Strona 1 z 2 1, 2  Next

Go down


Kanion

Pisanie by Chester on 11/11/2016, 15:27

Przełom wyschniętej od wieków rzeki pozostawił po sobie szerokie, płytkie i kamieniste dno, otoczył się stromym, kamienistym zboczem, które z perspektywy osoby siedzącej na spodzie koryta zdawały się sięgać ku niebu i jeszcze wyżej. Dolina była spora, wyróżniała się na tle płaskiej i piaszczystej desperacji - skały charakteryzowały się mieszanką pomarańczy i czerwieni, zdeformowane przez setki lat erozji łupki, iłołupki, wapienie, granity, piaskowce. Osadowa skorupa tworzyła kręty labirynt piętrzący się do góry, pełen wnęk, platform, balkonów i jaskiń, każda z czego w stanie pomieścić plemię pustelników. Szata roślinna tak jak wszędzie w Desperacji była skąpa, z kilku wnęk swojej dawki światła słonecznego usiłowały zażyć nieliczne mchy, w korycie rzeki wędrowały samotnie szarłaty, po ścianach kanionu pięły się co wytrzymalsze rodzaje suchorośla. Skala całości wywołuje niezłe wrażenie, mieszankę podziwu, radości, może też szczypta paraliżującego strachu.
Zejście z górnych półek na wyschnięte dno nie jest łatwe bez sprzętu do wspinaczki albo dokładnej znajomości terenu i precyzyjnego położenia wklęsłości i wypukłości na skalnej ścianie, więc ktokolwiek kto zjawia się w okolicy zazwyczaj zadowala się wdrapaniem do jednej z wyżej położonych jaskiń. Ślady ludzkiej obecności są rzadkie i zazwyczaj manifestują się w postaci symboli wyskrobanych w miękkim piaskowcu czy pustych butelek. Kanion mieści się daleko od Nowej Desperacji i posterunku, co czyni zeń mało atrakcyjną bazę wypadową - nikt jeszcze nie podjął się karkołomnego wyzwania w postaci osiedlenia swojej drużyny na praktycznie wertykalnej powierzchni. Przełom cieku wodnego najprawdopodobniej pozostanie w zapomniany do czasu gdy Desperaci zaczną przejmować się ochroną dziedzictwa przyrodniczego - to jest, już po kres czasu.


Ches był towarzyskim motylkiem, który nie mogąc otworzyć uzbrojonej w pożółkłe kły paszczy do innej osoby czuł się źle, na tyle źle, że ograniczał swoje wypady w bezkres pustyni do niezbędnego minimum, zazwyczaj w towarzystwie skoordynowanego zespołu. Kursował najczęściej szlakiem “stacja benzynowa - Nowa Desperacja” i odwrotnie; zbaczanie z takiej ścieżki oznaczało ryzyko stracenia z oczu punktów orientacyjnych, które pozwalały mu na komfortową podróż po pustyni bez obaw, że umrze z pragnienia po środku piaszczystego płaskowyżu, który na setki kilometrów w każdą stronę wygląda identycznie. Do tego wszystkiego można dodać jeszcze koszt podróży, bo wyprawy na piechotę nie dało się odbyć bez co najmniej jednej manierki wody, o którą nie było łatwo na Czerwonej Pustyni.
Pomimo wszystkiego powyżej, Chester potrzebował czasami chwili odpoczynku, oczyszczenia umysłu z nękających go stale paranoicznych wizji, odstawienia na bok wszystkich przekrętów, wymuszeń, przerwy od zastraszania i haraczy, przestoju jeśli chodzi o syntezowanie metaamfetaminy pod swoim dachem - trochę jak urlop, byleby nie trwał za długo. Wyjazd na wakacje w wykonaniu Harvey’a przybierał wiele postaci, najczęściej nocnego wypadu do baru, wizyty w kasynie, stawienia się w smoczej górze. Tym razem wywczasy przybrały inną postać.
Wyjechał pickupem ze swojej bazy operacyjnej w okolicach południa, zadbał o pełny bak i dwa kanistry w bagażniku, podjął nawet próbę odklejenia swojego martwego kolegi od tylnego siedzenia [nieudaną]. Zgodnie z przewidywaniami znalazł się na miejscu kiedy słońce powoli zachodziło za horyzont. Na tyle ciemno by drony z M3 i potencjalni szpiedzy nie byli w stanie go zlokalizować, na tyle jasno by zejście do jednego z zagłębień w formacji skalnej nie wiązało się z potknięciem i rozgruchotaniem czaszki o spodek koryta rzeki. Chester liczył na spędzenie spokojnej nocy na czerwonogłazowym gzymsie i bezpieczny powrót do domu, bez konieczności użycia strzelby schowanej za pazuchą czy deski ćwiekowanej gwoździami na przednim fotelu auta.
Usiadł po turecku przy krawędzi jaskini, rozpiął płaszcz, poluzował szalik i ogarnął wzrokiem okolice. Było wysoko, nawet bardzo wysoko, co mogło się wydawać niebezpieczne, ale im niżej w głąb wąwozu tym dalej od samochodu i “powierzchni”. Zachodzące słońce powodowało, że cały obszar był skąpany w czerwieni jeszcze bardziej niż zazwyczaj.
Panującą atmosferę można było opisać jednym słowem - spokój. Wszystko wokół było przeciwieństwem głośnego, szybkiego i niebezpiecznego żywota jaki codziennie wiódł Chester. Gniótł on w dłoniach mały, okrągły sukulent, kaktus bez cierni, pokryty jedynie cienką warstwą włosków, o grubym szarozielonym pędzie. Roślinka z wyglądu przypominała zielony pączek, w dotyku też była całkiem podobna do pulchnego wypieku. Uroczo wyglądająca bylina nosiła wdzęczną nazwę Jazgrzy Williamsa, znana szerzej jako pejotl. Nie, Chester nie zaczął trudzić się bez powodu botaniką - pejotl miała wiele charakterystycznych właściwości, takich jak chociażby bardzo powolny czas zakwitania czy chociażby silne właściwości halucynogenne i odurzające. Możecie się domyślić które z powyższych przypadło do gustu Chesa.
Wgryzł się w roślinę, pochłaniając przy tym jedną trzecią całego pędu. Był on kwaśny, wodnisty, miękki, z wnętrza kaktusa sączyła się woda. Eksperymentowanie ze środkami psychoaktywnymi było specjalnością naszego wyjazdowicza, tuż po księgowości i pracy zespołowej, więc nawet pomimo braku poprzedniej styczności z pejotlą, wiedział, że musi żuć miąższ powoli, z przerwami pomiędzy każdym kolejnym kęsem w celu zmaksymalizowania efektu - jej hodowla nie była popularną praktyką, a zakwitała przez około trzydzieści lat. Co za tym idzie była też paskudnie droga, a przedsiębiorcza natura Chestera nakazywała mu nie rzucać pieniędzy w błoto i wykorzystać pełny potencjał nadchodzącego tripu.


