Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 17/8/2017, 03:34
Czujność niewątpliwie byłaby w przypadku pani Kapitan i jej podwładnych jak najbardziej uzasadniona, gdyby stan zdrowia wymordowanego i jego podstawowe potrzeby w postaci konieczności zapewnionego pożywienia zostały zachowane, a on sam opuścił kryjówkę DOGS we względnie dobrej kondycji, po wyznaczonym przez Lisa czasie regeneracji jego ciała. Tak się jednak nie stało. Stanowiło to zatem wyjątkową okazję dla Hycli na przechwycenie Hyde’a bez większego rozlewu krwi i oporu, do którego ten nie był zbyt zdolny, zważywszy na ten bilans niekorzystnych okoliczności.
Nieprzytomne ciało opadło bezładnie na twarde podłoże uśpione skutecznie przez wykorzystane środki, które miały go osłabić w razie dalszej konfrontacji. Nie sposób było oczekiwać, że wystarczą i same w sobie okażą się zwycięską kartą, co niezaprzeczalnie nie spotkało się z aprobatą Norweżki, która liczyła na zemstę i wywalczoną wygraną. Tymczasem ruszający się ożywiony, z dwojga złego — nieszkodliwy, szkielet o imieniu Earl pozostawał jedynym, niemym, wręcz symbolicznym świadkiem zdarzenia — wykonania rozkazu w formie wyłamania z rąk stawów i zwichnięcia kostek swojemu prawowitemu właścicielowi, w celu uniemożliwienia mu ewentualnego ataku, w mniej realnym scenariuszu — ucieczki, a także załadowania wymordowanego do środka transportera, który zabrać go miał na małą przejażdżkę po Desperacji.
Uśpiony Hyde nie śmiał podejrzewać, że kiedyś znajdzie się w zewnętrznej siedzibie S.SPEC, zresztą… wypadałoby zacząć od tego, że Jekyll ograniczył jego wiedzę do tej, którą sam lekarz uznawał za niezbędną. Nie wtajemniczał Węża w swój skrywany sekret, który efektownie podnosił wymordowanemu stężenie wirusa we krwi, lecz niefortunnie dla Lisa miało to wyjść w praniu, zupełnie nieoczekiwanie. Dla Hyde’a każda jednostka, która weszła mu niepotrzebnie w drogę oznaczana była kluczowym mianem wroga, niezależnie od tego czy przynależała do DOGS czy nie. Żółta chusta nie miała dla Węża najmniejszego znaczenia, ani sojusznicy żółtków, gdyż jego tolerancja ograniczała się ledwie do trzech osób, które rozpoznawał i wówczas potrafił wymusić na sobie względną samokontrolę, co stanowiło jednak niezwykle rzadki obraz.
Oszołomienie i dezorientacja, zdawały się tylko czekać aż senne powieki wymordowanego się uniosą. Zamrugał parokrotnie, chcąc poprawić w ten sposób ostrość widzenia. Niewybudzony, znacząco osłabiony Hyde nie wiedział co się z nim zadziało, niby coś do niego docierało, lecz ze znaczącym opóźnieniem. Poza drażniącym faktem, że jego ruchy były w dużym stopniu ograniczone i kończyny sygnalizującym bólem odmawiały mu posłuszeństwa, a on przytwierdzony do chłodnego podłoża nie potrafił ocenić straty. Problemy z odczuwaniem termoregulacji nie okazywały się jednak użyteczne na dłuższą metę, gdyż różnica temperatur nie robiła na nim większego wrażenia. Kołysanie, dziwny dźwięk maszyny i brak palącego słońca nad głową dawał mu jednak jasno do zrozumienia, że został schwytany, a jego szanse na ucieczkę lub wyzwolenie się były w ostatecznym rozrachunku znikome. Poruszył się gwałtowniej, lecz niedługo potem tego pożałował, gdy miejsce wyłamania stawów odpowiedziały mu bólem.


Wpadam z obiecanym odpisem. Trochę kiepsko, ale się poprawię (posta nie poprawię, żeby była jasność). XD





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 22/9/2017, 04:14
Wyboje mogły się mocno dać we znaki kręgosłupowi wymordowanego, a nagłe skręty i szarpnięcia nawet sowicie unieruchomionego więźnia mogły dawać mu się we znaki. W szczególności jego poturbowanemu ciału. Taki też był zamiar kapitana, a podwładni jej kompani wcale się nie sprzeczali, czy to „ludzkie” zachowanie. Fakt faktem, wszyscy w równie wysokim stopniu gardzili i poniewierali wybrykami natury pokroju Hyde’a, więc ten mógł czuć się niesamowicie wdzięczny, że został tylko połamany. Gdyby środowisku naukowemu rezydującemu w Posterunku nie zależało na materiale badawczym pozyskanym podczas obławy, nierozpoznawalne szczątki węża leżałyby już dawno rozrzucone po suchych piaskach Desperacji prażąc się w niemiłosiernym słońcu.
Tymczasem leżał sobie wygodnie na pace, ze swoim potworkowatym ptaszyskiem zamkniętym w szczelnym, kwadratowym kontenerze. Lancaster  przyglądała się jak jej zdobycz wybudza się niechętnie ze snu. Sam widok jak cierpi napawał blondwłosą bojowniczkę satysfakcją żołnierza, który należycie wykonał robotę. Kolejne trofeum do kolekcji S.SPEC i jej własnych osiągnięć, co z pewnością nie pozostanie niezauważone przez przełożonych.
Obecnie jednak należało się skupić na zadaniu i nie spoczywać na laurach. Przebudzony wymordowany stawiał ogromne zagrożenie, nawet zamknięty w specjalistycznym wozie przystosowanym do tego typu transportu. Z doświadczenia Andraste jednak dobrze wiedziała, że technologia zawodzi, a życie lubi płatać figle toteż nie mogła pozwolić na żaden błąd.
- Do wszystkich jednostek, obiekt się wybudził. Do bazy jeszcze trochę nam zostało, więc zafundujcie mu porcję gazu. Nie ma co sprawdzać wytrzymałość kajdanów.
- Ta jest, Kapitanie. - Otrzymany rozkaz od Pani Kapitan został natychmiastowo wykonany i siedzący w ciężarówce szeregowy, który operował panelem kontrolującym przenośne więzienie zainicjował funkcję rozpuszczenia gazu usypiającego tak silnego, że najsilniejszy chojrak nie byłby w stanie mu się oprzeć. Zatem gdy Hyde odpływał w objęcia Morfeusza, jednostka bojowa Hyclów dojeżdżała do ich tajnej bazy.

[ZT x2]





