:: M3 :: Centrum :: Klub „Venus”




Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4   

Re: Bar    Pisanie by Roma on Wto Lip 25, 2017 10:43 pm
Urodziwa nieznajoma nie musiała rozważać jego propozycji, miała jedynie przyjąć ją do wiadomości, sama zaś szczerość nie była jakimś szczególnym wymogiem wobec ciemnowłosego, choć ta niezaprzeczalnie w jego przypadku okazywała się rzeczą nad wyraz względną. Nie do końca pewną jakościowo. Roma zaliczał się bowiem do jednostek, które z należytą pieczołowitością dbały o to, by nie rzucać się w oczy na terenie utopijnego miasta, co gwarantowało mu spokój i brak zainteresowania na dłuższą metę. Podobny przywilej zapewniało mu wykorzystywanie mocy sproszkowanego artefaktu utrwalonego w formie smoka na jego lewym boku, a przede wszystkim udzielanie zdawkowych, wymijających odpowiedzi.
Bezwzględnej szczerości? — powtórzył z jawnym rozbawieniem, a kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej niż dotychczas i nie był to zdecydowanie efekt spożycia alkoholu. — Chyba za mało się cenisz, to niezbyt wygórowana cena. Spodziewałem się czegoś bardziej interesującego. — dodał z udawanym zawodem, wzruszając w międzyczasie ramionami, wciąż nie odrywając wzroku od nieznajomej, która dziwnym trafem kogoś mu przypominała z jego zamierzchłej, wypartej z jego aktualnego życia, przeszłości. Nie mógł jednak, dać się zwieść jej europejskiej urodzie, był przecież najemnikiem nie od dziś i dopiero się nie narodził, by rzutowało to w jakikolwiek sposób na jego sposoby dobijania targu i wpływało jakkolwiek na prowadzony biznes.
Czyżby właśnie chciała zagrać mu nie tylko na męskim ego, zmniejszając między nimi odległość, ale i zarazem złodziejskiej ambicji, jakkolwiek to brzmiało? Jasnowłosa grała na odpowiednich strunach, aby Romę rozluźnionego po posmakowaniu procentów z tutejszego baru, zainteresować swoją nietuzinkową ofertą. Jedyne co zapalało mu swoistą, czerwoną lampkę w jego umyśle, okazywał się zdecydowanie fakt, iż wiedziała czego dokładnie chce. Nie pozostawiało jednak żadnych złudzeń to, że to ona zapoczątkowała tę ich wspólną grę pozorów, w której Smok intencjonalnie uczestniczył, stając się umyślnie jej częścią. Czerpali z tego satysfakcję, przeciągając między sobą nieuchwytną dla nikogo poza tą dwójką linę, wyceniając się wzajemnie.
Och, doprawdy? Mamy do czynienia z kimś tak nieuchwytnym w takim miejscu jak to? — podjął wesoło, choć wcale nie wyglądało, jakby stanowiło to dla niego jakieś zaskoczenie. Pozornie uniósł brwi, ale na jego twarzy zbliżona ku temu emocja wcale się nie wymalowała. Roma sam w sobie stanowił bowiem przykład takiej jednostki, która niby obeszła system, ale nie pod tym kątem, że mu się otwarcie sprzeciwiała jak rasowi mieszkańcy kanałów, lecz  Fafnir pozostawał neutralny, nieuchwytny i nie rzucał się w oczy, tylko dlatego, że o taki stan rzeczy dbał. Jako pacyfista nie czuł najmniejszej potrzeby, aby włączać się w głupkowaty konflikt wewnętrzny władzy miasta i buntowników. Ich istnienie było mu kompletnie obojętne i miał je po prostu w głębokim poważaniu, stając się cieniem cieni i robiąc to co chciał, gdy cała wina spadała na szaraków. Wtapianie się w tłum gwarantował mu wygodę i bezpieczeństwo, które same w sobie stanowiły credo Romana. — Brzmi całkiem interesująco, kontynuuj, złotko. — mruknął zachęcająco niedługo po tym jak położyła mu rękę na ramieniu. — Ciężko byłoby oczekiwać, aby złodziej robił coś wykraczającego poza kompetencje związane z jego zawodem. — Roześmiał się dźwięcznie, lecz jego głos pozostał odrobinę ściszony, choć nawet i bez tego nikt w pobliżu nie mógłby wyłapać o czym rozmawiają. — Wszystko, jak mniemam, uzależnione jest od tego co kryje się pod tym jakże ekscytującym i równie niebezpiecznym powodem. Zapewniam, że to niezwykle kluczowa kwestia, która zadecyduje o tym czy zlecenie zostanie podjęte ze względu na bilans zysków i strat, rzecz jasna. — dodał z rozbawieniem, które znacząco zabiło rzeczowość wypowiedzi. Roma uśmiechnął się szerzej. Nie dało się jednak zaprzeczyć temu, że w głosie Romy wybrzmiewało zainteresowanie, które być może mogło nie zostać wyłapane przez głośną muzykę dobiegającą z sali, gdzie pijani ludzie nadal poruszali się w rytm klubowej muzyki.

//Podziwiaj mój „artyzm” po lekach. #doceniajidziękuj

_________________
Kolory czcionek: japoński; francuski; hiszpański; angielski.
theme



Roma
-----------
Fafnir     Opętany

avatar

Liczba postów : 301
GODNOŚĆ : Alan Adrien Sartre/Roman Deveraux

Powrót do góry Go down

Re: Bar    Pisanie by Havoc on Sro Lip 26, 2017 12:24 am
Miasto obleczone nićmi kłamstw. Mężczyzna wykreowany przez własną, wybujałą wyobraźnie, ukrywający się pod fałszywą tożsamością. I ona, nie mogąca nigdy utożsamiać się ze słowami takimi jak „prawda”, czy właśnie „szczerość”. Wymarzona sceneria. Jedyna w swoim rodzaju.
Masz rację — przyznała. — Szczerość jest wytworem ludzkiej naiwność, dlatego właśnie zostałeś o nią poproszony.  — To był test. Wcale nie zależało jej na tym, by mówił prawdę i tylko prawdę. Nie klęczał przecież przed konfesjonałem, nie spowiadał się swojemu bogu, jakikolwiek on by nie był, chociaż to pewnie beznadziejne porównanie, które nie miała racji bytu. Oboje nie byli przesadnie religijny. Ich wiara ograniczała się do własnych przekonań.
To był test osobowości, bowiem obraz psychologiczny eks-fizyka nuklearnego coraz mocniej rysował się w jej głowie. Analiza jego zachowanie i słów. Przetwarzanie ich w głowie. Dostrzegła każdy najmniejszy ruch jego ciała. I przede wszystkim ten, który chciała ujrzeć za wszelką cenę – zaciekawienie pobrzmiewające w rozbawionym do granic możliwości głosie. Połknął haczyk. Teraz była tego absolutnie pewna.
Rozsunęła zamek błyskawiczny torebki. Zahaczając palcami najpierw o preparat do higieny rąk (jakże miała ochotę z niego skorzystać!), a potem o krawędzi koperty. Pospolitej, białej koperty, którą można było nabyć w każdym sklepie za niezbyt wysoką cenę. Ta jednak miała jedną, charakterystyczną cechę wyróżniającą ją na tle sobie podobnych - znany przez mieszkańców miasta znak organizacji misternej widniejący w prawym, górnym rogu na jej wierzchniej stronie. Zacięła się papierem. Na jej palcu wskazującym pojawiła się rysa, a potem stróżka krwi. W jej wyobraźni ukazała się prężnie rozwijająca się sieć bakterii. Wzdrygnęła się, ale zapanowała nad drżeniem własnego ciała. Wyjęła przedmiot z torebki.  
W kopercie znajdują się tajnie strzeżone informacje dotyczące systemu bezpieczeństwa głównej siedziby SPEC. — Położyła białą jak jej cera kopertą na bladzie, nieopodal szklanki ze Szkocką. —  Rzecz, którą chce, jest właśnie tam i należy do Dyktatora. Jest niezwykle cenna, ale jednocześnie całkowicie nieprzydatna, dla kogoś, kto rządzi tym Miastem — oświadczyła po chwili, zerkając Alanowi prosto w oczy. Był trzeźwy. Alkohol nie był w stanie przeniknąć do jego umysłu. Nie w takiej skąpej ilości.
Na jej ustach pojawił się wątły, znaczący uśmiech. Interpretacja tego gestu była wręcz oczywista - rzucała mu wyzwanie, co zresztą czyniła od chwili przekroczenia progu tego pełnego znienawidzonego tłumu ludzi miejsca.
Ta rzecz, to... — kolejny raz unicestwiła własną przestrzeń osobistą, by bezpośrednio skonfrontować się z Wymordowanym; ich twarze były oddalone od siebie o zaledwie parę, nic nieznaczących centymetrów; jej poruszające się usta niemal ocierały się o wargi mężczyzny. Wymówiła swoje życzenie z tym samym uśmiechem, który pojawił się już wiele razy podczas ich rozmowy - słowa zostały zagłuszone przez muzykę, ale wiedziała, że Alan Adrien Sartre zrozumiał ich znaczenia, aż dobrze. Widziała to w jego spojrzeniu. Potem odsunęła się od niego niemal natychmiast, zanim doczekała się ze strony swojego rozmówcy jakiekolwiek relacji.
Czy jest to wystarczająco ekscytujące i równie niebezpieczne? Ryzyko jest duże, z czego zdaję sobie oczywiście sprawę. Wynagrodzenie będzie odpowiednie do jego kalibru. — Wyprostowała się, prosząc barmana o rachunek.
Ich transakcja chyliła się ku końcowi, przez to też poczuła ulgę, która jednak nie była w stanie w żaden sposób zneutralizować obrzydzenia. Nadal czuła na swojej skórze palący oddech mężczyzny. Musiała jak najszybciej opuści to pomieszczenie, by nie oszaleć, by nie pogrążyć się w swoich urojeniach.

_________________
Put your hand to mine and feel this emptiness,
There's no beat in my chest, 'cause there's nothing left.

Kolory czcionek:

#333333 — po japońsku; zaznaczam jednak, że w przypadku Havoca jest to łamana japończyzna z wyraźnym akcentowaniem słów, który jest charakterystyczny dla mieszkańców piątki. W tym wypadku lepiej posługuje się językiem pisanym.
#336666 — po niemiecku.
#555555 — po angielsku.
#0E6775 — po francusku.



Havoc
-----------
Informator

avatar

Liczba postów : 563
GODNOŚĆ : Havoc, Mike Havoc.

Powrót do góry Go down

Re: Bar    Pisanie by Roma on Pią Lip 28, 2017 2:16 am
Nie miał żadnych złudzeń, czy najmniejszych wątpliwości, że jasnowłosa rzucała mu jawne wyzwanie już samą swoją obecnością i to od momentu, kiedy tylko zaczepiła go w klubie, dziwnym zrządzeniem losu, zajmując miejsce tuż obok niego przy barze. Nie wierzył w przypadki bądź okazje pojawiające się znikąd — tym należało stosownie pomóc, by miały prawo bytu. Oczekiwanie nieznajomej w formie rzekomego mówienia prawdy i tylko prawdy, co tak naprawdę sprowadzałoby się do jego osobistej, wysublimowanej szczerości na własny użytek. Dla wielu utrzymywanie fałszywej tożsamości musiało być całkiem trudnym orzechem do zgryzienia, lecz nie dla eks-fizyka nuklearnego, który pożegnał się ze swoją karierą naukową, nie bez zgrzytania zębów i rozczarowania, ale jednak udało mu się, żegnając ten rozdział, zamykając symbolicznie drzwi do swojej przeszłości na tyle beznamiętnie, by dziś nawet się nie zająknąć przy kłamliwej opowiastce.
Roma nie zdawał sobie sprawy, że nieznajoma wie o nim zdecydowanie za wiele, zresztą nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałby, że dogrzebałaby się do dawno nieaktualnych danych martwej sieci. Domyślał się jedynie, że ta próbuje go wyczuć, tak jakby była zdolna przewidzieć kolejny jego ruch, czego jednak zbyt pewna nie powinna być. Wchodząc z interesy z Romą powinna spodziewać się wszystkiego, w innym wypadku mężczyzna nie okazałby się sobą. Może i ukrywał inteligencję pod maską błazna z czystej wygody, lecz efektów poczynionych przez jasnowłosą ocenić jakkolwiek nie mógł. Nie wykazywał nadludzkich zdolności, a i spożyty alkohol nie służył mu zbytnio w stosownej ocenie sytuacji. Może i zachowywał trzeźwy umysł, mimo wesołego, zdradliwego na swój sposób uśmiechu, ale nie sposób nazwać to czymś wystarczającym.
