmielszego życia. Ale nie. Przecież ona, ta furia o oczach skutych lodem, w niczym nie mogła się mylić. Więc koniec okazał się druzgoczący. Były obsuwy w czasie; jechali prawie dobę dłużej i Shawn wychodził już z siebie, nie mogąc wytrzymać. Brak kontaktu z ciotką, która miała go odebrać, przywoływał najczarniejsze scenariusze. Przez to zapomniał bagaży, bo jak huragan wypadł ze stacji, wylatując wprost w ścianę deszczu. Koniec lata. Jak mógł o tym zapomnieć? Ignorowanie deszczu nie było jego mocną stroną i wkrótce wszystkie ubrania przesiąknęły wodą, a ciotki jak nie było, tak nie ma. Z sykiem zawodu sięgnął za siebie łapiąc za powietrze. Moje rzeczy... – to jedyna myśl, która obróciła go o równe sto osiemdziesiąt stopni. Zawrócił, przepychając się przez dużą lawinę ludzi z Miasta-2. Musiał wrócić – oczywiście, bo jakże inaczej – na sam koniec, by dostać się do śmiesznego, małego ludzika targającego jego klamoty. Na końcu języka miał wszystkie słowa, które chciał mu wydukać, ale japoński wydawał się teraz kawałkami szkła. Każde słowo raniło język i niemal godzinę tłumaczył, że wszystkie bagaże są jego, a dowody na to ma w jednej z toreb. Gdyby tylko go do niej dopuścili...
Z jękiem oburzenia reagował na każde warknięcie liliputa i nieźle się nagimnastykował, by mały wreszcie zrozumiał, że nie sięga do tych bambetli po to, by coś zwinąć.
Bobas w mundurze pokiwał wreszcie głową, coś tam namarudził, nachińczykował mu przed nosem, a potem puścił. Shawn z ulgą zarzucił pas torby na ramię, złapał za uchwyt walizki i ruszył z powrotem do wyjścia. W tylnej kieszeni spodni miał telefon komórkowy, w którym zapisał numer ciotki. Tutaj, bezpośrednio w Mieście, zasięg na pewno był znakomity – mógł więc łatwo się z nią skontaktować.
W tym momencie huknął piorun, a Shawn ujrzał, jak bateria miga ostatni raz, a potem całe urządzenie wzięło szlag.
Po cholerę było mu to słuchanie muzyki?
Mniej więcej w tym momencie czas znów zaczął płynąć, wypychając go do realności.
- Nie wierzę – warknął bardziej zły, niż zaskoczony. W palcach ścisnął komórkę. Chciał nią rzucić. Rozwalić coś. Wpaść w szał. Zdemolować całe metro. Roztrzaskać krasnala od bagaży. Roztrzaskać ławki. I drzewa. I dziwny bilbord z naprzeciwka. Skoro jemu było źle, dlaczego innym miało być dobrze? Z zaciśniętymi zębami ruszył przed siebie ku przechodniom. POŻAŁUJĄ TEGO. Wszyscy. Dokładnie wszyscy!
- I ten... i ten tutaj... – wymamrotał cztery godziny później, kreśląc coś na mapie. Cudem dorwał się do jednego ze sklepów i na migi dogadał z kasjerką. Przyjemna kobieta, choć początkowo prawie jej nie zauważył. Ledwo wystawała ponad blat. Nie mógł sobie przypomnieć – rok temu w M3 też wszyscy byli tacy... malutcy? Skrzywił się lekko, gdy huknął kolejny piorun. Burza ustała jakiś czas temu, ale teraz znów szalała. Trzęsła całym drzewem, pod którym ulokowano ławkę. Ławkę, na której przysiadł Shawn, obwarowując się wszystkimi bagażami. Z jednej z toreb wydłubał marker, którym teraz kreślił jakieś zawijasy na zakupionej mapie. Ten, ten, ten i ten punkt już zobaczył. Ten tutaj nawet kilka razy, bo się nieco – odchrząknął – zamotał. Ciotka mówiła, że mieszka na ulicy... Jakiej? 2-7-2... Tokyo 100-8790 Marunouchi Chiyoda-ku... Do diabła, jak na nazwisko miała ciotka? Na imię Maria – Japończycy wymawiali to jakoś dziko – ale nazwisko zmieniła, gdy wyszła za mąż. K... K... Kyoda?
- Dobrze, że nie pada.
Lunęło.
Shawn przez kilka sekund wpatrywał się, jak papier z tryliardem krzaczków nasiąka wodą przeciskającą się przez gałęzie niemal nagiego drzewa, a potem jego głowa sama poleciała do przodu. Zwiesił ją tak nisko, aż ręka – z łokciem dociśniętym do uda – nie sięgnęła karku.
- To koniec.
Jasne, że to koniec. Zawsze miała rację. Teraz tego tylko brakowało, by rozpraszały go myśli o...