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Lysane on 31/7/2018, 12:43
Czuła się zagubiona, nie ogarniała co się dzieje, uciekała tak szybko jak się dało. Dupa, nie generał, skoro nawet nie stała na czele wojsk w pierwszej linii, broniąc swojego domu i wyrzucając rozkazy z prędkością kul wypluwanych przez karabin. Nie mieli Proroka, bo ten zawinął kiecę i gdzieś sobie polazł, stanowisko Papieża chwilowo pozostawało nieobsadzone, zaś Polityk był nieznośnym dzieciakiem dla którego liczyło się tylko to, żeby miał dobrze położony lakier na paznokciach i koniecznie w odpowiednim kolorze. Wszystko spadło na nią, jedyną trzeźwą (o ironio) postać, która mogła w ogóle jeszcze coś zrobić. Kto inny by się wszystkim zajął? Może jakiś pierwszy lepszy Diakon, w dodatku może jeszcze anioł? Zarządziła odwrót. To pierwsze i chyba najlogiczniejsze rozwiązanie jakie przyszło jej do głowy. Mogła przejść do historii jako tchórz, ale przynajmniej tchórz, który nie dał umrzeć na darmo niewinnym ludziom. Atakujący nie mieli raczej przewagi liczebnej, choć tego w pełni nie wiedziała, brak wzroku utrudniał ocenę taktyczną, ale byli lepiej uzbrojeni. Jedyne co posiadali aoiści to wiedza na temat krętości korytarzy i jakości stropów jaskiń. Musiała przyznać wiernym jedno: potrafili się zorganizować podczas ewakuacji. Szybko zabrali swoje rzeczy i uciekli tylnym wyjściem, chronieni przez inkwizycję. Żal jej jednak było tych, których musiała posłać do walki, żeby dać szansę i czas reszcie. Nie zdążyła sprawdzić czy ktokolwiek z nich przeżył, ale walczyli za to w co wierzyli, a powrót do głównego wejścia był niebezpieczny i głupi. Choć najeźdźcy mordowali wszystkich po kolei, byliby nadzwyczaj zadowoleni z dostania w swoje ręce przedstawiciela starszyzny. Parokrotnie ominęła wroga, słyszała szydercze śmiechy, kilka osób zabiła. Tego dnia pierwszą jej ofiarą był dzieciak. Kogokolwiek wkurzyli swoją działalnością, to zabrali ze sobą nawet młodych osobników. A wrogów mieli raczej dużo.
Te spotkanie miało na celu wynegocjować pokój przynajmniej z jednej strony, potem chciała odwiedzić kogoś, z kim pogryźli się o durny szpital. Ale nie zdążyła. Idealnie w dzień spotkania zostali najechani przez wściekłych mieszkańców Desperacji żądnych krwi i pomszczenia swoich bliskich, których im odebrali, zamordowali czy przeciągnęli na swoją stronę "więżąc" w Górach. Podejrzewała nawet przez chwilę, że DOGS, którym wysłała list, chcieli wykorzystać okazję, że w środku nie będzie głównodowodzącej wojsk, albo że ktoś przejął wiadomość po drodze i skojarzył zbyt dużo faktów. Potem odrzuciła od siebie czarne myśli i uznała to jedynie za zbieg okoliczności, czysty przypadek, kop w zadek od losu. W końcu powszechnie było wiadomo, że wielu wiernych ruszyło w świat i trzeba było być debilem, żeby nie zauważyć jak jakiś dziwak na rogu próbuje nawracać na jedyną słuszną wiarę.
Była głupia, że sama kiedyś dała się tak omamić.
Uciekając, zebrała najważniejsze dla niej rzeczy. Chciała jeszcze zahaczyć o komnaty Proroka, bo i u niego przebywało wiele cennych przedmiotów, ale okazało się, że korytarz się zawalił na skutek licznych wstrząsów. Popędziła do jednego z ukrytych wyjść prowadzących w góry i razem ze swoimi bestiami wzbiła się w powietrze, przemieniając w swoją prawie zwierzęcą postać. Po drodze oberwała parę razy i nawet odlatując, dostała jeszcze raz, przez co o mało nie runęła w dół. Zdołała jednak szybko zorientować się w kierunku, w głównej mierze dzięki feniksowi, ruszyła na miejsce, gdzie miała się spotkać z kimś od Psów. Może nie w tym samym celu, ale miała jeszcze jeden plan.
Im dalej leciała tym bardziej odczuwała ból i zmęczenie ranami. Zarówno Mo'kiri jak i Valla odmówiły w pewnym momencie współpracy, kiedy zauważyły, że są w bezpiecznej odległości od nieco dymiącej teraz góry, rozlazły się, lecąc każde w swoją stronę, a Invidia zaczęła obniżać lot, pozbawiona wsparcia skrzydlatych stworzeń. W końcu zaczęła lecieć tuż nad ziemią aż przypadkowo rąbnęła o suchy badyl wystający ze spalonych słońcem skał. Jedno jedyne drzewo w okolicy, a ona musiała je poturbować. Pewnie i tak nie żyło, więc nie mogło się obrazić o to, że trzymetrowe coś walnęło w nie z rozpędu, ale pewnie poluzowała je jeszcze bardziej. W tym miejscu miała czekać ona albo ktoś.
Kiedy doszła trochę do siebie, usiadła, przyciskając wielką dłoń do uda. Ciemne palce pokrywała jasnoniebieska maź, w prawym boku tkwiła strzała, którą niezbyt się przejmowała. Dopóki była na miejscu, krwawienie z tej rany jej nie zabije. Zacisnęła szczęki, odchylając głowę do tyłu i wydając z siebie wysoki, urwany dźwięk, coś jak pół skrzeknięcia mewy. Feniks krążył jednak w górze, ani myśląc powrócić na dół.
Było gorąco. Na szczycie kanionu w pełnym słońcu była jak skwarka na patelni. Fioletowa skwarka z piórami.


Theme Voice Słowa (#856d54)



I will learn if I make my own mistakes
I don't care if you don't understand it
I will learn if you let me find my way
avatar





Lysane
Opętana
GODNOŚĆ :
Lysane Arashi, niegdyś Invidia


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Arcanine on 21/8/2018, 21:01
Ten irytujący szelest kartek tuż nad uchem. Głos mówiący stale to samo: „jeszcze tutaj... i tutaj... ostatni podpis...”. Oczy zwrócone prosto w duszę. Twarz, na której próżno doszukiwać się radości. Na tym etapie relacja powinna zostać nazwana uciążliwą — Christopher nie robił nic, prócz dokładania mu roboty. Prócz trucia o kolejnych zaległych terminach. Wytwarzał wokół siebie aurę osoby, która lada moment wstanie i nie wiadomo skąd wyjmie półtorametrową wieżę papierzysk. Po prostu sięgnie do kieszonki, tej na przodzie koszuli, i przecząc wszystkim logikom świata wydobędzie stamtąd dwa biurka uginające się wpół pod nawałem formularzy, paktów, listów gończych...

Dość.

Ręka naznaczona bliznami opadła na zdrętwiały od roboty bark. To jeden z tych najbardziej parszywych dni, gdzie jajecznica ścina się na kamień, gdy tylko mrugniesz, a wrzątek wylewa się prosto na krocze chociaż kubek jest już milimetr od ust chcących, do diabła, ochłodzić tę cholerną kawę. Wydawało się, że nic gorszego nie przyniesie mu poranek, ale Los w takich momentach najczęściej wybucha aroganckim śmiechem. „Jesteś pewien?” Był. Przynajmniej do czasu aż nie ubrał nowych dżinsów, by chwilę później odwrócić się i natrafić na Christophera. Nie podobało mu się, że gdy zakładał nowe spodnie, Chris akurat magicznie pojawiał się w pomieszczeniu, a gdy tylko odpinał sprzączkę paska i odpinał guzik, młody wymordowany ewakuował się z politycznie wymowną miną. Grow wiedział jednak, że mógłby nie mieć na sobie niczego prócz skarpetek, a Black nie opuściłby dzisiaj jego pokoju, póki nie dostałby ostatniego gryzmoła nad linią z podpisem. Kiedy chciał, sekretarz DOGS był bardzo zawzięty.
Kilka godzin później, które ciągnęły mu się jak lata w więzieniu, Grow wyszedł pod pretekstem. Głupim. Byle jakim. Musiał po prostu coś sprawdzić. Albo coś zrobić. To zajmie chwilę, zaraz wróci. Pudel bywał irytujący, nachalny i wręcz złowieszczo nieustępliwy w sprawach pracy, ale każdy przebłysk zaangażowania ze strony Wilczura najwidoczniej usypiał wygłodniałą bestię, jaka czaiła się wewnątrz Chrisa. Przytaknął tylko znad kopczyka kartek, które akurat segregował. Gdyby choć na sekundę przerwał harowanie i uniósł wzrok, dostrzegłby krzywy grymas na twarzy Growa. Grymas, który mówił: naprawdę mi uwierzyłeś? Ale wzrok sekretarza krążył wokół ciasnych liter i nie oderwał się od nich nawet po tym, jak drzwi zamknęły się, a Wilczur nie wrócił przez następny kwadrans... pół godziny...
Dzień.
Nie wierzył, żeby to było takie proste, ale gdy znalazł się poza zasięgiem wzroku Christophera (innymi słowy — wystarczająco daleko, by antyfizyczny blondynek go nie dopadł) z płuc wyrwało mu się głuche westchnienie ulgi. Nie wziął ze sobą nic prócz garści papierzysk, którymi zamachał Blackowi przed nosem (dorzucił do tego śmieszną historyjkę w stylu: „tu jest coś nie tak, zaraz to sprawdzę, dopiszę co trzeba, już moja w tym głowa, tylko dorwę tegojakmutam co zrobił pamiętaszpewnieco”).
Poza tym miał krótki nóż w pokrowcu ulokowany pod lewym ramieniem (rękojeść wbijała mu się lekko w zgięcie pachy) i saszetkę przymocowaną do paska spodni, w której czasami trzymał smakołyki dla psów, ale dzisiaj nie było tam niczego. Chciał w niej upchnąć plik kartek, które zgarnął, ale dwie wyślizgnęły się z uchwytu.
Przeklął i schylił się po pierwszą. Złapał ją, gniotąc beznamiętnie i wpychając we wnętrze przenośnej kieszonki. Potem podszedł do następnej, ale w oczy rzuciło mu się znajome pismo — wystarczająco znajome, aby ujął papier w palce i uniósł pod nos.
Od czytania bolała go głowa. Był nieprzyzwyczajony, więc taki natłok tekstów ściskał mózg. Każda linijka oznaczała dodatkowe zaciśnięcie metalowych krańców imadła. Przesunął językiem po spierzchniętych wargach, które poruszyły się na kształt odczytywanych słów.
Christopher będzie musiał zaczekać.

Słońce prażyło. Miał wrażenie, że z każdej strony napierają na niego rozgrzane do czerwoności przedmioty — metalowe misy, talerze, pręty. Wszystko odciskało piekielne, niewidzialne znaki, doprowadzało go do szaleństwa. Szedł wzdłuż ściany kanionu, jednak cień nie dawał upragnionej osłony. Gdyby w pewnym momencie nie dostrzegł na przodzie falującej od dusznego powietrza plamy, z pewnością zawróciłby do domu. Nawet perspektywa przesiedzenia całego popołudnia z mamroczącym swoje mantry („... jeszcze tutaj... i jeden tu... nie zapomnij podpisać w tym miejscu...”) Pudlem wydawała się teraz cholernie kusząca. Był już nawet pewien, że artefakt, którego użył, nie działa właściwie. Dopiero nowy powiew wiatru zmusił go do dalszej wędrówki, bo szarpnął nie tylko za ubranie i włosy, ale też za wszystkie wątpliwości jakie go dopadły.
Poczuł Invidię.
Nogi ruszyły z miejsca z nową siłą. Twarz pozostała beznamiętna, schowana za kołnierzem letniej kurtki, ale coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Wzrok nabrał ostrości. Tak wygląda człowiek, który dostrzegł cel stale wymykający mu się spomiędzy palców. Doszło do tego, że prawie biegł, ale ostatkami silnej woli zmusił nogi do marszu.
Nie chciał, by myślała, że się spieszył.
Nie chciał, by uważała, że wystarczy głupi list, aby wyrwał się z kryjówki i ją odnalazł. Mięśnie napięły się mocniej, gdy bezkształtna masa nabierała wyrazistości. Zwietrzył krew, ale to także nie pchnęło go do przyspieszenia. Musiało minąć kilka, może kilkanaście minut, nim stanął w odległości metra, rzucając na jej ranną postać częściowy cień.
Wyciągnął wtedy dłoń, w której nadal ściskał zwitek papieru. Kartka opadła na piasek jak pióro zerwane ze skrzydła spłoszonego ptaka. Zaszeleściła.
Wilczur milczał, ale w tym milczeniu było coś niewygodnego, jak dźwięk, który umilkł, ale odbija się echem w tyle czaszki. Chciałaś, żebym przyszedł i jestem. Nie trać mojego czasu. Wiesz, że tego nie znoszę, generale.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Lysane on 22/8/2018, 11:52
Z każdą chwilą ból narastał, podczas gdy poziom adrenaliny spadał. Nie była tu bezpieczna, ale na pewno było lepiej niż Góry, znad których widać można było dym. Na szczęście nie czuła swądu spalenizny, oddaliła się na tyle, że gdyby nawet ktoś jej szukał - nie znalazłby jej szybko. Musiała się stąd podnieść, przenieść w lepsze miejsce i zająć się swoimi ranami, ale liczyła, że DOGS nie zignorują jej wiadomości. A co, jeśli nie zignorowali, ale to oni stali za atakiem? Właśnie wystawiła się na śmierć, zdradzając kierunek, w którym będzie się znajdować tego dnia. Zaklęła w myślach, rzuciła wiązankę wyzwisk do Ao, w którego nagle przestała wierzyć tak silnie jak przez ostatnie stulecie. Był fałszywy, zmyślony. A ona odwróciła się od prawdziwych boskich stworzeń, które rządziły jej życiem nim przybyła do tej paskudnej krainy pełnej piachu i nienawiści.
Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej chciała sobie strzelić czarkę mleka makowego.
Spróbowała zawołać Vallę, ale ta postanowiła krążyć ponad ziemią i ani jej się śniło zniżać lot tylko po to, by użyczyć swoich mocy cierpiącej po cichu pani. Pech chciał, że białowłosa właśnie tej kreaturze oddała dosłownie wszystko co zdążyła zgarnąć z celi, więc nie mogła skorzystać ze swoich bandaży, choćby prowizorycznych. Przez pół-zwierzęcą formę nie miała nawet kawałka ubrania poza opaską zasłaniającą ślepe oczy. Nie nadawało się to do tamowania rannej nogi, ale sama rana też nie była bardzo głęboka - kula drasnęła udo i poleciała dalej, nie utknęła na szczęście, a raczej tak wydawało się Invidii,  nie czuła żadnych przedmiotów obcych pod skórą i założyła, że tak właśnie jest. Zacisnęła szpony, podkurczając nieco nogi, przykryła się skrzydłami, otaczając nimi jak kokonem. Słońce smażyło teraz białe pióra, a ona sama skryła się nieco w cieniu, choć niewiele to pomogło. Albo ktoś przyjdzie ją dobić, albo feniks postanowi wreszcie przestać trząść kuprem ze strachu i zejdzie w dół. Wolała drugie, ale im dłużej siedziała, tym bardziej pierwsza opcja robiła się bardziej kusząca.
Zdrętwiała nieco po tych długich minutach, a może nawet godzinach, nie potrafiła określić ile dokładnie sterczała pod drzewem. Oparła się o nie odrobinę mocniej i zaraz cofnęła do poprzedniej pozycji, kiedy zaczęło jej się zdawać, że pień przekrzywił się i niewiele brakowało, żeby korzenie wylazły z udręczonej ziemi, a martwa roślina spadła w przepaść za nią. Drobne pazurki zaskrobały jej ramię, na co skrzywiła się. Słysząc znajome ćwierknięcie zrozumiała, że tatria wydostała się i w przeciwieństwie do "zdradzieckiego" ognistego ptaka przyleciała sprawdzić co się dzieje z panią generał. Zaraz po tym przebudzeniu dotarła do niej odległa woń kogoś znajomego. Ogon poruszył się, odgarniając odrobinę zalegającego na spieczonej, twardej ziemi pyłu. Zastanawiała się przez chwilę czy już zdążyła umrzeć, czy może jednak jeszcze siedzi wśród żywych. Sądziła, że ta osoba już zdążyła kopnąć w kalendarz, nie widziała go tyle czasu. Zapach zbliżał się, wreszcie usłyszała nawet kroki. Czyli przywódca się nie zmienił... Pozostawały jednak mieszane uczucia, które w tej chwili ją tknęły. Z jednej strony nie dawał znaku życia i była na niego wściekła, nie mogła się ukryć w jego ramionach, nie miała nawet pojęcia czy warto jest go szukać. A z drugiej... to nadal był on. Nie mogłaby tak po prostu pogryźć go teraz od kostek do kolan i wydrapać oczu tylko dlatego, że postanowił jej zniknąć. Nadal mimo wszystko czuła się do niego przywiązana.
Szelest, cień. Odsunęła skrzydła, uniosła głowę starając się wyglądać dumnie mimo żałosności jaką sobą teraz przedstawiała. Długie włosy były potargane i w nienaturalnym dla niej bezładzie, pokryte tu i ówdzie zaschniętym, ostro niebieskim czymś, tak samo jak i pióra przy lewej ręce i gdzieniegdzie jej ciało. Fioletowy policzek naznaczony był czerwonymi cętkami i niebieską smugą, kiedy próbując zetrzeć obcą krew rozmazała tylko bardziej swoją. Nawet teraz próbowała swoją postawą nie okazywać słabości. Wyprostowała się, starając nie krzywić przez ranny bok, opierzona pierś wysunęła się do przodu. Jeszcze cholera milczała zawzięcie, jakby zrobił łaskę, że przyszedł. Pierzasty ogon poruszył się znowu, końcówka pacnęła parę razy o ziemię w wyrazie niezadowolenia. Kobieta poruszyła nozdrzami jak królik, śmieszne, pierzaste brwi ściągnęły się, nadając jej groźniejszego wyglądu. Chciała go opieprzyć z góry na dół za tyle lat rozłąki, dodać do tego, że musiała tyle czekać, bo się nie spieszył i, jak to kobieta, dopowiedzieć sobie jeszcze parę rzeczy, ale po prostu "gapiła" się na niego przez dłuższą chwilę, jeszcze bardziej przeciągając ciszę. Na szczęście nie mogła się podnieść, bo patrzyłaby jeszcze z góry, będąc zmuszoną sięgać ślepym wzrokiem metr w dół i nie mogąc dumnie unosić łba. Rozchyliła skrzydła do końca, składając je ciasno na plecach i odsłaniając się w całości.
- Skoro już tu jesteś, to zmuś Vallę do wylądowania - zaskrzeczała władczo, choć dobrze wiedziała, że ten ton na niego nie działa. I on też dobrze wiedział, że ona wie. Nie spodziewała się, że to zrobi, wątpiła zresztą, że w ogóle go obejdzie ten rozkaz, bo pod nią nie podlegał i nie miała nad nim żadnej władzy. Chyba, że w łóżku. A teraz było do niego daleko.
Chociaż nie.
Tam też potrafił ją sprowadzić szybko do parteru.
Miała ochotę wyciągnąć strzałę, cisnąć w niego, tupnąć szponem. Ale zaraz jej przeszło. Ostry wyraz twarzy złagodniał, pazury wyprostowały się. Poruszyła się, przypadkowo budząc śpiącego na jej ramieniu Mo'kiri. Gniewne ćwierknięcie zostało posłane do Wilczura, a nim długoucha zdążyła zareagować, stworek wzbił się do lotu i ruszył do ataku, posyłając w mężczyznę wyładowania elektryczne porównywalne do tych, które tworzą się na skutek zbytniego naelektryzowania tkaniny czy ciała. Nie były mocno bolesne, ale zdecydowanie upierdliwe.
- Mokki, zostaw pana - wyciągnęła dłoń wyposażoną w groźne pazury, dając małej bestii znak, że ma tam usiąść i być grzeczny. Tatria ćwierknęła jeszcze groźnie i umościła się na zakrwawionych palcach, nagle wydając się dużo mniejszą niż była. Zwierz nadal jeszcze nie był dorosły i zapewne tylko dlatego nie poraził mocniej zagrożenia, za jakie wziął przywódcę gangu.
- Miałam gadać o polityce, a tymczasem chyba się okaże, że przyszedłeś na próżno. Chyba, że to ty zleciłeś atak i właśnie jesteś tu, żeby mnie dobić... - wyrzuciła skrzekliwie, gładząc kciukiem pióra na boku swojego zwierzaka. Ta myśl nie dawała jej spokoju, odchodziła i wracała raz po raz. Szkoda byłoby dokonać żywota z jego rąk na tym pustkowiu. Zwłaszcza teraz, kiedy próbowała odtrącić jednego boga i wrócić do innych. Wszystkich po kolei pewnie teraz obraziła, więc wykopaliby ją z wrót raju prosto na ten głupi ryj.
Spojrzała na Wilczura, uśmiechnęła się nagle.
- Kochany jesteś, wiesz?


Theme Voice Słowa (#856d54)



I will learn if I make my own mistakes
I don't care if you don't understand it
I will learn if you let me find my way
avatar





Lysane
Opętana
GODNOŚĆ :
Lysane Arashi, niegdyś Invidia


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Arcanine on 27/8/2018, 15:42
Woń krwi przyprawiała go o bolesne dudnienie w czaszce, jakby wmontowano mu tam metalowe pałki, wybijające szybki, drżący i mocny takt. Mechanizm zaprojektowano tylko po to, aby uderzał w kości wystarczająco silnie, by umysł postanowił się wyłączyć i pozwolić działać instynktowi. Czasami tak się działo. Dzisiaj możliwe, że też tak będzie.
Przynajmniej tak zakładał, patrząc na stan Invidii, jej posklejane ze sobą pióra, kurczowo zakrzywione palce-szpony, zmordowaną twarz. Póki co znajdował się jeszcze na skraju. Jedną nogą trzymał się stabilnie po stronie człowieczeństwa, ale drugą zagłębiał się coraz bardziej w mielizny dzikiego kretynizmu. Trzymaj balans, stary. To tylko kilka kropel krwi. Nawet by ci nie smakowała.
Zacisnął usta, z trudem odrywając wzrok od ran kobiety. Zapominał, że była wyjątkowa. Nawet to, co płynęło w jej żyłach, wydawało się niezdrowe, jak pleśń na serze — i to sprawiało, że jeszcze bardziej nie rozumiał, skąd u niego pożądanie, by złapać ją za sierść i pióra, szarpnąć za to, co złapie w garść i odgarnąć jej głowę do tyłu. Niebieskie łzy spływały po jej ciele, ciągnąc za sobą smugi. Nie pamiętał. Czy jej krew smakowała tak samo jak ludzka?
Uniósł spojrzenie, spodziewając się dostrzec Vallę. Nie zamierzał jej wołać, nie był idiotą — to cholerne ptaszysko i tak by go nie posłuchało i jedynym sposobem, którym mógłby sprowadzić ją na dół, było sięgnięcie po czterdziestkę piątkę. Gdyby oczywiście miał ją przy sobie.
Nie wspominając o naładowaniu jej czymś innym niż kamieniami i wiarą w niemożliwe.
Zamiast jasnych wstąg ognia, jakie ciągnęły się za skrzydłami i ogonem feniksa, dostrzegł cienką nitkę dymu nad poszczerbioną linią ściany kaniony. Zmarszczył się bardziej; napięcie mięśni szczęki wyostrzyło kolor wszystkich pomniejszych blizn, jakie szpeciły ten zakazany ryj. Uniósł rękę i odciął ostre promienie słoneczne przedramieniem — prowizoryczny daszek nie był do końca tym, czego oczekiwał, ale przynajmniej zdołał potwierdzić tezę.
Tam się coś jarało.
Czy w tym kierunku, tak przypadkiem, nie było Gór Shi..?
Nagle wrzasnął.
Albo w sumie PRAWIE wrzasnął, bo jego zęby szczęknęły o siebie, aż nie poczuł nowego impulsu bólu w czaszce. Z gardła wydobył się więc przerwany, jednosekundowy dźwięk, który szybko przeszedł w przeciągły pomruk. I syk. Wilczur postąpił gwałtownie krok do tyłu, przez pierwsze uderzenie serca nie wiedząc co się dzieje. Coś go zaatakowało, czy to po prostu...
Daj spokój, do cholery. Ona nie odważyłaby się podnieść na ciebie ręki!
Ostry ton przeszył jego ciało jak grot strzały. I to dokładnie w chwili, w której wściekłe spojrzenie spoczęło na małym, naelektryzowanym gówienku. Grow obnażył zęby, jakby naprawdę planował wszcząć walkę z tym niewielkim stworzonkiem — gdyby złapał je w palce, ścisnąłby jak puste pudełko po papierosach. W akompaniamencie trzasków kruchych kostek.
Ale Invidia zareagowała szybciej, przywołując pupila do siebie — i tym samym stanowiąc mur między ich dwójką. Pomiędzy Wilczurem a tatrią naelektryzowane powietrze wydawało się jakieś cięższe, więc kiedy bestia wskoczyła na dłoń swojej właścicielki, Grow splunął tylko w bok.
Jeszcze dorwie to cholerstwo.
— Chyba, że to ty zleciłeś atak...
Wreszcie spojrzał na Invidię. Miała w sobie coś dziwnego, nienaturalnego, jakąś formę magnetyzmu, która mimowolnie na niego działała, choć uśmiechał się ironicznie na samą myśl, że cokolwiek mogło na niego wpływać. Wbrew przyzwyczajeniom byłby w stanie stanąć przed nią i odgrodzić ramieniem przed każdym zagrożeniem tego świata, jeśli posłałaby mu jeden z tych swoich wzroków mówiących: nie mam na to czasu, kochanie, zajmiesz się tym? — tak jakby w ogóle był jej coś winien, albo jakby nie mógł jej zastąpić inną kobietą.
A przecież mógł.
Mógł, co nie?
Nie wiem o czym mówisz — wychrypiał, powstrzymując się przed rozmasowaniem ręki, którą ostre impulsy prądu naszpikowały jak igły. Starał się to ignorować. Nie cierpiał w agoniach, ale parzące skurcze mięśni były upierdliwe.
Ale nie tak bardzo jak pytanie, które posłała mu pani generał.
Kochany jesteś, wiesz?
Kochany, nawet z tą krzywą mordą. Z zapachem krwi, który wsiąknął już we wszystkie twoje ubrania, w skórę, w kości. Kochany nawet po tym, jak zwlekałeś, zniknąłeś na miesiące... do diabła, na całe lata! To nieważne. Maleńki, jesteś kochany, nawet kiedy twoje ręce błądzą po moim ciele, znajdują szyję i wciskają kciuki w krtań. Śmierć to w tym świecie oznaka litościwości. Więc jesteś najkochańszy, wiesz?
Jasne — przytaknął, bezczelnie zawieszając oczy na sterczącej z jej boku strzale. — W końcu zamierzam doprowadzić cię do porządku. — Zawiesił na chwilę głos. Potem obejrzał się przez ramię, jakby spodziewał się, że kogoś tam zastanie. Przed sobą i za sobą mieli tylko piach, a po obu bokach gigantyczne kamienne ściany. Tak czy inaczej to miejsce było do dupy. — To jest tak złe, jak wygląda? — naiwne pytanie, Jace. Ale jakaś licha, ironiczna nadzieja tliła się w jego oczach, kiedy utkwił je na powrót w Invidii. Jeżeli nie będzie mogła iść, nie dalej niż kilometr czy dwa, będą zmuszeni zatrzymać się w jakiejś wnęce. A w każdym razie — gdziekolwiek, byle uciec przed morderczym słońcem i ostrzałem cudzych spojrzeń.
Jeżeli nie pomylił kierunków i to naprawdę były góry Shi...
Jeżeli jego dwa plus dwa słusznie wyliczyło cztery...