point is, ladies and gentelmen,
that  g r e e d  [for lack of a better word]
is good
#d7b25b - mówi. Myśli kursywą.
avatar





Chester
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Chester Devin Harvey


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 11/11/2016, 16:48
Słońce, obmywające wszystko ogniście pomarańczowym blaskiem, z wolna zaczęło chować się za horyzontem - i fakt ten wprawił Południcę w coraz to większe zaniepokojenie. Przyspieszyła kroku, nie zważając już nawet na kamyczki, co jakiś czas wbijające się w jej nagie stopy. Twarda ziemia wydawała jej się dziwnie kolczasta i wyjątkowo nieprzyjemna, ale nie potrafiła skupić się na fakcie tak drobnym jak podłoże. Rozejrzała się nerwowo wokół, a po kilku chwilach zrobiło to ponownie - nic się jednak nie zmieniło. Wciąż była sama, a wokół niej nicość, teren tak równy i płaski, jakby namalowany był pędzlem perfekcjonisty.
- Ważka! - zawołała, słysząc jak jej głos rozchodzi się we wszystkie strony. - Ważka!! - krzyknęła ponownie, ale na nic jej trud, gdyż ani przed nią, ani za nią, ani na prawo, ani na lewo, wilka nie było. Była pewna, że uciekł w tą stronę, ale chodzi po piaszczystym grzbiecie kanionu tak długo, że jeżeli gorące słońce nie odebrało jej jeszcze umysłu, to na pewno zrobi to bezkresna, czarna noc. Z szybkiego spaceru przeszła do truchtu, zdesperowana biegnąc przed siebie, nie pewna czy odnajdzie swojego towarzysza, ale wciąż zmotywowana by szukać dalej. Po kilku minutach zabrakło jej energii i tchu, więc zatrzymała się. Świat zawirował w jej głowie, a ona zachwiała się, niemal nie tracąc równowagi. W końcu jednak, jakby pchnięta w podłoże tajemniczą siłą, upadła i poczęła szlochać tak żałośnie, że sam wiatr musiał smucić się, niosąc jej płacz.
Czuła się bardzo zagubiona i przede wszystkim, bardzo samotna. Zaklinała w głowie swoje głupie pomysły i swoją niewiedzę i zaklinała Ważkę, który zaprowadził ją na te tereny. W końcu jednak uspokoiła się. Gdy oddech jej uregulował się i przetarła oczy, przed nią, gdzieś daleko, gdzie grunt spotyka się z niebem, ukazała się pewna figura. Amelia nie była pewna, czy stoi przed nią osoba, czy przedmiot martwy, czy wilk, czy kamień - postanowiła jednak podnieść się i ruszyć w kierunku tajemniczego obiektu. Zajęło jej to kilka kolejnych minut i im bliżej była, tym bardziej zdziwiona się stawała. W końcu stanęła na przeciwko nieznanej maszyny. Przyjrzała się jej dokładniej, zbliżając się doń niepewnie.
Miała wrażenie, że już kiedyś podobne monstrum widziała, ale wtedy zdawało jej się, że to jakieś straszne zwierzę, zbudowane jakby z twardych płyt i poruszające się nie dotykając nawet ziemi. Teraz widzi już, że nie jest to stworzenie, a przedmiot, machina o zagadkowej budowie. Dotknęła zimnej, metalowej obudowy, na chwilę zapominając o swojej rozpaczy. Chwilę potem do jej nozdrzy dotarł jednak zapach stęchlizny na tyle silny, by Południca cofnęła się gwałtownie ze zdegustowaną miną. "Cokolwiek się w tym znajduje, nie żyje już od jakiegoś czasu" - pomyślała, a jej twarz przybrała wyraz niechęci i jednoczesnego zainteresowania. Faktycznie okazało się, że zajrzawszy przez szybę, jej oczom ukazał się jakiś człowiek,  z którym niestety - porozmawiać nie może.
Zaraz dostała wrażenia, że samochód tylko odwrócił jej uwagę od czegoś ważniejszego i nagle poczuła się, jakby oblana została zimną wodą. No tak, co jej po tym martwym człowieku i jego machinie, kiedy to nie ani ratunek, ani nawet wskazówka?





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Chester on 11/11/2016, 21:57
Pejotl rósł głównie na pustyniach Nowego Meksyku, tym samym kontynencie co M1 - dało się go uprawiać w specjalnie dostosowanych do tego warunkach, zazwyczaj w płytkiej doniczce, schowanej gdzieś w suchym, naświetlonym miejscu. Ciężko znaleźć kogokolwiek, kto pali się do profesjonalnej uprawy kaktusów, bo czas rozkwitu jest odstraszający, w dodatku halucynogeny nigdy nie cieszyły się równie dużym popytem na rynku jak inne dragi; miętoszony obecnie w wielkich łapskach Chesa napęczniały krążek był wart więcej niż koszt transportu nad kanion i z powrotem. Bylina zawdzięczała swoją intrygującą nazwę indiańskim plemionom, które zwykły wykorzystywać jej pędy do rytuałów i anestetyki, w ich języku “pejotl” dałoby się wolno przetłumaczyć na migotanie, błyskanie, jaskrawe kolory. Nie żeby Chester o tym cokolwiek wiedział.
Zatopił zęby w miękką roślinę po raz kolejny, siorbiąc kwaśną wodę ze środka. Efekty zaczynały być widoczne, chociaż z początku nieznacznie, Ches cierpliwie wmasowywał biały miąższ w podniebienie. Czerwień, w której skąpane było urwisko była intensywna, zupełnie jakby ktoś odessał od słońca wszystkie odcienie niebieskiego i zielonego. Przez pierwsze kilka minut był pewien, że to tylko słońce zanurzające się coraz to głębiej za horyzont. Zdjął z nosa okulary, wstał i podszedł niebezpiecznie blisko do krawędzi skalnego balkonu. Dzierżąc w jednej dłoni porysowane lenonki a w drugiej ostatni kawałek Jazgrzy skierował powoli wzrok ku górze - całe niebo zdawało się emanować czerwono-fioletowym blaskiem, leniwie pulsując, jakby migotało regularnie w zwolnionym tempie. Chessie rozłożył ręce i wyprostował szyję. podobnie jak roślinka rozkładająca płatki by chłonąć jeszcze więcej energii słonecznej. Przymknął nieco oczęta i wziął głęboki wdech, po czym wchłonął resztkę kaktusa. Niebo świeciło jasno, a pęd pozostawiał w ustach dziwny, cierpki smak, od którego szumiało nieco w głowie. Nie, szum to nie jest to, bardziej dzwonienie, ale nie dzwonienie jak po oddaniu strzału czy głośnej eksplozji - raczej coś zbliżonego do dzwoneczków poruszanych delikatnym wiatrem, który zdawał się wprawiać je w ruch zgodnie z sinusoidalnym poziomem jasności nieboskłonu, który przechodził miarowo od delikatnego fioletu do ciemnego różu.
Dalsze podziwianie firmamentu było niemożliwe bez pomocy zaufanych lenonek, które Chessie nałożył z powrotem na krzywy nos. Otaczające go światło było kojące, chociaż intensywne, ale też uniemożliwiało orientację w czasie, bo na próżno dopatrywać się nad głową słońca. Czy to znaczyło, że zaszło już za horyzont i tyle tu siedział? A może to pejotl? Może jedno i drugie? Efekty zazwyczaj nie są natychmiastowe.
Zacisnął ponownie szalik na szyi. Zrobiło się odrobinę chłodniej, wiatr wciąż wiał, przez co dzwoneczki wciąż brzęczały. Ku jego zaskoczeniu nie miał problemów z utrzymaniem równowagi, wręcz przeciwnie, czuł się jednym z ciepłą, twardą skałą, po której chodził. Zgiął się w pół i położył dłonie na kamienistym podłożu, czując jego nieregularności i niedoskonałości. Ziemia zdawała się delikatnie drżeć, powodując przyjemne uczucie mrowienia na opuszkach palców, jakby pojedyncze ziarenka piasku na niej ożyły i toczyły się w kółko, masując wewnętrzną część dłoni. Ches zaczął mrugać, klęknął i oderwał ręce od gruntu. Zamiast dwóch odcisków ukazujących śródręcze i palce widział przed sobą dwie spirale, zbliżające się do siebie, zupełnie jak wiry wodne łączące się w większy. Serpentyna piasku wchłaniała kolejne ziarenka, grudki ziemi i kamyki zwiększając stopniowo swój promień, wciąż obracając się względem swojego centrum. Widok był całkiem niecodzienny, ale stanowił zaledwie przedsmak halucynacji, które rzekomo zapewnia Jazgrza Williamsa. Ches zdawał sobie z tego sprawę, ale wciąż wbijał wzrok w środek wirującej spirali. Ciekawe jak pachnie? Wciągnął powietrze nosem, zupełnie tak jak wciąga się elegancko ułożoną kreskę. Poczuł rdzę, sól i resztki gorzkiego wnętrza kaktusa. Otworzył lekko usta, nie zdając sobie sprawy z tego, że się ślini. Patrz się w centrum spirali. Coś się z nią stanie, obiecuję. Coś musi się stać.
Z głębokich rozmyślań wyrwał go głos, który zdawał się dobiegać gdzieś z góry. Obrócił się szybko, nieco spłoszony.
Ważka!
Był wysoki, ale zniekształcony. Rozchodził się z echem po pustkowiach nad nim, zdawał się tonąć i oscylować. Niewyraźny, jakby ktoś nad nim wołał o pomoc spod zbiornika z wodą.
Ważka!!
Tym razem nieco głośniej, odrobinę czyściej, jakby bliżej. O co mogło chodzić? Ważki to drapieżne owady, głośne i spore jak na jętki. Chessie podniósł się do pionu, rzucił okiem na wir, który ku jego rozczarowaniu przestał się kręcić, odebrał to jako znak, który nakazuje mu zbadać to co dzieje się na górze. Przeszedł ostrożnie wzdłuż balkonu, złapał się znajdującej nad nim wypustki skalnej i podciągnął wzwyż. Kilka zręcznych, lecz powolnych kroków dalej i miał już na widoku pickupa, którym przyjechał na miejsce. Metaliczna powierzchnia odbijała jasne światło sączące się z kopuły nieba. Martin, martwy kolega z tylnego siedzenia uśmiechał się ciepło w stronę Chestera i pokazywał palcem na tajemniczą, delikatną, małą kreaturę za oknem wehikułu. Stworzenie było humanoidalne, jasne, z bydlęcą czaszką w miejscu głowy. Domyślił się, że wątły głosik krzyczący o owadach należał do niej. Uniósł rękę nad głowę, trochę jakby mówił “cześć” do obcej istoty i zaczął zmierzać w jej stronę z zamiarem obejrzenia jej z bliska - w normalnych okolicznościach strzelałby bez ostrzeżenia. W normalnych okolicznościach niebo też nie wyglądałoby jak wielki neon, a grudki piasku nie jeździły na karuzeli.


point is, ladies and gentelmen,
that  g r e e d  [for lack of a better word]
is good
#d7b25b - mówi. Myśli kursywą.
avatar





Chester
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Chester Devin Harvey


