Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Won’t you send me an Angel? [Gen+Djud]    Pisanie by Genesis on Wto Sty 03, 2017 11:27 pm
Miejsce: pieczara w głębi lasu (lasy wkoło Edenu, już poza jego granicami)
Czas: jakieś +/- 400 lat temu
Dramatis personæ: Genesis, Dude

Nie miał pojęcia, jaka Opatrzność nad nim czuwała i dała mu siły by dopełznąć do tej groty. Nie wiedział, czy żołnierze nadal go ścigają, czy stwierdzili że po upadku z takiej wysokości na pewno nie przeżył i że lepiej go zostawić na pastwę jakiejś bestii. A to miała być normalna, rutynowa ‛wizyta’ by dorwać trochę potrzebnych mu składników... zdobył je, pewnie, ale przegapił jakiś patrol i alarm w bazie został wszczęty zanim na dobre się ulotnił. Na szczęście przezornie rozmieścił trochę ładunków by w razie czego zrobić zamieszanie... ale i tak droga ucieczki była tylko w górę, na taras, a potem w dół urwiska i ślizgiem nad przytulonym do owego urwiska lasem.

Oczywiście, że żołnierze nie byli na tyle głupi, by ot tak to zostawić. Wyszkolenia też im nie można było odmówić – jakiś porządny strzelec się trafił, z takiej odległości i przy kiepskim świetle posłać kulkę w skrzydło to było coś. Na jego szczęście pocisk nie trafił w kość czy staw, a jedynie solidnie przejechał po kości promieniowej i wyrwał kilka piór. I normalnie to byłoby nic, draśnięcie... nie w jego wypadku. Ból, jaki go przeszył, sprawił że stracił kontrolę nad lotem i jedynie za sprawą opieki Stwórcy (był tego pewny) nie roztrzaskał się o jakiś pień albo o twardy grunt. Zamiast tego, jego upadek został złagodzony przez gęste poszycie, potem przez cienkie gałęzie... nie mógł zdematerializować skrzydeł, rana mu to uniemożliwiała, ale cudem nic im się więcej nie stało. Wylądował na podmokłym gruncie i przeturlał się spory kawałek, co dodatkowo jeszcze zamortyzowało impet, ale trzaśnięcie kości było aż nazbyt głośne w nagłej ciszy lasu. Szlag... nowa fala bólu ze złamanej ręki wcale nie pomagała w jego sytuacji. Ale... musiał się pozbierać... zabrać stąd... potem sprawdzi czy jego z trudem zdobyte składniki są całe, teraz co innego było ważniejsze... po dłuższym czasie, nie miał pojęcia jakim dokładnie, podniósł się z trudem i powlókł przed siebie, zostawiając dość wyraźny ślad krwi za sobą. Zranione skrzydło krwawiło dość mocno, ale niedługo się powinno zasklepić... plusy regeneracji.

Na wpół przytomny w sumie natrafił na dość przestronną, suchą grotę, najwyraźniej opuszczone leże jakiegoś stwora. Wgramolił się do środka, zwinął ciasno, pilnując by złamanej ręki nie uszkodzić jeszcze bardziej, i zapadł w niespokojny sen. Wyrwany z niego pewnie najpierw zaatakuje, a potem będzie zadawać pytania, ale czego się spodziewać po rannym i półprzytomnym aniele?

_________________

| mowa: #dd2c00 | JP–RUDEinnemyśli | Głos | Bard | Burn | Blackened | Fire |
Quo Vadis, Domine?...




-----------
Wygnany


Liczba postów : 357
GODNOŚĆ : Genesis

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Won’t you send me an Angel? [Gen+Djud]    Pisanie by Dude on Pon Sty 09, 2017 12:00 am
Kto by pomyślał, że w ciągu jednego dnia dwa anioły wpadną w tarapaty niemalże w tym samym momencie? Na desperackich ziemiach nietrudno było znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Konfrontacje z innymi mieszkańcami pustyni zwykle bywały bardzo niebezpieczne, rzadko wychodziło się z nich bez szwanku. Niebezpieczeństwo czaiło się na każdym kroku. Raz atakowali wygłodniali wymordowaniu, którzy byli w stanie zrobić wszystko byleby tylko dostać kawał świeżego mięsa. Kolejnym razem wpadało się na stado zmutowanej zwierzyny, która była równie groźna — o ile nie groźniejsza — co wyżej wspomniani kanibale. A niekiedy okazywało się, że rośliny wokół również okazywały się niebezpieczne i nie można było przebywać w ich otoczeniu. Która z zagrożeń załapało w swoje szpony Dudleya?