Ubranie: ocieplane, brązowe buty za kostkę, wytarte dżinsy, czarny podkoszulek z logo jakiegoś rockowego zespołu M2, na ramiona zarzucona ciemna bluza z kapturem i kurtka w kolorze zgniłej zieleni (z kapturem wyszywanym szaroburym futrem), na karku szare słuchawki nauszne.

_________________

angielski | japoński



-----------


Liczba postów : 4
GODNOŚĆ : Shawn

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

W tym roku jesień nie oszczędzała mieszkańców miasta. Przechodząc ulicami zauważało się całe mnóstwo ludzi z rękami powciskanymi w kieszenie kurtek albo rozgrzewających swoje ręce ciepłym oddechem. Do zimy zostało jeszcze trochę czasu, jednak tego dnia zdawało się, że była ona już coraz bliżej i zaskoczyła tych, którzy kompletnie się na to nie przygotowali.
Czarnowłosy był jednym z nich.
Naciągnął kaptur na głowę, gdy tylko pierwsze kilka kropel deszczu spadło na jego twarz. Wzniósł wzrok ku niebu, które dało mu pierwsze ostrzegawcze sygnały, z którymi łaskawie mogło zaczekać do momentu, gdy znalazłby się nieopodal swojej okolicy albo we własnym, ciepłym domu. To nie był dobry moment na  ulewę z prawdziwego zdarzenia, a do tego wniosku doszedł, gdy dokonał szybkich oględzin okolicy, w której się znajdował. Mimo wszystkich lat spędzonych w mieście, nadal miał problem z właściwym odnalezieniem się pośród wysokich budynków i zatłoczonych ulic, jednak szyld kawiarni „Pod radosną babeczką” zapamiętał już na dobre – możliwe, że była to zasługa wyszukanej nazwy. Znalezienie tam schronienia nie byłoby najgłupszym pomysłem, ale Shirane już przez wielkie szyby był w stanie zauważyć, że nie był jedyną osobą, której ta myśl przeszła przez głowę. Lokal był wypełniony po brzegi i wcale nie zdziwiłby się, gdyby niektórzy wpadli tam tylko po to, by postać przez jakiś czas w ciepłym miejscu i przeczekać burzę.
Mężczyzna przyspieszył kroku i wsunął rękę do kieszeni, sprawdzając, czy paczka papierosów znajdowała się na swoim miejscu w towarzystwie zapalniczki. Odnalazłszy opuszkami palców miejsce, w którym rozerwał kartonik, wysunął ze środka pojedynczego papierosa, który zaraz znalazł się między jego ustami, a w kolejnej sekundzie jego końcówka żarzyła się drobnymi, pomarańczowymi iskrami. Wielokrotnie słyszał już, że powinien znaleźć sobie inny nałóg, jak na przykład opychanie się słonymi paluszkami, ale – jak na nałogowca przystało – puszczał te uwagi mimo uszu. Nawet własna matka, która trzaskała go po rękach, ilekroć wyciągał rękę po swoją używkę, nie zdołała wybić mu tego z głowy. Ale dzisiaj sama Matka Natura postanowiła pokazać mu środkowy palec i gdy tylko pojedynczo zaciągnął się dymem, dosłownie naszczała na niego całym wodospadem deszczu, na który może i się zapowiadało, ale nikt nie spodziewał się, że będzie go aż tyle. Wystarczająco dużo, by wszystkie ubrania natychmiast przesiąkły wodą i zaczęły lepić się do ciała.
To nie był jego dzień.
Zerwał się do biegu i ruszył przed siebie, po drodze celując zgaszonym papierosem do ulicznego kosza, chociaż nie zwracał szczególnej uwagi na to, czy udało mu się trafić. Aktualnie jego priorytetem stało się znalezienie jakiegokolwiek zadaszenia. Rozciągnięty nad wejściem do hotelu parawan wyglądał na idealne miejsce, a kiedy tylko dostał się do celu, płuca zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, a zapuszczona kondycja dała się we znaki, kiedy to został zmuszony do pochylenia się do przodu i oparcia ręce o kolana, by odzyskać rezon.
Może kupi pan parasol?
Z początku nie wiedział, co za bóg postanowił do niego przemówić. Nie był też pewien, czy mówił akurat do niego. W końcu komuś, kto i tak był już przemoczony do suchej nitki, powinno być wszystko jedno. Wyprostowawszy się, zauważył jednak, że stojący w pobliżu mężczyzna mierzy wzrokiem właśnie w niego, przyglądając mu się, jakby właśnie trafiła mu się okazja życia.
Niezły interes ― parsknął i potarł nasadę nosa palcem wskazującym, czując pierwsze efekty zimna. Musiał przyznać, że mimo że aktualnie był frajerem skłonnym złapać się na ten trik marketingowy, czuł autentyczne rozbawienie i ulgę. Nie uśmiechało mu się stanie tu i czekanie nie wiadomo ile czasu, ale jednocześnie nie miał najmniejszego zamiaru znosić wściekle tnących kropel deszczu, przed którymi nie miał się jak obronić. I oto trafił się on – mężczyzna w mało gustownym kapelusiku, oferujący parasole. ― Za ile?
Powiedział, że sprzeda mu go tanio. Tylko dlatego, że był to ostatni parasol na stanie. Poprzedni klienci omijali go szerokim łukiem, a ujrzawszy go, Daiki nawet nie zdążył się zdziwić. Na widok ochronnego materiału, który przypominał shibę, a w dodatku został stworzony raczej z myślą o dzieciach, wybuchnął śmiechem, jednak jako jedyny nie pogardził nowym nabytkiem, a i nie żałował tych kilku wydanych jenów, gdy już bez większego pośpiechu mógł udać się dalej.