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 12/11/2016, 17:27
Południca zdawała się być zahipnotyzowana widokiem metalowej maszyny. Udało jej się wydedukować, że urządzenie musi służyć do transportu - nie miała jednak najmniejszego pojęcia w jaki sposób działa, jak je zbudować i się nim posługiwać - to jednak tylko bardziej rozniecało jej ciekawość. Momentalnie zachciała dostać się do wnętrza auta, zaraz jednak przypomniała sobie o znajdującym się w środku człowieku i zniechęciła się, po części przez zapach, który z pewnością wzrósł by w intensywności, po części przez jakieś dziwne przeczucie, że osoba może tak naprawdę żyje, a ta okropna woń to jakaś forma tajemniczej zasadzki, której po prostu nie rozumie.
"Ah, a co ja rozumiem!" - rzekła do siebie w myślach, zawieszając swoje oczy na denacie. Wyobraziła sobie, że jest on wielką rośliną, która wabi do siebie naiwne muchy, a gdy tylko te zbliżą się wystarczająco blisko, zaciska szczęki i połyka je w całości. Na myśl o tym przeszły ją dreszcze i straciła wszelką już ochotę na inspekcje machiny.  
Słysząc za sobą jakby czyjąś obecność odwróciła się pośpiesznie, a widząc nieznajomego osobnika podskoczyła, cofając się na tyle, na ile znajdujące się za nią auto jej pozwalało. Szybko zmierzyła wzrokiem Chestera, wpierw by odczytać jego zamiary, potem (zauważając brak widocznej agresywności z jego strony) by go określić.
"Na pewno człowiek, tylko wyższy jakoś o wiele. Albo to ja taka niska?"
Pierwszy to raz, odkąd oczywiście pamięta, kiedy stworzenie jej gatunku znajdowało się tak blisko niej, toteż nie była pewna jak się zachować. Instynkt, a może resztki wspomnień schowanych gdzieś w głębi umysłu, nakazał jej się przywitać lub przedstawić. Południca nie miała jednak ochoty na jedno ani na drugie, nie darząc obcego istnienia ani krztą zaufania. Przynajmniej teraz.
Jeżeli jest tutaj, to znaczy, że machina musi należeć do niego, a więc i ten martwy człowiek zamknięty w metalowym więzieniu również ma z nim jakiś związek. Może to oznaczać, że stojący naprzeciw niej i podnoszący rękę w nieznanym jej celu osobnik jest bardziej niebezpieczny, aniżeli wygląda. Na domiar złego, mężczyzna począł zbliżać się do Amelii, wprawiając ją w poważne zaniepokojenie.
Wymijając nieudolnie auto starała się zrównoważyć każdy jego krok w przód swoim krokiem w tył, i choć ciało cofało się jakby do ucieczki, to w jej oczach nie dostrzec można było ani cienia strachu. Niepewność jedynie, przemieszana z ciekawością i odrobiną agresywności.
Ważka straciła dla niej chwilowo zupełne znaczenie, zachowywała się tak, jakby zwierzęcia nigdy nie poznała, wręcz jakby go nigdy nie było - za bardzo skupiona była na obecnej sytuacji, by pamiętać o sprawach nawet takiej ważności.
- Ani kroku dalej - nakazała stanowczym głosem, wbijając w Chestera swe gadzie oczyska.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Chester on 25/11/2016, 00:32
Nieznajoma zdawała się być od niego o wiele dalej niż była w rzeczywistości.
Mała, krucha, biała jak metylobenzoiloekgonina, odziana w postrzępiony kawałek tkaniny, o wijących się niczym macki włosach. Można by ją podnieść na jednej ręce, ukazać świat z perspektywy, której jeszcze nigdy nie miała okazji doświadczyć - unieść nad głowę i maszerować przez pustynię dając jej wgląd na to jak wyglądają kaktusy od góry. Stworzonko zdawało się być niegroźne, odbijające blask z nieba jak szkło. Wszystko w jej wyglądzie mówiło “podejdź do mnie, przyglądaj mi się, pomyśl, że jestem prawdziwa”. Granica pomiędzy rzeczywistością a fragmentami wyobraźni Chestera stawała się coraz to bardziej rozmazana, niewyraźna jak jego wzrok. Harvey czuł, że zaczyna oddychać kolorami, że stawiając każdy kolejny krok przedziera się przez warstwę gęstej, niewidzialnej cieczy, która była lepka w dotyku i słodka w zapachu. Martin uśmiechnął się, odwrócił gałki oczne w kierunku mózgu ukazując Chesterowi swoje nieskazitelnie gładkie białka i poszedł spać - skoro jemu obca istota nie wyrządziła krzywdy, to dlaczego miała by zrobić coś złego Chesterowi, który wchodzi obecnie w czwartą gęstość, święcie przekonany, że jest tylko halucynacją?
“Ani kroku dalej.”
Ches powoli brodził buciorami w piasku. Miał ochotę położyć się na brzuchu i zacząć pełznąć w stronę nowej koleżanki, nie miał ochoty tłumaczyć, że nie ma zamiaru wyrządzić jej krzywdy. Otwieranie ust było podejrzanie trudne, zupełnie jakby jego górna warga stała się nagle cięższa, opuchnięta, jakby ktoś wypchał ją po brzegi metalowymi grudkami, które grawitacja bezlitośnie przyciągała do ziemi. Z niemałym wysiłkiem wybełkotał w kierunku Południcy - Nic ci nie zrobię, a Ty nic nie zrobisz mi. - gdyby nie pejotl, to nie byłby tego taki pewien - Nie ruszaj się. Nie chcę cię gonić, chcę cię obejrzeć, co najwyżej dotknąć, powąchać. Nie skrzywdzić, nie będę dzisiaj już nikomu robił krzywdy. - powtarzał. Kroczył powoli w kierunku samochodu. Nie zdarzało mu się często dokładać starań by nie wyglądać zastraszająco, wręcz przeciwnie, ale kiedy powietrze wokół pachnie jak cukier i truskawki, to można zrobić wyjątek, prawda? Podniósł ręce do góry, komunikując skłonność do poddania się jeżeli zajdzie taka potrzeba. - Nie mam przy sobie broni, nie mam przy sobie nic oprócz dobrej woli, wszystkie złe intencje zostawiłem na dnie kanionu. Obiecuję. - ciągnął dalej rozmarzonym, płynnym głosem. Z ust wciąż ściekała mu mieszanina śliny i wody z wnętrza Jazgrzy. Przymknął oczy, wciąż czując na powiekach subtelne pulsowanie nieboskłonu i gęsty piasek pod podeszwami. Amelia wyglądała ślicznie, wyglądała jak mały, ceramiczny, biały talerzyk z eleganckim wzorkiem. Na tle bezkresnej pustynnej czerwieni była niewielkim, jasnym punkcikiem, który dla Chestera (obecnie przebywającego w innym wymiarze) był niczym świetlik, świeczka na końcu ciemnego tunelu, samotne ognisko na równinie. Jeszcze kilka chwil wstecz był przekonany, że jest tylko złudzeniem, efektem ubocznym roślinnego pączka, ale wraz z każdym kolejnym krokiem zatracał się coraz bardziej we własnym świecie, zdeterminowany by zbadać z bliska tajemniczą kreaturę.

edit: z/t bo użytkownik zniknął. [*]


Ostatnio zmieniony przez Chester dnia 22/4/2017, 17:35, w całości zmieniany 1 raz


point is, ladies and gentelmen,
that  g r e e d  [for lack of a better word]
is good
#d7b25b - mówi. Myśli kursywą.
avatar





Chester
Smok     Opętany
GODNOŚĆ :
Chester Devin Harvey


Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 1/4/2017, 05:23
Zakaz mówiący wyraźnie o tym, że Wąż siedziby w obecnym stanie opuszczać nie może, przez co najmniej najbliższe dwa tygodnie aż do pełnego wyleczenia ran, postawionego mu jasno przez samego Jekylla — Hyde nie zamierzał posłusznie wysłuchać i dostosować się do lekarskich zaleceń czy też samych jekyllowych wymagań skierowanych w stronę swej obsesji. Zapewne wszystko poszłoby po myśli Doktora, gdyby nie rzucona nagle groźba, która padła z ust Lisa, przecinając powietrze niczym brzytwa. Nikt nie miał bowiem prawa grozić śmiercią ożywionemu ptakowi, jedynemu towarzyszowi Zdziczałego, którego ochrzczono z niewiadomych względów imieniem Earl. Królowa Angielska powinna być tego stanu rzeczy w pełni świadoma, jeśli sytuacja miała się inaczej — spoliczkowanie w ramach odwetu za wypowiedziane słowa i opuszczenie siedziby DOGS w trybie natychmiastowym w ich następstwie uświadomiło go w tym dostatecznie, doprowadzając niewątpliwie do niepohamowanej furii za ten akt jawnej niesubordynacji i utraty kontroli nad Wężem.
Wyjście wprost na rozciągający się dokoła Bezkres w takim, a nie innym stanie nie mógł zwiastować niczego dobrego, zwłaszcza, że parszywy Jekyll postanowił ukarać go nie tylko brakiem znieczulenia podczas odkażania ran i ich zszywania, jakoby w ramach reprymendy za zerowe poszanowanie względem swojego ciała i stworzenia sporego ryzyka własnej śmierci, ale i również brakiem jakiegokolwiek posiłku. Co oczywiste miało to ogromne znaczenie dla jego stanu zdrowia, jak i prawidłowości w funkcjonowaniu organizmu, które bez zachowania balansu, nie mogło działać w sposób należyty. Nie powinien, więc dziwić nikogo fakt, że w stosunkowo niedługim czasie percepcja Hyde’a znacząco na tym ucierpiała, oddając niemal pełne przyzwolenie na spowolnienie jakichkolwiek reakcji. Jedynym pocieszeniem okazywał się niewątpliwie zaburzenia termoregulacji i odczuwania temperatur, przez co zdawał się kompletnie nie odczuwać panującego na zewnątrz upału, co niemal oczywiste — rozgrzane powietrze również w żadnym większym stopniu mu nie przeszkadzało. Hyde nigdy nie posiadał żadnego planu działania w zanadrzu, chyba że za takowy uznamy zwierzęcy instynkt, który w obliczu bardzo wysokiego stężenia wirusa X bardzo często brał górę, nie biorąc pod uwagę jakichkolwiek logicznych czy rozsądnych rozwiązań — takowe jak mogłoby się wydawać nie miały nawet prawa bytu.
Co niemal oczywiste — podjęta przez Węża wędrówka tuż po opuszczeniu siedziby DOGS nie miała ściśle określonego celu, tym razem nie miał do wykonania jakiegokolwiek powierzonego mu zadania dla gangu, więc poruszał się jedynie przed siebie, mając do dyspozycji swój marny stan, nieograniczony czas, a także rozciągającą się wszem i wobec pustynię. Pewnego rodzaju wyjątek od reguły stanowił kanion, który bez wątpienia dla miłośników wytworów przyrody poruszał być może dawno zapomnianą na jej uroki wrażliwość — Hyde’owi była ona kompletnie obojętna. Wykazywał dziwne zainteresowanie jedynie wobec czegoś co kiedyś śmiało nazywać się pianinem, lecz na Desperacji popadło w ruinę, stając się jedynie własnym cieniem, nadgryzionym przez podstapokaliptyczny ząb nieubłaganego czasu.
Zmęczenie trwającą zbyt długo podróżą dawało mu się jednak mocno we znaki, tak samo jak obolałe po zszyciu przez Jekylla ciało, które wymuszało na ciemnowłosym pewnego rodzaju sztywność w ruchach, ograniczając je znacząco. Krok miał jednak cięższy, wolniejszy niż zazwyczaj; jedyne co pozostało takie same to niezbyt wielka ostrożność na ewentualnie zagrożenia, co w jego obecnym stanie mogłoby okazać się nie tylko zbawienne i na pewno przyczyniłoby się to znacząco do uratowania jego skóry. Mimo to Hyde wciąż niezmiennie dzierżył w ręku szkielet ożywionego ptaka, który jako jedyny miał być świadkiem niezbyt łatwych do przewidzenia wydarzeń i natrafienia na wroga numer jeden samego Węża w postaci zadziornej Kapitan Hycli, której najchętniej w normatywnych warunkach odciąłby kompletnie dostęp do świeżego powietrza za ponowne wejście mu w drogę i nie wyciągnięcia żadnej lekcji z ich ostatniego spotkania, czego pamiątką były pozostawione przez niego liczne blizny.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 2/4/2017, 01:53
Potwierdzam dziewięćdziesiąt trzy procent  zgodności rysopisu z zarejestrowanym obiektem. Przesyłam współrzędne naszej pozycji.
Utrzymujcie pozycje, obserwujcie go i starajcie się być niezauważalni.
Tak jest, Kapitanie.
Biała kula światła, wisząca wysoko na nieboskłonie, prażyła niemiłosiernie i tak już wysuszoną ziemię, której gleba z braku jakichkolwiek płynów popękała w drobne płytki tworząc prawdziwą pajęczą sieć na powierzchni. Dwójka Hycli będąca na rutynowym patrolu stała na skraju kanionu obserwując z góry poczynania Wymordowanego szlajającego się korytem  doliny. Z początku go nie rozpoznali, ale wizjery w ich kaskach szybko przeanalizowały wizerunek mężczyzny dopasowując ją do danych z „kartoteki obiektów rozpoznawalnych”. Bezsensem byłoby jednak przytwierdzenie w tym momencie linek i spuszczenie się w dół klifu tylko po to, aby wejść z nim w kontakt. Zjazd również nie wchodził w grę, ale wezwanie pobliskich jednostek już tak.
Wysyłając sygnał po okolicy dostali momentalną reakcję od najbliższego patrolu znajdującego się przy wylocie kanionu po drugiej stronie. Pechem było dla mutanta, że odbiorcą sygnału był nie kto inny jak sam autor jego osobistego profilu w tym spisie – Andraste Lancaster.
Blondwłosa Królowa Śniegu wraz ze swoją dwuosobową kompanią w trybie natychmiastowym ruszyła w dół wąwozu roznosząc za jednośladowymi pojazdami grubą wstęgę beżowego pyłu. W akompaniamencie warkotu silników, których odgłos brutalnym echem roznosił się po całym jarze, jechała prosto na spotkanie z nie byle jakim padalcem Desperacji, którego zapamiętała, aż za dobrze po ostatnim spotkaniu. Wszystkie, nie tak stare jeszcze, blizny na jej ciele, które po sobie pozostawił w postaci słodkiej pamiątki po ich małym randez-vous, nagle zaczęły swędzieć ze zdwojoną siłą na samą myśl o ponownym spotkaniu. Wymordowany znany pod pseudonimem Hyde, a który w bazie danych S.SPEC wisiał pod kryptonimem Wężownik(dzięki Pani Kapitan), z pewnością mógł już przeczuwać w kościach, że to nie będzie jeden z jego najlepszych dni w karierze agresora.
Mógł ich słyszeć i zacząć bezsensownie uciekać, mógł stanąć i czekać na spotkanie, albo dalej iść przed siebie. Nic by i tak to nie zmieniło. Trzy motocykle terenowe jechały mu na spotkanie jak prawdziwi jeźdźcy apokalipsy w pełni gotowi skończyć jego mały, zdziczały świat, albo jeszcze lepiej – niczym uzbrojona, zmechanizowana karma powracająca, aby oddać Dobermanowi to co sam, kiedyś dał. Gdy tylko pojawił się w wizjerze Hyclów, Kapitan, aż przyspieszyła swoją maszynę kierując się prosto na mężczyznę. Wydawać by się mogło, że angielska Norweżka ma zamiar brutalnie poturbować mutanta pod kołami swojego pojazdu nie przejmując się rozkazami pojmania żywcem jakiegokolwiek Wymordowanego. Parła do przodu do ostatniej sekundy, a wojskowi z góry obserwowali scenę z wyczekiwaniem. Podoficerowie z kolei zatrzymali się na sto metrów przed obiektem zeskakując z motocykli w przeciągu sekundy, a następnie już odbezpieczając swoje karabiny.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 12/4/2017, 21:07
Oddany w pełni odruchom zwierzęcym, posiadający w swoim genotypie dwa najbardziej jadowite węże, których cechą charakterystyczną było nieustępliwość. W żadnym razie nie był urojonym zombie, który rzucał się na wszystko co się ruszało, a już w szczególności pachniało człowiekiem. Wiązanka bzdur i zarazem jawny dowód głupoty tych, którzy twierdzili, że rzecz miała się inaczej. W obliczu tego nie powinien zatem dziwić fakt, że nawet osłabiony znacząco i pod kontrolą zmęczenia nie myślał nawet o jakiejkolwiek ucieczce.
Ryk zbliżających się do niego maszyn pędzących mu na spotkanie wprost po wysuszonej i spękanej ziemi, niosąc echem te charakterystyczne dźwięki drażniące uszy zdziczałego po ścianach kanionu, skłoniły go jedynie do mocniejszego chwycenia w Earla — szkieletu ożywionego ptaka, który zasłużył na miano jego wiernego towarzysza. Zdawał się być również widać talizmanem, skoro w wyniku niewyleczonych do końca ran i powrotu do dawnego zdrowia, a także braku pożywienia nie padł gdzieś z wycieńczenia. Z jego ust wyrwały się rozjuszone, niezwiastujące niczego dobrego, jakby ostrzegawcze syczenie. Każda osoba w pełni świadoma zagrożenia i niezdziczała do tego stopnia przez zastraszająco wysokie stężenie wirusa X jak Hyde zapewne próbowałaby desperackiej ucieczki ostatniej szansy. On jednak nie zrobił w związku z tym nic, brnąc nieprzerwanie przed siebie. Wyjątkowo pozbawiony charakterystycznego dla siebie długiego płaszcza z puchatym kołnierzem, a także rękawiczek zwykle widniejących na długich, smukłych palcach byłego pianisty, co zapewne mogło utrudniać znacząco rozpoznanie go przez ludzkie jednostki patrolujące. Przewiązana wokół lewego nadgarstka jaskrawa chusta DOGSbyła niemiłosiernie pognieciona i zabrudzona przez desperacki kurz.
Zszyte, w sposób misternie doskonały, rany na plecach po wilkopodobnym stworze, z którym przyszło mu się mierzyć, wymuszały na nim sztywność w ruchach i poruszaniu. Nie byłby także sobą, gdyby dbał jakoś szczególnie o pozory, że interesuje go ten nagły rumor, który wygrywał mu na nerwach jedynie nakręcającą do agresji morderczą melodię. Posykiwanie stało się zatem coraz częstsze, jakby wyrażało coś na wzór frustracji i poirytowania, lecz poza tym z jego warg nie wyrwały się żadne słowa.
Wędrował już dostatecznie długo, by swoją nieobecnością zagrać na nosie niemiłego Jekylla, który z tej lekcji powinien wyciągnąć jasne wnioski. Bezpieczeństwo Earla, choć był tylko ożywionym przez jekyllowy artefakt szkieletem ptaka, okazywał się w praktyce jedyną relacją, którą ten samolubny i egocentryczny Lis względnie akceptował. Z naciskiem na słowo względnie, rzecz jasna. Problemy ze spuszczeniem oka ze swojej obsesji bywała na przestrzeni stu lat jego przynależności do gangu dla samego Hyde'a dość problematyczna, bo kiedy tylko lądował w siedzibie — znawca medycyny chciał go mieć nieodzownie stale obok siebie. Samemu zdziczałemu, co chyba oczywiste, wcale to nie przeszkadzało. Został bowiem oswojony przez Jekylla, więc tylko w jego obecności zachowywał umowną samokontrolę, czasem widocznie walcząc z czysto zwierzęcym, instynktownych odruchem, a w efekcie, czego mógłby zrobić Królowej Angielskiej krzywdę mniejszego lub większego kalibru. Mimo to, przez te pięćdziesiąt lat po niezliczonej liczbie ukąszeń, sam doktor uodpornił się przez stałe wręcz ukąszenia z jadem, którą zdziczały wymordowany na początku traktował go niemalże na dzień dobry, przy złamaniu odległości i zignorowaniu uprzedniego ostrzegawczego syczenia.
Kiedy obecność hałaśliwych maszyn, wzbijająca w niebo tylko masę pyłu i wzmożenie jego irytacji dźwiękiem, który wkrótce zamikł, dopiero wtedy spotykając się z zainteresowaniem ze strony czarnowłosego. Przystanął zatem, odwracając się powoli w stronę swoich wrogów, lecz kiedy tylko jego wzrok zatrzymał się na jego wrogu numer jeden, przekrzywił głowę, jakby w wyraźnym, czysto zwierzęcym zainteresowaniu. Postawił szkielet ruszającego się ptaka stale na swoim lewym ręku, by drugą pogłaskać jego łebek. Denerwująca jasnowłosa kobieta nie wyciągnęła odpowiednich wniosków z lekcji po zadanym jej ukąszeniu i prezentach w postaci licznych blizn, które w akcie szału pozostawił na jej ciele, nie bacząc na nic. Syknął pod nosem, obrzucając pozbawionym większego wyrazu spojrzeniem żołnierzy. Nawet on wiedział, że w przypadku trzech na jednego szans większych nie miał, szczególnie w takim, a nie innym stanie zdrowia. Brak dostępu do pożywienia przez parę dobrych dni znacząco osłabiło jego reaktywność i percepcję, dlatego też zdecydował się na pozostanie w jednym miejscu, tak jakby w jego głowie zaświtał motyw widzianego bardzo dawno temu filmu, w którym wymierzenie broni w kierunku przeciwnika kończyło się czasem uniesieniem rąk do góry. Tego drugiego nie uczynił, ale zastygł w bezruchu, wpatrując się nienawistnie, intensywnie zielonymi oczami w jasnowłosą kobietę.