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Lysane on 28/8/2018, 13:44
Gdyby mogła, nie krwawiłaby. Ale nie mogła. Można by wręcz powiedzieć, że ostatnio traciła tą osobliwą, jaskrawoniebieską ciecz w ilościach nadmiernych, nawet jak na kobietę. Ile to minęło czasu od momentu, w którym się prawie wykrwawiła, bo jej Valla nie ogarnęła, że mogłaby w sumie temu zapobiec? Rok. Chyba, pewnie coś koło tego. Do tej pory ściskało ją na myśl, że już niemalże dwiema nogami siedziała za bramą krainy wiecznej szczęśliwości przez podjęcie głupich decyzji. Ilekroć dotykała lewego nadgarstka przypominała sobie jak walczyła ze Śmiercią o utrzymanie się na tym łez padole, bo ktoś postanowił przeciąć tatuaż, nacinając również żyły. Gdyby nie anioły, wyzionęłaby ducha albo chociaż miała piękny ślad po spotkaniu z tamtym szaleńcem.
Anioły.
Stworzenia, które tak skutecznie tępiła przez dziesiątki lat.
Im dłużej była trzeźwa, tym bardziej docierało do niej, że postępowała głupio i stała się czymś, czym nigdy stać się nie miała. Owszem, jej bogowie również wymagali czasem ofiar, bywali krwiożerczy i groźni, ale jednocześnie pochodziła z plemienia łowców, którzy życie chronili kiedy tylko mogli. Bez chronienia, umarłaby setki lat temu, zaraz po tym jak ludzie się jej pozbyli, gdy zaczęła się zmieniać. Zaraz potem dołączyła do niej siostra, choć ta już z własnej woli i w całkowicie innym ciele. Nie były już tak podobne, choć obie obrosły w piękne pióra. Wciąż jednak to Lysane pozostawała tą bardziej ludzką, choć zmieszało ją z ptakiem, królikiem i cholera wie jeszcze czym, skoro tak drastycznie zmieniła kolory. Zawsze dziwiło ją jakim cudem jej stróż ją rozpoznał, skoro nie była już młodą dziewczyną z burzą czarnych włosów i mocno opaloną skórą. A najgorzej, że nawet już nigdy nie zapyta, bo pozostałości ciała siostrzyczki spoczęły w podziemiach Gór, a korytarz do kaplicy zawalił się, zagradzając skutecznie drogę. Na szczęście rzeczywistość nie zdążyła rąbnąć byłej Generał z pięści w brzuch i uświadomić, że zabiła kogoś tak jej bliskiego.
Miękkie piórka tatrii pokryły się krwią, ale na szczęście nie na tyle, żeby utrudnić jej ptasie życie. Mimo wszystko, większość już zdążyła zaschnąć, a nowe porcje pojawiały się jedynie podczas poruszania i przypadkowego pękania strupów. Gorzej było z bokiem, bo tam dopiero się zacznie zabawa. Długoucha odchyliła głowę, jakby się łudząc, że jej ślepe oczy dostrzegą niebo zza opaski. Martwiła się o feniksa. I zdecydowanie potrzebowała użyczenia jej mocy, żeby nie zacząć wyglądać jak siedem nieszczęść. Starała się trzymać i nie narzekać, utrzymując swój wizerunek twardej i nieugiętej. Ale było coraz ciężej. Czuła zmęczenie, gryzący ból i jakąś dziwną pustkę w duszy. Pewnie dlatego, że jej nie miała. Pochyliła się nad dłonią, szepcząc coś do Mo, a następnie wypuszczając w przestworza, pozwalając mu znaleźć zdradzieckiego kumpla ze stada. Ciekawe czy Valla zrobi sobie coś z groźby braku obiadu i kolacji. Była łasuchem, ale z drugiej strony została nauczona rozpinania pasków, a to oznaczało, że dobierze się sama do toreb z przysmakami.
Ciche "hmh" wydobyło się z harpiego ciała. W jakiś sposób mogła mu uwierzyć, a odrzucenie myśli o nim wysyłającym zbiry na jej rodzinę było znacznie prostsze niż założenie, że właśnie to jego wina. Jak mogła go w ogóle obwiniać? Miał ze sto okazji do zagryzienia jej w chwilach jej największych słabości, a jednak tego nie zrobił. Ufała mu jak mało komu, choć właściwie nie mieli zbytnio rozbudowanych relacji. Było wiele osób, które traktowała podobnie - ot zabawki na jedną noc, które potem jeszcze czasem brała w ręce, choć większość odrzucała w kąt. Ale do niego wracała, przyciągana w niewytłumaczalny sposób, tęskniąc niedługo po rozstaniu i pragnąc więcej. Kiedy nie dawał znaku życia, próbowała szukać go po Desperacji, ale niewiele mogła zrobić nie wiedząc gdzie dokładniej się zakręcić. W pewnym momencie uznała, że pustynia po prostu go pochłonęła na zawsze. Tymczasem wystarczyło napisać.
Kuhwa mać napisać.
I przyszedł.
Nie zmieniłaby o nim swojego zdania nawet jakby ją w tym momencie próbował zadusić gołymi rękami albo zepchnąć gdzieś z klifu. Mógł robić z nią takie rzeczy, na jakie nie pozwoliłaby nikomu innemu. I, przede wszystkim, gdyby jej ubliżył, poniżył i zmieszał z błotem - nie wydrapałaby mu oczu, jak można by się spodziewać. Czy coś do niego czuła? Ciężko stwierdzić w przypadku osoby, która przez wiele lat nie czuła nic poza czystą nienawiścią do każdego, kogo całe zgromadzenie uznało za wroga. Teraz jak dziecko musiałaby nauczyć się wszystkiego od nowa, przypominając sobie, że na świecie istnieje jeszcze coś więcej.
Uśmiechnęła się znowu, choć teraz nieco słabiej. Przynajmniej nie zostawi jej tu w słońcu, żeby zżarły ją sępy albo inne półżywe bestie. Spróbowała ściągnąć opaskę z oczu, co nieco potrwało przy okropnie długich i nieporęcznych pazurach, ale wreszcie odsłoniła zamknięte powieki. Może wyglądała tak dziwnie, ale przynajmniej zapobiegała nadmiernemu wysuszeniu patrzałek. Ciągle się łudziła, że wzrok kiedyś wróci. I to nie ten z nadprzyrodzonych zdolności, a ten naturalny. Może jak poprosi aniołki to się zlitują?
- Nie wiem jak wygląda, ale boli jak cholera - odpowiedziała, wreszcie trochę schodząc ze swojej postawy "jestem twarda, jest ok, to nie tak, że zaraz umrę". - Raczej nie wbiła się głęboko, akurat się zmieniałam, ale może być problem jak spróbuję wrócić do ludzkiej postaci - dodała zaraz. Musiała odwrócić procesy, żeby łatwiej było jej chodzić i żeby Wilczur nie miał problemów z ewentualnym utrzymaniem jej w pionie. Była teraz od niego dużo wyższa, kolana zginały jej się w drugą stronę, o ile w ogóle można było je nazwać kolanami i jeszcze skrzeczała jak stara szafa.
- Więc jakbyś mógł to... to weź to złap i... no... A ja spróbuję być znowu ładna.
Liczyła na to, że Valla zlezie na dół, bo z opaski nie będzie dużego pożytku poza szmatką do tamowania krwotoku. Nawet gdyby zlazła, to jeszcze zmusić kurczaka do płaczu też nie było łatwo.
Ale przynajmniej starała się teraz nie myśleć o byciu bezdomną.