Biegł przed siebie, nie odwracając głowy w tył nawet na chwilę. Wolał nie widzieć jak blisko są Ci, którzy go gonili. Rękoma machał mocno na boki, próbując odgarnąć gałęzie, które napotykał na swojej drodze. Oczywiście niektóre z nich i tak zostawiły po sobie ślady na twarzy skrzydlatego, jednak były na tyle niegroźne, że praktycznie w ogóle nie odczuwał żadnego dyskomfortu. Wszystkie przeszkody pokonywał niemalże ze stuprocentową precyzją, bo raz zagapił się na chwilę, przez co zahaczył nogą o wystający korzeń i cudem uniknął upadku. Gdyby przegrał walkę z grawitacją nie byłoby dla niego ratunku, Ci rośli wymordowani za jego plecami na pewno nie byliby litościwi.
Miał świetną kondycję, która w połączeniu z anielską szybkością dawała mu ogromną przewagę, ale nie mógł tak biec w nieskończoność. Doskonale wiedział, że wkrótce na jego drodze może pojawić się kolejne niebezpieczeństwo. Odwrócił się dosłownie na chwilę, bo chciał szybkim ruchem zdjąć z pleców plecak, który przeszkadzał mu w zmaterializowaniu skrzydeł. W tym właśnie momencie popełnił błąd. W jego stronę leciał jakiś przedmiot przypominający roślinę. Niemalże natychmiastowo wywołał u anioła drobne problemy z oddychaniem i ostre pieczenie nosa. Jednak nie przeszkodziło mu to w rozwinięciu skrzydeł. Jęknął przeciągle z bólu, po czym momentalnie wzbił się na niewielką wysokość, strasznie przy tym cherlając. I zniknął. Dość szybko zgubił bandę goniących go kanibali. Kilka razy odwracał się do tyłu, chcąc upewnić się czy aby na pewno zbiegł tej grupce atakujących.
Wylądował na ziemi z hukiem. Uderzył stopami mocno w ziemię, dematerializując skrzydła w tym samym czasie. Złapał się za bolący nos. To coś, którym niedawno podrażniło mu śluzówkę. Oddychanie nosem było dla niego niekomfortowe, piekło go i drapało. W ręce wciąż ściskał ramię plecaka. Nałożył go na siebie, a następnie jego fioletowe ślepia rozpoczęły dokładne oględziny miejsca, w którym się znalazł. Musiał znaleźć miejsce do odpoczynku, to uciekanie nieco go zmęczyło.
Rozejrzał się dookoła. Bez problemu udało mu się zlokalizować jakąś grotę. Od razu ruszył w jej kierunku. Kroki stawiał powoli i ostrożnie, bo nie chciał narobić hałasu. Możliwe, że w ta jaskinia była domem jakiejś zmutowanej bestii, z którą bliskiego spotkania przeżyć nie chciał. Ostrożnie wściubił nos do środka, by dowiedzieć się czy w środku pieczary nie czeka na niego niemiła niespodzianka.
Niemalże od razu dostrzegł leżącą w środku postać. Czarne skrzydła od razu rzuciły mu się w oczy. Anioł? A może wymordowany z kruczymi genami? Miał już obrócić się na pięcie i zniknąć, ale zaatakował go kaszel. Oparł się ręką o pobliską skałę, cherlając przy tym głośno. Możliwe, że dźwięki, które z siebie wydawał mogły obudzić nieznajomego. Ale nie miał siły uciekać. Wciąż kaszlał, a nos nie przestawał go piec. Pomasował go nawet zimnymi palcami, co oczywiście wcale nie pomogło. Nie czekając na zaproszenie wszedł do środka groty, trzymając się blisko wyjścia, by w razie ataku móc uciec.



-----------
Anioł Stróż


Liczba postów : 604
GODNOŚĆ : Dudley.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry