Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Shane on 27.01.17 19:41
Stali krótką chwilę w kompletnej ciszy, która wydawała się dziwną swego rodzaju rozmową między dwójką obcych i zarazem bliskich sobie osób. Nie mieli za dobrego początku. Pradawny brzydził się i gardził Tyrellem za każdym razem, kiedy spoglądał na rumiane policzka i niewinny wygląd swego stróża. Za każdym razem, kiedy ten otwierał usta rudzielec czuł irytację. Bulgoczącą w jego żołądku żółć, która niejednokrotnie opuszczała usta.
Co się zmieniło? Co uległo zmianie w tak krótkim czasie?
Wszystko.
A więc wybrałeś — powiedział spokojnie, nie odsuwając kciuka od jego ust i nadal świrując go wzrokiem. Górował nad szczupłym ciałem pod każdym kątem. Przewidział, że zaraz padną kolejne pytania ze strony anioła, który nie zrozumiał jego wypowiedzi. Zapewne uznałby je za bełkot chorego, dlatego też Shane nie zamierzał czekać.
Walkę — dokończył. Jakiś czas temu ich rozmowa odbywała się na zasadzie wzajemnej niechęci, tym razem ochłonęli i odpoczęli od własnego towarzystwa. Shane potrzebował spokoju oraz braku obecności sunącego za nim cienia. Nie był przyzwyczajony do czyjegoś towarzystwa, a najlepszą strategią pozbycia natręta był warkot. Niestety, natręt okazał się niesamowicie wytrwałym i upartym. Dawniej mógłby posądzić go o stalking, dziś o..
No właśnie, o co?
Może — Shane uśmiechnął się niewidocznie, nieznacznie pochylając się nad skurczoną sylwetką chłopaka — jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi —  który w ostatnim momencie uciekł spod jego placów, sprawdzając mu pobieżnie  temperaturę.
Co chciałeś zrobić, Shane? Nie wiem.
Wiesz.
Oczywiście, że wiem.
Przymknął na chwilę oczy, prostując się. Obejrzał się za siebie, sprawdzając gdzie poszedł Tyrell. Grzebał coś w torbie, a potem przelewał jakieś dziwne substancję z jednej buteleczki do miski. Rudzielec podszedł ponownie do łóżka, opadając na nie całym ciężarem ciała. Westchnął głośno, przymykając ciężkie, zmęczone powieki. Gorąc ich palił go niemiłosiernie. Kiedy ostatni raz chorował? Całe wieki temu. Nie miał pojęcia co stało się nagłą przyczyną jego złego samopoczucia. Może brnięcie w bagnach w deszczu, wyczekiwanie na wietrze celu, a może niewyspanie oraz niedożywienie? No skąd!
Słuchał irracjonalnej historii Tyrella, zastanawiając się chwilę kiedy zaczęli grać w otwarte karty? Czyżby coś przespał?
Brzmi idiotycznie, ale jestem skłonny w to uwierzyć. Naćpałeś się i wędrowałeś z jakimś staruchem? To on ci to zrobił? —  powiedział mając na myśli poparzenia i zaraz rozbierając się z koszulki. Gorączka paliła jego ciało. Czuł jej język na każdym skrawku skóry, jak bestialsko zahaczała o tatuaże, które wyglądały niesamowicie niegroźnie, a jeszcze kilkanaście godzin temu chciały go zabić.
Moja historia brzmi równie idiotycznie co twoja —  odparł zachrypniętym głosem. Zawsze miał w nim nutkę chrypy, jednak przez grypsko znacznie się ona pogłębiła. —Odurzono mnie w barze i zabrano do jakiegoś podziemnego laboratorium, gdzie przeprowadzono na mnie eksperyment. Ale nie tylko na mnie, było też paru innych. —  Shane doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że chłopak zauważył nowy nabytek na jego ciele. Chociaż? Przecież nigdy nie rozbierał się przy nim, a może...? Cholera, nie pamiętał.




Sorreh za taki kicz, nie poszło mi tak jak chciałem. |:





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Tyrell on 30.01.17 20:41
„Może.”
  Chłopaka ogarnęły wątpliwości, czy jego umysł sam nie podsyłał mu złudnych alarmów. Shane miał dość specyficzny sposób wyrażania się; zastanawiał się, ile z tego stanowiło grę. Często odnosił wrażenie, że go ocenia, nawet podczas zwykłej rozmowy. Napełnił cynowa miskę wodą ze źródła, którą zawsze trzymał przy sobie i przyłożył do ust Shane'a. „Czy nazwisko sprawcy coś by zmieniło?”, „Może”. Przez krótka chwile znów stanął mu  przed oczami obraz zbliżającego się Pradawnego i jego jasne, bursztynowe oczy przeszywające go na wskroś. Odpędził go od siebie. Ich oczy znów niechybnie by się spotkały, gdyby Tyrell nie odwrócił głowy.
  — Napij się. Wiem, że spiritus ucieszyłby cię bardziej, ale takie zachcianki nie na mojej warcie.
Wzrokiem przebiegł po ciele pacjenta, szukając punktu zaczepienia. Liczył, że zrobi to szybko i sprawnie, więc zaskoczył się kiedy złapał się na tym, że zapatrzył się na jego dobrze zbudowany płaski brzuch. Zauważył parę zadrapań i siniaków, ale nie wyglądały groźnie. Spojrzał na swój placek leżący przy nogach Shane'a i zastanawiał się, co powiedzieć. Właściwie co tu było do powiedzenia? Nie zawsze postępował tak, jak powinien — a teraz po prostu nie mógł.
  — Raczej nie. — Poczuł dobrze znany rozziew między pragnieniem udzielenia wyjaśnień a całkowitą niezdolnością, by to zrobić. — Tam coś było. — Zmarszczył brwi. — Zresztą. Nic to już nie zmieni — rzucił i podniósł podejrzliwy wzrok na mężczyznę znów nabierając zimnego spokoju. "Jeśli znałbym odpowiedź, co by zrobił?" — Albo ucieka się od problemów, albo stawia im czoło — mówił poważnie. — Trzeba zaakceptować, kim się jest. Ja zaakceptowałem.  
  Lata spędzone na Desperacji dały mu wystarczająco dużo czasu aby zgodzić się z życiem jakie wybrał. Z początku nie zdawał sobie sprawy jak ciężkie ono będzie. Zarzucając jedyny plecak na raniona – noszony po dziś dzień – i zaciągając sznurowadła starych trampek, nie był przygotowany na to co go czeka. Wtedy też o tym nie myślał. Miał wrażenie, że tatuaże, które pojawiły się na jego ciele to znak. Błogosławieństwo, które będzie chronić go przed złem i pechem. Nic bardziej mylnego. Na Desperacji nic nie było pewne. Teraz to wiedział.
  Leniwie przetarł dłonią twarz, a włoscy opadły na jego czoło jak mroczna kurtyna. Zostawił cynową miskę dłoniach mężczyzny i sięgnął do stolika, na którym wcześniej rozłożył potrzebne rzeczy — właśnie teraz, kiedy jego organizm perfidnie zdradzał, że jednak to co powiedział o laboratorium i eksperymencie go ruszyło.
  — Kłopoty się ciebie trzymają.
  A potem kapryśny pacjent doczekał się swojej uwagi ponownie. Wrócił do Shane'a i nachylił się nad nim. Najpierw skupił się na ranie na ramieniu, gdzie sztylet wbił się dość głęboko. Odwinął zakrwawiony opatrunek i uważniej przyjrzał się skórze. Miała w tym miejscu wciąż barwę czerwonosiną, ale wydawało się, że zdrowieje. Odrzucił brudną tkaninę na ziemie — mokra chlasnęła o podłogę. Przemył ranę, by następnie sięgnąć po małą manierkę. Kiedy ją otworzył zapach alkoholu rozniósł się po pokoju. Oblał zaczerwienione miejsce, by chwilę później sięgnąć po gruba czarną nić i wielką igłę.
  — Skłamałbym jakbym powiedział, że wygląda to dobrze.
  Znów nachylił się nad jego ciałem, tak, ze ciepły oddech połaskotał rudzielca po szyi.
  — Jak udało ci się uciec? Ten szczyl był z tobą? — Uniósł brew i złapał Pradawnego za zdrowe ramie, jakby miał zaraz zdradzić mu jakąś tajemnicę. Nie dało się ukryć chłodu w jego głosie na samą wzmiankę o nim. Wzrok mu się zmienił, wyostrzył, jakby chciał dać do zrozumienia Shane'owi, że dalsza ich znajomość może mieć swoje konsekwencje. Konsekwencje w postaci anioła? Kim on dla ciebie jest? Trudno mi jakoś uwierzyć, że twoje zapotrzebowanie na bliskość jest tak płytkie. To kundel. Lubisz młodych, niewinnych chłopców? Kiedy zamierzałeś mi o powiedzieć?
  Przy ostatnim zdaniu kącik ust lekko zadrżał, jak impuls do prowokacyjnego uśmiechu, który objawił się wyłącznie cieniem przeszywającym jego spalony policzek. Szczupłe, trochę zdrętwiałe palce chłopaka okazały się dość zwinne, gdy przewlekały nić przez ucho i kiedy wiązały na jej końcu supeł. Zacisnął brzegi najgłębszej rany z fascynacja obserwował jak igła przebija skórę Shane'a.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Shane on 07.02.17 18:43
Woda okazała się być najlepszym lekarstwem dla zmęczonej i rozpalonej gorącem duszy. Czujny wzrok śledził Tyrella przy każdej czynności, prześlizgując się po jego sylwetce oceniająco. Starał się stwierdzić jakie zmiany w nim zaszły, co się zmieniło. Czy fizycznie również uległ dziwnej — jak na niego — transformacji? Nadal był chudy, wątły i wydawać się mogło, że jakby się mocniej go złapało, przelałby się miedzy palcami.  
Ktoś tu się zrobił stanowczy — rzucił spokojnie, trochę drwiąc z niego. Okej, Tyrell od początku nie tolerował faktu, że Shane zbyt bardzo ukochał sobie szkocką, i że gdyby miał okazję oddałby swe stróża za kilka butelek.
— Albo ucieka się od problemów, albo stawia im czoło.
Słysząc jego słowa, prychnął pod nosem. Ciekawe.
A więc stawiasz czoła problemom. — Pokiwał głową w zamyśleniu, wzrokiem ponownie wracając na chłopaka. Wychwycił jego wzrok, który zbyt długo wpatrywał się w nagi brzuch. Lewy kącik ust lekko, wręcz niewidocznie uniósł się do góry.
Zachował powagę.
Tyrell był jak sarna, łatwy do spłoszenia. Chociaż jakby sobie przypomnieć bojowe nastawienie anioła w jaskini względem Shiona, mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że widział w nim cień mroku.
Podniósł się do siadu, trzymając w dłoniach miskę z wodą i co rusz ją popijał. Wpatrywał się w podłogę, a fala gorąca ponownie oblała jego ciało. Musiał zażyć jakieś antybiotyki, jednak czy Tyr posiadał podobne specyfiki? Żyli na Desperacji, rzadko kiedy widywało się aspirynę czy tabletki przeciwbólowe.
— Kłopoty się ciebie trzymają
Najwidoczniej — I nie tylko one, pomyślał.
Błądził zmęczony spojrzeniem po kręgach wody, jakie zaczął robić kiedy lekko kołysał miską.
Wygląda jak wygląda, nie dramatyzuj — mruknął pod nosem, nieco ciszej niż miał w zwyczaju. Był cholernie zmęczony.
— Jak ci się udało uciec? Ten szczyl był z tobą?
Uśmiechnął z nutką złośliwości, jednak zarezerwowanej dla siebie.
Czemu się szczerzysz, kretynie? Co cię tak bawi? Zazdrość anioła?
Zabiłem wszystkich, Tyrell — powiedział lekko rozbawiony, jakby to było oczywiste.  Przeszywał jego oczy, szukając w nich mroku. Wypatrzył go bardzo szybko. Anioł nie panował jeszcze nad tym, a może wcale nie chciał? — Shion, nie był ze mną. Byłem tam sam. Znalazł mnie i zajął tak jak potrafił.Jakiś ty wylewny, Shane. Mówisz to, aby go wkurzyć? Może.
Zapanowała cisza. Słowa wystrzelone niczym z karabinu poleciały serią w stronę rudzielca. Czuł, że poprzednie pytanie nie zostanie zakończone i urwane wpół zdaniu. Przecież kiedy mówi się a, trzeba powiedzieć b.
Kątem oka zobaczył, jak anioł pozszywał jego ranę. Wyglądała względnie. Na tyle, ile sam Pradawny uznał to za stosowne. Odłożył pustą miskę na bok, na pościel.
Trudno ci uwierzyć, że mam takie płytkie zapotrzebowanie na bliskość? A jakie, według ciebie, mógłbym mieć, hm? Co, Tyrell? — zapytał spokojnie, zbyt blisko ucha hydry. Gorącym oddechem parzył płatek jego ucha.
O czym mam ci mówić? O moich preferencjach seksualnych? — zapytał niby całkiem niewinnie, nie widząc o co może chodzić. Oczywistym było, że chodzi o przynależność do DOGS. — Może lubię. A co chcesz wpasować się w ten schemat, Tyrell?Wredny chuj z ciebie, Shane. Wiem.
Złapał palcami za policzka chłopaka i odwrócił jego głowę w swoją stronę. Z sadystycznym spokojem wpatrywał mu się w oczy, chcąc z niego czytać. Zniszczył wszelkie granice przestrzeni osobistej anioła, depcząc jego bezpieczną sferę. Oddechem muskał różowe wargi stróża, poluźniając jednak uścisk na jego policzkach. Dopiero po chwili przyjrzał się śladom po popatrzeniu.
Zajmij się sobą, wyglądasz gorzej ode mnie. — Puścił go.
Opadł mimowolnie na łóżko, zaraz wchodząc pod kołdrę. Skończył go drażnić.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Tyrell on 22.02.17 21:01
Skóra zmarszczyla się gdy naciągnął nić, a potem wyprostowała, jakby zapamiętała swoje dotychczasowe ułożenie.
  — Zabiłem wszystkich.
  Gdy pięć szwów połączyło skórę, Tyrell zakończył pracę. Sięgnął w milczeniu po przygotowany wcześniej lek. Żywice nakładał palcem; wpychał ją do rany i rozsmarowywał wokół zszycia. Lekko szczypiąca maź miała właściwości lecznice, a pojawiające się delikatne fale ciepła mogły sprawiać ciału Shane'a regeneracyjną przyjemność. Zaraz potem wyciągnął z plecaka pozostałości po zapasowej koszuli. Uzyskanym w ten sposób bandażem owinął pokryta maścią ranę; musiał nieco odchylić głowę Shane'a, aby zawiązać mu na karku mocny węzeł.
  Kiedy skończył i pościł materiałowy opatrunek, ze zdumieniem stwierdził, że patrzy w jego otwarte oczy. Sztywne palce pochwyciły go za policzka. Niebieskie mętne oczy mimowolnie wyostrzały. Gorący oddech. Zapach lasu. Zapach władzy. Odległa kraina, która przekroczył swoim słowem. Wkroczył na nieznane dzikie ziemie zamieszkane przez ciemność. Skóra zapiekła go pod naporem jego zimnych palców, ale nie tylko. Czuł jak twarde paznokcie zaznaczają swoje miejsca na ubrudzonej twarzy; wbijały się ze satysfakcją w skórę, pozostawiając głębokie ślady. Zbłąkany nocny pies i wilk. Zły i głodny. Żołądek zniknął gdzieś w poskręcanych wnętrznościach. Zaskoczył go ten śmiały ruch. Shane potrafił przeszywać ludzkie istoty na wskroś. Z dominacją bawił się ich słabościami. Jego również.
  Tyrell złapał go za nadgarstek. Zrobił to tak szybko, że ten nie zdążył go cofnąć. Skora szorstka i ciepła. Błyszczące w ciemnościach niebieskie tęczówki wpatrywały się w bursztynowe oczy próbując przekroczyć barierę ich smolistej maski.
  — Chcesz wpasować się ten schemat, Tyrell.
  — Nie wiem czy byłbym dla ciebie wystarczająco niewinny — powtórzył za nim z ledwie widocznym rozbawieniem na niezmiennej twarzy. Z łach popiołu powróciły wspomnienia. Zimne i odległe jak grób. Kiedyś miały go uratować, a teraz tylko pogrążyły w ciemności. Gnuśność i mrok. Zostały tylko one. I on okutany w swe nowe towarzyszki.
  Z kamiennych ścian dął zimny wiatr. Czuł go na swoich plecach.
  Kiedy Pradawny odsunął dłoń i przechylił się w stronę posłania, Tyrell pchnął go i przywarł do twardego łóżka. Jedna ręką trzymał go za nadgarstek, a druga oparł o jego zdrowe ramie. Czarne poplątane kosmyki musnęły czoło Shane'a.
  — Po prostu nie spodziewałem się, że dotyk komuś takiemu jak ty może sprawić przyjemnośćbo zimne, martwe głazy nie maja uczuć.
  Poczuł znajomy ból w nodze i zmuszony był zmienić pozycję. Podniósł się odrobinę. Rany nieustannie przypominały mu, że wprawdzie nie skończył tak źle, ale jeszcze daleko mu do pełni sił.
  — Zajął jak potrafił — wyrzucił ze swoich ust prosto w jego twarz; oddech smagał mu polik. — Dobra. A teraz utwórz grzecznie usta, wilku. Czas abym ja zajął się tobą jak trzeba.
  Puścił jego ramię i przysunął do ust tabletkę, wręcz wcisnął mu ją między wargi. Miał nadzieję, że zbije gorączkę. Po jego wykwitach na wtarzy był wręcz pewny, że to musi być grypa. Przeniósł wzrok na swoje wciąż zaciskane wytatuowane palce. Wyciągnął ich ręce poza koc, którym się okrył. Przysiadł na skraju łóżka, bo noga znów go rozbolała.
  — Co to jest?
  Miał wrażenie, że rzuca pytanie w ciemną przestrzeń. Nie był zaskoczony. Wręcz zimnie spokojny. Oplatający wzór owijał się jak wąż wokół przedramienia rudzielca. Czarny tusz na ciele podopiecznego przypomniał mu o czymś. Zamarł. Oczy lekko pobladły i wydały się odległe. Ciało zesztywniało. Odchylił jego rękę pod innym kątem i przypatrywał się, jakby szukał w niej liter.
  — Ostatnio miałem sen. — Na chwilę umilkł, wzrok błądził śladem nieznanej ścieżki tatuażu. — Obudziłem się wtedy ranny, spalony. Sam. I kiedy zobaczyłem, że część wzoru na mojej klatce piersiowej pożarł ogień, zrozumiałem, że ten sen musiał być z nim związany. — Jego oczy spoczęły na głębokim oparzeniu na torsie, ale szybko uniósł twarz. — Coś na wzór ostatniego echa. Czegoś co znika i już nie ma. Pewnie nie mówiłbym ci to tym, ale w tym śnie byłeś ty.
  Puścił jego nadgarstek i podrapał się po karku, jakby tym zajęciem miał pozbyć się zmieszania. Odkaszlnął i podniósł się. Obrócił twarz w stronę okna. Za kamienną wnęką padał śnieg. Zaczął ściągać bluzę. Syknął. Czarne gęste tatuaże, zaczęły ujawniać się na jego lędźwiach.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Shane on 27.02.17 19:32
Shane czuł jak zimny koniec igły zanurza się w jego rozpalonej skórze i z łatwością przebija miękką tkankę. Ciepła maź, którą chłopak wpychał w ranę przyjemnie piekła, przypominając mu o tym, że żyje.
Przymknął oczy, pozwalając mu zająć się sobą.
Ten jeden raz.
Spokój trwał jedynie chwilę. Wbrew wszelkiej logice musiał przekroczyć granice. Dawno powinien dzieciaka oddelegować do siebie, jednak lojalność jaką zachował przy Shionie, zaimponowała mu. Może dlatego pozwolił sobie na bliższe przyjrzenie się jego twarzy. Oglądał ją spokojnie, bez pośpiechu. Widoczne poparzenia potowarzyszą aniołowi jeszcze przez jakiś czas.
Puścił go ostatecznie kończąc obdukcję, a wówczas nim zdążył zareagować, Tyrell pokusił się sam o kontakt fizyczny. Leniwie przesunął wzrokiem po szczupłej dłoni, która oplatała jego nadgarstek niczym wężowe tatuaże. Wrócił wzrokiem do niebieskiego morza, które oglądał latem. Przypominały mu się wakacje. Wakacje w Chorwacji. Lubił tam jeździć, a patrząc w lazur tęczówek Tyrella, czuł na policzkach powiew ciepłego wiatru.
Prychnął na słowa anioła, który rozproszył jego myśli.
Uważasz, że aż tak się zmieniłeś? — zakpił z niego. Do niedawna pozostawał w jego oczach przerażoną kulką pierza, która przy głośniejszym chrząknięciu kurczyła się i nieufanie zerkała po twarzach ją mijanych.
Leżał spokojnie i przyglądał mu się z ukosa. Czuł jad w głosie stróża, który chciał dobitnie uświadomić mu, jak bardzo go nie zna.
Co ty możesz o mnie wiedzieć, Tyrell —  powiedział spokojnie, bez krzty złośliwości. Chłopak nie znał swojego podopiecznego, jednak łatwo było mu rzucać oskarżeniami. Gorąc jego słów, jak również jego oddechu parzył mu policzek, jednak Shane pozostawał nieporuszony. Nie drgnął, ani nawet nie spiął się pod wpływem nagłej bliskości chłopaka.
—  Czas abym ja zajął się tobą jak trzeba
Musiał przyznać, że tego się po nim nie spodziewał. Posłusznie uchylił usta biorąc tabletkę, a w oczach pojawiły się tańczące, rozbawione ogniki.
Odważny. Pomyślał. Nie skomentował wypowiedzianych słów, nie czuł potrzeby ciągnięcia tematu Shiona. Jednak jedno było pewne — Tyrell pałał do kundla żywym, ogniem nienawiści. Bawiło go to na swój sposób, jednak nie zamierzał odkrywać się z własnymi myślami. Pozwolił trwać aniołowi w niewiedzy i niechęci względem młodego rudzielca.
Tatuaże. Też takie posiadasz, Tyrell. —  Bardzo zabawne, Shane. Bardzo. Rudzielec sam przyjrzał się przez chwilę oplatającym jego ręce wzorom, które nie wyglądały już tak tragicznie jak jakiś czas temu. Przypominało mu się laboratorium, w którym utknął z Huyseim i ile musiał włożyć wysiłku, aby wydostać z labiryntu własnych słabości. Czuł, że dzięki temu wydarzeniu mógł w spokoju zostawić pewne wspomnienia za sobą.
Dzięki nim mogę teraz zrobić to —  A z otwartej dłoni wystrzeliła mała elektryczna kula, która zatoczyła koło nad Tyrella głową. — Elektryczność, Tyrell —  wyjaśnił, po czym zamknął dłoń, chowając niewielkie wyładowanie elektryczne. Jego ciało nadal buntowało się, aby móc swobodnie korzystać w pełnej okazałości z mocy jaką otrzymał. Musiał się zregenerować i dojść do siebie, by sprawdzić swoje limity.
Chwilę myślał nad tym, kiedy anioł wspomniał o śnie. W pierwszej chwili nawet nie zareagował, założył ramię na czoło i jedynie przyglądał mu się.
—  Ja? I co nimi w nim robiłem? —  zapytał. On już dawno nic nie śnił. Nie pamiętał, jak to było przeżyć coś przyjemnego na jawie. Dręczyły go jedynie koszmary. Czarne łapy zaciskające się na jego szyi. —  Coś na wzór proroczego snu, naprawdę? Posiadacie takie możliwości? — Nie miał zielonego pojęcia, że anioły potrafiły podobne sztuczki. Z przymrużeniem oka traktował jego słowa, jednak intuicja podpowiadała mu, aby zainteresować się snem. Po co? Nie miał zielonego pojęcia.
Przyglądał się szczupłemu ciału chłopaka, którego każdy kawałek skóry przykryty był czarnymi znakami. Na klatce piersiowej dojrzał wilka. Z tej odległości mógł śmiało przyjrzeć się szczegółowym elementom. Przesunął wzrokiem nieco niżej na jego lędźwie, na których zaczęły pojawiać się nowe tatuaże. Podniósł się do siadu, uważnie oglądając cały proces ich pojawiania się. Nie wiedział jak on je pozyskiwał.
—  Co one znaczą? Czemu się pojawiają? — Zajęty przyglądaniem się, usłyszał szelest. Coś zaśmierdziało mu siarką i popiołem. Mimowolnie spojrzał w kierunku plecaka Tyrella. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że poruszył się. Sądził, że gorączka płata mu figla, jednak zapach stawał się zbyt drażniący i wyczuwalny.
—  Co masz w plecaku? — Nie potrafił w pierwszej chwili rozpoznać rzeczy jaka się w nim znajdywała. Zapach był nieco mylący. Nieznany.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Tyrell on 06.03.17 22:18
Zaskoczenie jakie można było zauważyć w oczach Tyrella, gdy strzelający energią promień okrążył jego głowę, mieszało się z natychmiastowym paraliżem mięśni; spowodował zesztywnienie i błysk w oku, który wcześniej zakopany był pod mętna kołdra mroku. To była ta dawna iskra mieniąca się w kolorze tysiącu odcieni błękitu, którą Shane mógł widzieć już wcześniej. Pierwszego dnia, kiedy rudzielec przekroczył próg jego gabinetu. Ta sama obawa, którą widział w chłopaku, gdy ten dowiedział się o pochodzeniu rany i niedźwiedzicy.
  — Nie rób tego nigdy więcej.
  Rzucił stojąc teraz twarzą w kierunku okna i patrząc na padający śnieg. Chmury przybrały popielaty odcień sunących cieni po ołowianym niebie. Zanosiło się na zamieć.
  Kiedy ściągnął bluzę odłożył ja na stół i spojrzał na swoja poparzona klatkę piersiowa. Próbował dotknąć rany, ale ból jaki przeszły jego ciało spowodował tylko głęboki syk. Cofnął dłoń.
  — Uważasz, że aż tak się zmieniłeś?
  Oczy zastygły pod sinymi powiekami. Zmętniały. Złapał się na tym, że bardzo długo zwlekał z odpowiedzią.
  — Od przeszłości nie da się uciec. Po prostu zaakceptowałem to, kim jestem.A jestem złym gościem.
  Świat niewinności upadł pod jego nogami jak rozwiany domek z kart. W momencie, w którym dowiedział się o swojej dawnej przeszłości stracił wszystko. Zapał. Stare przyzwyczajenia. Strach. Czemu podążał ścieżkami, którymi nie chciał, pchany szeptami rówieśników? Czemu nie był ba tyle silny, aby to przerwać? Jak mógł kiedyś tak żyć? Czemu to robił? Zbyt wiele pytań — znikąd odpowiedzi.
 Obrócił się powoli w jego stronę. Wielka czerwona plama poparzenia rozlewała się na jego mostku. Nie próbował nawet wspominać o ostatnim spotkaniu ze swoim cieniem z przeszłości. Zapewne wiązało się to z faktem iż, nie potrafił, tak po prostu z marszu wyznać swoje najgorsze obawy przed Pradawnym. Czy w ogóle chciałby go słuchać? Czy uznałby go za słabego? Mówił sobie, że tak. Od kiedy rudzielec stał się liderem, starał się brnąc za jego sylwetka jak cień, który dodaje grozy, nie osłabia. I tak właśnie chciał to zostawić.
 — Co one oznaczają?
 Drgnął. Materiałowe spodnie wisiały na kościach miednicy Tyrella, jak ubrania na wieszakach w sklepie. Jego twarz zmiękła. Zaskoczyło go to pytanie.
 — One?
 Ponownie spojrzał na swój tors ozdobiony tysiącem czarnych wzorów. Nawet teraz stojąc przed nim bez koszulki — pół nagi — wcale na takiego nie wyglądał. Tatuaże szczelnie kamuflowały jego jasna skórę po same nadgarstki.
 — Wskazują mi dobra drogę.
 Tyle. Uśmiechnął się krzywo, poparzenie na policzku umiejętnie zniekształciło dobre chęci.
 — Nie każdy anioł może pochwalić się umiejętnościami proroczymi. Ja nie. Doznałem tego po raz pierwszy. Nigdy wcześniej nie odczuwałem jawy tak dosadnie i rzeczywiście. Czuje, że to było ważne. Że tatuaż symbolizujący to zdarzenie był istotny. W innym wypadku nie przyśniłby mi się. To nie miałoby sensu. — Oczy zabłysły mu z ekscytacji, gdy o tym mówił. — Śniła mi się dziewczynka. Dziecko. Znajdowała się w grocie. Na wschód od Limbo. Tej w dolinie — kontynuował. — Umierała z głodu i z zimna. Czekała na kogoś. Widziałem jak wyciągałeś do niej rękę, pojawiając się z znikąd. Ona obróciła oczy pełne strachu.
 Urwał i podrapał się z tyłu głowy, próbując przypomnieć sobie coś jeszcze.
 — Czuje, że powinieneś to sprawdzić, nim będzie za późno.
 — Co masz w plecaku?
 — Ha?
 Podniósł brew. Zaskoczyło go to pytanie. Nawet wyrwał się z chwilowego zamyślenia. Wzrok na nowo stał się żywy. Palce zastygły w czarnych włosach. Zlustrował łózko na którym leżała torba. Wyglądała zwyczajnie. Tak jak zawsze. No może oprócz dwóch kam, które przyozdabiały zewnętrzną część ekwipunku. Przez chwile sądził, że Shane się przejęzyczył. Że miał na myśli broń, a nie wnętrze plecaka. To miałoby sens.
 — Wtedy po incydencie z oparzeniem, kiedy urwał mi się film, obudziłem się w środku lasu. Miałem je już wtedy przy sobie. — Podszedł luźno do swojego cennego dobytku. Otworzył zamek. — Wiem brzmi to dziwnie, ale nie zwinąłem tych kam nikom--.
 Zdarzył powiedzieć tylko tyle. Oczy otworzyły się szerzej. Coś jaskrawego mignęło mu przed oczami, a chwilę potem spoczęło na jego głowie. Tyrell zaczął machać rękoma próbując to zrzucić.
 — Co do cholery?!
 Rozległ się zwierzęcy krzyk, a potem coś dziabnęło go w palca. Chłopak rzucił w ciemność wiązankę bólu i wsunął ugryziony palec do ust. Nim zdążył się odezwać, ptasi łeb nachylił się nad jego twarzą i zaskrzeczał. Tyrell zmartwiał. Oczy rozbłysły lodową iskrą.
  Feniks mienił się w pomieszczeniu jak frywolny płomień ogniska. Rzucał na ścianę długie cienie ich sylwetek. Przekrzywił łeb. Zaskrzeczał i spojrzał na rudzielca badawczym wzrokiem. Rozprostował skrzydła i sfrunął na łóżko. Chwilę później z zainteresowaniem dziobał już materiał spodni Shane'a.
 — To on — wydusił w końcu. Mrugnął oniemiały. — To jego widziałem wtedy z tym gościem. Próbowałem go... — urwał gubiąc słowa. Nie koniecznie chciał się chwalić przed smokiem umiejętnościami łowieckimi i 'mądrym rozumem'. Kolejne fragmenty czarnej taśmy zaczęły odsłaniać swoje klatki. Zmarszczył brwi. — Nie wiem co on tu robi. — Chwila konsternacji. Przeskoczył nerwowo na twarz podopiecznego i spiął się od razu usprawiedliwiając: — Jego też nie zwinąłem. Nie patrz tak na mnie.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Shane on 11.03.17 19:20
Elektryczna, niewielka kulka zniknęła w mgnieniu oka. A Shane wówczas już wiedział. Widział strach czający się w źrenicach chłopaka. Z nikłym zainteresowaniem obserwował nagłe spięcie mięśni i mętny wzrok.
Nie rób tego nigdy więcej.
Nie ty o tym będziesz decydował — odparł spokojnie, bez krzty zbędnych emocji. Zwykły komunikat.
Zamknął w dłoni pozostałości po małych wyładowaniach elektrycznych. Dar od aniołów. Równie dobrze mógłby być nawet od Tyrella.
Od przeszłości nie da się uciec. Po prostu zaakceptowałem kim jestem.
Powtarzasz się. Jeśli uważasz, że jesteś złym gościem, bo złamałeś kiedyś komuś serce, to przestań użalać się nad tym. Nie jesteś zepsuty, Tyrell. A na pewno nie tak, jakbyś tego chciał. Już nie. — Czyżby czytał mu w myślach? Nie. Przecież nie posiadał podobnej zdolności. Jednak Shane podejrzewał, że na przestrzeni tych tygodni, podczas których nie mieli ze sobą styczności, musiało się coś wydarzyć. Nie miał zielonego pojęcia co tak wstrząsnęło skrzydlatym, że ten nagle pyskował. Szczerze wolał starego Tyrella, ten był dziwnie obcy. Chociaż z drugiej strony nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu, dlatego też zdążył się nawet do tamtego przyzwyczaić.
Uważasz, że dobra droga to pilnowanie mnie? Siedzenie w Smoczej Górze i patrzenie jak wykonuje się egzekucje na zamówienie? — Wpatrywał się w niego, prześlizgując niespiesznie wzrokiem po każdym skrawku jego tatuażu. Nie miał pojęcia co one oznaczają. Nigdy nie przykładał wagi, aby się dowiedzieć o ich znaczeniu. Nadal uważał Tyrella za upierdliwy wrzód na dupie, jednak w końcu rudzielec zmienił się  stosunek do niego. Początkowa nieufność wolno zmieniała się w akceptację i tolerancję na obecny stan rzeczy. Czasem pozwalał sobie zniechęcać go do pełnienia swojej stróżującej służby, jednak Tyrell uparcie trwał w postanowieniu, dzięki czemu Shane miał coraz lepsze o nim zdanie. Sądził, że to chwilowa fanaberia dzieciaka, anielska głupota, która z czasem mienie, a on zniknie z jego życia. Jednak im dłużej Tyrell dreptał mu po piętach tym Shane tolerował jego obecność.
