Strona 1 z 6 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Go down


Puszcza Denatów Empty Puszcza Denatów

Pisanie by Gość on 1/11/2016, 21:44

PUSZCZA DENATÓW

Puszcza Denatów 7_mages___swamp_by_hunterkiller-d9vkgcx
Każdy las ma jakąś swoją nazwę czy przydomek, a nawet i niektóre części buszów potrafią mieć osobne imiona. W tym przypadku Puszcza Denatów była większą częścią lasu w Desperacji, który słynął z urodzaju tak wielkiego, że niektórzy próbowali go nazwać "Drugim Edenem"... do czasu, aż liczne bestie zamieszkujące to miejsce nie wymordowały blisko setki osób. Nie ma co się dziwić, że gleba jest tu tak żyzna, czyż nie?
Można się zapuścić w labirynt drzew tego miejsca tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność i chciwość. Najbardziej zdesperowani przybywają do tej puszczy po jedzenie i wodę, ale jedynie nie liczni wychodzą stąd żywi.

________________________________________________________



- Wszystkie jednostki na stanowiskach. Czekamy na sygnał, kapitanie.
- ... brać ich.
Świst lecących przez zarośla strzałek z środkiem usypiającym nawet nie zdołał się przebić przez donośne powarkiwania i krzyki bandy wymordowanych urządzających sobie nie małą rzeźnię w Puszczy. Piątka mutantów vs wielki pająk. To ci dopiero było widowisko, które niestety nie zdołało wytrwać do ostatniego aktu. Grupa Hyclów tropiła tą bandę od kilku dobrych godzin, aż w końcu doczekali się idealnego momentu na przypuszczenie ataku. Dwójka wymordowanych leżała już martwa na ziemi, pająk ledwo dogorywał z pięcioma odnóżami i rozszarpanym odwłokiem, a małpio-kształtni "zombie" próbowali go dobić czym tylko popadnie.
Pierwsza seria strzałek wbiła się w plecy i głowę jednego z nich. Człekokształtny z poszarpaną, zieloną szmatę na torsie odskoczył zaskoczony, ale po zaledwie kilku sekundach opadł na ziemię uśpiony przez narkotyki. Z przeciwnej strony nadleciały kolejne pociski usypiające, które wbiły się w ciała drugiego celu. Trzeci towarzysz odskoczył od pająka unikając swojej dawki. Przerażony zaczął uciekać w stronę haszczy, z których na jego nieszczęście została wystrzelona mocna siatka oblepiająca ciało. Mutant padł na ziemię spętany przez ciężką nić i warczał rzucając się na wszystkie strony. Po chwili rozległ się przenikliwy świst i łeb pająka rozprysnął się na miliony drobnych kawałeczków makabry, gdy soczysta seria pocisków z Destroyera spenetrowała jego pancerz.
W zaledwie kilka minut było po wszystkim.
Z cieni drzew wyłoniło się kilka psów i dobrze uzbrojonych postaci odzianych w nowoczesne maski przeciwgazowe, których część twarzowa była jak "szklana" płytka w jednolitym, błękitnym kolorze.
- Sprawdźcie teren dla pewności i dajcie sygnał przewoźnikom. - Zmodyfikowany przez elektroniczny modulator głos zarządził resztą wojskowych, a po chwili kobieta, która była jego właścicielką sięgnęła dłonią do blokady zlokalizowanej za prawym uchem. Szczelna szybka rozdzieliła się na dwie części i złożyła po bokach głowy Pani Kapitan, a po chwili reszta hełmu opadła na ramiona i kark tworząc zbity kołnierz elektroniki wokół szyi. W jej ślad poszła reszta zespołu Hyclów.
- Co z martwymi ciałami, Kapitanie?
- Zabezpieczyć i wrzucić na pakę. Naukowcy z D2 ostatnio narzekali na brak tkanek.
- Tajest!
- ... i lepiej się pospieszcie. - Dodała po chwili przewracając butem jedną z nóg wielkiego pająka. - Zapach padliny szybko się rozchodzi w tej okolicy.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Gość on 1/11/2016, 23:30
Odgłosy walki nikły, ale parę metrów nad nimi walka o oddech, którą przegrywała właśnie Maddie, trwała w najlepsze.
Wdech.
Wydech.
Powoli.
Wdech.
Wydech.
Od ponad tygodnia chodziła z dziwnym uczuciem ucisku na piersiach, z lewej strony, kradnącym kolejne konieczne do życia oddechy. Początkowo myślała, że to tylko kwestia zmęczenia, może obtarła sobie bok, może plecak poobijał jej to miejsce... ale gdy do ucisku dołączył suchy, wstrząsający całym wychudzonym ciałem kaszel, zrozumiała, że prawda jest o wiele, wiele gorsza.