Theme Voice Słowa (#856d54)



I will learn if I make my own mistakes
I don't care if you don't understand it
I will learn if you let me find my way
avatar





Lysane
Opętana
GODNOŚĆ :
Lysane Arashi, niegdyś Invidia


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Arcanine on 24/9/2018, 18:16
Czy on coś do niej czuł? Patrząc na problem z wąskiej perspektywy norm docenianych tylko przez romantyzm — niezbyt. Nie tylko nie prawił jej komplementów, ale też ciężko doszukiwać się w ich wspólnym życiu jakiegokolwiek kwiatka lub pudełka czekoladek. Poza tym jedyny moment, w którym wymawiał jej imię, zazwyczaj oznaczał początek kiepskiego żartu (z jego strony), ale nawet jeśli nie mógłby rywalizować z Kordianem, w Erze Desperacji niektóre jego czyny wskazywały, że jednak coś czuł.
Bo wsuwał palce w jej włosy i odgarniał je z nudów, żeby przyjrzeć się dokładnie jej twarzy; nie szarpał i nie próbował ich wyrwać całymi garściami; podczas takich scen działał o wiele ostrożniej niż zazwyczaj. Rozmawiał z nią nie tylko wtedy, gdy nie miała na sobie ubrań (chociaż tym też niejednokrotnie rozwiązała mu język). No i zostawał na śniadanie.
Widziała go zatem w sytuacjach, w których rzadko komu się pokazywał. Rozespanego, z burzą zmierzwionych po nocy włosów; dostrzegała moment, w którym dźwigał się z łóżka i leniwie szukał ręką kubka po kuchennym blacie. Jeszcze ziewając wlewał zimną wodę do beznadziejnej kawy — towaru, który tak trudno było teraz dobyć, a bez którego nie potrafił zacząć następnej doby.
Więc skoro spędzili tyle normalnych chwil, jak miałby teraz nie przyjść?
— … ale boli jak cholera.
Domyślam się.
Przeciągnął wzrokiem raz jeszcze po przygarbionej sylwetce harpii. Była o wiele za wysoka wedle jego osobistych upodobań, ale nie ponaglał jej za szczególnie; wpierw musiała się uspokoić. A po drugie — wyprzeć z głowy durny pomysł, że to jego sprawka. Gdyby chciał doszczętnie zniszczyć Kościół, zrobiłby to wieki temu. Może nawet wykorzystując jej naiwną naturę.
Słaby ze mnie altruista — zaznaczył jeszcze, nim nie złapał za wystającą strzałę i nie szarpnął za nią gwałtownie do tyłu. Grot wysunął się, wypuszczając gęsty strumień jasnoniebieskiej mazi; przypominało to wyciągnięcie korka z butelki szampana, którym chwilę wcześniej ktoś za mocno wstrząsnął. W każdych innych okolicznościach zapach krwi wzbudziłby w nim niemal obsesyjne zainteresowanie, jednak teraz starał się przede wszystkim pozostać skupionym na ważniejszych kwestiach.
Głód poczeka.
Invidia nie.
Obejrzał więc pocisk, a potem odrzucił go w bok; drewno szurnęło po suchej ziemi, wzniecając w górę słabą mgiełkę kurzu. Nim piasek opadł z powrotem na glebę, oczy Wilczura ponownie wpatrywały się w oblicze potwora, który przed nim stał.
Podniósł ręce, by zakleszczyć palce na połach ubranej kurtki. Zrzucił ją ze sztywnych od napinania mięśni barków.
Przemieniaj się, zobaczę rany. — Wraz z rozkazem (lub prośbą; w tonie jego głosu nie było słychać tej dziwnej nuty) przewiesił wierzchnie nakrycie przez swoje przedramię i sięgnął po nóż, jak zawsze trzymany w pokrowcu przymocowanym do paska spodni. Wsunął ostrze pod linię szwów, która łączyła górną część kurtki z rękawem. Jeszcze nim rozległ się dźwięk dartego materiału, wargi Growa wygięły się w rozbrajającym uśmiechu: — Ale medykiem też jestem kiepskim.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Lysane on 24/9/2018, 22:21
Nie oczekiwała bukietu kwiatów i zabierania na randki, bo mając do dyspozycji takie a nie inne realia, otrzymywałaby co najwyżej suche badyle pełne kolców i trucizny oraz romantyczny wypad na wysypisko śmieci pod Murem. Wystarczył jej ktoś względnie normalny, a przynajmniej nie tak fanatycznie oddany niewidzialnej sile, która albo nigdy nie istniała albo miała głęboko gdzieś swoich wyznawców. Najczęściej otaczały ją fałszywe dusze gotowe do poderżnięcia gardła komukolwiek albo wrogowie – nikt nie wiedział które z tej dwójki było gorsze. Miło było dla odmiany czasem wtulić się w czyjąś klatę albo zrobić jakieś marne śniadanie i nie słyszeć namów do zmówienia jakiejś porannej modlitwy. Miała czasem ochotę po prostu wytaplać się radośnie w błocie, pójść na polowanie na jakiegoś czterokopytnego stwora, wyglądać bardzo niereprezentatywnie i śmiać się z totalnych głupot gdzieś na wygwizdowie. Siedzenie w zimnych jaskiniach i regularny, dopasowany do wiary tryb życia nie był dla niej. Wstań dokładnie o tej porze, módl się przez kolejne dwie, posłuchaj ględzenia w Katedrze, a potem podrap Proroka po tyłku, bo jemu te zadanie jest zbyt uwłaczające godności. No i pamiętaj, że jak już damy ci trzy godziny wolnego w ciągu dnia to masz wrócić przed dwudziestą drugą, bo inaczej śpisz na wycieraczce pod wrotami. Jeszcze ona jako Generał mogła się nie przejmować, ale dobrze pamiętała bycie podrzędną kapłanką, a jeszcze wcześniej szarą nowicjuszką. Zdążyła się przyzwyczaić, ale nadal pragnęła wolności. I przy nim mogła się czuć normalnie.
Zmięła opaskę, starając się ją jako tako złożyć. Lepsze było to niż wykrwawienie się nim latający kubełek KFC zlezie na dół. I gdyby nie uznała tego za kanibalizm, już by rozmyślała w jaki sposób przygotować feniksie udka. Odetchnęła głębiej parę razy, zacisnęła mocno zęby, ale i tak krzyknęła, kiedy strzała wydostała się z jej ciała. Odchylając głowę w tył, od razu drżącą ręką przycisnęła trzymany materiał do rany, starając się choć trochę zatamować krwawienie. Pewnie dałaby się pogryźć, napić i ogólnie pobawić, ale to nie był czas i miejsce na to. Choć za opiekę właśnie zaczynała mieć dług wdzięczności, a nigdy nie zostawiała długów bez odpowiedniej zapłaty.
Palce utnę łajzie, co tak spartoliła strzelanie do celu – jęknęła boleśnie, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. Przeciwnik trafił ją tak beznadziejnie, że ani nie zagroził poważnie życiu ani nie zabił. Zadał co najwyżej ból, a to każdy głupi by umiał. Długi ogon szurnął wściekle po ziemi, pierzasta końcówka niemal bezgłośnie pacnęła o skamieniałe podłoże. To ona, ślepa, trafiała częściej niż zdrowy ktoś kto postanowił ją upolować. Dobrze pamiętała jak inna strzała świsnęła przy uchu, a jeszcze inna odbiła się spory kawałek od niej o kamienną ścianę. Koleś nie chciał jej zabić albo był kompletnym debilem. Pewnie oba z dwojga.
Starała się ignorować promieniujący ból, zaczęła oddychać coraz wolniej i głębiej, choć było to trudne. Wiedziała dobrze, że to, co czuje teraz jest niczym w porównaniu do tego, co poczuje za moment. Nienawidziła przechodzenia między formami, ale niestety ta bardziej ludzka była czasem mocno bezużyteczna, znacznie delikatniejsza i dobra tylko do chowania się w ciasnych korytarzach.
– Przemieniaj się, zobaczę rany.
Sekundę później zmusiła ciało do odwrócenia zmian. Starając się cały czas nie piszczeć jak smutny szczeniaczek, nie myślała o tym, co się z nią dzieje. Zaczęła się zmniejszać, pokrywające ciało pióra zdawały się wrastać w skórę, niektóre po prostu spadły na piach. Szpony skurczyły się zostając przydługimi paznokciami, skrzydła zanikały powoli, zniknął ogon. Najgorsze i najboleśniejsze zdecydowanie były nogi, które na powrót przyjmowały ludzki wygląd, a kolana musiały ponownie zginać się w przód. Jeśli nadepnięcie na klocek Lego było tak wysoko w skali, to transformacja z kurczaka w człowieka tę skalę wypierdalała w kosmos. Wreszcie jednak, po dłuższej chwili była drobną kobieciną ze znacznym nadmiarem włosów, który jako tako ratował jej kompletną nagość. Białe kudły spływały w dół jak kurtyna, zasłaniając prawie całą sylwetkę i plątały się na ziemi, na której siedziała. Wciąż przyciskała rękę z opaską do rany, ale teraz dłoń była mała i delikatna.
Tsh. Nic nie jest bardziej kiepskie niż moje wybory życiowe – parsknęła miękkim, cichym głosem, ale nadal brzmiał na zmęczony i obolały. Długie uszy drgnęły na końcach, kiedy poczuła gdzieś w górze specyficzny zapach cynamonu i przypraw. Valla musiała krążyć bliżej, ale Lysane nawet nie zwracała na nią uwagi.
Pomyśleć, że przyszłam tu negocjować jakieś durne pokoje dla bandy debili... – dodała zaraz, przekręcając lekko głowę w kierunku, z którego wcześniej przybyła. Chciała wiedzieć czy ktoś przeżył, czy Góry w ogóle przetrwały, czy te biedne, zagubione owieczki dały sobie radę dalej. Chciała to wszystko zobaczyć.
I nagle wtedy, jak na zawołanie, ciemność za powiekami nagle stała się jaśniejsza. Kobieta otworzyła oczy i natychmiast syknęła, zasłaniając je wolną ręką. Wszystko było rozmazane i zdecydowanie za jasne, gryzło, podwajało ból głowy. W duchu ucieszyła się, że wreszcie, po ponad roku całkowitej ciemności, mogła cokolwiek widzieć. Ale coś było nie tak. Obecny stan zrzuciła jednak na odzwyczajenie od światła, nawet jeśli nie rozróżniała kolorów, a wzrok działał na zdecydowanie innych zasadach niż naturalny zmysł.
Kurwa mać – skwitowała krótko, zdecydowanie innymi słowami niż zazwyczaj. Do tej pory nie klęła, ale teraz wszystko się konkretnie popierdoliło.