Zmrużył ostrożnie oczy, zaś w opozycji do tego pozostał szeroki, rozbawiony uśmiech. Czy dobrze usłyszał? W kopercie znajdują się tajnie strzeżone informacje dotyczące systemu bezpieczeństwa głównej siedziby SPEC. Rzecz, którą chce, jest właśnie tam i należy do Dyktatora. Jest niezwykle cenna, ale jednocześnie całkowicie nieprzydatna, dla kogoś, kto rządzi tym Miastem. Ależ z ciekawym ziółkiem miał do czynienia! Jeśli dotychczas wzbudziła w nim głównie zainteresowanie swoim wyglądem zewnętrznym i zręczną grą słów, którą luźno podciągał pod niezobowiązujący flirt, teraz przeszła samą siebie i miała pewną jego uwagę. Sam nie spodziewał się, że ta noc okaże się aż tak zaskakująca.
Czy jest to wystarczająco ekscytujące i równie niebezpieczne? Ryzyko jest duże, z czego zdaję sobie oczywiście sprawę. Wynagrodzenie będzie odpowiednie do jego kalibru. — na dźwięk tych słów roześmiał się perliście, acz dźwięcznie. Na moment oderwał od niej wzrokiem, przebiegając po ścianach pomieszczenia, by chwilę później znów skrzyżować ich spojrzenia.
Tego typu zlecenie, złotko, będzie słono kosztować. Tego na pewno nie uda ci się spłacić przez łóżko, choćbyś została niewolnicą — oświadczył z ubawieniem, jak gdyby nigdy nic. Spraw takiego kalibru nie dało się załatwić lekko, a Roma nie zaliczał się do przekupnych i łatwych jednostek, zwłaszcza jeśli chodziło o interesy. Nie bez powodu wujaszek Fafnir i ciocia Ced tak dobrze sobie radzili z prowadzeniem biznesów i wzbogacaniu się – wiedzieli co się tak naprawdę liczy. Przechylił nieco głowę w bok, nadal nie odrywając od blondynki wzroku. — Wymagasz ode mnie nie lada poświęcenia, z reguły jestem pacyfistą i wolę pozostanie z boku. — dodał jeszcze z teatralnym niezadowoleniem, jakby pozostawał w tej sytuacji bezbronny i nie miał niby serca, by takiej damie w opresji odmówić.
Nadmierna bliskość nie do końca była w ich przypadku wskazana, nawet jeśli blondynka chciała utrzymywać pozory tego, że ma tutaj jakąkolwiek przewagę. Początkowo pozostawał niewzruszony na niewielką odległość, która ich od siebie oddzielała. Nieznajoma nie musiała jednak długo czekać na to aż Francuz skorzysta z okazji, aby tym razem to jej rzucić wyzwanie, bądź co bądź ryzykowne, ale czerpał z tego niemałą, trochę złośliwą satysfakcję. Zapewne nim ta zdążyła jakkolwiek zareagować złączył ich wargi, wymuszając na urodziwej nieznajomej pocałunek, kładąc tym samym prawą rękę tuż nad jej kolanem, by niepostrzeżenie lewą ręką zgarnąć kopertę bliżej siebie. Tak właśnie Roman Deveroux piekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Czy wilk będzie syty i owca cała… dopiero się okaże.