Pamiętała, co należy robić w przypadku zimowych chorób - wszyscy dorośli, którzy kiedykolwiek się nią opiekowali, wbijali jej te informacje do głowy bezustannie, pewni, że prędzej czy później będzie musiała się z nią zmierzyć sama. Rozgrzewająca maść z tłuszczu i ziół (miała resztkę), bezpieczne miejsce (niemal niewykonalne), ciepło (wykonalne, jeśli znajdzie suchy chrust), dużo wody (niekoniecznie pitnej), szałwia (nie widziała żadnej od dwóch sezonów), miód (o tej porze roku pszczoły mogą być niebezpieczne), wreszcie kora wierzby i lipy. Większość z tych rzeczy mogła znaleźć w lesie.

Zbliżającego się pająka na szczęście usłyszała z daleka; jego ciężkie odnóża szeleściły cicho na suchej ściółce, dając dziewczynie czas na działanie i ukrycie się wśród gałęzi najdorodniejszego drzewa w okolicy. Nie miała wielkich nadziei na uniknięcie walki: zmutowane drapieżniki zwykle posiadały bardziej wyczulone zmysły niż zwykłe zwierzęta. Mogła jedynie przygotować strzelbę, ustawić się w strategicznej pozycji i liczyć na cud...
...który, ku jej uldze i zdumieniu, nadszedł, po czym niemal od razu przerodził się w koszmar.

Pająk był przewidywalny; niebezpieczny, ale przewidywalny. Grupa wymordowanych była gorsza; każdy wiedział, że nie istniało nic gorszego, niż mierzenie się z inteligentnym przeciwnikiem.
Wojsko było koszmarem.
Maddie słyszała historie o mieście. Niespecjalnie w nie wierzyła: opowiadał je głównie Heck, a nawet jako dziecko wiedziała, że Heck lubił opowiadać bajki, tak przynajmniej twierdzili wszyscy, którzy go znali. No bo jak to sobie wyobrazić - budynki pełne jedzenia, które się nie psuło i którego nikt nie rozkradał? Ludzie, którzy nie nosili broni? Świat pozbawiony wymordowanych i zmutowanych bestii? Bajki. I chociaż Maddie wiedziała, że miasto faktycznie istniało, zawsze myślała o nim jak o jeszcze jednym gangu, podobnym do DOGS, jedynie lepiej uzbrojonym, a jak każdy rozsądny Desperat Mad wiedziała jedno - przecięcie drogi z kimkolwiek z gangu nie mogło skończyć się dobrze. Dlatego właśnie siedziała teraz tak cicho, jak tylko potrafiła, ściskając jedną ręką gałąź nad sobą, drugą zakrywając nos i usta, starając się uspokoić chorobliwy oddech, który wyrwał jej się spod kontroli, a który mógł doprowadzić do jej śmierci zanim zimowa choroba zdąży się nawet rozwinąć.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Gość on 26/11/2016, 04:23
Jej oddział nie kazał długo na siebie czekać. Wytrenowani wojskowi momentalnie przystępowali do działania wykonując czynności z przerażającą skutecznością. Bez certolenia się spięli kończyny uśpionych ofiar, założyli im kagańce na głowy, a następnie przerzucili ich przez ramiona jak worki ziemniaków i zaczęli ponownie przedzierać się przez gąszcz roślin w stronę pojazdów czekających w mniej zagęszczonej części puszczy.
Czterech żołnierzy, Pani Kapitan i psy im służące pozostali jeszcze na miejscu polowania. Dwójka z nich zbierała próbki z ogromnego pająka do plastikowych pojemników, a reszta obserwowała otoczenie wyczekując ataku kolejnych mutantów, albo co gorsza bestii.
Lancaster zauważyła, że część psów ciągle węszy dookoła jednego z drzew gdzie zirytowane ryły łapami w korze i spoglądały w górę. Zmrużyła oczy podejrzliwie i odsunęła się od zbierających próbki. Palcem prawej reki przycisnęła guzik na kołnierzu, który momentalnie powrócił do trybu hełmu kryjąc twarz Andraste za błękitną szybką.
- Panowie. Jeszcze coś się tutaj kręci. - Poinformowała resztę oddziału, która momentalnie weszła w tryb gotowości. - Nad nami. - Dodała gdy wojskowi nerwowo zaczęli się rozglądać dookoła.
Bujne korony drzew dobrze jednak ukrywały osobę siedzącą gdzieś tam na górze przez co nie mogli za wiele zrobić. Tylko czekać.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Gość on 21/6/2017, 16:33
/ Powyższy wątek chyba jest już nieaktualny? :v

Desperacja była miejscem z pewnością rozległym, dzikim i nieodkrytym. Chociaż kiedyś ten świat był wszystkim dobrze znany, to dziś był tak zniekształcony i pokręcony, że nawet nie przypominał tego co niegdyś tu się znajdywało. Taka była i ta puszcza - z pozoru zwykły las, jakich kiedyś było wiele. Czas i cały świat chyba o niej zapomniał. A może tylko udawała zapomnianą aby zwabić do siebie nowe ofiary?
Szumiał lekko wiatr w koronach tutejszych, pokręconych drzew. Była to krótka, smutna melodia, która wprowadzała w melancholię. Coś jednak nagle zaburzyło rytm tej smutnej pieśni - był to stukot kopyt. Tak, kopyt! Czyżby koń? Sarna? Zza jednego z drzew w końcu wyłoniło się coś co... Trudno było opisać w pierwszej chwili. Anatomię miało to konia, ale nie przypominało ani trochę łagodnego, kopytnego zwierzęcia. Sierść jego była wypłowiała, brudnoszara, a grzywa poszarpana. Posiadało to przezroczyste skrzydła ważki, możliwe nawet, że latało. Czoło zwierza zdobił powykrzywiany w dziwny sposób róg. Jednorożec? Można tak powiedzieć...
Koniowaty przemykał w cieniu drzew powoli, ze spuszczonym łbem. Stukot jego kopyt był głuchy i przytłumiony przez grząskie runo leśne. Było tutaj nieopodal niewielkie, już niemal wyschnięte źródełko wody. Sama czystość owej wody wzbudzała wiele kontrowersji, jednakże czy takiemu trupiemu koniowi mogło już coś bardziej zaszkodzić? Raczej nie, dlatego też do źródełka podeszła raczej pewnie, zanurzając w nim swoje chrapy. Było zimne, wręcz lodowate co w pierwszej chwili ją odrzuciło, jednakże kontynuowała picie. Zastrzygła swoimi spiczastymi uszami, wykręcając nimi a to w lewo a to w prawo, nasłuchując bacznie okolicę.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Shane on 21/9/2017, 11:33
Życie najemnika wiązało się z ciągłą podróżą i wiecznym zmęczeniem. Wielu z nich nie potrafiło przywyknąć do koczowniczego trybu życia, często też osadzając się w Smoczej Wieży i szkoląc nowych rekrutów. Na szczęście w szeregach nie brakowało wybitnie odważnych oraz sprawnych jednostek, które rwały się na pole walki. Wieczny, będący dobrym przykładem idealnego najemnika, wziął pod swoje skrzydła młodego chłopaka — Leitha.
Rzucono ich na rutynowe działania. Sprawdzenie terenu, zabezpieczenie go przed nieproszonymi gośćmi, a może nawet zwerbowanie kogoś nowego w szeregi. Dodatkowo potrzebowali zapasu jedzenia, a okoliczne wieśniaki hodowali najlepsze prosiaki w okolicy, a handlowanie z nimi z dnia na dzień stawało się coraz prostsze.
Wydawać się mogło, że misja przebiegnie bez zbędnych fajerwerków. Droga bez zbędnych przeszkód, pogoda całkiem znośna. Bez większych przeszkód wydostali się na otwartą przestrzeń Desperacji, zmierzając ku małej wiosce. Po paru godzinach na ich drodze w końcu pojawiła się żywa postać, a parę metrów za nią stało jeszcze kilka. Najemnicy mogli w końcu poczuć ulgę, gdyż oznaczało to, że zbliżają się do jakiejś cywilizacji.
Staruszek kopał dół, a reszta grupy siała i zakopywała doły. Wioska musiała być niedaleko. Ktoś w końcu zauważył Drug-onów. Kobieta, trzymająca wiklinowy koszyk, wypuściła go z rąk widząc ich. Krzyknęła i przerażona, wytknęła ich palcem reszcie. Pozostali zareagowali podobnie. Strach, przerażenie, obawa.
Szybko! Uciekajmy! Zanim nas zabije! — krzyknął staruszek, wypuszczając narzędzie z rąk i czym sił w nogach pędził w stronę wioski, aby ostrzec innych.
Dziwna sprawa.



_________________________

x Dopisek: Róbcie co chcecie, ale macie zmierzać ostatecznie do wioski. Przy sobie możecie mieć 5 rzeczy z magazynu Smoków.
x Obrażenia: Brak
x Termin: Na razie nie narzucam wam terminów, jeśli chcecie to dajcie znać.




Puszcza Denatów 3ZcQOrZ

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
Shane





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Gość on 22/9/2017, 22:01
Na co dzień należał raczej do grona tych wycofanych najemników — nie trzymał się grupy, zdecydowanie lepiej pracowało mu się w pojedynkę, gdy nikt nie patrzył mu na ręce. Nie pchał się do wszystkich zleceń, by później chwalić się w towarzystwie tym, ile misji zakończył powodzeniem. Zwykle działał gdzieś na uboczu wraz ze swoim jastrzębiem — równie cichym jak sam Leith, prawdopodobnie dlatego tak dobrze się dogadywali, choć ciężko mówić o jakimkolwiek dogadywaniu się jeśli obie strony milczą, prawda? W każdym razie... nawet jeśli zwykle wolał zajmować się zleceniami sam, to nigdy by nie odmówił innemu członkowi organizacji pomocy. Nigdy. Tylko wszyscy musieli liczyć się z tym, że prawdopodobnie znaczna część jakiejkolwiek podróży minie w milczeniu, bo niedoszły weterynarz zdzierał swoje struny głosowe (bo tak, dla niego nawet wyszeptanie kilku słów było sporym wyczynem; gardło miał zdewastowane) bardzo rzadko, odzywał się tylko, gdy wymagała tego sytuacja, a raczej gdy on uznał, że sytuacja tego wymaga.
Nie szykował się zbyt długo, bo zwykle miał przy sobie to co było mu potrzebne — z magazynu wziął jedynie apteczkę (może i wykwintnym medykiem nie był, ale jakieś medykamenty zawsze mogły się przydać), zgarnął dwie pomarańcze (głównie dlatego, że na Desperacji ciężko było o jakiekolwiek cytrusy, a jego organizm potrzebował witaminy C), pół litra wody i glocka 17, tak na wszelki wypadek, bo nic innego do obrony nie miał. Wszystko wrzucił do swojej skórzanej torby, którą nosił na prawym ramieniu. Potem odnalazł Wiecznego, z którym to miał wyruszyć w teren. No i ruszyli.
Droga zapewne minęła im w milczeniu, a już na pewno ze strony Leitha, którego błękitne, ciekawskie oko rozglądało się na boki, próbując wybadać kiedy zawędrują w miejsce, które mieli przeczesać. Na jego ramieniu oczywiście posłusznie stał Nayden — jego ukochany jastrząb, który równie skrupulatnie przyglądał się okolicy, czekając cierpliwie na drobny sygnał od swojego właściciela, by móc wbić się w powietrze i zebrać jak najwięcej informacji. Ale blondyn nie dał żadnego sygnału, więc ciche ptaszysko nadal trwało w miejscu, dziobem drapiąc się po skrzydle.
Po jakimś czasie dostrzegli jakieś postacie — prawdopodobnie byli coraz bliżej. Nayden poruszył się gwałtowniej tym razem nieco zniecierpliwiony, ale jedno machnięcie ręką Lockleara wystarczyło, by zwierzał osiadł spokojnie na swoim miejscu, wbijając pazury w materiał bluzy swojego właściciela. Grupka ludzi z początku nie dostrzegła zbliżających się do nich najemników, ale gdy tylko ktoś w końcu ich dostrzegł rozległy się jakieś krzyki.
„Szybko! Uciekajmy!”
Blondyn natychmiast spojrzał na biomecha, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie, w którym można było doszukać się również jakiegoś lekkiego zdziwienia. Informacje o misji miał bardzo ogólne — nie zagłębiał się w nie szczegółowo. Wiedział jedynie, że wraz z Wiecznym ma sprawdzić pewien teren i zahaczyć o pobliską wioskę. Nic specjalnego. Ale Ci ludzie... ich reakcja była co najmniej dziwna.
Nie czekał zbyt długo na to aż przyjazny najemnik podejmie jakąś decyzję — bez jakiegokolwiek namysłu włożył do ust palce, wydając z siebie dwa, podłużne gwizdnięcia, które były sygnałem, by Nayden wzbił się w powietrze. Dodatkowy ruch ręką oznaczał jedynie tyle, by ptak nie leciał zbyt wysoko. Zwierzak oczywiście posłusznie skoczył, rozpostarłszy skrzydła. Minęła dosłownie chwila zanim znalazł się kilka metrów nad głowami Smoków. Miał patrolować teren i informować o jakichkolwiek zagrożeniach/zmianach. Leith mógł go do siebie przywołać w każdej chwili.


Ostatnio zmieniony przez Leith dnia 29/9/2017, 19:24, w całości zmieniany 1 raz
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Yury on 24/9/2017, 03:13
Z niebywałym zaangażowaniem miętosił w ustach papierosa, zaciskając mocno pożółkłe zęby na filtrze. Wcisnął ręce do kieszeni kurtki, podziwiając upośledzonym przez jaskrę wzrokiem zdewastowaną przez apokalipsę ziemię Desperacji. Okolica była w miarę przystępna i wyjątkowa łaskawa dla dwójki najemników. Cisza i spokój. Dwie rzeczy, które nie chodziły ze sobą w parze na wysuszonym przez górujące nad głowami słońce pustkowiu napełniały Wiecznego złym przeczuciem.  
Zerknął kątem oka na swojego towarzysza, w charakterze szczeniaka, którego w zasadzie ledwo, co kojarzył, by się upewnić, że nadal szli ramię w ramię i strzepnął popiół z wyrobu tytoniowego, który - niczym śnieg - osiadł na ziarnkach piasku. Yury - przez swój indywidualny charakter, ograniczoną lojalność do zbędnego minimum i brak miłości do pracy zespołowej - z reguły pracował solo. Partner był dla niego zbędnym blastem, kulą u nogi i dodatkowym powodem do narzekania. Takowy nie był mu potrzebny, bo przecież działanie na własną rękę w jego przypadku było efektywniejsze niż jakakolwiek męczą na dłuższą metę współpraca. Dziś jednak nie przeszkadzała mu obecność drugiego najemnika. W sumie chwilami całkowicie o nim zapominał, może głównie dlatego, że każda próba złapania kontaktu ze Smokiem kończyła się wymownym milczeniem, a może dlatego, że nie zamierzał go niańczyć. Fizycznie wyglądał jak dzieciak, ale jego przynależność do bandy najemniczej z pewnością nie była dziełem przypadku i mówiła sama za siebie. Wiek wizualny nie był tu bynajmniej żadnym wyznacznikiem.
Yury zmrużył oko, dostrzegając przed sobą zarys paru postaci. Na jego usta mimowolnie wślizgnął się stłumiony przez nadal tkwiący między zębami papieros uśmiech, który zaraz znikł. Tubylcy najwyraźniej nie byli do nich przyjaźnie nastawieni, mimo iż Drug-oni nie mieli względem nich złych intencji. Sprowadzały ich interesy - głównie chęć uzupełnienia zapasów żywności w święcącym coraz większą pustką magazynie, ale nie miał im okazje tego wytłumaczyć. Wymienił z Leithem porozumiewawcze spojrzenia, kiedy to grupka wyposażona w łopaty ewakuowała się na ich widok pośpieszenie.
Hm — mruknął, kiedy ptak wzbił się w powietrze na sygnał swojego właściciela.  Dobra decyzja, pochwalił dzieciaka w myślach. — Chyba ktoś im ostatnio mocno nadepnął na odcisk, skoro tak srają w gacie na nasz widok — podsumował błyskotliwie, zaciągając się leniwie ukochanym nałogiem, częściowo zaciekawiony komu zaleźli za skórę. Może znów jakiś porypany gang postanowił powiększyć swoje terytorium, albo po prostu wymusił haracz na biednych chłopach? Może stali się ofiarą szajki zdziczałych albo innych popaprańców, których wirus X wyprodukował całkiem sporo? A może po prostu ich poziom tolerancji na obcych był zastraszająco niski i trudno się temu dziwić.
Wyrzucił niedopałek i zgniótł go mocno podniszczoną podeszwą buta. Za dużo opcji, by zgadnąć.
Chodźmy to sprawdzić — zdecydował, bo i tak nie mieli nic innego do roboty, a Wiecznemu brakowało wrażeń. Prawie przysypiał na stojąco, już trochę ogarnięty zmęczeniem przez tę niezbyt bogatą w atrakcje wycieczkę.
Upewnił się, że w zasięgu jego dłoni znajdowała się zgarniętą z magazynu spluwa w charakterze poręcznego Glock 17. Miał przy sobie też butelkę z wodą, dwa dodatkowe magazynki i swój nóż z prywatnego zaopatrzenia  - pamiątkę z M-6, z którą nigdy się nie rozstawał.  
Ruszył w kierunku, w którym uciekli ci ludzie.


Puszcza Denatów A2X6AkL
I've lost my patience,
When are you gonna decay.
tekst alternatywny
Yury





Yury
Wieczny     Zarażony
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Shane on 26/9/2017, 19:39

Mieszkańcy wyglądali na autentycznie przerażonych. W pośpiechu pogubili swoje narzędzia, które w obecnych czasach były niesamowicie cenne. Sami wystrugali z drzewa trzon do większości narzędzi rolnych. Ich dorobek przepadł w kilka chwil, kiedy na horyzoncie zobaczyli nieprzyjaciół. Zniknęli z pola widzenia najemników, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie i utartą ścieżkę.
Wioska znajdywała się godzinę czasu drogi od miejsca, które z krzykiem opuścili wieśniacy. Zmierzając przed siebie nie minęli żadnej żywej duszy. Wszystko, co wskazywało na obecność człowieka zostało porzucone. Narzędzia, małe stadko owcopodobnych zwierząt i kosze z produktami, zebranymi na stęchłej ziemi, które jakimś cudem zaadoptowały się na martwym pustkowiu. To aż zadziwiające, jak ludzie potrafili sobie radzić w surowych, spartańskich warunkach. Przedostawali się do mniej zniszczonych miast, szukając w zrujnowanych sklepach, centrach handlowych pozostałości, dzięki którym będę mogli na nowo postawić cywilizację do stanu używalności. Trwało to długie lata zanim osiągnęli to co posiadali, dzięki czemu teraz mogli handlować choćby z Drug-onami, którzy znani byli z wykonywania zleceń nawet za żywność i inne przydatne dla nich materiały. Wieśniacy często korzystali z ich usług, jednak tym razem coś było nie tak. Ich zapał zniknął, a twarze wykrzywił strach oraz przerażenie. Droga obumarła w ludziach, i jedynie co został to kurz. Nawet pogoda zbuntowała się, ukazując swoje paskudne i wahające oblicze. Bezchmurne niebo zaszło ciemnymi, gęstymi chmurami, które obrodziły w deszcz. Rzęsisty deszcz lunął w ułamku sekundy, przemaczając ich ubrania do suchej nitki. W obrębie wzroku nie było widać niczego, co mogło wskazywać na tymczasowe schronienie. Niestety, musieli zmierzać do wioski wyglądając jak zmokła kura.
Kiedy już wkroczyli do niewielkiej mieściny, zmrok snuł się za nimi niczym ogon. Dopadł wioskę, okrywając szczelnie swymi ramionami.
Domy wydawały się zaludnione, jednak dziwnie zabezpieczone. Światła świec zgaszone, a otwory okienne zabite dechami. Jedynie grupka odważnych śmiałków, mająca w poważaniu zagrożenie, siedziała w karczmie nieopodal, popijając złote szczyny z żeliwnych kufli. Światło widać było już z daleka.





Puszcza Denatów 3ZcQOrZ

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
Shane





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Gość on 3/10/2017, 20:44
Szedł spokojnie do przodu, zaczepiając podeszwami butów o piaszczyste podłoże. Czasami natrafiał na zbiorowiska drobnych kamieni, które strzelały mu pod stopami — zupełnie jakby deptał kości jakiejś małej istoty, której (niestety) nie udało się przetrwać na plugawych ziemiach Desperacji. Łeb miał nieco zadarty do góry — niebieskie oko czujnie obserwowało Naydena, który co jakiś czas poruszał swoimi brązowymi skrzydłami, wciąż unosząc się te kilka metrów nad głowami najemników, którzy raczej niewzruszeni całą sytuacją szli przed siebie. W zachowaniu jastrzębia również nie dało się dostrzec jakiegokolwiek zawahania — posłusznie przeczesywał teren, zgodnie z zaleceniami blondasa.
Ten dzień był dla niego sprawdzianem — po raz pierwszy od bardzo dawna miał współpracować z innym członkiem organizacji. Już z samego początku uznał, że nie będzie się za bardzo szarżował — co zresztą i tak nie leżało w jego naturze, bo nigdy nie starał się nikomu przypodobać. Nie obchodziła go również jego własna reputacja — doskonale wiedział jaki jest, znał siebie i swoje możliwości, a Ci którzy wierzyli w jego umiejętności zawsze mogli liczyć na jego pomoc, zwłaszcza gdy należeli do najemniczej bandy. Dla swoich potrafił poświęcić naprawdę wiele, mimo tego swojego niepozornego wyglądu, który w pierwszej myśli przywoływał raczej obraz bezbronnego młodzieńca, a nie kogoś, kto w razie potrzeby potrafił wziąć sprawy w swoje ręce.
„Chyba ktoś im ostatnio mocno nadepnął na odcisk, skoro tak srają w gacie na nasz widok.”
Zwrócił się w stronę biomecha, obdarowując go pytającym spojrzeniem. Dłonią przeczesał swoje jasne włosy, dokładniej zasłaniając nimi mechaniczny okular przytwierdzony do lewego oka. W międzyczasie otworzył torbę, wygrzebując z niej plastikową butelkę, z której zręcznie pozbył się nakrętki, a następnie przycisnąć plastikową szyjkę do ust, by upić kilka oszczędnych łyków wody, będących dla jego zdewastowanego gardła niczym kojący dotyk. Dość szybko zakręcił butelkę i wrzucił ją z powrotem do skórzanej torby.
Odchrząknął, wydając z siebie kilka niemiłych dla uszu dźwięków, po czym rozchylił wargi — wyglądał jakby chciał coś powiedzieć. Usta poruszyły się — a raczej nieznacznie zadrżały — by nieco nieśmiało wydać z siebie już trochę bardziej ludzki odgłos.
Ra-- raczej na Tw-ój — wydusił z siebie te słowa z ogromnym trudem, co było po nim widać. Miał wrażenie, że jakiś sporych rozmiarów kamień własnie przychodzi przed jego gardło, dotkliwie raniąc je w każdym możliwym miejscu. Aż objął dłonią szyję, delikatnie masując kciukiem okolice grdyki. Zaraz po tym jak gdyby nigdy nic po prostu wrócił do obserwowania drogi, oczywiście zerkając przy okazji na swoją dodatkową parę oczu, która spokojnie szybowała po niebie.
„Chodźmy to sprawdzić.”
W odpowiedzi kiwnął jedynie głową, alarmując, że zgadza się z decyzją Wiecznego. Faktycznie wiało trochę nudą, a skoro już tu byli, to wypadałoby sprawdzić co takiego dzieje się z tymi wieśniakami. Być może czaiło się za tym coś naprawdę ciekawego? Coś co dostarczyłoby tej dwójce jakichś wrażeń?
Szedł z Yurym ramię w ramię (choć to stwierdzenie brzmi dość śmiesznie przy 15 centymetrach różnicy wzrostu), przyglądając się temu, co porzucili wieśniacy. Narzędzia, zwierzęta i kosze pełne jakiejś żywności — zostawili wszystko, co miało dla nich jakąkolwiek wartość. Musiało się wydarzyć coś naprawdę strasznego, skoro nikt nie pomyślał nawet przez chwilę o tym, by zgarnąć po drodze chociaż tą najcenniejszą część dorobku ich życia.
Chwilę później zaczęło padać.
Leith gwizdnął przeciągle — zasygnalizował swojemu jastrzębiowi, że to najwyższy czas by wrócić. Ptak posłusznie zaczął zlatywać, chcąc jak najszybciej dostać się do niedoszłego weterynarza.
Zmokli w moment. Locklear dość szybko zaczął odczuwać dyskomfort, gdy jego mokre ciuchy zaczęły się przyklejać do jego ciała. Dłońmi próbował odkleić od siebie wilgotny materiał. Wkrótce jednak spojrzał na swojego kumpla.
D-- deszcz nie wy-woła s-spięcia? — spytał niemalże szepcząc, bo wolał się upewnić czy nadmiar wody w metalowych częściach Wiecznego nie wywoła jakiegoś zwarcia, bo gdyby takie nastąpiło to raczej nie potrafiłby mu pomóc, bo na mechanice i robotyce nie znał się w ogóle.
Wkrótce dostrzegli wioskę z wyróżniającą się gospodą. To właśnie do niej powinni się udać — niektórzy lubię paplać jęzorem po pijaku, mogli zdobyć trochę cennych informacji od miejscowych pijusów albo barmana. Ktoś musiał wiedzieć co się stało, dlaczego wszyscy chłopi po prostu uciekli.
avatar





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Yury on 5/10/2017, 01:58
Yury nie lubił współpracować. Współpraca ciągnęła go do odpowiedzialność i troski o los drugiej osoby. Nie raz też przekreślała szansę na zrealizowanie zlecenie, czy nawet wyjścia z niego cała, w jednym kawałku, bo - do cholery - kiedy zostały przydzielone zadania, trzeba było polegać na drugiej osobie i w tym tkwił problem. Na tym zawsze człowiek mógł się przeliczyć, bo zaufanie było małą zdzirą - praktycznie nie powinno zaistnieć na nieobliczalnych ziemiach apokalipsy. Nie miał więc zamiaru testować Leitha i wystawiać go na próby, testował natomiast samego siebie. To było o wiele prostsze i łatwiejsze. Chujowy był z nich instruktor.
Potraktuję to jako komplement — parsknął z widocznym rozbawieniem. Musiał przyznać, że trochę w tym racji było. Z ich dwójki, to on wyglądał jak kryminalista, który z trudem przecisnął się przez kraty sprawiedliwości. Nieuczesany, nieogolony (dziś zrobił wyjątek), z niezbyt przyjaznym wyrazem twarzy. Leith pod względem estetycznym prezentował się zdecydowanie lepiej. W zasadzie, gdyby był przeciwnej płci, nie zła laska by z niego była. Urocza, drobna blondyneczka o niebieskich oczach. Zwolnił na chwilę i zerknął na pośladki Smoka - tyłek też miał niezły. Może trochę za chudy i kościsty, ale nie najgorszy. Ideał piękna. Nic tylko brać na każdej płaszczyźnie płaskiej. Może powinien zaproponować mu korepetycje z zakresu seksuologii praktycznej?
Parsknął po raz kolejny. Jeszcze wystraszyłby taką propozycją dzieciaka, który widocznie nie był zbyt zachwycony nowym towarzystwem. Jąkał się i dukał, choć Yury słyszał, że miał kiedyś problemy z gardłem, stąd te nieścisłości. Wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru o to pytać. Wolał pilnować swoich interesów. Sam w końcu był posiadaczem kaleczącej uszy chrypy.
Zimny wiatr, oprócz gęsiej skóry, przyniósł mżawkę i w oka mgnieniu rozpadało się na dobre.
Wzdrygnął się. Chłód objął go czule, wywołując nieprzyjemne dreszcze.
Jeśli protezy przemoknął na wylot i deszcz dostanie się do przewodów, to jest taka szansa, nawet całkiem spora — udzielił mu odpowiedzi, która nie była zbyt optymistyczna, biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne - uroki szarych, jesiennych dni.
Szurał ciężkimi buciorami o piasek, czując już powoli dające się we znaki zmęczenie, które prędzej czy później musiało się u niego pojawić - przebyte przez nich kilometry zdecydowanie się w tym zakresie przysłużyły. Poczuł więc minimalną ulgę, kiedy w końcu z kłębiących się nad ich głowami chmur lunął - jak lawina - deszcz. Dobrał się najpierw do włosów, które przykleiły się do jego naznaczonej licznymi zmarszczkami twarzy i górnych partii garderoby, by ostatecznie przesiąknąć ją całą na wylot. Yury, czując jak kurtka ciąży mu na ramionach, zdjął ją i wycisnął jak cytrynę, przeklinając siarczyście pod nosem. Znajdująca się w kieszeni paczka fajek najprawdopodobniej podzieliła jej los, a miał ochotę zapalić. Zazgrzytał na zębach i za chwilę obdarzył je w uśmiechu, kiedy przed ich oczyma ukazały się kontury ubogiej architektury w postaci małych, skąpych domostw wieśniaków. Małe osady na Desperacji nie były rzadkim widokiem -niektórzy, by przeżyć, zbudowali takowe, czując się bezpieczniej w większej grupie, choć być może było to także świadectwo tęsknoty dawnych pokoleń za cywilizacją, społecznym życiem i rozwijającym się ciągle przemysłem, stąd też potrzeba hodowli prosiąt, gęsi oraz innych zwierząt do uboju, a także zbóż i warzyw na bardziej żyznych ziemiach, chociaż tych było w zasadzie niewiele - apokalipsa zadbała o to z pedantyczną wręcz dokładnością.
Yury złapał za klamkę i jednym szarpnięciem otworzył liche drzwi. Postarał się o to, by nie użyć przy wykonywaniu tej czynności zbyt wiele siły, przez którą ówże zgrabnie wyrzeźbiony kawałek drewna mógł wyskoczyć z zawiasów.
Może w tej słabej imitacji karczmy dowiedzą się, dlaczego tubylcy na ich widok uciekli, gdzie pieprz rośnie. Yury miał też nadzieje za zaopatrzy się w nową paczkę fajek i... nie, nie, alkohol musiał poczekać. Pod jego wpływem robił się bardziej nerwowy i napastliwy a niewytłumaczalny wybuch agresji, czy też gwałt na dziewicy, która akurat znajdzie się w zasięgu jego libido, były ostatnią rzeczą, na jaką mogli sobie teraz pozwolić. Musieli być ostrożni.
Przeszył wzrokiem skromne wnętrze lokalu - standard na Desperacji. Wszystkie pary oczu oczywiście skumulowały się na jednym punkcie - spoczęły na nowo przybyłych.
Dobry, jesteśmy tu w interesach — przywitał się jakże taktownie.


Puszcza Denatów A2X6AkL
I've lost my patience,
When are you gonna decay.
tekst alternatywny
Yury





Yury
Wieczny     Zarażony
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury. Czasem Wujek Menel (c)Chyży.


Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Shane on 15/10/2017, 14:44
W knajpie wszelkie hałasy umilkły. Wszystkie oczy zwrócił się ku nowo przybyłym. Wielu z nich wyrazy twarzy wyrażały jedno — niedowierzanie. Parę osób zerwało się z miejsca i przeskakując przez bar —  demolując przy okazji wnętrze — spieprzyło tylnymi drzwiami. Reszta ochlaptusów, która połączyła informację, również czmychnęła ile sił w nogach. Na posterunku pozostał jedynie grubawy barman, który świecił swoją łysiną. Spojrzał na Drug-onów nieco przerażonym wzrokiem. Odchrząknął, jakby strach wcale nie paraliżował jego nóg. Spoglądał na Leitha, którego widok nieco uspokajał.  To Yury wzbudzał niepewność i lęk.
Po co tutaj przyszedłeś, byłeś tutaj dwie godziny temu! Mało ci jeszcze daliśmy!
Zmierzył wzrokiem Leitha, nie wiedząc czy ma czuć się zagrożony. W końcu rzekomo niedawno jeden z nich tutaj z nich był — a dokładniej mówić Yury.
Byłeś tu! Ograbiłeś nas z naszego dobytku, wziąłeś horrendalną zapłatę, aby Drug-on nie napadało na nas, dałem ci nawet piwa na koszt firmy! Zapijałeś się jak oszalały, a tobie nadal mało! I jeszcze doszedł do ciebie drugi?! Śmierć Ala to za mało?! — krzyknął na jednym wydechu. Przerażenie od niego biło, jednak frustracja zmieszana z buzującą adrenaliną była bardzo złym doradcą. Dopiero kiedy zamknął mięsiste wargi, doszedł do niego wywód jaki właśnie zrobił mężczyźnie.
— No ten. Em... — zaciął się, spuszczając wzrok na brudną podłogę, po której przebiegł wesolutki karaluch. — Przepraszam. Więc w czym mogę Panom, ponownie, służyć? — zapytał.




Puszcza Denatów 3ZcQOrZ

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
Shane





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Puszcza Denatów Empty Re: Puszcza Denatów

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 6 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Powrót do góry