Theme Voice Słowa (#856d54)



I will learn if I make my own mistakes
I don't care if you don't understand it
I will learn if you let me find my way
avatar





Lysane
Opętana
GODNOŚĆ :
Lysane Arashi, niegdyś Invidia


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Arcanine on 8/10/2018, 00:42
Odsunął od niej rękę, choć zrobił to z widocznym ociąganiem, którego nie potrafił skorygować mimo mijających lat. Ciężko zapomnieć o tym, jak często zmuszała go do dotyku, a przyzwyczajony umysł ledwo rozumiał, że tym razem powinien trzymać się jak najdalej, aby nie wywołać niepotrzebnej krzywdy. Krew wsiąkała w przyciśniętą do rany chustę, coraz bardziej zmieniając barwę materiału na kolor gorącego płynu. Zęby Wilczura mrowiły boleśnie, jednak twarz pozostała niewzruszona, skupiona na celu, na przyglądaniu się jej przemianie, która trwała o wiele za długo. Nieruchome spojrzenie studiowało cały proces, choć nie był to pierwszy raz, gdy widział poszczególne etapy cierpiętniczej metamorfozy. Sam doskonale wiedział do jakiego szaleństwa doprowadzał moment wybijania się stawów w przeciwną stronę; te niby niedługie chwile, w których ciało się zmniejszało, wciskane w za małą skorupę, gniecione i miażdżone w tak wielu miejscach, że tylko ostry, głośny, dziki wrzask pozwalał, czasami, nieczęsto, przymglić myśli o bólu.
Było jednak warto, prawda? Bez pomyślunku, wiedziony tępym, męskim instynktem przeciągnął wzrokiem od stóp po jej twarz, przypominając sobie rysy jej sylwetki, delikatne dłonie, nagie piersi, teraz przysłonięte kurtyną potarganych włosów.
„Nic nie jest bardziej kiepskie niż moje wybory życiowe".
Wzruszył lekko barkami, jakby na końcu języka miał zdanie: „ciężko się z tym nie zgodzić”, ale zamiast słów, postawił na same gesty. Mowa ciała jak zawsze była fatalną formą komunikacji w przypadku Wilczura — tysiącletnie doświadczenie pomogło mu w patroszeniu ofiary w dwie sekundy, ale nie wyszkoliło tej bardziej emocjonalnej strony.
Powoli przyklęknął na jedno kolano, wkładając nóż do pokrowca, a pocięte pasy materiału przewieszając przez swoje udo. To, co zostało z kurtki — sam korpus bez rękawów — położył na razie na suchym piasku.
Kurwa mać.
Kącik ust Growlithe'a drgnął lekko, ale w ostatniej sekundzie wrócił na dawne miejsce, nie pozwalając uśmiechowi rozświetlić tragicznego ryja. Mężczyzna samym ruchem ręki nakazał jej odsunąć chustę, którą przyciskała do rany.
Zaraz mi wszystko opowiesz — zapewnił cicho, chrypiąc jak rasowy alkoholik. Nie czekał zbyt długo na to, aż Lysane posłucha jego instruktażu. Miał zamiar zająć się ranami bardzo prowizorycznie — tylko na tyle, by się nie wykrwawiła. Z jakichś przyczyn nie przejmował się krążącą po niebie towarzyszką pani generał. Prawdopodobnie nie zareagowałby na wielkie ptaszysko nawet po tym, jak wylądowałoby mu na plecach, wżynając szpony po same trzewia. Nie znosił niczego, co wpierdalało się pomiędzy niego i Lysane, nawet jeśli w hierarchii figurowało wyżej od niego, a tu pech chciał, że Lysane nie pozwoliłaby skrzywdzić Valli. Musiał ignorować feniksa tak długo jak było to możliwe.
Sztywno wsunął strzęp twardawego materiału pod ramię kobiety, mocno obwiązując prowizoryczny opatrunek. Ściągnął oba jego krańce i związał w supeł. Nie przyjrzał się swojemu dziełu — dwukolorowe oczy skierowane już były na udo. Albo raczej kostkę, na której dostrzegł świeże strużki jasnoniebieskiej mazi. Odgarnął wtedy długie włosy z nagiej skóry kobiety, niewiele sobie robiąc z zasad savoir vivre. Czy były jeszcze dni, sytuacje, sekundy, w których Lysane oblewałby rumieniec dziewczęcego zażenowania? Szczerze wątpił.
Na końcu języka miał pytanie czy kula utknęła w mięśniu, otarła się o kość? Ale słowa znów utknęły w gardle; nim odchrząknął, palce już naciskały na okolice rany. Krew wypłynęła większymi kroplami, gdy badał obrażenie, szukając twardej powierzchni naboju. Nie znalazł. Dlatego zajął się opatrywaniem i tej pamiątki, której pochodzenia nie znał i jakaś jego część, upierdliwa, szepcząca, nieustanna, podpowiadała, że w ogóle nie powinien wiedzieć. Nie powinien się wtrącać. To nie jego sprawa. Jeżeli zapyta, co się stało, zostanie w to wplątany. Mało miał problemów?
To tyle — powiedział, podnosząc kurtkę i zarzucając ją na obnażone ramiona kobiety. Nie było to co prawda szczególnie dobrą warstwą ochronną, ale stanowiło przynajmniej minimum z minimum podstaw, jakie powinna na sobie mieć. Odzienie pachniało ziemią, wiatrem i nim — wszystkim tym, co kurtka była w stanie wyłapać, gdy biegł na spotkanie. Growlithe podniósł się z klęczek i wyciągnął do niej rękę. Wyglądał jak obrazkowy kolega, który pomaga wstać niezbyt ogarniętej znajomej — legendarnej fajtłapie, która w szkole wywracała się o własne nogi przy byle okazji. W rzeczywistości sam ten ruch stanowił propozycję. Mógł ją wesprzeć, zanieść lub zostawić w świętym spokoju. Z każdą z tych opcji zgodziłby się bez mruknięcia.