_________________
Kolory czcionek: japoński; francuski; hiszpański; angielski.
theme



Roma
-----------
Fafnir     Opętany

avatar

Liczba postów : 301
GODNOŚĆ : Alan Adrien Sartre/Roman Deveraux

Powrót do góry Go down

Re: Bar    Pisanie by Havoc on Nie Lip 30, 2017 1:07 am
Nie planowała tego. Zdecydowanie tego nie planowała. Jej analityczny umysł nie zarejestrował strategicznego momentu, kiedy to sprawy przybrały dla niej drastyczny obrót, mimo iż jeszcze chwilę temu zmierzały w dobrym kierunku, zgodnie z zapisanym w jej głowie scenariuszem, uwzględniającym kilka poprawek „w razie gdyby”. Jak widać, był to zły omen. Coś musiało pójść nie tak, coś musiało się zepsuć, jak jej światopogląd w przeciągu tych wszystkich nocy spędzony w obcięciach bestialskiej bezsenności. Podświadomie wiedziała, że samozaparcie nie wystarczy, by pokonać wszystkie te bariery, który chroniły ją szczelnie niczym kokon przed światem. Tak prozaiczna czynność jak zdjęcie rękawiczek, sam jej proces w publicznym, pożartym przez bakterie miejscu - do diabła, to właśnie ręce były siedliskiem wszelkich zarazków - był żmudny, wieloetapowy i nieczęsto kończył się porażką, kosztował ją dużo odwagi i wyrzeczeń. Rękawiczki w zasadzie były dla niej czymś porównywalnym do krzyża dla przeciętnego katolika - świętością. Z mieszanymi uczuciami, przygotowując się do tego psychicznie przez okrągły tydzień, zaciskając boleśnie szczękę, zrobiła to. Nawet poszła krok dalej - wypiła łyk alkoholu w miejscu publicznym, czego nie była w stanie osiągnąć przez ostatnie parę lat bez odpowiedniej motywacji (jej przygoda z alkoholem kończyła się na lampce wina, kiedy postanowiła sięgnąć po skrzypce, a były to momenty wybiorcze). Jej jedynym osiągnięciem w tej strefie było wypicie kawy w ulubionej kawiarni, po dokładnym sprawdzeniu lokalu od strony najbardziej ją interesującej, sanitarnej. Nic więc dziwnego, że zadrżała, a zaraz potem znieruchomiała, kiedy ten schorowany przez zarazę świata w postaci wirusa X mężczyzna miał czelność skraść jej pocałunek po naprawdę długim czasie. Zapomniała nawet, jakie to uczucie, jak wielki i niewytłumaczalny wstręt przylegał w takich chwilach do jej ciała, jakby była brudna, jakby naprawdę dawno nie konsultowała się z bieżącą wodą i środkami czystości, mimo iż w rzeczywistości czyniła to średnio parę razy w ciągu dnia. Nie pamiętała też — a może nie chciała pamiętać — kiedy dostąpiła tej wątpliwej przyjemności, jaką niewątpliwie było rozkoszowanie się bliskością drugiego człowieka. W odruchu bezwarunkowym jej dłoń złapała z rączkę pistoletu ciągle uwięzionego w kaburze. Oddychała, płytko nierówno. Resztki zdrowego rozsądku powstrzymały ją od wyciągnięcia broni, wycelowania nią w długowiecznego i naciśnięcia za spust. Albo po prostu była zbyt zajęta pobieżnym oszacowywaniem strat moralnych.
W każdym razie w pierwszym od ruchu zagryzła przednie zęby na dolnej wardze, by w kolejnym zazgrzytać na nich ze złości i z impetem odsunąć wargi od tych przesiąkniętych smrodem alkoholu szorstkich ust Francuza. Były to najprawdopodobniej jeden z nielicznych, naprawdę ludzkich i niewymuszonych odruchów jakie towarzyszyły jej w ostatnim czasie, klasyfikowany przez nią jako życiowa porażka. Potem pojawiła się chęć zwrócenia dzisiejszego obiadu, która ukazywała się jednorazowo w takich okolicznościach i była tylko nic nieznaczącym zalążkiem obrzydzenia, które głęboko zakorzeniło się w umyśle kobiety. Położyła tak samo zimne, jak jej zamarznięte przed laty serce, i równie drżące palce na skórze złodzieja, wbijając wypolerowane i wypiłowane perfekcyjnie paznokcie do skóry nadgarstka mężczyzny, który niefortunnie zacisnął swoją dłoń na jej kolanie. Swoją oblepioną zarazkami dłoń. Poczuła pod nimi krew. Lepką ciecz, która zapewne była ohydna w smaku. Alan Adrien Sartre był wrakiem, czymś w rodzaju antyku w muzeum, ze swoim prymitywnym sposobem myślenia, które najwyraźniej ograniczało się do równie prymitywnego zaspokojenia podstawowych potrzeb seksualnych. Jego krew, z dodatkiem procentów, sączyła się po jej smukłych palcach jak trucizna. Po chwili zwolniła uścisk, wstała z krzesła i wytarła dłoń w chusteczkę, którą uprzednio wyciągnęła z torebki. Kawałek po kawałku, centymetr po centymetrze, korzystając z usług środka do dezynfekcji rąk.
Długo milczała, walcząc już nie tylko z kotłującymi się w głowie myślami, ale również ze swoją fobiczną częścią natury, z której istnienia zdawała sobie rzecz jasna sprawy, ale nigdy nie miała zamiaru jej się przeciwstawić. Nie dlatego, że nie posiadała wystarczającej siły, by to uczynić. Powód był infantylny, prosty. Najprościej świecie była do takiego stanu rzeczy przyzwyczajona, jak perfekcyjnie nastawiony szwajcarski zegarek do punktualności. Choć emocje w niej wrzały, jak woda w czajniku, na jej twarzy nie odcisnęło się żadne świadczące o tym znamię. W tym momencie było kompletnie pozbawiona ekspresji. Jak oblicze chorobliwe białych bożków rzymskich wykute w marmurze. Właśnie tak w tej chwili wyglądała, jak posąg – gładki, nienaruszony przez żadne widoczne zmarszczki. Albo jak osoba umarła, a przecież już dawno umarła. W sobie.
Nie ceń się tak nisko. Przecież w latach swojej świetności byłeś ikonom fizyki nuklearnej. — Zadbała o to, by głos jej nie zadrżał. I nie zadrżał. Na szczęście miała opanowaną tę umiejętność w małym palcu. — Mam nadzieję, że pozytywnie rozpatrzysz moją małą, samolubną prośbę. — Założyła rękawiczki i zapłaciła za swój rachunek. Machinalnie, jak robot. Usta zaś wykrzywiła w grymasie, który miał uchodzić za uśmiech, ale w rzeczywistości był tylko jego parodią; jak sztuczne słońce unoszące się nad ich głowami, nieporównywalne z tym prawdziwym. — Proponuję, abyśmy spotkali się za trzy dni w tym samym miejscu i o tej samej porze. Myślę, że to wystarczająco dużo czasu na podjęcie decyzji. Do zobaczenia, Alanie.
Alanie Sartre, jeśli myślałeś, że jesteś nieosiągalny, srogo się pomyliłeś.
Och, ona też nie miała żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości, że Alan Sartre będzie teraz ostrożniejszy i być może podejmie odpowiednie środki, by ją rozszyfrować. Na to właśnie liczyła. Wykradniecie z siedziby S.SPEC, a właściwie samemu Dyktatorowi jedną z najważniejszych i cenniejszych dla niego rzeczy, było tylko pretekstem. Zabawą, głupią gierką. Pretekstem. Niczym więcej.
Odeszła, nie oglądając się za siebie. Nie wiedziała jaki będzie jego następny krok i dlaczego nikt go nie pamiętał, dlaczego wszystko uchodziło mu na sucho. Nie wiedziała, ale chciała się tego dowiedzieć. Z tego właśnie powodu była nim zainteresowana, żywo zainteresowana. Z tego właśnie powodu zignorowała ostrzegawczą lampę w głowie, która zawsze symbolizowała niebezpieczeństwo. Zresztą kurtyna dawno się wzniosła. Aktorzy pojawili się na scenie. Jeden po drugim.

z tematu + Roma

_________________
Put your hand to mine and feel this emptiness,
There's no beat in my chest, 'cause there's nothing left.

Kolory czcionek:

#333333 — po japońsku; zaznaczam jednak, że w przypadku Havoca jest to łamana japończyzna z wyraźnym akcentowaniem słów, który jest charakterystyczny dla mieszkańców piątki. W tym wypadku lepiej posługuje się językiem pisanym.
#336666 — po niemiecku.
#555555 — po angielsku.
#0E6775 — po francusku.



Havoc
-----------
Informator

avatar

Liczba postów : 563
GODNOŚĆ : Havoc, Mike Havoc.

Powrót do góry Go down

Re: Bar    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4   

   

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: M3 :: Centrum :: Klub „Venus”