Kiedy już wspominał o umiejętnościach proroczych z trudem powstrzymał ironiczne parsknięcie. Nadał żył w głębokim przekonaniu, które powiadało mu, że Tyrell ma zbyt wybujał fantazję, gdyż nawet nie posiadali ze sobą silnej więzi, która mogłaby wyjaśnić podobne zjawisko.
Co ty chcesz mi przez to powiedzieć? Że mam iść na ślepo, bo miałeś sen? Nie sądzisz, że brzmi to zbyt absurdalnie, Tyrell? — zapytał, wpatrując się uparcie w jego oczy. — I co ja mogę mieć wspólnego z jakimś dzieckiem? — Kto chciałby powierzyć życie dziecka w ręce kogoś tak skrajnie nieodpowiedzialnego i narażającego życie. Bzdura.
Shane dokładnie wyczuł obcy zapas siarki i popiołu, który nijak cokolwiek przypominał. Jednak szybko przekonał się, że Tyrell również miał przed nim tajemnice. Wpatrywał się w małego feniksa, który dziobał włosy anioła, a potem przerzucił się na jego nogawkę. Warknął na ptaka, chcąc go odstraszyć, jednak cholera była podobnie uparta co jej właściciel. No właśnie, właściciel...
Jego też nie zwinąłem, nie patrz tak na mnie
Odbiło ci? To feniks. Zabrałeś go z Edenu? Wiesz o tym, że są one niezwykle rzadkie? — zapytał, jednak anioł zapewne zdawał sobie z tego sprawę. Nie był aż takim kretynem. Przyglądał się pierzastej kulce z lekkim niesmakiem. Nie chciał, aby pałętało mu się po organizacji tyle zwierząt.
To nie jest schronisko. — Mówiąc to, nagle na łóżko wskoczył kociak Przybłęda, która z zainteresowaniem przyglądał się feniksowi, pacając go łapką po łepku. Shane ciężko westchnął. W tym momencie nie było sensu na głupie dyskusje. W końcu pieprzony kot żył w Smoczej Górze od jakiegoś czasu, a on nawet nie miał ochoty użerać się z tą kocią przybłędą.
To jest ostatnie zwierze, jakie przynosisz, jasne? — rzucił surowo. Więcej ich nie będzie. Nie są organizacją dobroczynną, a to cholerstwo również trzeba karmić i poić.
Wstał z posłania i podszedł do biurka, na którym stały różne flakoniki z mazidłami. Wziął jeden słoiczek do ręki i obrócił sprawdzając czy jest to ten sam, którym jakiś czas temu smarował go Tyrell na poparzenia. Odkręcił. Nabrał niewielką ilość na palec. Odwrócił się w stronę chłopaka i przesunął szorstkim opuszkiem po jego oparzonym policzku. Zauważył nagłe zdziwienie hydry, jednak bez większych emocji odpowiedział:
Co nie widziałeś, aby ktoś kogoś smarował lekiem na oparzenia? — Zapewne widział, ale na pewno nie ciebie. To oczywiste, kiedyś musiał być ten pierwszy raz.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Tyrell on 12.03.17 13:23
Zamyślony wciąż wpatrywał się w feniksa. A potem w panującej ciszy usłyszał ten chłodny głos Shane'a, który czasem w chwilach takich jak ta przywoływał go do porządku. Pozwolił by w końcu na jego ustach pojawił się zimny uśmiech. Zaśmiał się krótko; cicho. Śmiech ten przypominał dźwięk zardzewiałego gwoździa, wyciąganego z przemoczonej dykty.
 — Co ty możesz o tym wiedzieć? Nie jesteś Bogiem, wilku.
 Tyrell miał wrażenie, że jego czaszka stała się przezroczysta jak szkło i wszystkie myśli migoczą w niej wielkimi literami.
 ”Skąd on o tym wie?”
 Oblał go zimny pot, ale zdołał zachować obojętna minę.
 — Nikomu nie złamałem serca. Skąd ten pomysł? Każdy ma na swoim koncie złe przeżycia z przeszłości, niekoniecznie stare miłostki. — Niepewnie spojrzał na Shane'a w głębi duszy zadowolony ze zręcznego kłamstwa.
 Obrócił się ukrywając twarz w mroku. Złapał za swój otwarty plecak, unosząc go za ucho i tylko przelotnie spoglądając na ptaka, który zajęty był teraz dziobaniem kota po ogonie.
 — Myślę, że tu nie chodzi o otoczenie. Miałem nabrać pokory. Nauczyć się życia.Dostać od niego w dupę. I poczuć ciężar odpowiedzialności. Stałeś się moja przepustka. Kimś, którego życie zostało powierzone właśnie mi. Miałem się sprawdzić.
 Mówił chowając medykamenty do plecaka. Praktycznie wręcz wrzucał je w otwarty otwór.
 Nadal nie wiedział czemu, akurat jego podopiecznym miał stać się Shene. Czy ktoś kto wypisał na jego ciele te wszystkie znaki zrobił uprzednio wyliczankę? Sugerował się klasyfikacja najgorszych degeneratów, czy może po prostu podstawił mu ślepy trop, który sam miał w przyszłości odkryć? Od samego początku jego relacja z tym mężczyzną była skomplikowana. Już po pierwszych chwilach od poznania wątpił, aby mogli dojść w przyszłości do jakiegokolwiek porozumienia. Mało rozmawiali, choć Tyrell pokosiłby się o stwierdzenie, że oboje potrafili spędzać czas w cywilizowany sposób. Milcząc, mówili więcej niż słowami, a ich 'rozmowy' mogłyby uśpić najczujniejszego agenta FBI. Jednak nieszczęścia lubią chodzić parami, jak psy za suka w rui. Oboje coś ukrywali. Oboje próbowali zamazać przeszłość. Oboje byli sierotami. To ich łączyło.
 — Brzmi to dziwnie, to fakt — powiedział lakonicznie, jakby się nad czymś zastanawiał. — Ale zrobisz co chcesz — skonstatował w końcu wciąż pakując rzeczy. Zapiął zamek. Plecak trzymał na drewnianym stole. — Ale nic cię to nie kosztuje. Ten dzieciak może okazać się istotny. Nie wiadomo czego się po nim spodziewać.
 Shane wyglądał na nieprzekonanego i trochę rozczarowanego, jakby oczekiwał, że Tyrell wyciągnie mu odpowiedzi z kieszeni. Miał przeczucie. Po prostu.
 — Odbiło ci? To feniks.
 Zmienił pozycje i podniósł na na niego zainteresowany wzrok.
 — To jest ostatnie zwierze, jakie przynosisz, jasne?
 — To nie zwykłe zwierze, a bestia.— Oparł się tyłkiem o kant stołu i wsunął dłonie do luźnych kieszeni spodni. Blask księżyca oświetlał jego wytatuowany tors, a cień przesuwającej się ciemnej chmury przemknął po jego delikatnej linii podbródka.
 — Zajmę się nim. Jest przydatny. — Niebieskie spojrzenie obserwowało, jak zwierzę czyści złote pióra. — Posiada lecznicze łzy...
 Chciał powiedzieć coś więcej, ale nie zdążył. Shane pojawił się przed nim zbyt szybko. Stał blisko, z twarzą ukryta w cieniu. W ciemności widział tylko jego bursztynowe oczy. Dotknął spalonego policzka chłopaka szorstkimi palcami. Zapiekło. Skrzywił się, ale nie zaprotestował. Jego ciało spięło się i poczuł, że czerwienieje mu szyja i policzki. Cieszył się, że w ciemnościach pokoju, Shane nie będzie w stanie tego dojrzeć. Dłonie odruchowo wysunęły się z kieszeni i zacisnęły na blacie. Na twarzy miał głupawy wyraz zdziwienia — czuł to.
 — Ciebie nie widziałem — rzucił nagle, choć głos mu się zmienił. — Nie musisz tego robić. Zajmę się tym.
  Opuścił wzrok gdzieś w okolice jego brzucha.
 — Poza tym potrzebuje nowych ubrań. Te spodnie mi się podobają.
  Dłonią poklepał go po tylnej kieszeni spodni, by chwile potem zaczepić o nią palce.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Shane on 17.03.17 12:45
Uśmiechnął z wyższością, lekko wyginając kącik ust ku górze.
Nie jesteś Bogiem.
Wiem. Też mi coś. Ale nie musisz o tym wiedzieć, Tyrell.
A co mylę się? Nie byłem blisko? — zapytał. Hydra była aniołem, a anioły z natury są przeraźliwie dobre. Ich złe postępki często są przez nie wyolbrzymiane na skalę światową, by w ostateczności okazać się dniem powszednim dla zwykłego zjadacza czerstwego, starego chleba.
Z kłamstwem ci nie do twarzy. — Najzupełniej szczere stwierdzenie. Nie chciał, aby chłopak był tak zepsuty, jakim on był sam. To on powinien go naprowadzać do dobrą drogę, a nie odwrotnie. Oczywistym było, że starego psa nie nauczy się nowych sztuczek i starania Tyrella były walką z wiatrakami, jednak nie chciał gasić natrętnie jego zapału i chęci niesienia pomocy. Może faktycznie nieco pomylił się w osądzie tego dzieciaka. Desperacja dała mu w dupę, a pomimo tego zachował swoją łagodność i — jak na razie — bezinteresowną pomoc. Świat potrzebował takich ludzi. Może w innych okolicznościach ludzkość stanęłaby na nogi, odbudowała swe imperium i zyskała lata świetlistości.
Prychnął.
Głupoty. Nie podniosła się przez tysiąc lat, to nie podniesienie się nigdy.
I poczuć ciężar odpowiedzialności. Stałeś się moja przepustka. Kimś, którego życie zostało powierzone właśnie mi. Miałem się sprawdzić.
I co? Jak idzie sprawdzanie? Bo jak na moje stare oko dość topornie. — Nie możesz sobie odpuścić? Nie możesz chociaż raz dać mu spokój?
Nie, skoro twierdzi, że zrobił tyle złego, niech niesie ciężar użerania się ze mną. Ktoś mu chciał nieźle dokopać skoro przydzielono go właśnie do mnie.
Shane nie zastanawiał się nad tym nigdy zbyt długo. Pogodził się z myślą, że Tyrell podąża za nim jak cień. Pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie i składa go do kupy za pomocą swoich magicznych mikstur. Nigdy nie widział podobieństw łączących go z tym chłopakiem. Nie znali się. Nie mówili o sobie. O tym kim byli. Co za sobą zostawiali, zanim pojawili się w tym miejscu. W ich znajomości było tyle znaków zapytania i niedomówień, że oni sami w końcu zostawili otwartą furtkę w tej znajomości. Shane nigdy jakoś szczególnie nie ukrywał swojej przeszłości, dawno godząc się z losem, z którym przyszło mu żyć.
Ale zrobisz co chcesz
To oczywiste.
W końcu Shane nie słuchał się nikogo. Działał według własnych przekonań i słuchał jedynie swojego instynktu. Nigdy nie kierował się czyimiś domysłami, niepopartymi plotkami.
Zobaczę — Czyli, zaufam ci ten jeden raz i przekonam się na własnej skórze czy twoje gadanie to nie urojenia.
To nie zwykłe zwierze, a bestia.
Bestia nie bestia, żreć musi. Nie sprowadzaj mi tu niczego więcej, bo staniesz się głównym daniem wszystkich swoich pupilów — mruknął trochę zmęczony jego tłumaczeniem. Wiedział jak przydatny może być ten ptak, jednak gołym okiem widać było, że jest młody. A wszystko co młode, sprawiało problemy. Idealnym przykładem tego był Tyrell, który przyprawiał Shane o ból głowy, jak tylko rudzielec widział, w jakim katastroficznym stanie wracał anioł z każdej jego niesamowitej wyprawy. Czy się o niego martwił? Niekoniecznie.
Smarował mu policzek mazidłem, nie mając tak miękkich palców jak Tyrell. I nawet jeśli starał się włożyć w tą czynność krztę delikatności, wychodziło mu to dość koślawo i topornie. Nie był tego nauczony. Jego głównym zajęciem miało być trzymanie broni, którą można zabić, a nie pojemniczka z lekiem.
Zamknij się już — skomentował krótko. Jeden raz wyszedł z inicjatywą ku aniołowi, a ten jak zwykle musiał psuć każdy zapał rudzielca.
Poczuł nagle palce chłopaka na swojej tylnej kieszeni spodni. Spojrzał na niego z dobrze znanym chłodem, który mógł lekko zdezorientować Tyrella, ze względu na ledwo zauważalny, zadziornym uśmieszek.
Te spodnie idą w komplecie tylko z ich uroczym właścicielem. Zainteresowany? — odbił piłeczkę.





Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las.
Lecz ile szczęścia miałem w tym, to każdy chyba przyzna.
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi, długi czas.
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna.
avatar





Shane
Pradawny    Opętany
GODNOŚĆ :
Shane.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Gość on 26.03.17 4:23

Który to był już dzień roboty... Jaki tydzień... Ile czasu już spędziła nad zaopatrywaniem Wieży w kilometry gumowych kabli i świecidełek? Chyba dwa tygodnie... może mniej... wszystko jej już się mieszało. Wyglądać też nie wyglądała najlepiej, ale nadal pałała chorym wręcz entuzjazmem i energią. Mocno podkrążone i przekrwione oczy wręcz błagały o trochę snu, którego Cedna za wszelką cenę nie potrafiła zażyć. Zwykle perfekcyjna fryzura była obecnie w mocnym nieładzie, jakby sama właścicielka zapomniała przez ostatnie dni do czego służy ząbkowany jak jeż obiekt w jej domowym ekwipunku. Sporych rozmiarów, beżowa plama po kawie na wymiętolonym podkoszulku oraz ubrudzone przy nogawkach smarami i kurzem spodnie świadczyły tylko, że Wiwerna tak samo jak nie czesała włosów, tak i nie zmieniała swojej odzieży, chociaż wyjątkowo i na szczęście roznosił się wokół niej zapach mocnej kawy, dzięki plamie, która najwidoczniej zabijała cały swąd. Silna migrena oraz drżąca od czasu do czasu dolna powieka irytująco przypominała jej, że cierpi już na mocną deprawację snu, a równocześnie alarmowała bliskie w jej otoczeniu osoby, że była w naprawdę kiepskim stanie. Gdyby tylko jeszcze mogli dostrzec to, co widziała sama Rhoenranger pracując ledwo na oparach własnej świadomości. Insomnia i brak odpoczynku miały to do siebie, że zmuszały mózg do włączania trybu awaryjnego i udowadniania, że realność to tylko pojęcie względne.
Z pewnością Shannon i tym bardziej Tyrell nie spodziewali się, że wbije im do pokoju Cedna tak nagle. Bo Smolista nie pukała, nie uchyliła normalnie drzwi, tylko na chama z lekko niekontrolowaną siłą je otworzyła trzaskając przy tym nimi o ścianę z hukiem. Syknęła przez to, opierając się o skrzydło i masując nasadę nosa ze zbolałą miną. Podniosła następnie wzrok do góry rozglądając się po pomieszczeniu przymrużonymi oczami. Falujące, różowe ściany jak z galarety, puchata, fioletowa podłoga, naostrzone kolcami łóżko jak z sali tortur, na którym wylegiwał się... czy to feniks? Niby normalne meble i... zawiesiła na dłużej wzrok na postaciach przy biurku. Pięciu Tyrellów w strojach jak kapłani KNW i jeden, ubrany w różowo-biały, wojskowy mundur człowiek z głową rudego wilka, pewnie Shane.
- Ja pierdole... To pokój Tyrella czy Rudego? - odbiła się od drzwi ściągając przewieszone przez ramię naręcze kabli i zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć. - Zaraz, pokój Puchatka nie ma drzwi, czyli Shane! - Strzeliła palcami rzucając rojowisko czarnych węży na środek pomieszczenia i ponownie wbiła mocno skonfundowane spojrzenie w towarzyszy. Nie wiedziała, który z Tyrelli jest tym prawdziwym, więc przejeżdżając po nich wzrokiem koniec końców zdecydowała się skupić na jedynym wilku tej kompanii. Uśmiechnęła się obkręcając jeden, grubszy kabel wokół dłoni. - Nie przeszkadzajcie sobie, skarbeńki. Ja tu tylko rozwieszę te kable i zaraz... - Na moment straciła równowagę odchylając się za nadto do tyłu, gdy cały pokój podskoczył jej przed oczami, ale zdołała ustać na nogach. - ... mnie nie ma. - Pokręciła głową znowu masując skroń. - Kurwa, halucynacje to jedna sprawa, ale ta migrena to mogłaby sobie odpuścić...





Gość
Gość

Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Tyrell on 30.03.17 22:02
Gardłowy głos podopiecznego spowodował, że chłopak mrugnął powiekami kilkakrotnie, a palce przytrzymujące jego kieszeń puściły. Ramie zawisło mu bezwładnie wzdłuż tułowia.
  Podniósł brew. Żołądek skurczył się. Oczy zamigotały mu na wszystkie odcienie błękitu, a sam Tyrell bardzo szybko zgubił swoja pewność siebie, która mógł się do tej pory pochwalić przed Shanem. Wydawało się, że ta pułapka spojrzeń zaczynała go przerastać, choć nawet nie odwrócił wzroku. Wciąż jakby szukał w bursztynowym morzu wyjaśnień. Bezskutecznie. Chłód słów rudzielca tuszował wszystko.
  — Rozumiem, że to jakiś nowy sposób prześladowania?
  Palnął. Starał się grać na zwłokę. Odchylił głowę w bok. Czarne kosmyki włosów otarły się o jego zdrowy policzek — drugi błyszczał nawilżony maścią. Palce podrapanych dłoni zacisnął na kancie stołu. Odchylił jedna nogę w bok i zakołysał kolanem na boki.
  Spokój. Tylko nim uda mu się wygrać.
  Nie mógł jednak ukryć, że to zdanie rudzielca go nie zaskoczyło. Zaskoczyło i to przeraziło go tak bardzo. Sine powieki opadły na jego oczy. Wzrok się wyostrzył. Odchylona szyja przyozdobiona wzorami przyjmowała na siebie rozmaite cienie nocy. Dużo go kosztowało, stanie przy nim tak blisko i długo, bez najmniejszego drżenia mięśnia.
  — W pakiecie dostałem cię z chwilą opuszczenia Edenu. Wiec teraz ciuchy, wilku. Nie powiem, że jesteś podręcznikowym podopiecznym — dodał na wcześniejszą uszczypliwą uwagę Pradawnego.
  Wzrok chłopaka zmiękł. Cienka źrenicą nabrała spokoju.
  — Moje ciuchy są spalone. I cuchną. Nie rób się już takim zwyrole---.
  Drzwi zaskrzypiały. Tyrell wlepił wzrok w dziewczynę u progu. Zamrugał znowu.
  — E?
  Stał tak jak wrośnięty w ziemię słuchając jej słów z rozdziawionymi ustami. Na tę krótką chwilę wydawał się nie robić nic poza patrzeniem się na nią. Nawet Raksha zrobił głupawą minę zdziwienia. Nie potrafił odwrócić wzorku od jej awangardowego wyglądu.
  — Zaraz, pokój Puchatka nie ma drzwi, czyli Shane!
  Zmarszczka na czole Tyrella nagle się pogłębiła. Usta zamknęły się. Kaszlnął, puszczając kant blatu i krzyżując ręce na piersi.
  — Od kiedy mój pokój stał się punktem orientacyjnym w Kamiennej Wieży? — burknął pod nosem. — Swoją drogą, mogłabyś się w końcu przydać i je-–
   — Kurwa, halucynacje to jedna sprawa, ale ta migrena to mogłaby sobie odpuścić...
  Brew chłopaka drgnęła. Przesunął palcami po skroniach i rozmasował je przymykając oczy. Nie było sensu się tak wysilać.
  — Czy ona jest naćpana? — szepnął w stronę podpieczonego, osłaniając usta ręką.
  W sumie retoryczność tego pytania nie wymagała żadnej odpowiedzi Rudego. Ostatni pokaz Cedny na smoczym zebraniu pozostał w jego głowie do dzisiaj. Zastanawiało go jednak jedno. Po co jej te kable? Przeszły go dreszcze kiedy znów spróbował na nie spojrzeć.
avatar





Tyrell
Hydra     Anioł Stróż
GODNOŚĆ :
Tyrell. Kiedyś Sora.


Powrót do góry Go down


Re: Pokój nr 66 [Pokój Shane]

Pisanie by Sponsored content





Sponsored content

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry

- Similar topics