— Naprawdę jesteś niemiły — odparła — wiesz o tym? Masz problem z kobietami?
— Z mężczyznami, kobietami, psami. Nikogo nie faworyzuję — wyjaśnił. —
Wszyscy mnie wkurwiają.
avatar





Arcanine
Wilczur     Poziom E

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Lysane on 30/10/2018, 23:07
Podczas gdy błękit oczu stawał się coraz wyraźniejszy i ostrzejszy, wzrok pozostawał zamglony, boleśnie dawał znać, że w okolicy jest zdecydowanie za jasno. Kobieta twardo nie poddawała się, chciała zobaczyć jego twarz choć przez chwilę, mały ułamek sekundy. Móc stwierdzić tym swoim tonem "wyższości", że jest jeszcze paskudniejszy niż kiedy ostatnio wpadł w jej ślepia. Zasłaniała je, choć wreszcie doznała swego rodzaju cudu, nie wiedząc komu dziękować za zwrócenie daru. Na pewno nie temu podlcowi, z którego nory właśnie wyfrunęła. Modlenie się nie dało efektu przez wiele miesięcy, tak jak i żaden z szukanych sposobów. Łzy feniksa, szamańskie obrzędy, nawet ich uzdrowiciele nie dawali rady i rozkładali ręce. A wystarczyło rąbnąć ryjem o jakieś drzewo na zadupiu.
Korzystając z tego, że i tak wszystko ją boli, odsunęła przedramię od twarzy, odsłaniając odrobinę mniej przerażające oczy. Wciąż nie było ani śladu źrenic i nie dało się określić gdzie dokładnie spogląda. Patrzyła właściwie wszędzie - rozmyte smugi wieloodcieniowej szarości jak na złość nie chciały uformować się w twarz Wilczura, jego sylwetka była jedynie sporą plamą na tle równie plamiastych skał. Jasność kąsała czaszkę, dostając się przez wrażliwe patrzałki, upiornie niebieskie niczym lód, gapiące się już nie tępo w przestrzeń, a prosto w obiekt mający być głową Growa. Był jednak zdolny do czegoś innego niż niszczenie, choć sam pewnie odrzucał takie myśli. Ratował zapewne właśnie jej życie, czego była kompletnie świadoma i nie miała pojęcia jak mu odpłaci. Bo jakoś przecież musiała. Co więcej, chciała od niego nie tylko szybkiego załatania dziur, ale to postanowiła zostawić na trochę później. I tak zwaliła mu się na łeb kompletnie znienacka, choć wcześniej powiadomiła o chęci spotkania, więc odrobinę usprawiedliwienia miała. A to, że główna przyczyna parę godzin temu poszła się kochać za zakrętem korytarza w Górach to już inna historia.
Zacisnęła mocno szczęki, starając się znieść nacisk. Nie było tak źle w porównaniu z przemianą, po której jeszcze i tak nie do końca się otrząsnęła. Wreszcie jednak skończył poszukiwania i, na całe szczęście, niczego nie znalazł. Inaczej czekałoby ją jeszcze wyciąganie pocisku z rany, a to plus możliwość łatwego zakażenia były chyba w tym momencie gorsze niż zaraza. Legendarna fajtłapa skorzystała z pomocy, podając mu swoją dłoń i układając stopy tak, żeby nie wyrżnąć się znowu o swoje włosy. Po wstaniu i tak zachwiała się i wsparła na znacznie teraz wyższym od niej koledze. Teraz jego zapach był znacznie wyraźniejszy, chłonęła go przez chwilę, w której zastanawiała się co powiedzieć. Coś musiała. Niebieskie ślepia pozbawione źrenic teraz wyraźnie kierowane były na jego twarz, która odrobinę nabrała kształtu. Pewnie nadal był piegowaty i jakby wiecznie zmęczony, ale tego nie umiała określić. Odwróciła głowę. Jakaś ciemniejsza smuga przesuwała się po niebie znad bryłowatej smugi, zapewne góry. Powróciła wzrokiem do wybawcy, nie chcąc się więcej męczyć niż było to potrzebne, wyłączyła zdolność, a oczy pojaśniały aż do osiągnięcia stabilnej bieli. Wszystko zalała ciemność, przyjemna, kojąca, tak bardzo teraz potrzebna.
- Za dużo jest do opowiadania, żeby to robić stercząc tutaj. Przydałoby się znaleźć jakieś ustronniejsze miejsce - odezwała się wreszcie cicho, opierając nos o jego klatkę piersiową. Mógł być nawet i środek zapyziałego Apogeum, nagość jej nie przeszkadzała. Miała w końcu kurtkę i ewentualną sukienkę z kłaków. Poczuła rosnącą falę zmęczenia i jeśli nie ruszą zadków, padnie mu jak zajechany rumak. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień, a jeszcze nawet nie zbliżał się wieczór. Musiała sobie wszystko poukładać, przemyśleć, pogadać z kimś, komu mogła zaufać.


Theme Voice Słowa (#856d54)



I will learn if I make my own mistakes
I don't care if you don't understand it
I will learn if you let me find my way
avatar





Lysane
Opętana
GODNOŚĆ :
Lysane Arashi, niegdyś Invidia


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Powrót do góry