Tym razem zginiesz — zapowiedział jedynie ochrypłym głosem, rozruszywszy swoje zastałe struny głosowe, którego od poprzedniej kłótni z Jekyllem nie wykorzystał. Nie przejawiał żadnych skłonności do gadania do siebie, a ze szkieletem ptaka rozmawiał tylko wtedy, gdy wspomniany Doktor wykorzystywał swoje cyrkowe umiejętności brzuchomówstwa.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 19/4/2017, 05:21
Aż za dobrze pamiętała pierwsze spotkanie z tym wybitnym pod wieloma względami wymordowanym, który na zawsze pozostawił po sobie ślad na jej bladej, norweskiej skórze. Porcja trutki jaką jej zaaplikował przy tamtym spotkaniu również mocno wyryła się w pamięci Pani Hycel, która przeżywała w tych niemiłosiernie długich minutach katusze porównywalne do piekielnych tortur zadawanych grzesznikom. Przyjęcie jego egzotycznego miksu jadowego dało jej mocno po kościach, ale blondynka wierzyła, że karma odpłaca pięknym za nadobne. Tak jak teraz.
Żwir ze świstem mielił się i wylatywał spod kół pędzącego motocykla Lancaster. Była w pełni skupiona i gotowa na… praktycznie wszystko. Przeszło jej przez myśl, że wymordowany może w bardzo kuszący sposób wylądować pod jej kołami, gdzie jego kości zostaną wymielone z mięśniami na nieprzyjemną papkę, a chociaż wizja ta zdawała się jej bardzo przyjemna, tak nie miała prawa bytu na przestrzeni służbowej. Nie przyjechała tutaj, aby go zamordować. Draśka na służbie nigdy nie mieszała swoich własnych pobudek z rozkazami. Nawet jeśli była to Desperacja i zaufani żołnierze, którzy nigdy nie szepnęli by słówkiem o tym incydencie. Hyde musiał zostać pojmany, nie zabity. Wezwano już nawet krążący w okolicy wóz przewozowy, w którym zawsze przenoszono wymordowanych.
Norweżka zauważyła, że mężczyzna ani drgnie. Jak na rasowego mutanta przystało – nie wiedział kiedy odpuścić, ale Kapitan nie miała dla niego żadnej taryfy ulgowej. Nacisnęła hamulce, szarpnęła kierownicę i skręciła ciałem metalowego wierzchowca posyłając bolesną falę drobnych kamyków i duszącego pyłu w stronę wymordowanego. Motocykl jednak nie wjechał na mutanta. Uniknął kolizji, gdy tylko Hycelka ponownie przekręciła gaz omijając Hyde’a szerokim łukiem. W trakcie tego manewru jej podopieczni żołnierze nie czekali na zaproszenie do tańca z wężownikiem. Posiadając amunicję z silnym środkiem usypiającym wystrzelili profilaktyczną porcję w chmurę dymu. Na oko, bo na oko, ale procedury to procedury. Łut szczęścia był zawsze największym sprzymierzeńcem ludzi i to nie tylko S.SPEC.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 3/5/2017, 23:53
Ich poprzednie spotkanie niewątpliwie zapisało się w pamięci jasnowłosej, gdyż zdziczały nie posiadał litości dla nikogo niezależnie od płci czy wyglądu — tym bardziej, że pozostawił po sobie masę pamiątek. Nie dało się jednak ukryć, że rzadko kto kończył po jego ukąszeniu żywy bez wykorzystania calutkiej zawartości silnej ampułki antyjadowej autorstwa Jekylla, którą komuś udawało się samodzielnie sobie zaaplikować drążącymi rękoma w obliczu rosnących z każdą kolejną chwilą uszkodzeń układu nerwowego. W przypadku mieszanki jadu mamby czarnej i kobry królewskiej, której posiadaczem był Hyde, każda sekunda z narastającym bólem miała przeogromne znaczenie. Samo zlekceważenie zakazu Lisa o tym, że ma nie kąsać innych ze względu na jawną niehigieniczność takiego procesu znajdowała się w tak wyjątkowych sytuacjach, jak ta z panią Lancaster, na końcu jego umysłu, odsunięta brutalnie na bok w obliczu zwierzęcego, instynktownego ataku. Nikogo do tej pory jednak Hyde nie obdarzył taką nienawiścią jak tę zadziorną Hyclównę. Prezentował się wówczas o wiele lepiej — w standardowym płaszczu z puchatym kołnierzem czy czarnymi rękawiczkami na długich, smukłych palcach, niż w tej chwili, a co najbardziej kluczowe — nie znajdował się w tak mizernym stanie zdrowotnym.
Wzbity w powietrze piach i pomniejsze kamyki bardzo go rozdrażniły, czego świadectwem było głośne syczenie, które zostało jednak stłumione przez warkot maszyny. Zakrycie oczu było odruchem bezwarunkowym w tej sytuacji, tak jak kaszel, kiedy ten dostał się do jego gardła. Palce drugiej ręki zacisnęły się jednak mocniej na szkielecie ożywionego przez artefakt ptaka. Z racji tego, że ciemnowłosy wymordowany nie poruszył się ani o milimetr ze względu na swój obecny stan, jak i brak rozsądnego postępowania czy skłonności do ucieczki zawdzięczał, którą to z kolei zawdzięczał po części wysokiemu stężeniu wirusa X i po części podwójnej zawartości swojego genotypu bogatszego o dwa najbardziej jadowite węże. Łut szczęścia w przypadku S.SPEC nie był wcale naciągany, bo strzały z silnym środkiem usypiającym trafiły do znajdującego się w tym samym miejscu celu. Zaowocowało to oczywiście agresywniejszym machnięciem wolną ręką, jakby miało to rozwiać ten cholerną zasłonę dymu, ale nie zdało się to na nic, lub trafić w któregokolwiek członka organizacji. Przy osłabieniu i zmęczeniu środek usypiający w dość sporej ilości rozprzestrzenił się zaskakująco szybko w ciele wymordowanego, pchając go wprost w objęcia Morfeusza. Opór okazywał się bezcelowy, nawet kiedy zachwiał się, cofając się następnie nieco w tył. Zachowanie równowagi zaczęło stanowić dla niego problem, jakby ciało zostało wypełnione ołowiem, tak samo jak powieki zrobiły się o wiele cięższe niż powinny. W niedługim czasie, zanim jeszcze całość piasku wirującego w powietrzu i pyłu zdążyła opaść, Hyde wbrew swojej woli finalnie padł na ziemię nieprzytomny, policzek opierając o piasek, a ta chwilowo stała się jego poduszką. W odruchu tracenia świadomości przycisnął jeszcze do siebie szkielet ptaka, wcześniej natomiast nieskutecznie próbując się temu przeciwstawiać, choć nie miało to większego sensu.