Dziesięć minut później.

Ej, ty tam! Żyjesz?
Nigdy nie miał większych problemów z zaczepianiem ludzi, choć większość z nich z pewnością życzyłaby sobie, by Daiki posiadał więcej ogłady. Tym razem jednak sytuacja wyglądała na kryzysową, a brunet nie był w stanie przejść obojętnie obok kogoś, kto w obecnej chwili wyglądał jakieś dziesięć razy gorzej od niego. Taki przygarbiony, ściskający przemoczoną mapę w dłoniach, a w dodatku z torbą u boku wyglądał na nastolatka, który w akcie buntu postanowił zwiać z domu, a teraz szukał sobie dogodnego miejsca, by zebrać się jak najdalej. To nie był widok, który spotykało się na co dzień, więc nic dziwnego, że w jasnych oczach Shirane pojawił się jakiś błysk niepokoju.
Przeziębisz się, jeśli będziesz tu tak siedział. Może powinieneś schronić się w jakimś miejscu? Dookoła jest pełno lokali. ― Wyciągnął do przodu rękę, w której trzymał swój obciachowy parasol, by choć na chwilę ochronić nieznajomego przed deszczem. Przez jego głowę przetaczało się multum przeróżnych teorii, wśród których znalazła się również ta, w której przypisał mu rolę przyszłego samobójcy, choć miał szczerą nadzieję, że nie miał styczności z kimś aż tak zdesperowanym.
Dobra, ogarnij się. Nie znasz go.

Ubiór: czarna bluza z kapturem i intensywnie zielono-niebieskim nadrukiem przypominającym jakieś artystyczne plamy; czarne jeansy z dziurami na kolanach; zwykłe, czarno-białe trampki za kostkę.

_________________

japoński | angielski



-----------
Nauczyciel angielskiego


Liczba postów : 3

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics