Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down


Re: Schody

Pisanie by Faith on Pią Mar 23, 2018 5:23 pm
Zazwyczaj na terenach Smoczej Góry panowała cisza i spokój.
Tym razem jednak najemnicy szeptali między sobą, że coś się stało, a schody nie były już tak bezpieczne. Kręciło się tam coś, czego nie byli w stanie do końca opisać, a najemnicy wciąż nie usunęli przyczyny. Nie wiedzieli nawet, czym to coś było. W końcu wyszło na to, że anielica zdecydowała się zaryzykować i sprawdzić, co tam się właśnie działo. Odstawiła do swojego pokoju kilka niepotrzebnych rzeczy (w tym również i Ziemniaka, którego wolała zostawić w bezpiecznym miejscu) i upewniła się, że w najgorszym wypadku ma coś do obrony. Potem dzielnie ruszyła w okolice schodów.
Przyczaiła się raz, ale okazało się, że chyba nie była sama. Miała okazję wpaść na Roma, którego pociągnęła ze sobą na małą wycieczkę krajoznawczą. Może dla bezpieczeństwa, a może dlatego, że nie chciała iść sama? Kto wie. Była pewna tylko i wyłącznie jednego - chciała, by jej Smocze dzieciątka były bezpieczne na swoich terenach, stąd mogła schować swoje resztki dumy czy miłosierdzia anielskiego. Czasem manipulacja tym drugim była wymagana, aby poradzić sobie na Desperacji, a anielica wciąż się tego uczyła. Mimo, iż w głębi duszy zawsze będzie dobrą osobą.
Nie odzywała się na razie, szła powoli przez korytarze z delikatnym uśmiechem na ustach.

// Wydarzenie (które się nawet nie rozpoczęło, ale cii) wstrzymane - jeden z graczy opuścił rozrywkę, a ja na tę chwilę nie mam możliwości gry ze względu na prywatne życie. Poza tym, nie chcę iść sama.


Ostatnio zmieniony przez Faith dnia Sob Kwi 28, 2018 5:05 pm, w całości zmieniany 1 raz


włoski/łacina (#23395c) | japoński (#395038)
UWAGA: wybór między włoskim a łaciną w pierwszym poście każdego wątku. Jeżeli nie mówi po japońsku, stara się to nadrobić gestykulacją, mimiką bądź prostymi rysunkami.
avatar





Faith
Kontraktor   Anioł służebny
GODNOŚĆ :
Beatrice; przedstawia się jako Faith.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Gość on Pią Kwi 20, 2018 12:35 am
Nie spodziewał się, że przyjdzie mu zostać na Smoczej Górze aż tyle. Jak na standardy Francuza i jego przyzwyczajenie do uroków miasta było to zdecydowanie za długo. Impreza bowiem już dawno się skończyła — czas naglił. Powoli, acz stanowczo zaczynała doskwierać mu nuda. Po rozwiązaniu zagadki dziwnych odgłosów zamierzał niezwłocznie oddelegować się do M-3. Zabawianie innych i błaznowanie nie sprawiało, że interesy w mieście układały się po jego myśli (i cioci Ced), a żeby te kręciły się jak należy wymagały jego obecności.
Wychodząc ze swojego zakurzonego pokoju, gdzie czekał już uszykowany do podróży plecak, nie spodziewał się, że tym razem natknie się na coś zaskakującego i w końcu wszystko się wyjaśni. Nie podejrzewał też, że zostanie ostatecznie pociągnięty dalej przez Faith wprost na schody, gdzie niegdyś rozstał się z Asterionem. Mamusia Smoków nie podjęła się żadnej dyskusji i Wujaszek Fafnir również się na nią nie zdecydował, pozwalając się prowadzić. Dziwne odgłosy wciąż pozostawały słyszalne.
Czyżbyś planowała poznać źródło tych dziwacznych odgłosów? Już próbowałem, bezskutecznie — mruknął w końcu konspiracyjnym szeptem Roma, pochyliwszy się uprzednio odrobinę, nie chcąc zbytnio mącić naturalnych dźwięków Smoczej Góry.


// zt, z racji wyproszenia przez MG. XD





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Yury on Pon Sie 27, 2018 9:57 pm
W pokoju było więcej dymu nie powietrza, ale jego właściciel nie zwracał na to najmniejszej uwagi; przywykł do tej woni, którą przesiąknął na wskroś. Miał ją wszędzie - we włosach, na skórze, pod paznokciami i ubraniach. Jego płuca od szczenięcych lat cechowały się nieco większą pojemnością, niżeli przeciętne odpowiedniczki innych przedstawicieli rasy ludzkiej, chociaż był w pełni świadomość, że tendencja do wyhodowania raka płuc nie została przez to całkowicie wyeliminowana, jednak odkąd dysponował ich sztucznymi odpowiednikami nie musiał przejmować się rakotwórczymi właściwościami bijającymi od tych oparów. Bez skrupułów zacisnął zęby na filtrze kolejnego papierosa i zapalił, by zrezygnować z chwili wytchnienia, jaką czerpał, ułożony wygodnie na zdezelowanej pryczy. Zaciągnąwszy się, odciążył ją od swojego gabarytu; sprężyny prowizorycznego posłania zajęczały niby to z ulgą, ale on nawet tego nie usłyszał. Myślami był daleko stąd, chociaż rzadko zdarzały mu się jakiekolwiek kalkulacje, ale teraz nie było wyjścia. Uważając, by nie potknąć się o porozrzucane na podłodze przedmioty - na szczęście ich rozmieszczenie znał niemal na pamięć - przemieścił się w kierunku drzwi. Otworzył je brutalnie, a te zawyły na zardzewiałych zawiasach i dopiero wtedy wypuścił kolejną dawkę dymu przez nos, wprost na oświetlony bladym blaskiem lamp korytarz; niektóre z żarówek zdążyły się wypalić i nikt nie kwapił się, by je podmienić, on też miał to głęboko w poważaniu.
  Rozejrzał się dookoła, kontemplując zepsutym okiem najbliższą okolicę, ale żaden element krajobrazu nie został zmieniony. Zastanowił się jaki kierunek wybrać - korytarze Smoczej Góry w dalszym ciągu stanowiły dla niego zagadkę i zdarzało się, że się w nich gubił, ale wreszcie podjął decyzje z właściwym dla siebie przekleństwem ułożonym na wąskich wargach. Marszcząc czoło (prawie natychmiast pojawiły się na nim nowe zmarszczki), ruszył leniwym, całkowicie niepośpiesznym krokiem w stronę schodów. Nie czuł się najlepiej. Właściwie czuł się chujowo i obarczył za to winę swoje samopoczucie, chociaż wiedział, że przyczyny leżała w sinym punkcie na ramieniu. Substancji, którą zaaplikował mu ten przeklęty szarlatan. Mimo upływu miesiąca lub dwóch rana się nie zagoiła, jakby chcąc obwieścić, że wpakował się kolejne bagno w swoim życiu. Kopnął kamyk, który stanął mu na drodze. Usłyszał jego echo niesie odgłos jego toczenia się po kamiennej powierzchni, ale całkowicie to zignorował, bo otóż z naprzeciwka wyłonił się znajomy, rudy łeb.
  Zacisnął pożółkłe opuszki palców na papierosie i wyszczerzył do niego zniszczone przez nań zęby w jakieś upiornej parodii uśmiechu, który z bladą skórą i czarnymi, nieuczesanymi i odrobinę przetłuszczonymi włosami komponował się wręcz karykaturalnie.
  — Dobrze się składa, że cię widzę. Mamy do pogadania — rzucił na dzień dobry swoją typową gardłową i koszmarnie zachrypniętą barwą głosu. Wysunął w jego stronę szorstką jak papier ścierny dłoń w ramach powitania, a potem skierował swoje kroku ku dołowi. — Jakieś skurwyństwo nie daje mi spać. Tłucze się po nocach, jak opętane, więc mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że przy okazji naszej pogawędki sprawdzę co to za przykurcz odmawia mi dziennej porcji snu — dorzucił, ale nie czekał na to, aż Shane potwierdzi lub zaprzeczy, po prostu ruszył tylko w sobie znanym kierunku. Na dobrą sprawę nawet nie miał żadnej gwarancji, że tam znajdzie tego szkodnika, ale to nie miało znaczenia. Miał ochotę mu nogi z dupy pourywać, a tak łatwo nie rezygnował ze swoich planów.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Shane on Wto Sie 28, 2018 12:49 pm
 Noce coraz bardziej mu ciążyły. Niemoc zaśnięcia prześladowała go niczym najgorszy koszmar — chociaż nawet te ostatnimi czasy nie chciały go nękać.
 Kiedy mógł sobie pozwolić na chwilowy sen, nie śniło mu się nic co w jego mniemaniu, było nad wyraz dziwne zważając, że zawsze nękała go czarna postać.
 Odbierała oddech i sen.
 Bezsenne noce przyprawiały go o większe rozdrażnienie i zmęczenie, jednak czułemu słuchowi nie umknął dziwny, podejrzany dźwięk.
 Na początku myślał, że są to jego kolejne urojenia słuchowe jednak, lecz ich częstotliwość nasilała się nieustannie, a dźwięk ten doprowadzał go do szewskie pasji.
 Znużony powlókł nogami przez korytarz. Ciemność nie przeszkadzała mu nigdy, jednak poprowadzona przez Cednę prowizoryczna elektryka pozwoliła dostrzec w mroku znajomą, krzywą mordę.
 Zadziorny uśmiech przeciął jego twarz. Dawno się nie widzieli. Ich drogi notorycznie się rozmijały. Wieczny, podobnie do niego, wolał znajdować się poza siedzibą aniżeli w niej.
Też się cieszę, że cię widzę.
Rzucił w ramach powitania, ściskając wyciągnięta dłoń.
„Jakieś skurwysyństwo nie daje mi spać.”
Też to słyszałem.
Poszedł za nim, wsuwając do podartych spodni ręce w kieszenie. Umazane krwią i przedarte na kolanach, w paru miejscach na udach i u końca, mogłyby być hitem mody, gdyby nie ubóstwo Desperacji. Niestety Shane musiał pożegnać się z pracą stylisty.
Rozejrzał się po ścianach.
Ostatnim razem to co uciekło przede mną. Wtedy wydawało mi się, że... Mi się zdaje.
Albo, że kolejny raz masz majaki.
 Szedł w głąb Smoczej Góry, nasłuchując. Dzięki zdolności ponadprzeciętnego słuchu, starał się usłyszeć najmniejszy szmer, jednak idący obok niego biomech skutecznie zagłuszał wszelkie cichsze dudnienie.
Wyglądasz paskudnie. Wpadłeś pod jakiś czołg SPEC'u, który kolejno przemielił cię i wyrzygał?
Odezwał się ten, który sam tryskał urokiem i nienaganną prezencją.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Nathair on Czw Sie 30, 2018 9:52 pm
Stary korytarz pomimo wydrążenia wiele lat temu, nadal trzymał się całkiem dobrze. Co prawda w niektórych miejscach widniały przerażające pęknięcia, czy też kamień osunął się ze ściany, to jednak nadal w pełni funkcjonował i był w miarę bezpieczny. A przynajmniej tak się zdawało do niedawna. Od tygodni dochodziły donosy od różnych mieszkańców Smoczej Góry na temat dziwnych, nieprzyjemnych odgłosów jakby dochodziły z samego środka Góry. Niektórzy szaleńcy podszeptywali, że to starożytnych duch Smoków się przebudził. Oczywiście każdy racjonalny osobnik machnąłby ręka na te dziecięce historyjki, próbując znaleźć prawdziwe źródło dźwięku, które tak niepokoiło mieszkańców. Niestety, ludzie tylko gadali i się zarzekali, ale nikt w ostateczności nie ruszył swojego tyłka, by zbadać chrobotania i drapania. Dopiero dwójka najwyżej postawionych Smoków postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce, chociaż do końca nie wiedzieli od czego zacząć. Wszakże korytarz był długi, a dokładne miejsce ciężko było określić.
Niemniej po dłuższym spacerze, tuż przed rozwidleniem korytarza, czuły wzrok Shane'a wychwycił inne pękniecie na ścianie po jego lewej stronie. Było grubsze, i bardziej nieregularne, a przy samej ziemi widniała mała dziura wypchana na zewnątrz, jakby coś wyraźnie od środka próbowało się dostać na korytarz, ale ostatecznie zrezygnowało. Po chwili również biomech zauważył tę dziwną nieprawidłowość. Nie zastanawiając się zbyt długo, pchnął nogą pęknięcie, a te jak za dotknięciem magicznej różdżki rozsypało się. W jego miejscu teraz widniała dziura wielka na ok metr pięćdziesięciu i szeroka na jakiś metr dwadzieścia. Ciężko było cokolwiek dostrzec w panującej pustce. Ze środka buchnął zaduch i dziwnie nieokreślony zapach. Mogliście się zmieścić, aczkolwiek musielibyście poruszać się albo na kolanach, albo zgięci w pół. Niemniej droga w nieznane została przed wami otwarta.

Termin: 06.09




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Yury on Czw Sie 30, 2018 11:17 pm
Parsknął w ramach rozbawienia.
  — Nie ma chuja. Musimy skończyć z tym raz, a dobrze. Naprawdę potrzebuję się wyspać — odparł, wykrzesując z siebie nowy zapas motywacji. Rzadko bywał w tej zapyziałej norze, ale, gdy już przywlókł do niej swoją dupę, chciał się, do kurwy nędzny, przespać chociażby parę godzin. I uważał, że miał do tego pełne prawo. —  Zapłacisz mi za nadgodzinny, szefie? Nie pogardziłby dodatkową paczką fajek. Powoli ich zapas mi się kończy, a bez nich - wierz lub nie - jestem nie do wytrzymania. Chyba, że chcesz się o tym przekonać na własnej skórze, to nie będę się powstrzymywać.
  Dobry humor go nie opuścił. Jeszcze nie. Gadał jak najęty, bo jednak konwersacja z własnym odbiciem lustrzanym w trakcie golenie nie satysfakcjonowała go ani trochę, nawet mimo usilnych prób włamania sobie, że dzięki temu rozmawia z najinteligentniejszą osobą na świecie. Diabli go wzięli dopiero wówczas, gdy z gardła Pradawnego padło znienawidzone słowa pod postacią nazwy organizacji - "S.SPEC". Na czole Wiecznego pojawiła się głęboka zmarszczka, a zęby mocniej zacisnęły się na papierosie. Trochę utrwało zanim przyszło rozluźnienie. W początkowej fazie nagłego wzrostu ciśnienia miał ochotę wybić mężczyźnie kilka zębów, ale pohamował się w nieomal ostatniej chwili, chociaż już udało mu się uformować z dłoni w pięść i zrobić niewielki zapach. Przejechał knykciami po ścianie, by zatuszować swoje zamiary. Nie był to zbyt trafny pomysł. Po zaledwie sekundzie poniósł jego konsekwencje w postaci zadrapań na skórze, ale dzięki upośledzonym receptorom nie odczuł bólu towarzyszącego przy takiej konfrontacji.
  — Gorzej. Dopadła mnie moja eks — odparł w ramach żartu, by zakryć zdenerwowanie. Nie było mu do śmiechu. Musiało być z nim naprawdę źle, skoro nawet Shane to zauważył, a w zasadzie nigdy nie postrzegał go jako osobę, która przejmowała się takim pierdołami, czy też wtykając nos w nie swoje sprawy.  
  Zaciągnął się papierosem, zawierzając ich poszukiwania Wymordowanemu. Starał się przy tej okazji poruszać jak najciszej, choć nie wychodziło mu to najlepiej. Czuł się przez to nieco jak słoń w składzie porcelany, ale nie dał tego po sobie poznać. Ot, sięgnął po kolejnego papierosa i wyciągnął w kierunku Pradawnego do połowy opróżnioną paczkę.
  — Częstuj się — mruknął nieco leniwo, ziewając, a potem - jak  gdyby nic - podjął temat, który leżał mu na wątrobie od paru dni, ale nie pojawiła się dotąd żadna okazja, by takowy poruszyć. Nie miał zwyczaju zachodzić do kogokolwiek z pustym rękami, jeśli w grę wchodziło pseudo towarzyszka rozmowa, a niestety nie posiadał w chwili obecnej żadnego godnego uwagi trunku (czyt. Putinki), który posłużyłby jako lekarstwo zwiotczające rozmowę.  — Paskudną masz córkę, Shane, ale, choć urodą nie grzeszy, nie sądzisz, że to nie miejsce dla niej? — wypalił bez żadnych wstępów, jakby w ogóle nie rozważał innej możliwości, chociaż to nie była do końca prawda. Rozważał, ale wolał nie myśleć o tym, że małolata pojawiła się tutaj, by spełniać fantazje seksualne tego rudego gnoja. Wyrobił sobie o nim trochę lepsze zdanie i miał nadzieję, że tym razem na nikim się nie przejdzie.  
  Rzucił mu przelotne spojrzenie, ale po chwili jego uwaga została skoncentrowana na tunelu, który prowadził nie wiadomo dokąd. Nigdy nie miał odpowiedniej motywacji, by zgłębić rozkład korytarzy na Smoczej Górze. Było ich zdecydowanie zbyt wiele i szybko by się mu to znudziło. Nie sądził też, że komuś się to udało, ale teraz mapa przydałby się jak na gwałt. Jakoś nie uśmiechało mu się tam włazić, ale czuł w kościach, że nie ma innego wyjścia.
  — Kurwa, ciasno i ciemno jak... — Nie dokończył, zerkając w otwór wydrążony w skale. Splunąwszy papierosem na posadzkę, zmiażdżył go podeszwą ciężkiego buta, nie fatygując się, by podnieść jego resztki z posadzki. Po pajęczynach i pięciocentymetrowej warstwie kurzu zgadywał, że rzadko tutaj ktokolwiek się zapuszczał. Wcale go to nie dziwiło. Pogrzebał w kieszeni i wyjął z niej zapalniczkę. Dawała wątłe światła, ale lepsze to niż nic. Jakoś nie miał nastroju, by uderzyć głową, ramionami, kolanami i barkami o przeszkody, których nie dostrzeże w tych egipskich ciemności. Przykucnął i zaczął się przemieszczać w ciasnym tunelu; proteza nogi zaskrzypiała żałobnie, gdy ugiął ją w kolanie, ale zignorował jej bunt, zbyt zajęty tym, by nie uderzyć łbem o niskie sklepienie. Miał nieodparte wrażenie, że przejście za każdym kolejnym krokiem się zwężało, co wcale mu się nie spodobało. Może nie miał klaustrofobii, ale krzyż zapiekł dokuczliwy. W jego głowie niemal natychmiast powstał scenariusz, w którym jakoby mógł utknąć i nigdy się ni wydostać. Unosząca się w powietrzu nieprzyjemna woń i duchota potęgowały te wrażenie. Trzymając w jednej dłoni zapalniczką, drugą podpierając się o jedną ze ścian, by zachować równowagę, parł do przodu, nie przejmując się ostrożnością. Chciał załatwić to w miarę jak najszybciej i kontynuować przerwany sen. Pomyślał, że przydałby się w im w tej chwili kurdupel pokroju Tsukishimaru, czy też Tyrella. Nadawaliby się idealnie do tej roboty. Otarł pot z czoła. Czuł na swoich plecach oddech Shane'a, ale wcale nie dodawało mu to otuchy. W każdej chwili mogli zacząć cierpieć na brak tlenu.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Shane on Pon Wrz 03, 2018 2:53 pm
 Pradawny parsknął śmiechem. Dawno nie rozmawiał z Yurym i musiał przyznać, że zapomniał jak bardzo ta parszywa kanalia ma nieśmieszne poczucie humoru, które go bawiło.
Czyli normalnie to jesteś do wytrzymania? Ciekawe, Yury.
Odparł z nikłym uśmiechem na ustach, mocniej wciskając dłonie do kieszeń spodni.
 Zerknął ukradkiem na kompana.
Sądzę, że po starej znajomości mogę wystawić ci kwit na fajki. Odbierz je sobie w magazynie. Tylko zostaw trochę dla mnie.
Nie zostawi. Był zbyt uzależniony.
Pewnie ich trochę było. Dziwne, że jeszcze żyjesz.
Wziął jedną fajkę, odpalając ją od zapalniczki Wiecznego. Dym przyjemnie połaskotał jego płuca.
 Zaciągnął się drugi raz, mocniej i na dłużej, aby przetrawić niewygodne pytanie. Widocznie Yury również potrafił odbić piłeczkę i trafić w czuły punkt.
 Shane podobnie do Wiecznego szybko sposępniał ukrywając to za wypuszczanym dymem papierosowym. Mlasnął z niesmakiem i splunął na ziemie, dając sobie jeszcze dodatkową sekundę na ciętą ripostę.
 Chuj.
 Nie miał żadnej.
Po mnie na pewno ładna nie jest.
Mruknął pod nosem niemrawo. Wiedział, że w końcu ten temat padnie. Kto jak kto, ale Yury miał największą odwagę zapytać go o to wprost.
Pewnie nie jest dla niej. Ale co mam zrobić? Wyrzuć ją? Zostawić pod murami miasta? Porzucić kiedy nie ma już nikogo? Jak sądzisz, Yury?
Zapytał, spoglądając na niego, lecz przeczuwał odpowiedź. Doskonale znał obawy Wiecznego i wcale się im nie dziwił. Sam karmił się własnymi kłamstwami i złudzeniami.
 Co on mógł jej dać?
Nic.
Nie umiał nic poza...
Nauczę ją jak przeżyć na Desperacji.
Jak zabijać.
A potem sama zdecyduje co chce robić. Nie będę ją trzymał. Chociaż już mi ostatnio wytknęła, że zamykam ją pod kluczem.
Burknął niezadowolony. Nie radził sobie z nastolatkami. Z bratem było jakoś prościej...
 Idąc, zerknął w lewą stronę, nagle zauważając jakąś wyrwę. Yury również ją zauważył i jak gdyby nigdy nic zaczął się do niej cisnąć.
We wszystkie czarne dziury się tak chętnie pakujesz?
Rzucił, nie mogąc się powstrzymać od dwuznacznego komentarza w tak niecodziennej sytuacji. Wszedł za nim wgłąb czarnej wyrwy na kuckach i przytrzymując się dłońmi po obu stronach ścian, podążał. Nie chciał wpaść na Yury'ego, jeszcze ten zarzuciłby mu jakieś dziwne podchody.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Nathair on Sro Wrz 05, 2018 12:24 am
Korytarz zdawał się z każdym kolejnym krokiem zawężać. W pewnym momencie Yury mógł poczuć, jak uderza potylicą o jeden z wystających kamiennych fragmentów. Nie rozciął sobie skóry, ale guz z pewnością wykwitnie na parę dni. I chociaż mogło się wydawać, że to biomech miał pecha, Shane długo nie mógł pozostać bezpieczny, kiedy i on zarył o skały, ale zamiast głową, to swoim lewym barkiem. I tutaj obyło się bez niepotrzebnego rozlewu krwi, jednakże brzydkim siniakiem będzie mógł się pochwalić w nadchodzącym czasie.
Ciężko było określić ile tak naprawdę przesuwaliście się do przodu w nieludzkich warunkach. Wyjście już dawno pozostało za wami, i chociaż kierowaliście się cały czas na przód w prostej linii, z pewnością gdyby któryś z was odwrócił głowę aby spojrzeć za siebie, nie dostrzeglibyście światła wyjścia.
Shane, który podpierał obie dłońmi o ściany w pewnym momencie wyczuł, że dotknął czegoś śliskiego i jednocześnie lepkiego. Jak rozciapanej gumy do żucia o dziwnym, ostrym zapachu. Niestety, ciemności jakie tutaj panowały uniemożliwiły dojrzenie czym było to lepkie "coś".
A im dalej się zapuszczaliście, tym więcej ohydztwa was otaczało.
W pewnym momencie coś skrzypnęło, a podłoże pod ciężarem Yurka zaczęło pękać, nie będąc w stanie wytrzymać tylu kilogramów jednocześnie. W ułamku sekundy ziemia osunęła się a wy zlecieliście niecałe trzy metry w dół. Na całe szczęście nie była to na tyle spora wysokość, żebyście zrobili sobie większą krzywdę, chociaż zdecydowanie obiliście sobie zadki. Znaleźliście się w dość obszernej komnacie wyrzeźbionej siłami natury. Nikłe światło docierało tutaj jedynie trzema otworami, zapewne dzięki innym pęknięciom w skałach. Co prawda nadal nie pozwalało na pełną widoczność, ale przynajmniej byliście w stanie coś tam dostrzec, zwłaszcza w okolicach trzech świetlistych słupów.
Ale nie to przykuło waszą uwagę.
Niemal cała komnata była pokryta białą i cienką pajęczą siecią. Cud, że nie wpadliście w żadną z nich, co z pewnością uziemiłoby was na dłużej. Jednakże gdzie nie spojrzeć pajęczyną była pokryta była niemalże cała powierzchnia.
A z wami zabrzmiało ciche klekotanie.

Termin: 12.09




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Yury on Sro Wrz 05, 2018 10:05 pm
Zerknął przez ramię, by móc złapać z Shane’m krótkotrwały kontakt wzrokowy.
  — Kamień spadł mi z serca. Już myślałem, że trzymasz ją w nieco innych celach — przyznał otwarcie, a potem skarcił się w myślach: Ile razy ci powtarzałem, byś przestał myśleć? Jesteś w tym kiepski, żeby nie powiedzieć chujowy, Yury.Ale naprawdę nie ma żadnych krewnych? Nie oszukujmy się, chujowy z ciebie materiał na ojca, a Smocza Góra nie sprzyja wychowaniu dziecka.
  Nie powinien się w to wtrącać. Wiedział o tym, a mimo to nie potrafił przejść obojętnie obok kwestii małego dziecka, które przez przypadek znalazło się w przysłowiowej paszczy lwa. Kto by pomyślał, że w tym przepełnionym patologią i nienawiścią do świata sztucznym sercu kryła się jeszcze jakaś cząstka człowieczeństwa? Ironia losu.
  — Zwykle bardziej skupiam się na ich do predyspozycjach wizualnych, ale dla tej zrobiłem wyjątek — parsknął, ale pośpieszył się z wesołością, gdyż ta szybko go opuściła.
  Chwila, kiedy nogi oderwały się wbrew jego woli od podłoża, trwała zaledwie kilka sekund, więc nijak mógł zagregować, jedynie zacisnął mocniej dłoń na zapalniczce, coby jej nie zgubić i zwieść samego siebie na manowce. Jeśli przeżyje upadek, wolał mieć przy sobie jakikolwiek źródła światła, bo takowe gwarantowało minimalną szansę na przeżycie, które z momentu na momentu kurczyły się do rozmiaru jego niezbyt pojemnego móżdżku. Ot, wpadał w otchłań jak kamień w wodę, nieco szybciej od swojego lżejszego towarzysza, a im dłużej utrzymywał się w powietrzu, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że przepaść nie miała końca. Czuł w uszach głuszący świst powietrza, a w żyłach przypływ adrenaliny, od którego natychmiast zrobiło mu się słabo. Pożałował, że nie ma gdzieś pod ręką pilota, by go wyłączyć. Przymknął powiekę, by uniknąć konfrontacji kurzu z okiem i wówczas skonfrontował się z stałym gruntem w akompaniamencie donośnego huku. Przez chwilę miał wrażenie, że pod jego wpływem runą ściany, ale nic takiego się nie zdarzyło; komnata, w której się znaleźli zadrżała, ale nic poza tym. Zamiast tego dojrzał moment upadku Shane'a i wykrzywił wargi w nieprzyjemnym grymasie.
  — Po prostu zajebiście — ocenił, próbując się podnieść. Pierwsza próba była felerna w skutkach. Zachwiał się, jak pijany i znów upadł, ale za drugim razem poszło mu już zdecydowanie lepiej. Odzyskał równowagę. Wstając, rozmasował o obolałe pośladki i zapalił zapalniczkę.  Zerknął w górę i jego teoria spiskowa się ziściła  - byli w dupie. — Pierdolona grawitacja — wydusił z siebie, po czym syknął, czując jak po płacie czołowym rozlewa się tępy ból, a przecież był pewny, że nie uderzył się w głowę.
  Zignorowawszy go, rozejrzał się dookoła, podziwiając scenerię rodem z Zakazanego Lasu. Pajęczyny były wszędzie. Pięły się od podłoża aż po sam sufit. Brakowało tylko pająków trzysta razy XL, by mogły oddać całkowity klimat rodem z sagi o Harry’m Potterze.
Podszedł bliżej jednej z sieci i złapał jej lepką konstrukcję w ludzkie palce. Szarpnął za nią, jakby na jej końcu zostało coś przymocowane.
  — Jak myślisz? Spotkamy Aragoga? — zapytał z krztą ironii w głosie, wyczekując czegokolwiek i wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Zawierzył Shane’owi swoje tyły.


I've lost my patience,
When are you gonna decay.
avatar





Yury
Wieczny    Biomech
GODNOŚĆ :
Wcześniej Kido Arata, teraz Yury.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Shane on Pią Wrz 07, 2018 2:59 pm

— Kamień spadł mi z serca. Już myślałem, że trzymasz ją w nieco innych celach.
Za kogo ty mnie, kurwa, masz...
Zmarszczył brwi zirytowany jego słowami. Czy ten rozpijaczony mózg już dawno przestał pracować i w końcu z ust Wiecznego zaczął się wydobywać bełkot zamiast slow?
Skończyłeś?
Warknął wkurwiony, niczym rozjuszony pies.
 Pradawny doskonale zdawał sobie sprawę jak znikome ma pojęcie o wychowywaniu dzieci. Nie potrzebował porad typa, który jedynie wiedział jak otworzyć butelkę z gorzałą, a potem wlać ją w gardło i przepalić ją szlugiem.
Ostra kość przebiła mu skórę na ramieniu, a on syknął. Czuł jak serce mu dudni niczym młot, a wirus panoszy się siejąc spustoszenie w jego organizmie.
 Przystanął. Musiał złapać oddech, na chwilę się uspokoić. Yury nie miał bladego pojęcia z czym zmaga się Shane.
Miała ojca. Znalazłem go martwego niedaleko groty. Reszta jego kompanów wyprawy została rozszarpana kilka metrów dalej. To nie był mój pomysł by ją tu zabierać. Tyrell mi to...przepowiedział.
Wiedział, jak chujowo to brzmi. Miał świadomość, jak bardzo może się tymi słowami pogrążyć, jednak nic więcej w tej kwestii nie zamierzał dodawać.
 Tyrell miał sen.
 Sen, w którym Shane szedł po Yennewelię.
 Sen, który miał być nowym początkiem dla rudzielca, odrodzeniem.
Zmartwychwstawaniem.
 Zerwaniem się z okowów przeszłości. Uwolnieniem od palącego poczucia winy, które nie gasło przez milenium.
Koszmary miały się skończyć. Jednak wszyscy naokoło ciągle powtarzali mu, aby zawrócił. Może mieli rację. Może był egoistą i potrzebował jej tylko dla własnego oczyszczenia duszy i karmił się złudną nadzieją, że ona równie mocno potrzebuje jego.
 Stał w miejscu, wpatrując się w plecy Yury'ego.
Czy nie ma dla mnie już nadziei, Yury?
Czy taki los zgotowano mi za moje grzechy? Plugawe życie?
Nie trzymam jej tu na siłę.
Tylko ona ciebie. To ty stałeś się jej zakładnikiem. Zakładnikiem małej dziewczynki, która założyła ci smycz na szyję i prowadzi gdzie chce. Dawno w nic tak bardzo nie angażowałeś się jak w jej ochronę. A i tak wszyscy myślą o tobie jak najgorzej. Czego się spodziewałeś? Jesteś sukinkotem, w twoim życiu nie będzie fajerwerk, chyba, że takie, które cię rozsadzą.
 Szedł zamyślony (nawet nie poczuł, że się uderzył) w czarnej dziurze do czasu, kiedy pod palcami nie poczuł lepiej mazi. Potarł opuszkami o siebie i zastanawiał się czym ów śluz może być. Długo się nie zastanawiał, gdyż stracił grunt pod nogami.
 Runął w dół.
 Serce na chwilę stanęło mu w piersi, skok adrenaliny był ogromny, a jej przypływ mógł wyzwolić w nich niekontrolowaną zdolność. Gdy upadł, głęboko oddychał, starając się kontrolować to coś.
Podniósł, zerkając na Yury'ego. Nie chciał, aby kompan wiedział o chujowym stanie Pradawnego.
— Jak myślisz? Spotkamy Aragoga?
Rozejrzał się po komnacie wyżłobionej przez siły natury.
Wszystko na to wskazuje.
Odparł niechętnie. Pajęczyna sugerowała jasno, że gdzieś tutaj czai się pajęczaty.
Musi być młody. Normalnie osobniki osiągają do dwóch metrów, ten musi być dużo mniejszy. Nie prześlizgnąłby się niezauważony.
Mruknął ni to do siebie, ni to do niego. Pomasował obolałe ramię, które nagle zaczęło go boleć, a następnie bark przez nagły upadek. Rozejrzał się uważnie, jak na razie nie wyjmując broni.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Nathair on Nie Wrz 09, 2018 9:36 pm
Klekotanie gwałtownie ustało, i znów zapanowała niepokojąca cisza. Shane kątem oka dostrzegł przemykający pospiesznie cień, który zatrzymał się przy przeciwległej ścianie, tam, gdzie było największe skupisko sieci oraz pojedynczych kokonów, jednych większych, drugich mniejszych, chociaż żaden z nich nie dorównywał wielkością człowiekowi. Zdawało się, w pomieszczeniu zrobiło się dziwnie duszno, a ostry i przenikliwy zapach zaczął drażnić wasze gardła, wywołując odruch kaszlu. Coś zaszurało i z cienie, niepewnie, wyłoniła się bestia, najprawdopodobniej źródło klekotania i drapania, które towarzyszyło mieszkańcom Smoczej Góry przez ostatnie tygodnie. Był to pająk wielki, choć ten osobnik niewątpliwie nie był jeszcze aż tak wielki. Dorosłe osobniki osiągają zazwyczaj do dwóch metrów, ten przed wami mierzył zaledwie, tak na oko, niecałe siedemdziesiąt centymetrów, co mogło świadczyć jedynie o tym, że nadal było to szczenię. Żywiło się póki co szczurami czy też nietoperzami, gdyż w jego legowisku pełno było ich pustych i wysuszonych truchełek, choć przy jego odnóżach znajdowało się parę większych ssaków z zewnątrz, więc z pewnością pająk znalazł sposób na przemieszczenie się na zewnątrz i targanie tutaj swoich niedoszłych ofiar w celu ich skonsumowania. Za jego odwłokiem znajdowały się trzy średnie kokony, które nadal się poruszały, a więc wciąż żyły i nie zostały potraktowane jadowym kolcem na odwłoku bestii.
Pająk, choć prezentował się z pewnością obrzydliwie i niebezpiecznie, nie poruszył się, a jedynie wpatrywał w intruzów. Zapewne to pierwszy raz, kiedy miał do czynienia z czymś tak wielki jak ludzie. Nie atakował, był raczej wystraszony, żeby nie powiedzieć przerażony, ale do bezbronnych na pewno nie należał.

Termin: 16.09




Even if I just imagine, darkness falls in time
These aligned streets are so deep
I forgot how I even got here in the first place


avatar





Nathair
Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Nathair Colin Heather, pierwszy tego imienia, zrodzony z burzy, król Edenu i Desperacji.


Powrót do góry Go down


Re: Schody

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry

- Similar topics