Potem to poprawię.~





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Gość on 7/5/2017, 03:25
Bolesne skurcze, mdłości, ślinotok, opuchlizna, zawroty głowy, paraliż… wszystkie swoje doznania pamiętała, aż nazbyt dokładnie z tamtego jakże feralnego dnia, po którym blizny na szyi, ramieniu, plecach i brzuchu ciągle przypominały o porażce. Jej walka o życie z tym przeklętym jadem trwała zaledwie kilku minut, jednak zdążyła w tym czasie głęboko wypalić się w umyśle nie pozostawiając Kapitan żadnych złudzeń co do niebezpieczeństwa jakim Hyde zdecydowanie nie gardził. Nieopisany ból i chęć odpłacenia pięknym za nadobne napędzała Lancaster w ten sam sposób w jaki benzyna obecnie napędzała jej pojazd szarżujący po wertepach Desperackiej pustyni. Z szumem przewalanego piasku i gruzu zatrzymała motocykl wydając ostatni, mechaniczny ryk dzikiego wierzchowca, którego echo poniosło w górę kanionu działając jak pudło rezonatora. Wydawało się, że był aż za głośny. Że zaraz kamienie runą ze ścian zasypując ich lawiną odłamków.
Tak się jednak nie stało. Wszystko było na swoim miejscu, chmura pyłu unosiła się ciągle w powietrzu, a słońce parzyło niemiłosiernie powierzchnię. Dobrze, że na dnie był cień i chłód, przydatny przy starciu, chociaż nawet to nie pomogło wymordowanemu w starciu z wojskowymi.
To było, aż za proste. Bardzo dziwne. Trochę niespodziewane. Już? Tak szybko? Po sprawie?
Draśka zachowała czujność. Tak samo jak pozostała dwójka, która od razu po wystrzeleniu serii czekała na jakikolwiek tylko ruch w chmurze pyłu. Tak się nie stało. Gdy piasek opadł ich oczom ukazał się widok śpiącego mutanta, który równie dobrze mógł udawać, że śpi.
- Bravo 2, raportuj – rzuciła Kapitan w eter, jednak pozostały skład siedzący na skraju kanionu od razu wyłapał rozkaz.
- Bravo-2, zgłaszam się. Transporter będzie za jakieś 5 minut, wjechał już w przesmyk kanionu.
Celując lufą swojego pistoletu w leżącego mutanta ostrożnie podeszła do jego ciała. Krok po kroku. Tak samo zrobili dwaj inni żołnierze wyczekując ataku, który… nie nastąpił?
- Wydawało mi się, że to mutant rangi A, Kapitanie…
- Wygląda gorzej niż kiedy ostatni raz się widzieliśmy. – Lancaster zawahała się podejść bliżej. Prymitywny strach i wizja kolejnego ukąszenia stanęła jej przed oczami na jedną sekundę. Zmrużyła oczy i dostąpiła do kundla obracając go brutalnie butem na plecy. Dostrzegła szkielet ptaka w ręku. Czyżby jego były posiłek? Nie… ten makabryczny towarzysz się ruszał.
- Tsk – wykrzywiła usta z pogardą patrząc na jego ubrudzoną twarz. – Wyłamcie mu ręce ze stawów i zwichnijcie kostki.
Podwładni rzucili jej mieszane spojrzenia.
Chyba nie muszę wam powtarzać, że to co tutaj leży to nie człowiek, a mutant? – kopnęła truchło w bok. – Ich trzeba traktować niehumanitarnie. Jego regeneracja i tak pozwoli mu się poskładać w przeciągu dnia. Ruchy, szeregowi.
- A co z tym… ptakiem?
- Tak długo jak się nie rzuci, aby wydziobać wam oczy z masek to go zostawcie. Niech ten gnój zna moją łaskę.
Żołneirze nic już więcej nie mówiąc przystąpili do dzieła. Jeden przewiesił swój karabin na plecy i schylił się do uspanego jak przy narkozie mutanta, a w tym samym czasie Draśka oraz drugi towarzysz trzymali Hyde’a na muszce gotowi wystrzelić w każdej chwili. W tym czasie transporter specjalnie przystosowany do przewozu osobników jego pokorju nadjechał otwierając tylną pakę. Zapięli i tak połamanego Psa w magnetyczne kajdany na kostkach i nadgarstkach, a następnie przypięli pasami bezpieczeństwa w pozycji leżącej do podłogi. Byli nieco oddaleni od bazy, dlatego Hyde zapewne się obudzi w trakcie podróży, ale nawet i na to S.SPEC był już przygotowany. Póki co jednak nikt, nieprzytomnemu nie miał zamiaru zdradzać sekretów ich pojazdów, a po skończonej robocie jedynie ruszyli pustynią konwojem. Draśka jadąc na tyle kolumny obserwowała na wyświetlanym ekranie motocykla śpiącego Wężownika, czekając na jego przebudzenie.





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Kanion

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Powrót do góry